Wydawca: Muza Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 403 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alex - Pierre Lemaitre

„Piszę tylko takie książki, które chciałby sfilmować Hitchcock”.
Pierre Lemaître

Kim, tak naprawdę, jest Alex? Jest piękną, intrygującą i ponętną młodą kobietą. Czy to dlatego została porwana, skatowana, doprowadzona na skraj człowieczeństwa? Kiedy policja znajduje miejsce, gdzie była więziona, Alex już tam nie ma. Okazuje się inteligentniejsza od swego kata. To osoba, która niczego nie wybacza, niczego i nikogo nie zapomina.

Alex zostaje porwana przez starszego mężczyznę. W opuszczonym hangarze na przedmieściach Paryża oprawca przyszykował jej prawdziwe piekło. Nagą wepchnął do tak małej klatki, że Alex nie mogła się ani wyprostować, ani usiąść. Klatkę podwiesił u sufitu. Przerażona kobieta bezskutecznie błagała o litość. Kat odwiedzał ją dwa razy dziennie, robił zdjęcie komórką i patrzył z nienawiścią. Jedynymi jej towarzyszami były wygłodniałe szczury. Z każdym dniem było z nią gorzej, cierpiała z zimna, głodu, pragnienia... Kiedy mężczyzna długo nie przychodził, Alex  zrozumiała, że czeka na jej śmierć. Postanawia walczyć. Wpada na koszmarny pomysł, by nasączać swą krwią węzeł na sznurze, który podtrzymuje klatkę w powietrzu. Żądne jej krwi szczury przegryzają sznur. Alex uwalnia się i ostatkiem sił wraca do domu.
Wkrótce rusza w podróż. Dlaczego ogłusza dwóch mężczyzn i kobietę i zabija wlewając im do ust kwas siarkowy? Czemu tak popełnia samobójstwo, by wyglądało na zabójstwo?

Alex jest mrożącym krew w żyłach thrillerem o diabolicznej konstrukcji i zupełnie nieprzewidywalnej akcji. Jego autor do perfekcji opanował sztukę suspensu i budowania atmosfery strachu.

Opinie o ebooku Alex - Pierre Lemaitre

Fragment ebooka Alex - Pierre Lemaitre

Tytuł oryginału: Alex

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja:Irma Iwaszko

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Janina Zgrzembska

Zdjęcie na okładce

© Jill Battaglia/Trevillion Images

© Editions Albin Michel – Paris 2011. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013, 2017

© for the Polish translation by Joanna Polachowska

ISBN 978-83-7758-542-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

Dla Pascaline

Géraldowi

na pamiątkę naszej przyjaźni

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Alex już od godziny przymierza, waha się, wychodzi, wraca, znowu przymierza. Peruki i treski. Uwielbia to. Najchętniej spędzałaby tu całe popołudnia.

Ten sklep na bulwarze Strasbourg odkryła zupełnie przypadkiem jakieś trzy, cztery lata temu. Z ciekawości, długo nie namyślając się, weszła. I przeżyła szok, ujrzawszy się w rudych włosach – wyglądała w nich tak inaczej, że natychmiast tę perukę kupiła.

Alex prawie we wszystkim wygląda dobrze, jest śliczna. Nie zawsze tak było, wyładniała, dopiero stając się nastolatką. Wcześniej była małym, niezbyt urodziwym i przeraźliwie chudym stworzeniem. Ale kiedy zaczęła dorastać, to było jak fala tsunami, jak przyspieszona transmutacja: jej ciało przeobraziło się niemal z dnia na dzień, w kilka miesięcy stała się piękną dziewczyną. Ponieważ jednak nikt, włącznie z nią samą, nie spodziewał się tej nieoczekiwanej metamorfozy, nigdy tak do końca nie zdołała w nią uwierzyć. Do dziś nie wierzy.

Na przykład nie miała pojęcia, że tak dobrze będzie jej w rudej peruce. Nie przypuszczała, że aż do tego stopnia, aż tak gruntownie się zmieni. Peruka to taka sztuczność, a przecież Alex poczuła, że w niepojęty sposób wprowadza w jej życie coś naprawdę nowego.

Akurat tej rudej nigdy nie nosiła. Po powrocie do domu od razu zobaczyła, jakiej jest podłej jakości. Wyglądała nienaturalnie, brzydko, byle jak. Alex wyrzuciła ją. Ale nie do śmieci, tylko do szuflady w komodzie. Od czasu do czasu ją wyjmowała, zakładała i oglądała się w lustrze. To nic, że była okropna, że z daleka rzucało się w oczy syntetyczne badziewie; to, co Alex widziała w lustrze, otwierało przed nią nowe możliwości, w które miała wielką ochotę uwierzyć. Wróciła na bulwar Strasbourg, bez pośpiechu przyjrzała się innym perukom, lepszej jakości. Niektóre były trochę za drogie jak na kieszeń pielęgniarki bez stałego zatrudnienia, ale mogła je śmiało nosić. I tak się zaczęło.

Z początku nie jest to proste, wymaga odwagi. Osobie takiej jak Alex, z natury dość zakompleksionej, zdobycie się na podobny krok zajmuje dobre pół dnia. Stosowny makijaż, dobranie ciuchów, pantofli, torebki (a właściwie wygrzebanie nadających się na taką okoliczność z tego, co się już ma, w końcu nie sposób kupować nowych rzeczy za każdym razem, kiedy zmienia się aparycję…). Ale potem człowiek wychodzi na ulicę i momentalnie staje się kimś innym. Nie do końca, ale prawie. I nawet jeśli życia to nie odmieni, pomaga zabić czas, zwłaszcza komuś, kto nie ma już wielkich oczekiwań.

Alex lubi peruki charakterystyczne, takie, które wysyłają czytelne przekazy: „Wiem, co ci chodzi po głowie” albo „Ja też jestem dobra z matmy”. Ta, którą założyła dzisiaj, sygnalizuje mniej więcej: „Mnie na Facebooku nie znajdziesz”.

Sięga po model o nazwie „Urban Choc” i w tym momencie za oknem wystawowym dostrzega tego mężczyznę. Mężczyzna stoi na chodniku po drugiej stronie ulicy i sprawia wrażenie, jakby na kogoś lub na coś czekał. Alex widzi go po raz trzeci w ciągu dwóch godzin. Teraz jest już pewna: facet ją śledzi. Dlaczego mnie?, to pierwsze pytanie, jakie sobie zadaje. Tak jakby mężczyźni mogli śledzić wszystkie dziewczyny oprócz niej. Tak jakby nie czuła ich spojrzeń wciąż i wszędzie, w metrze, w autobusach, na ulicy. W sklepach. Alex podoba się mężczyznom w każdym wieku, to przywilej trzydziestolatki. I zawsze ją to dziwi. Jest tyle innych, o wiele lepszych ode mnie. Cała Alex, wciąż ten sam brak wiary w siebie, te same wątpliwości. Od najwcześniejszych lat. W dzieciństwie się jąkała, nawet dziś jej się to zdarza, kiedy traci głowę.

Nie zna tego mężczyzny, na pewno by go zapamiętała; nie, nigdy go nie widziała. Poza tym pięćdziesięcioletni facet, który łazi za trzydziestolatką… Nie to, żeby była taka znów zasadnicza, po prostu ją to dziwi, i tyle.

Przenosi wzrok na inne modele, udaje, że się zastanawia, przechodzi przez sklep i staje w rogu, w miejscu, skąd ma widok na chodnik. Facet wygląda na byłego sportowca, napakowany, że mało ubranie na nim nie pęknie, typ wagi ciężkiej. Gładząc jasną, prawie białą perukę, Alex próbuje przypomnieć sobie chwilę, kiedy zauważyła go po raz pierwszy. W metrze. Stał w głębi wagonu. Ich spojrzenia na moment się spotkały, ale zdążyła dostrzec adresowany do niej uśmiech, z założenia zachęcający, serdeczny. Nie spodobało jej się, że w jego spojrzeniu zdawał się kryć jakiś konkretny zamysł. Ale jeszcze bardziej nie spodobały jej się jego wąskie, niemal pozbawione warg usta. To wzbudziło w niej odruchową nieufność, jakby ludzie o tak wąskich ustach coś ukrywali, jakieś wstydliwe sekrety, niegodziwości. I jego wypukłe czoło. Szkoda, że nie zdążyła przyjrzeć się oczom. Zdaniem Alex oczy nigdy nie kłamią, po tym właśnie, po spojrzeniu, zawsze ocenia ludzi. Ale oczywiście wtedy, w metrze, w faceta tego typu wolała zbyt długo się nie wpatrywać. Powoli, bez ostentacji odwróciła się tyłem, sięgnęła ręką do torebki, szukając odtwarzacza mp3. Nastawiła Nobody’s Child i nagle ją tknęło: czy aby nie zauważyła go już wcześniej, wczoraj czy przedwczoraj pod swoim domem? Nie jest pewna. Musiałaby odwrócić się i jeszcze raz na niego spojrzeć, spróbować ożywić to niewyraźne wspomnienie, woli jednak nie ryzykować, bo a nuż mężczyzna uzna to za zachętę. Pewne natomiast jest jedno: po tym spotkaniu w metrze, pół godziny później na bulwarze Strasbourg znowu się na niego natknęła, kiedy zawróciła do sklepu, gdyż zmieniła zdanie i postanowiła przymierzyć jeszcze raz tę ciemną perukę, półdługą i z pasemkami. Obróciła się niespodziewanie i dostrzegła go nieco dalej na chodniku; szybko się zatrzymał, udając, że ogląda wystawę. Z damskimi ciuchami. I kogo taki chciał oszukać…

Alex odkłada perukę. Choć nie ma żadnego powodu, trzęsą jej się ręce. To idiotyczne. Wpadła w oko facetowi, więc za nią idzie, próbuje szczęścia, przecież nie rzuci się na nią na ulicy. Alex potrząsa głową, starając się uporządkować myśli, a kiedy znów zerka na chodnik, mężczyzny już tam nie ma. Alex wychyla się w prawo, potem w lewo, ale nie, zniknął. Ulga, jaką w tym momencie odczuwa, jest tak ogromna, że aż przesadna. Powtarza: To idiotyczne, i swobodniej oddycha. Wychodząc ze sklepu, nie może się powstrzymać, żeby nie stanąć i ponownie nie sprawdzić, czy droga wolna. Jeszcze trochę, a jego nieobecność wydałaby jej się podejrzana.

Patrzy na zegarek, a potem w niebo. Jest ładna pogoda, do zmierzchu jeszcze prawie godzina. Nie chce jej się wracać do domu. Po drodze powinna wstąpić do spożywczego. Próbuje sobie przypomnieć, co jej zostało w lodówce. Kwestię zakupów traktuje naprawdę niedbale. Interesuje ją głównie praca, własna wygoda (pod tym względem jest dość pedantyczna) oraz, choć niechętnie się do tego przyznaje, ciuchy i buty. I torebki. I peruki. Wolałaby, żeby to była raczej miłość, ale miłość to osobny temat, przygnębiający rozdział życia. Liczyła na nią, pragnęła kochać i być kochana, a potem odpuściła. Dziś nie chce już roztrząsać tego tematu, woli jak najrzadziej o tym myśleć. Tyle że stara się, by jej żal nie zamienił się w siedzenie z czipsami przed telewizorem, w nadwagę, w zaniechanie dbałości o wygląd. Ale chociaż jest sama, rzadko czuje się samotna. Ma pewne projekty, które bardzo leżą jej na sercu, które organizują jej czas. Z miłością się nie udało, cóż, jest, jak jest. Łatwiej to wytrzymać, odkąd pogodziła się z myślą, że skończy w pojedynkę. Mimo samotności stara się żyć normalnie, wynajdywać sobie różne przyjemności. I ta właśnie myśl: żeby nie odmawiać sobie drobnych przyjemności, że ona też, tak jak inni, ma do nich prawo, podtrzymuje ją na duchu. Teraz na przykład postanowiła, że dziś wieczorem znowu pójdzie na kolację do Mont-Tonnerre przy ulicy Vaugirard.

Zjawia się trochę przed czasem. Wybrała się tu po raz drugi. Poprzednio była tydzień temu, a ładną rudowłosą kobietę jedzącą samotnie kolację siłą rzeczy się pamięta. Dzisiaj witają ją jak stałą bywalczynię, kelnerzy spoglądają porozumiewawczo, taka ładna klientka, próbują nieśmiało flirtować, Alex uśmiecha się, uznają, że jest naprawdę czarująca. Alex prosi o ten sam stolik, tyłem do tarasu i twarzą do sali, zamawia tak samo jak poprzednio pół butelki dobrze schłodzonego wina alzackiego. Wzdycha, bardzo lubi jeść, powinna uważać, wciąż o tym pamiętać. Jej waga to prawdziwa huśtawka, choć na razie jeszcze dość skutecznie kontroluje ten problem. Potrafi przytyć dziesięć, piętnaście kilo, zmienić się do niepoznania, a dwa miesiące później wraca do wagi wyjściowej. Ale za kilka lat skończy się zabawa.

Wyjmuje książkę i prosi o dodatkowy widelec jako zakładkę, żeby mogła czytać przy jedzeniu. Naprzeciwko przy stoliku nieco z prawej siedzi ten sam jasny szatyn. Podobnie jak w zeszłym tygodniu, przyszedł na kolację z kumplami. Na razie jest ich dwóch, ale z ich słów wynika, że wkrótce dołączą inni. Zauważył ją od razu, kiedy weszła. Alex udaje, że nie dostrzega jego natarczywego spojrzenia. I tak przez cały wieczór. Nawet kiedy przyjdą inni, nawet kiedy zaczną swoje zwykłe rozmowy o pracy, o dziewczynach, o kobietach, kiedy kolejno opowiedzą wszystkie historie z sobą w roli głównej, facet nie przestanie się w nią wgapiać. Alex podoba się ta sytuacja, ale nie chce go otwarcie zachęcać. Choć gość wygląda nieźle, jakieś czterdzieści, czterdzieści pięć lat, kiedyś musiał być przystojny, na pewno za dużo pije, stąd ten patetyczny wyraz twarzy. Twarzy wzbudzającej w Alex dziwne poruszenie.

Dopija kawę. Jedyne umiejętnie skalkulowane ustępstwo: na odchodnym rzuca mężczyźnie spojrzenie. Zwykłe spojrzenie. Ma to dopracowane do perfekcji. Spojrzenie bardzo dyskretne. Jednak na widok pożądania w jego oczach ogarnia ją bolesne wzruszenie; świadomość pożądania chwyta ją za gardło niczym złowróżbny zwiastun. Alex nigdy nie nazywa rzeczy po imieniu, nie ubiera swoich odczuć w słowa, kiedy dotyczą, tak jak dzisiaj, jej własnego życia i jej przeszłości. Zdaje sobie sprawę, że jej umysł koncentruje się na poszczególnych stop-klatkach, tak jakby film z jej życia został uszkodzony, nie może cofnąć go do początku, odtworzyć na nowo całej historii, znaleźć właściwych słów. Możliwe, że następnym razem, jeśli zostanie dłużej, facet będzie na nią czekał na zewnątrz. Nie wiadomo. To znaczy, wiadomo. Alex doskonale wie, jak to przebiega. Zawsze mniej więcej tak samo. Z jej spotkań z mężczyznami nigdy nic dobrego nie wynika; to ta partia filmu, którą już nieraz widziała i którą pamięta. Cóż, tak już jest.

Na dworze zapadł zmierzch. Jest ciepło. Podjechał autobus. Alex przyspiesza kroku, kierowca widzi ją w lusterku wstecznym i czeka, Alex podbiega, ale w chwili gdy ma już wsiąść, nagle się rozmyśla, nie, trochę się przejdzie, złapie po drodze następny, macha do kierowcy, który w odpowiedzi rozkłada ręce, że szkoda, jakby chciał powiedzieć: Jak pech, to pech. Mimo to otwiera drzwi.

– Dzisiaj już nie ma autobusów, to ostatni kurs…

Alex uśmiecha się, gestem mu dziękuje. Trudno, wróci na piechotę. Pójdzie ulicą Falguiére, a potem jej przedłużeniem, ulicą Labrouste.

W tej dzielnicy przy Porte de Vanves mieszka od trzech miesięcy. Często zmienia adresy. Wcześniej to było Porte de Clignancourt, a jeszcze wcześniej ulica Commerce. Są ludzie, którzy nie znoszą się przeprowadzać, dla niej przeprowadzki to konieczność. Uwielbia je. Możliwe, że to tak jak z perukami: człowiek ma wrażenie, że zmienia życie. Lejtmotyw. Pewnego dnia Alex zmieni swoje życie. Kilka metrów przed nią jakaś biała furgonetka parkując, wjeżdża dwoma kołami na chodnik. Chcąc przejść, Alex przywiera do ściany budynku, czuje za sobą czyjąś obecność, obecność mężczyzny, nie ma czasu się odwrócić, bo w tym samym momencie dostaje pięścią w plecy z taką siłą, że ją zatyka. Traci równowagę, z tępym hukiem gwałtownie uderza czołem o karoserię, wypuszcza wszystko z rąk, próbując się czegoś przytrzymać, ale nie ma czego, facet łapie ją za włosy – w rękach zostaje mu tylko peruka. Rzuca jakieś przekleństwo, którego Alex nie rozumie, i w furii jedną ręką chwyta ją za włosy, tym razem prawdziwe, a drugą, ciosem zdolnym powalić wołu, wali ją w brzuch. Alex nie ma czasu wrzasnąć, z bólu zwija się wpół i natychmiast puszcza pawia. A facet jest naprawdę silny, obraca ją przodem do siebie, jakby ważyła tyle co kartka papieru. Chwyta ją wpół, mocno przytrzymuje i wpycha jej głęboko do gardła zwiniętą w kulkę szmatę. To on. To ten mężczyzna z metra, z ulicy, mężczyzna spod sklepu, to on. Na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotykają. Alex wierzga nogami, lecz on mocno, jak w imadle, przytrzymuje jej ramiona, nie może nic zrobić, by dać odpór jego sile, kolana się pod nią uginają i osuwa się na ziemię. Wtedy on daje jej potężnego kopa w krzyż, Alex jak z katapulty wpada do furgonetki, trąc policzkiem o podłogę. Mężczyzna wsiada za nią, bez ceregieli odwraca ją na plecy, przywala jej kolanem w brzuch i pięścią wymierza cios w twarz. Potężny cios… Naprawdę chce ją skrzywdzić, naprawdę chce ją zabić, przemyka jej przez głowę i w tym momencie znów dostaje pięścią w twarz, a jej głowa uderza w podłogę tak mocno, że aż odskakuje, potworny wstrząs, uderzyłam potylicą, myśli Alex, to potylica. Jedyne, co oprócz tego słowa jest w stanie wymyślić, to że nie chce umierać, nie w taki sposób, nie teraz. Dławiąc się wymiocinami, z głową pękającą z bólu, skulona w pozycji płodu, czuje, że mężczyzna brutalnie wygina jej ręce do tyłu, krępuje je, tak samo jak kostki nóg. Nie chcę umierać, nie teraz, powtarza w duchu Alex. Drzwi furgonetki z hukiem się zatrzaskują, włącza się silnik, samochód gwałtownym skokiem odrywa się od chodnika, nie chcę teraz umierać.

Jest ogłuszona, ale przytomna, wie, co się dzieje. Płacze, zalewa się łzami. Dlaczego ja? Dlaczego ja?

Nie chcę umierać. Nie teraz.

2

Komisarz Le Guen nie pozostawił mu wyboru.

– Wsadź sobie gdzieś te swoje rozterki, Camille! Nie mam nikogo, rozumiesz? Nikogo! Więc wysyłam po ciebie wóz i jedziesz! – Chwilę odczekawszy, dorzucił: – I przestań mnie już wkurzać!

Po tych słowach rozłączył się. Taki już ma styl Le Guen. Impulsywny. Zwykle Camille się tym nie przejmuje. Generalnie wie, jak z komisarzem negocjować.

Tyle że tym razem chodzi o porwanie.

A tego Camille nie chce, zawsze to powtarzał, są dwie czy trzy sprawy, których się nigdy więcej nie podejmie, a tym bardziej gdy w grę wchodzi porwanie. Od śmierci Iréne. Swojej żony. Była w ósmym miesiącu ciąży. Upadła na ulicy. Trzeba ją było odwieźć do szpitala, a potem została porwana. I więcej nie widziano jej już żywej. Camille był zdruzgotany. Trudno opisać, jaki przeżył wstrząs. To go kompletnie powaliło. Przez długie dni żył jak sparaliżowany, jak naćpany. Kiedy zaczął majaczyć, trzeba go było umieścić w szpitalu. Krążył od jednej kliniki do drugiej, od sanatorium do sanatorium. Cud, że jeszcze żyje. Nikt już na to nie liczył. Przez długie miesiące jego nieobecności w Wydziale Kryminalnym wszyscy się zastanawiali, czy się kiedyś po tym podniesie. A kiedy wreszcie wrócił, dziwna rzecz, ale wyglądał dokładnie tak samo jak przed śmiercią Iréne, tyle że się postarzał. Odtąd podejmuje się tylko spraw pomniejszej wagi. Zbrodni w afekcie, zatargów w półświatku, sąsiedzkich porachunków. Spraw, w których ofiary już są, a nie dopiero będą. Nie porwań. Camille woli martwych, naprawdę martwych, martwych bezdyskusyjnie.

Le Guen, który naprawdę robi dla Camille’a, co może, powiedział kiedyś:

– Mimo wszystko unikanie żywych to żadne rozwiązanie. To tak, jak robić za karawaniarza.

Na co Camille:

– A kimże innym jesteśmy?

Znają się od dwudziestu lat, poważają, nie boją się jeden drugiego. Le Guen to Camille, który zrezygnowałby z pracy w terenie, Camille to Le Guen, który zrezygnowałby z władzy. Zasadniczo dzielą ich tylko dwa stopnie służbowe i osiemdziesiąt kilo wagi. No i trzydzieści centymetrów wzrostu. W takim ujęciu różnica wydaje się ogromna i fakt, że razem wyglądają jak własna karykatura. Le Guen nie jest bardzo wysoki, ale Camille jest bardzo niski. Przy swoim metrze czterdzieści pięć ogląda świat z dołu, jak trzynastoletnie dziecko. Zawdzięcza to swojej matce, Maud Verhoeven. Malarce, której płótna figurują w katalogach tuzina międzynarodowych muzeów. Wielkiej artystce i namiętnej palaczce, nieustannie spowitej chmurą papierosowego dymu; trudno ją sobie wyobrazić bez tej błękitnej aureoli. To jej Camille zawdzięcza dwie swoje najbardziej charakterystyczne cechy. Po artystce odziedziczył niezwykły dar rysunku, nałogowa palaczka zafundowała mu niedożywienie płodowe, którego skutkiem okazał się niski wzrost.

Prawie nigdy nie spotykał ludzi, na których mógłby patrzeć z góry. Za to odwrotnie… Taki wzrost to nie tylko upośledzenie. Dla dwudziestolatka jest okrutnym upokorzeniem, dla trzydziestolatka przekleństwem, ale od samego początku wiadomo, że to wyznacznik losu. Przeznaczenie, wymuszające podniosłe słowa.

Dzięki Iréne wzrost Camille’a stał się jego siłą. Za jej sprawą urósł wewnętrznie. Nigdy wcześniej nie był tak… Camille zastanawia się, jak by to ująć. Bez Iréne nawet słów mu brakuje.

W przeciwieństwie do Camille’a, Le Guen reprezentuje wagę ciężką. Nie wiadomo, ile tak naprawdę waży, on sam tego nie zdradza, zdaniem jednych sto dwadzieścia kilo, zdaniem innych sto trzydzieści, są nawet tacy, którzy twierdzą, że więcej; Le Guen jest po prostu ogromny, z obwisłymi policzkami przypomina mastodonta, lecz nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jego jasne spojrzenie tchnie inteligencją. I choć trudno w to uwierzyć, wszystkie kobiety są mniej więcej zgodne co do tego, czego mężczyźni nie chcą przyznać: komisarz to człowiek niezwykle ujmujący. Jak to możliwe? Nie wiadomo.

Camille usłyszał ryk Le Guena. Ataki komisarza nie robią na nim wrażenia. Od dawna… Spokojnie podnosi słuchawkę, wybiera numer.

– Okay, Jean, jadę do tego porwania. Ale uprzedzam, jak tylko zjawi się Morel, przekażesz mu sprawę, bo… – bierze głęboki oddech i z cierpliwością dziwnie przypominającą pogróżkę cedzi każdą sylabę – …bo ja jej nie wezmę!

Camille Verhoeven nigdy nie krzyczy. Rzadko. To człowiek z autorytetem. Jest niski, łysy i lekki jak piórko, ale wszyscy wiedzą, że jak już coś powie, to święte. Zresztą Le Guen nic nie mówi. Złośliwi powiadają, że w tej parze to Camille ma więcej do powiedzenia. Camille odkłada słuchawkę.

Szlag by to!

Prawdziwy pech. Tym większy, że porwania nie zdarzają się nagminnie, w końcu to nie Meksyk, mogło wypaść kiedy indziej, kiedy pracuje nad inną sprawą albo gdy ma wolne, jest gdzieś daleko! Camille wali pięścią w stół. W zwolnionym tempie, bo jest człowiekiem opanowanym. W innych też nie lubi porywczości.

Czas nagli. Policjant wstaje, łapie płaszcz, kapelusz, szybko schodzi po schodach. Nie jest wysoki, ale chód ma ociężały. Dopóki żyła Iréne, krok miał raczej lekki, często mówiła: „Poruszasz się jak ptak. Zawsze mam wrażenie, że zaraz odlecisz”. Iréne od czterech lat nie żyje.

Podjeżdża samochód, Camille wsiada.

– A ty jak się nazywasz?

– Alexandre, sze…

I od razu gryzie się w język. Tutaj wszyscy wiedzą, że Camille nie cierpi, jak się go nazywa szefem. Mówi, że to mu się kojarzy ze szpitalem, z serialem telewizyjnym – takie cięte komentarze to jego specjalność. Camille to człowiek spokojny, który czasem bywa zapalczywy, który czasem wybucha. Nigdy nie miał łatwego charakteru, ale z wiekiem, a zwłaszcza odkąd owdowiał, zrobił się trochę posępny i drażliwy. W gruncie rzeczy jest nerwusem. Już Iréne go pytała: „Kochanie, czemu jesteś zawsze taki podminowany?”. Z wysokości, by tak rzec, swojego metra czterdziestu pięciu, z udanym zdziwieniem odpowiadał: „Tak, faktycznie… nie ma najmniejszego powodu się złościć…”. Popędliwy, a opanowany, szorstki człowiek i zręczny gracz; ludzie nie tak od razu potrafią się w nim rozeznać. Szanują go. Również dlatego, że nie jest zbyt wesoły. Camille nie bardzo lubi sam siebie.

Od kiedy trzy lata temu wrócił do pracy, zgadza się na wszystkich stażystów – gratka dla szefów wydziału, którzy nie lubią mieć z tym problemów. Jedno jest pewne: od kiedy jego zespół się rozpadł, nie chce mieć stałej ekipy.

Zerka na Alexandre’a. Facet, do którego pasowałoby każde imię, ale na pewno nie Alexandre. Nie zmienia to faktu, że jest wystarczająco Alexandre’em, by przerastać go o cztery głowy, co akurat nie jest wielkim wyczynem, no i ruszył, zanim Camille wydał mu polecenie, co jest oznaką, oględnie mówiąc, dynamizmu.

Alexandre pędzi jak strzała, lubi prowadzić, i to widać. Zdawać by się mogło, że GPS ledwie za nim nadąża. Chce pokazać inspektorowi, jaki z niego dobry kierowca, syrena wyje, samochód pędem mija ulice, skrzyżowania i bulwary, stopy Camille’a majtają dwadzieścia centymetrów nad podłogą, prawą ręką trzyma się pasów. W niespełna piętnaście minut docierają na miejsce. Jest dwudziesta pierwsza pięćdziesiąt. Jeszcze nie tak późno, ale na Paryż zdążyła już spłynąć senna, spokojna atmosfera; nie wygląda na miasto, w którym porywa się kobiety. „Kobietę”, zaznaczył świadek, który zadzwonił na policję. Wyraźnie wstrząśnięty: „Porwana, i to na moich oczach!”. Nie mógł w to uwierzyć. Ale też trzeba przyznać, że trafiło mu się dość niecodzienne przeżycie.

– Tu się zatrzymaj – mówi Camille na końcu ulicy.

Wysiada, poprawia kapelusz, stażysta odjeżdża. Odległość pięćdziesięciu metrów, które dzielą go od pierwszych policyjnych zabezpieczeń, Camille pokonuje na piechotę. To jego metoda; jeśli czas pozwala, stara się zawsze spojrzeć na sprawę z dystansu. Pierwsze spojrzenie jest bardzo ważne, tym ważniejsze, że panoramiczne, bo potem człowiek już bezpowrotnie zagłębia się w gąszcz detali i faktów. To oficjalny powód, wersja na własny użytek, usprawiedliwienie, by wysiąść sto metrów od miejsca, gdzie już na niego czekają. Drugi, prawdziwy, to ten, że wcale nie chce tu być.

Zbliżając się do wozów policyjnych, których światła pulsują na fasadach, próbuje rozeznać się we własnych emocjach.

Wali mu serce.

Czuje się fatalnie. Oddałby dziesięć lat życia, byle być teraz gdzie indziej.

Ale choć wcale się nie spieszy, w końcu dociera na miejsce.

Mniej więcej podobnie wyglądało to cztery lata temu. Ulica, przy której mieszkał, była trochę podobna do tej tutaj. Iréne już nie zastał. Za kilka dni miała urodzić chłopczyka. Powinna być w szpitalu położniczym, Camille popędził tam, szukał, czego on nie robił tamtej nocy, żeby ją odnaleźć… Miotał się jak oszalały, ale wszystko na próżno… A potem już nie żyła. Koszmar w życiu Camille’a zaczął się w sekundzie podobnej jak ta. Więc serce mu wali, łomocze, huczy mu w uszach. Myślał, że poczucie winy w nim przygasło, tymczasem z powrotem ożyło. Chwytają go mdłości. Jeden głos w nim krzyczy, żeby uciekał, inny, żeby stawił czoło. W piersi czuje żelazny uścisk, ma wrażenie, że zaraz się przewróci. Przesuwa barierkę i wchodzi na zabezpieczony teren. Wartujący policjant wita go z daleka nieznacznym uniesieniem ręki. Nie wszyscy znają inspektora Verhoevena, ale wszyscy go rozpoznają. Trudno się dziwić, nawet gdyby nie był postacią w pewnym stopniu legendarną, to z takim wzrostem… I z taką historią…

– O, to pan?

– Rozczarowany?

Louis w popłochu macha rękami.

– Ależ skąd, nie, nie, ani trochę!

Camille uśmiecha się. Zawsze umiał go zapędzić w kozi róg. Louis Mariani przez długi czas był jego zastępcą, zna go jak własną kieszeń.

Z początku, po zabójstwie Iréne, Louis często go odwiedzał w klinice. Camille nie był zbyt skory do rozmowy. Rysowanie, kiedyś tylko sposób na miłe spędzenie czasu, teraz stało się jego głównym zajęciem. Jeśli nie jedynym. Całymi dniami robił tylko to, rysował; rysunkami, szkicami, studiami zawalony był cały pokój, który poza tym zachował bezosobowy charakter. Louis znajdował sobie wolne miejsce i jeden wpatrywał się w drzewa w parku, drugi we własne stopy. Mnóstwo rzeczy sobie w tym milczeniu powiedzieli, ale to nie to co słowa. Bo tych nie znajdowali. A później któregoś dnia Camille ni stąd, ni zowąd oświadczył, że woli być sam, że nie chce Louisa obarczać własnym smutkiem. „Towarzystwo smutnego gliny to żadna przyjemność”, powiedział. Obu im było przykro, że się tak rozstają. Upłynęło trochę czasu. A potem, kiedy sprawy zaczęły się układać nieco lepiej, było już za późno. Kiedy minie żałoba, pozostaje jałowa ziemia.

Od dawna się nie widzieli, spotykali się tylko czasami na różnych zebraniach, briefingach, przy tego typu okazjach. Louis prawie się nie zmienił. Do starości, do śmierci zachowa ten swój młodzieńczy wygląd; niektórzy już tak mają. I swoją zwykłą elegancję. Camille stwierdził kiedyś: „Przy tobie nawet w ślubnym stroju wyglądam jak kloszard”. Trzeba powiedzieć, że Louis jest bogaty, bardzo bogaty. Z jego majątkiem jest jak z wagą komisarza Le Guena, nikt nie wie ile, ale wszyscy wiedzą, że dużo i na pewno ciągle coraz więcej. Louis śmiało mógłby żyć z odsetek od kapitału i jeszcze zapewnić finansowe zabezpieczenie czterem lub pięciu następnym pokoleniom. Zamiast tego jest policjantem w Wydziale Kryminalnym. Choć nie musiał, zaliczył mnóstwo fakultetów; zawdzięcza im ogładę, której Camille nigdy nie miał nic do zarzucenia. Louis to prawdziwe kuriozum.

Uśmiecha się, czuje się dość dziwnie, tak ni stąd, ni zowąd spotykając Camille’a, który zjawia się bez uprzedzenia.

– To tam – mówi, wskazując barierki.

Camille przyspiesza kroku, by nadążyć za młodym mężczyzną. Nie takim znów młodym.

– Ile ty masz lat, Louis?

Louis odwraca się.

– Trzydzieści cztery, a co?

– Nie, nic.

W tym momencie Camille stwierdza, że znajdują się niedaleko muzeum Bourdelle’a. Przypomina mu się dość wyraźnie twarz Heraklesa łucznika. Zwycięstwo herosa nad potworami. Camille nigdy nie rzeźbił, nie miał po temu warunków fizycznych, i od dawna też nie maluje, ale nadal, nawet po długim okresie depresji, rysuje, to silniejsze od niego, to integralna część jego osobowości, nie może się powstrzymać, żeby nie rysować, zawsze z ołówkiem w ręku. To jego sposób odbioru świata.

– ZnaszHeraklesa łucznika z muzeum Bourdelle’a?

– Tak – mówi Louis. I z zakłopotaną miną dodaje: – Ale nie wiem, czy nie mają go raczej w Muzeum d’Orsay.

– Ty jak zawsze wkurzający.

Louis uśmiecha się. Tego typu odzywka w ustach Camille’a oznacza: bardzo cię lubię. Oznacza: jak ten czas szybko leci, to ile my się już znamy? Koniec końców oznacza: tak naprawdę to nie widzieliśmy się od czasu, kiedy zabiłem Iréne, co? I dlatego dziwnie jest spotkać się znowu na miejscu zbrodni. Nagle Camille czuje się w obowiązku wyjaśnić:

– Zastępuję Morela. Le Guen akurat nikogo innego nie miał.

Louis kiwa głową, że rozumie, ale wygląda na nie całkiem przekonanego. Inspektor Verhoeven tranzytem w takiej jak ta sprawie – to jednak dość dziwne.

– Zadzwoń do Le Guena. Potrzebuję ludzi. Teraz, zaraz. O tej porze niewiele zdziałamy, ale spróbować warto…

Louis kiwa głową i wyjmuje komórkę. Podziela zdanie Camille’a. Do tego typu sprawy można podejść dwojako. Zacząć albo od porywacza, albo od ofiary. Pierwszy jest już z pewnością daleko. Ofiara może mieszkać w tej dzielnicy, mogła zostać uprowadzona z własnego mieszkania, i nie tylko historia Iréne każe im w ten sposób rozumować. Takie są statystyki.

Ulica Falguiére. Dzisiejszy wieczór przebiega zdecydowanie pod znakiem rzeźbiarzy. Idą środkiem ulicy, z obu stron zamkniętej dla ruchu. Camille spogląda na fasady, we wszystkich oknach widać światło, w końcu to spektakl wieczoru.

– Mamy świadka, jednego – mówi Louis, zamykając komórkę. – I miejsce, gdzie stał samochód, którym porwano ofiarę. Zaraz powinni przyjechać technicy.

I właśnie nadjeżdżają. Barierki zostają szybko odsunięte, Louis pokazuje im wolne miejsce przy chodniku między dwoma samochodami. Wysiada czterech techników ze sprzętem.

– Gdzie ten świadek? – pyta Camille.

Inspektor niecierpliwi się. Widać, że woli tu długo nie zabawiać. Dzwoni jego komórka.

– Nie, panie prokuratorze, kiedy ta informacja do nas dotarła przez komisariat piętnastej dzielnicy, było już za późno na zarządzenie blokady.

Odpowiada prokuratorowi tonem oschłym, ledwie uprzejmym. Louis dyskretnie się oddala. Rozumie zniecierpliwienie Camille’a. Gdyby w grę wchodziło porwanie nieletniego, już ogłoszono by stan pogotowia, ale uprowadzona została dorosła kobieta. Będą musieli radzić sobie sami.

– To, o co pan prosi, jest bardzo trudne – odpowiada Camille głosem o ton niższym. I dziwnie powoli.

Ci, którzy go znają, wiedzą, że u niego taka intonacja nie wróży nic dobrego.

– Widzi pan, teraz, kiedy z panem rozmawiam, w oknach stoi, powiedziałbym – unosi wzrok – blisko sto osób. Ekipy prowadzące dochodzenie powiadomią kolejnych dwieście lub trzysta. A więc, jeśli zna pan sposób, jak w tych warunkach uniknąć rozgłosu, ja pierwszy chętnie skorzystam.

Louis uśmiecha się pod nosem. Jest uszczęśliwiony. Cały Verhoeven. Znów widzi go takim, jaki zawsze był. Przez te cztery lata postarzał się, ale pozostał równie niesubordynowany. Czasami wręcz niebezpieczny dla hierarchii służbowej.

– Oczywiście, panie prokuratorze…

Jego ton wyraźnie wskazuje, że Camille nie ma najmniejszego zamiaru dotrzymać poczynionej obietnicy, jakakolwiek by była. Rozłącza się. Rozmowa z prokuratorem wprawiła go w humor jeszcze gorszy niż same okoliczności sprawy.

– Do cholery, gdzie jest ten twój Morel?

Tego się Louis nie spodziewał. „Twój Morel”. Camille jest niesprawiedliwy, ale Louis go rozumie. Żeby ubrać w taką sprawę człowieka pokroju Verhoevena, i bez tego zdradzającego niejaką skłonność do anarchii…

– W Lyonie – odpowiada spokojnie. – Na wspólnotowym seminarium. Wraca pojutrze.

Ruszyli w stronę świadka, którego pilnuje mundurowy.

– Kurwa! – wybucha Camille. Louis nic nie mówi. Camille przystaje. – Przepraszam – mówi.

Ale nie patrzy przy tym na Louisa. Patrzy pod nogi, a potem znów w okna budynków i na stojących w nich ludzi; wszyscy spoglądają w tym samym kierunku, jakby odprowadzali wzrokiem pociąg odjeżdżający na wojnę. Louis chciałby coś powiedzieć, tylko co? W końcu Camille podejmuje decyzję i wtedy wreszcie podnosi wzrok na Louisa.

– To co, działamy jak…

Louis odgarnia włosy z czoła. Prawą ręką. U niego odgarnięcie włosów to gest wiele mówiący. W tym momencie to, że prawą ręką, oznacza: pewnie, zgoda, działamy jak… I wskazuje postać za plecami Camille’a.

To czterdziestoletni mężczyzna. Wyprowadzał na spacer psa, przycupnięte u jego stóp stworzenie, które Pan Bóg musiał zmajstrować w chwili skrajnego zmęczenia. Camille i pies spoglądają na siebie i z miejsca zaczynają się nienawidzić. Pies warczy, po czym ze skowytem cofa się do stóp swojego pana. Ale właściciel psa jest jeszcze bardziej zdumiony na widok stającego przed nim Camille’a. Spogląda na Louisa z niedowierzaniem; że też z takim wzrostem można zostać szefem w policji…

– Inspektor Verhoeven – przedstawia się Camille. – Pokazać legitymację czy wierzy mi pan na słowo?

Louis jest wniebowzięty. Wie, co będzie dalej. Świadek powie:

– Nie, nie, w porządku… Tyle że…

Camille przerwie mu:

– Tyle że co?

Tamten zacznie się plątać:

– No wie pan, nie spodziewałem się… to raczej…

Od tego momentu są dwie możliwości. Albo Camille natrze na faceta i będzie przyciskał go tak długo, dopóki ten nie poprosi o łaskę, a potrafi być bezlitosny. Albo odpuści. Tym razem Camille odpuszcza. W grę wchodzi porwanie. Sprawa jest pilna.

Więc świadek wyszedł na spacer z psem. I zobaczył, że porwano kobietę. Na jego oczach.

– O dwudziestej pierwszej – mówi Camille. – Jest pan pewny, że to była ta godzina?

Świadek, podobnie jak wszyscy, mówiąc o czymś, w gruncie rzeczy mówi o sobie.

– Jestem, bo o wpół do dziesiątej oglądam zawsze wypadki samochodowe na No-Limits…! Tuż przedtem wyprowadzam psa.

Zaczynają od opisu napastnika.

– Widziałem go trochę z boku. Ale facet był wysoki, kawał chłopa.

Naprawdę wydaje mu się, że jest niezwykle pomocny. Camille patrzy na świadka, już z góry znużony. Louis dalej wypytuje. Włosy? Wiek? Ubranie? Trudno powiedzieć, nie za dobrze widział; te same odpowiedzi co zwykle.

– W porządku. A samochód? – z zachęcającą miną podpowiada Louis.

– Biała furgonetka. Wie pan, taka, jaką jeżdżą rzemieślnicy.

– Jakiego rodzaju rzemieślnicy? – przerywa Camille.

– Ba, żebym to ja wiedział, w rodzaju… no nie wiem, rzemieślnicy i tyle!

– Skąd to przypuszczenie, że rzemieślnicy?

Wyczuwa się, że Verhoeven przejmuje świadka. Ten rozdziawia usta. W końcu mówi:

– No, wszyscy rzemieślnicy mają takie kamionetki, nie?

– Owszem – zgadza się Camille – a przy okazji nawet umieszczają na nich swoje nazwisko, telefon i adres. Taka bezpłatna, obwoźna reklama, można by powiedzieć. Więc co ten rzemieślnik na swojej napisał?

– No właśnie, na tej nic nie było napisane. W każdym razie ja nic nie widziałem.

Camille wyjmuje notatnik.

– Dobrze. Więc piszę… nieznana kobieta… porwana przez anonimowego rzemieślnika, bliżej nieokreślonym pojazdem, czy coś pominąłem?

Właściciel psa wpada w panikę. Drżą mu usta. Odwraca się do Louisa z niemą prośbą w oczach…

Wyczerpany Camille zamyka notatnik, odwraca się. Louis przejmuje pałeczkę. Z tego jedynego zeznania niewiele wynika, będą musieli sobie jakoś poradzić. Za plecami inspektor słyszy dalszy ciąg przesłuchania. Marka pojazdu („Może ford… nie bardzo znam się na markach, widzi pan, już od dawna nie mam samo…”), ale ofiarą jest kobieta („na mur beton kobieta”). Opis napastnika wciąż pozostaje dość mętny („W każdym razie był sam, nikogo innego nie widziałem…”). Pozostaje metoda działania. Metoda siłowa.

– Krzyczała, wyrywała się… i wtedy z całej siły przyłożył jej pięścią w brzuch. Ostro sobie z nią poczynał! I właśnie wtedy krzyknąłem! Rozumie pan, próbowałem go spłoszyć…

Camille wszystkie te detale inkasuje prosto w serce, jakby każdy cios trafiał w niego samego. W dniu porwania Iréne wyglądało to podobnie, oprócz sklepikarza, który ją widział, nikt nic nie słyszał; nikt nic lub prawie nic nie zauważył. Dokładnie tak samo. Zaraz się przekonamy. Camille zawraca, podchodzi do świadka.

– Gdzie się pan dokładnie znajdował? – pyta.

– Tam…

Louis spuszcza wzrok. Facet pokazuje palcem gdzie.

– Proszę mi pokazać.

Louis zamyka oczy. Pomyślał o tym samym co Verhoeven, ale tego, co zaraz zrobi inspektor, on by nie zrobił. Świadek ciągnie psa, w towarzystwie obu policjantów idzie kawałek chodnikiem i zatrzymuje się.

– Mniej więcej tu…

Ocenia odległość, obraca się jednym bokiem, drugim, trochę się krzywi, no… mniej więcej tu. Camille domaga się potwierdzenia.

– Tutaj? Nie trochę dalej?

– Nie, nie – zapewnia świadek triumfalnym tonem.

Louis dochodzi do tego samego wniosku co Camille.

– I parę razy też jej przykopał… – dodaje świadek.

– Rozumiem – stwierdza Camille. – Więc pan znajduje się tutaj, czyli w jakiej odległości? – Patrzy pytająco na świadka. – Czterdziestu metrów?

Tak, facet z zadowoleniem potwierdza.

– Widzi pan kobietę, którą biją, którą porywają, i co pan robi? Odważnie pan krzyczy.

Patrzy na świadka, który szybko mruga powiekami, jak człowiek czymś silnie poruszony.

Camille wzdycha i bez słowa odchodzi, obrzuciwszy jeszcze tylko ostatnim spojrzeniem brytana, który wygląda na równie walecznego jak jego pan. Najchętniej by wszystkich wystrzelał.

Odzywa się w nim, jak by to ująć, Camille szuka właściwego słowa, rodzaj dzwonka alarmowego, doznanie przypominające… kopnięcie prądem. Z powodu Iréne. Odwraca się, patrzy na pustą ulicę. I nagle następuje wyładowanie. Już wie. Dotąd wykonywał swoją pracę w sposób techniczny, metodyczny, zorganizowany, podejmował inicjatywy, których od niego oczekiwano, ale dopiero teraz – i po raz pierwszy, odkąd wrócił do pracy – tak naprawdę do niego dociera, że tu, w tym miejscu, godzinę temu jakaś kobieta, istota z krwi i kości, została porwana, że krzyczała, że ją bito, wrzucono do furgonetki, że jest uwięziona, przerażona, możliwe że torturowana, że liczy się każda minuta, a on nie jest w kursie, bo chce zachować dystans, chronić siebie, nie chce wykonywać swojej pracy, pracy, którą sam wybrał. I którą po śmierci Iréne zachował. Mogłeś zająć się czym innym, mówi sobie, ale tego nie zrobiłeś. Teraz, w tej konkretnej chwili, jesteś tutaj i twoja obecność tu ma tylko jedno uzasadnienie: odnalezienie kobiety, którą przed chwilą porwano.

Kręci mu się w głowie. Jedną ręką opiera się o karoserię jakiegoś samochodu, drugą rozluźnia krawat. Znalezienie się w tych akurat szczególnych okolicznościach jest niezbyt wskazane dla człowieka, którego kontakt z nieszczęściem z taką łatwością rozkłada na obie łopatki. Podchodzi Louis. Kto inny na jego miejscu zapytałby: „W porządku?”. Ale nie on. Louis stoi obok Camille’a, patrzy w inną stronę, jak ktoś, kto czeka na werdykt: cierpliwie, ze wzruszeniem i niepokojem.

Słabość mija, Camille robi ruch, jakby się z czegoś otrząsał, odkasłuje.

– Macie coś? – rzuca do techników krzątających się trzy metry dalej.

Z miejscem zbrodni popełnionej na ulicy problem jest taki, że zbiera się wtedy wszystko jak leci. I jak tu potem odgadnąć, które ze znalezisk ma związek ze sprawą?

Jeden z techników, ten wyższy, unosi głowę i wylicza:

– Pety, moneta… – zagląda do plastikowej torebki leżącej na jego skrzynce ze sprzętem – …zagraniczna, bilet metra, a następnie mogę zaproponować chusteczkę higieniczną (zużytą) i nakrętkę na długopis.

Camille ogląda przezroczystą torebkę z biletem metra, unosi ją do światła.

– Wyraźnie nieźle nią potrząsnął – dorzuca technik.

Jego kolega sterylną łyżką pieczołowicie wybiera z rynsztoka resztki wymiocin.

Poruszenie przy barierach. Truchtem nadciąga kilku mundurowych. Camille liczy. Le Guen przysyła mu pięciu.

Louis wie, co ma robić. Utworzy ekipy. Przekaże im pierwsze ustalenia, podzieli teren na strefy operacyjne, jakkolwiek, zważywszy godzinę, wiele nie zdziałają, wyda polecenia. A ostatni z policjantów zostanie z Louisem, żeby przesłuchać miejscowych, ściągnie tych, którzy stoją w oknach i którzy znajdowali się najbliżej miejsca porwania.

Koło dwudziestej trzeciej Louis Czarowny odkrył jedyną na tej ulicy – będącą już rzadkością w Paryżu – kamienicę z dozorczynią na parterze. Dozorczynią urzeczoną elegancją Louisa. Skutkiem czego jej pakamera zamienia się w kwaterę główną policji. Ujrzawszy posturę inspektora, konsjerżka przeżywa lekki wstrząs. Zakrywa ręką usta, o Boże, Boże, Boże. Upośledzenie tego mężczyzny, tak jak los porzuconych zwierząt, chwyta ją za serce. Na jego widok wszystko w niej lituje się, roztkliwia, słabnie, co za nieszczęście. Zerka na inspektora ukradkiem, boleściwie mrużąc oczy, jakby był ciężko ranny, a ona podzielała jego cierpienie.

Na boku zaś pyta Louisa:

– Może poszukam jakiegoś małego krzesełka dla szefa?

Tak jakby Camille dopiero co zmalał, jakby należało poczynić jakieś kroki.

– Nie, dziękuję. Wszystko będzie dobrze, niezmiernie pani dziękuję – odpowiada Louis Pobożny, przymykając oczy.

I posyła jej czarujący uśmiech. Skutek jest taki, że dozorczyni przygotowuje dzbanek kawy dla wszystkich.

Do filiżanki Camille’a dodaje łyżeczkę mokki.

Wszystkie ekipy pracują, Camille pod litościwym wzrokiem dozorczyni popija swoją kawę, Louis myśli. To jego specjalność, Louis jest intelektualistą, ciągle myśli. Próbuje zrozumieć.

– Okup… – wysuwa ostrożną propozycję.

– Seks… – zastanawia się Camille. – Obłęd…

Mogliby tak długo wymieniać: pęd do destrukcji, zaborczość, bunt, zdobywczość. Obaj widzieli już tyle zbrodniczych namiętności, a teraz tkwią w tej pakamerze uziemieni… Prawie bezczynnie.

Przeczesali najbliższe sąsiedztwo, przepytali mieszkańców, porównali zeznania, plotki, opinie jednych i drugich, dzwonili do drzwi, kierując się pewnikami, które chwilę potem upadały. Zajęło to sporą część nocy.

I jak na razie nic. Porwana kobieta nie mieszka na pewno w tej dzielnicy, w każdym razie nie w pobliżu miejsca uprowadzenia. Wygląda na to, że nikt jej tutaj nie zna. Mają trzy ewentualnie pasujące rysopisy kobiet aktualnie przebywających poza domem, nieobecnych…

Dla Camille’a nic z tego nie wynika.

3

Budzi ją zimno. I ból. Droga trwała długo, a ona, skrępowana, nie mogła nic zrobić, żeby nie turlać się i nie obijać ciałem o ściany. Kiedy furgonetka w końcu stanęła, mężczyzna otworzył drzwi, zarzucił na Alex rodzaj foliowej plandeki i obwiązał sznurkiem. Potem jak worek przerzucił ją sobie przez ramię. To przerażające uczucie zostać sprowadzonym do zwykłego ładunku, przeraża też myśl, że jesteś zdany na łaskę kogoś, kto potrafi cię tak przerzucić przez ramię. Od razu zaczynasz sobie wyobrażać, na co jeszcze takiego będzie stać.

A potem bez ceregieli ten prowizoryczny worek z nią w środku rzucił na ziemię i zaczął ciągnąć po schodach na dół. Kanty stopni obijały ją ze wszystkich stron, nie miała jak osłonić głowy, wrzeszczała, ale mężczyzna dalej robił swoje. Po drugim uderzeniu potylicą o schody zemdlała.

Ile od tej pory upłynęło czasu, nie wie.

Teraz nie słyszy już żadnego odgłosu, jest jej tylko straszliwie zimno w ramiona, w plecy. I w zlodowaciałe stopy. Taśma zaciśnięta jest tak mocno, że krew w żyłach nie może krążyć. Alex otwiera oczy. A przynajmniej próbuje je otworzyć, bo lewe oko jest zlepione. I ust też nie może otworzyć. Są zakneblowane szeroką taśmą klejącą. Tego akurat nie pamięta. Zrobił to, kiedy była nieprzytomna.

Leży skulona na ziemi, na boku, z rękami skrępowanymi z tyłu, ze związanymi stopami. Boli ją biodro, na którym spoczywa cały ciężar ciała. Powoli, jak osoba budząca się ze śpiączki, powraca do rzeczywistości, jest cała poturbowana jak po wypadku samochodowym. Próbuje zobaczyć, gdzie się znajduje, skrętem bioder przetacza się na plecy, potwornie bolą ją ramiona. Sklejona powieka w końcu się rozchyla, ale siatkówka nie odbiera obrazu. Straciłam oko, stwierdza Alex ze zgrozą. Ale po kilku sekundach dociera do niej zamazany obraz, zda się dobiegający z planety odległej o tysiące lat świetlnych.

Wciąga w nozdrza powietrze, stara się rozumować logicznie. To hangar albo magazyn. Wielkie puste pomieszczenie. Rozproszone, dobiegające z góry światło. Podłoga zimna, wilgotna, woń brudnego deszczu, stojącej wody, dlatego jest jej tak zimno: podłoże jest podmokłe.

Pierwszym wspomnieniem, które do niej powraca, jest mężczyzna trzymający ją mocno przy sobie. Jego zapach, cierpki, silny, zwierzęcy, woń potu. W dramatycznych chwilach nieraz człowiekowi przychodzą do głowy różne nieistotne myśli, i pierwsze, o czym myśli Alex, to że wyrwał jej włosy. Całą garść. Wyobraża sobie wielki jasny płat skóry na głowie i zaczyna płakać. Właściwie płacze nie tyle z powodu tych wyrwanych włosów, ile raczej z powodu tego, co właśnie przeżyła, ze zmęczenia, z bólu. I ze strachu. Płacze, a że z ustami zakneblowanymi przylepcem płakać jest trudno, dławi się, zaczyna kasłać, a że kasłać z zakneblowanymi ustami też jest bardzo trudno, z oczami pełnymi łez zaczyna się dusić. Żołądek podchodzi jej pod gardło. Usta wypełnia gorzka żółć, której nie może zwymiotować; musi ją połknąć. Trwa to bardzo długo. Jest ohydne.

Usiłuje złapać powietrze, usiłuje zrozumieć, analizować. Mimo że jest w tak rozpaczliwym położeniu, stara się choć trochę uspokoić. Zimna krew nie zawsze wystarcza, ale bez niej nie ma się żadnych szans. Próbuje wziąć się w garść, spowolnić bicie serca. Zrozumieć, co ją spotkało, co tutaj robi, dlaczego się tu znalazła. Zastanowić się.

Wszystko ją boli, a w dodatku doskwiera jej pełny i ściśnięty pęcherz. Nigdy pod tym względem nie była zbyt wytrzymała. Szybko podejmuje decyzję, odpręża się i sika pod siebie. Takie pofolgowanie sobie nie jest porażką, bo to jej własna decyzja. Jeśli nie zrobi tego teraz, będzie się męczyła i długo skręcała, może całymi godzinami, a i tak niczym innym się nie skończy. Biorąc pod uwagę sytuację, ma wiele innych powodów do obaw, parcie na pęcherz to tylko niepotrzebna przeszkoda. Ale nie pomyślała, że chwilę potem zrobi jej się jeszcze zimniej. Dygocze i sama już nie wie, z zimna czy ze strachu. Powracają do niej dwie sceny: mężczyzna w głębi wagonu w metrze, który się do niej uśmiecha, i jego twarz, kiedy ją trzyma w uścisku, tuż przed wrzuceniem do furgonetki. Ból upadku był naprawdę potworny.

Nagle w oddali słychać szczęk metalowych drzwi. Alex, czujna i napięta jak struna, natychmiast przestaje płakać. Potem szybkim wyrzutem bioder przewraca się z powrotem na bok i zamyka oczy, gotowa na pierwszy cios, bo będzie ją bił, po to ją porwał, żeby bić. Alex wstrzymuje oddech. Słyszy spokojne, ciężkie kroki mężczyzny, który podchodzi i staje obok niej. Spod przymkniętych powiek widzi jego grube, wypastowane buty. Mężczyzna nic nie mówi. Przez dłuższą chwilę stoi nad nią w milczeniu, niczym strażnik jej snu. W końcu Alex decyduje się, otwiera szeroko oczy i spogląda w górę. Facet trzyma ręce za plecami, pochylona twarz nie wyraża zupełnie nic, po prostu pochylił się nad nią jak… nad zwykłym przedmiotem. Jego głowa oglądana od dołu jest ogromna, czarne gęste brwi ocieniają częściowo oczy, ale przede wszystkim widać jego czoło. To czoło, szersze od reszty twarzy, jakby przerośnięte, nadaje mu wygląd osobnika prymitywnego, niedorozwiniętego. Upartego. Alex szuka właściwego słowa, ale nie znajduje.

Chciałaby coś powiedzieć. Z tą taśmą na ustach nie może. Zresztą i tak jest w stanie wymyślić tylko jedno: „Błagam…”. Zastanawia się, co mogłaby mu powiedzieć, gdyby ją odkneblował. Naprawdę chciałaby wymyślić co innego niż to błaganie, ale nic nie przychodzi jej do głowy, nic, żadne pytanie, żadna prośba, tylko to błaganie. Jej umysł zdrętwiał, Alex myśli, a i to mętnie, tylko o jednym: porwał ją, skrępował, zostawił tutaj, co z nią zamierza zrobić?

Nie może się powstrzymać i znów zaczyna płakać. Mężczyzna bez słowa oddala się. Idzie do narożnika hangaru. Zamaszystym ruchem ściąga plandekę okrywającą coś, czego Alex nie może zobaczyć. I wciąż to samo magiczne, irracjonalne zaklęcie: oby mnie tylko nie zabił.

Alex widzi jego wygięte w kabłąk plecy, widzi, jak tyłem ciągnie oburącz coś ciężkiego, skrzynię?, coś ze zgrzytem przesuwającego się po betonowej podłodze. Jest ubrany w ciemnoszare drelichowe spodnie i pasiasty sweter, szeroki i bezkształtny, jakby go nosił od lat.

Po kilku metrach tego ciągnięcia zatrzymuje się, spogląda w górę na sufit, jakby chciał dobrze wycelować, i, podparty pod boki, stoi tak przez chwilę, zda się, rozważając, jak to zrobić. Wreszcie odwraca się. Patrzy na Alex, podchodzi, przyklęka przy jej twarzy, wyciąga rękę i jednym krótkim ruchem przecina taśmę krępującą jej kostki. Następnie wielką łapą chwyta za skrawek skocza w kąciku jej ust i brutalnie zrywa knebel. Alex krzyczy z bólu, on zaś jedną ręką stawia ją na nogi. Alex co prawda tak znów wiele nie waży, ale mimo wszystko, żeby jedną ręką! Stoi zdrętwiała na całym ciele, krew uderza jej do głowy. Znowu się zatacza, trafia czołem w pierś mężczyzny. Ten przytrzymuje mocno jej ramię, odwraca ją i nim Alex zdąży wykrztusić słowo, rozcina jej związane z tyłu dłonie.

Wtedy Alex zbiera się na odwagę i bez namysłu mówi pierwsze, co przychodzi jej do głowy:

– B…błagam p…pana…

Nie poznaje własnego głosu. I jak kiedyś, jak w dzieciństwie, znów się jąka.

Stoją twarzą w twarz; to chwila prawdy. Alex jest tak przerażona na myśl o tym, co może jej zrobić, że nagle chciałaby umrzeć, o nic nie prosić, niech ją teraz od razu zabije. Najbardziej boi się tego czekania, domysłów, w których gubi się jej wyobraźnia, tej myśli, na co jeszcze go stać. Zamyka oczy i widzi własne ciało, jakby już do niej nie należało, ciało leżące dokładnie w tej samej pozycji jak przed chwilą, całe poranione, broczące krwią, cierpiące, tak jakby to nie była już ona, ale jednak wciąż ona. Już się widzi martwą.

Zimno, smród moczu, Alex wstydzi się i boi tego, co za chwilę nastąpi, tylko żeby mnie nie zabił, oby mnie nie zabił.

– Rozbierz się – mówi mężczyzna spokojnym, poważnym głosem.

Jego rozkaz brzmi również spokojnie i poważnie. Alex otwiera usta, ale nim zdąży wykrztusić słowo, mężczyzna policzkuje ją z taką siłą, że aż odrzuca ją w bok, traci równowagę, robi krok, potem drugi i przewraca się, uderzając głową o ziemię. Mężczyzna powoli podchodzi. Chwyta ją za włosy. Ból jest potworny, Alex czuje, że wyrwie jej wszystkie włosy z głowy, chwyta oburącz jego dłoń, próbując go powstrzymać, i nagle nie wiadomo jakim cudem odzyskuje władzę w nogach i z powrotem stoi. Policzkując ją po raz drugi, mężczyzna nadal trzyma ją za włosy, więc Alex tylko podryguje, a jej głowa jedynie nieznacznie się odwraca. Odgłos ciosu jest ogłuszający, zdrętwiała z bólu przestaje już cokolwiek czuć.

– Rozbierz się – powtarza mężczyzna. – Do rosołu.

I wypuszcza ją. Alex otumaniona robi krok, próbuje ustać na nogach, powstrzymując jęk bólu, osuwa się na kolana. Mężczyzna podchodzi, nachyla się. Alex widzi nad sobą jego wielką facjatę, ciężką głowę z przerośniętym czołem, szare oczy…

– Dotarło?

I z uniesioną, otwartą dłonią czeka na odpowiedź, Alex szybko mówi „Tak”, kilka razy powtarza „Tak, tak, tak”, momentalnie podnosi się, zrobi wszystko, byle już jej nie bił. I żeby pokazać, jak całkowicie i bez reszty gotowa jest spełniać jego polecenia, natychmiast zdejmuje T-shirt, ściąga stanik, rozpina w pośpiechu guziki dżinsów, tak jakby ubranie na niej raptem zajęło się ogniem, chce być jak najszybciej naga, byle jej tylko znowu nie przyłożył. Wygina się, ściąga wszystko, co ma na sobie, wszystko, wszystko, byle szybciej, i staje z opuszczonymi ramionami. I dopiero wtedy do niej dociera, co tym samym bezpowrotnie straciła. Jej porażka jest absolutna, rozbierając się tak skwapliwie, na wszystko się zgodziła, na wszystko z góry przystała. W pewnym sensie właśnie umarła. Ożywają w niej dawne, bardzo dawne doznania. Jakby znalazła się poza własnym ciałem. Może dlatego znajduje w sobie dość siły, by zapytać:

– Czego pan ode m…mnie chce?

Mężczyzna rzeczywiście prawie nie ma warg. Nawet w jego uśmiechu można się dopatrzyć wszystkiego, tylko nie uśmiechu. W tym momencie jego usta wyrażają pytanie.

– A co masz do zaoferowania, szmato?

Próbował nadać temu pytaniu łapczywy ton, jakby naprawdę próbował ją uwieść. Dla Alex jego słowa brzmią sensownie. Dla wszystkich kobiet takie słowa brzmią sensownie. Przełyka ślinę, myśli: nie zabije mnie. Jej umysł zakleszcza się na tym pewniku, kurczowo się go trzyma, by nie dopuścić do jakiegokolwiek sprzeciwu. Intuicja podpowiada jej, że potem i tak ją zabije, ale kleszcze umysłu trzymają mocno, bardzo mocno.

– Może mnie pan… p…przelecieć – mówi.

Nie, czuje, że to nie to, że nie w ten sposób…

– Może mnie pan z…zgwałcić – dodaje. – Może pan z…zrobić wszystko…

Uśmiech na jego twarzy tężeje. Mężczyzna cofa się o krok, żeby spojrzeć na nią z dystansu. Od stóp do głów. Alex rozkłada ramiona, chcąc pokazać, jaka jest chętna, wyuzdana, chcąc pokazać, że kapituluje, że oddaje się w jego ręce, wszystko, byle zyskać na czasie, na czasie. W takiej sytuacji czas to życie.

Mężczyzna spokojnie mierzy ją wzrokiem, jego spojrzenie powoli przesuwa się z góry w dół, wreszcie na dłużej zatrzymuje się na wzgórku łonowym. Z namysłem lekko przechyla głowę, Alex stoi nieruchomo, jest jej wstyd, że to robi, że mu to pokazuje. A jeśli nie spodoba mu się ta odrobina, jaką ma do zaoferowania, jeśli się tym nie zadowoli, co wtedy? Mężczyzna, zda się rozczarowany, zawiedziony, potrząsa głową, nie, nie, nie o to mu chodzi. I żeby jej to pełniej uświadomić, ujmuje w dwa palce jej prawy sutek i wykręca go z taką szybkością i siłą, że Alex z krzykiem zwija się wpół.

Mężczyzna opuszcza rękę. Z wytrzeszczonymi oczami, oślepiona bólem, nie mogąc złapać tchu, Alex trzyma się za pierś, przestępując z nogi na nogę. Z płaczem pyta:

– Co pan zamierza zrobić?

Mężczyzna uśmiecha się, jakby chciał przypomnieć jej o czymś oczywistym.

– Cóż… zamierzam patrzeć, jak zdychasz, szmato.

Po czym, jak aktor na scenie, odstępuje na bok.

I wtedy Alex to widzi. Na podłodze za nim widzi wiertarkę elektryczną, a obok niej drewnianą skrzynię. Niedużą. Wielkości człowieka.