Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 283 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alex Cross - James Patterson

W początkach swojej kariery w waszyngtońskiej policji Alex Cross przeżył wielką osobliwą tragedię - na oczach detektywa niezidentyfikowany snajper zastrzelił jego ciężarną żonę Marię, pozostawiając go z trójką małych dzieci. Minęło kilkanaście lat; Alex awansował, zrobił karierę w FBI, stał się jednym z najbardziej cenionych specjalistów do tropienia seryjnych zabójców. Po jednej z niebezpiecznych akcji agent decyduje się opuścić FBI i otworzyć własną praktykę psychiatryczną. Kiedy o pomoc prosi go dawny partner, John Sampson, Alex nie odmawia. Nie potrafi. W sprawie, którą prowadzi Sampson - seryjnego gwałciciela i mordercy Michaela Sullivana, który terroryzuje kobiety pokazując im zdjęcia ofiar - pojawił się trop na wskazujący na nierozwiązane zabójstwo Marii sprzed 12 lat. Czy tym razem sprawiedliwość zatriumfuje?

Opinie o ebooku Alex Cross - James Patterson

Fragment ebooka Alex Cross - James Patterson

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

CROSS

Co­py­ri­ght © Ja­mes Pat­ter­son 2006

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2008

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Anna Ko­łysz­ko 2008

Mo­tion Pic­tu­re Ar­twork co­py­ri­ght © Sum­mit En­ter­ta­in­ment LLC 2012

All ri­ghts re­se­rved

Re­dak­cja: Do­ro­ta Stań­czak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-020-5

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję Palm Be­ach Day Scho­ol,Shir­ley i dy­rek­to­ro­wi Jac­ko­wi Thomp­so­no­wi

Pro­log

Pań­ska god­ność?

THOMP­SON: Dok­tor Thomp­son z Kli­ni­ki Aka­de­mii Me­dycz­nej Berk­shi­res. Ile strza­łów pan sły­szał?

CROSS: Dużo.

THOMP­SON: Pań­ska god­ność?

CROSS: Alex Cross.

THOMP­SON: Ma pan trud­no­ści z od­dy­cha­niem? Coś pana boli?

CROSS: Czu­ję ból w brzu­chu. Wszę­dzie mi tam plusz­cze. I brak mi tchu.

THOMP­SON: Wie pan, że zo­stał pan po­strze­lo­ny?

CROSS: Tak, do­sta­łem dwa strza­ły. Czy Rzeź­nik nie żyje? Mi­cha­el Sul­li­van?

THOMP­SON: Nie wiem. Kil­ka osób nie żyje. Ko­cha­ni, daj­cie mi ma­skę tle­no­wą Ven­tu­rie­go. Kro­plów­kę, dwa cew­ni­ki, na cito. Dwa li­try soli fi­zjo­lo­gicz­nej. Na­tych­miast! Za­wie­zie­my pana do szpi­ta­la, pa­nie Cross. Niech pan się trzy­ma. Czy pan mnie sły­szy? Czy pan ro­zu­mie, co do nie­go mó­wię?

CROSS: Po­wiedz­cie dzie­ciom… że je ko­cham.

Część pierw­sza

Nikt nig­dy nie bę­dziecię tak ko­chał jak ja(1993)

Roz­dział 1

– Alex, je­stem w cią­ży.

Po dziś dzień tam­ta noc stoi mi przed ocza­mi. Wszyst­ko wi­dzę jak na dło­ni, cho­ciaż mi­nę­ło tyle cza­su, tyle lat, wie­le się wy­da­rzy­ło, prze­wi­nę­ło się mnó­stwo strasz­li­wych mor­der­ców, któ­rzy do­ko­na­li tylu za­bójstw wy­ja­śnio­nych bądź nie.

Sta­łem w pół­mro­ku sy­pial­ni, czu­le obej­mu­jąc żonę w pa­sie, wspar­ty bro­dą na jej ra­mie­niu. Mia­łem trzy­dzie­ści je­den lat, nig­dy przed­tem nie czu­łem się tak szczę­śli­wy.

Nic nie mo­gło się rów­nać z na­szym szczę­ściem. By­li­śmy ra­zem: Ma­ria, Da­mon, Jan­nie i ja.

Była je­sień roku 1993, cho­ciaż dzi­siaj wy­da­je mi się, że upły­nę­ło mi­lion lat.

Mi­nę­ła dru­ga nad ra­nem, a bied­na mała Jan­nie cier­pia­ła na strasz­ny krup. Na­sza ko­cha­na có­recz­ka nie spa­ła pra­wie całą noc, tak samo jak kil­ka po­przed­nich, zresz­tą po­dob­nie za­rwa­ła więk­szość nocy swo­je­go krót­kie­go ży­cia. Ma­ria ko­ły­sa­ła ją ła­god­nie w ra­mio­nach, nu­cąc You Are So Be­au­ti­ful, a ja obej­mo­wa­łem Ma­rię i bu­ja­łem się wraz z nią.

Ze­rwa­łem się pierw­szy, ale mimo że pró­bo­wa­łem wszel­kich sztu­czek, nie po­tra­fi­łem ulu­lać Jan­nie do snu. Po go­dzi­nie żona wsta­ła i prze­ję­ła ode mnie dziec­ko. Z sa­me­go rana obo­je szli­śmy do cięż­kiej pra­cy. Mnie cze­ka­ła spra­wa za­bój­stwa.

– Je­steś w cią­ży? – spy­ta­łem Ma­rię zza jej ple­ców.

– Nie w porę, co? Pew­no wi­dzisz przed sobą tyl­ko krup? Plu­sza­ki? Sto­sy brud­nych pie­luch? Ko­lej­ne noce ta­kie jak ta?

– Za­rwa­ne noce nie bar­dzo mi słu­żą. Kie­dy trze­ba sie­dzieć do póź­na albo, uj­mu­jąc rzecz in­a­czej, do świ­tu. Ale uwiel­biam na­sze ży­cie, ko­cha­nie. I bar­dzo się cie­szę, że bę­dzie­my mie­li jesz­cze jed­no dziec­ko.

Tu­ląc Ma­rię w ra­mio­nach, włą­czy­łem po­zy­tyw­kę wi­szą­cą nad łó­żecz­kiem Ja­nel­le. Za­czę­li­śmy drep­tać w miej­scu, tań­cząc do me­lo­dii Ger­sh­wi­na So­me­one to Watch Over Me.

I wte­dy uśmiech­nę­ła się do mnie tym swo­im na poły za­wsty­dzo­nym, na poły fi­glar­nym uśmie­chem, w któ­rym za­ko­cha­łem się już chy­ba pierw­sze­go wie­czo­ru. Po­zna­li­śmy się na od­dzia­le ra­tun­ko­wym Szpi­ta­la Świe­te­go An­to­nie­go, na ostrym dy­żu­rze. Ma­ria przy­wio­zła gang­ste­ra, ofia­rę strze­la­ni­ny, swo­je­go klien­ta. Była od­da­ną pra­cow­ni­cą so­cjal­ną, nie­zwy­kle opie­kuń­czą – a ja dla od­mia­ny znie­na­wi­dzo­nym sto­łecz­nym in­spek­to­rem od spraw za­bójstw, przy czym ona nie do koń­ca ufa­ła po­li­cji. Inna spra­wa, że ja też.

Przy­tu­li­łem Ma­rię jesz­cze moc­niej.

– Prze­cież wiesz, że je­stem szczę­śli­wy. Cie­szę się z two­jej cią­ży. Uczcij­my to. Pój­dę po szam­pa­na.

– Spodo­ba­ła ci się rola ta­tu­sia, co?

– Że­byś wie­dzia­ła. Cho­ciaż wła­ści­wie nie wiem dla­cze­go.

– Lu­bisz dzie­ci wy­ją­ce w środ­ku nocy?

– To mi­nie. Praw­da, Ja­nel­le? Do cie­bie mó­wię, mło­da damo.

Ma­ria od­wró­ci­ła się od pła­czą­ce­go dziec­ka i po­ca­ło­wa­ła mnie na­mięt­nie. Usta mia­ła jak za­wsze mięk­kie, zmy­sło­we, ku­szą­ce. Uwiel­bia­łem jej po­ca­łun­ki – za­wsze i wszę­dzie.

W koń­cu wy­wi­nę­ła się z mo­ich ob­jęć.

– Wra­caj do łóż­ka, Alex. Nie ma sen­su, że­by­śmy czu­wa­li obo­je. Prze­śpij się za mnie.

Do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łem w sy­pial­ni coś jesz­cze i ro­ze­śmia­łem się, bo nie mo­głem się po­wstrzy­mać.

– Co cię tak śmie­szy? – za­py­ta­ła. Zo­ba­czy­ła do­pie­ro wów­czas, kie­dy po­ka­za­łem jej pal­cem. Na no­gach trzech plu­sza­ków, róż­no­ko­lo­ro­wych di­no­zau­rów Bar­neya, le­ża­ły trzy jabł­ka, wszyst­kie nad­gry­zio­ne dzie­cię­cy­mi ząb­ka­mi. Na­szym oczom uka­za­ły się fan­ta­zje na­sze­go ma­łe­go Da­mo­na, któ­ry ba­wił się chwi­lę w po­ko­ju swo­jej sio­stry Jan­nie.

Już sta­łem w pro­gu, kie­dy Ma­ria po­sła­ła mi jesz­cze je­den fi­lu­ter­ny uśmiech. Pu­ści­ła oko i szep­nę­ła coś, cze­go nig­dy nie za­po­mnę:

– Ko­cham cię, Alex. Nikt nig­dy nie bę­dzie cię tak ko­chał jak ja.

Roz­dział 2

Sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na pół­noc od Wa­szyng­to­nu, w Bal­ti­mo­re, dwóch aro­ganc­kich, dłu­go­wło­sych płat­nych za­bój­ców, bli­sko trzy­dzie­sto­let­nich zlek­ce­wa­ży­ło na­pis WSTĘP TYL­KO DLA CZŁON­KÓW i wtar­gnę­ło do klu­bu świę­te­go Fran­cisz­ka na So­uth High Stre­et, nie­opo­dal por­tu. Obaj byli uzbro­je­ni po zęby, któ­re szcze­rzy­li w uśmie­chach ni­czym dwaj ka­ba­re­cia­rze na sce­nie.

W klu­bie znaj­do­wa­ło się tego wie­czo­ru dwu­dzie­stu sied­miu capi i żoł­nie­rzy. Gra­li w kar­ty, pili grap­pę i kawę, oglą­da­li w te­le­wi­zji mecz ko­szy­ków­ki, w któ­rym dru­ży­na Bul­lets z Wa­szyng­to­nu prze­gry­wa­ła z no­wo­jor­ski­mi Knick­sa­mi. Na­gle na sali za­pa­dła zło­wiesz­cza ci­sza.

Nikt nie wcho­dzi ot, tak so­bie do klu­bu świę­te­go Fran­cisz­ka z Asy­żu, zwłasz­cza nie­za­pro­szo­ny i uzbro­jo­ny.

Je­den z in­tru­zów, nie­ja­ki Mi­cha­el Sul­li­van, przy­wi­tał się chłod­no od pro­gu z ludź­mi w środ­ku. Kur­de, dziw­na spra­wa, po­my­ślał. Żeby tylu twar­dych ma­ka­ro­nia­rzy sie­dzia­ło w jed­nym miej­scu i glę­dzi­ło nie wia­do­mo o czym. Jego kom­pan – lub com­pa­dre – Jim­my „Ka­pe­lusz” Ga­la­ti roz­glą­dał się po sali, ły­piąc okiem spod wy­słu­żo­ne­go czar­ne­go ka­pe­lu­sza. Po­dob­ny no­sił Squ­ig­gy w se­ria­lu La­ver­ne & Shir­ley. Był to ty­po­wy klub dla męż­czyzn – krze­sła, sto­ły kar­cia­ne, byle jaki bar, Ita­liań­cy we wszyst­kich za­ka­mar­kach.

– Co? Żad­ne­go ko­mi­te­tu po­wi­tal­ne­go? Żad­nej or­kie­stry dę­tej? – za­py­tał Sul­li­van, któ­ry uwiel­biał wszel­kie star­cia, za­rów­no słow­ne, jak i fi­zycz­ne. Od­kąd on i Jim­my Ka­pe­lusz skoń­czy­li pięt­na­ście lat i zwia­li z do­mów ro­dzin­nych na Bro­okly­nie, za­wsze wy­stę­po­wał z nim prze­ciw­ko resz­cie świa­ta.

– Co­ście, psia mać, za jed­ni? – spy­tał sze­re­go­wy żoł­nierz, któ­ry uniósł się jak para znad chy­bo­tli­we­go sto­li­ka do kart. Miał co naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, kru­czo­czar­ne wło­sy, sto kilo ży­wej wagi i naj­wy­raź­niej ćwi­czył na si­łow­ni.

– Po­znaj Rzeź­ni­ka ze Sli­go. Sły­sza­łeś o kimś ta­kim? – za­gad­nął Jim­my Ka­pe­lusz. – Je­ste­śmy z No­we­go Jor­ku. Sły­sza­łeś o ta­kim mie­ście?

Roz­dział 3

Na­bz­dy­czo­ny żoł­nierz ma­fii nie za­re­ago­wał, ale star­szy męż­czy­zna w czar­nym gar­ni­tu­rze i bia­łej ko­szu­li za­pię­tej pod szy­ję uniósł rękę w nie­omal pa­pie­skim ge­ście, po czym prze­mó­wił wol­no i wy­raź­nie, z sil­nym ak­cen­tem.

– Cze­mu za­wdzię­cza­my ten za­szczyt? – spy­tał. – Oczy­wi­ście, że sły­sze­li­śmy o Rzeź­ni­ku. Co pa­nów spro­wa­dza do Bal­ti­mo­re? Czym mo­że­my słu­żyć?

– Wpa­dli­śmy tu tyl­ko prze­jaz­dem – Mi­cha­el Sul­li­van zwró­cił się do star­sze­go pana. – Mamy nie­wiel­ką ro­bót­kę na zle­ce­nie pana Mag­gio­ne z Wa­szyng­to­nu. Sły­sze­li pa­no­wie o panu Mag­gio­ne?

Tu i ów­dzie go­ście po­ki­wa­li gło­wa­mi. Ton roz­mo­wy wska­zy­wał na to, że spra­wa jest do­praw­dy po­waż­na. Do­mi­nic Mag­gio­ne spra­wo­wał wła­dzę nad no­wo­jor­ską ma­fią, któ­rej wpły­wy obej­mo­wa­ły więk­szą część Wschod­nie­go Wy­brze­ża i się­ga­ły aż do Atlan­ty.

Wszy­scy obec­ni na sali wie­dzie­li, kim jest Do­mi­nic Mag­gio­ne oraz że Rzeź­nik ucho­dzi za jego naj­bar­dziej bez­względ­ne­go za­bój­cę. Po­dob­no za­ła­twia ofia­ry za po­mo­cą noży rzeź­ni­czych, skal­pe­li i drew­nia­nych młot­ków. O jed­nym z jego za­bójstw dzien­ni­karz „News­day” tak się wy­ra­ził: „Nie mógł tego do­ko­nać ża­den czło­wiek”. Rzeź­nik bu­dził lęk na­wet w krę­gach ma­fii i po­li­cji. Dla­te­go ze­bra­nych zdu­mia­ły mło­dy wiek za­bój­cy oraz jego wy­gląd aman­ta fil­mo­we­go, dłu­gie blond wło­sy i olśnie­wa­ją­ce nie­bie­skie oczy.

– Py­tam się, gdzie wasz sza­cu­nek? Czę­sto sły­szę to sło­wo, ale ja­koś go tu, w klu­bie, nie wi­dzę – po­wie­dział Jim­my Ka­pe­lusz, któ­ry po­dob­nie jak Rzeź­nik wsła­wił się od­ci­na­niem dło­ni i stóp swo­im ofia­rom.

Wtem żoł­nierz ze­rwał się i wy­ko­nał gwał­tow­ny ruch, na co Rzeź­nik bły­ska­wicz­nie mach­nął ręką i od­rą­bał męż­czyź­nie czu­bek nosa, a na­stęp­nie pła­tek ucha. Żoł­nierz zła­pał się za oba te miej­sca i cof­nął tak rap­tow­nie, że stra­cił rów­no­wa­gę i ru­nął jak dłu­gi na drew­nia­ną po­sadz­kę.

Rzeź­nik ma­chał no­żem jak sza­lo­ny, naj­wy­raź­niej w jego re­pu­ta­cji nie było krzty­ny prze­sa­dy. Przy­po­mi­nał sy­cy­lij­skich za­bój­ców sta­rej daty, na­wia­sem mó­wiąc, sztu­czek z no­żem na­uczył go wła­śnie we­te­ran ma­fii z po­łu­dnio­we­go Bro­okly­nu. Am­pu­ta­cje i miaż­dże­nie ko­ści przy­cho­dzi­ły mu bez tru­du. Uczy­nił z nich swój znak fir­mo­wy, sym­bol swo­je­go okru­cień­stwa.

Jim­my Ka­pe­lusz wy­cią­gnął pi­sto­let pół­au­to­ma­tycz­ny, ka­li­ber.44. Męż­czy­zna miał jesz­cze dru­gą ksy­wę, Jim­my Ochro­niarz, bo za­wsze osła­niał Rzeź­ni­ka. Od lat.

Mi­cha­el Sul­li­van ob­szedł wol­no salę. Prze­wró­cił kop­nia­ka­mi kil­ka sto­li­ków kar­cia­nych, zga­sił te­le­wi­zor, wy­rwał z gniazd­ka sznur eks­pre­su do kawy. Wy­da­wa­ło się, że za­raz ktoś zgi­nie. Ale dla­cze­go? Dla­cze­go Do­mi­nic Mag­gio­ne spu­ścił na nich ze smy­czy swo­je­go sza­leń­ca?

– Wi­dzę, że cze­ka­cie na przed­sta­wie­nie – po­wie­dział. – Po­zna­ję to po wa­szych oczach. Czu­ję to. No to nie mogę wam spra­wić, psia­krew, za­wo­du.

Na­gle ukląkł na jed­no ko­la­no i pchnął no­żem ran­ne­go żoł­nie­rza ma­fii le­żą­ce­go na pod­ło­dze. Prze­bił męż­czyź­nie ko­lej­no szy­ję, twarz i pierś, do­pó­ki ten nie znie­ru­cho­miał. Nie spo­sób było po­li­czyć cio­sy, ale za­dał ich chy­ba tu­zin, może wię­cej.

Naj­dziw­niej­szy jed­nak gest za­cho­wał na ko­niec. Wstał i ukło­nił się ze­bra­nym nad cia­łem nie­bosz­czy­ka. Jak gdy­by uznał cały in­cy­dent za wiel­kie wi­do­wi­sko, wy­łącz­nie spek­takl.

W koń­cu od­wró­cił się od zgro­ma­dzo­nych i ru­szył non­sza­lanc­ko do drzwi. Cie­nia stra­chu przed ni­czym ani przed ni­kim. Jesz­cze tyl­ko krzyk­nął przez ra­mię:

– Miło was było po­znać, pa­no­wie. I na­stęp­nym ra­zem pro­szę o wię­cej sza­cun­ku. Dla pana Mag­gio­ne… je­śli już nie dla mnie i dla Jim­my’ego Ka­pe­lu­sza.

Jim­my uśmiech­nął się do ze­bra­nych, uchy­lił ka­pe­lu­sza.

– Nie­zły jest, co? – rzekł. – A po­wiem wam, że jesz­cze cie­kaw­sze sztucz­ki wy­czy­nia z piłą łań­cu­cho­wą.

Roz­dział 4

Rzeź­nik i Jim­my Ka­pe­lusz za­śmie­wa­li się do roz­pu­ku z wi­zy­ty w klu­bie świę­te­go Fran­cisz­ka z Asy­żu pra­wie przez całą dro­gę au­to­stra­dą I-95 do Wa­szyng­to­nu, gdzie za dzień lub dwa cze­ka­ło ich par­szy­we za­da­nie. Mag­gio­ne ka­zał im się za­trzy­mać w Bal­ti­mo­re i od­sta­wić tam po­pis. Don po­dej­rze­wał, że kil­ku miej­sco­wych capi go ole­wa. Rzeź­nik uznał, że wy­ko­nał swo­ją ro­bo­tę.

Na tym mię­dzy in­ny­mi po­le­ga­ła jego ro­sną­ca re­pu­ta­cja – nie tyl­ko do­sko­na­le za­bi­jał, lecz rów­nież moż­na było za­wsze na nie­go li­czyć, jak na za­wał ser­ca u tłu­ścio­cha ob­że­ra­ją­ce­go się jaj­ka­mi na bocz­ku.

Wjeż­dża­li do Wa­szyng­to­nu pięk­ną wi­do­ko­wą dro­gą pro­wa­dzą­cą obok po­mni­ka Wa­szyng­to­na i in­nych waż­nych szpa­ner­skich gma­chów.

– Mój kra­ju, to o gro­bie – za­śpie­wał Jim­my Ka­pe­lusz, moc­no fał­szu­jąc.

Sul­li­van par­sk­nął śmie­chem.

– Ka­pi­tal­ny je­steś, ko­leś. Gdzieś ty się tego, do dia­ska, na­uczył? Mój kra­ju, to o gro­bie?

– W Szko­le Pa­ra­fial­nej Świę­te­go Pa­try­ka na Bro­okly­nie w No­wym Jor­ku, gdzie wtło­czo­no mi do gło­wy pod­sta­wy, czy­li na­uczy­łem się czy­tać, pi­sać i ra­cho­wać, i gdzie po­zna­łem tego szaj­bu­sa, Mi­cha­ela Se­ana Sul­li­va­na.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej za­par­ko­wa­li pon­tia­ca grand am i włą­czy­li się w noc­ną de­fi­la­dę mło­dzie­ży snu­ją­cej się M Stre­et w Geo­r­ge­town. Ban­da roz­wy­drzo­nych stu­den­cia­ków, a obok Jim­my i on, para ge­nial­nych za­wo­do­wych za­bój­ców, po­my­ślał Sul­li­van. I kto so­bie le­piej ra­dzi w ży­ciu? Kto spa­da na czte­ry łapy, a kto nie?

– Nie my­śla­łeś nig­dy, żeby iść na stu­dia? – spy­tał Ka­pe­lusz.

– Nie by­ło­by mnie stać na to, żeby prze­stać za­ra­biać. Kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat, już zgar­nia­łem sie­dem­dzie­siąt pięć pa­to­li. Poza tym uwiel­biam swo­ją ro­bo­tę!

Za­trzy­ma­li się przed ba­rem Char­lie­go Ma­lo­ne’a, miej­sco­wą knaj­pą po­pu­lar­ną wśród wa­szyng­toń­skich stu­den­tów z po­wo­dów kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łych dla Sul­li­va­na. Ani Rzeź­nik, ani Jim­my Ka­pe­lusz nie wy­szli poza szko­łę śred­nią, ale Sul­li­van wdał się w swo­bod­ną po­ga­węd­kę z dwie­ma stu­dent­ka­mi, któ­re na pew­no mia­ły mniej niż dwa­dzie­ścia lat. Sul­li­van dużo czy­tał, a przy tym miał świet­ną pa­mięć, nie uni­kał więc roz­mów z kim­kol­wiek. Jego re­per­tu­ar na dzi­siej­szy wie­czór obej­mo­wał nie­daw­ne eg­ze­ku­cje ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy w So­ma­lii, kil­ka naj­now­szych hi­tów fil­mo­wych, a na­wet po­ezję ro­man­tycz­ną Bla­ke’a i Yeat­sa, tak lu­bia­ną przez dziew­czy­ny tego po­kro­ju.

Po­mi­nąw­szy wdzięk, Mi­cha­el Sul­li­van był przy­stoj­ny i na do­da­tek świa­dom swo­jej uro­dy. Szczu­pły, a przy tym do­brze zbu­do­wa­ny, miał metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu, dłu­gie blond wło­sy i znie­wa­la­ją­cy uśmiech.

Wca­le się więc nie zdzi­wił, kie­dy dwu­dzie­sto­let­nia Ma­rian­ne Ri­ley z Bur­kit­t­svil­le w sta­nie Ma­ry­land za­czę­ła osten­ta­cyj­nie ro­bić do nie­go ma­śla­ne oczy i do­ty­kać go niby mi­mo­cho­dem, jak się zda­rza co śmiel­szym pan­nom.

Sul­li­van na­chy­lił się do dziew­czy­ny pach­ną­cej łąką.

– Ma­rian­ne, Ma­rian­ne… była kie­dyś taka pio­sen­ka. Bo­daj­że z ga­tun­ku ka­lip­so. Znasz ją?

– Chy­ba je­stem za mło­da – od­par­ła dziew­czy­na, ale pu­ści­ła do nie­go oko. Mia­ła prze­cud­ne zie­lo­ne oczy, peł­ne czer­wo­ne usta i zgrab­niut­ką ko­kard­kę w kra­tę wpię­tą we wło­sy. Sul­li­van od razu po­znał, że jest flir­cia­rą, lecz by­najm­niej mu to nie prze­szka­dza­ło. On też lu­bił po­dej­mo­wać róż­ne gry.

– Ro­zu­miem. A na Yeat­sa, Bla­ke’a i Ja­me­sa Joy­ce’a nie je­steś za mło­da? – za­czął się dro­czyć z Ma­rian­ne, ob­da­rza­jąc ją uj­mu­ją­cym, pro­mien­nym uśmie­chem. Uniósł do ust jej dłoń i de­li­kat­nie po­ca­ło­wał. Na­stęp­nie zsu­nął dziew­czy­nę z ba­ro­we­go stoł­ka i wy­ko­nał kil­ka swin­gu­ją­cych kro­ków do utwo­ru Sto­ne­sów, któ­ry le­ciał z sza­fy gra­ją­cej.

– Do­kąd idzie­my? – spy­ta­ła. – Do­kąd mnie za­bie­rasz, mój pa­nie?

– Nie­da­le­ko – od­parł Mi­cha­el Sul­li­van. – Moja pan­no.

– Nie­da­le­ko? – po­wtó­rzy­ła Ma­rian­ne. – Co to zna­czy?

– Zo­ba­czysz. Bez obaw. Za­ufaj mi.

Ro­ze­śmia­ła się, cmok­nę­ła go w po­li­czek, znów się ro­ze­śmia­ła.

– Jak mo­gła­bym się oprzeć temu two­je­mu za­bój­cze­mu spoj­rze­niu?

Roz­dział 5

Ma­rian­ne my­śla­ła, że wca­le nie chce się opie­rać temu przy­stoj­ne­mu no­wo­jor­czy­ko­wi. Poza tym czu­ła się bez­piecz­niej w ba­rze przy M Stre­et. Co złe­go mo­gło ją tu spo­tkać? Jaki nu­mer mógł jej wy­krę­cić? Pu­ścić w sza­fie gra­ją­cej utwór boys­ban­du New Kids on the Block?

– Nie po­do­ba mi się ży­cie w świe­tle re­flek­to­rów – po­wie­dział, pro­wa­dząc ją w głąb baru.

– Masz się za dru­gie­go Toma Cru­ise’a? Ten twój uśmiech za­wsze dzia­ła? Za­skar­bia ci wszyst­ko, cze­go za­pra­gniesz? – spy­ta­ła.

Po­wie­dzia­ła to jed­nak z uśmie­chem, wy­raź­nie pro­wo­ku­jąc go do czy­nu.

– Nie wiem, Ma­rian­ne, Ma­rian­ne. Cza­sem chy­ba to­ru­je mi dro­gę.

I po­ca­ło­wał ją w pół­mro­ku ko­ry­ta­rza w głę­bi baru. Ujął ją tym po­ca­łun­kiem, na­wet bar­dziej ro­man­tycz­nym, niż­by się spo­dzie­wa­ła. Nie pró­bo­wał jej przy tym ob­ma­cy­wać, choć nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko temu, ale wo­la­ła taki ob­rót spraw.

– Fiu, fiu.

Wy­pu­ści­ła po­wie­trze, po­wa­chlo­wa­ła się. Niby żar­tem, cho­ciaż nie­zu­peł­nie.

– Tro­chę tu go­rą­co, praw­da? – ode­zwał się Sul­li­van, a na twa­rzy stu­dent­ki znów za­kwitł uśmiech. – Tro­chę tłocz­no, co?

– Wy­bacz, ale nig­dzie z tobą nie idę. Nie je­ste­śmy na­wet na rand­ce.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział. – Ani przez chwi­lę nie po­my­śla­łem, że ze mną wyj­dziesz. Skąd­że zno­wu!

– Ja­sne, bo za wiel­ki z cie­bie dżen­tel­men.

Po­ca­ło­wał ją jesz­cze raz, tym ra­zem bar­dziej zmy­sło­wo.

Ma­rian­ne spodo­ba­ło się, że chło­pak nie daje ła­two za wy­gra­ną. Cho­ciaż nie mia­ło to więk­sze­go zna­cze­nia, bo i tak nig­dzie z nim nie pój­dzie. Nig­dy tak nie po­stę­po­wa­ła, w każ­dym ra­zie do­tąd jej się nie zda­rzy­ło.

– Mu­szę przy­znać – po­chwa­li­ła – że nie­źle ca­łu­jesz.

– To­bie rów­nież do­brze idzie – od­wza­jem­nił kom­ple­ment. – Fan­ta­stycz­nie ca­łu­jesz. W ży­ciu się tak nie ca­ło­wa­łem – żar­to­wał.

Sul­li­van na­parł na drzwi i na­gle obo­je za­czę­li się ko­tło­wać w mę­skiej to­a­le­cie. Wte­dy pod­szedł Jim­my Ka­pe­lusz, żeby pil­no­wać drzwi od ze­wnątrz. Za­wsze osła­niał Rzeź­ni­ka.

– Nie, nie, nie – ję­cza­ła Ma­rian­ne, lecz nie mo­gła się po­wstrzy­mać od śmie­chu. Żeby fa­cet do­bie­rał się do niej w mę­skiej ubi­ka­cji? Śmiech na sali! Dziw­ne, a za­ra­zem śmiesz­ne. Stu­denc­ki wy­bryk.

– Na­praw­dę uwa­żasz, że wszyst­ko może ci ujść na su­cho? – za­py­ta­ła.

– Owszem. Po­tra­fię po­sta­wić na swo­im.

Na­gle wy­jął skal­pel, przy­ło­żył jej do gar­dła lśnią­ce ostrze, i w oka­mgnie­niu cała sy­tu­acja ule­gła zmia­nie.

– Że­byś wie­dzia­ła, to wca­le nie jest rand­ka. Ale te­raz ani sło­wa, Ma­rian­ne, bo przy­się­gam na oczy mat­ki, że bę­dzie to two­je ostat­nie sło­wo na tej zie­mi.

Roz­dział 6

– Na tym skal­pe­lu już jest krew – po­wie­dział Rzeź­nik chra­pli­wym szep­tem, żeby na­pę­dzić jej stra­chu. – Wi­dzisz?

Po czym do­tknął się w kro­ku.

– To ostrze cię tak nie skrzyw­dzi. – Za­czął wy­wi­jać jej skal­pe­lem przed ocza­mi. – To na­to­miast bar­dzo. Może ci oszpe­cić pięk­ną buź­kę na całe ży­cie. Ja nie żar­tu­ję, ko­le­żan­ko.

Roz­piął roz­po­rek, przy­sta­wił Ma­rian­ne Ri­ley skal­pel do szyi, ale jej nie dra­snął. Za­darł jej spód­ni­cę, ścią­gnął nie­bie­skie majt­ki.

– Chy­ba wi­dzisz, że nie chcę cię po­ciąć? – spy­tał.

– Nie wiem.

Le­d­wo zdo­by­ła się na te dwa sło­wa.

– Sło­wo ho­no­ru, Ma­rian­ne.

Po czym wszedł w stu­dent­kę po­wo­li, żeby jej nie za­bo­la­ło. Wie­dział, że dłu­go nie może za­ba­wić, ale żal mu było opusz­czać cia­sne wnę­trze jej ud. Psia­krew, już nig­dy wię­cej nie zo­ba­czę Ma­rian­ne, Ma­rian­ne.

Przy­najm­niej mia­ła na tyle ro­zu­mu, żeby nie krzy­czeć ani nie ko­pać go ko­la­na­mi i nie wpra­wiać w ruch pa­znok­ci. Kie­dy skoń­czył, po­ka­zał jej kil­ka zdjęć, któ­re no­sił przy so­bie. Chciał, żeby zro­zu­mia­ła swo­ją sy­tu­ację, żeby nie było nie­do­mó­wień.

– Przyj­rzyj się uważ­nie tym zdję­ciom, Ma­rian­ne. Sam je zro­bi­łem. I nie waż się pi­snąć słów­ka o dzi­siej­szym wie­czo­rze. Ni­ko­mu, zwłasz­cza po­li­cji. Zro­zu­mia­łaś?

Po­ki­wa­ła gło­wą, nie pa­trząc na nie­go.

– Cze­kam na od­po­wiedź, pa­nien­ko. Mu­sisz na mnie spoj­rzeć, na­wet je­śli ci to spra­wia ból.

– Zro­zu­mia­łam – po­wie­dzia­ła. – Nig­dy ni­ko­mu nie po­wiem.

– Patrz na mnie.

Spo­tka­li się wzro­kiem. W jej oczach na­stą­pi­ła nie­sły­cha­na zmia­na. Te­raz doj­rzał w nich strach i nie­na­wiść, co za­wsze spra­wia­ło mu przy­jem­ność. Dłu­go by o tym mó­wić dla­cze­go. Wią­za­ło się to z dzie­ciń­stwem na Bro­okly­nie, sto­sun­ka­mi z oj­cem, któ­re wo­lał za­cho­wać dla sie­bie.

– Bra­wo. Może się zdzi­wisz, ale przy­pa­dłaś mi do gu­stu. Za­pa­dłaś w ser­ce. Że­gnaj, Ma­rian­ne, Ma­rian­ne.

Przed wyj­ściem z to­a­le­ty prze­trzą­snął jej to­reb­kę, wy­jął port­fel.

– To moja po­li­sa ubez­pie­cze­nio­wa – po­wie­dział. – I ni­ko­mu ani sło­wa.

Otwo­rzył drzwi i wy­szedł. Roz­dy­go­ta­na Ma­rian­ne Ri­ley osu­nę­ła się pod­ło­gę. Nig­dy nie za­po­mni tej sce­ny, a zwłasz­cza ma­ka­brycz­nych zdjęć.

Roz­dział 7

– Kto to tak wcze­śnie wstał? Coś po­dob­ne­go, nie wie­rzę wła­snym oczom. Czyż­by to Da­mon Cross? I Ja­nel­le Cross?

Nana przy­cho­dzi­ła w dni po­wsze­dnie co­dzien­nie rano punk­tu­al­nie o wpół do siód­mej, żeby za­jąć się dzieć­mi. Kie­dy wkra­cza­ła ku­chen­ny­mi drzwia­mi, kar­mi­łem wła­śnie Da­mo­na owsian­ką, a Ma­ria od­bi­ja­ła Jan­nie. Bied­na, cho­ra Jan­nie znów się za­no­si­ła pła­czem.

– W do­dat­ku dzie­ci nie spa­ły pół nocy – po­wie­dzia­łem bab­ci, ce­lu­jąc ko­pia­stą łyż­ką płat­ków owsia­nych do wy­krę­ca­ją­cej się buzi Da­mo­na.

– Prze­cież Da­mon już umie jeść sam – ofuk­nę­ła mnie, od­kła­da­jąc tor­bę na blat ku­chen­ny.

Naj­wy­raź­niej przy­nio­sła go­rą­ce cia­stecz­ka i – jed­na wiel­ka py­cho­ta! – dżem brzo­skwi­nio­wy do­mo­wej ro­bo­ty. Do tego ze­staw ksią­żek na cały dzień. Blu­eber­ries for Sal, The Gift of the Magi, Go­od­ni­ght Moon.

– Bab­cia twier­dzi, że po­tra­fisz jeść sam, ko­le­go – zwró­ci­łem się do Da­mo­na. – Czy­li mnie na­bie­rasz?

– Da­mon, weź łyż­kę – po­le­ci­ła Nana.

Mój syn oczy­wi­ście po­słu­chał. Nikt nie śmie się sprze­ci­wiać bab­ci.

– Niech cię li­cho! – prze­klą­łem ją i wzią­łem ciast­ko. Chwa­lić Boga, go­rą­ce jak z pie­ca. Ugry­złem, nie­bo w gę­bie. – Niech Bóg cię bło­go­sła­wi, do­bra ko­bie­to.

– Bab­ciu, Alex ostat­nio nie słu­cha, co do nie­go mó­wię – wtrą­ci­ła Ma­ria. – Za­nad­to jest za­prząt­nię­ty śledz­twa­mi w spra­wie za­bójstw. Mó­wi­łam mu, że Da­mon naj­czę­ściej je sam. Poza drob­ny­mi wy­jąt­ka­mi, kie­dy kar­mi ścia­ny i su­fit.

Nana po­ki­wa­ła gło­wą.

– Za­wsze je sam. Chy­ba że chce się za­gło­dzić. Chciał­byś się za­gło­dzić, Da­mon­ku? Praw­da, że nie, ko­cha­nie?

Ma­ria za­czę­ła szy­ko­wać do­ku­men­ty do pra­cy. Po­przed­nie­go dnia ślę­cza­ła nad nimi do pół­no­cy w kuch­ni. Była pra­cow­ni­cą so­cjal­ną na rzecz mia­sta, klien­te­lę mia­ła spod ciem­nej gwiaz­dy. Zdję­ła fio­le­to­wy szal z wie­sza­ka przy drzwiach ku­chen­nych i ulu­bio­ny ka­pe­lusz pa­su­ją­cy do stro­ju utrzy­ma­ne­go głów­nie w to­na­cji czar­no-gra­na­to­wej.

– Ko­cham cię, Da­mon. – Po­sła­ła ca­łu­sa na­sze­mu syn­ko­wi. – Ko­cham cię, Jan­nie. Mimo ostat­niej nocy. – Uca­ło­wa­ła Jan­nie w oba po­licz­ki. Na­stęp­nie zła­pa­ła bab­cię, któ­rą rów­nież wy­ca­ło­wa­ła. – I cie­bie ko­cham.

Bab­cia roz­pro­mie­ni­ła się, jak gdy­by ktoś ją przed­sta­wił sa­me­mu Je­zu­so­wi Chry­stu­so­wi albo Mat­ce Prze­naj­święt­szej.

– Ja też cię ko­cham, Ma­rio. Je­steś cu­dem.

– Mnie tu nie ma – ode­zwa­łem się ze swo­je­go miej­sca wa­ro­wa­nia przy ku­chen­nych drzwiach.

– My to już wie­my – po­wie­dzia­ła Nana.

Nie po­zo­sta­wa­ło mi nic in­ne­go, jak przed wyj­ściem do pra­cy wy­ca­ło­wać i wy­ści­skać całą ro­dzi­nę, za­pew­nia­jąc ko­lej­no wszyst­kich o swo­jej mi­ło­ści. Wy­pa­dło to za­pew­ne ckli­wie, ale przej­mu­ją­co. Niech szlag tra­fi wszyst­kich, któ­rzy uwa­ża­ją, że za­bie­ga­nej, udrę­czo­nej co­dzien­no­ścią ro­dzi­ny nie stać na za­ba­wę i mi­łość. I jed­ne­go, i dru­gie­go mie­li­śmy pod do­stat­kiem.

– Pa, pa, ko­cha­my was – że­gna­łem się chó­rem wraz z Ma­rią, bo ra­zem wy­cho­dzi­li­śmy z domu.

Roz­dział 8

Od­wio­złem Ma­rię, tak jak co­dzien­nie rano, do pra­cy na osie­dlu miesz­ka­nio­wym Po­to­mac Gar­dens. Znaj­do­wa­ło się o kwa­drans dro­gi od Fo­urth Stre­et, co dało nam tro­chę cza­su sam na sam.

Je­cha­li­śmy czar­nym po­rsche, któ­ry nie­zbi­cie do­wo­dził, że przez ostat­nie trzy lata pry­wat­nej prak­ty­ki w cha­rak­te­rze psy­cho­te­ra­peu­ty za­ro­bi­łem tro­chę kasy, za­nim przy­ją­łem cały etat w wa­szyng­toń­skiej po­li­cji. Ma­ria jeź­dzi­ła bia­łą to­yo­tą co­rol­lą, któ­rą nie­spe­cjal­nie lu­bi­łem, ale moja żona mia­ła do niej sła­bość.

Kie­dy tam­te­go ran­ka je­cha­li­śmy ra­zem G Stre­et, Ma­ria wy­da­wa­ła mi się nie­obec­na.

– Nic ci nie jest? – spy­ta­łem.

Ro­ze­śmia­ła się i pu­ści­ła oko.

– Tro­chę je­stem zmę­czo­na. Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, na­wet nie­źle się czu­ję. My­śla­łam wła­śnie o spra­wie, w któ­rej udzie­la­łam kon­sul­ta­cji z po­le­ce­nia Ma­rii Pu­gatch. W to­a­le­cie mę­skiej w ba­rze przy M Stre­et zgwał­co­no stu­dent­kę z Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge’a Wa­shing­to­na.

Spo­chmur­nia­łem i po­ki­wa­łem gło­wą.

– Ko­lej­na stu­dent­ka?

– Ona wszyst­kie­mu prze­czy, w ogó­le nie­wie­le mówi.

Wy­trzesz­czy­łem ze zdzi­wie­nia oczy.

– Może zna­ła gwał­ci­cie­la? A może wy­ko­rzy­stał ją wy­kła­dow­ca?

– Alex, dziew­czy­na wszyst­kie­mu za­prze­cza. Za­kli­na się, że nie zna tego czło­wie­ka.

– Wie­rzysz jej?

– Ra­czej tak. Na ogół ufam lu­dziom. Wy­glą­da mi na sym­pa­tycz­ną, wia­ry­god­ną dziew­czy­nę.

Nie chcia­łem wty­kać nosa w spra­wy Ma­rii. Nie wtrą­ca­li­śmy się na­wza­jem do swo­ich prac, a w każ­dym ra­zie bar­dzo się sta­ra­li­śmy.

– Ocze­ku­jesz ode mnie po­mo­cy? – spy­ta­łem.

Ma­ria po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Prze­cież je­steś za­ję­ty. Dziś jesz­cze raz po­roz­ma­wiam z Ma­rian­ne. Może się tro­chę otwo­rzy.

Chwi­lę po­tem za­je­cha­łem pod osie­dle Po­to­mac Gar­dens na G Stre­et, mię­dzy Thir­te­enth a Penn. Ma­ria zgło­si­ła się tam na ochot­ni­ka, zo­sta­wiw­szy dużo ła­twiej­szą i bar­dziej pew­ną po­sa­dę w Geo­r­ge­town. Wzię­ła tę pra­cę chy­ba dla­te­go, że sama miesz­ka­ła w Gar­dens aż do osiem­na­ste­go roku ży­cia, do­pó­ki nie wy­je­cha­ła na stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Vil­la­no­va.

– Po­ca­łuj mnie – po­pro­si­ła Ma­ria. – Ma­rzę o po­ca­łun­ku. Ale praw­dzi­wym, a nie żad­nym cmo­ka­niu w po­li­czek. Po­ca­łuj mnie jak fa­cet.

Na­chy­li­łem się, po­ca­ło­wa­łem ją, raz i dru­gi. Tro­chę się po­przy­tu­la­li­śmy na przed­nim sie­dze­niu. Nie od­stę­po­wa­ła mnie myśl, jak bar­dzo ko­cham swo­ją żonę i ja­kim je­stem szczę­ścia­rzem, że ją mam. A co naj­waż­niej­sze, wie­dzia­łem, że Ma­ria czu­je to samo do mnie.

– Mu­szę już biec – prze­rwa­ła na­sze piesz­czo­ty i wy­sko­czy­ła z sa­mo­cho­du. Ale wło­ży­ła jesz­cze gło­wę do środ­ka. – Nie wiem, czy to po mnie wi­dać, ale je­stem szczę­śli­wa. Bar­dzo szczę­śli­wa.

I znów pu­ści­ła do mnie per­skie oko.

Pa­trzy­łem, jak idzie do góry stro­my­mi ka­mien­ny­mi scho­da­mi apar­ta­men­tow­ca, w któ­rym pra­co­wa­ła. Żal ści­snął mi ser­ce, po­dob­nie jak nie­mal co­dzien­nie rano.

Cie­ka­we, czy się od­wró­ci, żeby spraw­dzić, czy już od­je­cha­łem. I rze­czy­wi­ście – zo­ba­czy­ła, że jesz­cze tam sto­ję, uśmiech­nę­ła się i po­ma­cha­ła jak sza­lo­na, w każ­dym ra­zie sza­leń­czo za­ko­cha­na. Po czym znik­nę­ła w środ­ku.

Cho­ciaż po­wta­rza­li­śmy ten ry­tu­ał co­dzien­nie rano, nig­dy mi się nie znu­dził. Zwłasz­cza urze­ka­ło mnie per­skie oko Ma­rii. „Nikt nig­dy nie bę­dzie cię tak ko­chał jak ja”.

Nie wąt­pi­łem ani przez chwi­lę.

Roz­dział 9

By­łem wte­dy wzię­tym de­tek­ty­wem – sta­le w bie­gu, sta­le w ak­cji, sta­le na do­brym tro­pie. Za­czą­łem już za­tem zgar­niać coś wię­cej niż tyl­ko na­leż­ną mi dolę z co trud­niej­szych, pre­sti­żo­wych spraw. Ta ostat­nia nie­ste­ty do nich nie na­le­ża­ła.

Zda­niem po­li­cji wa­szyng­toń­skiej wło­ska ma­fia nig­dy nie dzia­ła­ła na te­re­nie Wa­szyng­to­nu na więk­szą ska­lę, za­pew­ne na mocy umów za­war­tych z agen­cja­mi ta­ki­mi jak FBI i CIA. Nie­daw­no jed­nak pięć Ro­dzin spo­tka­ło się w No­wym Jor­ku i usta­li­ło, że za­cznie ro­bić in­te­re­sy w Wa­szyng­to­nie, Bal­ti­mo­re i czę­ścio­wo na ob­sza­rze Wir­gi­nii. Nic dziw­ne­go, że bos­so­wie miej­sco­we­go świa­ta prze­stęp­cze­go nie przy­ję­li tej wia­do­mo­ści z za­chwy­tem, zwłasz­cza Azja­ci, któ­rzy trzę­śli han­dlem ko­ka­iną i he­ro­iną.

Przed ty­go­dniem chiń­ski su­ze­ren nar­ko­ty­ko­wy na­zwi­skiem Jiang An-Lo zgła­dził dwóch emi­sa­riu­szy wło­skiej ma­fii. Zły krok. Po­dob­no no­wo­jor­ska ma­fia w od­we­cie wy­sła­ła swo­je­go głów­ne­go płat­ne­go za­bój­cę czy na­wet całą eki­pę, żeby roz­pra­wi­ła się z Jian­giem.

Do­wie­dzia­łem się tego pod­czas go­dzin­nej kon­fe­ren­cji na ko­men­dzie głów­nej po­li­cji. Te­raz je­cha­łem z Joh­nem Samp­so­nem do biu­ra Jian­ga An-Lo, bliź­nia­ka u zbie­gu Eigh­te­enth i M Stre­et w dziel­ni­cy Nor­the­ast. Sta­no­wi­li­śmy jed­ną z dwóch ekip śled­czych przy­dzie­lo­nych do po­ran­ne­go nad­zo­ru, któ­ry na­zwa­li­śmy „In­wi­gi­la­cją gnid”.

Za­par­ko­wa­li­śmy mię­dzy Ni­ne­te­enth a Twen­tieth i usta­wi­li­śmy się na cza­tach. Jiang An-Lo miesz­kał w spło­wia­łym żół­tym domu ob­ła­żą­cym z far­by. Z ze­wnątrz pre­zen­to­wał się ob­skur­nie. Na po­dwór­ku wa­la­ły się ster­ty śmie­ci, jak gdy­by wy­sy­py­wa­ły się z rogu ob­fi­to­ści. Więk­szość okien była za­bi­ta de­ska­mi, dyk­tą albo bla­chą. Mimo to Jiang An-Lo cie­szył się w nar­ko­biz­ne­sie wiel­ką es­ty­mą.

Sku­sze­ni ład­ną po­go­dą oko­licz­ni miesz­kań­cy wy­bra­li się na spa­cer bądź wy­le­gli na gan­ki.

– W czym sie­dzi ban­da Jian­ga? Ec­sta­sy, he­ro­ina? – za­py­tał Samp­son.

– Do­rzuć jesz­cze PCP. Dys­try­bu­cja hula po ca­łym Wschod­nim Wy­brze­żu, od Wa­szyng­to­nu przez Fi­la­del­fię i Atlan­tę po Nowy Jork. Zy­ski są nie­ba­ga­tel­ne, dla­te­go Wło­si chcą prze­jąć in­te­res. Co są­dzisz o awan­sie Lo­uisa Fren­cha do Biu­ra?

– Nie znam czło­wie­ka. Ale sko­ro do­stał awans, wi­docz­nie nie na­da­je się do tej ro­bo­ty.

Ro­ze­śmia­łem się z traf­no­ści dow­ci­pu Samp­so­na, po czym obaj sku­li­li­śmy się, żeby cze­kać w przy­cza­je­niu na eki­pę za­bój­ców ma­fii, któ­rzy mie­li zdjąć Jian­ga An-Lo. To zna­czy je­śli do­sta­li­śmy praw­dzi­we in­for­ma­cje.

– Wie­my coś o tym za­bój­cy? – spy­tał Samp­son.

– Po­dob­no Ir­land­czyk – od­par­łem i spoj­rza­łem na Joh­na w ocze­ki­wa­niu na jego re­ak­cję.

Samp­son wy­trzesz­czył oczy, od­wró­cił się do mnie.

– I pra­cu­je dla ma­fii? Jak to moż­li­we?

– Sły­sza­łem, że jest do­bry, a przy tym szur­nię­ty. Ma ksy­wę „Rzeź­nik”.

Tym­cza­sem na jezd­nię M Stre­et wszedł przy­gar­bio­ny star­szy pan. Spo­glą­dał to w pra­wo, to w lewo. Za­cią­gał się po­wo­li pa­pie­ro­sem. Na przej­ściu spo­tkał bia­łe­go ko­ści­ste­go męż­czy­znę, któ­ry szedł z alu­mi­nio­wą la­ską za­wie­szo­ną przy łok­ciu. Obaj ła­zę­dzy przy­wi­ta­li się po­waż­nym ski­nie­niem gło­wy na środ­ku jezd­ni.

– Nie­złe typy, nie ma co – sko­men­to­wał Samp­son z uśmie­chem. – My też kie­dyś stwo­rzy­my taką parę.

– Może. Je­śli nam szczę­ście do­pi­sze.

I wte­dy Jiang An-Lo po­sta­no­wił uka­zać się tego dnia pu­blicz­nie po raz pierw­szy.

Roz­dział 10

Jiang był tycz­ko­wa­tym, żeby nie po­wie­dzieć wy­mi­ze­ro­wa­nym męż­czy­zną. Miał rzad­ką czar­ną ko­zią bród­kę, dłu­gą na co naj­mniej pięt­na­ście cen­ty­me­trów.

Ów ba­ron nar­ko­ty­ko­wy ucho­dził za czło­wie­ka prze­bie­głe­go, wa­lecz­ne­go i okrut­ne­go, czę­sto nie­po­trzeb­nie, ale naj­wy­raź­niej trak­to­wał wszyst­ko jak jed­ną wiel­ką, nie­bez­piecz­ną grę. Wy­cho­wał się na uli­cach Szan­gha­ju, stam­tąd prze­pro­wa­dził się do Hong­kon­gu, na­stęp­nie do Bag­da­du, wresz­cie do Wa­szyng­to­nu, gdzie trząsł kil­ko­ma dziel­ni­ca­mi ni­czym chiń­ski ce­sarz no­we­go świa­ta.

Ro­zej­rza­łem się po M Stre­et, szu­ka­jąc za­po­wie­dzi kło­po­tów. Dwaj ochro­nia­rze Jian­ga byli w po­go­to­wiu. Cie­ka­we, czy ktoś dał im cynk, a je­śli tak, to kto? Czyż­by ktoś z po­li­cji? Nie wy­klu­cza­łem ta­kiej ewen­tu­al­no­ści.

Za­sta­na­wia­łem się, jak do­bry jest ten ir­landz­ki za­bój­ca.

– Ochro­nia­rze już nas wy­pa­trzy­li? – za­py­tał Samp­son.

– Tak mi się zda­je, John. Je­ste­śmy tu głów­nie po to, żeby od­stra­szać.

– A za­bój­ca też nas wi­dział?

– Je­że­li tu jest. Je­że­li jest coś wart. Je­że­li na­praw­dę jest płat­nym za­bój­cą, to pew­nie też nas wi­dział.

Kie­dy Jiang An-Lo znaj­do­wał się w pół dro­gi do lśnią­ce­go czar­ne­go mer­ce­de­sa za­par­ko­wa­ne­go na uli­cy, w M Stre­et skrę­cił inny sa­mo­chód, bu­ick le­sa­bre. Przy­spie­szył z ry­kiem sil­ni­ka i pi­skiem opon pa­lo­nych o kra­węż­nik.

W mgnie­niu oka ochro­nia­rze Jian­ga od­wró­ci­li się w stro­nę nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du. Wy­cią­gnę­li broń. Samp­son i ja pchnę­li­śmy z im­pe­tem drzwi od środ­ka.

– Żeby od­stra­szać… aku­rat – mruk­nął.

Jiang za­wa­hał się tyl­ko chwi­lę. W paru su­sach, jak­by usi­ło­wał biec w spód­ni­cy do ko­stek, za­wró­cił w stro­nę sze­re­gow­ca, z któ­re­go wła­śnie wy­szedł. Cał­kiem słusz­nie uznał, że je­śli nie za­wró­ci i bę­dzie szedł do mer­ce­de­sa, znaj­dzie się w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Wszy­scy jed­nak źle oce­ni­li sy­tu­ację. Jiang, ochro­nia­rze, Samp­son i ja.

Strza­ły pa­dły z dru­giej stro­ny uli­cy, zza ple­ców di­le­ra.

Trzy do­no­śne strza­ły z ka­ra­bi­nu.

Jiang padł na chod­nik i znie­ru­cho­miał. Krew try­ska­ła mu z boku gło­wy jak z kra­nu. Nie są­dzi­łem, by mógł prze­żyć.

Od­wró­ci­łem się i spoj­rza­łem na dach ka­mie­nicz­ki po­łą­czo­nej da­cha­mi z dru­gą stro­ną M Stre­et.

Zo­ba­czy­łem blon­dy­na, któ­ry za­cho­wał się prze­dziw­nie, mia­no­wi­cie wy­ko­nał głę­bo­ki ukłon w na­szym kie­run­ku. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom. Ukłon?

Na­stęp­nie sko­czył za ce­gla­ny gzyms i znikł nam z oczu.

Ja i Samp­son pu­ści­li­śmy się bie­giem przez M Stre­et. Wsko­czy­li­śmy do bu­dyn­ku. Pę­dem na górę, w mgnie­niu oka po­ko­na­li­śmy czte­ry kon­dy­gna­cje. Ale kie­dy do­tar­li­śmy na dach, strzel­ca już tam nie było. Ani ży­wej du­szy.

Czyż­by Chiń­czy­ka za­ła­twił wła­śnie Rzeź­nik, ów ir­landz­ki za­bój­ca? Czło­wiek ma­fii przy­sła­ny z No­we­go Jor­ku?

Bo któż­by inny, do dia­bła?

Wciąż nie mo­głem się otrzą­snąć ze sce­ny, któ­rą przed chwi­lą zo­ba­czy­łem. Za­bój­ca wpra­wił mnie w zdu­mie­nie nie tyl­ko dla­te­go, że tak ła­two zdjął Jian­ga An-Lo. Jesz­cze bar­dziej zdzi­wił mnie ukłon po jego wy­czy­nie.

Roz­dział 11

Rzeź­nik bez tru­du wmie­szał się w sno­bi­stycz­ny tłum stu­den­tów na te­re­nie Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge’a Wa­shing­to­na. Miał na so­bie dżin­sy i sza­ry wy­mię­ty pod­ko­szu­lek z na­pi­sem „Ath­le­tic De­part­ment”, a pod pa­chą wy­świech­ta­ny eg­zem­plarz po­wie­ści Isa­aca Asi­mo­va. Przez całe przed­po­łu­dnie wy­sia­dy­wał na kil­ku ław­kach, za­to­pio­ny w lek­tu­rze Fo­un­da­tion, i oglą­dał róż­ne stu­dent­ki, ale tak na­praw­dę śle­dził Ma­rian­ne, Ma­rian­ne. Fakt, może i do­pa­dła go drob­na ob­se­sja. Żeby miał tyl­ko ta­kie zmar­twie­nia!

Rze­czy­wi­ście spodo­ba­ła mu się ta dziew­czy­na, dla­te­go ob­ser­wo­wał ją dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Zła­ma­ła mu ser­ce, bo po ich roz­sta­niu roz­pu­ści­ła ję­zyk. Był tego pe­wien, gdyż pod­słu­chał jej roz­mo­wę z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Cin­di, o „do­rad­czy­ni”, z któ­rą spo­tka­ła się kil­ka dni wcze­śniej. Po­tem po­szła na dru­gą se­sję do „do­rad­czy­ni”, mimo jego, Rzeź­ni­ka, wy­raź­ne­go za­ka­zu i prze­stro­gi.

Błąd, Ma­rian­ne.

Po za­ję­ciach z pom­pa­tycz­nej osiem­na­sto­wiecz­nej li­te­ra­tu­ry o go­dzi­nie dwu­na­stej Ma­rian­ne, Ma­rian­ne opu­ści­ła te­ren uni­wer­sy­te­tu, a on trop w trop za nią w gru­pie oko­ło dwu­dzie­stu stu­den­tów. Od razu zo­rien­to­wał się, że wra­ca na stan­cję. Świet­ny układ.

Może skoń­czy­ła już na ten dzień albo mia­ła dłu­gie okien­ko mię­dzy za­ję­cia­mi. Nie­waż­ne. Zła­ma­ła za­sa­dy i musi za to za­pła­cić.

Kie­dy już bę­dzie wie­dział, do­kąd dziew­czy­na idzie, tam spu­ści jej ło­mot. Jako ma­gi­strant­ka mia­ła pra­wo miesz­kać poza mia­stecz­kiem uni­wer­sy­tec­kim. Ra­zem z mło­dą Cin­di wy­naj­mo­wał nie­wiel­ką, trzy­po­ko­jo­wą stan­cję przy rogu ulic Thir­ty-ninth i Da­vis. Miesz­ka­nie znaj­do­wa­ło się na trze­cim pię­trze. Wszedł tam bez więk­sze­go kło­po­tu. Drzwi fron­to­we za­my­ka­ły się na zwy­kły klucz. Śmiesz­ne.

Mu­siał za­cze­kać, po­sta­no­wił się więc roz­go­ścić. Zdjął buty, ro­ze­brał się. Tak na­praw­dę nie chciał so­bie za­pa­sku­dzić ciu­chów krwią.

Po­czy­tał książ­kę w ocze­ki­wa­niu na Ma­rian­ne. Kie­dy we­szła do po­ko­ju, chwy­cił ją obu­rącz od tyłu i przy­ci­snął jej do szyi skal­pel.

– Wi­taj, Ma­rian­ne, Ma­rian­ne – wy­szep­tał. – Czy nie ka­za­łem ci mil­czeć?

– Ni­ko­mu nie po­wie­dzia­łam – od­par­ła. – Bła­gam.

– Kła­miesz. Prze­cież cię uprze­dza­łem. Na­wet ci, kur­wa, po­ka­za­łem zdję­cia ku prze­stro­dze.

– Przy­się­gam, że ni­ko­mu nie po­wie­dzia­łam.

– Ja też zło­ży­łem wte­dy przy­się­gę, Ma­rian­ne. Przy­sią­głem na oczy mat­ki.

Jed­nym na­głym po­cią­gnię­ciem ręki z le­wej stro­ny do pra­wej roz­pła­tał szy­ję stu­dent­ce, a na­stęp­nie wy­ko­nał ten sam ruch w dru­gą stro­nę.

Kie­dy wiła się na pod­ło­dze, dła­wiąc na śmierć, pstryk­nął jej kil­ka zdjęć.

Mi­strzow­skie, bez dwóch zdań. Bo nig­dy nie chciał za­po­mnieć Ma­rian­ne, Ma­rian­ne.

Roz­dział 12

Na­za­jutrz wie­czo­rem Rzeź­nik nadal ba­wił w Wa­szyng­to­nie. Do­kład­nie wie­dział, co so­bie my­śli Jim­my Ka­pe­lusz, lecz Jim­my za bar­dzo trząsł por­t­ka­mi i dbał o wła­sną skó­rę, żeby za­py­tać kum­pla, czy ten wie, co robi. Lub dla­cze­go obaj nadal ster­czą w Wa­szyng­to­nie.

A on wie­dział. Je­chał kra­dzio­nym che­vy ca­pri­ce z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi przez dziel­ni­cę So­uthe­ast, szu­ka­jąc kon­kret­ne­go domu, bo pla­no­wał ko­lej­ne za­bój­stwo, a wszyst­ko przez Ma­rian­ne, Ma­rian­ne i jej dłu­gi ję­zyk.

Ad­res miał w gło­wie. Wy­da­wa­ło mu się, że są już bli­sko. Jesz­cze tyl­ko stuk­nie jed­ną oso­bę i może wiać z Jim­mym z Wa­szyng­to­nu. Spra­wa za­mknię­ta.

– Te uli­ce przy­po­mi­na­ją mi na­szą dziel­ni­cę – za­pisz­czał Jim­my Ka­pe­lusz z sie­dze­nia pa­sa­że­ra. Si­lił się na swo­bod­ny ton, jak­by w ogó­le nie przej­mo­wał się tym, że krę­cą się po Wa­szyng­to­nie tak dłu­go po za­strze­le­niu Chiń­czy­ka.

– Cie­ka­we dla­cze­go? – spy­tał Rzeź­nik iro­nicz­nie. Do­kład­nie wie­dział, co Jim­my od­po­wie. Nie­trud­no mu było przej­rzeć my­śli ko­le­gi. Szcze­rze mó­wiąc, prze­wi­dy­wal­ność Jim­my’ego Ka­pe­lu­sza prze­waż­nie dzia­ła­ła na nie­go jak bal­sam.

– Wszyst­ko roz­pa­da się w cho­le­rę, i to na na­szych oczach. Tak samo jak na Bro­okly­nie. Dla­te­go przy­po­mi­na mi na­sze stro­ny. Wi­dzisz tych czar­nu­chów wy­sta­ją­cych na co dru­gim rogu? Kto tu ze­chce, do pio­ru­na, miesz­kać? W ta­kim oto­cze­niu?

Mi­cha­el Sul­li­van uśmiech­nął się, ale bez krzty­ny ra­do­ści. Ka­pe­lu­sze by­wa­ją tępe, cza­sem wręcz iry­tu­ją­ce.

– Jak to kto? Po­li­ty­cy, żeby po­sprzą­tać ten cały bur­del. Nie­wie­le by ich to kosz­to­wa­ło.

– Och, Mi­key, ależ ty masz, cho­le­ra, zło­te ser­ce. Może po­wi­nie­neś się za­jąć po­li­ty­ką.

Jim­my Ka­pe­lusz po­krę­cił gło­wą i wyj­rzał przez okno. Wie­dział, że w roz­mo­wie z Rzeź­ni­kiem nie wol­no prze­cią­gać stru­ny.

– Nie za­sta­na­wiasz się, co my tu, u dia­bła, ro­bi­my? Nie uwa­żasz, że od­bi­ło mi bar­dziej niż tym szczwa­nym li­som z Co­ney Is­land? Może chcesz wy­sko­czyć z wozu, chłop­ta­siu? Pro­sto na Union Sta­tion, żeby stam­tąd zła­pać po­ciąg do No­we­go Jor­ku?

Rzeź­nik za­py­tał go z uśmie­chem, dla­te­go Ka­pe­lusz uznał, że może się ro­ze­śmiać. Cho­ciaż z tym fa­ce­tem nig­dy nic nie wia­do­mo. Tyl­ko w ostat­nim roku Sul­li­van w jego obec­no­ści za­tłukł ich dwóch wspól­nych „ko­le­gów”, jed­ne­go ki­jem ba­se­bal­lo­wym, dru­gie­go klu­czem fran­cu­skim. Nie wol­no tra­cić czuj­no­ści.

– No więc co tu ro­bi­my? – spy­tał. – Sko­ro po­win­ni­śmy już być w No­wym Jor­ku.

Rzeź­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Szu­kam domu jed­ne­go gli­nia­rza.

Ka­pe­lusz przy­mknął oczy.

– Chry­ste Pa­nie, tyl­ko nie gli­nia­rza. Po co ci gli­niarz? – Na­cią­gnął so­bie ka­pe­lusz na oczy. – Nie patrz na zło – mruk­nął.

Rzeź­nik wzru­szył ra­mio­na­mi, ale go to roz­ba­wi­ło.

– Za­ufaj mi. Czy ja cię kie­dyś wy­sta­wi­łem? Czy ja kie­dyś prze­gią­łem?

Obaj się ro­ze­śmie­li, bo żart mu się udał. Czy Mi­cha­el Sul­li­van kie­dy­kol­wiek prze­giął? Le­piej by­ło­by za­py­tać, czy kie­dy­kol­wiek nie prze­giął.

Dwa­dzie­ścia mi­nut szu­ka­li domu, o któ­ry cho­dzi­ło Rzeź­ni­ko­wi. W koń­cu zna­leź­li. Pię­tro­wy do­mek, nie­daw­no od­ma­lo­wa­ny, skrzyn­ki z kwia­ta­mi w oknach.

– Tu miesz­ka gli­na? Nie­zła cha­ta. Ład­nie so­bie od­pi­co­wał.

– No. Ale wiesz, Jim­my, kor­ci mnie, żeby tam wejść i zro­bić tro­chę dymu. Może z po­mo­cą piły. I cyk­nąć kil­ka fo­tek.

Ka­pe­lusz się skrzy­wił.

– Uwa­żasz, że to taki świet­ny po­mysł? Py­tam po­waż­nie.

Rzeź­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Prze­cież wi­dzę, że py­tasz po­waż­nie. Czu­ję, jak mózg ci się prze­grze­wa od pra­cy w nad­go­dzi­nach.

– Ten gli­niarz ja­koś się na­zy­wa? – spy­tał Ka­pe­lusz. – Cho­ciaż dla mnie to bez róż­ni­cy.

– Wła­śnie, bez róż­ni­cy. Na­zy­wa się Alex Cross.

Roz­dział 13