Alert - Bartłomiej Basiura - ebook + audiobook + książka

Alert ebook i audiobook

Bartłomiej Basiura

3,5

Opis

Ostatni akt otwiera pogrzeb Ryglewicza. Po jego heroicznej śmierci za murami Monte na drodze Antona Danielewicza do wolności pozostało tylko Insight – tajna instytucja rządowa, odpowiedzialna za archiwizację danych. W jego scenariuszu próbuje namieszać Miłosz Goczałka, technik kryminalistyki KWP w Krakowie, który niezłomnie próbuje dopaść Antona i zrozumieć, dlaczego eliminuje on najbliższych współpracowników. Celem dotarcia do jego siatki Miłosz wysyła w teren Alicję Dromek. Strefa cienia okazuje się przestrzenią sprzecznych interesów politycznych, gdzie przypisane role nie są wiążące, a podejmowane działania stanowią wynik odgórnego sterowania. Trwa wirtuozerska gra oparta na domysłach, a punkt kulminacyjny uruchamia Alert – to zwiastun, że prawdziwe widowisko właśnie się rozpoczęło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 540

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 24 min

Lektor: Jacek Dragun

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce

© Serg Shalimoff/Shutterstock

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2018

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2016

Tekst © Bartłomiej Basiura

ISBN 978-83-7835-697-4

WAM

Od autora

Nie lubię sentymentalnych zakończeń, świata pożegnań, niekończących się podziękowań. Ta trylogia towarzyszyła mi przez dłuższy czas, pozwalała przyjmować rzeczywistość z dystansem. Przemyślenia mają większy sens, gdy płyną z nich konkretne wnioski. W sytuacji, gdy Waga i Reset miały charakter nieprzerwanej ucieczki, Alert przedstawia się jako jej koniec oraz próba spojrzenia rzeczywistości prosto w oczy.

Nie ma dobrych i złych zakończeń, pułapka kategoryzowania determinuje po mojej stronie próbę pozostania w ciągłym biegu. Jeśli coś kochasz, pragniesz, aby towarzyszyło ci jak najdłużej.

Miłość do moich pasji zawdzięczam WAM, dlatego WAM dedykuję tę książkę, życząc oddania się w ręce wyobraźni.

Część pierwsza. Świat cieni

17–19 marca

Aksjomat stanowi pułapkę logiki, bo nawet tylna furtka ma swoją przednią stronę.

1.

– Spodziewałem się większych tłumów – powiedział Milewski do Goczałki.

– Nie ma się co dziwić. Mimo że umarł, nikt za nim nie będzie płakać – usłyszał w odpowiedzi Szymon.

– Nawet ona? – Kiwnął głową w stronę Krystyny Działoszyn, która pochylała się nad grobem swojego syna.

– Ryglewicz dokonał rzeczy, o których boją się mówić w mediach. Miała szczęście, że ominęła ją nagonka. Nikt poza nami nie zna prawdy. – Miłosz Goczałka rozłożył parasol i odwrócił się w kierunku samochodu.

– To już? – zdziwił się Szymon.

Ceremonia pogrzebowa jeszcze się nie zakończyła. Nie zamierzał go powstrzymywać, różnica wieku i doświadczenia zakładała podporządkowanie, ale żal mu było Działoszyn, bo poza niewielką grupą jej przyjaciół nikt więcej się tam nie pofatygował.

Goczałka zatrzymał się na chwilę.

– Ryglewicz nie trwonił czasu, poza tym zostawił nam zadanie, on już nic nie może.

– Dlaczego ostatnie słowa zaadresował właśnie do pana? – Szymon przyspieszył kroku, żeby go dogonić.

Szedł między nagrobkami, próbując omijać kałuże. Przez ostatnie miesiące nauczył się od Goczałki bardzo wiele, przede wszystkim umiejętności skupienia i logicznego myślenia. Tutaj nie było miejsca na słowa pozbawione znaczenia.

– To właśnie chora podstawa.

– Słucham? – Wsiadł do samochodu i spojrzał na Miłosza. Miał wrażenie, że rozmówca znajduje się w zupełnie innym świecie, jakby pozostawał w transie.

– Ryglewicz zadzwonił do mnie kiedyś, o dziwo, z aresztu na Montelupich. – Goczałka przekręcił kluczyk w stacyjce. Szymon dałby wiele, aby poznać jego myśli. – Wyśmiał mnie, że próbuję logicznie wytłumaczyć jego postępowanie. Powiedział, że jest chory, a to skaża samą podstawę działania. Wydaje mi się, że czuł się oszukany przez Antona, a tylko ja mogłem mu zagwarantować, że i Danielewicza dosięgnie kara.

– Brzmi to trochę wyniośle jak na bezwzględnego zabójcę.

– Mimo to poświęcił ostatnie minuty swojego życia, żeby dopaść Hałyckiego.

Milewski próbował podsumować wydarzenia minionego tygodnia. Bartosz Hałycki był ordynatorem Oddziału Psychiatrii Sądowej w areszcie na Montelupich. Gdy Ryglewicz oddał się w ręce policji, trafił właśnie na Monte, a Danielewicz, który wcześniej zlecał mu zabójstwa, obiecał mu operację, która miała przedłużyć jego życie. Transakcja wymienna. Coś za coś. Tak naprawdę jednak wszystko zostało sfingowane, było za późno na ratunek, a Ryglewicz umarł, przy okazji pozbawiając życia Hałyckiego. Nawet scenarzyściKorony królówlepiej by tego nie wymyślili.

– To ma znacznie szerszy wymiar… Sam fakt, że przekroczył żółtą linię. – Przez chwilę Milewski nie potrafił zorientować się, gdzie Goczałka jedzie, ale z pewnością nie była to droga na komendę. Uświadomił sobie, że to trasa do jego domu. – W tym działaniu nie było przypadku. Wyobraź sobie główny dziedziniec aresztu, więźniowie stoją przy oknach, patrzą właśnie na niego, a on umiera na ich oczach.

– Widowisko – skomentował Szymon.

Miłosz opowiadał o tym z takim przejęciem, jakby recenzował kinowy hit. Milewski wiedział, że ta sprawa wiele go kosztuje, zaangażował się, to już nie było zwykłe dochodzenie, a ambicja, aby znaleźć dowody. Niczego więcej nie potrzebowali. Nie było tajemnicą, że stoi za tym Anton Danielewicz.

– Dokładnie. Sam widziałeś jego pogrzeb, prawie nikt nie przyszedł. Ryglewicz oczekiwał poważania, robił rzeczy, które miały budzić respekt, w końcu był w blasku fleszy. Ile to razy podkreślał swój geniusz? Był świadomy swoich atrybutów, problem sprowadzał się do ego, bo nigdy nie był traktowany poważnie, społeczeństwo stworzyło potwora.

– Powie mi pan, co oznacza ta wiadomość? – Podobno ciekawość jest pierwszym krokiem do piekła, ale Milewski był w stanie zaryzykować. Tym bardziej że Goczałka już po raz kolejny unikał odpowiedzi.

W areszcie na Montelupich w Krakowie, w miejscu, gdzie Ryglewicz zabił Hałyckiego, policja znalazła list adresowany do Goczałki. Treść była bardzo uboga, tylko dwa słowa: „Anton” i „Insight”. O ile pierwszy element odnosił się bezpośrednio do Danielewicza, o tyle Szymon nie potrafił zrozumieć drugiego członu.

– Nie mogę. – Miłosz zmienił w tej chwili stację radiową. – Wpadasz wieczorem do garażu?

– A dowiem się, co oznacza „Insight”?

Poza Komendą Wojewódzką Policji w Krakowie Goczałka miał swoje centrum dowodzenia, które mieściło się w jego garażu. Znajomość Miłosza i Szymona rozpoczęła się przypadkiem. Milewski postanowił napisać biografię Norberta Droubera, cenionego profesora nauk medycznych. Przypadkiem poznał córkę Miłosza, zaczęli się spotykać, aktualnie tworzyli szczęśliwą parę zakochanych. Sprawa Ryglewicza zaskakująco znalazła punkt wspólny z Drouberem, a Szymon postanowił wykorzystać wiedzę Goczałki przy tworzeniu kolejnych rozdziałów.

– Może.

– Jak rozumiem, to nie oznacza dla nas nic dobrego?

– Danielewicz jest na wolności, od czasu śmierci Ryglewicza nic się nie zmieniło. On na coś czeka, pozostaje kwestia odkrycia, co to jest.

– Dziwię się, że jeszcze nie wyjechał.

Wszyscy sądzili, że po opuszczeniu przez Antona murów Monte ten ucieknie z kraju, tak się jednak nie stało. Policja obserwowała jego mieszkanie, ale zgodnie z tym, co przekazywał Milewskiemu Goczałka, Danielewicz nie ruszał się z miejsca.

– Na coś czeka. – Powiedział to tak, jakby nadal pozostawał w swoim transie.

– Za dużo pan myśli. – Szymon kątem oka zauważył pękniętą wargę. Za każdym razem, gdy Miłosz skupiał się na czymś, przygryzał ją i takie były tego efekty. – Co z chorą podstawą?

– Teraz już nie ma Ryglewicza, na polu walki pozostał tylko Anton. Czeka na mój ruch, jedyną szansą jest zaskoczenie.

– Co ma pan na myśli?

– Może wezmę urlop. Nie jestem pewien, czy ktoś z policji mu nie pomaga.

– Mogę sobie wyobrazić minę pana żony. W tym przypadku argument spędzania czasu z rodziną raczej nie wchodzi w grę.

– Zobaczymy – odpowiedział wymijająco. – Muszę jechać na komendę. Do zobaczenia.

Zatrzymał się przed blokiem Milewskiego. Szymon był mu wdzięczny, przynajmniej nie musiał w taką deszczową pogodę wracać komunikacją miejską. Podziękował i w tym momencie zobaczył dwóch funkcjonariuszy policji, którzy szli w jego stronę.

– Pan Szymon Milewski?

– Tak – odpowiedział niepewnie.

– Jest pan aresztowany.

Szymon rozejrzał się, zdezorientowany. Po przeciwległej stronie ulicy dostrzegł Darka Nogałę. Już wiedział, że to nie oznacza nic dobrego.

***

Niedobrze. Bardzo niedobrze. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Miłosz Goczałka zmierzał bezpośrednio do komendanta – Konrada Beskiego. Nie widzieli się od czasu aresztowania Gellerta, ale tylko on mógł pomóc w tej sprawie.

Wydział Dochodzeniowo-Śledczy, w którym pracował Goczałka, posiadał pewną autonomię, jednak po ostatnich wydarzeniach był ściśle nadzorowany. Miłosz był przez wielu uważany za jedynego słusznego kandydata na stanowisko szefa, ale sam nie brał takiej możliwości pod uwagę. Z wykształcenia był technikiem kryminalistyki, na co dzień zajmował się przeprowadzaniem oględzin i zabezpieczaniem dowodów, awans nie był mu potrzebny do szczęścia, nie posiadał też charyzmy lidera i choć był poważany wśród kolegów po fachu, papierkowa robota, która wiązała się z nową funkcją w dochodzeniówce, zwyczajnie do niego nie przemawiała.

– Aresztowali Milewskiego! – wypalił Miłosz, gdy tylko wszedł do biura komendanta.

Beski najwyraźniej był w kiepskim nastroju, na jego biurku spoczywał stos dokumentów, usilnie starał się ignorować dzwoniący telefon, ale i to miało swoje granice.

– Kolejny człowiek Danielewicza? – zdziwił się przełożony.

Goczałka nie spodziewał się, że będzie musiał po raz kolejny tłumaczyć rolę Szymona w sprawie. Niepokój Miłosza budził przede wszystkim powód, dla którego Darek Nogała wykonał ten krok. Nie miało to bezpośredniego związku ze sprawą Antona, chodziło zapewne o porachunki osobiste, a to nie oznaczało nic dobrego. Młody Nogała w ostatnim czasie prześladował Dagmarę, córkę Goczałki. Poznali się, kiedy Daga odbywała praktyki na komendzie. Gdy w jej życiu pojawił się Milewski, Darek dopuszczał się gróźb i scen zazdrości. Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby nie to, że do Krakowa przybył Mirosław Nogała, ojciec Darka, który miał nadzorować z ramienia centrali sprawę Danielewicza, a jego przybycie, niestety, zbiegło się z pasmem porażek policji. W ostatnim czasie Goczałka dowiedział się również o naciskach, żeby to właśnie Nogała został nowym szefem Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego.

Sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej, gdyby wziąć pod uwagę fakt, że aresztowanie Milewskiego było zasadne. Tylko domyślał się zarzutów, które zostaną mu postawione. Wszystko rozpoczęło się jeszcze w styczniu, kiedy Goczałka otrzymał od ówczesnego przełożonego – Piotra Bronieckiego – zalecenie pominięcia kilku uwag w protokole oględzin miejsca zabójstwa. Wszystko po to, aby uniknąć problemu prowadzenia kłopotliwego śledztwa. Miłosz został wysłany na urlop, a zarazem rozpoczął śledztwo na własną rękę. Wiedział, że Broniecki nakazał obserwować go. Co zresztą nie było dziwne, bo każdy, kto znał Goczałkę, wiedział, że tak szybko się nie podda. W tym czasie poznał się właśnie z Milewskim. Jak się okazało, Drouber, którego biografię pisał Szymon, miał swoje tajemnice, między innymi skrytkę w mieszkaniu, w której przetrzymywał w słoikach ludzkie narządy. Zgodnie z wolą Droubera, wyrażoną w liście pożegnalnym, Szymon stał się ich właścicielem, jeżeli więc ktokolwiek go w tym czasie śledził, a istniało takie podejrzenie, bo w transporcie tej schedy pomagała mu Dagmara, można było to uznać za kradzież.

– Milewski to ten chłopak, który pomagał mi w sprawie! – wyjaśnił.

Dopiero teraz uświadomił sobie, w jak bardzo parszywej sytuacji się znajduje. Beski też był uziemiony, a dopóki Miłosz nie znał szczegółów sprawy, wszystko sprowadzało się do abstrakcyjnych dywagacji.

– Co zrobił? – Komendant wciąż skutecznie unikał podnoszenia słuchawki telefonu.

– Jeszcze nie wiem, moim zdaniem to wyłącznie kwestia porachunków z Nogałą. – Każde kolejne zdanie jeszcze bardziej komplikowało sytuację, bo wypadałoby dodać wyjaśnienie.

Beski spojrzał na niego wymownie, Goczałka znał ten wzrok.

– Nie bądź Lamą…

– Błagam cię. – Nie lubił, gdy tak do niego mówiono. Jego przezwisko było powszechnie znane na komendzie, każdy znał inną historię jego pochodzenia. Potrafił to tolerować, ale nie wtedy, gdy używano go, tylko aby zdenerwować i poirytować. – Co ma do tego „lama”?

– Już nie pamiętasz naszej ostatniej rozmowy? Sądziłem, że wróciłeś do formy i nabrałeś dystansu. Po co były tamte przeprosiny, skoro znowu się zatracasz?

Sprawa Danielewicza pochłonęła Goczałkę do tego stopnia, że nie dzielił się wynikami swojego śledztwa ze współpracownikami. Po tym, jak Broniecki zabił jednego z głównych świadków i został zawieszony, stanowisko to objął Gellert, a Miłosz wrócił do łask. Mimo to coraz więcej osób pałało do niego niechęcią. Lama wszędzie widział wrogów, ale ostatecznie sam przyznał się, że wszystko zaszło już za daleko.

– Tym razem to coś innego. – Wbrew pozorom przez ostatni tydzień wiele się zmieniło, Nogała był zupełnie odrębną kwestią.

– Co mam zrobić?! Wyciągnąć go z pierdla i udawać wielkiego sprawiedliwego? A może pójść w ślady Trumpa i ułaskawiać twoich sługusów?!

Nie spodziewał się, że Konrad zareaguje aż tak protekcjonalnie, ale nie było się czemu dziwić.

– Trzeba go odesłać, skąd przyjechał. – Aż sam był zdziwiony swoją stanowczością.

– Gdybyś zgodził się wziąć na siebie tę odpowiedzialność, teraz w ogóle nie byłoby problemu.

Logika Beskiego sprowadzała się do słów bez pokrycia, ale Lama mógł się tego spodziewać.

– Nogała szkodzi sprawie, potrzebuję Milewskiego…

– Ludzie już mówią o tobie i o Dromek. Odpuść. – Beski spojrzał na niego powątpiewająco.

– Ty też wierzysz w te plotki? – Miłosz usłyszał o nich dopiero wczoraj, nie spodziewał się, że zdążyły już dotrzeć do komendanta.

– Spójrz na różnicę wieku między wami, jest w tym coś niepokojącego. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

– Przecież to tylko… – Ugryzł się w język. Nie miał powodu, aby się z tego tłumaczyć. – Mówiłeś, że Broniecki wraca. To potwierdzone? – Obrócił się, gdy był już przy drzwiach.

– W przyszłym tygodniu ma dyscyplinarkę, na której musi się stawić.

Goczałka wiązał z przyjazdem eksszefa dochodzeniówki wiele nadziei, choć w tej chwili trudno mu było sobie wyobrazić, jak ich spotkanie miałoby wyglądać.

– Co on właściwie robi na tej Islandii?

Tuż po tym, gdy Broniecki zabił jednego z kluczowych świadków w sprawie Antona, został odwołany i rozpoczęła się sprawa dyscyplinarna. Niespodziewanie opuścił Polskę i wyjechał właśnie na Islandię.

– Nie wiem, może chciał od tego wszystkiego uciec. Wkrótce będziesz miał okazję się dowiedzieć.

Lama wyszedł i zmierzał na drugie piętro, gdzie znajdowało się główne centrum dowodzenia wydziału. Niespodziewanie pojawiła się obok niego Dromek.

– Wygląda pan na smutnego – powiedziała. Jej kroki bardziej przypominały podskoki, jakby nie potrafiła zapanować nad niezdiagnozowanym ADHD.

– Raczej poirytowanego. – Nie był teraz w nastroju, aby wszystko jej tłumaczyć.

Zobaczył zaciekawiony wzrok policjanta, który właśnie ich minął. Nie spodziewał się, że koledzy z komendy będą nudzić się do tego stopnia, żeby tworzyć plotki o nim i o Dromek. Alicja była od Lamy młodsza o prawie trzydzieści lat. Miesiąc temu rozpoczęła na komendzie staż, a w związku z tym, że szkoliła się jako technik kryminalistyki, pozostawała pod opieką Miłosza. Na początku za sobą nie przepadali, Dromek była bardzo bezpośrednia i z zasady nie kontrolowała tego, co mówi, i przez to często popełniała gafy. Goczałka przypadkiem odkrył, że stażystka bardzo umiejętnie łączy ze sobą fakty. Raz, będąc na miejscu zabójstwa, wyczuła zapach, który powiązała z Sylwią Danielewicz, żoną Antona. Po tym Miłosz zaprosił ją do swojego garażu, gdzie przez ostatnie miesiące spędził wiele bezsennych nocy. To tam, w ciszy i spokoju, niejednokrotnie w towarzystwie piwa i papierosów, analizował całą sprawę, szukał słabych punktów i tworzył profil psychologiczny. Dromek i Milewski okazali się jego tajną bronią, ponieważ potrafili spojrzeć na zebrane przez niego poszlaki i dowody z innej perspektywy, niespaczonej poprzednimi potknięciami.

– Tak jak pan prosił, sprawdziłam dokładnie powiązanie Hałyckiego i Antona…

– Nie teraz – przerwał jej w pół zdania. Nie miał w tej chwili do tego głowy, musiał pilnie wykonać kilka telefonów.

– Mogę jakoś pomóc? – Jak zawsze roznosiła ją energia.

– Masaż by się przydał. – Miał nadzieję, że nikt tego nie usłyszał. Jego poczucie humoru było na tyle specyficzne, że tylko on śmiał się z własnych żartów. Na szczęście Alicji nie brakowało zdrowego dystansu.

– Dokąd pan idzie? – zapytała Dromek, gdy wziął do ręki kurtkę i skierował się do wyjścia.

Zapewne mogłaby mu towarzyszyć, ale nie chciał dawać kolejnych powodów do plotek.

– Edyta Kotarska. – Obiecał jej spotkanie, a lepiej było się czymś zająć, dopóki sprawa Milewskiego się nie wyjaśni.

– Gwóźdź do trumny Danielewicza? – Alicja opadła bez sił na krzesło.

– Raczej osoba, która sama wykopała sobie grób.

2.

– Możemy to przełożyć – powiedział do niej Goczałka. Edyta Kotarska czekała na to spotkanie i choć ostatnie dni nie należały do przyjemnych, teraz już nie chciała wylewać łez, tylko w końcu dowiedzieć się, jak wygląda jej sytuacja. Koniec uciekania. Goczałka właśnie wszedł do szpitalnego pokoju, w którym przebywała już od ponad tygodnia.

– Wiązał z panem wielkie nadzieje. – Poprawiła poduszkę i spojrzała na niego wymownie. Była pewna, że rozmówca wie, o kogo chodzi.

– Dobrze panią widzieć w lepszej formie – odpowiedział wymijająco.

Pamiętała, gdy odwiedził ją tuż po tym, jak się przebudziła. Nie była zdolna powiedzieć nawet jednego słowa, płakała, a usta nie słuchały poleceń wysyłanych przez mózg.

– Nadzieja – powtórzyła.

Nie chciała się nad sobą użalać, domyślała się, że Ryglewicz nie wybrał Goczałki bez powodu. Czuła się w tej chwili namaszczona, nie chciała tej odpowiedzialności, ale w tym przypadku nie pozostawiono jej wyboru.

– To słowo w świecie Danielewicza nie ma racji bytu. Ryglewicz był wirtuozem, tworzył widowisko, podporządkowałem się jego regułom, ale nie zauważyłem, że Anton tylko czekał na ten moment.

– Jeszcze nie jest za późno, żeby go dopaść! – Czuła się, jakby grała w jakimś amerykańskim filmie w klimacie Tarantino.

– To nie jest kwestia czasu, ale narzędzi. – Goczałka usiadł na krześle stojącym obok jej łóżka. Zawiesił wzrok na bukiecie kwiatów, który dostała od męża.

– Ryglewicz panu ufał.

Sama była zdziwiona, że to mówi. Dobrze pamiętała ostatnie spotkanie z mordercą, który był taki bezsilny, żegnał się z życiem, ale trzymała się go tylko jedna myśl – żeby Danielewicz i Hałycki ponieśli karę.

– Zaufał tylko jednemu człowiekowi, a z tego, co wiem, źle na tym wyszedł. – Zauważyła, jak przygryza dolną wargę. Unikał jej wzroku, był podenerwowany. – Czuje się pani już lepiej?

Kotarska spodziewała się po Goczałce czegoś więcej, nasłuchała się o jego osiągnięciach, ale to było ich kolejne spotkanie i miała wrażenie, że on błądzi gdzieś myślami. A ona oczekiwała pełnej uwagi. Choć przez krótką chwilę. Minimum szacunku…

Położyła dłoń na swoim brzuchu. Brakowało jej słów, aby opisać, jak wielki czuła ból, przede wszystkim ten psychiczny.

– To nie przez Ryglewicza poroniłam – powiedziała powoli.

Złożyła już policji wyjaśnienia. Wiedziała, że to dopiero początek, musiało minąć więcej czasu, aby zrozumiała pewne kwestie.

– Bardach mówi co innego – odpowiedział Goczałka po chwili ciszy.

– Komu pan ufa?

Znała swoje położenie. Jedyne słowa, które przychodziły jej do głowy, aby opisać aktualną sytuację, należały do dość wulgarnych. Zanim Ryglewicz umarł, odwiedziła go na oddziale szpitalnym, ponieważ chciała się dowiedzieć, dlaczego planowano ją zabić. Więzień natomiast prosił o rozwiązanie krępujących ręce pasów oraz podanie adrenaliny. Chciał również spotkać się z Bartoszem Hałyckim, ordynatorem Oddziału Psychiatrii Sądowej w areszcie na Montelupich. Ryglewicz traktował Kotarską jako ostatnią deskę ratunku – osobę, która może przekazać informacje Goczałce. Sam już nie miał siły, aby dopaść Danielewicza, więc nadziei upatrywał właśnie w Miłoszu. Gdy Edyta przyszła do niego ostatni raz, niespodziewanie pojawili się ordynator oraz Bożydar Bardach, jeden z pielęgniarzy. Chcieli wrobić Kotarską w próbę uwolnienia Ryglewicza. Bardach pozbawił ją przytomności i upadła na ziemię. Jednak ordynator pomylił się, role się odwróciły. Ryglewicz dał radę go zabić, a pielęgniarz uciekł i w tej chwili był jedynym świadkiem, którego zeznania stały w sprzeczności z jej opisem wydarzeń.

– Albo pani kłamie, albo Bardach. Kiepska sprawa. W tym przypadku pojawia się dodatkowy problem, czyli poronienie.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Poczuła się tak, jakby ktoś włożył jej do ust knebel, aby zatrzymać słowotok. Nie spodziewała się, że Goczałka poda ten argument.

– Przepraszam – zreflektował się po chwili Miłosz.

Widziała w nim dotychczas przyjaciela, a teraz miała jedynie ochotę wyrzucić go i zasnąć.

– O co właściwie chodzi? – Pogubiła się. W głowie wciąż słyszała słowa Ryglewicza na łożu śmierci.

– Proszę zapomnieć, zachowałem się niestosownie.

Poczuła jeszcze większe poirytowanie.

– Zaczął pan, więc proszę skończyć. – Coraz trudniej jej było utrzymać nerwy na wodzy.

– Straciła pani dziecko i przemawiają przez panią emocje. Brakuje choć jednego dowodu, który potwierdziłby pani wersję zdarzeń. Tak naprawdę w ogóle nie powinno pani tam być.

Pokręciła przecząco głową.

– Zna pan prawdę o tej ciąży? – zapytała.

Wiedziała, że odpowiedź będzie negatywna. Tylko Ryglewicz oraz jej mąż, Adam, poznali ten sekret.

– To musi być dla pani trudne…

– Myli się pan! Pamięta pan Macieja Różyckiego? To on był ojcem tego dziecka! – Głośno przełknęła ślinę. Nie spodziewała się, że pójdzie jej z tym wyznaniem tak łatwo.

– Ale… – Po raz kolejny Goczałka nerwowo przygryzł dolną wargę. – Przecież on chciał panią…

Nic nie odpowiedziała. Minęło kilka tygodni, aż w końcu poznała prawdę. Kiedy Różycki nieudolnie próbował pozbawić ją życia, niefortunnie upadła. Przez czternaście dni pozostawała w śpiączce i częściowo straciła pamięć. Początek był trudny, okazało się, że w styczniu jej małżeństwo z Adamem przeżywało kryzys, dowiedziała się o jego kochance i zaczęła spędzać więcej czasu z Maćkiem, który był znajomym jeszcze z czasów liceum. Kilka dni po jej wybudzeniu się badania kontrolne wykazały, że jest w ciąży, a wszystkie odpowiedzi na nurtujące ją pytania wiązały się z osobą Różyckiego. Znał się z Ryglewiczem. Sam podjął się próby zabicia Kotarskiej i – jak dowiedziała się później – miał obsesję na jej punkcie, a odebranie jej życia wiązało się z nadzieją, że już na zawsze będą razem. Jedynym uzasadnieniem jego czynów, które do niej dotarło, była choroba. Nie potrafiła tego inaczej wytłumaczyć.

Gdy już wszystko się poukładało i wraz z Adamem zaczęli snuć plany na kolejne miesiące, zdarzył się wypadek, który doprowadził do poronienia. To nie było tak, że nie dopuszczała w ogóle myśli o aborcji, ale po początkowym szoku powoli zaczęła akceptować fakt, że jest w ciąży. Poczucie normalności było wyłącznie złudzeniem. Tak samo, jak wybór. Została go pozbawiona. To inni determinowali jej działania. Jednak gdy usłyszała od lekarzy, że poroniła, było jej naprawdę trudno zaakceptować ten fakt. Adam ją pocieszał, był przy niej prawie całe dnie, ale ona nie potrzebowała litości, nie chciała się więcej użalać nad sobą. Chodziło jej teraz tylko o czas, który zwyczajnie musiał upłynąć.

– Wciąż mi pan nie wierzy?

– Dlaczego pani do niego poszła?

Zastanawiała się, czy nie jest mu teraz głupio. W końcu jego uwagi uszedł elementarny punkt – atak Różyckiego na Kotarską nie był podyktowany wyłącznie wolą Ryglewicza. Tutaj siatka determinantów była mieszanką celów wyznaczonych przez Danielewicza, jak również uczuć, które Maciej żywił wobec niej.

– On umierał, a bardzo chciał mieć ostatnie słowo. Prosił, żebym go uwolniła i zaaplikowała adrenalinę.

– Ale ostatecznie zrobił to Hałycki, przy okazji pozbawiając panią przytomności? – Patrzył na nią wyczekująco.

Nie chciała zaczynać tej historii od początku. Wyglądało na to, że Lama nawet nie przeczytał protokołów. Przecież to Bardach ją popchnął, ordynator był tylko dyrygentem.

– Już mówiłam. Hałycki chciał, żeby cała wina spadła na mnie, ale ostatecznie pomylił się i podał niewłaściwy lek. Wygląda na to, że Ryglewicz wykorzystał moment zaskoczenia.

– Jak mogę pani pomóc?

Nie potrafiła nadążyć za jego tokiem myślenia, skakał od tematu do tematu, tak jakby znajdował się w zupełnie innej czasoprzestrzeni.

– Nie zrozumieliśmy się, panie Miłoszu. To ja jestem w tym wszystkim stroną poszkodowaną. Obiecałam mu, że się z panem spotkam i opowiem wszystko, czego dowiedziałam się o Antonie i Hałyckim, ale jeżeli nie potrafi mi pan zaufać, możemy pominąć tę część i się pożegnać.

Ich wzrok się spotkał. Goczałka patrzył na nią przez dłuższą chwilę, usilnie się nad czymś zastanawiając.

– Te elementy mi do siebie nie pasują. Ryglewicz miał świadomość, że umiera, a tymczasem, zamiast słuchać instynktu przetrwania i próbować za wszelką cenę ratować siebie, szukał sposobów, żeby dopaść Danielewicza?

– Miał pan z nim kontakt. – Rozumiała, o co mu chodzi, sama miała podobne odczucia. – Dobrze pan wie, że jego zachowania nie można wytłumaczyć zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami i regułami. Tu nie ma racji bytu elementarna logika.

– Dostałem od niego list. Co więcej chciał mi powiedzieć?

Uśmiechnęła się.

– Gdzie jest Danielewicz? – zapytała.

– Jeszcze nie wyjechał z Polski. Znajduje się pod obserwacją policji i do tej pory nie wychyla się – wyjaśnił.

– Jak wytłumaczy pan jego obecność na Montelupich?

– Chciał pozbyć się świadków i odsunąć od siebie podejrzenia.

– Z jakiegoś powodu odciągnął moją uwagę od swojej osoby, skupiłam się na sprawie innego więźnia, a posłużył się do tego Hałyckim.

– Co pani chce przez to powiedzieć?

Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że dokładnie wie, do czego to wszystko zmierza.

– Że jego pobyt w areszcie miał na celu ukrycie czegoś więcej.

***

– Jest coraz gorzej – powiedział Tadeusz.

Nie spodziewał się, że doczeka się w tym wieku takich chwil.

– Nie wyglądasz najlepiej, powinieneś odpocząć. – Artur Jastrzębski obrócił się nerwowo, aby upewnić się, że nikt ich nie podsłuchuje.

– Coraz trudniej pogodzić mi pracę w Krakowie i rodzinę w Warszawie – przyznał. Odczuwał już pewne zmęczenie, a przecież to był dopiero początek.

– Z samochodem służbowym byłoby łatwiej. – Jastrzębski spojrzał na niego z politowaniem.

Zamówili kawę. Znajdowali się w jednej z ekskluzywnych kawiarni na Nowym Świecie. Markiewicz z zasady nie pojawiał się w takich miejscach, tym bardziej po ostatnich „dobrych zmianach”. Ściany miały oczy. Tadeusz Markiewicz przez ostatnią dekadę zajmował stanowisko doradcy premiera, ale w związku z tym, że nie lubił rozgłosu i nie był typem celebryty, raczej nie był osobą zbyt rozpoznawalną. Jastrzębski był natomiast szefem CBŚ. Kilka konferencji prasowych w ostatnich tygodniach sprawiło, że stał się niemal gwiazdą mediów, a na anonimowości, wbrew pozorom, bardzo im w tym przypadku zależało.

Radosław Janiszewski, aktualny premier Polski, zrezygnował z usług Markiewicza i otoczył się grupą ludzi, którzy nie mieli na tyle odwagi, aby przeciwstawić się jego pomysłom, nieważne jak bardzo były szalone. Tadeusz nie był osobą konfliktową, ale były sprawy, którym musiał się sprzeciwić, co spowodowało, że stracił pracę, a dotychczasowi sojusznicy w kancelarii premiera przestali traktować go poważnie. Ktoś zrobił mu czarny PR. Nietrudno było zgadnąć kto.

Punktem zapalnym było Insight, tajna instytucja, której jednym z „ojców założycieli” był właśnie Markiewicz. Insight, przedstawiając sprawę w uproszczeniu, było bazą danych, systemem zarządzania monitoringiem, a zarazem narzędziem służącym do wykonywania operacji, które niekoniecznie były zgodne z prawem. Chodziło przede wszystkim o nielegalne podsłuchy zlecone przez rząd. Prezesem był Frederic Jansen, którego Markiewicz ściągnął zeSzwecji, jako osobę doświadczoną, gdyż swego czasu stworzył podobny system w Skandynawii. Zrekrutował on wyspecjalizowanych informatyków, techników, a nawet hakerów. Przez prawie dziesięć lat system działał bez zarzutu i gdyby nie problem z czynnikiem ludzkim, Markiewicz nie straciłby pracy, a sytuacja nie byłaby do tego stopnia skomplikowana.

Sytuacja w Insight wymknęła się jednak spod kontroli. Jansen zabił dwóch pracowników, którzy byli odpowiedzialni za wdrożenie wirusa. Infekował on główne światłowody, blokując dostęp do sieci monitoringu, co uniemożliwiało złapanie Ryglewicza. O wszystkim został poinformowany premier, który razem z Nowińskim, szefem ABW, postanowił zlikwidować Insight oraz przekazać wszystkie zadania służbom, co Tadeusz uważał za efekt uboczny chorego systemu politycznego.

Spojrzał na Artura. Wiedział, że bez jego namaszczenia plan się nie ziści.

– Samson tak długo nie pociągnie – powiedział do Jastrzębskiego.

– To jedna z najbardziej ambitnych osób, jakie znam.

Tadeusz głośno westchnął. Miał takie same odczucia, ale w tym przypadku ambicja nie gwarantowała sukcesu.

Maks Samson przejął obowiązki po Jansenie; wskazał go Markiewicz, ale premier poparł jego kandydaturę, choć jedynie na okres przejściowy, który pozwoliłby na przejęcie zadań tej instytucji przez służby. Cały plan przekształcenia Insight miał jednak kilka słabych punktów. Przede wszystkim przygotowanie merytoryczne Samsona – chodziło o sieci teleinformatyczne, nadzorowanie pracy ponad setki specjalistów w swojej dziedzinie. Sprawę komplikował jeszcze wysłannik premiera, Nowiński, który z premedytacją wzniecał konflikty wśród pracowników, wskutek czego mieli do czynienia z buntem wśród załogi firmy. Markiewicz, jako osoba tymczasowo bezrobotna, obiecał Maksowi pomoc, ale każdy kolejny dzień stawiał przed nimi nowe problemy, których nie potrafili w żaden sposób przeskoczyć.

– No, dobra, przejdźmy do rzeczy… Mówię ci o tym, bo się znacie, ale chciałbym, aby to pozostało między nami – poprosił Tadeusz.

Maks był wcześniej agentem CBŚ, właśnie dlatego tak dobrze znali się z Jastrzębskim.

– O co właściwie chodzi?

– Jeżeli Nowiński nie zostanie poskromiony, Samson nie porządzi długo w Insight. Wydaje mi się, że premier sam nie wie, co tam się dzieje. Potrzebuję zaufanej wtyki w ABW. Masz kogoś?

– Po co?

Tadeusz spodziewał się tego pytania.

– Aby się upewnić, czy Nowiński faktycznie działa tylko w interesie państwa.

– Czy ty przypadkiem nie jesteś do niego uprzedzony? Gdy ostatni raz działałeś za plecami pryncypała, nic dobrego z tego nie wynikło.

– Po prostu widzę, co się dzieje. Pomożesz?

– Potrzebuję kilka dni, zobaczę, co da się zrobić. Jednak trudno mi sobie wyobrazić, że któryś z pracowników ABW postanowi przeciwstawić się Nowińskiemu.

– Samson potrzebuje naszej pomocy…

Jastrzębski przerwał mu kiwnięciem głowy.

– Nie mieszaj mnie w to. Już nadstawiłem dla ciebie karku, nie chcę robić sobie wrogów.

Tadeusz zmrużył oczy. Nie wiedział, w jaki sposób podejść rozmówcę. Nawiązywanie do sumienia w tym przypadku nie wchodziło w grę.

– Jest jeszcze coś… – powiedział szeptem.

Jastrzębski głośno westchnął, ale na jego twarzy niespodziewanie pojawił się cień uśmiechu.

– Nie oczekiwałem, że spotkałeś się ze mną tylko ze względu na Nowińskiego. Co się dzieje?

Markiewicz przywołał ruchem ręki kelnerkę. Wiedział, że wkrótce będzie żałował tego podwójnego espresso. Miał już swoje lata i zdecydowanie nie należał do osób, które się oszczędzały.

– Jansen.

– Sądziłem, że się wycofał. – Jastrzębski wzruszył ramionami, jakby to była kwestia niegodna większej uwagi.

– Czyż nie jest to paradoksalne? – To było dla niego słowo klucz: „paradoks”. – Frederic zabił dwie osoby, a Janiszewski zachował się tak, jakby nic się nie stało. Po naszej interwencji ABW łaskawie zajęło się sprawą, ale kilka dni później Jansen był już na wolności. W tej chwili nie potrafimy nawet odpowiedzieć, gdzie teraz przebywa.

Szef CBŚ przytaknął.

– Brzmisz tak, jakbyś się go bał.

– Mieliśmy namiastkę tego, do czego jest zdolny. Najbardziej niepokoi mnie fakt, że tak naprawdę każdy woli tego nie dostrzegać, zero prewencji, to jakby czekanie na atak nieprzyjaciela do momentu, aż wszczęty zostanie alert. Ale wtedy może być już za późno na jakiekolwiek działania.

– Czy ty przypadkiem nie przesadzasz?

– Błagam cię – żachnął się Tadeusz. – On ma swój plan i tylko czeka, aby go zrealizować. A być może nawet to już się dzieje… Nie potrafię pilnować dwóch frontów, z jednej strony Nowiński, z drugiej Jansen.

Jastrzębski patrzył na niego ze zdziwieniem, jakby mu nie dowierzał. Markiewicz wiele spodziewał się po tej rozmowie, bo to właśnie w szefie CBŚ pokładał ogromne nadzieje.

– Dlaczego cały czas upierasz się, że Jansen w ogóle chce wracać? Wasza kompromitacja jest mu na rękę, ale przecież możecie sobie z tym poradzić!

– Byłem z Maksem, kiedy po raz pierwszy wchodził do Insight jako nowy prezes. – Tadeusz przechylił filiżankę z kawą; po tak drogiej restauracji spodziewał się czegoś lepszego i mocniejszego. – Stresował się, był spięty, ale w końcu przygotowywał się na ten moment dość długo. Zebrał wszystkich pracowników. Plan był prosty, opierał się na niechęci pracowników Insight do rządu i pracy dla polityków. Wśród nich znalazł się Nowiński, to był pierwszy znak buntu, ochroniarze go wpuścili. Instytucja, która miała słynąć ze swojej apolityczności, stała się polem bezwzględnej walki.

– Do rzeczy! – przerwał mu Jastrzębski.

Markiewicz zaczynał się irytować.

– Jansen zamknął swoje wcześniejsze biuro. Do tej pory Maks nie otrzymał kluczy, które pozwoliłyby mu je otworzyć. Czy to nie jest podejrzane? Tak jakby wcale się z tym miejscem nie żegnał.

– To jeszcze o niczym nie świadczy!

– Dasz mi dokończyć? – powiedział, zdecydowanie głośniej, co przyciągnęło wzrok dwóch starszych pań, które siedziały przy lampce wina dwa stoliki dalej. – Wiesz, co zastaliśmy w biurze, które miał zająć Samson?

Poczekał chwilę, choć nie spodziewał się usłyszeć odpowiedzi, sam nigdy nie przewidziałby takiego biegu wydarzeń.

– Zwłoki Koniecznego i Zamoyskiego, w czarnych foliowych workach. To właśnie ich zabił Jansen.

– Co z nimi zrobiliście? – wydusił się siebie Jastrzębski.

– To naprawdę pierwsze pytanie, które przyszło ci na myśl? Potrafisz wyobrazić sobie ten fetor? Od ich śmierci minął ponad miesiąc. Tak naprawdę do tej pory nie jesteśmy pewni, czy to oni, ciała zaczęły się rozkładać, owady miały sutą ucztę.

– Chrzanisz!

– Insight to świat Jansena. Tymi pracownikami nawet nikt się nie zainteresował. Nawet nie wiemy, co działo się z tymi ciałami przez ostatni miesiąc. Maks powiedział, że musiały przebywać w wodzie, pewnie je wrzucono do jakiejś rzeki. Niewyobrażalny smród! Już nie wiem, w co mam wierzyć. – Mówił cicho, szeptał, chciał wywołać odpowiedni efekt. Nie mógł pozbyć się tego wspomnienia. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział.

– Dość! – Jastrzębski uderzył pięścią w stół.

– Wciąż twierdzisz, że przesadzam?

– Czego ode mnie oczekujesz?

– Potrzebuję sojusznika, kogoś, kto będzie mi robił plecy. Janiszewski może więcej, ale na razie muszę pozostać niewidzialny.

– Co zamierzasz zrobić? Mam ograniczone pole manewru… Za wiele ode mnie wymagasz.

– Gdybym miał wątpliwości, że jesteś nieodpowiednią osobą, nawet nie prosiłbym cię o spotkanie.

– Jak się nazywał ten policjant z Krakowa? Może on okazałby się skuteczniejszy?

Markiewicz przez lata pracy w kancelarii premiera nauczył się wielu taktyk negocjacyjnych. Jastrzębski próbował właśnie strategii spychania. Jeszcze nie znał założeń planu Tadeusza.

– Lama. – Nie potrafił przypomnieć sobie nazwiska. Wspominał mu o nim Samson, pozostawali w stałym kontakcie. – W tym przypadku jest bezużyteczny.

– Po co ci plecy? Przecież wiesz, że premier woli Nowińskiego, a mnie do kancelarii nigdy się nie spieszyło.

Markiewicz przełknął głośno ślinę.

– Jedyna szansa, aby poskromić Jansena i Nowińskiego, to uderzyć w samą górę piramidy.

– Żartujesz, prawda? – Tym razem to Artur obrócił się nerwowo, aby upewnić się, że nie ma nikogo w pobliżu.

– Raczej mi nie do śmiechu. Janiszewski to człowiek zależny od innych. Ktoś musi przegrać, a obalenie rządu to jedyne logiczne rozwiązanie.

– Logiczne? Naprawdę użyłeś tego słowa?!

– Artur… – Markiewicz wyprostował się na krześle. Dobrze przemyślał cały scenariusz. – Muszę wiedzieć, czy jesteś po naszej stronie?

– Oszalałeś, prawda? Chcesz się przeciwstawić Janiszewskiemu, rozumiem. Ale obalić cały rząd? Nie znałem cię z tej strony.

– To nie ja zacząłem tę wojnę. Chodzi o rację stanu, nasze bezpieczeństwo, dobro rodziny.

– Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Doradzałeś czterem premierom, a wciąż twierdzisz, że twój plan ma rację bytu! – powiedział ze strachem w oczach Jastrzębski. Tadeuszowi nie pozostało nic innego jak przytaknąć. – Mam rozumieć, że mamy być trzema muszkieterami? Ja, ty i Samson?

– Kto powiedział, że nie mam po swojej stronie więcej osób? – Szeroko się uśmiechnął. Już znał odpowiedź szefa CBŚ. – Jesteś z nami?

– Niech się dzieje… – Jastrzębski przywołał kelnerkę i zamówił whisky. Ta okazja wymagała toastu.

***

– Martwi się. Czeka na ciebie w pokoju – usłyszał Goczałka od żony, gdy tylko wszedł do domu.

– Nie mam dla niej dobrych wieści. – Spojrzał na zegarek. Było dość wcześnie, nie przywykł kończyć pracy o piątej.

– Próbowałeś się za nim wstawić? – Irena przyjrzała mu się badawczo. On tylko wzruszył ramionami. Z pewnością za aresztowaniem Milewskiego stał Nogała, ale nie znał jeszcze szczegółów. – Zjesz coś?

Nie miał apetytu, cały czas tylko gonił z miejsca na miejsce i na pewno nie myślał teraz o racjonalnej diecie.

– Może później – odpowiedział wymijająco.

Pocałował Irenę w czoło. Czuł, że ma w niej oparcie, cieszył się z tego powodu, bo gdy sprawa Antona się rozpoczęła i zaczął spędzać noce w swoim garażu, trudno im było znaleźć wspólny język. Zwrócił się w stronę korytarza. Chciał pogadać z Dagmarą, uspokoić ją, choć wiedział, że to nie będzie łatwe.

– Robiłam porządek w garażu…

Zatrzymał się w pół kroku. Może to nie było zachowanie typowe dla czterdziestopięciolatka, ale przestraszył się. W pierwszej kolejności pomyślał o walających się po podłodze puszkach po piwie i starym kubku wypełnionym petami. Po minie Ireny stwierdził jednak, że chodzi o coś innego. Nie wiedział, jak się zachować: zapytać, o co chodzi, czy udawać niewinnego? W tym domu od zawsze panował matriarchat, a dla niego zgoda lub milczenie były bezkonfliktowym wyjściem z opresji. Sytuacja zmieniła się trochę w styczniu, kiedy odważył się przeciwstawić żonie.

– Wiem, że trochę zaniedbałem obowiązki. – Generalna wymówka była w jego mniemaniu optymalnym rozwiązaniem.

– Kim jest ta kobieta? – zapytała.

Już wiedział, że chodzi jej o portret urodziwej blondynki, zawieszony na ścianie.

– Żona głównego podejrzanego. Sylwia Danielewicz.

Chwila zawahania po jej stronie.

– Bardzo piękna.

W głosie Ireny można było wyczuć pewien żal. Może to była zazdrość? Miłosz nie zamierzał dzielić się własnymi spostrzeżeniami i swoistą słabością względem Sylwii, która odegrała w śledztwie kluczową rolę. To nie chodziło tylko o piękno, było w niej coś zniewalającego, co sprawiało, że Lama starał się zdecydowanie bardziej, tak jakby się bał, że zostanie oceniony negatywnie.

– To ty jesteś moim kochaniem. – Podszedł do żony i mocno ją przytulił.

– Jesteś człowiekiem obsesji, zaślepionym przez ambicję…

– Słucham?! – Miał nadzieję, że się przesłyszał. Tak jakby czytała jego myśli. – Ta sprawa wkrótce się skończy.

– Powtarzasz to od dłuższego czasu! – Irena wyswobodziła się z jego uścisku. – Nie mam do ciebie pretensji, wierzę, że wiesz, co robisz, ale ta Sylwia…

– Bardzo cię proszę. – Nawet nie próbował się w tej chwili zbliżać do Ireny. Konieczne było uspokojenie emocji. Był poirytowany, ale lepiej było tego nie pokazywać.

Kiedy rozpoczął w styczniu śledztwo na własną rękę, zaczął od wywieszenia na ścianie szczegółów dotyczących ofiar Ryglewicza. Chodziło o znalezienie punktu wspólnego. Wtedy jeszcze nikt nie domyślał się, że to jedynie czubek góry lodowej. W tej chwili garaż był wypełniony zdjęciami z miejsc przestępstw, informacjami dotyczącymi Danielewicza oraz jego współpracowników. Irena miała prawo do złości, pomimo faktu, że Sylwia nie była bezpośrednio zamieszana w sprawę, Lama uczynił z niej główny trzon jego ofensywy. To dzięki niej udało się złapać Kostka, zabójcę prokuratorki i – jak się okazało – przyrodniego brata oraz oddanego sługę Danielewicza. Jej zdjęcia zajmowały szczególne miejsce, Miłosz sięgał pamięcią do ich spotkań, a w związku z faktem, że Danielewicz nakazał jej wraz z dziećmi opuszczenie kraju, taka sposobność miała się już nie powtórzyć.

– Wciąż jestem dla ciebie atrakcyjna? – Irena patrzyła na niego badawczo.

Nie potrafił uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nie miał na to siły, udowadnianie w tej chwili żonie, że jest miłością jego życia, mijało się dla niego z celem.

– A czy daję ci inne znaki? – Najłatwiej byłoby zwyczajnie opuścić kuchnię i dać jej czas, aby przemyślała sobie własne słowa, ale zostawienie jej w takim stanie byłoby gwoździem do trumny.

– Szczerze? Ostatnio w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. Nawet gdy śpimy razem, przychodzisz późno, śmierdzisz papierosami, a twój mózg nadaje się do przeszczepu!

Uśmiechnęła się, chyba uświadomiła sobie kilka prawd, które połączyły ich węzłem miłości ponad dwadzieścia lat temu. Mieli wspólne cechy – oboje nie grzeszyli wysublimowanym poczuciem humoru.

Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz się kochali, nawet nie wiedział, czy jeszcze potrafi. Irena zawsze była w pewnym sensie perwersyjna, on swoją bierność tłumaczył zmęczeniem.

– Kocham cię, skarbie. Mogę cię przepraszać, ale…

– Nie oczekuję tego. Chodzi o poprawę tego, co jest, o wspólne spędzanie czasu, rozmowę. – Podniosła rękę, żeby nie dać mu dojść do słowa. – Wiem, że nie możesz mi tego obiecać.

– To silniejsze ode mnie – przyznał.

– Lubisz to, nie chcę ci odbierać tej przyjemności, ale nie oczekuj mojej aprobaty.

Chciał ją zapytać, co sądzi o objęciu przez niego stanowiska szefa dochodzeniówki, ale musiał to odłożyć w czasie. Przez ostatni miesiąc słyszał nieustanne namowy, ale pozostawał nieugięty. Wydarzenia dzisiejszego dnia uświadomiły mu, jak bardzo jego ruchy są skrępowane. Dochodziła kwestia Nogały seniora – Lama nie widział szans na ich współpracę. Dopuszczenie wariantu, że mógłby zgłosić swoją kandydaturę, kłóciło się z jego dotychczasowym nastawieniem, zarazem byłoby realizacją słów Ryglewicza, który w trakcie jednej z rozmów nieoczekiwanie przewidział taki scenariusz.

– To tylko chora ambicja, Ireno. – Podszedł i ją pocałował.

– Przynajmniej nazywasz rzeczy po imieniu. – Odwzajemniła się uśmiechem. – Znowu krwawisz.

Tylko wzruszył ramionami. Próbował panować nad tikiem przygryzania dolnej wargi, ale nie miał nad tym kontroli, robił to podświadomie.

Usłyszał pod stopami dźwięk pękającego drewna. W tym domu brakowało męskiej ręki – złotej rączki, która na bieżąco naprawiałaby wszystkie usterki. Wcześniej sobie z tym bezproblemowo radził, ale gdy poświęcił się sprawie Danielewicza, zaniedbał domowe obowiązki. Coś za coś.

Cieszył się, że spotkał się z Edytą Kotarską. Gdy widział ją nazajutrz po śmierci Tomasza Ryglewicza, wciąż znajdowała się w szoku po tym, jak dowiedziała się o poronieniu. Nawet nie próbował kontynuować tej rozmowy. Dzisiaj było inaczej, a jej historia rzucała nowe światło na sprawę Antona. Lama wciąż nie potrafił otrząsnąć się po informacji, że Ryglewicz skupił wszystkie swoje ostatnie siły, by dokonać wendety na ludziach, którzy ośmielili się go oszukać i mu przeciwstawić. Miłosz wierzył w relację Kotarskiej, wiedział jednak, że zwykłe słowo nie wystarczy.

Jeszcze w styczniu, kiedy zaczęli ginąć pierwsi świadkowie, zgodnie z jej wersją wydarzeń Danielewicz wybrał na ofiarę Franciszka Groickiego, współwięźnia. Zrobił to po to, żeby odwrócić uwagę Edyty. Groicki w tej chwili już nie żył, a dalszy rozwój wypadków stanowił wyłącznie realizację planu Antona. Była to dla Lamy zagwozdka – co takiego chciał ukryć Danielewicz na Monte? Miłosz sądził, że przynajmniej wie, z kim ma do czynienia, ale pojawiały się kolejne okoliczności, których nie dało się logicznie wyjaśnić.

– Cześć, Malinko. – Gdy Daga była jeszcze małą dziewczynką, zawsze się do niej tak zwracał. Nawet się nie spostrzegł, kiedy stała się kobietą.

– Co z Szymonem? – Obróciła się w jego stronę. Na jej biurku leżały jakieś książki, ale trudno mu było uwierzyć, że naprawdę się uczyła.

– Na razie w Białym Domku. – Była to nazwa, która przylgnęła do komisariatu policji na Lubiczu.

– Wiem, dzwonił do mnie. Powiedział, żebym się nie martwiła.

Miłosz przytaknął. Domyślał się, że rezultat był odwrotny. Z zasady nie przepadał za chłopakami swojej córki, choć właściwie rzadko kogoś przyprowadzała; może obawiała się, że rodzice narobią jej wstydu, co z ich poczuciem humoru nie stanowiło większego wyzwania. Z Milewskim było inaczej, poznał go, zanim jeszcze zaczął chodzić z Dagmarą. Szymon pomagał mu w sprawie, a jego wiadomości okazały się ważną częścią zebranych dotąd dowodów.

– Załatwię mu jakiegoś dobrego adwokata, mam kilku znajomych. – Chciał ją uspokoić, potrafił zrozumieć jej zdenerwowanie.

– A jest mu potrzebny?

Nie wiedział, czy Milewski powiedział jej o Nogale. Nie chciał panikować na zapas, co było trudne, bo sam nie znajdował skutecznego rozwiązania.

– Lepiej dmuchać na zimne. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to te ludzkie organy z mieszkania Droubera.

– Musieliby mieć świadka. Nawet jeśli nas wtedy śledzili, wątpię, żeby chcieli się do tego przyznać.

Goczałka usiadł na jej łóżku i oparł głowę o ręce. Był zmęczony. Kiedy wszystko było w toku, nie przejmował się tak przyziemną kwestią, jaką było zdrowie. Teraz zaczynał odczuwać efekty ostatnich miesięcy śledztwa.

– Pójdę przespać się chwilę. Gdyby przyszła Dromek, obudź mnie, proszę. Pracy, niestety, nie ubywa. – Już wychodził, gdy dostrzegł coś niepokojącego. – Co jest? – zwrócił się do Dagmary.

Wyraz jej twarzy wskazywał, że coś ją strapiło i nie chodziło w tym przypadku o jakąś zazdrość związaną z Alicją.

– Odnośnie do świadków przychodzi mi na myśl tylko jedna osoba…

– Kto to jest?

– Amarena Mrągal, gosposia Droubera.

Już wiedział, że popołudniowa drzemka nie wchodziła dzisiaj w grę.

3.

– Przychodzę od Goczałki.

Milewski spostrzegł starszego mężczyznę. Był łysy, co jeszcze bardziej kontrastowało z gęstą, siwą brodą. – Witold Bratny, jestem adwokatem, mam pana reprezentować. – Podali sobie ręce.

Szymon zasnął dopiero nad ranem. Obecność innych oprychów, wśród których zdecydowaną większość stanowili bezdomni, nie tworzyła komfortowych warunków, a zapach przyprawiał o mdłości. Najgorsza była jednak cisza, brak informacji, czekanie, aż coś się wydarzy. Przyjście adwokata nie mogło oznaczać niczego dobrego.

– Nie wiem, czy mnie na to stać.

Do tej pory nie przyszło mu korzystać z usług prawnika, ale jego najbliższy przyjaciel, Koprucki, zdążył mu już opowiedzieć o stawkach. Milewski był zależny finansowo od matki; ledwo starczało na pokrycie rachunków, o wakacjach nawet nie było co myśleć, o opłaceniu prawnika tym bardziej.

– Jestem winny Goczałce przysługę. Myślę, że jakoś to załatwimy.

Wolał nie wnikać, o jaką przysługę chodzi, skoro adwokat był gotowy pominąć kwestię wynagrodzenia.

– Co mi zarzucają? – Milewski wziął głęboki wdech.

– Mówiąc w skrócie, to kradzież, ale na oficjalną klasyfikację musimy poczekać, aż wpłynie akt oskarżenia.

Ze wszystkich możliwych opcji, które brał pod uwagę, najbardziej spodziewał się właśnie tej. Sądził, że skoro przez ostatnie dwa miesiące nikt nie podjął żadnych kroków, może być spokojniejszy. Darek Nogała nie miał żadnych granic przyzwoitości.

– Skąd się o tym dowiedzieli?

Wciąż miał przed oczami widok, kiedy razem z ojcem Dagmary zniszczyli wszystkie dowody. Słoiki z ludzkimi narządami były od samego początku problematyczne, głównie chodziło o zapach formaliny używanej do konserwacji ciał. Ogród Goczałki był tylko tymczasowym rozwiązaniem; uznali, że zniszczenie będzie najbezpieczniejszym wyjściem. Pozostały jeszcze dokumenty wypełnione zdjęciami zwłok kobiet, jak się okazało, stanowiące zapis sekcji przeprowadzanych przez ojca Droubera, Thomasa Reglewitscha. Szymon wierzył, że Lama odpowiednio zabezpieczył, ewentualnie zniszczył wszelkie materiały, które mogły mu przysporzyć problemów.

– Mówi panu coś nazwisko Mrągal? Amarena Mrągal? – Adwokat wyciągnął notatnik.

Milewski czuł się dziwnie, rozmawiając o tych kwestiach w takim otoczeniu. Obecność innych była wyczuwalna, nawet jeśli nie było ich widać.

– To gosposia Droubera, pomagała mu w domu. Poznaliśmy się.

– Jeszcze nie mam potwierdzenia, ale wygląda na to, że to główny świadek…

– Nie rozumiem… – Oparł się o kratę, dopiero teraz dochodziło do niego, w jak parszywej sytuacji się znalazł. Sądził, że to nieporozumienie i wkrótce go wypuszczą, ale zapowiadało się zdecydowanie gorzej.

– Po kolei. W tej chwili potrzebuję poznać pana wersję wydarzeń i wszystko to, co mógłby wykorzystać prokurator.

– Żartuje pan, prawda? – Nigdy nie działał wbrew prawu, ale od czasu nieoczekiwanej śmierci Droubera i pomagania Goczałce w sprawie Ryglewicza nie wszystko dało się logicznie wyjaśnić.

Przeszli do innego pokoju. Bratny musiał mieć poważanie, policjanci zachowywali się wobec niego uprzejmie, żaden nawet nie próbował sprzeciwić się jego słowom.

– Zacznijmy od początku. Czy domyśla się pan, o jaką kradzież chodzi? – Szymon przytaknął. – Czy faktycznie dokonał pan tej kradzieży?

– To trochę bardziej skomplikowane. – Wiedział, że tego typu wymijająca odpowiedź jest niczym potwierdzenie, ale nie czuł się złodziejem; wypełnił polecenie Droubera, wtedy nie spodziewał się, że ma do czynienia z ludzkimi narządami. – Muszę spotkać się z gosposią doktora – dodał.

Staruszka była równie ekscentryczna, jak zmarły doktor, a imię, które kojarzyło się Milewskiemu wyłącznie z tanim trunkiem z biedronki, było tylko wisienką na torcie. Nogale musiało udać się z nią skontaktować i przekonać do swoich racji. Zresztą Amarena chyba nigdy nie przepadała za Szymonem, więc zapewne to nie było trudne.

– Z zasady nie bawię się w takie sprawy, ale Goczałka mówił, że to coś więcej. Jeżeli mam panu pomóc, muszę wiedzieć wszystko.

– Skończyłem studia, przez kilka miesięcy nie mogłem znaleźć pracy. Zawsze chciałem coś napisać, ale wcześniej brakowało motywacji i czasu. Postanowiłem podjąć wyzwanie stworzenia biografii Norberta Droubera.

– Kim on właściwie jest? Przepraszam za ignorancję, ale po raz pierwszy spotykam się z tym nazwiskiem.

– Nie dziwię się. – Milewski też dowiedział się o nim przypadkiem. – Był profesorem nauk medycznych, ekspertem w dziedzinie anatomii człowieka, wykładał w Collegium Medicum. Jego ojciec był nadwornym lekarzem wojsk Wehrmachtu, wziął za żonę Polkę, która po tym, jak Trzecia Rzesza upadła, zabrała syna do Polski.

– Nie rozumiem… – Bratny przestał notować, jakby mijało się to z celem. – Dlaczego postanowił pan napisać biografię Droubera?

Przez chwilę Szymon zastanawiał się, czy nie łatwiej byłoby przekazać adwokatowi to, co do tej pory napisał. Jego koncepcja trochę się zmieniła; większą uwagę skupił na Ryglewiczu i sprawie Danielewicza, w dużej mierze był to opis przebiegu śledztwa i procesu łączenia kolejnych punktów, ale na tym etapie, dopóki pewne elementy wciąż nie znalazły rozwiązania, wolał tego nie udostępniać.

– Zaintrygował mnie. Z jego osobą wiązała się jakaś tajemnica. Po raz pierwszy usłyszałem o nim od swojego dziadka, bo chodzili do jednej klasy. Nikt nie chciał przybliżyć jego historii, więc postanowiłem zaryzykować i zapytać go bezpośrednio. Na początku nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Drouber zachowywał się dziwnie jak na swój wiek i stan zdrowia. Kpił ze mnie, nabijał się, a zarazem narzucił własne reguły, które skutkowały tym, że na większość zadawanych przeze mnie pytań nie odpowiadał.

– Więc jaka była jego tajemnica?

– Unikał przede wszystkim tematu rodziny; nawet gdy coś mówił, potem okazywało się nieprawdą. Tuż po tym, jak zmarł, zadzwoniła do mnie jego gosposia, wspomniana wcześniej Amarena Mrągal. Byłem w jego mieszkaniu jako pierwszy, lekarz nie został jeszcze zawiadomiony. Otrzymałem od niego list, Amarena była w tym czasie w innym pokoju. Drouber kazał mi przenieść rzeczy, które znajdowały się we wnęce za szafą. Były to słoiki wypełnione ludzkimi narządami oraz ich szczegółowa dokumentacja. Z ustaleń wynika, że pierwotnie należały do jego ojca.

Zamilkł na chwilę i zerknął z zaciekawieniem na Bratnego. Jego czoło przecinały głębokie bruzdy, a wzrok opadał na kartkę papieru, tak jakby znajdowało się tam coś niezwykle ciekawego.

– Mówi pan, że ludzkie narządy, tak? – Milewski miał wrażenie, że adwokat zaraz wybuchnie śmiechem, pytając, gdzie jest ukryta kamera. Wolał nie myśleć, jak ta historia jest odbierana przez osoby trzecie; te wydarzenia wciąż go zatrważały.

– Wiem, że to brzmi jak kiepski kryminał napisany przez amatora, ale nie ja to wymyśliłem. Drouber, z nieznanych mi przyczyn, rzucił mnie na głęboką wodę.

– Gdzie się znajduje teraz ta… – Widać, że miał problem, aby znaleźć odpowiednie słowo. – …kolekcja?

Milewski nie wiedział, czy powinien ujawniać udział Lamy w tych wydarzeniach.

– Została zniszczona. Zapach formaliny przyciągał zbyt wiele uwagi.

Twarz Bratnego wykrzywił grymas niezadowolenia. Widocznie spodziewał się innej odpowiedzi.

– A list Droubera?

– Powinienem gdzieś mieć.

W tej historii ważną rolę odegrała również Dagmara. Gdyby Szymon wiedział, że przyniesie to takie skutki, nie prosiłby jej wtedy o pomoc. Konieczne było przetransportowanie znalezisk, więc zadzwonił do niej. Okazało się, że w tym czasie Goczałka był pod obserwacją, a jego samochód miał zamontowany nadajnik.

– Czy po śmierci Droubera spotykał się pan z Amareną Mrągal?

– Dwa razy. Chyba…

– Chyba? – Adwokat zerknął na niego kontrolnie.

Milewski nie wiedział, jak ma dziękować Goczałce. Bratny miał klasę, zachowywał się wobec Szymona profesjonalnie.

– Na pewno. Chodziło wyłącznie o pozyskanie szczegółów dotyczących Ryglewicza, syna Droubera.

– Naraził się pan jakoś?

– Rozmowy z nią nie należały do przyjemnych. Mam wrażenie, że po śmierci gospodarza coś jej się poprzestawiało w głowie.

– Jak brzmi odpowiedź? – Bratny odłożył notes na bok.

Szymon zamrugał. Potrzebował chwili, aby zrozumieć, że adwokat wciąż oczekuje odpowiedzi na wcześniejsze pytanie.

– Nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Po śmierci Droubera ta niechęć się nasiliła.

– Domyśla się pan powodu? Był pan wobec niej nieuprzejmy?

– Wręcz przeciwnie. Może wpłynęło tak na nią przebywanie z Drouberem.

– Choroba psychiczna? – Milewski miał wrażenie, że Bratny próbuje znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, nawet jeśli byłyby to tak daleko idące wnioski.

– Bez przesady – odpowiedział.

– Goczałka miał rację, to dość trudna sprawa. List od Droubera nic nie daje, bo kolekcja… – Po raz kolejny zatrzymał się, gdy przyszło mu powiedzieć to słowo. – …już nie istnieje. Postaram się skontaktować z Mrągal, mam nadzieję, że nie będziemy mieć przez to problemów.

– Sam to załatwię. – Wiedział, że jeśli Amarena została zwerbowana przez Nogałę, taki krok tylko pogorszy sprawę. – Muszę stąd po prostu wyjść.

Bratny przytaknął.

– Postaram się coś zdziałać.

– Proszę ostrzec Goczałkę. – Milewskiemu nie uśmiechał się powrót do celi, ale wiedział, że to nieuniknione.

– Przed czym?

– Będzie wiedzieć.

W tej chwili jego sprawa była drugorzędna. Najbardziej martwił się o Dagmarę. Darek Nogała specjalnie się go pozbył, zlikwidował oponenta dokładnie tak, jak to wcześniej obiecał. Musiał mieć w tym inny cel aniżeli wyłącznie rewanż. Szymon mógł się tylko domyślać, że była nim właśnie Daga. Ta bezczynność była najgorsza.

***

– Jakoś tutaj jaśniej. – Markiewicz wszedł do Spiżarni i przywitał się z Samsonem.

– Przebywając tutaj dłużej, można dostać szału – dopada mnie klaustrofobia.

– Nie dziwię się.

Spiżarnia mieściła się na drugim piętrze Insight, stanowiła główny magazyn informacji, a jej centrum stanowiła Matka, superkomputer, przy którym właśnie siedział Maks. Trudno było oszacować Tadeuszowi, jak rozległe jest to pomieszczenie, kolejne korytarze były wypełnione kablami i złączami. Panował półmrok, a technicy, którzy tutaj na co dzień pracowali, posługiwali się czołówkami.

– Udało się coś załatwić?

– Drżą ci ręce. – Markiewicz wskazał na jego dłoń.

– Teraz, kiedy wiem, ile kosztował ten sprzęt, jakoś nie czuję się komfortowo. Tym bardziej że jeden zły ruch, a mogę spowodować awarię.

– Nie może ci ktoś pomóc? – Wiedział, że Samson nie zna się do końca na temacie, to były jego główne obawy związane z tą pracą. Wyrażenie „informatyka” nie odzwierciedlało tego, z czym faktycznie mieli do czynienia. Chodziło bardziej o programowanie, umiejętność posługiwania się szyframi, kodowanie.

– Prawie nikogo nie ma w pracy. – Maks unikał jego wzroku.

– Są powody do niepokoju? – Zgodnie z informacjami, które otrzymał Tadeusz, w Insight pracowało ponad stu dwudziestu pracowników, w dodatku na zmiany, aby utrzymana była ciągłość pracy oraz gwarancja bezpieczeństwa.

– Nie wiem. Gdyby było coś na rzeczy, zapewne bym się dowiedział. – Markiewicz tylko domyślał się, co może czuć w tej chwili Samson. Bunt pracowników był kolejnym ciosem, dodatkowym osłabieniem.

Maks prawie nie opuszczał Insight, prowadziło to do swoistej choroby, bo umiejętności ograniczały i nawet gdyby chciał zastąpić wszystkich, nie posiadał właściwej wiedzy.

– Wszystko OK? – Nie chciał się narzucać, chciałby być bardziej przydatny. Zaproponował kilka dni temu podział obowiązków, wziął na siebie gierki polityczne, aby Samson mógł skupić się na zarządzaniu pracownikami.

– Goczałka prosił mnie o pomoc. Matka to serce, źródło informacji. Wolałbym, żeby inni nie dowiedzieli się, dlaczego tutaj jestem.

– Co ma do tego Lama?

– Twierdzi, że Insight znajduje się w niebezpieczeństwie za jego sprawą. – Samson wskazał na nazwisko, które wyświetliło się na monitorze.

– Anton Danielewicz – przeczytał na głos Tadeusz. – Czy to…

– Dokładnie. To dla niego pracowali Zamoyski i Konieczny. Dzięki Insight otrzymał informacje o wszystkich, z którymi miał do czynienia.

– Jakieś powiązanie z Jansenem? – Markiewicz wolałby, żeby kolejne problemy się nie mnożyły.

– To bardziej skomplikowane…

– Oczywiście. – Aż się uśmiechnął; nie spodziewał się, że w tym przypadku będzie łatwo. Usiadł obok Maksa i przyjrzał się zgromadzonym informacjom.

– Nie mówiłem ci, to miało miejsce, zanim się poznaliśmy. O Insight wie Broniecki, był przez dłuższy czas szefem Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego w krakowskiej komendzie. Frederic miał na niego chyba jakiegoś haka, bo to właśnie jemu zlecił pozbycie się ciała Koniecznego. Jak pracowałem tutaj w styczniu, przypadkiem go spotkałem. Wtedy nie spodziewałem się, że drabina sięga tak wysoko.

– Jakie znaczenie ma w tym wszystkim Danielewicz?

– Na ten temat pewnie więcej może powiedzieć Goczałka, ale jeśli dobrze zrozumiałem, Danielewicz przebywał w areszcie. W trakcie jednego z przesłuchań zagroził Bronieckiemu, że ujawni jego zaangażowanie w Insight i pozbycie się ciała Koniecznego. Pamiętaj, że tamte awarie umożliwiły Ryglewiczowi powodzenie misji.

– Czekaj, za dużo informacji naraz.

– Nie dziwię się, że się pogubiłeś. Ale teraz uważaj, bo zaczyna się najlepsze. Na scenie został jeden świadek, Komicki, gwóźdź do trumny Danielewicza. Ryglewiczowi nie udał się zamach, ale to Broniecki go zlikwidował. Taka akcja. Jak dla mnie, to wszystko śmierdzi z daleka.

– Czyli bezpośredniego powiązania pomiędzy Danielewiczem a Bronieckim nie ma? – Im więcej Tadeusz słyszał o tej sprawie,tym bardziej się cieszył, że główną bronią w polityce są słowa.

– Nic mi o nim nie wiadomo. Wbrew pozorom wydaje mi się, że przyświeca im zupełnie inny cel. Danielewicz chce zlikwidować Insight, Jansen tylko wrócić do łask i być znowu głównodowodzącym.

Markiewicz zamknął na chwilę oczy, aby uporządkować sobie w głowie wszystkie informacje.

– Dlaczego? – Jego analityczny umysł nie potrafił wyjaśnić kilku zależności w tej układance. Do każdego problemu próbował z zasady dopasować kilka możliwych rozwiązań. W tym przypadku brakowało mu szczegółów.

– Pytasz, dlaczego Jansen chce tutaj wrócić?

– To dla mnie oczywiste! Chodzi mi o Danielewicza: jaki ma interes w likwidacji Insight? Janiszewski zwyczajnie chroni swoje cztery litery. Ale on? W ogóle nie powinien wiedzieć o tym miejscu.

– Chce oczyścić się z zarzutów. Tutaj właśnie do gry włączają się Ryglewicz i Różycki, trzeci z pracowników powiązanych z tą sprawą. Ryglewicz w zamian za operację i wycięcie guza, który zagrażał jego życiu, obiecał Danielewiczowi, że jego kartoteka będzie czysta. Chodziło o likwidację wszelkich danych kont bankowych, lewych faktur jego firmy, wszystkiego, co mogłoby okazać się problematyczne. Różycki przygotował program, który zadziałał na zasadzie resetu. Włączenie płyty zlikwidowało wszystkie dane.

– Wyczuwam „ale”.

– Ryglewicz zabezpieczył się, na wypadek gdyby Danielewicz nie wywiązał się z kontraktu. Zapasowa kopia znajduje się właśnie tutaj, w Insight. Widzisz to? – Wskazał na pliki w formacie RTF. Po nazwach Tadeusz rozpoznał, że to wyciągi z kont bankowych. – Dopiero kiedy to usunie, będzie bezpieczny.

– Likwidacja Insight to jedyne rozwiązanie? – Markiewiczowi ten pomysł wydawał się po prostu radykalny.

– System nie przewiduje usunięcia poszczególnych plików. Poza tym z tego, co wiem, Danielewicz nie ma nic do stracenia, stawia wszystko na jedną kartę.

– To brzmi jak kpina. – Tadeusz chciał poinformować Maksa o rezultatach rozmowy z Jastrzębskim. Nie spodziewał się, że usłyszy takie rewelacje. – Czyli mamy dwa fronty ataku i nie mamy pojęcia, jakich narzędzi użyją?

Samson odkaszlnął. Jego mina nie zapowiadała nic dobrego.

– Premier do mnie dzwonił.

– Sądziłem, że nie ma czasu na tę zabawę i oddelegował zadania Nowińskiemu. – To była dla Markiewicza najgorsza informacja.

– Nie wiem, co się stało. Nowiński nie jest chyba takim lizodupem, jak się spodziewaliśmy.

– Czego więc spodziewa się Janiszewski? CBŚ, ABW i Jansen odpadają. Co zakłada jego plan?

– Ministerstwo Cyfryzacji. Nowiński dostał od niego ultimatum podporządkowania, ale nikt o tym nie wie. – Maks przełączył ekran. Tym razem ukazała się sylwetka szefa ABW.

– Kurwa. – Zauważył, że stał się ostatnio bardzo wulgarny.

– Janiszewski jest w kropce. Nowiński uzyskał wpływy w Insight, ale zaczynam mieć wątpliwość, czy to zasługa premiera.

– Wyjaśnisz mi to? – Zaczynał dostrzegać przewagę techniki. Mógł cały dzień spędzić na spotkaniach z politykami, ale i tak nie miał szans pokonać komputera, a na pewno nie takiego, na którym pracował właśnie Maks.

– Spójrz na to: trzy przelewy, każdy w wysokości dziesięciu tysięcy złotych. Zapamiętaj numer konta. – Poczekał kilka sekund i przełączył kolejną zakładkę.

– Czyje jest to konto? – Aż bał się domyślać.

– Zamoyskiego. Ogółem pięćdziesiąt tysięcy wysłanych z tego samego rachunku.

– Danielewicz jest właścicielem? – Spodziewał się, że zastosowano dodatkowe zabezpieczenia.

– Niejaki Sebastian Puszyński. Posłałem zapytanie do Goczałki. Powiedział, że to księgowy Danielewicza.

Poczuł przeciąg na stopach, zimny dreszcz przeszedł po jego plecach. Nie potrafił się skupić. Czuł jakiś rodzaj nieokreślonego strachu. To miejsce nie napawało go spokojem, a wszechobecna ciemność sprawiała, że miał nieodparte wrażenie, że nie są tutaj sami.

– Nowiński nie działa dla Janiszewskiego, ale dla Danielewicza?

– Nie wiem, czy nasz plan nie wymaga zmian. – Maks zignorował jego pytanie albo traktował jego wnioski jako głupi żart lub oczywistość.

– Wolałbym się nie poddawać. Zastanawiam się jedynie nad skutecznością Danielewicza. W przeciwieństwie do Janiszewskiego wie, czym to się je. Boję się sytuacji, że zniszczy Insight, a my nawet nie będziemy wiedzieć.

W tym momencie Samson uśmiechnął się i wyciągnął rękę, w której trzymał trzy pendrive’y.

– Zabezpieczyłem się. Jeden jest dla ciebie, jeden dla Goczałki.

Nawet dla Markiewicza ten sposób wydawał się dość prymitywny.

– Dlaczego się śmiejesz? – Tadeusz nie mógł uwierzyć własnym oczom. Może to był wynik ogólnego zmęczenia albo krytycznej sytuacji, w której się znaleźli.

– Wciąż mamy dwa fronty, a nie trzy.

– Udam, że tego nie słyszałem. – Dla Markiewicza już to było wystarczającym powodem, żeby płakać.

***

Leżała bez ruchu. Bała się otwierać oczy, czuła, że nie jest tutaj sama. Przebudził ją cichy trzask, jakby ktoś usiadł na krześle. Wyczuwała męski zapach, wiedziała, że nie jest to Adam, który był przywiązany do swoich perfum otrzymywanych od Kotarskiej przy okazji każdego Bożego Narodzenia. Nie spodziewała się ujrzeć również Goczałki – uzyskał od niej wszystkie potrzebne informacje, a nie znali się na tyle dobrze, aby przychodził ją odwiedzić.

– Hałycki ostrzegał mnie przed tobą.

Usłyszała chrapliwy głos. Znała go, ale nie mogła sobie przypomnieć, do kogo należy. Zdradzały go dopiero wypowiedziane słowa. Poczuła zimny dreszcz, nie spodziewała się go tutaj zobaczyć. Pytanie o jego intencje było jak najbardziej zasadne.

– Znowu się spotykamy. – Otworzyła powoli oczy.

Danielewicz siedział z rękami założonymi na piersiach.

– Nie wyglądasz na specjalnie zadowoloną z tego faktu.

– Oczekiwałeś większego entuzjazmu? – Próbowała wytrzymać jego wzrok, ale po chwili się poddała. – Przeszliśmy na ty? – Pamięć sprzed wypadku nie powróciła, a taka forma rozmowy mimo wszystko ją krępowała.

– Nie, ale twój prezent zobowiązuje. Oboje jesteśmy dorośli.

– Kojarzyła mi się z… tobą. – Nie wiedziała, czy dobrze robi, akceptując narzucone przez niego zasady.

– Rozmawialiśmy o jej symbolizmie, upierałaś się przy swoich przekonaniach.

Chciałaby jeszcze raz usłyszeć jego zdanie. Chodziło o figurkę Temidy, bogini sprawiedliwości. Gdy wróciła do pracy i próbowała przypomnieć sobie, co się tak naprawdę wydarzyło, doświadczyła swoistego przebłysku, kojarzyła jej się właśnie z Antonem. Wiedziała o jego „wadze”, która w slangu więziennym oznaczała rozprawę sądową, dlatego postanowiła mu tę figurkę wręczyć.

– Kto miał rację? – zapytała. Nawet nie wiedziała, jaki był wynik sprawy. Zapomniała zapytać o to Goczałkę.

Danielewicz uśmiechnął się i rozłożył ręce. Edyta odczytała to jako gest triumfu.

– Od początku byłem przekonany, że prawda zwycięży…

– To wyłącznie prawda, którą sam stworzyłeś. Niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. – Nie czuła się jeszcze na siłach, aby prowadzić z nim intelektualną potyczkę. Może właśnie dlatego przyszedł; w tej sytuacji miał nad nią przewagę.

Z satysfakcją spostrzegła, że widać po Antonie oznaki zmęczenia i zaniedbania. Na jego twarzy gościł kilkudniowy, siwiejący zarost. Pod oczami pojawiły się ciemne cienie, które mogły świadczyć o niedoborze snu.

– Kwestionujesz wyrok Wysokiego Sądu? – Anton wyciągnął się; możliwe, że ujrzał jakiś ruch za drzwiami. Kotarska nie zdziwiłaby się, gdyby to był policjant. W końcu była teraz jedną z głównych podejrzanych, w dodatku nie chciało się jej wierzyć, aby policja zupełnie odpuściła Danielewiczowi.

– Wolałabym po prostu, żeby Temida nie kierowała się twoimi wartościami.

– Przeżyłaś dwa razy i czujesz się taka pewna?!

W tym momencie się w niej zakotłowało. Nie wiedziała, jak ocenić jego wypowiedź, dla niej to była oczywista groźba.

– Po co przyszedłeś? – Zastanawiała się, ile Anton wie. Początkowa obawa minęła. Choć naprzeciwko niej siedziała osoba odpowiedzialna za większość wydarzeń ostatnich dwóch miesięcy, po której można było spodziewać się wszystkiego, czuła się bezpieczna.

– Motyw wizyty przyjacielskiej do ciebie nie przemawia? – Znowu się uśmiechnął. Przez jego słowa przemawiał cynizm, bawił się z nią.

– Przykro mi, jeżeli szukasz przyjaciół, proponuję zacząć w innym miejscu. – Zacisnęła usta ze złości. – Albo się nudzisz, albo jestem ci do czegoś potrzebna.

– Mylisz się. Zwyczajnie mi przeszkadzasz. – Powiedział to tak poważnie, że przez chwilę nie potrafiła wydusić z siebie słowa.

– Jak rozumiem, wygrałeś sprawę, a mimo to wciąż tu jesteś. Nie sądziłam, że się mnie boisz…

– Mógłbym cię zniszczyć. – Tym razem to ona odpowiedziała uśmiechem. Jej wiedza mogła go pogrążyć, ale wolała zostawić asa w rękawie. – Chciałem ci zaproponować układ.

Zaczynało się robić coraz ciekawiej.

– Co z tego będę miała? – Szczerze wątpiła, aby jakiekolwiek jego słowo zmieniło jej nastawienie.

– Bezpieczeństwo.

– Poroniłam. – Wobec Danielewicza ta deklaracja przyszła jej łatwiej. Potrzebowała się wyżyć, Antona nie było jej żal. – Obarczam winą właśnie ciebie. Naprawdę sądzisz, że twoje groźby zrobią na mnie wrażenie?

Nawet jeśli o tym nie wiedział, nie dał tego po sobie poznać. Świdrował ją spojrzeniem, ale w tej chwili i ona była nastawiona bojowo.

– A Adam? Milena? Potrafię wykorzystywać słabe punkty. – Nie poddawał się.

– Jeszcze jedno słowo, a wezwę policję. Powinni być zadowoleni z takiego prezentu.