Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Aleja Siódmego Anioła ebook

Renata Kosin  

4.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Aleja Siódmego Anioła - Renata Kosin

Czy jeśli straciłaś wszystko, masz jeszcze szansę, aby zacząć od nowa?

Julia nie ma żadnych marzeń, ponieważ jest przekonana, że nie zasługuje na ich spełnienie. Prawie cały swój świat zamknęła w czterech ścianach maleńkiego mieszkania na jedenastym piętrze wieżowca, jak w szklanej śniegowej kuli. Na zewnątrz pozostało jej poprzednie życie, to do którego nie ma już powrotu.

Jednak pewnego dnia coś się zmienia. Granice uporządkowanego świata Julii zaczynają kruszeć i pękać, gdy ze starego sekretarzyka odnalezionego na zapleczu pewnego sklepu wypada list napisany przed laty przez kilkuletniego chłopca. List zawierający niezwykłą prośbę.  Julia postanawia sprawdzić, czy zapisane w nim marzenie spełniło się, ruszając jego śladami. Dzięki temu odkrywa tajemnicę, nad którą czuwa siedem wyjątkowych aniołów.

Piękna opowieść o miłości silniejszej niż czas.

Opinie o ebooku Aleja Siódmego Anioła - Renata Kosin

Fragment ebooka Aleja Siódmego Anioła - Renata Kosin

Po życiu pełnym bezsensu i rozpaczy,

Zmieniony ręką boską w srebrnego anioła,

W noc, która gwiazdą betlejemską straszy,

Człowiek pewien przyfrunął tam, gdzie Dziecko woła.

Czesław Miłosz, Baśń wigilijna

1.

Poranna rosa zmieniła się w szadź i skradła światu kolory. Spowiła go szczelnie mroźną półprzezroczystą bielą, aż stał się monochromatyczny. Na wilgotnych dotąd źdźbłach przekornie zielonej trawy i bezlistnych gałęziach drzew wyrosły lodowe igiełki i uformowały miniaturowe pióropusze. Jeżyły się od nich zwinięte w ruloniki brązowe liście i grudki błota wokół zmrożonych kałuż.

Smutny wcześniej krajobraz przywdział paradne szaty, by świat do reszty nie pogrążył się w późnojesiennej depresji. Mróz przypominał o czapkach, szalikach i rękawicach oraz karcił surowo tych, którzy go nie słuchali, ale dawał też wiele w zamian. Rozjaśniał rzeczywistość. Rozświetlał mrok, nie tylko ten powodowany wczesnym zmierzchem, ale też ten gnieżdżący się w sercach ludzi, w których zgasła potrzeba czekania na kolejny dzień. Podsycał resztki tlącego się w nich żaru, odwracał uwagę od tego, co go tłumiło, i rozpalał nową iskierkę nadziei. Nakazywał otwarcie szeroko oczu i dla nich niestrudzenie upiększał świat. Albo ukrywał jego brzydotę, zamalowując okienne szyby grubym, lecz misternym ornamentem, przez warstwę którego można było jedynie odgadywać, czy wciąż jest dzień, czy też nadeszła już noc.

Natomiast na zewnątrz, zarówno w dzień, jak i w nocy, mróz rozsypywał wszędzie magiczne lodowe kryształki, które filtrowały na przemian ostatnie promienie jesiennego słońca, światło ulicznych latarni, to znów bladą poświatę księżyca. Migotały jak fałszywe diamenty na sukni panny młodej albo jak gwiazdy na rozpostartej nad światem anielskiej pelerynie, utkanej z mgły i ludzkich pragnień. Wszystko wokół skrzyło się i połyskiwało, oprószone szczodrze efemerycznym brokatem, strojne i odświętne, mimo że święta miały dopiero nadejść. Każdy kolejny dzień coraz mocniej nasiąkał jednak ich atmosferą, dawał złudzenie, że to prawie już, i ponaglał do przygotowań. Nadchodził czas oczekiwania. Dla jednych prawdziwie radosny, dla drugich mniej, a dla jeszcze innych wcale. Tak działo się co roku, a zaczynało niezmiennie w pierwszy mroźny poranek, którego nie można było już nazwać jesiennym, niezależnie od tego, co próbował udowadniać kalendarz.

Tamten lutowy świt, który Julia mimowolnie zachowała w pamięci, wyglądał podobnie, nie zwiastował jednak zimy, lecz jej schyłek. Nie był też promienny, nie rozświetlał wewnętrznego ani zewnętrznego mroku i nie zaczynał niczego, choć może powinien. Dla niej miał się stać początkiem końca, a niespodziewanie przeobraził się w interludium między „przedtem” a „teraz”, niedostatecznie donośne, by zagłuszyć to, co było wcześniej, jednak wystarczająco intensywne, aby niespokojne i chaotyczne nuty przeniknęły do jej nowego życia.

Powołała je do istnienia w chwili, gdy na jej policzek, a potem dłoń spadła kropla porannej rosy i potoczyła się samotnie, jakby chciała wyręczyć w tej roli łzę uwięzioną pod powieką. A potem zastygła w oczekiwaniu na gest, który przesądzi o jej nietrwałym losie. Może właśnie dlatego Julia nie starła jej z dłoni, pobielałej nie tylko z powodu zimna. Długo wpatrywała się w drżący wodny paciorek o lśniącym licu, w którego krzywym zwierciadle odbijał się maleńki fragment rzeczywistości. Ten, który musiał jej od tego momentu wystarczyć.

Świat odbity w kropli rosy właśnie wtedy stał się JEJ światem.

Początkowo takim, jakim go ujrzała, gdy się nagle pojawił, ale niebawem zaczął się zmieniać. Krystalicznie czysta granica maleńkiej przestrzeni nieustannie traciła swoją przejrzystość. Z każdym dniem mętniała jak oszronione szkło i okrywała burym cieniem wszystko, co znajdowało się w środku. Nowy świat Julii stopniowo, lecz systematycznie zamarzał, nie bacząc na zmieniające się pory roku. Niczym pałac Królowej Śniegu. A Julia mimowolnie stawała się jego częścią.

Przejmujący chłód wnikał do jej wnętrza milionem igiełek, zmieniając w sopel lodu również serce. Powoli traciła z oczu powód, dla którego miałoby nadal bić, a szron, który osiadał na granicy jej nowej teraźniejszości, przesłaniał to, co było dalej, poza zasięgiem jej wzroku, i przede wszystkim myśli. Dlatego czasem odnosiła wrażenie, że wszystko, również ona sama, zastyga w bezruchu. Jednak gdy tylko godziła się z myślą, że to koniec, nieznany impuls przywracał jej życiu nieśpieszny, aczkolwiek regularny rytm.

Pozwoliła uwięzić się w szklanej kuli wraz z maleńkim wycinkiem krajobrazu oprószonym sztucznym śniegiem, z naprędce skonstruowaną rzeczywistością, która od tego momentu musiała jej wystarczyć. W zamian zyskała złudzenie, że należy tylko do niej. Czasem tylko zdarzało się, że ktoś tym jej nowo powstałym światem niespodziewanie potrząsał, powodując krótkotrwałą zamieć. Niezależnie od jej woli czy potrzeby.

– Które piętro, proszę pani?

Z letargu wyrwał ją taki właśnie impuls – niechciany jak wszystkie poprzednie. Ktoś wzbił obłok białego pyłu w jej szklanej kuli, zaprószył nim i tak już piekące oczy. Przegonił myśli i wspomnienia.

Podniosła nadal niezbyt przytomny wzrok na mężczyznę. Nie zauważyła go, gdy wchodził za nią do windy. Zastygł teraz z dłonią zawieszoną nad przyciskami znajdującymi się najwyżej, z wyczekująco zmarszczonym czołem i wymownie uniesionymi brwiami. Zza postawionego kołnierza płaszcza wyzierał niewielki fragment uprzejmego uśmiechu, potwierdzonego przez ściągnięte nim kurze łapki wokół oczu, ledwie widoczne zza zaparowanych okularów.

On też teraz niewiele widzi, pomyślała bezwiednie. Jednak gdy tylko ze szkieł zniknie mokra mgiełka, wszystko wróci do normy, uspokoiła samą siebie już po chwili.

– Zdaje się, że jedenaste, prawda? – Zdjął okulary, by je przetrzeć końcem szalika. Zamrugał gwałtownie, strzepując z rzęs wilgoć, i spojrzał wprost na nią. Na jego twarzy malowało się taktowne zaciekawienie.

Skinęła głową bez słowa i od razu odwróciła wzrok. Dobrze wiedziała, że najbardziej lakoniczna odpowiedź wywołałaby następne, z pozoru niewinne pytanie o pogodę albo wywieszone na tablicy ogłoszenie o wymianie podzielników ciepła. A potem lawinę kolejnych, już bardziej osobistych. Jeżeli nie dziś, to jutro, pojutrze lub za miesiąc. W ramach międzysąsiedzkich dobrych relacji, bez których Julia spokojnie mogła się obyć. A potem być może zrodziłoby się coś jeszcze, czego potrzebowała jeszcze mniej. Już sama myśl o flircie, nawet najbardziej niewinnym, przyprawiała ją o niemiły dreszcz.

Tak było za każdym razem, kiedy spotykała go w windzie. Zamiast, jak wszyscy inni, patrzeć w sufit, drzwi lub podłogę i liczyć w myślach mijane piętra, bezczelnie gapił się na nią i szukał pretekstu do zaczepki. Nawet wtedy, gdy towarzyszyły mu inne kobiety. Roześmiana pulchna brunetka, wiecznie nadąsana ruda z miniaturowym pieskiem w różowym kubraczku albo eteryczna blondynka – zawsze ufnie przytulona do rękawa jego modnie skrojonego płaszcza. One też niekiedy jej się przyglądały, pewnie jako potencjalnej rywalce, którą nie miała nigdy zostać. Nie zamierzała jednak wyprowadzać ich z błędu. Nie dbała o to, co o niej myślą.

Początkowo śmieszyły ją rzucane ukradkiem przez kobiety podejrzliwe spojrzenia, ale z czasem zrobiło się jej ich żal. Bo raczej żadna z nich nie wiedziała o istnieniu pozostałych. Ani o tym, że nie jest tą jedyną w życiu mężczyzny, który od czasu do czasu zapraszał do swojego mieszkania, z pewnością tak samo eleganckiego i zadbanego jak on. Wydawał się typowym trzydziestoparoletnim singlem myślącym tylko o zaspokajaniu swoich potrzeb. Wiecznie spragniony rozrywek współczesny hedonista, dla którego najwyższą wartością jest jego własne ego. Zadowolony i spełniony w swojej roli, na swój sposób szczęśliwy, przynajmniej we własnym mniemaniu. Całkowite przeciwieństwo Julii. Nie zazdrościła mu tego ani przez chwilę. Nie chciałaby jego życia ani beztroski, z jaką je wiódł. Nie nachodziła ją pokusa, by go naśladować, choć nie miała wątpliwości, że to mogłoby być przyjemne. Zajmowanie się tylko tym, co „tu i teraz”, bez roztrząsania przeszłości i zastanawiania się nad przyszłością. Wiedziała, że na to wszystko nie zasłużyła. Jej przeszłość zbyt mocno do niej przywarła, a przyszłość mogła nigdy nie nadejść.

Gdy wysiadł w końcu na swoim piętrze, wypuściła z płuc zbyt długo przetrzymywane powietrze. Jeszcze większą ulgę poczuła, gdy przekroczyła próg swojego mieszkania, jedynego miejsca, w którym czuła się bezpieczna. Całe było niewiele większe od jej dawnego salonu, ale spełniało wszystkie warunki, by mogła je nazywać swoim domowym zaciszem. Jasny pokój z ascetyczną wnęką kuchenną i nieco większą sypialniano-garderobianą, mikroskopijna łazienka oraz przedpokój, gdzie mieścił się tylko wieszak na wierzchnie okrycia i stojak na buty, tworzyły spójną całość. Tak jak skromny wystrój wnętrza.

Komoda z dwiema szufladami, półka na książki, ciemnoszara sofa z jedną tylko poduszką do podpierania pleców, stolik, miękki dywan i lampa podłogowa z białym abażurem wyznaczały strefę wypoczynku. Krótki ciąg prostych szafek i najpotrzebniejszych sprzętów – część kuchenną, natomiast cała reszta i jej funkcje były kwestią umowną, wyjątkowo łatwą do ustalenia, ponieważ Julia w dniu, w którym się tu wprowadziła, omówiła to wyłącznie sama ze sobą. Podobnie jak wszystkie inne sprawy związane z egzystencją na trzydziestu dwóch metrach kwadratowych, będących obecnie jedynym skrawkiem świata, który miała na wyłączność i do którego nikt prócz niej nie miał wstępu.

Mimo to za każdym razem była zaskoczona witającą ją w mieszkaniu ciszą. Na jedenaste piętro docierało niewiele dźwięków z ulicy. Nie wyręczały ich też te dochodzące zza ścian. Czasem tylko stłumione i trudne do rozpoznania odgłosy udowadniały współistnienie innych mieszkańców wieżowca – anonimowych jak ona. I to było właśnie największą wartością mieszkania w tak dużym ludzkim skupisku, przywilejem życia w mrówkowcu. Pozorna bezimienność i rzeczywista samotność, mimo tak wielu ludzi wokół. Istnieli, ale jakby ich nie było.

Julia nie znała swoich sąsiadów, niektórych nawet z widzenia, bo natykając się na kogokolwiek, spuszczała zwykle wzrok. Niewiele wiedziała nawet o tych najbliższych, również dlatego, że widywała ich zbyt rzadko. Zapewne tak jak ona mieszkali samotnie i nie szukali towarzystwa lub też nie mieli na nie czasu.

Mężczyzna z naprzeciwka wychodził na ogół o świcie, a wracał późno. W dodatku przemykał zawsze chyłkiem, a na pozdrowienie odpowiadał ledwie słyszalnym bezkształtnym mruknięciem, nie odwracając nawet głowy. Natomiast dziewczyna mieszkająca obok pojawiała się przed swoimi drzwiami czasami rano, a innym razem wieczorem, jednak wtedy, gdy mężczyzna wracał, ona właśnie wychodziła lub na odwrót. Mocny makijaż i ekstrawagancka fryzura oraz widoczny niekiedy pod rozpiętym płaszczem połyskliwy strój zdradzały charakter jej zajęcia, podobnie jak fakt, że w ciągu dnia odrabiała zaległy sen.

Gdy pewnego popołudnia wychyliła się z mieszkania, by zwrócić Julii list wrzucony przez pomyłkę do jej skrzynki, była w piżamie, puchatych kapciach z uszami królika i szlafroku w różowe chmurki. Pozbawiona makijażu twarz okazała się zaskakująco niewinna w porównaniu z tą wieczorną, bo prawie dziecięca. Ten niespodziewany widok, nieujarzmione lakierem jasne włosy dziewczyny rozsypane wokół zaróżowionych od snu policzków, usta rozchylone w nieśmiałym uśmiechu i wahanie malujące się w oczach o kształcie i kolorze miętowych karmelków dziwnie Julię rozczuliły. Do tego stopnia, że na chwilę zaniemówiła. Przez zbyt długi moment trwały obie w krępującym milczeniu, wreszcie dziewczyna odezwała się pierwsza.

– Pani ma na imię Julia, prawda? – Wyciągnęła rękę z listem, który wcześniej trzymała w kieszeni. – Przykro mi, ale zorientowałam się, że to nie do mnie dopiero, gdy zajrzałam do środka. – Odwróciła kopertę rozdartą stroną do góry. – Bardzo przepraszam – dodała ze skruchą w głosie. – To dlatego, że mam na imię Julita i nazwisko też na „em”. Ale obiecuję, że następnym razem, to znaczy gdyby listonosz znów się pomylił, będę bardziej uważna.

– Nie szkodzi. – Julia wzięła od niej list i, nie oglądając go, wsunęła do torebki. Dyskretnie uwolniła z płuc powietrze, a wraz z nim przelotny lęk spowodowany tym, że usłyszała swoje imię i że została rozpoznana… – To nic ważnego. Nie ma się czym przejmować – skwitowała szybko, by zatuszować napięcie. – Dziękuję pani.

– Julita. Mam na imię Julita, bez „pani”.

Julia uśmiechnęła się i skinęła głową.

– Dziękuję – powtórzyła i wolno zamknęła za sobą drzwi, zostawiając dziewczynę na korytarzu samą.

Nie musiała sprawdzać, od kogo jest odzyskana korespondencja, ponieważ to wiedziała. Na jej nowy adres przychodziły wyłącznie powiadomienia ze spółdzielni. Cała reszta trafiała do skrytki na poczcie. Tak zdecydowała na początku i nie zamierzała tego zmieniać. Ani tym bardziej wyjaśniać sąsiadce.

Wspomnienie tamtego zdarzenia sprawiło, że Julia sięgnęła do torebki, którą wcześniej porzuciła na komodzie w przedpokoju. Przewiesiwszy ją sobie znów przez ramię, wydobyła plik kopert. Ważyła chwilę w dłoniach najgrubszą, pozostałe odłożyła na kuchenny blat. Wreszcie rozerwała papier. Wyjęła i uformowała w wachlarz plik fotografii. Przyglądała im się przez chwilę, przekładając wolno jedną za drugą. Jednocześnie przemieszczała się bezwiednie w stronę prowizorycznej garderoby ukrytej za wąskim sypialnianym łóżkiem. Spod półek, drążków i wieszaków, osłoniętych kotarką z cienkiej tkaniny, wyciągnęła wytarte na rogach pudełko po butach. Uchyliła lekko pokrywę i wsunęła pod nią zdjęcia tak, by nie oglądać reszty zawartości. Zaraz potem wepchnęła pudełko w najodleglejszy kąt szafy obok kilku innych, mniejszych i większych od niego, opakowanych w błyszczący papier. Na te pozostałe nawet nie spojrzała. Podniosła się z klęczek i opadła ciężko na łóżko przykryte śliską grafitową narzutą, przyciskając do piersi torebkę.

Zapatrzyła się w ścianę naprzeciwko, nagą i jednolitą, tak jak jej umysł wyzuty w tym momencie z wszelkich treści. Zbawienny trik, który opanowała po wielomiesięcznym treningu, pomagał jej przetrwać podobne chwile. Blokował większość myśli i uciszał emocje. Zamrażał wszystkie jak srogi oddech Królowej Śniegu. Jednak mentalny chłód i kojący bezruch wnętrza nie wystarczał, by poskromić ciało. Ono nadal zbyt łatwo poddawało się znajomym objawom paniki. Mimo starań wciąż nie potrafiła ich okiełznać. Gdy tylko usiłowała zapanować nad drżeniem rąk, kolan i warg, szarpanych dodatkowo przyśpieszonym oddechem, ogarniały ją trudne do wytrzymania duszności, oblewała fala gorąca, która topiła zlodowaciałe wnętrze, choć przed oczami wciąż panowała śnieżna zamieć. Zaciskała je w oczekiwaniu i nadziei, że w końcu wszystko minie, a jej świat zamknięty w szklanej kuli przestanie wirować. Niestety, czas, w którym wszystko wracało do normy, zamiast się kurczyć, rozlewał się jak mętna woda z topniejącej bryły lodu.

Wierzchem dłoni otarła pot skroplony na wciąż pulsujących skroniach. Mankiet płaszcza szorstki i mokry od rozpuszczonego śniegu musnął jej rozpalone policzki, przypominając, że nadal ma na sobie ciepłe wierzchnie okrycie. Pochyliła głowę i spojrzała na buty, pod którymi zdążyła się już pojawić błotnista kałuża, ale nie miała siły ich zdjąć. Zdrętwiałe palce ześlizgiwały się z zapiętych ciasno guzików okrycia. Zdołała ściągnąć jedynie z głowy czapkę i rozplątać szalik. Oddychała głęboko, owijała ciasno jego koniec wokół dłoni i bezgłośnie liczyła mijające sekundy, usiłując nad sobą zapanować.

Z odrętwienia wyrwało ją łaskoczące wibrowanie torebki. Odsunęła ją od siebie na długość ramion, zdziwiona, że ciągle ją do siebie przyciska, i wysypała zawartość na łóżko. Odnalazła telefon, ale go nie odebrała. Długo wpatrywała się w wyświetlacz, zanim odrzuciła połączenie, tak jak wszystkie poprzednie. Niestety, telefon już po chwili rozdzwonił się na nowo, a odblokowany przypadkowo dźwięk ostro przeciął ciszę i wtargnął brutalnie do jej uszu. O dziwo, nie zirytowało jej to. Wręcz przeciwnie, pozwoliło w nieoczekiwany i gwałtowny sposób powrócić do rzeczywistości. Błyskawicznie zebrała się w sobie i tym razem odebrała.

– Przykro mi, ale nie zmieniłam zdania. Z powodów, które podałam panu wczoraj, przedwczoraj i, o ile się nie mylę, jakiś tydzień temu, nie mogę przyjąć pańskiego zlecenia – rzuciła oschle bez żadnych wstępów, nie dopuszczając rozmówcy do głosu. – Do świąt zostało niewiele czasu, a ja mam inne zobowiązania. – Urwała i słuchała przez chwilę. – Rozumiem, ale proponuję, by zgłosił się pan do mnie w przyszłym roku, tym razem odpowiednio wcześniej, o ile oczywiście nadal będzie pan chciał skorzystać z moich usług. – Wpadła mu w słowo, siląc się na uprzejmie profesjonalny ton, ale też nie kryjąc pobrzmiewającej w nim irytacji. – Do widzenia.

Zdecydowanym gestem nacisnęła czerwoną ikonkę. Dopiero wtedy przełknęła ślinę, a wraz z nią dławiące ją w gardle kłamstwo. Po raz kolejny podczas rozmowy z natrętnym klientem rozminęła się z prawdą. Nie miała innego wyjścia ani bardziej wiarygodnej wymówki, a nie mogła przecież zdradzić prawdziwej przyczyny, dla której odmówiła przyjęcia zarówno tego zlecenia, jak i większości pozostałych. Dekorowanie witryn sklepowych było nie tylko głównym źródłem jej dochodów, ale też pasją, niestety nie dotyczyło to świątecznych wersji wystaw. Miała swoje powody, by nie lubić świąt Bożego Narodzenia i trzymać się z daleka od wszystkiego, co się z nimi kojarzyło. Nawet kosztem utraty klientów.

Pozbierała rozrzucone na łóżku drobiazgi, na powrót włożyła je do torebki, a potem pozbyła się wreszcie płaszcza. Odniosła wszystko na miejsce, zdjęła buty i boso podeszła do okna. Oparła dłonie o parapet, a czołem dotknęła chłodnej szyby. Zapatrzyła się w rozciągającą się przed nią przestrzeń.

Miasto wyglądałoby jak starannie wykonana makieta, gdyby nie monotonia barw spowodowana porą roku. Oszronione dachy domów tworzyły niemal jednolitą płachtę z ulicą i sinym niebem, upstrzonym tylko tu i ówdzie ruchomymi ciemnymi kropkami ptactwa. Horyzont i wszelkie kontury zacierał dym unoszący się z kominów, wymieszany z mgłą. Drzewa słaniały się lekko, smagane mroźnym powietrzem, i co rusz rozsiewały wszędzie osypujące się z gałęzi lodowe ziarenka. Po mikroskopijnych z jej perspektywy ulicach przemykali skuleni z zimna przechodnie, a samochody sunęły po lśniących oblodzonych arteriach o wiele ospalej niż zwykle. Świat – nie tylko ten widoczny na zewnątrz – spowolniła nadchodząca wielkimi krokami prawdziwa zima, mająca przynieść własne surowe zasady.

Widok za oknem był, obok anonimowości i ciszy, największą wartością miejsca, które Julia wybrała sobie do życia. Lubiła to, ale tylko za dnia. O zmierzchu opuszczała rolety i włączała radio. Zagłuszała nieprzyjemny szum w uszach, a w głowie niechciane wspomnienia, czyli wszystko, co zwykle składało się na zjawisko określane przez niektórych samotnością. Dla niej to poczucie byłoby wyłącznie łaską, gdyby była jej dana. Rozpraszał je irytujący spektakl, który rozgrywał się za oknem każdego wieczoru i trwał, dopóki nie przegnał go pierwszy zwiastun poranka.

Nocne miasto niezależnie od pory roku przeobrażało się w bożonarodzeniową choinkę, skrzącą się od niejednorodnych lampek. Niekończące się święto miejskich świateł i barw wiecznie dominowało czas, który powinien kojarzyć się ze spokojem i odpoczynkiem od dziennego zgiełku. Natomiast Julii widok za oknem niezmiennie kojarzył się z dniem, w którym utraciła wewnętrzny spokój już na zawsze.

Oderwała dłonie od parapetu i opuściła rolety. Pociągnęła za sznurek zwisający z abażuru lampy i gdy tylko rozbłysło żółte światło, zapaliła wszystkie pozostałe, oprócz górnego. Nie lubiła go. Zbyt wiele odsłaniało.

Nastawiła ekspres do kawy i z rolką ręcznika papierowego w ręku poszła do sypialni, by wytrzeć wreszcie z podłogi brzydką plamę, która zaczynała wsiąkać w drewniany parkiet. Zanim się pochyliła, kątem oka dostrzegła niewielki jasny prostokąt odcinający się od grafitowej narzuty na łóżku.

Podniosła bladobłękitną wizytówkę.

– Meble stylowe. E. Hebner – przeczytała na głos. – Aleja Siódmego Anioła? – Zaskoczona wpatrywała się w adres. Dotąd nie zwróciła na niego uwagi, a powinna, bo nazwa ulicy była niezwykła. Nigdy wcześniej się z nią nie zetknęła, a przecież zdążyła już całkiem nieźle poznać miasto, w którym zamieszkała przed prawie dwoma laty. Skoro więc ulica była niepopularna, sklep przy niej zlokalizowany nie mógł dobrze prosperować. Nic dziwnego, że właściciel był w tak wielkiej desperacji.

Zamyśliła się. Nie wierzyła w znaki, ale w szczęśliwe zbiegi okoliczności już tak. Dlatego postanowiła dać szansę właścicielowi bladobłękitnej wizytówki. Nie tylko ze względu na tajemniczego Siódmego Anioła, ale na coś jeszcze, czego nie umiała na razie sprecyzować.

Rozejrzała się w poszukiwaniu telefonu, który odruchowo gdzieś odłożyła. Dopiero po kilkunastu minutach znalazła go w kieszeni płaszcza. Zerknęła raz jeszcze na wizytówkę, po czym szybko wybrała numer.

– Dobry wieczór. Mówi Ju… Tak, to ja. – Nabrała w płuca powietrza, pozwalając rozmówcy na krótki słowotok składający się głównie z fraz, jakie słyszała w trakcie wszystkich poprzednich rozmów. – Nie zmieniłam zdania, ale pomyślałam, że zanim podejmę ostateczną decyzję, zobaczę pana sklep. Może być jutro o jedenastej? W porządku. Przyjadę. Tak, na pewno.

2.

Aleja Siódmego Anioła okazała się niezbyt długą uliczką, będącą w zasadzie przedłużeniem jednej z alejek wynurzających się z pobliskiego parku. Być może niegdyś stanowiła jego część, obecnie zagarniętą przez miasto i zagospodarowaną w sposób bardzo praktyczny.

Od reszty zieleńca różniła się tym, że pomiędzy zachowanym, nielicznym już drzewostanem usadowiło się kilkanaście niskich budyneczków, których styl nie pozostawiał złudzeń co do czasu powstania. Julia ze zgrozą spoglądała na rząd brudnych, przeszklonych pawilonów z zardzewiałymi ramami okien, napuszonych łuską starej farby i z równie jak one odrapaną elewacją w stalowoniebieskim, łososiowym, groszkowym lub niegdyś białym, a dziś szaroburym kolorze. Niektóre przypominały opuszczone baraki. Inne desperacko nawoływały jaskrawymi szyldami do odwiedzenia znajdujących się w nich sklepów z szerokim wachlarzem artykułów – począwszy od tych, z którejś już z kolei ręki, po bezcłowe za pięć złotych, chemiczne, spożywcze i monopolowe. Niestety, brudne szyby wystawowe i panujący za nimi półmrok nie zachęcały – na przekór szyldom – do skorzystania ani nawet wstąpienia na chwilę do środka, choćby tylko dla zabicia czasu, ale nakazywały omijać ponure przybytki z daleka. Okoliczni mieszkańcy musieli poddać się tej sugestii, ponieważ nigdzie nie było widać żywej duszy.

Julia najchętniej zrobiłaby to samo i czym prędzej wróciła na przystanek autobusowy, mieszczący się u wylotu uliczki. Zaczynała żałować, że posłuchała impulsu, który skłonił ją do przyjazdu w to dziwne miejsce, tak bardzo niepasujące do tego, co obiecywała wydrukowana na wizytówce nazwa. Z coraz mniejszym przekonaniem wypatrywała sklepu z meblami stylowymi pana E. Hebnera. Jeśli wyglądał podobnie jak wszystkie pozostałe, nie miała tu czego szukać. Doceniała wiarę mężczyzny w jej ponadprzeciętne umiejętności dekoratorskie oraz szanowała determinację, z jaką starał się namówić ją do współpracy, wydzwaniając do niej po wielokroć, ale wiele wskazywało na to, że będzie musiała mu uświadomić, iż nie jest cudotwórczynią. Nawet w czasie, który ze względu na specyfikę nadchodzących świąt tak bardzo sprzyjał czynieniu cudów.

W zasadzie już tylko po to zmierzała do celu. Żeby mimo wszystko dotrzymać słowa i rozproszyć mrzonki mężczyzny, któremu pochopnie dała nadzieję, jak się okazywało, przerażająco złudną. Perspektywa niezbyt przyjemnej rozmowy spowolniła jej kroki, a to dało okazję, by jeszcze uważniej przyjrzeć się otoczeniu, tak różnemu od tego, w jakim na ogół bywała. Zupełnie jakby zatrzymał się tu czas… tylko niestety w najgorszym momencie. Bo Julia nie wątpiła, że był też taki, w którym to miejsce wyglądało zupełnie inaczej.

Mimowolnie rozglądała się z coraz większym zainteresowaniem, usiłując odszukać jakiekolwiek oznaki domniemanej dawnej świetności Alei Siódmego Anioła – tego, czym niegdyś była. Ku jej zadowoleniu nieliczna wcześniej roślinność zaczynała gęstnieć, przez co spacer zrobił się prawie przyjemny. Niestety, ostatni z mijanych pawilonów nie był sklepem meblowym, co ją nieco zbiło z tropu. Mimo to poczuła się zaintrygowana i postanowiła nie rezygnować z poszukiwań. Podciągnęła szalik, mocniej związała jego końce, a potem chuchnęła parokrotnie w dłonie i zatupała, żeby trochę się rozgrzać oraz strząsnąć z butów śnieg. Mroźne powietrze miło szczypało w policzki, a na ramiona i głowę sypał się śnieżny pył strącany z gałęzi drzew przez ptaki. Julia strzepnęła go z rzęs i wystającej spod czapki grzywki, i znacznie żwawiej ruszyła przed siebie.

Ulica coraz bardziej przypominała typowo parkową alejkę. Nie tylko dlatego, że skończyły się zabudowania. Nad popękanym od mrozu asfaltem pochylały się wiekowe drzewa, które o innej porze roku łączyły się pewnie w zielony szpaler. Teraz tuliły się do siebie, splatając oszronione gałęzie, jakby chciały osłonić się wzajemnie przed chłodem.

Gdzieniegdzie stały drewniane ławki. Julia przysiadła na jedynej, którą ktoś wcześniej odśnieżył, i rozejrzała się, nadal zdezorientowana. Wyjęła z kieszeni wizytówkę i jeszcze raz sprawdziła adres. Nawigacja w telefonie informowała, że właśnie dotarła na miejsce, tymczasem przed sobą widziała jedynie parkowe zarośla. Naszła ją ochota, by jednak zawrócić i pewnie zrobiłaby to, gdyby nie poczucie obowiązku. Obiecała obejrzeć sklep przed podjęciem ostatecznej decyzji o przyjęciu bądź odrzuceniu zlecenia i zamierzała dotrzymać słowa. Prawda była taka, że właściwie już zdecydowała, jednak w dobrym tonie było poinformować o tym pana Hebnera osobiście, bo rozmowa telefoniczna byłaby w tej sytuacji nietaktem. Zwłaszcza że Julia była już tak blisko. Jedyne, co musiała zrobić, to w końcu odnaleźć ów nieszczęsny sklep.

Zostało jej kilkanaście minut do umówionej godziny spotkania, dlatego postanowiła rozejrzeć się jeszcze po okolicy, zanim zadzwoni do właściciela sklepu i poprosi o pomoc.

Ruszyła tam, skąd przyszła, by tym razem uważniej przyjrzeć się mijanym szyldom i budynkom. Pomyślała, że sklep mógł się znajdować na tyłach któregoś z nich. Mogła go po prostu przeoczyć, gdy przez chwilę szła zamyślona z zadartą głową, przyglądając się dostojnym koronom drzew i plączącemu się między ich nagimi gałęziami ptactwu. Po namyśle skręciła w wyłożoną płytami ścieżkę, którą wcześniej minęła obojętnie, uznawszy, że wiedzie po prostu w głąb parku. Teraz na jej krańcu dostrzegła ładny, prawdopodobnie zabytkowy budynek, przypominający jeden z tych spotykanych w modnych uzdrowiskach słynących ze leczniczych wód. Ze względu na jego specyficzny charakter nie bardzo wierzyła, że mógłby mieścić sklep z meblami, ale wydał jej się na tyle interesujący, że postanowiła przyjrzeć mu się z bliska i sprawdzić, co się w nim znajduje.

Ku swojemu zaskoczeniu już po paru krokach natknęła się na powyginaną blaszaną strzałkę z nazwą sklepu, przymocowaną do grubego pnia drzewa. Natychmiast wydłużyła krok i już po chwili znalazła się na miejscu. Nie weszła jednak do środka. Z otwartymi ze zdumienia ustami wpatrywała się w zachwycającą bryłę uroczej budowli w stylu eklektycznym – z maleńką wieżyczką w części bocznej, ładną czerwoną dachówką, smukłymi kolumienkami wieńczącymi półokrągły taras i ogromnymi witrynami. Niestety, tylko frontowe wydawały się oryginalne, wykonane z pięknego ciemnego drewna; pozostałe wymieniono na nowe – we właściwym kształcie i kolorze, ale… z plastiku.

Zza podzielonych szprosami szyb wyzierały poustawiane nieco bezładnie meble, przekrzywione abażury lamp i porcelanowe bibeloty o dziwacznych kształtach. Nad oryginalnymi na szczęście drzwiami ze wspaniałym dwubarwnym witrażem zawieszono szyld – niemal identyczny jak te na oddalonych o niespełna kilkaset metrów, pseudomodernistycznych pawilonach. Kolorowy i przeraźliwie krzykliwy. Niestety niezbyt skuteczny, skoro Julia musiała zadać sobie tak wiele trudu, by odnaleźć wskazany adres, a i tak ostatecznie trafiła tu przez przypadek.

W dodatku wciąż nie mogła uwierzyć, że był właściwy, mimo że nie powinna była mieć już wątpliwości. I teraz jeszcze bardziej niż przedtem miała ochotę uciekać, po krótkim poinformowaniu właściciela, że nie przyjmie zlecenia, bez tłumaczenia, którego pewnie by nie zrozumiał. Tak, jak pewnie nie rozumiał, jaką krzywdę wyrządził budynkowi, w którym otworzył swój sklep przypominający rupieciarnię. Bo właśnie to zapowiadał jego widok z zewnątrz. Julia długo nie potrafiła się przemóc, by wejść wreszcie do środka, i pewnie stałaby tak w nieskończoność, gdyby drzwi nie otworzyły się nagle i w ich progu nie stanął elegancko ubrany, z wyglądu nieco młodszy od niej mężczyzna. Uśmiechnął się nieznacznie i zgrabnie sfrunął ze schodów.

– Hebner – przedstawił się i uścisnął podaną mu automatycznie dłoń. – Cieszę się, że udało mi się panią przekonać.

– O ile dobrze pamiętam, miał mi pan najpierw pokazać sklep, a dopiero potem ewentualnie przekonywać – odparła odrobinę zbita z tropu. Również dlatego, że wyobrażała go sobie jako kogoś znacznie starszego. Głównie przez sposób, w jaki dobierał słowa i formułował zdania podczas rozmów telefonicznych. W jego stylu mówienia wyczuwało się dystynkcję i staroświeckie maniery, które teraz zostały potwierdzone przez gesty. Mężczyzna znów skłonił się przed nią i, jedną ręką przytrzymując połę niedopiętej marynarki, drugą wykonał prawdziwie kordialny gest w jej kierunku, a potem w stronę mieniącego się urokliwie witraża w uchylonych teraz drzwiach sklepu.

– Wobec tego zapraszam serdecznie w nasze skromne progi. Zaraz wszystko pani pokażę i opowiem, co sobie zaplanowałem oraz jak to będzie wyglądało.

– Ale to chyba ja powinnam… ekhm… zaplanować, o ile oczywiście się podejmę… – zaczęła, lecz zaraz urwała. Bo przecież w ogóle nie zamierzała tego robić. Planowanie aranżacji czegoś, co nie miało potencjału, by stać się czymś nawet tylko odrobinę lepszym, ale nadal złym, było kompletnie bez sensu.

Mimo to ujęła podane jej ramię i pozwoliła się poprowadzić do środka. Mężczyzna popatrywał na nią dyskretnie, wciąż leciutko się uśmiechając. Wyglądał na bardzo zadowolonego. Zdawał się nie dostrzegać malującego się niewątpliwie na jej twarzy zniechęcenia lub też, co było bardziej prawdopodobne, dla własnego komfortu go ignorował. Z nadzieją i powściągliwie tonowanym zapałem w głosie mówił coś bez przerwy, a ona, zamiast słuchać, rozglądała się trwożnie po przytłaczającym i chaotycznym wnętrzu wypełnionym piętrzącymi się niemalże pod sufit rozmaitymi meblami udającymi antyki. Mijani nieopodal wejścia, jak się domyślała, pracownicy sklepu – młody mężczyzna i kobieta w biurowej garsonce, pozdrowili ją uprzejmie, choć z dziwnym chłodem w oczach i głosie, po czym bez słowa wyjaśnienia zniknęli na zapleczu. Hebner odprowadził ich bacznym spojrzeniem. Na jego twarzy odmalowało się małe niezadowolenie, czy też bardziej zawód, ale taktownie nie skomentował w żaden sposób ich zachowania.

– Dlaczego wymienił pan część oryginalnych drewnianych okien na plastikowe? – spytała Julia, korzystając z faktu, że na moment zamilkł.

Rozłożył zastygłe wcześniej w połowie gestu ręce na znak bezradności.

– No cóż. Są ogromne i przez to kosztowne, dlatego muszę to robić stopniowo. Zacząłem od tych, które były w najgorszym stanie, ale myślę, że już w przyszłym roku uda mi się wymienić również pozostałe na bardziej nowoczesne i solidniejsze…

– Nie wierzę! – Mimowolnie podniosła głos i, obracając się na pięcie, wolno zatoczyła ramieniem krąg. – Naprawdę pan nie dostrzega, jaką krzywdę wyrządza temu wyjątkowemu miejscu?

– Ale przecież ja właśnie po to tu panią… – Wyraźnie zdezorientowany usiłował się tłumaczyć. Na jego twarzy tym razem odmalowało się zakłopotanie.

– Nawet jeśli przekonam pana do zachowania oryginalnych frontowych witryn i wymiany tylko trwale uszkodzonych elementów na identyczne, czyli drewniane, to nie przywróci to życia tym, których już nie ma. – Wskazała okna w odległej, bocznej części sklepu. – Jak można było coś tak pięknego wymienić na… plastik?

Radykalna zmiana wyrazu twarzy świadczyła o tym, że w końcu pojął sens jej zarzutów. Odchrząknął jeszcze mocniej zmieszany i potarł skroń.

– Są bardziej praktyczne. Nie wieje przez nie jak przez te stare, a wyglądają prawie jak drewniane.

– Prawie – mruknęła odruchowo, z już nieskrywanym sarkazmem.

– Proszę zrozumieć, renowacja tego budynku to nie tylko wymiana okien. Długo stał nieużywany i niemal wszystko tu wymaga remontu. To pociąga za sobą ogromne koszty. Podobnie jak utrzymanie i cała reszta, a sklep od dawna nie przynosi dochodu wystarczającego, by się nie martwić o jego przyszłość.

– Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie dziwi. – Westchnęła trochę współczująco. – Nie dość, że niełatwo tu trafić, to niespecjalnie zachęca do odwiedzenia swoim wystrojem. Nie wspominając o ewentualnych zakupach.

– Ależ sama była pani łaskawa przed chwilą wspomnieć, że to wyjątkowe miejsce…

– To prawda, wyjątkowe i z ogromnym potencjałem, ale niekoniecznie na tego typu działalność. Skąd w ogóle tak niedorzeczny pomysł, by otworzyć tu sklep z meblami?

I do tego jeszcze tak tandetnymi, pomyślała, ale nie dodała tego głośno.

– Przeniosłem go tutaj z centrum. Niespodziewanie stałem się właścicielem tej nieruchomości, więc sama pani rozumie… – Znów zamilkł, tym razem zdeprymowany.

Nie rozumiała. Natomiast mężczyzna wyglądał tak, jakby skończyły mu się przygotowane pewnie skrupulatnie argumenty i desperacko poszukiwał nowych. Współczuła mu, jednak to nie zmieniało faktu, że nie była w stanie pomóc. Domyślała się, że Hebner mógł otrzymać budynek w spadku, ale nie zamierzała o to dopytywać. Nie tylko przez grzeczność. Po prostu cała ta sprawa przestała ją interesować. Chciała jak najszybciej opuścić to miejsce i nie ciągnąć jałowej dyskusji. Nie wiedziała jednak, jak to zrobić, by nie urazić mężczyzny. Mimo fatalnych okoliczności poczuła do niego dziwną sympatię. Być może z powodu jego ujmującej powierzchowności i niecodziennych staroświeckich manier, którymi ją sobie zjednał już na początku spotkania. Nawet gdy wtedy jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Co znajdowało się tu wcześniej? – spytała właściwie tylko po to, by przerwać krępujące milczenie.

– Pijalnia wód i kawiarnia.

Uniosła brwi i mimowolnie się uśmiechnęła. Ucieszyła ją nieoczekiwana trafność jej pierwszego wrażenia. Pogratulowała sobie w myślach intuicji.

– To wiele wyjaśnia. – Pokiwała wolno głową. – Miejsce wydaje się do tego stworzone. Park wygląda uroczo nawet zimą, więc latem musi się tu kręcić wielu spacerowiczów.

– Być może kiedyś tak było, bo teraz po prostu tędy przechodzą, spiesząc się dokądś, albo wyprowadzają na spacer psy. Zaraz potem znikają. Dziś ludzie wolą się relaksować w centrach handlowych, popijać latte albo smoothie warzywne w dizajnerskich kafeteriach… – Zawiesił głos i westchnął. – Chociaż właściwie przestali tu przychodzić, chyba zanim jeszcze takie powstały. – Zamyślił się. – Może wówczas, gdy coś się skończyło, po to, by zaczęło się inne, jak to w życiu bywa? Jedno odchodzi, by mogło przyjść drugie, lepsze albo gorsze, bo na to nie zawsze ma się wpływ. Tak czy inaczej kawiarnia przestała być dochodowa i została zamknięta wiele lat temu.

– Nie chcę być złym prorokiem, jednak wydaje mi się, że prędzej czy później ten sam los czeka pański sklep, jeśli nie zmieni pan jego lokalizacji, i to jak najszybciej, póki jeszcze nie zbankrutował. Wtedy zaprojektuję panu odpowiednią witrynę. Bo tutaj niestety nie bardzo widzę jej sens… Przykro mi.

– Rozumiem. – Lekko zadrżał mu głos. – Właściwie od początku podejrzewałem, że tak będzie. Potrzebowałem jedynie poczucia, że zrobiłem wszystko, by móc tu zostać. – Westchnął gorzko. – Bo prawda jest taka, że firma prosperowała całkiem nieźle, dopóki jej tutaj nie przeniosłem. Teraz widzę, że popełniłem błąd, ale istnieją ważne powody, dla których postanowiłem jeszcze zawalczyć. I nie chodzi mi wcale o widmo plajty, bo to wbrew pozorom wcale nie byłoby najgorsze. Liczyłem, że mimo wszystko da się jeszcze uratować coś dla mnie bardzo ważnego, i w pani pokładałem ostatnią nadzieję. Jak widać złudną – dodał ze smutkiem i zwiesił ciężko głowę.

Zauważyła, że zerka na nią dyskretnie spod zmrużonych powiek, sądząc, że tego nie widzi. Odniosła też wrażenie, że usiłuje grać na jej emocjach. Nie zamierzała temu ulegać.

– Obawiam się, że przecenił pan moje możliwości – odparła krótko i cofnęła się o krok.

To, czego oczekiwał od niej ten z pewnością zdesperowany i ogromnie uparty mężczyzna, było nie tylko niewykonalne, ale też pozbawione sensu. Nie wiedziała, o co tak naprawdę toczy się gra, skoro uzmysłowił jej jasno, że chodzi nie tylko o możliwość zatrzymania sklepu, ale nie miała wątpliwości, że wcześniej czy później skończy się fiaskiem. Powinna jak najszybciej mu to uzmysłowić i tym samym uchronić go przed poniesieniem kolejnych kosztów, które nie miały raczej szansy się zwrócić.

– Powiedziano mi, że jest pani najlepsza. W sklepach, w których zaprojektowała pani wystawy, obroty wzrosły nawet parokrotnie. A niektóre były w jeszcze gorszej kondycji niż mój, bo na skraju bankructwa. To pani je uratowała.

Miała rację. Tylko udawał, że się poddaje. Wcale nie zamierzał rezygnować i brnął, wyciągając teraz jak z rękawa kolejne karty przetargowe.

– Gruba przesada – odparowała.

Postanowiła hamować jego zapędy i robiła to, nie przestając się cofać w kierunku drzwi.

– Jeśli jest w tym tylko część prawdy, mnie to wystarczy. Nie mam już wiele do stracenia. Jeśli pani mi nie pomoże, wraz z końcem roku zamknę sklep. Mam jednak jeszcze cień nadziei, że uda się go ocalić. Intuicja mi podpowiada…

– Niestety, moja intuicja mówi mi coś całkiem przeciwnego – przerwała mu trochę zbyt ostro, bo zamarł z otwartymi ze zdziwienia ustami. – Nawet najwspanialsza, najbardziej zachwycająca witryna sklepu nie jest w stanie skłonić klientów do skorzystania z jego oferty, jeśli nie zdołają do niego trafić – dodała już nieco łagodniej. – A nawet ja mimo precyzyjnego adresu miałam z tym kłopot. Budynek stoi na uboczu, nie widać go z głównej alei. Jest co prawda strzałka, ale też ledwie widoczna, bo w niezbyt odpowiednim miejscu.

– Zdaję sobie z tego sprawę i podjąłem już pewne kroki, by to zmienić. Zainwestowałem w odpowiednią reklamę, tylko wciąż nie mam pojęcia, jak nakłonić ludzi, którzy się tu być może niebawem pojawią, do kupowania moich mebli! Liczyłem, że pani się to uda. Myślę, że o tej porze roku odpowiednio zaaranżowana witryna w klimacie Opowieści wigilijnej Dickensa mogłaby zdziałać cuda.

– Dickens? Ale przecież to już było! I to zbyt wiele razy, w dodatku na wszystkie możliwe sposoby. Sądzi pan, że ktokolwiek jeszcze zachwyci się tak ogranym motywem?

– Ależ oczywiście, że tak! Pewne rzeczy nigdy się nie nudzą. Przecież zbliża się Boże Narodzenie. Wszystko już sobie przemyślałem, na aukcji internetowej znalazłem nawet takie zmyślne urządzenie, małą maszynkę do produkcji sztucznej mgły.

– Mgły? – Zdumiała się.

– Przecież Londyn każdemu z tym właśnie się kojarzy. A w połączeniu ze sztucznym śniegiem i błękitną łuną…

– Maszynka produkuje też łunę? – Wpadła mu w słowo i bezwiednie parsknęła śmiechem.

– Kupiłem mnóstwo ledowych taśm, niebieskich i białych. Mam też gdzieś w sklepie lampę elektryczną w kształcie gazowej latarni. Trzeba tylko się zastanowić, jak odtworzyć realistycznie dziewiętnastowieczną londyńską uliczkę i wkomponować w nią postać Ebenezera Scrooge’a. Może taką wyciętą z kartonu? A oprócz niego któregoś z duchów świąt Bożego Narodzenia występujących w opowieści…

– Jednego? A dlaczegóż