Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 315 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Aleja samobójców - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Gdańsk, upalne dni czerwca 2006 roku. Spokój panujący w luksusowym domu seniora „Eden” zostaje zburzony na skutek wydarzeń pełnych grozy. W jednym z apartamentów znaleziono zwłoki pensjonariusza na wózku inwalidzkim. Co dziwniejsze mężczyzna jest oskalpowany. Równocześnie z „Edenu” znika inny pensjonariusz. Sprawa trafia na biurko nadkomisarza Jarosława Patera, hazardzisty i krzewiciela poprawności językowej. Dlaczego zwłoki starego mężczyzny zostały okaleczone? Dlaczego ABW niespodziewanie przejmuje śledztwo, odsuwając od sprawy policjantów? Co się stało z zaginionym? Sytuację komplikuje wzajemna niechęć między nadkomisarzem a dyrektorem „Edenu”, doktorem Lieblingiem, oraz traumatyczne wspomnienia Patera. Marek Krajewski znów udowodnił, że jest mistrzem powieści kryminalnej. Jego współpraca z Mariuszem Czubajem, znakomitym znawcą gatunku, zaowocowała powieścią intrygującą, napisaną żywym językiem i świetnie osadzoną w konwencji.

Opinie o ebooku Aleja samobójców - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Fragment ebooka Aleja samobójców - Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

MAREK

KRAJEWSKI

MARIUSZ

CZUBAJ

ALEJA SAMOBÓJCÓW

Copyright © by Marek Krajewski, Mariusz Czubaj, MMVIII

Wydanie III

Warszawa MMXV

Prolog

Ciemność jest gęsta i lepka jak sadza. Ostry zielony promień jarzeniówki rozcina ciemność, lecz jednak jej nie rozjaśnia. Prześlizguje się przez wykrzywione kółko wózka inwalidzkiego. Kółko jest pokryte małymi plamami – zwiastunami rdzy i rozpadu. Promień dotyka swym ostrzem kraciastego materiału. Zrobiony jest z niego wysoki wełniany kapeć, otulający stopę w pasiastej skarpetce. Z oddali słychać skrzypienie wózków, kołatanie światła w rozpalających się jarzeniówkach, stukanie talerzy, wesołe okrzyki gromkich głosów w telewizorze na dole i śmiech z jakiegoś sitcomu.

Znika ostry promień, drży metalowa ościeżnica, pomieszane odgłosy milkną, jakby wchłonięte przez miękką gąbkę drzwi, przez głuche ściany obite korkiem. Znów słychać śmiech. Tyle że nie ma nic wspólnego z odgłosem, który przed chwilą dobiegał z serialu. Po chwili śmiech zamienia się w rzężenie. A potem rozlega się głos, zachrypnięty i troskliwy.

– To nieuniknione. Nigdy nie przestaną cię dręczyć. Zawsze do ciebie przyjdą. Przedostają się przez najmniejszą szparę w drzwiach. Przez ściany. I oto są. Są już blisko.

Znów śmiech i rzężenie, a na dole długie oklaski i muzyka. Znak, że odcinek sitcomu się skończył.

– Sam nie wiem, co gorsze. Ich nieuchronna obecność czy ta imponująca precyzja, która tak nas zadziwia, prawda? Przyznaj, najgorzej jest z twarzą. To właśnie ta precyzja, to nieubłagane mistrzostwo, sprawia, że twarz wygląda, jakby żyła własnym życiem. Każdy mięsień, każdy nerw żyje z osobna. Najlepszy aktor tak nie potrafi.

Gwałtowny zgrzyt wózka niknie wśród odgłosów programu publicystycznego. Kilka podniesionych głosów nakłada się na siebie i trwa tak przez chwilę w gniewnym unisono. Po chwili fala emocji opada.

– Wiem, że cierpisz. Mogę skrócić twoje cierpienia. Chcesz tego? Wiem, że tego chcesz!

Znów pojawia się ostry promień. Wełniana skarpeta drży. Kapeć zsunął się ze stopy i leży teraz koło rdzewiejącego kółka. Wygląda jak martwy pies.

Gdańsk, 18.06.2006, 11:00

Jarosław Pater szedł powoli ulicą Kartuską w stronę punktu zakładów sportowych „Profesjonał”. Pod ścianami szarych i ceglastych domów z liszajami graffiti walały się worki ze śmieciami. Było przedpołudnie, a nad miastem unosiło się widmo żaru, który nie puszczał od przeszło tygodnia. Pater czuł, że koszula przylepiła się już do pleców. Wirowało mu w głowie i wydawało mu się, że za chwilę zemdleje. Upałowi towarzyszył zawiesisty smród z kontenerów na śmieci. Pater dopiero teraz rozumiał, jak potężną bronią dysponowali pracownicy zakładu oczyszczania miasta. To, że strajkowały kopalnie i huty, jakoś Patera nie obchodziło. Listów też się nie spodziewał. W najlepszym razie listonosze nie przyniosą nowych rachunków, zatem brak wiadomości to dobra wiadomość. Pociągiem też się nigdzie nie wybierał, a na niezaplanowane wizyty nie liczył. Pozostawali śmieciarze.

Przepełnione kontenery wypchnięto na ulicę. Dziurawe worki huczały od os, tłukących się w pustych plastikowych butelkach po coli i lemoniadzie, szerszenie wyrywały kawałki mięsa z nadgryzionych kurczaków, tłuste larwy wiły się w półotwartych puszkach mielonki, fetor nie pozwalał na swobodny wdech. Pater przypomniał sobie, że niedawno czytał coś o tym, że gdy społeczeństwo się różnicuje, to i rzeczy wyrzucane na śmietnik stają się bardziej różnorodne. „Teraz to trzeba uważać nie tylko na to, co masz, ale i na to, czego się pozbywasz” – przypomniał sobie, co mówił jego podwładny, Kulesza, gdy gwiazdor mediów i zarazem ekspert udzielający porad w kolorowych pismach wyrzucił na śmietnik serię kompromitujących go zdjęć. „Ten to przynajmniej miał portfolio” – jeszcze raz wspomniał, co mówił wtedy Kulesza. „Portfolio”? Skąd tamten, do licha, znał to słowo?

Pater potrącił nogą butelkę po piwie „Gdańskim”. Flaszka potoczyła się po bruku, czyniąc sporo hałasu. Jakaś młoda kobieta odganiająca osę od śpiącego w wózku dziecka spojrzała na mężczyznę z niechęcią. Wbiło mu się w pamięć jej spojrzenie. Nieczęsto zdarzało się, żeby ten czterdziestolatek wzbudził zainteresowanie przechodniów, żeby ten szczupły, lekko siwiejący brunet kogokolwiek zaintrygował, musiałby chyba walić dzidą w tarczę i śpiewać rytualną pieśń – jak dyżurny szaman piłkarskiej drużyny Ghany, którego obrzędy były na tyle skuteczne, że podczas niemieckich mistrzostw świata w piłce nożnej jego drużynie uległa wczoraj zero do dwóch jedenastka faworyzowanych Czechów.

Pater – w odróżnieniu od wszelkich szamanów – był człowiekiem niepozornym, małomównym i skrytym. Jego anonimowość znikała jednak częściowo wraz z przekroczeniem progu salonu bukmacherskiego. Kiedy tam wchodził, minąwszy oplutą – jak zwykle – tabliczkę, zakazującą palenia tytoniu i spożywania alkoholu w obrębie lokalu, na zalanej słońcem sali zapadała cisza. Wszyscy wiedzieli, że w niedzielne przedpołudnie odbiera pieniądze z trafnie wytypowanych zakładów. Hazardziści siedzący wokół pokrytych laminatem stołów, zaciskający popsute zęby na słabo naostrzonych ołówkach, przewracający kartki z zakładami w przetłuszczonych segregatorach, pozdrawiali go i kordialnie, choć złośliwie, nazywali „ekspertem”, wbijali w niego wzrok i usiłowali wywnioskować z jego zachowania, ile pieniędzy dziś odbierze.

Gdańsk, punkt zakładów sportowych „Profesjonał”, 18.06.2006, 11:30

Pater, zwijając pięćdziesięcio- i stuzłotówki w ruloniki, rzucał zainteresowanym tylko liczbę zakładów akumulacyjnych, które obstawiał, i na tym kończyła się jego słowna aktywność. Potem przysłuchiwał się rozmowom i komentarzom, przeglądał statystyki i po godzinie wychodził. Nie zdradzał się ani słowem. Anonimowość go radowała, anonimowość nadawała sens jego życiu.

Pater wyczuwał tu, w salonie, kiedy nadchodziła zima – martwa pora roku. Polskie ligi piłkarskie zapadały w letarg, do salonu wkraczali wtedy sezonowi specjaliści od skoków narciarskich, Małysza, Ahonena, czterech skoczni i subtelnych dyskusji o ruchu bioder na progu. Ruchy bioder kojarzyły się Paterowi z czymś zupełnie innym, co w jego wypadku było coraz bardziej teoretyczne.

Teraz jednak w najlepsze trwało lato o zawiesistym zapachu, którym przesiąknięte były nawet bukmacherskie kupony. Tej niedzieli, kiedy już niebieskie tipsy kasjerki policzyły banknoty, kiedy już odebrał tysiąc złotych za trafne wytypowanie kilku wyników, kiedy w końcu usiadł, rzucił liczbę „dziesięć”, a swój sukces wytłumaczył działaniem szamana z Ghany, poczuł, że w lepką koszulę wbija wzrok otyły, łysy hazardzista, który mało obstawiał, za to wygłaszał komentarze na tematy ogólne. Staszek, podobnie jak „ekspert”, uchodził tu za mędrca, jego głos urozmaicał i podsumowywał zażarte dyskusje, jakie toczyli między sobą inni hazardziści.

Po ich zajadłych, jałowych sporach, na przykład o wpływie kontuzji jakiegoś drugoligowego piłkarza norweskiego na kondycję zespołu Kongsvinger, Pater z wyraźną ulgą witał rozwlekłe wywody Staszka i poświęcał im całą swoją uwagę. To zresztą podsuwało różne pomysły bywalcom salonu na temat profesji milczącego gracza. „To pewnie belfer – mruczał jeden do drugiego – zobacz, jak się dogaduje ze Staszkiem. A Staszek uczył peo w technikum, mają tematy, skubańce!”. „Nie dałbym takiemu – odpowiadał drugi – mojej córy na uczenie! To nałóg, hazardzista!”.

– Ekspert – zaczął Staszek, jakby słyszał te niegdysiejsze hipotezy – czy ty jesteś nałogowcem, ślepym hazardzistą? Nie czerpiesz przyjemności z zakładów? Przyjemność nie polega na trzepaniu kasy?

– A na czym niby polega? – zapytał z uśmiechem Pater, słysząc, jak milkną rozmowy w salonie, a kasjerka głośno ziewa.

– Dam ci przykład. – Staszek wyjął chustkę z kieszeni, włożył ją pod opięty T-shirt z napisem „Piwo jest jak sex” i wytarł pot spod pach. – Masz sto złotych, idziesz z kolegą na wódkę do knajpy, co nie? Wypiłeś, pojadłeś, postawiłeś kumplowi, wszystko gra, co nie? Zamówiłeś taksówkę, pojechałeś do chaty. Dobrze się bawiłeś czy źle?

– Dobrze – odparł Pater.

– No i gra – Staszek wytarł tym razem pot z łysiny tą samą chustką. – Tak samo jest z zakładami. Wydajesz na przykład stówę na ostatni finał Ligi Mistrzów, nie? Stawiasz stówę na Barcelonę. I wygrywasz sto pięćdziesiąt złotych. Okej, wszystko gra, co nie? Bawiłeś się dobrze i wygrałeś. Ale, dajmy na to, postawiłeś na Arsenal i przegrałeś. Też się dobrze bawiłeś czy źle? Dobrze. Były emocje? Były. Jak Campbell strzelił bramę, omal nie oszalałeś. Bawiłeś się dobrze? Dobrze. Tak jakbyś dobrze się bawił, pijąc z kumplem. I tu, i tu straciłeś kasę, ale i tu, i tu dobrze się bawiłeś. Jeśli tego nie pojmujesz, jesteś nałogowcem. No co, pojmujesz?

Pater nie zdążył odpowiedzieć, kiedy zadzwoniła komórka. Wyjął ją z kieszeni. „Numer prywatny” – migało na ekranie nokii. Wszyscy umilkli, nawet kasjerka przestała ziewać i odpisywała pracowicie na jakiegoś esemesa, czego nie ułatwiały jej tipsy. Pater wahał się przez chwilę. Po szóstym sygnale odebrał.

– Nadkomisarzu! – Usłyszał w słuchawce wrzask swojego współpracownika. – Znowu. Stało się.

– Zaraz oddzwonię – przerwał mu Pater i się rozłączył. Zobaczył, że obudowa telefonu stała się lepka. Tym razem był to jednak inny rodzaj potu. Wszystko przez ton głosu Wielocha. Ostatni raz słyszał to trzy lata temu. Gdy na dryfującej żaglówce znaleźli ciała dwóch studentek. „Znowu”. Znów stało się coś, co go wytrąci z normalnego biegu spraw.

W zasadzie już to się stało. Wystarczyło jedno spojrzenie na otaczających go ludzi. Zdawało się, że nad stołem dźwięczy krzyk, jaki wydał z siebie jego współpracownik. Czuł wzrok wszystkich z wyjątkiem kasjerki, która wystukiwała miłosne wyznania. Patrzyli na niego w milczeniu. Już wiedzieli, że nie jest nauczycielem.

Droga pomiędzy Gdańskiem a Rozewiem, 18.06.2006, 13:05

Biały opel astra wjechał w suchy sosnowy las między Chłapowem a Rozewiem i zwolnił. Wyprzedzali go rozwścieczeni kierowcy, z rodzinami wracający z morskich plaż i marzący o porcji smażonej ryby i szklanicy piwa. Byli spuchnięci od upału, zmęczeni okrzykami dzieci, poirytowani upomnieniami żon i sfrustrowani niedawnym widokiem atrakcyjnych kobiecych ciał. Wydawało im się, że kierowca opla robi im na złość i specjalnie jedzie sześćdziesiątką, aby oddalić od nich szczęśliwą chwilę wytchnienia nad tekturową tacką, plastikowymi sztućcami i pienistą cieczą w plastikowym kubku. W głębokim przekonaniu, że ślimaczący się samochód jest prowadzony przez kobietę, mijali go z rykiem pochodzącym z dwóch źródeł – z silnika i z ich własnego gardła.

Wtedy się okazywało, że ich przypuszczenia są nieprawdziwe. Za kierownicą siedział bowiem szczupły, szpakowaty mężczyzna. Nie zwracał najmniejszej uwagi na poirytowanie mijających go kierowców i wypatrywał wśród drzew bocznej leśnej drogi. W końcu ją dojrzał. Samochód zwolnił i skręcił, a potężny ryk klaksonu jadącej za nim terenówki, która wjechała na przeciwległy pas, w ostatniej chwili omijając tył opla, świadczył o tym, że kierunkowskaz został włączony za późno.

Jeszcze dwa tygodnie, pomyślał Pater. Dwa tygodnie i zacznie się sezon. Wolnoamerykanka na drogach, zastawione samochodami ścieżki rowerowe, małolaty na motorowerach jadące pod prąd. I korki. Tłuszcza ciągnąca z Władysławowa do snobistycznej Juraty, by pouprawiać „ocieractwo”, czyli – wspomniał znów Kuleszę – poocierać się o jakichś beautiful people, bohaterów rubryk towarzyskich, i zjeść dorsza, jak głosiły napisy, z „nocnego połowu”. Pater pomyślał z wyraźną satysfakcją o urlopowiczach, którzy nie wiedzą, że połów może był i nocny, tyle że w lutym, bo w lecie, gdy właśnie wygrzewają się na piachu, dorszy łowić nie wolno. Przez głowę przemknęła mu też myśl, że aspirant Kulesza ze swoimi powiedzeniami staje się dla niego żywym klasykiem. Pater mógłby myśleć o czymkolwiek, byle tylko odsunąć w czasie obrazy wywoływane gardłowym głosem innego z podwładnych. Gdy wyszedł z salonu, oddzwonił i usłyszał, gdzie ma jechać, wiedział, że najgorsze przypuszczenia się potwierdzają. Przystań dla ludzi samotnych i starych oraz zbrodnia, która dopadła to miejsce.

Zdezelowany służbowy opel jechał powoli szeroką leśną drogą, starannie wysypaną jasnym żwirem. Droga miała nawet mały krawężnik i pobocze z czarnego żwiru. Po kilkuset metrach dochodziła do wielkiej bramy, na której – w towarzystwie trzech obrotowych kamer – był szyld z napisem Dom Seniora „Eden”. Kierowca astry wyciągnął rękę i nacisnął guzik domofonu. Brama uchyliła się z lekkim skrzypieniem. Po chwili za szybami opla wyrósł potężny dwuskrzydłowy budynek z szerokim podjazdem. Auto zatrzymało się na podjeździe przed wysmukłymi kolumnami z piaskowca. Spomiędzy kolumn wyskoczył niewysoki, zażywny czterdziestokilkulatek w nieskazitelnie białym fartuchu. Starannie wygolony zarost na jego twarzy mienił się sino.

– Dzień dobry! – krzyknął mężczyzna w lekarskim fartuchu. – Czy mam przyjemność powitać nadkomisarza Patera?

– Ani „dobry”, ani „przyjemność”, ani „Patera” – cicho powiedział szpakowaty mężczyzna, wysiadł z samochodu i wszedł do budynku, bez słowa minąwszy lekarza oraz stojącego w drzwiach wysokiego młodego człowieka o różowej skórze i sporej nadwadze.

Dom Seniora „Eden”, 18.06.2006, 13:10

Lekarz podszedł do mężczyzny w drzwiach i powiedział pełnym oburzenia głosem, wbijając wzrok w jego rude loki, przyklejone potem do czoła:

– Co to za nieprzyjemny facet, nawet nie raczył mi odpowiedzieć „dzień dobry”! Nie lubię współpracować z takimi... On zawsze taki jest, panie aspirancie?

– Tylko wtedy... – aspirant otarł pot wierzchem dłoni i przez chwilę przypatrywał się wizytówce „Dr Andrzej Libling. Dyrektor” przypiętej do fartucha swojego rozmówcy – ...kiedy się odmienia jego nazwisko „Pater”, „Patera”, „Paterowi” i tak dalej.

– Jak się powinno odmieniać? – spytał zdumiony Libling.

– Bez „e” – odparł aspirant. – „Pater”, „Patra”, „Patrowi”...

– Tylko dlatego tak się impertynencko zachował? – Z twarzy Liblinga nie schodził wyraz złości. – Bo źle odmieniłem jego nazwisko? Tylko dlatego?

– Kierownik ma bzika na punkcie poprawnego mówienia. I każe odmieniać swoje nazwisko w ten sposób. To tyle. Każdy ma jakiegoś bzika.

– I tylko z powodu swojego bzika potraktował mnie jak psa? – Doktor Libling sprawiał wrażenie, jakby chciał się rozpłakać. – Ja do niego: „Przyjemnie pana poznać”, a on do mnie: „Wcale nie jest przyjemnie...”. Jak tak można? No to powiem panu, że jeśli policja będzie zajmowała się problemami lingwistycznymi, zamiast łapania przestępców, to wyniki będziecie mieli jeszcze gorsze, niż macie.

Libling odwrócił się na pięcie i chciał odejść, gdy zatrzymał go głos:

– Dlaczego włożył pan lekarski fartuch? Nie musi pan odpowiadać. Tam jest dużo krwi, prawda? Bał się pan, że zaplami sobie garnitur, który pewno tani nie był. – Wieloch znów wpatrywał się w twarz Liblinga. – Dam panu radę. Pater nie jest kolejnym klientem, który chce oddać w pańskie ręce następnego dzianego staruszka. Jeśli nie będzie pan z nim współpracował, za każdym razem zrobi tu piekło. Będzie jak wściekły pies, który rozszarpie na strzępy pański cenny garnitur. Rozszarpie tak, że nawet Versace tego nie zszyje.

Libling popatrzył na strużkę potu spływającą po skroni Wielocha.

– Jak to mówią: dobre rady zawsze w cenie.

Aspirant nie odpowiedział doktorowi. Wszedł po schodach na pierwsze piętro i skręcił w szeroki korytarz. Zbliżył się do otwartych drzwi pokoju, w którym błyskały flesze. Zajrzał tam. Pomyślał, że nadkomisarz miał rację. Tu wcale nie było przyjemnie.

Dom Seniora „Eden”, 18.06.2006, 13:15

Pokój numer sto czternaście zalany był słońcem. W tym słońcu pociło się trzech mężczyzn. Dwaj z nich byli ubrani zupełnie niestosownie do warunków atmosferycznych. Mieli na sobie identyczne czarne kombinezony. Na stopach mieli podobne kryte buty, a na dłoniach takie same białe lateksowe rękawiczki. Na tym nie kończyło się ich podobieństwo. Przeguby rąk obu z nich przysypane były talkiem, a ich głowy – ostrzyżone prawie do gołej skóry. Wykonywali podobne, pewne ruchy. Jeden kucał przy wózku inwalidzkim, drugi małym pędzelkiem oczyszczał blat biurka. Jarosław Pater różnił się od nich i ubiorem, i fryzurą, i zachowaniem. Miał na sobie dżinsy i prążkowaną koszulę z krótkim rękawem. Sztywne szpakowate włosy jeżyły się nad czołem. Stał w oknie, błądził zamyślonym wzrokiem wśród starych drzew i nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co się działo w pokoju. W słońcu lśnił staw, gdzieś daleko dostrzegł starszego mężczyznę, spacerującego w towarzystwie młodej kobiety, zapewne pielęgniarki. Najwyraźniej życie w domu toczyło się swoim rytmem. Ktoś pewnie powiedział już Liblingowi, by zachował dyskrecję i nie opowiadał pensjonariuszom oraz personelowi, co się tu właściwie stało. Co jakiś czas jeden z techników podnosił głowę i referował coś dwóm mężczyznom, którzy wypełniali dokumenty.

Pater chciał odwlec chwilę, gdy będzie musiał zmierzyć się z widokiem martwego ciała. Odkąd dwa lata temu przeżył załamanie nerwowe, starał się unikać konfrontacji twarzą twarz ze śmiercią. Tym razem czuł jednak, że ma dodatkowy powód, by nie patrzeć na mężczyzn wciąż skoncentrowanych na robocie. Pater wychylił się z okna i dopiero teraz po prawej stronie zobaczył dwa policyjne samochody i kilka innych, pewnie prywatnych. Wyglądało na to, że tylko on zaparkował od frontu. Nad boczną bramą zaczęły pulsować dwa pomarańczowe światła. Najwyraźniej kolejne auto wjeżdżało na teren ośrodka.

– Powiedz mi, Pawle – Pater powoli cedził słowa, nie przestając podziwiać pięknego, starego parku – jak się tutaj znalazłeś? Patomorfolog na niedzielnym dyżurze? Przecież nie wzywa się was w sytuacjach podbramkowych. Żaden medyk sądowy się nie śpieszy. Nikomu już nie uratuje życia. Po co wam dyżury?

– My nie mamy żadnych dyżurów. – Kucający mężczyzna wstał i obdarzył Patera mało przychylnym spojrzeniem. – Byłem z żoną na plaży w Jastrzębiej Górze. Sam wiesz, co się będzie działo za dwa tygodnie. Nie wyłączyłem komórki. Zadzwonił Jaworski i poprosił, żebym tu przyjechał. Odmówiłem. Coś podpowiedziało mi jednak, że nie powinienem wyłączać komórki. I miałem rację. Za pięć minut zadzwonił profesor Gromek z Tunezji. Jest tam na wczasach. Jemu już nie mogłem odmówić. Dlatego tu jestem.

– To musi być jakaś ważna sprawa, skoro szef ABW dzwoni do twojego szefa, przebywającego w Tunezji. – Pater pokiwał w zamyśleniu głową. – Dziwne...

– Co jest dziwne? – W głosie patomorfologa zabrzmiała nuta irytacji.

– To, że ciebie ściąga z plaży twój szef, a ja o całej sprawie dowiaduję się od mojego podwładnego...

– Czyżbyś cierpiał na niedowartościowanie?

– Wieloch! – Pater zwrócił się do stojącego w drzwiach aspiranta. – To ty zawiadomiłeś naczelnika Cichowskiego o sprawie?

– Chyba tak! – służbiście wrzasnął podwładny Patera. – Miałem dzisiaj dyżur, zadzwonił do mnie koło jedenastej dyrektor Libing, a ja do pana, szefie. Nie mogłem się dodzwonić do naczelnika, wyłączył komórkę. Nagrałem mu się i powiedziałem, że dzwonię do pana... Potem pojechałem i zastałem tutaj doktora Kwiecińskiego i Jurka...

– Libling, nie Libing. – Pater potarł dłonią niedokładnie ogolony podbródek. – No to naczelnik wie od ciebie o tej całej sprawie... O której mu się nagrałeś?

– O jedenastej! – Wrzask Wielocha był jeszcze donośniejszy.

– A o której naczelnik Cichowski do ciebie zadzwonił, Pawle? – Pater spojrzał na medyka sądowego.

– Zaraz sprawdzę w komórce. No nie, akurat wykasowałem wszystkie połączenia. – Zirytowany doktor Kwieciński ocierał mokrą łysinę.

– A do ciebie kto dzwonił? – Pater zwrócił się do Jurka.

– Nasz stary. Dzwonił pod numer domowy. – Jurek nie odrywał się ani na chwilę od pracy. – Nie wiem dokładnie o której.

– Kurwa, mam dość – zasyczał zimny doktor. – Przesłuchujesz nas, Jarek, czy co? Nie masz nic lepszego do roboty? Widziałeś kiedykolwiek taką jatkę? W pokoju leży facet oporządzony jak prosię, a ty cierpisz na urażoną ambicję, bo nie zadzwonił do ciebie ten, co powinien? Lepiej odwróć swój sokoli wzrok od starodrzewu w parku i spójrz na to, co się tutaj dzieje!

– Nie używaj wulgaryzmów, Pawle – skrzywił się Pater i po raz pierwszy spojrzał na trupa leżącego obok wózka.

Dom Seniora „Eden”, 18.06.2006, 13:20

Nie był to widok, który ktokolwiek chciałby długo pamiętać. Mężczyzna leżący na podłodze miał na stopach wygodne obuwie sportowe. Wystawały z niego skarpetki, opinające grube, owłosione łydki. Nogawki spodni były zrolowane i odsłaniały nogi prawie do kolan.

– Nogawki są w takim stanie, jakby ktoś usiłował je podciągnąć – powiedział do dyktafonu nadkomisarz Pater.

Na szarych spodniach, w okolicach pachwin, widniało kilka jasnożółtych plam. Pater przyjrzał im się dokładnie. Był to jakiś płyn lub wydzielina. Plamy zdążyły już stężeć, stwardnieć i nieznacznie pomarszczyć te kilka centymetrów kwadratowych materiału, które zostały przez nie pobrudzone.

– Jakiś płyn na nogawce – Pater starannie dobierał wyrazy – ...przypominający... przypominający...

– Zabrakło ci słowa, Jarek? – uśmiechnął się Kwieciński. – To nie to, o czym myślisz, zapewniam cię, nie to...

– Co zatem?

– Spójrz na jego palce. To właśnie to, co znajduje się na jego palcach.

Pater przesunął wzrok ponad biodrami i brzuchem trupa. Leżał na prawym boku. Całym tułowiem przyciskał swoją prawą rękę. Przedramię wznosiło się ku górze.

– Jakby spał, a jego głowa spoczywała na prawym ramieniu – skomentował Pater do dyktafonu.

Lewa ręka nie leżała, jak prawa, w pozycji naturalnej. Lewa dłoń dotykała prawej, ściskała ją i obejmowała.

– Tak nieraz śpią dzieci. – W pamięci dyktafonu odciskał się dokładny opis miejsca zbrodni. – Dłoń pokrywa się z dłonią, jedna dłoń przykrywa drugą. Z tą różnicą, że małe dzieci na tych połączonych dłoniach opierają policzki i smacznie śpią. A tutaj te dłonie znajdują się w odległości około trzydziestu centymetrów od twarzy.

– Te dłonie – westchnął ciężko Kwieciński – wcale się nie pokrywają, jedna wcale nie przykrywa drugiej. Przyjrzyj im się dobrze.

Pater pochylił się nad dłońmi trupa, wsuwając głowę w gęsty snop słonecznego światła. Oświetlało ono leżący obok ciała potężny cynowy puchar. Oblepiony był krwią, na jej powierzchni znajdowały się pojedyncze siwe włosy. Pater poczuł wtedy na czole, po raz pierwszy dzisiaj, lepkie, zimne strugi. Poczuł coś jeszcze: zapach dobrze znany z głębokiej podstawówki, gdy założył się z kolegami z klasy, że wypije tubkę kleju Hermol. Bruzdami czoła popłynęła kropla, błysnęła w słońcu i rozprysła się obokpołączonych dłoni denata. Rzeczywiście, jedna nie przykrywała drugiej, połączone były nie one, lecz ich palce. Kciuk lewej z kciukiem prawej, palec wskazujący lewej z palcem wskazującym prawej. Kwieciński wyjął skalpel i włożył go delikatnie pomiędzy opuszki. Posypało się kilka okruchów.

– Opuszki palców – powiedział do dyktafonu Pater – zostały połączone, ściśle mówiąc, sklejone jakimś klejem typu Super Glue.

– Gdyby te dłonie odgiąć nieco od siebie – Kwieciński powiedział to bardzo głośno, tak aby nagrało się na dyktafon – powstałaby figura geometryczna, nie pamiętam, jak się nazywa, to trochę jakby kopnięty kwadrat, postawiony na jednym ze swoich czubków. To jakby latawiec.

Pater chciał poprawić sformułowanie „kopnięty kwadrat” na „romb”, a „czubki” na „wierzchołki”, lecz widok głowy denata odebrał mu jakąkolwiek ochotę do normatywnych wywodów. Na potylicy, nieco powyżej uszu, kończyła się linia siwych, zlepionych krwią włosów. Nad tą linią już ich nie było, błyszczała tam tylko biała kość czaszki, tak gładka, że opływające ją ze wszystkich stron, zastygłe strumyki krwi były wąskie i porozrywane. Czerwono-biała czaszka kończyła się mniej więcej na wysokości czoła. Pater ukucnął i spojrzał od dołu w twarz trupa. Zobaczył brodę i nos zabitego. Oczu nie widział. Całkiem je przykrywała wywinięta skóra głowy z siwą szczeciną włosów.

– Ktoś mu roztrzaskał głowę ciężkim, tępym przedmiotem, możliwe, że właśnie tym pucharem – powiedział wolno Kwieciński.

– A potem oskalpował. – Milczący dotąd mężczyzna podniósł się i rozprostował plecy.

Teraz Pater rozumiał już, co mu Wieloch chciał powiedzieć przez telefon. Znowu. Po raz drugi tego dnia czoło zalewała mu gęsta, zimna fala.

Dom Seniora „Eden”, 18.06.2006, 13:50

Okna pokoju dyrektora Liblinga, ku wielkiej uldze Patera, wychodziły na niesłoneczną stronę świata. Większość tego ogromnego pomieszczenia zajmował stół konferencyjny, obity zielonym suknem. Łokcie nadkomisarza Patera opierały się o stół, a splecione palce były podstawką dla brody. Policjant siedział nieruchomo jak Sfinks, jedynie oczy błądziły po ciemnych półkach z książkami, po ogromnym mahoniowym biurku i po starych mapach Wolnego Miasta Gdańska.

– To oryginały. – Dyrektor Libling wpatrywał się ze złością w Patera. – Wszystko, co pan widzi, było tutaj przed wojną. W pokoju dyrektora gimnazjum, bo w tym budynku mieściła się szkoła. Chyba pan się nie dziwi, że wybrałem to miejsce zamiast dusznej atmosfery Warszawki.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział Pater – to niesłychane! Oto kilka kilometrów od morza, w sosnowym lesie mieściło się gimnazjum klasyczne. Oto tutaj przed wojną chór męskich głosów recytował Homera!

– Tak było. – Złość powoli mijała dyrektorowi. – Duże pokoje, zajmowane teraz przez dwóch lub trzech mniej zamożnych pensjonariuszy, to były sale lekcyjne, w mniejszych pokojach lewego skrzydła mieścił się internat. Oczywiście wymagało to sporo wysiłku, by przystosować budynek do nowej funkcji, trzeba było zrobić podjazdy, zamontować windę i tak dalej, ale starałem się, by duch miejsca stąd nie uleciał...

– A Ryszard Maziarski? – Pater nagle zmienił temat. – Był zamożny?

– Niech pan pomyśli. – Złość wróciła Liblingowi. – Mieszkał sam w ogromnym pokoju, byłym gabinecie geograficznym.

– Dziękuję – Pater uśmiechnął się słodko – że dał mi pan wyjątkową szansę wykazania się bystrością. Był zatem bardzo zamożny – ciągnął bez uśmiechu. – Ile płacił miesięcznie?

– Właściwie to jeszcze nie zapłacił. Pojutrze jego bank przeleje na nasze konto około trzech i pół tysiąca. Stałe zlecenie przelewu. Oczywiście w sumę tę wliczone są także różne usługi niestandardowe, nieobejmujące innych klientów.

Pater przestał wpatrywać się w linie, którymi ktoś dawno temu wyrysował na mapie tkankę miasta. W oczach Liblinga zobaczył błysk wyższości. Tak, dyrektor miał rację. W „Edenie” Pater ze swoją pensją mógłby chyba tylko liczyć na piwnicę przeżartą grzybem. I to po wytargowaniu zniżki.

– Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że trzy tysiące to bardzo dużo. To jest pod tym względem chyba dość nietypowy dom starców?

– Nie, dlaczego. – Libling rozsiadł się wygodniej. Paterowi przypominał teraz obrzydliwie zadowolonego z siebie kocura, przymierzającego się w fotelu do drzemki. – Zdaje się, że rzeczywiście wie pan o tym niewiele – wymruczał dyrektor. – Wszystko się zmieniło, społeczeństwo rozwarstwiło się, a oto jeden z efektów. Widzi pan, jedni strajkują, bo uważają, że pracują za głodowe pensje, inni korzystają z jesieni życia. Kiedyś takie miejsca kojarzyły się ze szpitalami, gdzie snuli się pogardliwie uśmiechnięci pielęgniarze, podobni do więziennych klawiszy, z koszarami, z umieralniami dla tych, o których cały świat zapomniał. Teraz też są takie miejsca, zapewniam. Ale – Libling uśmiechnął się szeroko – są i takie jak to. – Doktor sięgnął do szuflady i wyjął prostokątny folder „Edenu”. Na okładce ze znajomą fasadą budynku Pater przeczytał: „Jesteśmy prawdziwą rodziną”.

– Proszę zobaczyć – wydawało się, że Libling wpadł w trans – całodobowa opieka, sala rehabilitacyjna, w każdym pokoju telewizja satelitarna, na życzenie dostęp do internetu, biblioteka. Aha, i nie mówimy „dom starców”. Teraz są „domy opieki”, „domy rodzinne”, „domy złotego wieku”. Żadnych starców i starości. Mówię to panu, bo zauważyłem, że pan nadkomisarz jest szczególnie wyczulony na zagadnienia poprawności językowej.

Pater oderwał wzrok od folderu.

– Czyli Maziarski mieszkał w „Edenie” niecały miesiąc?

– Tak.

– Wie pan, kto widział Maziarskiego ostatni?

– Właśnie Czekański – powiedział Libling.

– Dlaczego użył pan słowa „właśnie”?

– Pan jest z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku?

– Tak – odpowiedział uprzejmie Pater – nadkomisarz, magister filologii polskiej Jarosław Pater, zastępca kierownika Komendy Wojewódzkiej. Już raz to panu powiedziałem, po wejściu do tego gabinetu. Wtedy też pokazałem panu legitymację. Wręczyłem wizytówkę, bo wiem, że się jeszcze spotkamy. – Chciał, by w ciszy, która na chwilę zaległa, mężczyzna w eleganckim garniturze usłyszał groźbę. – Co jeszcze mam zrobić? Napisać to wszystko sobie na czole?

– Rozumiem. – Dyrektor zmarszczył brwi i zaczął gorączkowo przeglądać szufladę biurka. Wyjął z niej w końcu jakąś wizytówkę i uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Już wiem, dlaczego pan nic nie wie o Czekańskim! I o tym, że zaczął otrzymywać dziwne, rzekłbym, esemesy.

– O kim? Byłbym wdzięczny, gdyby pan doktor powiedział mi wszystko o tym, czego nie wiem.

– To był policjant z komisariatu. – Libling odczytywał wizytówkę leżącą przed nim na biurku. – Przyrzekł mi, że przekaże sprawę do Komendy Wojewódzkiej, bo mówiłem mu, że sprawa jest poważna. Chodzi w końcu o znanego profesora. Ale widzę, że nie dotrzymał słowa – ciągnął. – I dlatego pan nic nie wie!

– To nie znaczy, że nie chciałbym wiedzieć wszystkiego. Zwłaszcza – Pater zrobił pauzę – w zaistniałych okolicznościach.

– Kiepski jest przepływ informacji pomiędzy waszymi sekcjami – dyrektor Libling uśmiechał się ironicznie. – Mówiłem przecież temu młodzieńcowi z policji, że powinien sprawę przekazać sekcji nieletnich i patologii, czy jak to się tam u was nazywa...

Zapadło milczenie. Wielki zegar wybił drugą po południu. Przez otwarte okno wpadła do pokoju osa i zaczęła niebezpiecznie krążyć wokół głowy Patera. Metalowe wnętrze zegara jeszcze brzęczało, bzyczała osa, doktor Libling krzywo się uśmiechał.

– Już się pan nacieszył chaosem w mojej głowie? – zapytał Pater uprzejmie. – Rzeczywiście, niczego nie wiem o niejakim Czekańskim. Nawet nie znam jego imienia.

– Profesor Jan Czekański – Libling mówił bardzo powoli – jest naszym pensjonariuszem. To wybitny naukowiec, medyk i antropolog. Jest emerytowanym profesorem chirurgii Akademii Medycznej w Gdańsku. Wykładał w Leeds, Oslo, chyba też w Wiedniu. Oprócz tego zajmuje się czymś z pogranicza medycyny i antropologii. Był ekspertem od tak zwanych ran symbolicznych. Profesor...

– Przepraszam, że panu przerywam... – Pater wpatrywał się w osę chodzącą po zielonym suknie stołu. – Co to znaczy „rana symboliczna”?

– Powiedziałbym panu, gdyby mi pan nie przerywał – kwaśno zauważył Libling i czekał na reakcję Patera. Nie doczekał się jej jednak, toteż mówił dalej: – Nie będę wdawał się w szczegóły. Dam panu przykład ran symbolicznych. To obrzezanie, tak zwane sznyty więzienne...

– Skalpowanie też?

– Tak, skalpowanie niekiedy też.

– Widocznie w każdej zbiorowości znajduje się miejsce dla rzeźników, prawda? Podobnie... Źle się pan czuje, doktorze? – Pater wpatrywał się w Liblinga.

Twarz dyrektora wyglądała tak, jakby ktoś jednym szarpnięciem zdarł przyklejony do niej uśmiech. Zmarszczki wydłużyły się i zastygły w grymasie, niczym utrwalone w niewidocznej formalinie.

– Przepraszam... – Telefon na biurku Liblinga zaczął wibrować i podskakiwać jak wyrośnięty chrząszcz w kolorze aluminium. Libling chwycił komórkę i przez chwilę wsłuchiwał się w podniesiony męski głos, po czym się rozłączył. – Przepraszam. Mamy dziś wyjątkowo nieprzyjemny dzień, dużo wrażeń. Zatem...

– Zatem co ma wspólnego specjalista od skalpowania, profesor Jan Czekański, z zabitym i oskalpowanym Ryszardem Maziarskim?

– Przyjaźnili się. Grali w szachy do późna w nocy. Codziennie. Maziarski był jedynym przyjacielem Czekańskiego, a to naprawdę niełatwe przy trudnym, oględnie mówiąc, charakterze profesora. Dlatego przypuszczam, że Czekański jako ostatni widział Maziarskiego.

– Dobrze. Dlaczego sprawą tych esemesów powinien zainteresować się ktoś, jak pan to ujął, z sekcji nieletnich i patologii? – Pater znów zmienił temat rozmowy.

Libling siedział przez chwilę zdezorientowany.

Osa wzniosła się znów w powietrze i poszybowała ze złowrogim bzyczeniem w stronę białej plamy fartucha. Dyrektor zareagował nerwowo. Chwycił płachtę „Gazety Wyborczej” i uderzył owada. Osa upadła na dywan i zachrzęściła pod obcasem buta Liblinga.

– Wlatuje ich tutaj dużo z powodu tego strajku śmieciarzy – powiedział doktor z wyraźną ulgą, wcierając zewłok osy w wiśniowy dywan. – U nas też śmieci nie ubywa. Cała góra. – Wskazał ręką za okno. – A wracając do pańskiego pytania o wizytówkę... Czekański dostawał esemesy z pogróżkami. W tych esemesach były błędy ortograficzne i słownictwo młodzieżowe. Sądziliśmy, że autorami są nastolatki. Zadzwoniłem do Komendy Wojewódzkiej i przedstawiłem sprawę pogróżek, a potem swoje przypuszczenia. Przysłali więc kogoś z sekcji do spraw nieletnich.

– Jakiej treści były te esemesy?

– Dobrze nie pamiętam. „Dopadniemy cię. Zaczynaj ostatnie odliczanie”, ale głównie było to coś w stylu... – Dyrektor skrzywił się. – „Aż tak dobrze ci, gnoju, w tym wypasionym domu starców? Wypieprzaj stamtąd! Wiem, co zrobiłeś, stary pojebie”.

– A co on zrobił? – Pater patrzył, jak wiatr porusza liśćmi drzew.

– Tego nie wiem. – Libling pociągnął nosem; wiatr nie tylko poruszał liśćmi, przywiewał również zgniłe, kwaśne wyziewy z gór śmieci.

– Dowiem się od niego samego. – Pater wstał.

– Nie dowie się pan – głos doktora Liblinga załamywał się, jakby zwiastował nadejście łez i łkań. – Profesora Jana Czekańskiego nie ma w „Edenie”. Jego pokój jest pusty. Od rana nikt go tu nie widział. Ten telefon... – Libling wskazywał ręką na aluminiowego chrząszcza. – Dostałem wiadomość, że profesor do tej pory nie wrócił.

– Jeden zajmował się skalpami, drugi został oskalpowany. – Pater ruszył ku drzwiom. – Jeden zginął, drugi zaginął. Bardzo to wszystko ciekawe.

Policjant przystanął i gwałtownie odwrócił się do dyrektora.

– Wie pan co? – powiedział z uśmiechem. – Pański Dom Seniora ma złą nazwę. To nie jest „Eden”. Jest nazwa bardziej adekwatna.

– Jaka?

– „Inferno”.

W Domu Seniora podawano obiad.

Dom Seniora „Eden”, 18.06.2006, 14:25

Dłonie Maziarskiego. Klej. Dlaczego klej? Skąd on się tam wziął? Czy Maziarski sam skleił sobie dłonie, czy uczynił to ktoś inny? Na przykład morderca? W jakim celu? Zakładając, że zrobił to sam denat, czy mogło to się stać przypadkiem? A co, jeśli zrobił to celowo? Dłonie wyglądały tak, jakby były złożone do modlitwy. Sprawdzić, czy na terenie „Edenu” jest ksiądz lub ktoś związany ze stanem duchownym. Modlitwa i „Eden”. Może chodzi o to, że zrobił to ktoś stąd? Złożone tak dłonie można potraktować jako strzałkę. Gdyby Maziarski siedział na wózku, wskazywałby coś w górze. Sprawdzić, co znajduje się nad pokojem, w którym znaleziono ciało. Skalp. I... rany symboliczne. Znaleźć specjalistę w tej dziedzinie. Jeszcze jedna sprawa...

– Nadkomisarzu Pater? – Na kasecie magnetofonowej słychać czyjś głos. Z kasety dobiega szum, słychać chrzęst kroków na żwirowej drodze, znów szum. Trzask wyłączanego dyktafonu.

Dom Seniora „Eden”, 18.06.2006, 14:26

Nadkomisarzu Pater?

Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, do kogo należy ten głos. Pater wiedział coś jeszcze: zbliżały się kłopoty. Na ścieżce przed frontowym wejściem stało dwóch postawnych mężczyzn w idealnie skrojonych, ciemnych garniturach. Wyższego, łysego nadkomisarz widział po raz pierwszy. Lśniąca od potu czaszka i mocno zarysowane kości policzkowe sprawiły, że Paterowi skojarzył się ze środkowym obrońcą reprezentacji Polski Mariuszem Jopem. „Jop” żuł gumę i patrzył, jakby posiadł dar widzenia na wskroś. Wydawało się, że jego wzrok przenika przez nadkomisarza niczym przez powietrze, jakby interesował go jedynie klomb kwiatowy znajdujący się za plecami Patera. Niższego Pater znał. Brunet ze słowiańskim wąsem nazywał się Paprzycki i przemówił raz jeszcze.

– Kogo jak kogo, ale ciebie się tu nie spodziewałem.

– Mogę odwzajemnić ci się tym samym. Mogłeś pozwolić dokończyć mi nagranie.

– A co? Kiepsko z pamięcią? Nie widziałem, by ktoś oprócz ciebie korzystał z dyktafonu. Bawisz się w Miasteczko Twin Peaks? – zachichotał.

Pater postanowił zignorować tę uwagę.

– Wiesz, co tu się stało?

– Nie, Pater, nie będzie żadnej wymiany informacji. Co tu się stało? – Paprzycki wskazał głową na budynek. – Zrobił się straszny bałagan. Jest zaszlachtowany człowiek. I to niedobrze. I jesteś ty. To też niedobrze. To nawet gorzej, nie? – Popatrzył na swojego partnera, wciąż badającego spojrzeniem klomb kwiatowy. – Że jest trup, już nic nie poradzę. Ale w drugim przypadku, czyli twojej obecności, mam rozwiązanie. Będziemy przejmować tę sprawę. Oczywiście wtedy, gdy wykonacie to, co potraficie, czyli wypełnicie papiery. Już teraz czuj się z tego śledztwa definitywnie zwolniony.

– Od kiedy ABW interesuje się morderstwami w domu starców? Powiedz mi po starej znajomości, co tu się, do cholery, dzieje?

– O, widzę, że pan Siła Spokoju zaraz wybuchnie. – Paprzycki uśmiechnął się szeroko. – Patrz uważnie – zwrócił się znów do „Jopa” – to historyczna chwila. – Uśmiech zgasł nagle, brunet podszedł bliżej i stanął jak bokser mierzący wzrokiem przeciwnika. – Na twoim miejscu nie powoływałbym się na starą znajomość. Zbieraj się stąd, bo za chwilę powiadomię twoich przełożonych, że utrudniałeś prowadzenie śledztwa.

Pater pochylił się do przodu, tak że dwa ciała prawie się zetknęły.

– Mam wrażenie, że strasznie pocicie się w tych garniturach.

Stojąc już przy samochodzie, nadkomisarz krzyknął:

– Nie dziwię się już, że twoi ludzie tak cię nazywają!

Paprzycki drgnął, jakby użądliła go jedna z krążących os.

– Hej, Pater, zaczekaj! Lewar – odwrócił się do swojego towarzysza – jak nazywają mnie moi ludzie?

– No właśnie, jak oni go nazywają, panie nadkomisarzu? – zapytał czekający w samochodzie Wieloch.

Pater nie odpowiedział. Jego myśli pochłonięte były czymś innym. W tylnym lusterku zobaczył, że mężczyzna zwany Lewarem wpatruje się w odjeżdżający samochód. Tym razem patrzył tak, jakby chciał dobrze zapamiętać kierowcę.

Gdańsk, 18.06.2006, 21:55

Dwupokojowe mieszkanie przypominało saunę. Nagrzana wielka płyta bezlitośnie trzymała gorąco. Nie pomagała zimna kąpiel ani dobrze schłodzone piwo. Pater przez otwarte okna czuł zapachy sąsiedzkich kolacji. W telewizorze znany trener rysował strzałki i krzyżyki, analizując sytuacje z pierwszej połowy meczu. Zupełnie jak ja, pomyślał Pater. Na niskim stoliku leżała kartka z dwoma rysunkami. Jeden z nich przedstawiał trójkąt. Jego wierzchołki opisane były trzema słowami: „Maziarski”, „Czekański”, „Skalpowanie”. Na drugim widniała figura zbliżona do rombu.

Z „Edenu” Pater pojechał do komendy. Tak jak się spodziewał, w niedzielne popołudnie ruch był niewielki. Jedynie czterech mężczyzn pochylało się nad dokumentami. I tak jak przypuszczał, żadnego z przełożonych nie było. Ich komórki także milczały. Zostawił wiadomość.

Zwykle w takich przypadkach zwoływał naradę. Tym razem burzy mózgów nie będzie. Poinformował, że ABW przejmuje sprawę. „W związku z tym nie musicie się spieszyć z papierami”.

Potem pojechał na Przymorze. Zbliżył się do swojego bloku, zwanego falowcem. Pomyślał o zakaraluszonych klitkach, w których mieszkało sześć tysięcy ludzi, popatrzył na dziesiątki biało-czerwonych flag zwisających z balkonów. Na chwilę zawiało od morza i flagi, skwapliwie dodawane kibicom do piwa „Tyskiego”, wydęły się jak żagle. Balony narodowej dumy przekłute najpierw przez Ekwador, a potem przez Niemcy, pomyślał Pater. Sam czuł się podobnie. Przekłuty balon ambicji. Działo się coś dziwnego. Miasto pogrążone w letnim śnie. I nagle jedno morderstwo stawia na nogi wszystkich z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego na czele. Mija kilka godzin. I w policji nad sprawą zalega cisza. Jak gdyby nigdy nic. Nie ma sprawy. Jakby uciąć śmiertelnie ostrą maczetą. Z nikim nie można się skontaktować. Jakby wszyscy umówili się, by tego popołudnia unikać Patera.

Jeszcze raz popatrzył w okna wieżowca. Kilka lat temu Matka Boska objawiła się sąsiadowi na kuchennej szybie. Wieść obiegła całe miasto. Rozpoczął się trzytygodniowy spektakl, wypełniony pielgrzymkami do miejsca cudu, zeznaniami tych, którzy zobaczyli i uwierzyli, choć rozległy się nieliczne głosy nawołujące do rozsądku. Miejscowi menele zorganizowali kilka ławek, ustawili je w dogodnym punkcie widokowym i pobierali opłatę „co łaska” za najlepsze miejsca. Podobno – tłumaczyła jedna z aktywistek, codziennie dojeżdżająca z Gdyni na miejsce cudu – Matka Boska patrzy na pomnik stoczniowców. Pater wiedział, że ani z kuchni sąsiada, ani z żadnych innych okien trzech monumentalnych krzyży dostrzec nie można. Najbardziej obawiał się jednak tego, że któryś z miejscowych dziennikarzy go rozpozna. Tego by brakowało: cud w sąsiedztwie oficera policji – pracownika aparatu represji w starym reżimie. Na nic nie zdałyby się tłumaczenia, że Pater wstąpił do służb w 1990 roku, już w nowej Polsce, gdy jego firma przechodziła gruntowne zmiany. Dla niektórych policjant na zawsze pozostanie milicjantem. Co jakiś czas nadkomisarz łapał się na tym, że pracuje w policji już stanowczo za długo. Pewnie mógłby jeszcze zatrudnić się w szkole na etacie polonisty, zwłaszcza że doświadczenie policyjne, biorąc pod uwagę to, co działo się w klasach i na szkolnych korytarzach, mogłoby się przydać.

Jeden pokój Patera wypełniony był książkami. Porozrzucane papiery tworzyły coś w rodzaju labiryntu, w którym tylko ich właściciel mógł się poruszać swobodnie. Pater wygrzebał jedno z nowszych kompendiów językowych. Na okładce widniała twarz brodatego mężczyzny, przypominającego dziewiętnastowiecznych uczonych. Jego życzliwy wzrok upewniał, że oto za chwilę wszystkie wątpliwości zostaną rozwiane. Pater nie znalazł jednak tego, czego było mu trzeba.

Po drugim zimnym piwie sięgnął po telefon.