Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Aleja Niepodległości - Krzysztof Varga

"Myślisz, że życie ma jaja?, zapytał Krystian, życie jest rodzaju nijakiego. Były to dla Krystiana słowa prorocze, choć nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, jak bardzo nijakiego rodzaju stanie się jego własne życie".

Bohater Alei Niepodległości to życiowy nieudacznik, frustrat i niespełniony artysta, który samotne wieczory spędza przed komputerem z butelką w ręku. Przybliżająca się "magiczna czterdziestka" nie jest dla niego cezurą, podrygiem samczego szaleństwa ani rewolucyjnym zrywem drugiej młodości. To gorzki lament nad zmarnowanym talentem i przegapionym życiem. Upływające dni nie przerażają, gdy tak łatwo skutecznie i tanio zabić nadmiar czasu. Plany nie powstają, gdy nie wiadomo, kto i po co miałby trwonić na nie więdnące siły.

Varga przyzwyczaił swoich czytelników do uderzająco trafnych, wyrazistych i nieprzyjemnych diagnoz. Wyszydzona rzeczywistość śmieszy, ale to tylko nerwowy chichot, bo pod pozorami parodii rozpoznajemy niewygodną swojskość. Tym razem zwierciadło, które Varga podstawia bohaterowi, pokazuje oblicze, jakiego nikt nie chciałby ujrzeć...

"Straszna to i zarazem bardzo śmieszna ksiązka. Melancholijna i bezlitosna. Zostaje chichot i spalona ziemia. Ogień trawi Warszawę, warszawkę, młodość, złudzenia, trzydzieści, czterdzieści lat, wszystko, i zostaje to, co naprawdę nas czeka: osamotnienie już na zawsze i do końca.

Varga dojrzewa jak węgierskie wino. Jest coraz lepszy".

Andrzej Stasiuk

Opinie o ebooku Aleja Niepodległości - Krzysztof Varga

Fragment ebooka Aleja Niepodległości - Krzysztof Varga

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z 0.0.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice tel./fax +48 18 353 58 93 e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70 e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl, iza@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa tel./fax +48 22 632 83 74 e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e-mail: info@d2d.pl

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Copyright by KRZYSZTOF VARGA, 2010

Redakcja Magdalena Budzińska

KOREKTA MAGDALENA KĘDZIERSKA / D2D.PL, MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL

Skład MAŁGORZATA POŹDZIK / d2d.pl

Projekt typograficzny, redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-324-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Umarła już moja młodość zła, haniebna, i wchodziłem w wiek męski. Im starszy byłem latami, tym się stawałem wstrętniejszy przez dobrowolne przyjmowanie urojeń.

ŚWIĘTY AUGUSTYN, Wyznania

(tłum. Zygmunt Kubiak)

1

Kiedy boeing 767 Polskich Linii Lotniczych LOT eksplodował w powietrzu nad Atlantykiem, Krystian Apostata był już kompletnie pijany. A właściwie można by powiedzieć tak: był totalnie najebany oraz nawalony w trzy dupy, nagwizda ny, nastukany, a wręcz napierdolony. Stan, w którym znajdował się tuż przed wybuchem samolotu, kumulował w sobie wszystkie wulgarne określenia upojenia alkoholowego, na jakie jest się w stanie zdobyć mało w sumie pomysłowy język polski. Język, który – tylko dlatego że był jego językiem ojczystym – nie śmieszył go do łez ani nie wprawiał w zażenowanie. Język, który wzbudzał nieufność słuchaczy, ilekroć usiłował wspiąć się na wyżyny swych niewielkich możliwości, starając się wyemancypować z chłopsko-robotniczych korzeni i nieśmiało poszerzać swój zasób leksykalny. Język odziedziczony po drobnych cwaniaczkach i wielkich poetach, którego nigdy nie było stać na stworzenie subjęzyka erotycznego i który w związku z tym musiał się zadowalać niewielkim zbiorem niewyszukanych świntuszeń, a ludzkie stany emocjonalne podsumowywał właściwie dwoma określeniami: „zajebiście” oraz „przejebane”.

Krystian Apostata był niewolnikiem także tego języka, teraz zupełnie bezwładnego, który zwisał mu z ust na podobieństwo psiego jęzora, gdy zwierzę dyszy po biegu. Gdyby eksplozja boeinga została poprzedzona krótką informacją nadaną przez głośniki: „Szanowni państwo, z największą przykrością informujemy, że nasz samolot za chwilę eksploduje i wszyscy państwo zginą”, język Krystiana byłby z pewnością w stanie powiedzieć jedynie: „O, ja pierdolę, ale przejebane!”.

Tymczasem jednak Krystian milczał, co zawsze wychodziło mu lepiej niż mówienie, jak zresztą większości użytkownikom języka polskiego. Kiedy milczeli, potrafili być piękni, wzniośli i szlachetni, gdy zaczynali mówić – natychmiast brzydli i karleli. Ich twarze przechodziły zastanawiającą metamorfozę, znikała z nich wszelka intrygująca tajemniczość, mięśnie się napinały, oczy wybałuszały, przez policzki przebiegały skurcze, i mimo że mówili, ich usta sprawiały wrażenie sparaliżowanych. Krystian zbyt wiele głupot nagadał w swoim życiu, by nie zacząć wreszcie doceniać potęgi milczenia. Teraz więc także milczał, mając w dodatku świadomość, że jest pijany i każda wypowiedź dłuższa niż równoważnik zdania mogłaby go ośmieszyć. Oczywiście wiedział, że nawet jeśli zostanie zdemaskowany jako ubzdryngolony pasażer, to – póki nie rozrabia – nic mu nie grozi. A Krystian nie rozrabiał po pijanemu, i tym różnił się od większości użytkowników języka polskiego. Nie żądał, nie groził, nie rwał się do bójki i zawsze zachowywał świadomość swojego upojenia. Po prostu strasznie bał się latać i alkohol miał ten lęk zagłuszyć. Jak się okazało, jego lęk był uzasadniony: Krystian Apostata zginął w katastrofie lotniczej. I nic tu nie pomogą znane i często przytaczane statystyki, dowodzące, że samolot jest najbezpieczniejszym środkiem lokomocji, że przecież w ciągu tygodnia więcej ludzi ginie w wypadkach samochodowych niż w ciągu roku w katastrofach lotniczych i że taka tragedia zdarza się raz na kilka tysięcy startów i lądowań. To wszystko było teraz na nic – boeing 767 z Krystianem Apostatą na pokładzie rozleciał się w powietrzu na więcej kawałków niż ginie rocznie ludzi w wypadkach samochodowych i samolotów startuje i ląduje na Okęciu.

Stało się to jakoś w jednej trzeciej drogi do Ameryki, może nawet w połowie, ale niezależnie od tych ułamkowych różnic, wszędzie w dole była woda, nieskończoność wody, i w niej kończyło się właśnie średniej długości życie Krystiana Apostaty. Życie, które – gdyby miał czas je podsumować – musiałby uznać za nieudane, pełne rozczarowań i niepokojów, przygniatająco dominujących nad krótkimi chwilami epifanii, tymi dziwnymi momentami olśnień i zachwytów, które przemijały gwałtownie, pozostawiając po sobie jedynie niesmak i zawstydzenie. Miał po nich tylko moralnego kaca, że oto znów, jak naiwne dziecko, dał się nabrać na starą reklamową sztuczkę, na fałsz kolorowego opakowania, które pod błyskiem i szelestem kryje wielką pustkę. Rozczarowania przyjmował z coraz większym spokojem i zrozumieniem; nauczył się niczego od życia nie oczekiwać, dzięki czemu to życie jakoś się uspokoiło, i z nerwowej szarpaniny czasów młodości zamieniło w uporczywe trwanie wieku dojrzałego. Swoista mądrość, którą posiadł (zamiast posiadania kobiet, pieniędzy i sukcesów), podpowiadała mu, że i tak wszystko, na co się zamierzy, skończy się klęską, nawet jeśli będzie to pozorne zwycięstwo.

Zanim doszło do eksplozji, Krystian nie zrobił jednak księgowego rachunku swojego życia, zabrakło mu na to nawet nie tyle czasu, ile świadomości, że oto nadchodzi moment, kiedy takiego podsumowania należy dokonać. Czasu wystarczyło mu jedynie na to, by urżnąć się solidnie na pokładzie samolotu, chociaż kiedy umierał, nie było już żadnego pokładu.

Poza tym i tak niewiele mu już było trzeba do bycia trupem; jak zawsze, bo przez całe życie zadowalał się własną wersją minimalizmu osobistego copyrightu. Równie niewiele trzeba mu było do tej koniecznej namiastki szczęścia, ułatwiającej czasami wygrzebanie się z kupy stęchłych jesiennych liści, w której tkwił po szyję – zapach kwitnących wiosną ogródków działkowych imienia Obrońców Pokoju, schodzące z nieba słońce kładące się na fasadach domów przy ulicy Wiktorskiej, popołudniowa jesienno-zimowa drzemka między nadciągającym wcześnie zmrokiem a prawdziwą ciemnością. Niewiele mu też było trzeba do osiągnięcia pozorów miłości – ulotny zapach szyi dwudziestoletniej dziewczyny stojącej obok w tramwaju, wspólne śniadanie w niedzielne przedpołudnie. To wszystko było jednak dawno, bo od długich miesięcy nie czuł prawie żadnych zapachów, tramwajami jeździł coraz rzadziej, a jeśli już, to z pochyloną głową i oczami wbitymi w podłogę wagonu, zaś mało wyszukane śniadania – ograniczające się zazwyczaj do jajecznicy albo parówek – jadał przeważnie sam. Ze zmysłowych rozkoszy pozostały popołudniowe drzemki, które rozciągnęły się w pewnym momencie poza jesienno-zimowe miesiące. Krystian sypiał już także wiosną i latem, jakby chciał przespać swoje życie. Kiedy drzemka się przedłużała i budził się pod wieczór ze świadomością, że będzie mu teraz trudno zasnąć w nocy, szedł do sklepu po wino albo wyciągał je z szafki w kuchni, gdzie gromadził odpowiednie zapasy. Bo Krystian Apostata pił nie tylko przed wejściem na pokład samolotu. Pił właściwie codziennie, a owe popołudniowe drzemki wynikały często nie ze zmęczenia czy zbyt obfitego obiadu, ale z tego, że miał już w sobie butelkę wina, a czasami dwie. Niewiele mu też trzeba było do sytości – średnio ostry kebab kupiony w barze „Efez” na rogu Odyńca i alei Niepodległości, podsmażony szpinak z serem pleśniowym: jego częsty obiad w tych czasach, bo była to jedyna potrawa, którą (prócz jajecznicy na dziesięć sposobów) potrafił przyrządzić sam, albo gotowe danie ze słoika, które wystarczyło podgrzać – słoik polski, słoik meksykański, słoik orientalny, całe królestwo słoików. Gdy na nie patrzył, przypominały mu się weki, w których ciotka przechowywała w piwnicy zapasy na zimę.

Paradoksalnie mimo swojego nieuporządkowania i postępującego z latami rozmemłania był niebywale pragmatyczny, ale w sposób osobny i raczej powierzchowny. Potrafił nie sprzątać w mieszkaniu miesiącami, o myciu okien w ogóle nie było mowy, przeganiał tylko nogą pod komodę kurz zbijający się w szare, miękkie kłęby, a jednak wszystkie sprzęty musiały zawsze stać na swoim miejscu, by potrafił się odnaleźć w codziennej trudnej sytuacji. Mieszkanie porastało brudem, płyta kuchenki upstrzona była jak ptasimi odchodami zaschniętymi resztkami szpinaku i jajek, na suficie dostojnie bujały się długie pajęczyny, nieusuwalny tłuszcz pokrył blat kuchennego stołu, gdzieniegdzie wzór na ceracie wzbogacały dziurki po papierosach, ale kiedy Krystian orientował się, że krzesło przy tym stole stoi krzywo, denerwował się, tracił poczucie bezpieczeństwa i natychmiast czuł, że musi je ustawić pod odpowiednim kątem. Wszystko stało na swoim miejscu, przede wszystkim komputer i telewizor, jednak one także kurzyły się i obrastały brudem. Krystian od czasu do czasu przecierał je rękawem, a kiedy nie udawało mu się pozbyć w ten sposób jakichś uporczywych plamek niewiadomego pochodzenia, spluwał na ekran i pocierał mocniej. Gdyby ciotka zmartwychwstała i zobaczyła, jak zapuścił odziedziczone po niej mieszkanie, załamałaby z pewnością szkielety rąk.

Krystian posiadł prostą umiejętność łatwego wydawania pieniędzy, lecz umiał je też oszczędzać, a nawet chciał inwestować. Najlepiej w nieruchomości, zwłaszcza że wszystkie analizy dowodziły niezbicie, iż niebotyczne ceny mieszkań w Warszawie nie tylko nigdy już nie spadną, ale także nigdy się nie zatrzymają i będą niepohamowanie szybować ku abstrakcyjnym liczbom tak długo, jak długo to miasto będzie w ogóle istnieć. Wertował skrupulatnie dodatki o nieruchomościach, wczytując się uważnie w drukowane drobną czcionką ogłoszenia, żeglował po stronach agencji nieruchomości i uzależnił się od tych lektur w sposób upokarzający i wyniszczający. Wszystko, co go tam interesowało, co rozbudzało jego pożądanie, było dla niego nieosiągalne. Pozostawało jedynie cieszyć się, że ma gdzie mieszkać i że nie grozi mu branie trzydziestoletniego kredytu, a wraz z nim ciągłe drżenie, że któregoś dnia może zabraknąć mu na raty. Zresztą kredyt też pozostawał nieosiągalny, bo Krystian nie był nigdzie na stałe zatrudniony, utrzymywał się z prac zleconych, głupich chałtur, którymi pogardzał, lecz nie mógł sobie pozwolić, żeby pogardzać pieniędzmi, które przynosiły. A przynosiły pieniądze wystarczające do życia na średnim, wygodnym poziomie: mógł dzięki temu raz wydawać pieniądze z łatwością, a raz odkładać je na koncie. Te dorywcze prace były kroplówką, dzięki której mógł wprowadzać do swojego organizmu niezbędne do przeżycia dawki pokarmu i alkoholu. W pewnym momencie zrozumiał, że jedyna nowa nieruchomość, na jaką może sobie pozwolić, to wykupienie murowanego grobu na Cmentarzu Północnym w Warszawie. Była to inwestycja na pozór pewna i bezpieczna, na której nie można było stracić. Teraz jednak nawet ona do niczego by mu się nie przydała, bo Krystian Apostata nie pozostawił po sobie doczesnych szczątków.

Do samolotu wchodził na miękkich nogach, tuszując głupim uśmiechem strach przed lotem oraz obawę, że może zostać zdemaskowany przez obsługę jako pijany, potencjalnie niebezpieczny intruz z ważnym biletem, któremu zgodnie z zasadami przewozów pasażerskich można odmówić wejścia na pokład. Zawsze źle znosił odmowy i starał się nie stwarzać sytuacji, w których musiałby o coś poprosić. Jeśli możliwe było wymuszenie czegokolwiek, zwłaszcza przysługi i pomocy, bezwzględnie z tego korzystał, a kiedy nadarzała się okazja, by zaszantażować i wygrać, nie wahał się i szantażował. Gdy wyczuwał opór i jedynym sposobem okazywało się proszenie, lizanie, klękanie – zwykle się wycofywał.

Jego wyszczerzone, nierówne zęby i intensywna woń mięty bijąca z ust (przed odprawą zużył całą paczkę mocnych miętowych gum do żucia) miały odwrócić uwagę personelu naziemnego, czujnych strażników granicznych i stewardes od jego mętnych oczu, znikających co chwilę pod ciężko opadającymi powiekami. Ich unoszenie wymagało od Krystiana niezwykłego skupienia i wysiłku, a jednocześnie powodowało, że źrenice uciekały mu w głąb czaszki, upodabniając go do człowieka umierającego. Co w dużej mierze było prawdą, bo umrzeć miał już za kilka godzin. W towarzystwie ponad dwustu innych osób, w większości trzeźwych, skupionych na oglądaniu Shreka 3, wyświetlanego na monitorach pod sufitem na przemian z wizualizacją trasy LOT-owskiego boeinga, czytaniu współczesnych powieści udających powieści dziewiętnastowieczne oraz przeglądaniu prasy, zwłaszcza zaś pisma pokładowego „Kalejdoskop” oprowadzającego czytelników po cudach gdańskich i toruńskich starówek oraz karaibskich plaż. Krystian rozsiadł się wygodnie w fotelu przy oknie, zapiął pasy i poczuł mrowienie w rękach. Najbardziej nie lubił oczywiście momentu startu, kiedy stawał się ubezwłasnowolniony i bezradny, siłą oderwany od ziemi i zamknięty w dużej blaszanej puszce, zdany na kaprysy techniki, pogody, pilotów. Popatrzył jeszcze z góry na Warszawę, na tę rozrzuconą przez wielkie rozwydrzone dziecko kupę niepasujących do siebie klocków, i pomyślał, że lepiej ją jednak oglądać z poziomu ulicy. Było to dla niego odkrycie ciekawe, bo wcześniej wydawało mu się, że Warszawy nie da się oglądać, chodząc po jej krzywych chodnikach lub jeżdżąc po dziurawych ulicach.

Kiedy samolot wzniósł się już na wysokość dziesięciu kilometrów i od ziemi oddzielała go gęsta piana chmur, Krystian uświadomił sobie, że czeka go osiem godzin klaustrofobicznego odizolowania bez możliwości wyjścia na świeże powietrze ani podtrucia się tlenkiem węgla i substancjami smolistymi. Wciąż był pijany i wiedział, że w stanie lekkiego upojenia powinien dotrwać do lądowania w Nowym Jorku, bo wytrzeźwienie mogłoby wywołać u niego nagły atak paniki o nieprzewidywalnych skutkach. Jednocześnie musi być wystarczająco niepijany, aby nie zawrócono go z nowojorskiego lotniska i nie deportowano do Polski najbliższym samolotem. Zabrał się więc do czytania, to zawsze skutecznie zabija czas i uwalnia od myślenia. Dawno już bowiem doszedł do wniosku, że ludzkość wynalazła słowo pisane po to, aby mniej myśleć o życiu i wszystkich jego pułapkach. Całe literackie dziedzictwo człowieka, podsumowywał Krystian, to w gruncie rzeczy wyłącznie środek znieczulający, tak jak sen i alkohol.

Przeczytał więc szybko najnowszy numer pokładowego pisma „Kalejdoskop”, przeanalizował dokładnie zamieszczone w nim rysunki samolotów znajdujących się we flocie lotu wraz z ich danymi technicznymi, potem zapoznał się z instrukcją obsługi maski tlenowej i schematem ewakuacji po awaryjnym lądowaniu, a nawet z napisami na torebce chorobowej. Artykuły w „Kalejdoskopie” otumaniały barokowością w peanach na cześć polskich kamienic i karaibskich atoli, instrukcja obsługi maski była jak poezja konkretna, a to, co napisano na torebce chorobowej, było prawdziwą perełką haiku. Instrukcji zakładania kamizelki ratunkowej nie przeczytał, i słusznie, bo po pierwsze zawierała jedynie podobiznę człowieka wraz z kamizelką oraz strzałkami pokazującymi, jak owe niepotrzebne wdzianko założyć, a po drugie i tak do niczego by mu się nie przydała. Torebka chorobowa mogła mu się za to przydać w każdej chwili, jako że od połączenia wódki z lekturami zbierało mu się trochę na wymioty. Co jakiś czas czuł, jak w głowie kołuje mu helikopter, i wtedy na wszelki wypadek wyciągał rękę w kierunku papierowego worka.

W momencie gdy boeing 767 zamienił się w niebiańską rozgwiazdę na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią, Krystian Apostata od dłuższej chwili wpatrywał się bezmyślnie w brukowca, zabranego na pokład w celu umilenia sobie czasu, czyli zabicia go jak najmniejszym kosztem. W samolotach nie potrafił czytać niczego poważniejszego, niczego, co choćby ocierało się o sens, mądrość i jakąś poważność. Nawet współczesnego Flauberta by nie przeczytał, nawet nowego Gogola, żadnego polskiego Tomasza Manna dwudziestego pierwszego wieku, żadnego prywiślańskiego Turgieniewa. W samolotach Krystian Apostata potrzebował kolorowych tygodników za pięć złotych i codziennych brukowców za złotówkę oraz butelki żołądkowej gorzkiej, soplicy albo śliwowicy, czegoś, co byłby w stanie przełknąć w miarę łatwo, mimo że niezmrożone i za dwadzieścia kilka złotych. Z tych taniości układał sobie bagaż podręczny. Latał rzadko, kiedy był już do tego zmuszony, gdy na przeszkodzie pociągom stawały przepaście mórz i kanałów, a podróż samochodem stawała się zbyt długa, droga i czasochłonna. Mimo że był posiadaczem całych połaci wolnego czasu – ze względu na wolny zawód i swoje w nim niespełnienie – czuł jednak ciągłą tego czasu stratę. Zamiast więc jechać samochodem na drugi koniec Europy, słuchając muzyki, wspominając jakąś dowolnie wybraną przeszłość i popadając w melancholię autostrad, kupował bilet lotniczy i dwie albo trzy butelki w sklepie na lotnisku.

Czasami to ktoś jemu kupował bilet. Tak było tym razem. Leciał do Nowego Jorku na zaproszenie pewnej fundacji, która zdecydowała się samobójczo zaprosić go na krótki pobyt studyjny w ramach Roku Polskiego w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście była to impreza, której nie zauważał nikt oprócz polskich mediów, a nawet w ich zapowiedziach i relacjach ani razu nie pojawiło się nazwisko Apostaty. Był już zapomnianym artystą, a czy kiedykolwiek był artystą prawdziwym, czy tylko nieudacznikiem i hochsztaplerem, który wypłynął na fali zainteresowania nową sztuką – tego nie było wiadomo, zresztą sam Krystian nie posiadał w tej kwestii sprecyzowanych poglądów. Zawsze miał do swojej działalności artystycznej bardzo ambiwalentny stosunek, będący mieszanką rzadkich chwil samozadowolenia z częstymi stanami zupełnego zwątpienia w talent, bo o pracowitości i konsekwencji w przypadku Krystiana na pewno nie mogło być mowy. Często nachodziły go przypuszczenia, że jeśli udało mu się czegoś w artystycznej materii dokonać, to było to dawno temu i przez przypadek, i lepiej, gdyby raz na zawsze zerwał z tą żenująca praktyką.

Bywało jednak, że planował stworzenie dzieła, które zadziwi świat (no, może Polskę) i udowodni wszystkim, którzy już dawno skreślili go z listy młodych (no, teraz w średnim wieku) obiecujących artystów, że jest jednak coś wart. Plany te pojawiały się naturalnie w momentach, gdy widać już było dno pierwszej butelki. Wzmagały się przy drugiej, apogeum osiągały zaś pod jej koniec, i wtedy Krystian Apostata padał na łóżko i zasypiał z mocnym postanowieniem, że następnego dnia zaraz po śniadaniu rozpocznie tworzenie swojego zadziwiającego opus magnum. Poranna rzeczywistość rozwiewała jednak owe rojenia i Krystian myślał raczej o tym, żeby pięknie zamilknąć, a następnie powrócić po latach jako człowiek stary, doświadczony przez życie i zapomnienie, który dopiero znad grobu przypomina o swoim istnieniu, ma się rozumieć dziełem epokowym. Natychmiast jednak pojawiała się myśl, że nad grobem może stanąć w każdej chwili i nie ma sensu planować długiego rozmyślania i głośnego powracania za lat dwadzieścia lub trzydzieści. Znów więc przestawał wierzyć w swoje możliwości i talent, pozostawała wiara we własne lenistwo i nieudolność oraz świadomość, że resztę życia spędzi, utrzymując się z chałtur dla agencji reklamowych, organizacji społecznych, a nawet domów kultury, którym projektował ulotki, i niszowych gazetek, które zamawiały u niego layouty. A i to tylko pod warunkiem, że na takie chałtury nadal będzie zapotrzebowanie.

Na razie nie mógł na ich brak narzekać: brał wszystko, choć nie było tego dużo, był terminowy, bo praca była łatwa i szła mu szybko, jego projekty nie wyróżniały się oryginalnością, bo zleceniodawcy nigdy oryginalności nie wymagali, był więc tani i solidny, a jego komputer częściej służył mu do zabijania czasu niż do pracy. Nigdy nie przedstawiał się jako artysta, zawsze gdy trzeba było się komuś zaprezentować, mówił o sobie: grafik komputerowy.

To odróżniało go od znakomitej większości „artystów plastyków” i szerzej: od przygniatającej większości malarzy, pisarzy, aktorów, reżyserów, całego tego plemienia przewrażliwionych na swoim punkcie narcyzów, którzy zupełnie nie wstydzą się tego, co robią. Krystian często się za siebie wstydził, a nierzadko też wstydził się za innych.

Teraz Krystian Apostata siedział przy oknie w boeingu lecącym do Nowego Jorku, gdzie miał reprezentować polską sztukę. Polska sztuka była ostatnio na topie, wiedział o tym z gazet, brytyjskie media rozpisywały się ponoć o Young Polish Artists, których nie wolno przeoczyć, a do Tate Modern pielgrzymowały tłumy pożądające kontaktu z młodą polską sztuką. Krystian znał nazwiska wymieniane w prasowych relacjach, tych wszystkich Sasnali, Bujnowskich i Maciejowskich, byli od niego młodsi, sławniejsi i bogatsi. Czy byli zdolniejsi, tego nie był pewien. Czasami myślał, że w ramach matematycznej sprawiedliwości musieli być mniej zdolni, skoro zrobili większe kariery, i ta świadomość mu pomagała. Niestety na krótko.

W Nowym Jorku ktoś miał go odebrać z lotniska, zawieźć do hotelu, zaprosić na obiad, a potem dać mu możliwość zachłyśnięcia się Ameryką. Domyślał się, że w hali przylotów będzie na niego czekała młoda dziewczyna trzymająca przed sobą kartkę z napisem „Mr. Krystian Apostata”. Uśmiechnie się do niego, poda mu rękę, mocno, po męsku, powie, że samochód czeka, może to będzie samochód polskiej ambasady albo Instytutu Polskiego, zawiezie go do hotelu, a potem zostawi samego, i Krystiana ogarnie bezbrzeżna samotność w wielkim obcym mieście.

Nie wiedział nawet, kto wpadł na pomysł, aby na pobyt studyjny zaprosić akurat jego, nie było to związane z wystawą jego dzieł ani propozycją stworzenia na miejscu jakiejś instalacji czy przeprowadzenia akcji artystycznej, wyglądało to raczej na czyjąś działalność humanitarną. Może ten ktoś wierzył, że pobyt w artystycznej stolicy świata obudzi w Krystianie uśpione możliwości, zainspiruje go do stworzenia czegoś nowego, ale niewykluczone, że była to jedynie pomyłka urzędnika albo że artysta, który pierwotnie miał pojechać, w ostatniej chwili z największą przykrością zrezygnował, z powodów rodzinnych albo wskutek napiętego grafiku i zobowiązań, których nie sposób odwołać.

Kiedy Krystian ze zdziwieniem usłyszał w słuchawce miły kobiecy głos meldujący, że dzwoni z biura organizacyjnego Roku Polskiego w Stanach Zjednoczonych, kilka razy upewniał się, że chodzi o niego, a kiedy cierpliwa i sympatyczna pani, nie kryjąc lekkiego rozbawienia, upewniła go, że tak, właśnie o niego, Krystiana Apostatę, zgodził się natychmiast. I zaraz po odłożeniu słuchawki wpadł w panikę: a jeśli okaże się, że to jednak nie o niego chodziło, i miła pani z biura Roku Polskiego niemiło się pomyliła? Co będzie, gdy na miejscu amerykańscy współorganizatorzy powiedzą, że to wcale nie Krystiana tu chcieli, tylko kogoś uznanego, albo przynajmniej dobrze rokującego, kogoś, kto ma już za sobą jakieś poważne indywidualne wystawy, jakieś nagrody, kogoś, o kim już coś poważnego na poważnych łamach napisano? Co się stanie, gdy odkryją straszliwą prawdę, że Krystian jest zwykłym hochsztaplerem, kimś, kto pod prawdziwego artystę tylko się podszywa, kto nic nie potrafi? Co gdy każą mu opowiadać o jego dokonaniach, o krótko – i długoterminowych planach, kiedy zapytają: jakie korzyści planuje pan odnieść z pobytu studyjnego w Nowym Jorku? Czy czuje pan wdzięczność dla narodu amerykańskiego za wyzwolenie was z komunistycznego jarzma? Dlaczego nie porusza pan w swojej twórczości tematyki polskiego antysemityzmu ani kwestii queer? Czy nie wydaje się panu, że w dzisiejszych czasach sztuka powinna zajmować bardziej jednoznaczne stanowisko polityczne i mówić pełniejszym głosem? Albo gdy każą mu za owo krótkie stypendium zrewanżować się jakimś na miejscu wykonanym dziełem? Cóż im odpowie tym swoim kulawym angielskim? Nie dość, że słabo znał angielski, to odzwyczaił się już nawet od mówienia po polsku…

Teraz siedział w samolocie i nie było odwrotu, szykował się na wielką kompromitację i nie miał najmniejszego pojęcia, jak jej uniknąć, co powiedzieć, kiedy padną te wszystkie trudne pytania. Udawać dzikiego, nieujarzmionego Słowianina czy zahukanego przybysza z obrzeży Europy, którego onieśmiela ogrom i rozmach stolicy świata?

Sięgnął do siatki ze sklepu wolnocłowego i wyjął szczelnie zamkniętą przezroczystą torbę, w której znajdowały się trzy płaskie plastikowe butelki, może mało eleganckie, ale za to bardzo praktyczne podczas nielegalnego picia w samolocie. W takie torby pakowano napoje sprzedawane na lotniskach, aby nikt nie mógł wnieść do samolotu płynnej bomby. Torby nie wolno było otworzyć aż do lądowania. Krystian uznał jednak, że to śmieszne – nawet jeśli ktoś z obsługi zauważy, że to zrobił, to przecież nie wysadzą go nigdzie po drodze. Rozerwał torbę i wyjął pierwszą butelkę. Odkręcił, przysunął się trochę do przodu i nalał wódki do pustego kubka po herbacie, którą dostał zaraz po starcie. Wypił jednym haustem. Całe szczęście nikt obok niego nie siedział, Krystian, przyklejony do ściany i okienka, miał obok siebie dwa wolne miejsca, na których rozrzucił gazety, samolot był zapełniony jedynie w jednej trzeciej, a miejsce Krystiana znajdowało się w tylnej części kadłuba, tak więc mógł spokojnie obserwować przejście i w porę dostrzec zagrożenie w postaci zbliżającej się eleganckiej stewardesy.

Poczuł się lepiej, ale nie na tyle, żeby poczuć się dobrze. Nalał jeszcze raz i znów wypił, zagryzając kanapką, którą zostawił sobie specjalnie na tę okazję. Zaczynało mu brakować palenia. Szkoda, że nigdy nie rzucił nałogu; pomijając wydatki związane z coraz droższymi papierosami i oczywiste ubytki na zdrowiu, palenie okazywało się najbardziej szkodliwe w momentach, kiedy nie można było zapalić.

Spojrzał do plastikowej torby, gdzie znajdowały się jeszcze dwie nienapoczęte flaszki, i nieco uspokojony zasiadł do lektury gazet. Gdy doszło do gwałtownej dezintegracji pasażerów lotu numer 966, Krystian od dłuższej chwili wpatrywał się w „Super Ekspress” albo „Fakt”, a może nawet „Fakty i Mity”, sam już nie bardzo wiedział. Zresztą nie miało to większego znaczenia. Poważne dzienniki opiniotwórcze, liczne tygodniki społeczne, polityczne i plotkarskie zostawił sobie na później. Najpierw chciał rozhuśtać percepcję i rozmiękczyć głowę, więc nim zagłębił się w długie wywiady z aktorkami, w pozory politycznej przenikliwości, w niepewne proroctwa społeczne i ptolemejsko-płaskie problemy globalne, postanowił poczytać sobie i pooglądać trochę Erosa i Thanatosa w wersji pauperum, czyli gołe dupy i trupy.

Gazety czytał coraz rzadziej, nudziła go ich bolesna przewidywalność. Od przewidywalności to on miał swoje życie, ale w sytuacjach takich jak ta, kiedy trzeba było zabić osiem długich godzin w samolocie, gotów był czytać do ostatniej litery nawet działy publicystyki, wywiady z analitykami giełdowymi i listy do redakcji. Przewidywalne były poważne artykuły, przewidywalne pytania i odpowiedzi w wywiadach, przewidywalne były skandale i afery kryminalne, a nawet zaskakujące wyniki meczów w działach sportowych.

Zmrużonymi oczami (bynajmniej nie był śpiący; w samolocie mógł upić się do nieprzytomności, ale niestety nigdy nie był w stanie zasnąć, bo gdy zamykał oczy, natychmiast wydawało mu się, że to nie on nurkuje w sen, tylko samolot leci gwałtownie w dół) wpatrywał się w pstrokatą stronę tytułową jednego z brukowców. A w te jego zmrużone oczy przerażonym wzrokiem wpatrywał się papierowy Jakub Fidelis, bohater medialny, popularny tancerz telewizyjny, a przede wszystkim żywa (przynajmniej w tamtym momencie) legenda antykomunizmu, polskiej demokracji, wolnego rynku, klubów tanecznych i pism kolorowych. Pierwszy Tancerz Rzeczpospolitej, kucharz, podróżnik, ikona stylu, marzenie wszystkich polskich kobiet i obiekt zazdrości wszystkich polskich mężczyzn.

Jakub Fidelis był poetą parkietów, wieszczem rozrywki dla milionów cierpiących na dojmującą codzienność telewidzów, był szklanym, plazmowym kochankiem, ojcem i synem dla polskich kobiet w wieku od siedemnastu do siedemdziesięciu pięciu lat. Jakub Fidelis dawniej był bożyszczem, a obecnie, jako że nieco się postarzał, był bogiem. Na zdjęciu w brukowcu wyglądał jednak na boga starego, chorego i zmęczonego, co było szokujące, zważywszy, że dotąd zawsze wyglądał młodo, zdrowo i wypoczęto. Patrząc na jego wielkie zdjęcie, Krystian pomyślał, że bogowie nie umierają młodo – bogowie umierają w średnim wieku: z podkrążonymi oczami, pierwszymi wyraźnymi zmarszczkami, rzednącymi włosami i zwężającymi się naczyniami wieńcowymi. Zdjęcie w gazecie tak bardzo odbiegało od znanego wizerunku Jakuba Fidelisa – tego bez zmarszczek, worów pod oczami i z gęstą grzywą – że Krystian przez moment nie mógł uwierzyć, że widzi przed sobą dawnego przyjaciela.

Jakub Fidelis zasiadał na Olimpie popkultury od 1989 roku, i wydawało się, że jest niezniszczalny, że czas mniej się go ima, że jego komórki wolniej się starzeją, że ciśnienie nie skacze mu niebezpiecznie jak większości jego rówieśników, a jego kondycja nie marnieje, tylko wręcz przeciwnie, wzrasta. Podobno (większość z tego, co o nim mówiono i pisano, zaczynała się od słowa „podobno”) w trzymaniu formy pomagało mu regularne przetaczanie krwi i kuracje para medyczne, ale nikt nigdy nie znalazł na to nawet nie tyle dowodów, ile choćby mocnych poszlak.

Podobno więc czasami, gdy znikał na krótko z parkietów i ekranów, zaszywał się w jakiejś pilnie strzeżonej prywatnej klinice, gdzie serwisowali go najlepsi i najdrożsi kardiolodzy, fizjoterapeuci i dietetyczki. Wracał stamtąd stuningowany i zliftingowany, jeszcze lepszy, zdrowszy i trochę młodszy, jak samochód po dobrej blacharce i z przekręconym licznikiem.

Jakub Fidelis odradzał się wciąż na nowo i powstawał z każdego upadku. Jakub Fidelis to nawet nie był Feniks, on był jak Polska: umęczony, ale niezniszczalny, zabity, ale zmartwychwstały. Żywy trup, choć bardzo przystojny. Teraz Krystian spoglądał ze zdziwieniem w jego twarz, nie dlatego że znał go z telewizji, kolorowej prasy i z internetu, że oglądał w tok szołach i programach tanecznych, ale dlatego że znał go od dzieciństwa i że przyjaźnili się kiedyś naprawdę blisko.

Dziś z dawnej przyjaźni zostały popiół i zgliszcza, a to, że nie walczyli ze sobą publicznie, wynikało jedynie z faktu, że Jakub Fidelis był wszędzie, a Krystiana Apostaty nie było nigdzie. Jakub Fidelis tańczył w telewizjach publicznych i prywatnych, zapraszał do swojego programu ludzi sławnych i chwilę później był przez nich zapraszany, a w ich programach znów tańczył i mówił. Jakub Fidelis potrafił bowiem nie tylko tańczyć do utraty tchu, ale także bardzo dużo mówić. Był tancerzem intelektualistą.

Tymczasem Krystian Apostata w zasadzie nie tańczył, mówił też raczej mało, wszak już się w życiu nagadał, a jeśli przemawiał, to raczej prywatnie, zwłaszcza że nikt nie oczekiwał od niego publicznych wystąpień. Od pewnego czasu mówił już częściej do siebie niż do innych, ze sobą prowadził wewnętrzne spory, siebie przekonywał lub namawiał do rezygnacji. Jeśli czuł potrzebę wygadania się, to wystarczało mu w zupełności lustro w łazience, ale że od pewnego czasu nie przepadał za swoim odbiciem, to i te łazienkowe monologi odeszły w zapomnienie.

Przyjaźń między Apostatą a Fidelisem przyszła naturalnie, jak nowa pora roku w czasach gdy pory roku zmieniały się jeszcze według odwiecznych zasad. Razem wzrastali, w osobnych przedszkolach, ale już w jednej podstawówce, obaj nosili okulary z zalepionym jednym szkłem, wyszczerzali do siebie aparaty korekcyjne, uzupełniali się nawet boiskowymi siniakami, bo kiedy Fidelis haratał sobie lewe kolano, Krystian to samo robił z prawym, gdy broczył prawy łokieć Krystiana, matka Jakuba przemywała synowi gencjaną lewy.

Stali się później pierwszym pokoleniem, które osiągnęło prawdziwą dorosłość w momencie zmiany ustroju, nie tę metrykalną, ale tę związaną z przełomowym wydarzeniem, które miało ich, przynajmniej w zamierzeniu, ukształtować na resztę życia.

Dzieciństwo i nastolactwo spędzili jeszcze w PRL-u, dowody osobiste otrzymali w chwili, gdy ustrój chwiał się jak pijany chłoporobotnik po wypłacie, a chwilę później okazało się, że są dwudziestoletnimi obywatelami iii Rzeczpospolitej. Gdy dorośli, na fali medialnych dyskusji o pokoleniach zostali nazwani przez gazety kolejno: Pokoleniem Urodzonym za Późnego Gomułki, Pokoleniem Wyborów Czerwcowych, Pokoleniem Piwa Królewskiego, Generacją Wszystko, Pokoleniem No Logo.

Krystian nie nadążał już za kolejnymi określeniami, a im ich było więcej, tym słabiej się z nimi identyfikował. Nie chciał należeć do żadnego pokolenia, podobnie jak Jakub wierzył w indywidualność, nie w zbiorowość, wszelkich zbiorowości obaj mieli serdecznie dosyć, choć tak naprawdę nie byli nawet w harcerstwie ani w Ochotniczych Hufcach Pracy, a tylko w Szkolnej Kasie Oszczędności i w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, nie wiedząc nawet za dobrze, kto i kiedy ich tam zapisał.

Krystian obliczył, że w ciągu dziesięciu lat, gdy przez łamy prasowe przetoczyły się fale dyskusji generacyjnych, bo wydawcy uważali, że w ten sposób przyciągną młodych czytelników, powołano do życia siedemnaście pokoleń. Był to bezsprzeczny dowód na to, że w ponowoczesności czas naprawdę przyspieszył. Kiedy jednak Krystian podzielił te siedemnaście pokoleń na pięć tytułów, które je opisywało, wyszło już niecałe trzy i pół pokolenia na jeden, bo każda z gazet to samo pokolenie musiała nazwać po swojemu. W cyklu reportaży opisywała więc, dajmy na to, Generację Chcemy Mieć Wszystko, następnie publikowała listy od czytelników, którzy się z tą generacją identyfikowali, oraz tych, którym ideowo od takiego określenia było jak najdalej. Następnie fragmenty dyskusji na forum internetowym, a także wywiady z socjologami młodzieży, antropologami kultury, publicystami, księżmi oraz politykami różnych opcji, dzięki czemu wszyscy mieli pracę, zyskiwali chwilową popularność i byli zadowoleni. Rzadki moment.

Gdy zaś skończyła się już dyskusja o generacji młodych ambitnych profesjonalistów, powoływano do życia kolejne pokolenie, które w przeciwieństwie do poprzedniego nie stawiało na karierę zawodową, tylko na rodzinne spełnienie, nie chciało wyjeżdżać na staż do Ameryki, tylko na pielgrzymkę do Tybetu, i zamiast żyć w samotności wolało łączyć się w pary i oddawać prokreacji. A potem pojawiało się kolejne, tym razem sfrustrowane, bezrobotne, odrażające, brudne, złe, które miało butelki z benzyną i kamienie, ale jakoś nie spieszyło się ich użyć. Jedno się natomiast nie zmieniało – żadne z tych rozlicznych pokoleń nie miało swojego przeżycia pokoleniowego. Prawdziwej traumy, wojny, powstania, rozbiorów, niczego. Co najwyżej bessę na giełdzie i zwolnienia grupowe.

Jeśli chodzi o Krystiana, to mógłby on odczuwać pewną przynależność jedynie do Pokolenia Bez „Teleranka”. Tak jak miliony dzieci siedział rano w niedzielę trzynastego grudnia 1981 roku przed śnieżącym telewizorem i nie rozumiał, co się właściwie stało. Nie chodziło mu zresztą o sam „Teleranek”, tylko o jakiś serial, który po nim nadawano. Wtedy właśnie, tamtej zimowej, mroźnej niedzieli, jak później uznał, skończyło się jego dzieciństwo. Potem, gdy telewizja znów zaczęła nadawać, a jako teledyski puszczano maszerujących żołnierzy śpiewających O mój rozmarynie, Krystian stracił zainteresowanie starym rubinem i na dobrą sprawę aż do końca lat osiemdziesiątych, kiedy to Jakub Fidelis stał się posiadaczem odtwarzacza wideo, nie zwracał większej uwagi na to medium.

Nie mieszkał już wtedy z ojcem, dozór sprawowało nad nim ciotkostwo, ale tamtego niedzielnego przedpołudnia Kazimierz Apostata zajechał służbowym samochodem pod kamienicę na Racławickiej i Krystian usłyszał z pokoju, jak mówi, wchodząc do mieszkania: wpadłem tylko na chwilę, muszę zaraz lecieć na odprawę. A potem dobiegły go z kuchni jakieś szepty i nagle podniesiony głos ciotki i tonujący ojca: uspokój się, proszę, nie histeryzuj, zawsze miałaś tendencję do histeryzowania. Potem ojciec przyszedł do Krystiana, ale nic nie mówił, pogłaskał go tylko po głowie i bez przerwy palił, jeszcze więcej niż zazwyczaj, zgasił jednego papierosa w talerzyku stojącym pod donicą z kwiatkiem i zapalił natychmiast następnego. Muszę już iść, powiedział tylko, zmierzwił zdziwionemu Krystianowi włosy, wpadnę jutro, dodał i zniknął, zresztą nie po raz pierwszy w życiu Krystiana.

Całą niedzielę Krystian spędził w przekonaniu, że stary rubin, teoretycznie kolorowy, ale pokazujący świat raczej w buraczkowych barwach, w końcu się zepsuł. I tak dobrze, że nie wybuchł, pomyślał wtedy, mając w pamięci wszystkie słynne historie o wybuchających telewizorach, od których zapalały się całe mieszkania. Ale gdy chciał zadzwonić do Jakuba i podzielić się z nim swoim małym nieszczęściem, okazało się, że oprócz rubina nie działa również telefon.

Następnego dnia miała być klasówka z matematyki, i już od niedzielnego wieczora Krystian zaczął symulować grypę. W poniedziałek rano obudziło go czyjeś dotknięcie i to znów był ojciec. Usiadł na brzegu łóżka, nie zdjąwszy nawet palta, i położył mu rękę na czole: nie masz temperatury, ale skoro rzeczywiście jesteś chory, to lepiej, żebyś poleżał kilka dni pod kołdrą. Nic nie stracisz, bo szkoły dziś nie ma i nie będzie ani jutro, ani pojutrze, więc nie grożą ci zaległości. Krystian zerwał się z łóżka i podbiegł do okna – na podwórku tłum dzieci lepił bałwany i szalał na sankach, bo zima była śnieżna tego roku. Co się stało? zapytał. Masz nadprogramowe ferie, powiedział ojciec, wracaj do łóżka i się lecz, wpadnę niedługo. I wypadł z mieszkania, a jego miejsce przy łóżku Krystiana zajęła ciotka, która przyniosła mu właśnie znienawidzone mleko z miodem i czosnkiem. Pij powoli, bo gorące, powiedziała, nie ma lepszego lekarstwa na przeziębienie i grypę.

Krystian zaciskając zęby i w milczeniu oddając się furii, musiał spędzić pełne trzy dni pod kołdrą, czytając Dzieci kapitana Granta Verne'a i książeczki z serii „Z tygrysem” i dopiero po tej kwarantannie ciotka, spojrzawszy mu uważnie w oczy, powiedziała, że może wyjść z domu, tylko musi się bardzo ciepło ubrać; nie ma mowy, żeby nie założył okropnej czapki z nausznikami i gryzących wełnianych rękawic oraz paskudnego szalika w paski.

Wtedy Krystian wiedział już, co się stało, wiedział że jest stan wojenny, ale nie przejął się tym za bardzo. Wszak ominęła go klasówka z matematyki, a na dodatek pojawiły się niespodziewanie dodatkowe ferie.

Następne dni spędzili z Jakubem, wystając na chodniku alei Niepodległości i z dziecięcym zachwytem obserwując kolumny czołgów T-55, transporterów opancerzonych SKOT i bojowych wozów piechoty z hurgotem toczących się od Śródmieścia w kierunku Ursynowa i z powrotem. Byli zafascynowani tą niby-wojną, mimo potężnych mrozów zazdrościli zziębniętym żołnierzom grzejącym się przy koksownikach i pilnującym śniegu i lodu, aby nikt go nie ukradł i nie wywiózł z Polski. Poszli pod kino „Moskwa” na Puławskiej, żeby zobaczyć SKOT-y stojące na tle reklamy filmu Czas Apokalipsy, ten najsłynniejszy landszaft stanu wojennego, i wtedy Jakub, wskazując na buty żołnierzy powiedział: ale te gumofilce to jednak syfiaste mają, w takich butach nie da się wygrać nowoczesnej wojny. Jak by tu przyszli zachodni Niemcy, to nie mielibyśmy nic do gadania. Zresztą oni nie tylko buty mają lepsze, ale czołgi i samoloty też, ten stan wojenny to jedyna wojna, którą Polska ma szansę wygrać. Krystian nic wtedy nie odpowiedział, choć intuicyjnie czuł, że Jakub ma rację, ale chciał wierzyć, że gdyby naprawdę przyszło co do czego, to w gumofilcach, czy choćby boso, Polska by wojnę wygrała, nawet z Niemcami.

Nazwanie ich Pokoleniem Bez „Teleranka” w żaden sposób nie określało jednak ich postawy życiowej, mieli wtedy przecież raptem po trzynaście lat. A w tamtych czasach młodzież dojrzewała późno. W grudniu 1981 roku żaden z nich nie palił jeszcze ani nie pił. Nie byli też uzależnieni od internetu, play station ani wysyłania esemesów. Były to czasy przedhistoryczne.

Mediom piszącym o kolejnych mnożących się pokoleniach zależało na podkreśleniu, że ich przedstawiciele należą do generacji buntowników, nawet jeśli buntowali się przeciw buntowi i wybierali słodko-kwaśny konformizm. Krystian Apostata nigdy nie mógł wyczołgać się z podziwu dla inwencji dziennikarzy, natomiast Fidelis przyjmował ją z naturalnością i zrozumieniem.