Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ale nam się wydarzyło - Maciej Zięba OP

Ale nam się wydarzyło” – bez docenienia, jak bardzo zostaliśmy obdarowani przez Pana historii, żyjąc w okresie pontyfikatu Jana Pawła II, fenomenu „Solidarności” oraz niepodległej III Rzeczpospolitej, nie zdobędziemy się na realistyczną analizę naszego czasu i na odwagę budowania przyszłości. I chociaż pojawią się na tych kartach nuty pesymizmu, to wiem, że bez elementu dziękczynienia, tak ważnego w chrześcijańskiej duchowości i tak łatwo zagłuszanego przez codzienne troski, łatwo damy się przygnieść ciężarom doczesności, zamykając się zarazem na działanie Ducha Świętego. Bez tworzenia „kultury pojednania” będziemy skazani na nieskończone swary i nieustanne „mącenie w narodowej kadzi”.

Opinie o ebooku Ale nam się wydarzyło - Maciej Zięba OP

Cytaty z ebooka Ale nam się wydarzyło - Maciej Zięba OP

Dla Jana Pawła II alienacja ma zatem charakter znacznie głębszy i bardziej uniwersalny. Istnieje ona jako realny problem również w liberalnych demokracjach. Może bowiem wystąpić w „sferze konsumpcji”, kiedy wikła człowieka „w sieć fałszywych, powierzchownych satysfakcji” oraz w „sferze pracy”, gdy jej „organizacja jest nastawiona tylko na maksymalizację produkcji i zysku, pomija zaś to, w jakim stopniu pracownik przez własną pracę realizuje się jako człowiek”
„człowiek nie uznając wartości i wielkości osoby w samym sobie i w bliźnim, pozbawia się możliwości przeżycia w pełni własnego człowieczeństwa i nawiązania tej relacji solidarności i wspólnoty z innymi ludźmi, dla której został stworzony przez Boga. Człowiek bowiem staje się sobą poprzez wolny dar z samego siebie”
Grzech zaniechania Natura nie znosi próżni. Rzeczywistość ludzka jest dynamiczna. Nie trzeba aktywnie występować przeciwko dziełu pojednania i dialogu, by umacniać urazy i podziały. Wystarczy grzech zaniechania. Już w III wieku św. Cyprian napisał: „Nie może być jedności czy pokoju, tam, gdzie się nie podtrzymuje wzajemnego zrozumienia i nie dokłada niestrudzenie starań o utrzymanie zgody”. Wystarczy więc przekonanie o bezsensie dialogu i pojednania, by spokojnie tkwić w przekonaniu o własnej nieskazitelności i prawości. Tymczasem Jan Paweł II nie pozostawia w tej materii wątpliwości: „Ludziom współczesnym, tak wrażliwym
na konkretne świadectwo życia, Kościół winien dawać przykład pojednania przede wszystkim w swoim łonie; dlatego wszyscy musimy pracować nad uspokojeniem umysłów, zmniejszeniem napięć, przezwyciężeniem podziałów, uzdrowieniem ran zadawanych niekiedy sobie wzajemnie” ( Reconciliatio et poenitentia 9). Te papieskie słowa: „wszyscy” i „musimy” nie pozostawiają wątpliwości. Ktoś, kto uważa, że jego te słowa nie dotyczą, nie powinien mieć prawa do mówienia o swojej miłości do Jana Pawła II oraz o inspirowaniu się jego myślą i działaniem. I w takim właśnie kontekście trzeba sobie zadać trudne pytanie: w jakim stopniu jesteśmy w Polsce

Fragment ebooka Ale nam się wydarzyło - Maciej Zięba OP

© Maciej Zięba OP 2013

© Copyright for this edition Wydawnictwo W drodze 2013

Projekt okładki i stron tytułowych

Radosław Krawczyk

Redaktor

Magdalena Ciszewska

Redaktor techniczny

Justyna Nowaczyk

ISBN 978-83-7033-924-1

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

W drodze 2013

ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

Wstęp

„Ale nam się wydarzyło” – tymi na poły żartobliwymi, pełnymi radości słowy wypowiedzianymi przed Zgromadzeniem Narodowym podsumowywał Jan Paweł II niezwykły w skali ponadtysiącletniej historii polskiej państwowości i polskiego Kościoła czas, w którym przyszło nam żyć. Niedostrzeganie niezwykłości tego czasu, czasu zarówno wielkich sukcesów, jak i wielkich możliwości, może mieć swe źródło w braku intelektualnego dystansu albo w małoduszności – w zagubieniu proporcji w ocenie problemów, z którymi się dzisiaj borykamy.

Bardzo boleję nad kształtem III Rzeczpospolitej, bo niestety daleko jej do państwa, którym zostać powinna. Bardzo troskam się też o kondycję Kościoła w Polsce, który – w mym przekonaniu – w jakiejś mierze traci wielki dorobek paru minionych stuleci i w nikłym stopniu podejmuje wielki twórczy impuls płynący z pontyfikatu Jana Pawła II. Troski i bóle nie mogą jednak przesłaniać tego, że problemy, które dziś napotykamy, dla wielu pokoleń Polaków mogły być jedynie przedmiotem marzeń. I wielu przedstawicielom tych pokoleń przyszło zapłacić ogromną, często najwyższą cenę za to, aby pod koniec XX stulecia – na naszych oczach – mogła się urzeczywistnić wizja prężnego Kościoła działającego w niepodległym i niezagrożonym w swoim fizycznym istnieniu polskim państwie.

Małodusznością byłoby także niedocenianie największego polskiego sukcesu – sukcesu o znaczeniu światowym – jakim stała się w czasach komunizmu „Solidarność”, a także znaczących osiągnięć w budowaniu Rzeczypospolitej. „Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian – mówił Jan Paweł II w gmachu Sejmu – za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, którzy w tamtych trudnych dniach byli zjednoczeni tą samą troską o prawa człowieka, tą samą świadomością, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim”. Ta troska, która ponad bardzo wieloma podziałami potrafiła jednoczyć Polaków, miała bez wątpienia swe chrześcijańskie korzenie. „Jednoczyło ich głębokie przekonanie o godności każdej osoby ludzkiej, stworzonej na obraz i podobieństwo Boga i odkupionej przez Chrystusa” – kontynuował Papież. Jednakże prawa człowieka wypływające z uznania godności każdej osoby ludzkiej mają wartość uniwersalną i realnie budowały solidarność ludzi różnych światopoglądów i odmiennych przekonań. Zrozumiałe jest, że dzisiaj w pluralistycznej demokracji i wielobarwnym Kościele taki poziom zjednoczenia nie jest możliwy, a wręcz byłby szkodliwy.

Napięcia czy konflikty między różnymi grupami są nieuchronne, a często bywają też twórcze. Zresztą istniały one także w Kościele w PRL i nie brakowało ich w „Solidarności”. Jednakże oczywistość tego faktu niesłusznie uspokaja, a często wręcz usypia polityków, politologów i publicystów w naszym kraju, co świadczy o słabych zdolnościach analitycznych i braku wyobraźni społecznej. Istotne jest bowiem nie samo istnienie podziałów i napięć, ale zasięg, liczba i głębia konfliktów oraz sposoby ich minimalizowania. Od tego w znacznej mierze zależy poziom zaufania społecznego i społecznej solidarności, zdolność do współpracy oraz tworzenia kompromisów, czy też umiejętność zasypywania podziałów w celu budowania dobra wspólnego. Jakość życia politycznego, efektywność gospodarki, sprawność samorządu i sądownictwa, rozwój nauki i wynalazczości w ogromnej mierze zależą od tych niewymiernych elementów.

Z przekonania, że we wciąż młodej polskiej demokracji nie doceniamy znaczenia tych podstawowych elementów życia społecznego, że podporządkowujemy je zasadzie krótkoterminowych, frakcyjnych korzyści, że dekapitalizujemy wielki społeczny potencjał magisterium pontificium oraz „Solidarności”, zrodziła się ta książka. Wzięła się ona też z przekonania, że poniższe wypowiedziane w polskim parlamencie słowa Jana Pawła II odnoszą się nie tylko do posłów i senatorów: „Dzisiaj zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja”. Sądzę, że te słowa Jana Pawła II odnoszą się do nas wszystkich. Do nas, którzy przez tak wiele lat słuchaliśmy, oglądaliśmy i odwiedzaliśmy „naszego Papieża” i z którym wielokrotnie modliliśmy się razem.

Czas płynie nieubłaganie i z każdym rokiem powiększa się grupa Polaków, którzy postać Karola Wojtyły znają jedynie z niezliczonych pomników, nazw szkół, rond, alei i placów oraz przywoływanych okolicznościowo cytatów. Nie jest on już dla nich osobistym świadkiem Ewangelii, wielkim człowiekiem Kościoła, polskim patriotą i obywatelem świata, a zarazem kimś bardzo bliskim. Nie znają oni również – trzeba to jasno powiedzieć – papieskiego nauczania, które nadal proponuje twórczą, nowoczesną i tradycyjną zarazem, całościową i konkretną oraz łączącą doczesność z transcendencją, chrześcijańską wizję rzeczywistości. Dlatego w tej książce, która stanowi zbiór tekstów publikowanych w różnych pismach, ale gruntownie przeredagowanych i uzupełnionych, a często po prostu napisanych na nowo, na początku części pierwszej „O Papieżu i Polsce” (rozdziały 1–3) staram się przypomnieć bardzo odległy już czas, gdy Karol Wojtyła wstępował na Stolicę Piotrową, a następnie przywołuję ważne osiągnięcia i idee jego pontyfikatu (rozdziały 4–9), by z kolei zastanowić się nad wpływem nauczania Jana Pawła II w naszym kraju (rozdziały 10–15). Wyznam, że długo się wahałem, czy zamieścić kolejną partię tekstów (rozdziały 16–20), wpisuje się ona bowiem najbardziej w aktualny polski kontekst i w związku z tym jest najbardziej podatna na dezaktualizację. I jakże bardzo pragnę, by zdezaktualizowała się ona jak najszybciej, stając się historycznym świadectwem dawno minionej epoki! Realizm nie pozwala mi jednak zbytnio na to liczyć, a wtedy pominięcie odniesień do sytuacji w Polsce po śmierci Jana Pawła II byłoby jakąś formą uniku. Dlatego jednak cała druga część „O Kościele i świecie” (rozdziały 21–28) stanowi szersze, przekrojowe spojrzenie na nauczanie Kościoła, na podstawowe, a zarazem aktualne tematy dotyczące spraw społecznych, polityki i ekonomii. I ma ona znacznie bardziej uniwersalny oraz ponadczasowy charakter.

„Ale nam się wydarzyło” – bez docenienia, jak bardzo zostaliśmy obdarowani przez Pana historii, żyjąc w okresie pontyfikatu Jana Pawła II, fenomenu „Solidarności” oraz niepodległej III Rzeczpospolitej, nie zdobędziemy się na realistyczną analizę naszego czasu i na odwagę budowania przyszłości. I chociaż pojawią się na tych kartach nuty pesymizmu, to wiem, że bez elementu dziękczynienia, tak ważnego w chrześcijańskiej duchowości i tak często zagłuszanego przez codzienne troski, łatwo damy się przygnieść ciężarom doczesności, zamykając się zarazem na działanie Ducha Świętego. Bez tworzenia „kultury pojednania” będziemy skazani na nieskończone swary i nieustanne „mącenie w narodowej kadzi”.

Skoro już przywołałem Wyspiańskiego, przypomniał mi się też fragment jednego z listów, które otrzymałem od Jana Pawła II: „Czy Polacy wyciągną nieodzowne wnioski w stosunku do przyszłości? Czy potrafią się zmobilizować pod kątem Tertio Millennio? Modlił się kiedyś Wyspiański słowami Konrada w »Wyzwoleniu«: Jest tyle sił w narodzie, jest tyle mnogo ludzi. Niechże w nie Duch Twój wstąpi, i śpiące niech pobudzi… Chyba jest to modlitwa także na dzisiaj”.

Tak, to jest także papieska modlitwa na nasze dzisiaj…

Maciej Zięba OP

rozdział 1

Poznań – Trzemeszno, 16 października 1978 roku

Jeszcze jedna pigułka I jeszcze jeden bicz

Jeszcze raz ta formułka Widać tak musi być

Widocznie to potrzebne Wznosić okrzyki łgać

lub milczeć Wszystko jedno i do łóżka się kłaść

I na nowo od rana Maskować się i drżeć

Głosować Donieść Skłamać i żyć Normalna rzecz1

Stanisław Barańczak

Kolejny, szary szarością realnego socjalizmu, dzień gierkowskiej Polski. Jako świeżo upieczony magister fizyki raz w miesiącu jeżdżę na trzy dni mierzyć skażenie środowiska w wielkopolskich jeziorach. Po drodze z Wrocławia do Trzemeszna zatrzymuję się w Poznaniu, aby odwiedzić przyjaciół. Jest późne popołudnie 16 października 1978 roku. Dojeżdżam autobusem do pętli znajdującej się na krańcu tonącego w błocie blokowiska dumnie zwanego osiedlem Mikołaja Kopernika.

Każdy z nas ma schronienie w betonie, oprócz tego po jednym balkonie, na nim skrzynkę, gdzie sadzi begonie – pisał o mieszkaniach z wielkiej płyty młody doktor polonistyki zajmujący osiedlowe M-3 przy ulicy Newtona 8a. Dookoła sterczą, zda się klonowane bez końca, z rzadkiego błota, z gliny wilgotnej wyrosłe wieżowce/ w jedenastopiętrowy swój byt na mur-beton wierzące, pod którymi przycupnęło parę licho skleconych budek prywaciarzy (ten cały prosty świat, moja grobowa/ płyto,dykto, tekturo, płyto paździerzowa) i niewielki sklep mięsny, przykryty jaskrawo-brudnym dachem z eternitu, wypełniony szeregami pustych haków (Kobiety w średnim wieku, staruszki, emeryci/ za czym stanęliście murem pod murem tej kamienicy/, w której ceglanym pierścieniu tkwi brylant witryny „MIĘSO”?).

U Barańczaków ściany z „rzadkiego błota i gliny” są pogrubione o głębokość regałów, które – szczelnie wypełnione książkami –z każdej strony otaczają człowieka. Z Anną i Stanisławem rozmawiamy o nowych publikacjach „drugiego obiegu”; o kolejnych zatrzyma­niach naszych przyjaciół; a także o paru maniakach z kręgu opozycji, którzy uwierzywszy w swój mesjanizm, utrud­niają nam życie nie gorzej niż SB. Chwalę się nowym pomysłem, o którym już głośno jest we Wrocławiu i który wystartuje za sześć dni – Tygodniem Kultury Chrześcijańskiej. Uczestniczyć w nim będą m.in. Bohdan Cywiński, Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Jacek Woźniakowski i Kisiel (Stefan Kisielewski). Potem ciepło mówimy o pontyfikacie Jana Pawła I i rozpoczynającym się konklawe. Jesteśmy przekonani, że potrwadobrych parę dni. Na zakończenie dostaję tomik Barańczakowych wierszySztuczne oddychanie.Piękny. Nie z powielacza czy z offsetu, lecz prosto z Zachodu. Wydany w londyńskiej Oficynie Poetów i Malarzy, drukowany na czerpanym papierze, z pięknymi ilustracjami Jana Leben­steina. Prawdziwy skarb! Na pierwszej stronie Stanisław napisał: „Maćkowi, z przyjaź­nią i z nadzieją, że nasze oddychanie w PRL będzie może wkrótce bardziej naturalne”.

Robi się ciemno. Ponad głowami i ponad słowami/ Ponad domami i ponad dymami/ Ponad dachami i ponad oddechami/ Zapada noc. Trzeba jechać. Zawijam starannie książeczkę w sweter i chowam na dnie plecaka. Autobus czeka na pętli. Długa jazda przez spowite mrokiem (prądu coraz bardziej brakuje) poznańskie ulice i wreszcie w dole dostrzegam fasadę Dworca Głównego. Mam coraz większą nadzieję, że tym razem może mi się upiecze. Niestety, tuż przed wejściem do dworcowej hali słyszę sakramentalne: „Pan pozwoli z nami”. Mundurowy patrol MO. Mówi się trudno. Naiwnością było oczekiwać, że tym razem nie będą cię śledzić. Mieszkanie Staszka obstawione jest szczelnie – dniami i nocami. I nad poddaniem się i nad niezgodą/ I nad ugodą czyjąś z samym sobą/ Ponad niewolą i ponad swobodą/ Zapada noc. Jest jednak szczęście w nieszczęściu. Najwidoczniej czuwa nade mną Opatrzność, bo milicjanci tylko spisują moje dane z dowodu osobistego. To niegroźne. Bałem się, że zrewidują mi plecak i nie dość, że zabiorą bezcenny tomik, to jeszcze potem dostanę kolegium za rozpowszechnianie druków szkalujących Polską Rzeczpospolitą Ludową. Gdy słyszę: „Jest pan wolny”, patrzę prawie z wdzięcznością – i za ocalenie książki, i za otrzymaną właśnie od władzy łaskę wolności – na biednych, nieco zakłopotanych milicjantów wykonujących esbeckie polecenia. Po chwili wraz z starym niebiesko-żółtym „trójczłonem”2 rozpoczynamy powolną, przerywaną co chwilę przez kolejny odrapany szyld z wymalowaną na nim historyczną, staropolską nazwą, podróż do reszty ekipy.

Tuż przed dziesiątą pociąg doturlał się wreszcie do Trzemeszna. Teraz czeka mnie długi spacer, bo jezioro leży po drugiej stronie miasta. Po paru chwilach szybkiego marszu dostrzegam po prawej stronie kontury romańskiej bazyliki. I powiedz czemu i powiedz czy wszędzie/I wciąż tak samo i zawsze już będzie/ nad dachy fabryk kościołów i więzień/ zapadać noc. Odruchowo sprawdzam, czy nikt się nie czai w zakamarkach majestatycznej budowli. Nieco dalej, na rynku stoi kilka osób. Przyglądam się im bacznie, by zorientować się, czy nie ma wśród nich agentów. Często najbardziej podejrzani są ci, którzy wyglądają najniewinniej. Chyba są to jednak zwykli klienci sklepu meblowego, który otworzą jutro przed południem. Czekają na nową dostawę. Zastanawiając się, czy jestem naiwny, czy też – ze względu na ukryty w plecaku skarb – nadmiernie podejrzliwy, długo rozważam możliwość sformowania sklepowej kolejki przez agentów SB w ramach – jak to ujmują w raportach – prowadzonych prac operacyjnych. Nikt nie odpowie Nad ziemią nad miastem/ nad pokojem nad ciałem twym własnym/ głuchym spokojem i milczącym kłamstwem/ zapada noc. Dywagując tak, docieram wreszcie do naszych kwater nad jeziorem. Kierowcy i technicy przyjechali tu dwoma wysłużonymi żukami3 parę godzin przede mną. W ich pokoju jest już ciemno. Nic dziwnego. Pewnie jak zwykle popili zaraz po przyjeździe i poszli spać. Zgadza się, słyszę dobiegające zza ściany chrapanie, ale zaglądam do środka. Marek, szczupły chłopak świeżo po technikum, jeszcze nie zasnął. Podnosi głowę na mój widok i znając, jak wszyscy w instytucie, mój opozycyjno-klerykalny rodowód, uśmiecha się i mówi:

– Dobry wieczór, panie magistrze. Wie pan, kogo wybrali na papieża?

– Już wybrali?! Jak to? Tak szybko? Niech pan mówi!

– Polaka… tego z Krakowa.

Spił się tak samo jak reszta, bałwan jeden.

– Jest pan pijany – mówię wściekły, że dałem się nabrać na głupi dowcip, który, co gorsza, skutecznie mnie zirytował.

– Nie jestem – bezradnie oponuje młody technik.

Podenerwowany wybiegam z budynku w poszukiwaniu kogoś, kto pozwoliłby zweryfikować dziwaczną informację pana Marka. Jedyny dom stojący w sąsiedztwie to budynek PGR – Państwowego Gospodarstwa Rybnego – w którym mieszkają rybacy odławiający z jeziora węgorze. Oddają państwu, co państwowe, a resztą pokątnie handlują. Również dla każdego członka naszej ekipy organizują po parę kilogramów. I ja korzystam z tego co miesiąc, bo choć z jednej strony jest ze mnie idealistyczny inteligent, to staram się też sprawdzać jako zdobywający pożywienie samiec. Normalnie w sklepie węgorza kupić się nie da. Niestety, w PGR też już chyba wszyscy posnęli, dostrzegam jednak przebijającą się przez framugę jednego z okien na parterze słabą bladofioletową poświatę telewizora. Wbrew wrodzonej nieśmiałości każącej unikać kontaktów z nieznajomymi, stukam do obcych drzwi. Odpowiada mi cisza. Ponawiam pukanie. Dalej cicho. Naciskam klamkę. Drzwi są otwarte. Włączony telewizor stoi na końcu pokoju i oświetla półleżącą na tapczanie trzydziestoparoletnią kobietę w szlafroku. Ma rozmazany makijaż, śpi, lekko pochrapując. Nie bacząc na konsekwencje, chwytam ją za ramię. Po chwili kobieta otwiera oczy, w których dostrzegam lęk i zdumienie.

– Kogo wybrano na papieża? – pytam.

– A… tego… z Krakowa – mamrocze.

Boże! Co za ulga! Obracam się i widzę, jak głowa kobiety znów opada bezwładnie na tapczan.

Wychodzę nad jezioro. Maleńkie zmarszczki fal bezgłośnie omywają przybrzeżny piasek. Mleczna Droga delikatnie rozcina i wodę, i niebo. Staram się modlić, ale wysiłek jest bezsen­sowny, gdy każdy nerw i każda żyłka w moim ciele pulsują stopione z rytmem otulającego mnie nocnym mrokiem kosmosu. A może raczej, po raz pierwszy w mym życiu, na moment przestały pulsować i dlatego jest wręcz idealnie cicho? Bywają takie – rzadkie i bezcenne – chwile, w których nikną nawet niewypowiedziane słowa i rozwiewają się najprostsze myśli. Człowiek, czując, że jest jedynie przechodniem w rzeczywistości, dotyka wtedy prawdziwego pokoju. Wie – i nie jest to odkrycie smutne – że to, co istotne, odbywa się całkowicie poza nim. Rozumie, że nagle cały świat odmienił swą postać. I chociaż wszystko z pozoru wygląda tak samo, to przecież, w istocie, staje się całkowicie odmienione. Więcej, nigdy już nie będzie takie samo, choć w uszach wciąż jeszcze dźwięczą strzępy minionych rozmów, a pamięć podsuwa skrawki starych wierszy.

Nawet nie usiłuję okiełznać myśli, bo z łagodnie promieniującym we wnętrzu pokojem, całym sobą czuję, że nie jestem w stanie ogarnąć tego, co się dopiero zaczyna. To nieważne. To dopiero nadejdzie. W tym momencie całkowicie wystarcza, że wiem z absolutną jasnością, że to już koniec, raz na zawsze, definitywny koniec starego świata.

Ponad dachami i ponad oddechami

Ponad dniami i ponad dymami

Ponad głowami i ponad słowami

Zapada noc

Zapada noc

Zapada noc

rozdział 2

Kościół i świat przed 16 października 1978 roku

„To cud! To jest pierwsze pozytywne wydarzenie od czasu pierwszej wojny światowej i zmieni ono oblicze świata” – zawołał wielki prawosławny pisarz i rosyjski dysydent na wieść o wyborze Karola Wojtyły na papieża4. Historia bez wątpienia przyznała rację Aleksandrowi Sołżenicynowi. Czas jednak płynie nieubłaganie. Dziś polski pontyfikat jest już nie tylko historią. Jest pewną oczywistością. Wciąż dobrze pamiętamy Kościół, który Jan Paweł II współtworzył i reformował, ale mniej mamy w pamięci, jak wyglądał Kościół, w którym został wybrany papieżem. To skrócenie perspektywy utrudnia nie tylko ocenę jego pontyfikatu, ale i zrozumienie wielu papieskich działań, na które miała wpływ sytuacja Kościoła i świata w połowie lat 70. ubiegłego wieku. Dlatego warto usytuować działalność Jana Pawła II w kontekście, w który został niejako wpisany, obejmując Stolicę Piotrową, aby sporządzić swego rodzaju bilans otwarcia pontyfikatu. W owym czasie istniało bowiem pięć podstawowych problemów, z którymi Jan Paweł II musiał się mierzyć od chwili, gdy został papieżem. Chciałbym też zwrócić uwagę, jak jego teologiczne, społeczne i duszpasterskie poglądy, wypracowane jeszcze w Polsce, wpłynęły na sposoby rozwiązywania spraw w Kościele powszechnym.

Przyjrzyjmy się więc na początku poprzednikowi Karola Wojtyły, Pawłowi VI, wrażliwemu intelektualiście, wychowanemu w subtelnej szkole myśli francuskiej, człowiekowi posiadającemu staranne, klasyczne wykształcenie eklezjalne i duże doświadczenie dyplomatyczne. Pierwszy z tych motywów, myśl francuska, przejawiać się będzie w pewnym – wyrafinowanym intelektualnie – uleganiu duchowi lat 60. i 70. XX wieku. Drugi wpłynie najsilniej na jego myślenie wewnątrzkościelne, w którym spokojnatemperantiazastąpi spontaniczność Jana XXIII. Trzeci, doświadczenie dyplomatyczne, zdecyduje o jego sposobie widzenia relacji między Kościołem a światem. Charakterologicznie Paweł VI był człowiekiem, który, dostrzegając wszelkie subtelności stojących przed nim problemów oraz złożoność rzeczywistości, miał trudności z podejmowaniem decyzji. Jego poprzednik Jan XXIII mawiał o nim żartobliwieamleto– Hamlet5. Między innymi z tego powodu pewne problemy w Kościele przez lata nie były rozwiązywane. Dotyczy to również owych pięciu kwestii, które zamierzam poniżej zasygnalizować.

Rewolta posoborowa

Pierwszą z nich była swoista rewolta posoborowa. Kilka dokumentów Soboru Watykańskiego II – zwłaszcza dekret Unitatis redintegratio (o ekumenizmie), deklaracja Dignitatis humanae (o wolności religijnej) i konstytucja Gaudium et spes (o Kościele w świecie współczesnym) – spowodowało bowiem silną i narastającą polaryzację w Kościele po zakończeniu soboru w połowie lat 60. Integryści przeżywali szok związany nie tylko z przemianami w liturgii, ale także z ewolucją relacji z innymi wyznaniami i religiami. Przekonanie o pełni i wyłączności posiadania prawdy było w owych kręgach fundamentem eklezjologii i źródłem przekonania, że wszyscy niekatolicy tkwią w błędzie. Wolność religijną zgadzano się więc tolerować jedynie pod przymusem okoliczności. Szok posoborowy miał tu podwójny charakter: z jednej strony dostrzegano duże zmiany wewnątrz Kościoła, zwłaszcza w liturgii oraz relacjach świeccy – duchowni, a z drugiej – w traktowaniu innych wyznań i religii oraz współczesnego świata. Doprowadziło to do rozpowszechniania poglądu, że podczas soboru została zerwana ciągłość nauczania Kościoła, a w konsekwencji żywiono w tych kręgach przekonanie, że Sobór Watykański II był wręcz nielegalny. Nawet dziś niewielka grupa integrystów utrzymuje, że konieczne jest odwołanie co najmniej tych trzech wspomnianych dokumentów, gdyż tylko taka decyzja pozwoli na powrót do głównego i ortodoksyjnego nurtu dwudziestu wieków nauczania Kościoła katolickiego. Obwiniają też oni sobór o wywołanie zamętu i kryzysu w Kościele – masowych wystąpień z kapłaństwa, znacznego spadku powołań i liczby praktykujących katolików.

Z kolei na przeciwległym biegunie pojawiła się cała gromada nie tylko teologów, ale i zaangażowanych przedstawicieli laikatu, która uważała, że soborowa odnowa to dopiero początek właściwych reform. Grupa ta ulegała często – używając frazy Jacques’a Maritaina – grzechowi chronolatrii (pośpieszne i powierzchowne transformowanie nauczania i liturgii Kościoła w duchu lat 60.). Uważała, że coś nareszcie pękło w zastygłej w trydenckiej formie oraz treści skorupie Kościoła, ale to dopiero początek pozytywnych zmian. Naturalną konsekwencją takiego myślenia był postulat zwołania następnego soboru i kolejne – jeszcze głębsze – reformy w Kościele. Sądzono zatem, że kryzys w posoborowym Kościele ma charakter ozdrowieńczy – oczyszcza z rutyny i klerykalizmu – a jego duży zasięg jest spowodowany przez utrzymujący się przez stulecia gorset trydencki, z którego wynika coraz większy anachronizm Kościoła6.

Większość Kościołów lokalnych jest więc w tym czasie wewnętrznie silnie spolaryzowana, a zarazem próbuje podkreślać, niekiedy jednostronnie, własną tożsamość. Przykładem mogą tu być poczynania Kościołów holenderskiego, amerykańskiego czy niemieckiego. Silnie dotąd scentralizowana jedność Kościoła zostaje poddana wielkiej i trudnej próbie.

Zbigniew Brzeziński oceniał wręcz, że w chwili, kiedy Jan Paweł II został papieżem, „Kościół katolicki był w stanie rozkładu, rozpływał się. Po Soborze Watykańskim II zamieniał się w sposób bardzo pospieszny w koalicję poszczególnych Kościołów lokalnych, coraz bardziej różniących się od siebie”7. Są to słowa mocne, ale prawdziwie opisujące kondycję Kościoła na początku pontyfikatu Jana Pawła II. Jego reakcja na to wezwanie, główny kierunek jego działań to dążenie do unikającego obu skrajności urzeczywistniania postanowień soboru. Już jako kardynał bardzo silnie angażował się w Krakowie w dzieło właściwej recepcji soboru, czego przejawem było napisane przezeń studium o soborowej odnowie oraz zwołanie synodu archidiecezji. Później, u progu nowego millennium, jako jeden z pięciu punktów do całościowego, podsumowującego dwa tysiące lat, rachunku sumienia Kościoła, wpisze – co znamienne – niedostateczne wcielanie w życie postanowień Soboru Watykańskiego II.

Rewolta polityczna

Drugim problemem tamtego czasu była rewolta polityczna. Lata 70. to bowiem okres konsekwentnego poszerzania się strefy wpływów sowieckiego realnego socjalizmu, który wykorzystując zarówno zmiany kulturowe, jak i instrumenty polityczne, finansowe oraz militarne, zdobywa kolejne przyczółki w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Spora część świata łatwo ulega mirażowi społeczeństwa bezklasowego, co jednak w konsekwencji, gdy dochodzi do realizowania owych ideałów, oznacza zazwyczaj terroryzm i wojny domowe, obozy koncentracyjne oraz ludobójstwo. Jest to wielkie wyzwanie dla całego wolnego świata, również dla Kościoła, bo wszystkie ruchy walczące o wprowadzenie socjalizmu odwołują się do pojęcia sprawiedliwości społecznej oraz do realnych, wołających niekiedy o pomstę do nieba, społecznych niesprawiedliwości.

Paweł VI był wobec tego wielkiego i rzeczywistego społecznego problemu dość bezradny, ponieważ miał lewicową wrażliwość społeczną, a zarazem nie wierzył bezkrytycznie w marksistowskie recepty na lepszą przyszłość. Wiedział jednak bardzo dobrze, że sytuacja społeczna w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Afryki czy Azji była z gruntu niesprawiedliwa: gromada oligarchów brutalnie wyzyskująca nieposiadających żadnych praw ludzi mieszkających w favelach czy współczesnych niewolników pracujących na skraju wyniszczenia w kopalniach bądź na plantacjach. Był to realny i poważny problem strukturalnej niesprawiedliwości społecznej, stąd też brał się silny i stale narastający wpływ teologii wyzwolenia, która zrodziła się w latach 60. na zachodnich uniwersytetach. Realność poważnego problemu społecznego silnie jednak ulega – w większości jej wpływowych wersji – ideologicznemu językowi marksistowskiej analizy i opisu rzeczywistości oraz imperatywowi do rewolucyjnego działania. W rezultacie Paweł VI nie zajął jasnego stanowiska wobec tego złożonego problemu.

Natomiast Jan Paweł II, mając za sobą doświadczenia dwóch totalitaryzmów, dobrze wiedział, że może istnieć fałszywa odpowiedź na prawdziwy problem społeczny. Taką fałszywą odpowiedzią był właśnie marksizm. Z tego względu na życzenie Papieża powstały w połowie lat 80. dwie instrukcje mówiące o problemach teologii wyzwolenia: jedna – o jej aspektach negatywnych, o nadużywaniu języka marksistowskiego i wynikającym z tego deformowaniu zarówno opisu rzeczywistości, jak i wizji teologicznej oraz druga – o jej pozytywnych aspektach, podjęciu ważnych problemów społecznych i zaangażowaniu chrześcijan w przeciwstawianie się niesprawiedliwości. Działanie Jana Pawła II było więc dwuwymiarowe. Ostro krytykował teologię wyzwolenia, a jednocześnie wyraźnie podkreślał konieczność przestrzegania praw człowieka oraz zaangażowanie Kościoła w obronę ludzi najuboższych i prześladowanych. Ten temat Jan Paweł II z wielką siłą podejmował podczas swoich pielgrzymek na wszystkich kontynentach, począwszy od pierwszej – do Meksyku w styczniu 1979 roku.

Rewolta akademicka

Trzecim i czwartym ważnym momentem – gdyż oba ze względu na przyczynę można rozpatrywać łącznie – jest akademicka rewolta roku ’68, w jej dwóch aspektach: kulturowym i edukacyjnym. Był to niesłychanie silny ruch, którego wpływy i znaczenie porównywane są przez niektórych intelektualistów nawet do siły oddziaływania osiemnastowiecznych rewolucji amerykańskiej czy francuskiej, gdyż jego celem było podniesienie demokracji i liberalizmu do rangi powszechnie obowiązującej ideologii, obejmującej całe życie człowieka i społeczeństwa8. Główne idee tej rewolty – walka z tradycją, wartościami burżuazyjnymi i opresywnymi strukturami, a więc rodziną, szkołą, państwem i Kościołem – zmieniły społeczną mentalność, ale także strukturę uczelni, a nawet strukturę rodziny oraz lokalnej społeczności i klienteli partii politycznych. „Niemal zawsze ludzie żyli podporządkowani surowym zwyczajom religii, ideologii politycznej, teorii ekonomicznej – pisał w słynnym manifeście pokolenia ’68 jeden z jego intelektualnych przywódców, młody profesor Yale Charles Reich. – Nowa świadomość chce się uwolnić od tego wszystkiego”9. Hasła pacyfistyczne i rewolucji seksualnej, czy też „zabrania się zabraniać”, głęboko zmieniły poglądy opinii publicznej. Z tymi zjawiskami wiązała się także rewolta intelektualna, której skutki nabrały bardziej świadomego kształtu w rozwoju myśli postmodernistycznej. Chodziło tu głównie o dążenie do rozbicia klasycznego kanonu edukacji oraz do zaniku różnych ról społecznych, gdyż każda różnica była postrzegana jako „przeciwieństwo klasowe”, np. student – profesor, mężczyzna – kobieta czy też rodzic – dziecko, a w konsekwencji każda dystynkcja postrzegana była jako opresywna z samej swej natury, co pociągało za sobą wszechobecną obligatoryjną demokratyzację i – w skrajnym wariancie – niszczenie kanonu edukacji oraz osłabianie wielu struktur społecznych.

Próba ich odbudowywania, zwłaszcza pozycji rodziny, „w której człowiek otrzymuje pierwsze i decydujące wyobrażenia związane z prawdą i dobrem, uczy się, co znaczy kochać i być kochanym, a więc co konkretnie znaczy być osobą” (CA 39), będzie najważniejszym celem Jana Pawła II. Rozwinie też nową część teologii, nazwanej później „teologią ciała”, będącą systematyczną biblijną refleksją nad płciowością człowieka i jej znaczeniem w ludzkiej i chrześcijańskiej tożsamości. Będzie on też niestrudzonym rzecznikiem świadomego budowania głębokich więzi społecznych opartych na solidarności, inaczej mówiąc, budowania społeczeństwa obywatelskiego. Będzie także próbował przeciwstawiać się modnym i wpływowym w Kościele latach 70. prądom teologicznym, takim jak: teologia śmierci Boga, teologia sekularyzacji czy wspomniana już teologia wyzwolenia.

Aktywna inercja Kurii Rzymskiej

Piąty problem, któremu stawił czoło Jan Paweł II, nazwałem paradoksalnie „aktywną inercją Kurii Rzymskiej”. W ustabilizowanym od wielu generacji i silnie zitalianizowanym kurialnym świecie papież Polak był w pewnym sensie człowiekiem obcym. Przybył, jak sam to określił w dniu wyboru, „z dalekiego kraju”10. „Jeśli jego wybór był jak terremoto, trzęsienie ziemi – opisywał George Weigel – to epicentrum tego trzęsienia znajdowało się w centralnej administracji kościoła, w Kurii Rzymskiej”11. W dodatku Karol Wojtyła nie miał stricte kurialnego i dyplomatycznego doświadczenia. Do jego wielu pomysłów i projektów podchodzono zatem z dystansem, czasem wręcz z dużą rezerwą, przede wszystkim dlatego, że idee te nie były w pełni rozumiane. Jak pisał włoski dziennikarz watykanista Gian Franco Svidercoschi: „W kurii rzymskiej, a także pośród biskupów były osoby zakłopotane wyborem Papieża pochodzącego z innego świata, z innej historii, o odmiennym spojrzeniu na życie Kościoła i kierowanie nim”12. Często było to jednak coś znacznie więcej niż tylko zakłopotanie. „Kuria, a zwłaszcza pracujący w niej Włosi, przyzwyczaili się do kierowania papieżami. Ten nawyk stopniowo przerodził się w poczucie kierowania całym Kościołem, toteż Kościoły lokalne stały się niejako oddziałami firmy pod nazwą Kościół rzymskokatolicki”13. Dla papieża głęboko przejętego kolegialną eklezjologią Soboru Watykańskiego II i pochodzącego z lokalnego Kościoła było to nie do przyjęcia. Miał też wyraźnie odmienną wizję nie tylko eklezjologii i problemów pastoralnych, ale i sposobu uprawiania polityki przez Stolicę Apostolską.

Przykładowo, prowadzoną przez Pawła VI przy pomocy watykańskiej dyplomacji politykę wschodnią nazwano wcielaniem w życie doktryny salvare il salvabile (ocalić wszystko, co jest do ocalenia). Jan Paweł II, bez porównania lepiej znający socjalistyczne realia, zamienił ową doktrynę na politykę znacznie bardziej aktywną i znacznie mocniej realizowaną osobiście przez papieża niż przez Kurię, którą można określić jako trasformare il trasformabile (zmieniać to wszystko, co można zmienić). Polityka prowadzona za Pawła VI wobec krajów należących do sowieckiej strefy wpływów mogła się bronić w wypadku Czechosłowacji, Węgier czy NRD, pomijała jednak zupełnie choćby Litwę, a zastosowanie jej w odniesieniu do Polski mogło wręcz osłabić Kościół. Dlatego kardynał Stefan Wyszyński był zagorzałym przeciwnikiem tej doktryny. Uważał bowiem, że tradycyjna dyplomacja watykańska będzie nieskuteczna w konfrontacji z przebiegłym i skrajnie cynicznym przeciwnikiem, który potraktuje rozmowy dyplomatyczne w sposób czysto instrumentalny, a zarazem będzie osłabiał pozycję prymasa i Episkopatu. Jednakże postrzeganie przez kardynała Wyszyńskiego – w pełni podzielane przez kardynała Wojtyłę – natury i metod działania sowieckiego systemu napotykało w Kurii Rzymskiej na głębokie niezrozumienie. Z podobnym niezrozumieniem, a nawet dezawuowaniem papieża, spotykało się potem jednoznacznie negatywne stanowisko Jana Pawła II wobec wprowadzenia stanu wojennego w Polsce14.

Wewnątrzkościelnymi przykładami takiej postawy mogą być sceptycyzm wielu zachodnich biskupów wobec idei Światowych Dni Młodzieży, które nieuchronnie miały się zakończyć porażką15, czy opór Kurii wobec międzyreligijnego spotkania w Asyżu, gdyż – jak mówili oponenci – deprecjonuje ono znaczenie katolicyzmu i sprzyja synkretyzmowi. Podobnie nieprzychylna była reakcja na milenijny program wyznania win Kościoła, za który Papież był mocno krytykowany – wskazywano, że dobrowolnie dostarcza w ten sposób argumenty przeciwnikom religii katolickiej16.

I jeszcze problem szósty…

Wraz z postępem badań i otwieraniem archiwów coraz więcej będziemy też wiedzieli o poważnym szóstym problemie, z którym Wojtyła zaczął się borykać już w Polsce, a którego znaczenie wzrosło zdecydowanie z chwilą jego wyboru na Stolicę Piotrową. Chodzi o wpływ tajnych służb z krajów bloku sowieckiego. Jeżeli przez sieć polskiego komunistycznego wywiadu w Watykanie w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II przewinęło się 65 osób17, które m.in. przekazały streszczenia poufnych rozmów z Reaganem czy Gorbaczowem, a swoją rozbudowaną agenturę miały też NRD, Węgry i Bułgaria, nie mówiąc o zwierzchniej wobec nich KGB, to rola służb komunistycznych w procesie blokowania, utrudniania wprowadzania decyzji papieskich, a także tworzenia prowokacji i dezinformacji wciąż domaga się poważnych badań18. Ale to co już poznaliśmy, zwłaszcza dzięki badaniom George’a Weigla, umożliwia śledzenie regularnie zwoływanych narad tajnych policji bloku sowieckiego poświęconych pontyfikatowi Karola Wojtyły, sporządzanych przez nie szczegółowych profili „obiektu”, a także wymianę informacji i ścisłą kooperację między służbami bułgarskimi, węgierskimi i czechosłowackimi, a zwłaszcza między SB, Stasi i KGB, czy przygotowywanie przez nie prowokacji i dezinformacji, które układają się w całość zaskakującą swoim rozmachem. Dość przywołać prośbę gen. Czesława Kiszczaka, który przed drugą pielgrzymką Jana Pawła II do Polski (1983), po wyczerpaniu wszelkich polskich zasobów milicyjnych i wojskowych, prosił szefa KGB Czebrikowa o wypożyczenie na czas pielgrzymki 150 miotaczy pocisków gumowych, 20 limuzyn opancerzonych, 300 pojazdów do przewożenia agentów, 200 wojskowych namiotów oraz sprzętu do obserwacji i podsłuchu i zaopatrzenia medycznego19.

Potężne siły kulturowe, polityczne, a także – toutes proportions gardées – opór wewnątrz Kościoła (nie zrównuję opozycji wewnątrzkościelnej z tajnymi służbami, ale postępowanie ludzi Kościoła – jako wewnętrzne – miało wielką siłę oddziaływania) chciały zminimalizować pontyfikat Wojtyły. Bez wzięcia pod uwagę watykańskiej samotności Wojtyły oraz głębi wyzwań, z którymi musiał się zmierzyć natychmiast po „przybyciu z dalekiego kraju”, nie da się zrozumieć, a tym bardziej próbować oceniać 27 lat jego pontyfikatu.

rozdział 3

Polska – trzęsienie ziemi

„Wstrząs narodowy i psychologiczny nie tak szybko i nie w sposób automatyczny wydaje w ustroju totalitarnym owoce polityczne – komentował decyzję kardynalskiego kolegium powierzającą metropolicie krakowskiemu Stolicę Piotrową Gustaw Herling-Grudziński. – Jeśli nie liczyć wpływu na stosunki Kościół – państwo w PRL, pontyfikat Wojtyły oznacza z polskiego punktu widzenia trzy aktywa: pogłębienia izolacji i impasu władzy komunistycznej; zmniejszenia prawdopodobieństwa sowieckiej interwencji zbrojnej w razie ewentualnego kryzysu; uwrażliwienia Polaków na losy wschodnich sąsiadów. To dużo, to bardzo dużo. Nie dość jednak, by oddać się słodkim marzeniom o cudzie”20.

A jednak słodkie marzenia się spełniły! Cud się wydarzył! Byliśmy jego świadkami!

Do wschodniej, komunistycznej, a więc oficjalnie ateistycznej części świata podzielonego w 1945 roku w Jałcie na dwa obozy, 44 lata później, 2 czerwca 1979 roku, przybywa przywódca Kościoła katolickiego, następca św. Piotra – papież Jan Paweł II. Nie udało mu się odmówić zgody na przyjazd do Polski, jak uczyniono to w wypadku Pawła VI. Karol Wojtyła, nawet w świetle prawa, był nadal obywatelem PRL. Działające pod silną presją sowiecką21 władze Polski Ludowej starały się chociaż zminimalizować straty wynikające z wyboru Polaka na Stolicę Piotrową. Dlatego nie pozwoliły mu przyjechać w maju 1979 roku na obchody 900–lecia śmierci świętego biskupa Stanisława, zamordowanego przez Bolesława Śmiałego, uznając je za zbyt polityczne (reakcją strony kościelnej będzie przeniesienie tych uroczystości na czerwiec), ograniczyły liczbę miejscowości, które wolno mu było odwiedzić (Warszawa, Gniezno, Częstochowa oraz jego diecezja: Kraków, Oświęcim, Nowy Targ, Wadowice) i pozwoliły jedynie na dwie ogólnopolskie transmisje telewizyjne mszy świętych (Warszawa, Oświęcim) oraz powitanie i pożegnanie na lotnisku i spotkanie z władzami w Belwederze. A trzeba wiedzieć, że w ciągu tych dziewięciu dni Jan Paweł II miał aż 48 oficjalnych wystąpień! W zakładach pracy oraz szkołach w trakcie pobytu Jana Pawła II w Polsce kontrolowana była obecność, aby zmniejszyć frekwencję na nabożeństwach, a dziennikarze i kamerzyści mieli za zadanie ukrywać przed światem obecność wielkich rzeszy Polaków towarzyszących Papieżowi, a zwłaszcza nie pokazywać ludzi młodych. Polscy operatorzy tak skutecznie pokazywali wówczas niebo, drzewa, gromadki starszych kobiet i samotną sylwetkę Jana Pawła II, że gdy cztery lata później udał się on do rządzonej przez komunistów Nikaragui, rząd sandinistów poprosił ich o przeszkolenie nikaraguańskich kolegów w skutecznym fałszowaniu transmisji telewizyjnych.

Pamiętajmy przy tym, że w 1979 roku nikt z możnych tego świata nie był zainteresowany zmianąstatus quoi nikt rozsądny nie widziałmożliwości jego zmiany. Ani polityczni liderzy wolnego świata – kanclerz Helmut Schmidt, prezydenci Jimmy Carter i Valéry Giscard d’Estaing czy też premier Wilson – ani tym bardziej przywódcy obozu socjalistycznego – Leonid Breżniew, Erich Honecker, Gustaw Husak, Nicolae Ceauşescu czy Edward Gierek. Sytuację polityczną stabilizowały bowiem – wydawało się na wieki – tysiące atomowych głowic magazynowanych po obu stronach berlińskiego muru oraz miliony radzieckich żołnierzy stacjonujących we wszystkich krajach Układu Warszawskiego, a także amerykańskie garnizony we Włoszech, Anglii, Turcji i Niemczech. I choć wybór Karola Wojtyły oznaczał dla Polski oraz świata znaczącą zmianę w relacjach Wschód – Zachód, to miał byćjednak kontynuacją uznanego za oczywistość podziału globu na dwie strefy wpływów.

Niech zstąpi Duch Twój

Do tego, jak się wydawało stabilnie zakonserwowanego komunistycznego świata, Jan Paweł II przyjechał z orędziem wiary, nadziei i miłości. Było to prawdziwe trzęsienie ziemi. Począwszy od pierwszej mszy w Warszawie na placu Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego), aż po ostatnią mszę na krakowskich Błoniach, Papież przyzywał Ducha Świętego. „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!” – kończy z wielką mocą pierwszą homilię w Warszawie, a żegnając się z dwoma milionami pielgrzymów, pointuje: „Więc mówię za Chrystusem samym: »Weźmijcie Ducha Świętego!«. I mówię za Apostołem: »Ducha nie gaście!«. I mówię za Apostołem: »Ducha Świętego nie zasmucajcie!«. Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry! Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni! Dziś tej mocy bardziej wam potrzeba niż w jakiejkolwiek epoce dziejów”.

Słowa te padły na podatną glebę, bo Polska szybko uczyła się Papieża. Niemogący się wcześniej pojawiać w żadnych mediach (oprócz „Tygodnika Powszechnego”) metropolita krakowski nie był dotąd w Polsce zbytnio znany. Wybór na papieża w dniu 16 października 1978 roku otworzył serca Polaków, ale dopiero dziewięć dni intensywnej czerwcowej katechezy głęboko je poruszyło i przemieniło. Duchowe trzęsienie ziemi, które dokonało się w Polsce za sprawą Jana Pawła II, w sercach watykańskich dyplomatów owocowało raczej niepewnością i lękiem. „Do czego on chce doprowadzić? – pytał towarzyszących Papieżowi kardynałów numero due w Sekretariacie Stanu prosekretarz Agostino Casaroli. – Do rozlewu krwi? Czy może do przewrotu w rządzie?”22.

Serca ludzi rządzących Polską pozostały raczej nieprzemienione, ale i oni, i świat otrzymali wyraźne wskazówki, jak Jan Paweł II wyobraża sobie ład międzynarodowy. Papież już w pierwszych godzinach pielgrzymki, w Belwederze, nawiązując do pięknej polskiej tradycji wywodzonej od żyjącego na przełomie XIV i XV wieku prawnika i pisarza Pawła Włodkowica, mówił do przedstawicieli władz PRL: „Pokój i zbliżenie między narodami może budować się tylko na zasadzie poszanowania obiektywnych praw narodu, takich jak prawo do istnienia, do wolności, do podmiotowości społeczno-politycznej, do tworzenia własnej kultury i cywilizacji”. Do myśli o zbliżeniu suwerennych narodów jako warunku pokoju powrócił też Jan Paweł II w przemówieniu pożegnalnym, opatrując ją komentarzem: „Czasy nasze domagają się od nas, aby nie zamykać się w żadnych sztywnych ramach, gdy chodzi o dobro człowieka”. Partyjny dogmatyzm oraz ideologiczny podział świata nie zostały nazwane po imieniu, ale aluzje były łatwo czytelne. Było to tym łatwiejsze do zrozumienia, że 3 czerwca na gnieźnieńskim Wzgórzu Lecha w sposób głęboko teologiczny i dlatego wyprzedzający swoją epokę Papież podjął temat Europy Środkowo-Wschodniej. Warto przytoczyć fragment niedocenionego i niezrozumianego wówczas papieskiego tekstu. Potrzebne jest jednak wyjaśnienie. Otóż – co w tamtym czasie było i bardzo trudne, i stanowiło akt sporej odwagi – do Gniezna przybyła gromadka czeskich pielgrzymów i rozwinęła transparent, którego treść skłoniła Jana Pawła II do improwizacji: „Dobrze, że tutaj widzę przed oczyma ten napis Otče w siostrzanym języku, w języku św. Wojciecha: Pamatuj Otče na swe české deti. Nie może ten papież, który nosi w sobie spuściznę Wojciechową, zapomnieć tych dzieci! … Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten papież, który nosi w swojej duszy szczególnie wyrazisty zapis dziejów swojego własnego narodu od samego jego początku, ale także i dziejów pobratymczych, sąsiednich ludów i narodów, na sposób szczególny nie ujawnił i nie potwierdził w naszej epoce ich obecności w Kościele? … Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten papież Polak, papież Słowianin właśnie teraz odsłonił duchową jedność chrześcijańskiej Europy?… Tak. Chrystus tego chce. Duch Święty tak rozrządza, ażeby to zostało powiedziane teraz, tutaj, w Gnieźnie. Przychodzi więc wasz rodak, papież, aby wobec całego Kościoła, Europy i świata mówić o tych często zapomnianych narodach i ludach. Przychodzi wołać wołaniem wielkim!”.

Zarówno politycy ze Wschodu, jak i z Zachodu uznali ten głos za przejaw romantycznych, ale i niebezpiecznych marzeń Papieża Polaka. Słowa te jednak odbiły się szerokim echem w owych „często zapomnianych narodach i ludach”. Przykładem niech będzie postawa kardynałów Františka Tomáška (Praga) i Julijansa Vaivodsa (Ryga), którzy – obaj będąc już po osiemdziesiątce – stali się aktywnymi liderami obrońców praw człowieka. Polacy otrzymali dodatkowe katechezy: o budowaniu jedności wewnętrznej w społeczeństwie i – za przykładem św. Jadwigi Śląskiej – pojednania między narodami (Częstochowa – do mieszkańców Dolnego Śląska), o znaczeniu i godności pracy ludzkiej (Częstochowa – do mieszkańców Górnego Śląska), o własności prywatnej, zwłaszcza o prawie do ziemi oraz o jej poszanowaniu, a także o znaczeniu rodziny (Nowy Targ), o odnoszeniu zwycięstwa, wzorem Maksymiliana Kolbego, mimo ciemności wszechobecnego zła (Oświęcim). Wszystkie te homilie mimo upływu czasu nie zdezaktualizowały się, lecz nabrały nowego znaczenia. Na przykład mało znane przemówienie wygłoszone na Jasnej Górze do profesorów i studentów KUL-u: „Każdy człowiek, który wybiera światopogląd uczciwie, według własnego przekonania, zasługuje na szacunek. Natomiast niebezpieczny, powiedziałbym, dla jednej i dla drugiej strony, dla Kościoła i dla tej drugiej strony – nazwijcie ją jak chcecie – jest człowiek, który nie wybiera ryzyka, nie wybiera wedle najgłębszych przekonań, wedle swej wewnętrznej prawdy, tylko chce się zmieścić w jakiejś koniunkturze … przesuwając się raz na lewo, raz na prawo, wedle tego jak zawieje wiatr”. Inaczej wyglądały konformizm i oportunizm w czasach realnego socjalizmu, inaczej wyglądają dziś w Polsce, ale są tak samo niebezpieczne dla wolnego, demokratycznego społeczeństwa, jak były ongiś w PRL.

Ponieważ był to czerwiec 1979 roku, PZPR, „przewodnia siła narodu”, szykowała się do hucznych obchodów 35–lecia PRL. Nikt w dowcipniejszym skrócie nie ujął znaczenia pielgrzymki Jana Pawła II od warszawskich studentów niosących ogromny, szeroki na całą ulicę, transparent – dokładnie taki sam, jakich używano podczas pierwszomajowych pochodów – zawierający dwie wymowne liczby: „35 lat PRL – 1000 lat chrześcijaństwa w Polsce”. To zestawienie mówiło wszystko. Papież przywrócił nam proporcje, przywrócił przeszłość i otworzył przyszłość, uświadomił, że to my, a nie partia komunistyczna oraz jej agendy, jesteśmy gospodarzami naszego kraju. Tsunami wolności pojawiło się na razie na tafli oceanu jako niewielka zmarszczka. Dziesięć lat później zmyło z powierzchni ziemi sowieckie imperium.

Częstochowa i Kraków

Podczas tej historycznej pielgrzymki jeździłem za Papieżem do Warszawy, Częstochowy, Krakowa oraz Nowego Sącza i spośród ogromnej liczby wrażeń chciałbym przytoczyć dwa wspomnienia, które wiele mówią o Janie Pawle II oraz o atmosferze tamtego czasu.

Pierwsze – z Jasnej Góry. Ponieważ Papieżowi nie pozwolono na przyjazd do mojego rodzinnego Wrocławia, to ustalono, że mszę dla mieszkańców Dolnego Śląska odprawi on w Częstochowie (a następnego dnia odprawi tam mszę dla mieszkańców Śląska i Zagłębia). Był to wspaniały pomysł. Już sam dojazd dawał niezapomniane wrażenia: tysiące, setki tysięcy ludzi, uśmiechniętych, radosnych, pozdrawiających się nawzajem, dzielących się kanapkami i napojami (nie można przecież było wówczas kupić prawie niczego do jedzenia i picia). I wszyscy mieliśmy poczucie radosnej wspólnoty: jest nas tak wielu – starych i młodych, mężczyzn, kobiet i dzieci – konkretnie odczuwane wrażenie wzajemnej łączności, zaufania i porozumienia. Widać było, że to naprawdę są bracia i siostry, obcy ludzie stawali się naraz sobie bardzo bliscy. To było wielkie i piękne doświadczenie. Tu się rodziła „Solidarność” – w niej odnalazłem rok później ten sam klimat braterstwa.

W czasie mszy odprawianej na jasnogórskich wałach, jako młody fizyk głęboko zaangażowany w ówczesny Ruch Znak (kilka koncesjonowanych, lecz niezależnych od władz PRL redakcji i klubów katolickich), czytałem modlitwę wiernych, a potem otrzymałem komunię z rąk Ojca Świętego. Byłem bliziutko – miałem wspaniałe miejsce. Po mszy, kiedy Papież pokazał się na wałach i trwała nieustająca owacja, byłem bardzo blisko Papieża i słyszałem, jak on, już bardzo zmęczony, powtarzał szeptem: „Kocham was, kocham was…”.

Potem pojechałem do Krakowa, gdzie Jan Paweł II miał się spotkać z delegatami Ruchu Znak, głównie ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”. Zabawne, bo dużo później odkryłem w archiwach IPN dalekopis z Wrocławia wysłany przez esbeka w randze pułkownika do samego naczelnika wydziału III (wydział do spraw Kościoła) w Krakowie, w którym informował, że jadę do Krakowa, bo jak ustaliły tajne służby, „celem wyjazdu zięby jest wzięcie udziału w uroczystościach religijnych” (pisownia oryginalna – przyp. red.), i prosił o wszelkie informacje na temat mego pobytu. SB była więc czujna, ale ja niczego nie ukrywałem, wręcz przeciwnie – z radością i dumą szeroko opowiadałem, że jadę na audiencję do Ojca Świętego. Wśród zaproszonych były tak wielkie postacie, jak Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Władysław Bartoszewski, Hanna Malewska, Stefan Kisielewski czy trochę od nich młodszy Tadeusz Mazowiecki, uznawany za politycznego przywódcę naszego środowiska. Z młodych była Halina Bortnowska, którą przez wiele lat traktowano jako środowiskowe „dziecko”, i ja jako zupełne „niemowlę”. Atmosfera była radosna, ale trochę – co poniekąd zrozumiałe – pod hasłem: „witamy naszego człowieka”, kogoś nam świetnie znanego od wielu dziesiątków lat. Przecież Wojtyła był „nasz” od samego początku, to u nas debiutował i publikował aż do wyboru na papieża, to „my” ongiś ukazywaliśmy mu polityczne realia, a potem byliśmy jego intelektualnym zapleczem. Minęło zaledwie pół roku i Karol Wojtyła przyjechał znowu się spotkać. Kisiel był jak zwykle przekorny i powtarzał: „nie będę klękał, nie będę klękał”. Przyznawałem mu rację. Ale kiedy Papież wszedł, to mimo że od jego wyboru upłynęło jedynie siedem miesięcy, ze zdziwieniem obserwowałem tych wielkich ludzi. Zachowywali się jak pierwszoklasiści starający się przykuć uwagę ukochanej nauczycielki. Każdy w mgnienia oku pojął i doświadczył, że nie przyjechał już do nas ten sam stary znajomy. Bo choć przyjechał do nas ten sam człowiek, to zarazem był on już zupełnie inny23. Każdy to natychmiast intuicyjnie zrozumiał. I gdy Jan Paweł II podchodził do nas kolejno, podając rękę, stojący obok mnie Kisiel bez wahania gruchnął na kolana. Ja także. Tu nie było cienia wątpliwości – kolana same się zginały. Ja tylko wyszeptałem: „Ojcze Święty, dziękuję za homilię, tę najważniejszą, z Oświęcimia”. Papież popatrzył mi w oczy i powiedział „Dziękuję, bardzo dziękuję”, a mnie albo coś bardzo ścisnęło za gardło, albo coś w nim bardzo drapało.

W czasie audiencji czuliśmy dużą bliskość z Janem Pawłem II. Papież żadną miarą nie celebrował siebie samego. W jego wypowiedzi padło wiele ciepłych słów pod adresem ruchu Znak i „Tygodnika” – „jedynego wolnego pisma od Łaby aż do Władywostoku”, jak powiedział. Całe wystąpienie było ogromną afirmacją tego ruchu. Opis tej audiencji, jak pamiętam, był później drukowany w podziemnym „Zapisie”, a oficjalne media nawet się o niej nie zająknęły. Potem nastąpiła część bardziej swobodna – Jan Paweł II mówił o tym, że gdy był młody, to odkrył u siebie powołanie aktorskie, potem jednak odkrył powołanie kapłańskie i jego głosu posłuchał. „A z czasem odkryłem, że po prostu mam oba powołania. I obawiam się, że ostatnio częściej korzystam z tego pierwszego”. Tak to przemówienie zapamiętałem: ciepłe, afirmujące, żartobliwe, subtelnie autoironiczne.

rozdział 4

Dwutakt Karola Wojtyły

Upływający czas w intrygujący sposób wpływa na odczytywanie długiego, aż 27–letniego, pontyfikatu Karola Wojtyły. Jego pierwsze lata niejako automatycznie konfrontowano z poprzedzającym je piętnastoletnim pontyfikatem Pawła VI. Po introwertycznym dyplomacie przyszedł wówczas dynamiczny duszpasterz, po odnajdującym się w lewicowym klimacie epoki (Populorum progressio, Octogesima adveniens, sprzyjanie teologii wyzwolenia, otwarcie polityki wschodniej Watykanu) papieżem został człowiek krytyczny wobec wszelkich, czy to teologiczno-filozoficznych, czy politycznych form marksizmu, który doświadczenie ideologii miał głęboko wpisane w własną biografię. Po papieżu, który niejako z poczuciem nieuchronności przyjął skrajne efekty recepcji Soboru Watykańskiego II, przyszedł pasterz, w którego diecezji i Kościele lokalnym przyjęcie reform soborowych miało przebieg zgoła odmienny.

Z kolei, po ponad trzydziestu latach, na pontyfikat Benedykta XVI spoglądano przez pryzmat epoki Jana Pawła II. Po filozofie mieliśmy teologa; po charyzmatycznym duszpasterzu, delikatnego profesora; po wybitnym uczestniku Soboru Watykańskiego II, który jego postanowienia wdrażał w Polsce, innego wybitnego uczestnika tego soboru, który obserwował jego recepcję w zachodniej Europie; po osobowości wciąż kreującej nowe wydarzenia i bezustannie spotykającej się z ludźmi, człowieka spędzającego większość czasu na terza piano w Watykanie w gronie najbliższych współpracowników; po tym, za którego pontyfikatu Bractwo św. Piusa X popadło w ekskomunikę, tego, który postanowił tę ekskomunikę zdjąć. Zauważmy przy tym, że tak jak Jan Paweł II nieustannie podkreślał swoje wielkie uznanie dla dorobku poprzednika i kontynuowanie jego misji, podobnie czynił Benedykt XVI w stosunku do Jana Pawła II.

Znamienna rewolucja

A jaki był społeczny odbiór pontyfikatu zarówno w Kościele, jak i w świecie zewnętrznym? Jeżeli weźmiemy pod uwagę szerokie spektrum postaw od konserwatywno-integrystycznych po progresywno–liberalne (w dalszej części skomentuję te pojęcia), to na początku kręgi progresywne przyjęły go z obawą i niechęcią, a integryści z entuzjazmem, teraz jednak sytuacja się odwróciła: liberałowie mówią coraz częściej z nostalgią o Janie Pawle II, integryści zaś cieszą się – nawiązując do tytułu głośnego artykułu Dominika Zdorta – że przeminęła „epoka kremówkowa”24.

Ta znamienna ewolucja świadczy o tym, że w gruncie rzeczy pontyfikat Jana Pawła II rozczarował oba te środowiska. Krytykę progresistów łatwiej zrozumieć, skoro jednym z motywów magisterium pontificium było przeciwstawianie się ideologii (!) liberalnej oraz cywilizacji lub kulturze śmierci, zmagającym się we współczesnym świecie z cywilizacją życia. Jak słusznie zauważył Leszek Kołakowski, progresiści „czuliby się usatysfakcjonowani dopiero wtedy, gdyby Jan Paweł II oświadczył, że Boga nie ma, aborcja i małżeństwa homoseksualne winny być dozwolone, a Kościół zmierza do wyzwolenia w duchu lewicowych partii politycznych”25.

Krytyka tradycjonalistów zawiera się z kolei w nazwaniu pontyfikatu Jana Pawła II „epoką kremówkową”. Ich zdaniem pewne swoje sensowne posunięcia polski Papież skutecznie marnotrawił bowiem przez promocję synkretyzmu (zaangażowanie w dialog międzyreligijny, z dwukrotnym spotkaniem w Asyżu jako jego sztandarowym przykładem), przez zaangażowanie w dialog ekumeniczny deprecjonujący wyjątkowość Kościoła katolickiego, przez dopasowywanie się do stylu i schlebianie młodym (np. nabożeństwa podczas Światowych Dni Młodzieży), a także nadmierne podkreślanie znaczenia nauczania Soboru Watykańskiego II, czy odbieranie powagi urzędowi papieskiemu przez uczestniczenie w medialnych show (np. nakładanie na głowę pióropuszy lub górniczych hełmów, fotografowanie się z misiem koala itd.), czy też wreszcie przez wdawanie się w tak ryzykowne przedsięwzięcia, jak oczyszczanie pamięci (wyznawanie win) Kościoła, które służyło głównie wrogom katolicyzmu. W efekcie tego rodzaju posunięć Papież zniwelował to, co było słuszne w jego nauczaniu, ale za to był hołubiony przez światowe media i stał się megagwiazdą współczesnej popkultury. Dlatego też incydent „kremówkowy” z Wadowic w 1999 roku można uznać za klucz hermeneutyczny do interpretacji relacji Papieża z „liberalnym światem”.

Epoka kremówkowa?

Jest to jednak opis – pomijając, że uważam go za niesłuszny w swoim rdzeniu – jednostronny i ignorujący wielowątkowość nauczania oraz różnorodność form aktywności Jana Pawła II. Owszem, miał on wielki talent duszpasterski i wielkie duszpasterskie doświadczenie, a świadom tego, że żyje w epoce mediów, umiał z nich korzystać. Zarazem w ciągu tych długich dwudziestu siedmiu lat głosił ogromnie wiele trudnych i nieprzyjemnych dla liberalnego świata treści, nie mając względu na to, jak będą one odbierane. „The Tablet” tak komentował tę postawę: „Watykan nigdy nie poświęcał tak mało uwagi temu, czy jest popularny, jak w czasach Jana Pawła II”. To on korzystał z mediów, nie media z niego.

Zapominamy dzisiaj często, jak bardzo środki masowego przekazu bywały mu nieprzychylne i nie rozumiały jego przesłania. To, co przeżył w ciągu ostatnich lat Benedykt XVI, było nieledwie sielanką w stosunku do tego, jak bardzo tendencyjnie, a niekiedy wręcz brutalnie, traktowały media Jana Pawła II. Pomińmy już nawet wypominanie mu polskości, ergo prowincjonalności i nacjonalizmu, a także zdeformowanej wizji świata wynikającej z życia w sowieckich realiach, a zarazem polskiej rusofobii, nade wszystko zaś zaściankowego konserwatyzmu oraz płynących z tego konsekwencji takich, jak: niezrozumienie współczesnej kultury i pluralistycznego świata, nieznajomość demokracji, ekumenizmu i dialogu między religiami. Przypomnijmy jednak przy tej okazji dwie silne i nieprzyjemne kampanie opiniotwórczych środowisk żydowskich: pierwsza dotyczyła spotkania z Kurtem Waldheimem (który przecież jako głowa demokratycznego państwa nie mógł być nieprzyjęty przez papieża), a druga rzekomego zarzucenia Izraelowi niewierności Bogu (w rzeczywistości Papież mówił o „prorokach, którzy zarzucali Izraelowi niewierność Przymierzu”). Ogromnie głośny był też ogólnoświatowy jęk oburzenia na papieską hipokryzję, gdy apelował do muzułmańskich Bośniaczek, aby nie przerywały ciąż poczętych w wyniku gwałtu (w rzeczywistości to list do arcybiskupa Sarajewa, by wspólnota katolicka otoczyła opieką wszystkie ofiary wojny, w tym także zgwałcone kobiety z Bośni). Oskarżano go o popieranie autorytaryzmów (po spotkaniach z chilijskim dyktatorem Augustem Pinochetem czy filipińskim – Ferdinandem Marcosem) i bycie autorytarnym (poprzez odebranie misji kanonicznej Hansowi Küngowi, Edwardowi Schillebeeckxowi, Charlesowi Curranowi i paru innym teologom „stał się najbardziej bezlitośnie autorytarnym i centralistycznym ze wszystkich papieży” – „The Sunday Times”), czy o ideologiczną prawicowość (choćby po wizycie w Nikaragui czy publikacji Dominum et vivificantem). Do tej, bardzo niekompletnej listy, dodajmy zbiorowe zgorszenie liberalnego świata, także w Polsce, i obwinianie Papieża o śmierć milionów Afrykańczyków jako rezultat stanowiska Stolicy Apostolskiej sprzeciwiającej się podczas konferencji demograficznej ONZ w Kairze traktowaniu środków antykoncepcyjnych jako remedium na wszelkie problemy demograficzne i niektóre choroby (zwłaszcza AIDS). Przypomnijmy też powszechne potępienie z powodu religijnego fundamentalizmu po publikacji encykliki Evangelium vitae (w której prawie na poziomie formuły dogmatycznej Papież potępił aborcję i przenikliwie analizował „kulturę śmierci”). A można dodać jeszcze oskarżenia o bezduszny dogmatyzm i intelektualną ciasnotę, płynące po publikacji Veritatis splendor. Nawet jeśli wziąć pod uwagę powszechny aplauz ze strony mediów za działania ekumeniczne, sprawa nie jest wcale jednoznaczna. W swoim archiwum mam bowiem wiele artykułów z podobnie brzmiącymi cytatami: „Ruch ekumeniczny nie ma czego dziś oczekiwać od murów Watykanu” („Süddeutsche Zeitung”, w roku 1987) czy też „zamrożenie dialogu ekumenicznego, który rozpoczął się jeszcze w latach 60., to jakże typowy objaw braku oddechu na tym etapie pontyfikatu” („Le Monde”, w roku 1992).

Bardzo trafnie pierwszych kilkanaście lat pontyfikatu rekapitulował André Frossard: „Przez całe lata zawodowa inteligencja będzie krytykować »polskiego papieża«, wyśmiewać jego duchowe dążenia, kpić z jego moralnej nauki. Mówiono, że nie rozumie on współczesności, że na próżno usiłuje sprzeciwiać się ewolucji obyczajów, że posługuje się językiem, który nie trafia do sumień dzisiejszych ludzi. Setki teologów z Niemiec, Francji, a nawet z Włoch kierowały do niego obraźliwe napomnienia, zarzucając mu, że nie nadąża za wydarzeniami, wyśmiewając go, że podstawy nowego chrześcijaństwa buduje w próżni”26. Czy naprawdę jest to opis „ery kremówkowej” w życiu Kościoła i Karola Wojtyły?

Owszem, z czasem, zwłaszcza w ostatnim etapie pontyfikatu, po z górą 20 latach, media częściej doceniały wielkość polskiego papieża. Ale ta aprobata dla pontyfikatu bywała bardzo dwuznaczna, bo oparta na dwuznacznej sugestii, że choć Jan Paweł II był wprawdzie dobrym papieżem, to obecnie jest zniedołężniałym starcem, który powinien zrezygnować z urzędu. Pięć takich narastających fal postulujących papieską abdykację pojawiało się w paroletnich odstępach w światowych mediach od początku lat 90.

Zarówno więc przeciwstawianie „otwartego” na świat i dialog Jana Pawła II „zamkniętemu” Benedyktowi XVI, co czyniło wielu progresistów, jak i popularna wśród integrystów teza, że w zamian za kompromisy z liberalnym światem ten pierwszy zyskiwał przychylność mediów, są fałszywe. Jan Paweł II konsekwentnie wymykał się obu scenariuszom i jeśli w swym nauczaniu poruszał konkretne tematy, mówił o aborcji lub prawach człowieka, ekumenizmie czy godności kobiety, to nie dlatego by zyskać uznanie takich czy innych środowisk, lecz wyłącznie z tego powodu, że stała za nimi prawda Ewangelii odczytywana w kontekście jego uniwersalnej, pasterskiej misji. Kiedy napisałem do niego w 1994 roku o tym, jak martwi mnie tak powszechne i wyrażane w agresywnej formie niezrozumienie tego, co głosi, odpisał: „To, że owo sianie bywa tak niepopularne, to zarazem dobry znak. Gdyby się nie sprzeciwiano, nie byłoby pewności co do Siewcy”.

Prawdziwa wiosna Kościoła

Nie jest też prawdą inna teza, którą odnajduję w publicystyce ludzi z kręgów sympatyzujących z poglądami arcybiskupa Marcela Lefevbre’a, że od Soboru Watykańskiego II aż po „epokę kremówkową” Kościół trwał w stanie zamętu i ulegał nieuchronnej erozji w wyniku koncesji na rzecz liberalnego świata. Natomiast dopiero z pontyfikatem Benedykta XVI przybliżyła się prawdziwa wiosna Kościoła27, a ewangeliczna sól zaczęła odzyskiwać świeżość swego smaku28. Jest to teza bardzo upraszczająca, wręcz deformująca przez sztuczne przeciwstawianie, oba pontyfikaty. Także łączenie w całość okresu 1962–2005, od rozpoczęcia soboru po śmierć Karola Wojtyły, jest poważnym błędem. Teza, że lata 60. i 70., zwłaszcza w krajach zachodnich, były czasem pogłębiającego się kryzysu, nie podlega dyskusji. Przytoczmy choćby diagnozę pióra Giana Franca Svidercoschiego: „Trzeba otwarcie powiedzieć, że w tamtych czasach katolicyzm nie był w dobrej formie… – niedobór powołań, odchodzenie księży i osób konsekrowanych, spadek uczestnictwa wiernych we Mszy świętej, jak też coraz powszechniejsze poczucie frustracji… Z drugiej strony, w tych samych latach nacierał oparty na zawrotnym postępie techniczno-naukowym racjonalizm. Jednocześnie świat zalewało morze sekularyzmu wraz z postępującą laicyzacją społeczeństwa oraz poważnym w skutkach upadkiem moralności indywidualnej oraz etyki publicznej i politycznej … Całe pokolenia młodych wychowywane były, nic nie wiedząc o Bogu, o wierze. Najskrajniejsze nurty teologiczne przywoływały przekleństwa Nietzschego (»Bóg umarł«) i tezy Comte’a (na temat zniknięcia sacrum). Również poważnych historyków, takich jak Jean Delumeau, zaczynały ogarniać wątpliwości dotyczące przyszłości religii. Le christianisme va-t-il mourir? Czy rzeczywiście tak było? Czy rzeczywiście chrześcijaństwo zmierzało ku upadkowi?

Z tego względu wybór człowieka o charyzmie Karola Wojtyły okazał się opatrznościowy”29. Jest to więc, innymi słowy, opis kondycji Kościoła i świata, którymi targały wówczas – opisane w drugim rozdziale – aż cztery radykalizmy: rewolucja posoborowych radykałów, rewolucja polityczna (rozwój lewackich ideologii na Zachodzie i sowieckich dominiów w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej), rewolta obyczajowa oraz rewolta intelektualna.

Wszystkie je Jan Paweł II najpierw zdiagnozował teologicznie, a następnie konsekwentnie przez wiele lat stawiał im czoło. Dokonał – określenie, którego teraz użyję, ma charakter opisowy, a niewartościujący – epokowego dzieła. Sytuacja Kościoła, w którym od lat 60. XX wieku bezustannie spadał poziom praktyk i powołań, w którym zabrakło młodzieży, a socjologowie religii pracowali nad General Theory of Secularization (z samozadowoleniem nawiązując do ogólnej teorii względności Alberta Einsteina), teologowie zaś nad „teologią śmierci Boga”, była w 2005 roku bez porównania lepsza niż na początku pontyfikatu30.

Nie była to jednak tylko walka z przeciwnościami, swoista kontrrewolucja, czy kontrreformacja, ale twórcza odpowiedź na stojące przed Kościołem wyzwania: głębokie, unikające skrajności wcielanie nauczania Soboru Watykańskiego II, stworzenie chrześcijańskiej (niemarksizującej) teologii wyzwolenia, teologia ciała ukazująca w nowym świetle zjawisko ludzkiej płciowości i – przekroczywszy postmodernistyczną krytykę – przywrócenie pojęcia prawdy.

Hipokryzja papaboys

Czy rzeczywiście pontyfikat Jana Pawła II dokonał tak głębokiego przełomu? Krytycy mówią o powierzchowności przemian, o uwodzeniu przez Papieża tłumów oraz o tym, że Kościół usatysfakcjonowany milionami młodych ludzi wsłuchanych w Jana Pawła II, gotów był nie zauważać, jak płytka jest ich wiara. „Papaboys – Dominik Zdort cytuje włoskiego historyka Camilla Brezziego – śpiewają umierającemu Janowi Pawłowi II piosenki, a równocześnie współżyją przed ślubem i używają prezerwatyw”.

Po pierwsze, w latach 60. i 70. młodzież zachodnich demokracji masowo opuszczała Kościół i zarówno w nim, jak i w świecie nauki oraz mediów panowało powszechne przekonanie, że jest to proces nieodwracalny. Po drugie, to głównie dzięki charyzmatowi, odwadze i konsekwencji Jana Pawła II ludzie młodzi – w sporej liczbie – znów pojawili się w Kościele. Po trzecie, wielu z nich głęboko zaangażowało się w życie Kościoła. Tę bezcenną grupę młodych ludzi nazywam „postpostmodernistyczną” i myślę, że nawet w średniowieczu, czy w okresie baroku, nie było ich więcej w Kościele. Kolejna część zaangażowała się mniej, ale jednak odbudowała swą więź z Kościołem. Jednakże dla bardzo wielu z nich – trzeba to przyznać – był to jedynie epizod. Ale i on ma swą wartość, bo nieobecny dotąd w ich życiu Kościół pokazał im, choć na chwilę, nową twarz wspólnoty i wiary. Jako duszpasterz nigdy nie lekceważyłbym takiego potencjału. Podobnie uważa Gian Franco Svidercoschi: „Pośród młodych, których co najmniej dwa miliony przybyło do Manili, a kolejne dwa do Rzymu na Tor Vergata z okazji Wielkiego Jubileuszu, panowała niewątpliwie pewna powierzchowność, pragnienie nowych przeżyć, czy chęć bycia razem i współtworzenia rzeszy ludzi. Ale w głębi ducha tkwiło bez wątpienia duchowe odniesienie, które – czy ktoś chciał, czy nie – łączyło się nieodzownie ze spotkaniem z Papieżem. Ojciec Święty ofiarował bowiem młodym to, czego wewnętrznie potrzebowali: odpowiedzialność, wartości moralne, obowiązki, a nie wyłącznie prawa, i jasne rozgraniczenie między dobrem i złem. O tym wszystkim mogli oni od dawna nie słyszeć ani w rodzinie, ani w szkole, a czasami nawet w samym Kościele”31.

Argumentu „z prezerwatywy” nie będę rozwijał, żywię bowiem przekonanie, że zarówno w średniowieczu, jak i w oświeceniu młodzieńczemu Heinzowi, Pierre’owi, Charlesowi, czy też naszemu Jankowi chodziły po głowie podobne myśli, tak samo jak i dzisiejszym Heinzom oraz Jankom. Inne były jedynie możliwości socjologiczno-techniczne. Dość powiedzieć, że w drugiej połowie XVII wieku w Tuluzie ponad trzy czwarte dzieci rodziło się w związkach pozamałżeńskich. Satis.

Kościół i świat

Chcąc używać terminów „progresiści” i „integryści”, tak by nie miały one charakteru epitetów, powinienem je zdefiniować. Sądzę, że istotą różnic między tymi obiema postawami jest stosunek do świata. Pismo Święte nie potępia świata jako takiego. Dbając o realizm, unika ideologicznych uproszczeń. Rozeznaje duchy. Słowo „świat” może więc w Ewangelii oznaczać królestwo bezbożności i zepsucia, ale może też określać „świat” jako byt neutralny, obojętny względem chrześcijan, gdyż królestwo Chrystusa nie jest z tego świata. Może również oznaczać umiłowane miejsce Boga, miejsce stworzone i odkupione przez Niego, w którym powołał nas do istnienia i które staje się areną naszego zbawienia. Najistotniejsze jest to, że po grzechu pierworodnym wszystkie trzy znaczenia są prawdziwe, odnoszą się do świata realnego i konkretnego, współczesnego. Nie ma zatem ogólnej recepty w relacji chrześcijanina do świata i między innymi dlatego chrześcijaństwo w istocie jest sztuką. I podobnie jak w sztuce nie oznacza to pełnego woluntaryzmu, spontanicznej radosnej twórczości, ale kreatywne działanie w przestrzeni pryncypiów i kanonów, które – w przestrzeni duchowej – pomaga nam odczytywać magisterium Kościoła, moja wspólnota kościelna, mój kierownik duchowy, życie sakramentami i znajomość teologii. Od samego jednak początku Kościoła, aż do dziś, istnieją w nim i zazwyczaj są w stanie konfrontacji grupy patrzące na świat pesymistycznie, a po stronie przeciwnej – spoglądające nań przez różowe okulary. Jedne i drugie, pomijając postawy ekstremalne, mają za sobą poważne racje teologiczne i wiele poważnych argumentów wspierających ich poglądy związane z kondycją współczesnego im świata. Spór między nimi był szczególnie silny w pierwszych wiekach, gdy chrześcijanie dopiero wypracowywali formuły relacji z otaczającą ich pogańską kulturą oraz niechrześcijańską władzą polityczną, i powrócił z nowym natężeniem w ostatnich stuleciach (problem modernizmu), gdy w kulturze Zachodu zaczęły dominować pierwiastki antykatolickie i antychrześcijańskie, a współczesne państwo liberalne definiowało się przez wrogość do Kościoła.

Tych, którzy pamiętają głównie o pierwszym (i ewentualnie drugim) znaczeniu słowa „świat”, można nazwać integrystami, tych, których urzekło znaczenie trzecie, określmy jako progresistów. Pierwsi oceniają świat surowo, jako zepsuty, wrogi Kościołowi, są wobec niego nieufni i starają się od niego dystansować. Drudzy wręcz przeciwnie – uważają, że zanurzenie się w świecie, a niekiedy wręcz dostosowanie się do niego, jest wpisane w witalność, ewolucję i stałą aktualność chrześcijaństwa. Progresiści, widzący świat optymistycznie, obawiają się, że Kościół łatwo może stać się anachroniczny, dlatego musi się dostosować do ewoluującej rzeczywistości. Integryści w dostosowaniu się widzą anihilację lub zdradę Kościoła, wyprzedaż niepodlegającego ewolucji depozytu wiary.

Ewangelia nie daje jednak łatwych, jednoznacznych rozwiązań. Chrystus niekiedy dostosowuje się do świata (zachowywanie wielu praw imperium i obyczajów żydowskich), niekiedy jednak mu się przeciwstawia w imię wierności Ojcu (np. wobec składania religijnej ofiary cezarowi czy sprzedaży zwierząt ofiarnych w świątyni), sam stając się i Zbawicielem świata, i „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”. Co więcej, Chrystus dostrzega istnienie przyjaciół Dobrej Nowiny również poza granicami widzialnego Kościoła: „Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9,40), odrzucając zarazem prośbę uczniów o wsparcie ich decyzji zakazującej działania w imię Jezusa człowiekowi, który nie jest Jego uczniem. Stąd też już w Kościele apostolskim zaczęła się rozwijać nauka o semina Verbi – ziarnach Słowa, czyli ziarnach dobra, prawdy i piękna rozsianych w niechrześcijańskich kulturach (np. św. Paweł na areopagu, a potem wielu Ojców i Doktorów Kościoła z św. Augustynem na czele).

Powtórzmy, Ewangelia nie daje łatwych, schematycznych rozwiązań. Wszystkie trzy znaczenia słowa „świat”, i to optymistyczne, i to pesymistyczne, i to neutralne, są bowiem prawdziwe. W realnym świecie te trzy formy się przenikają. Ewangelia nie daje też prostych recept na życie. „Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!” – uczy Chrystus (Mt 10,16). Można sobie wyobrazić „życie, jakie prowadzi gołąb” (bliższe integryzmowi), choć z pewnością nie jest ono łatwe. Prostsze zapewne, lecz z pewnością nie proste, jest „życie, jakie wiedzie wąż” (bliższe progresizmowi). Jednakże dopiero życie, „jakie wiodą i gołąb, i wąż jednocześnie” wydaje się prawie niemożliwe. A do takiego właśnie życia wzywa nas Chrystus. I dlatego tak ważne są wspólnota Kościoła i jego magisterium oraz formacja chrześcijańska i dobrze uformowane sumienie – pomagają one w rozeznawaniu duchów tego świata.

Jeżeli zatem świat liberalny oznacza świat, w którym wprowadza się liczne udogodnienia dla osób niepełnosprawnych, to człowiekowi Ewangelii taki świat powinien się podobać. Przestaje się mu jednak podobać i staje się wrogi, gdy propaguje eutanazję. Podobać może mu się znowu, jeżeli jest światem, w którym prawa człowieka są centralną wartością, ale podobać się przestaje, gdy za prawo człowieka uznaje się prawo związków homoseksualnych do adopcji dzieci. Gdy jednak w liberalnym świecie dąży się do zrównania statusu kobiety i mężczyzny, znów zyskuje on uznanie, lecz traci je, gdy warunkiem owego zrównania staje się powszechna dostępność aborcji albo – mniej dramatyczne – uwzględnianie w procesie edukacji równych proporcji literatury „męskiej” i „kobiecej” lub „kobiecego” i „męskiego” malarstwa (a więc ideologicznego założenia o całkowitej obcości świata męskiego i świata kobiecego).

Progresiści kontra tradycjonaliści