Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 1995

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Alchemik - Paulo Coelho

0 0 1 100 604 Drzewo Babel 5 1 703 14.0 Normal 0 21 false false false CS JA X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:12.0pt; font-family:"Cambria","serif"; mso-ascii-font-family:Cambria; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Cambria; mso-hansi-theme-font:minor-latin;} Alchemik otwiera te drzwi w naszej duszy, o których istnieniu wolelibyśmy zapomnieć. Każe marzyć, podążać własnym powołaniem, podejmować ryzyko, pójść w świat i wrócić wystarczająco śmiałym, by stawić czoła wszelkim przeszkodom.

Baśniowa, alegoryczna opowieść o wędrówce andaluzyjskiego pasterza jest tłem do medytacji nad tym, jak ominąć życiowe pułapki, by dotrzeć do samego siebie.

Alchemia Paulo Coelho to tajemna wiedza o prawdzie i jej dwóch obliczach. Autor burzy wszelkie bariery bojaźni, które powstrzymują strumień naszych pragnień. Potrzeba Alchemika i jego światowy rozgłos są oczywiste, albowiem lektura książki przemienia w złoto nawet najbardziej zaśniedziałe sprężyny ludzkich marzeń.

Opinie o ebooku Alchemik - Paulo Coelho

Cytaty z ebooka Alchemik - Paulo Coelho

Kiedy widzimy ciągle tych samych ludzi – tak jak w seminarium – stają się oni w końcu częścią naszego życia. A skoro są już częścią naszego życia, to chcą je zmieniać. Jeśli nie stajemy się tacy, jak tego oczekiwali, są niezadowoleni. Ponieważ ludziom wydaje się, że wiedzą dokładnie, jak powinno wyglądać nasze życie.
Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości. Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi mnie nic więcej. Jeśli kiedyś uda ci się trwać w teraźniejszości, staniesz się szczęśliwym człowiekiem.
Ciekawy pewnie jesteś, jak udaje mi się odgadnąć przyszłość? Dzięki znakom teraźniejszości. To w teraźniejszości drzemie cała tajemnica. Jeśli szanujesz dzień dzisiejszy, możesz go uczynić lepszym. A kiedy ulepszysz teraźniejszość,
Znalazłem je kiedyś w polu i zamierzałem ofiarować Kościołowi w dniu twoich święceń. Kup za nie stado i przemierzaj świat, aż zrozumiesz, że nasz zamek jest najważniejszy ze wszystkich, a nasze kobiety najpiękniejsze.
Każdy z nas we wczesnej młodości wie dobrze, jaka jest jego Własna Legenda. W tym okresie życia wszystko jest jasne, wszystko jest możliwe, ludzie nie boją się ani pragnień, ani marzeń o tym, co chcieliby w życiu osiągnąć. Jednak w miarę upływu czasu jakaś tajemnicza siła stara się dowieść za wszelką cenę, że spełnienie Własnej Legendy jest niemożliwe.
– Zawsze tak jest – powiedział staruszek. – Nazywamy to Zasadą Przychylności. Zwykle wygrywasz, gdy grasz w karty po raz pierwszy. To szczęście początkującego. – Ale dlaczego tak się dzieje? – Bo los gorąco pragnie, byś podążał śladem Własnej Legendy.
Kiedy jem, nie zajmuje mnie nic poza jedzeniem. Kiedy idę, to idę, i tyle. A jeśli przyjdzie mi walczyć, jeden dzień nie będzie lepszy od drugiego, by umrzeć. Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości. Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi mnie nic więcej. Jeśli kiedyś uda ci się trwać w teraźniejszości, staniesz się szczęśliwym człowiekiem. Zrozumiesz, że tak jak pustynia tętni życiem, tak jak niebo jest pełne gwiazd, tak wojownicy walczą, bo jest to nieodłącznie wpisane w człowieczą dolę. I wtedy twoje życie stanie się świętem, wielkim widowiskiem, ponieważ będzie tą chwilą, którą właśnie żyjesz, żadną inną.
To właśnie lęk przed porażką nie pozwolił mi dotąd podjąć Wielkiego Dzieła. Dopiero dzisiaj stawiam pierwsze kroki tam, gdzie powinienem był je stawiać przed dziesięciu laty. Ale jestem szczęśliwy, że nie czekałem kolejnych dwudziestu. I dalej podsycał ogień, spoglądając na pustynię.

Fragment ebooka Alchemik - Paulo Coelho

tytuł oryginału

O Alquimista

koncepcja graficzna

Michał Batory

zdjęcia

Myr Muratet

przygotowanie

PressEnter

redakcja i korekta

Zyta Oryszyn

Copyright © 1988 by Paulo Coelho

Copyright © for the Polish edition by Drzewo Babel, Warszawa 1995

wydawca dedykuje tę książkę

Andrejowi i tym wszystkim którzy nie bali się pójść własną drogą

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

ISBN 978-83-89933-68-3

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

J.

Alchemikowi,

który zna i wykorzystuje

tajniki Wielkiego Dzieła

W dalszej ich podróży

przyszedł do jednej wsi.

Tam pewna niewiasta, imieniem Marta,

przyjęła Go do swego domu.

Miała ona siostrę imieniem Maria,

która siadła u nóg Pana

i przysłuchiwała się Jego mowie.

Natomiast Marta uwijała się

koło rozmaitych posług.

Przystąpiła więc do Niego i rzekła:

„Panie, czy Ci to obojętne,

że moja siostra zostawiła

mnie samą przy usługiwaniu?

Powiedz jej, żeby mi pomogła”.

A Pan jej odpowiedział:

„Marto, Marto, troszczysz się

i niepokoisz o wiele,

a potrzeba mało albo tylko jednego.

Maria obrała najlepszą cząstkę,

której nie będzie pozbawiona”.

Ewangelia wg św. Łukasza 10, 38–42

Alchemik wziął do ręki książkę, którą przyniósł ze sobą ktoś z karawany. Książka nie miała wprawdzie okładki, jednak bez trudu rozpoznał autora – był to Oskar Wilde. Przerzucając pobieżnie kartki, natknął się na historię Narcyza.

Dobrze znał mit o Narcyzie, owym urodziwym młodzieńcu, który chodził codziennie podziwiać własne odbicie w tafli jeziora. Był tak pochłonięty swoim obrazem, że pewnego dnia wpadł do jeziora i utonął. W miejscu jego śmierci, na brzegu, wyrósł kwiat, który nazwano narcyzem.

Ale Oskar Wilde nie zakończył na tym swej historii.

On opowiedział, jak po śmierci Narcyza leśne boginie, Oready, przybyły nad brzeg tego słodkiego ongiś jeziora i zastały je przemienione w czarę gorzkich łez.

– Dlaczego płaczesz? – spytały Oready.

– Płaczę za Narcyzem – odrzekło jezioro.

– Wcale nas to nie dziwi – powiedziały wówczas. – Całymi dniami uganiałyśmy się za nim po lasach, ale jedynie ty mogłeś z bliska rozkoszować się jego urodą.

– Narcyz był zatem piękny? – zdziwiło się jezioro.

– Któż lepiej od ciebie mógłby to wiedzieć? – wykrzyknęły zaskoczone Oready. – Przecież nad twoim brzegiem pochylał się każdego dnia.

Jezioro zamilkło na chwilę, po czym rzekło:

– Opłakuję Narcyza, ale nie dostrzegłem nigdy, że jest piękny. Opłakuję Narcyza, bo za każdym razem, kiedy pochylał się nade mną, mogłem dojrzeć na dnie jego oczu odbicie mojej własnej urody.

– Oto ładna opowieść – powiedział Alchemik.

Nazywał się Santiago. Dzień chylił się ku końcowi, kiedy dotarł ze swoim stadem do ruin starego, opuszczonego kościoła. Strop dawno już się zawalił i jedynie w miejscu, w którym niegdyś stała zakrystia, wyrósł teraz wielki sykomor.

Tu pasterz postanowił spędzić noc. Wprowadził owce przez rozpadającą się bramę i zagrodził wejście deskami, by w nocy nie mogły się wymknąć. Wprawdzie w okolicy nie było wilków, ale zdarzyło się kiedyś, że uciekło mu jedno ze zwierząt i spędził cały dzień na poszukiwaniu zabłąkanej owcy.

Rozesłał na ziemi płaszcz, położył się i wsunął pod głowę świeżo przeczytaną książkę. Zanim zasnął, pomyślał sobie, że powinien teraz wybierać książki grubsze – na dłużej starczyłoby czytania, a i na noc byłyby lepszymi podgłówkami.

Gdy się zbudził, dookoła było jeszcze ciemno. Spojrzał w górę i przez szczelinę w sklepieniu zobaczył migoczące gwiazdy.

„Wolałbym pospać trochę dłużej” – pomyślał. Śniło mu się to samo co w zeszłym tygodniu i znów obudził się przed końcem.

Podniósł się z legowiska i wypił łyk wina. Wziął swój kij pasterski i zaczął budzić owce, które jeszcze spały. Dawno już zauważył, że większość tych stworzeń budziła się, ledwie on otwierał oczy. Jakby jakaś tajemna siła związała jego życie z życiem stada, które od dwóch lat przemierzało z nim kraj w poszukiwaniu wody i pożywienia.

– One tak już do mnie przywykły, że znają mój rytm dnia i nocy – rzekł z cicha. Po chwili namysłu wydało mu się jednak, że mogło być też odwrotnie – to on przyzwyczaił się do ich rytmu.

Niektóre owce budziły się jednak wolniej. Trącał kijem jedną po drugiej, wołając każdą po imieniu. Zawsze wierzył, że owce rozumiały wszystko, co do nich mówi. Dlatego czytał im czasem na głos urywki z książek, które go oczarowały, opowiadał o samotności i o radościach w życiu pasterza albo o ostatnich nowinach zasłyszanych w mijanych po drodze wioskach.

Od dwóch dni temat był właściwie jeden – tamta dziewczyna, córka kupca w miasteczku, do którego miał dotrzeć za cztery dni. Zawitał tam tylko raz, w ubiegłym roku. Kupiec był właścicielem sklepu z tkaninami i życzył sobie, by owce strzyżono pod jego okiem, bo nie chciał zostać oszukany. Jakiś przygodny przechodzień wskazał ten sklep pasterzowi, który pognał tam swoje stado.

– Chciałbym sprzedać trochę owczego runa – rzekł do kupca.

W sklepie było tłoczno, więc kupiec poprosił, żeby pasterz zaczekał ze strzyżeniem do zmroku. Chłopiec usiadł zatem na dziedzińcu i wyjął z worka książkę.

– Nie wiedziałam, że pasterze potrafią czytać książki – usłyszał obok siebie kobiecy głos.

Stała przed nim typowa dziewczyna z Andaluzji. Czarne włosy spływały jej na ramiona, a w oczach tliło się jeszcze nikłe wspomnienie po dawnych arabskich najeźdźcach.

– Od owiec można czasem nauczyć się więcej niż z książek – odparł młody pasterz.

I gawędzili przez wiele godzin. Wyjaśniła mu, że jest córką kupca, i opowiedziała o życiu swojego miasteczka, gdzie każdy dzień do złudzenia przypomina poprzedni. Pasterz zaś mówił o krajobrazach Andaluzji, o ostatnich nowinach z okolicznych wiosek i miasteczek. Był uszczęśliwiony, że może wreszcie porozmawiać z kimś innym niż owce.

– Gdzie nauczyłeś się czytać? – spytała w pewnej chwili dziewczyna.

– Tam gdzie wszyscy – odpowiedział – w szkole.

– Skoro umiesz czytać, to dlaczego jesteś tylko pasterzem?

Młodzieniec wykręcił się od odpowiedzi. Był pewien, że dziewczyna by go nie zrozumiała. Snuł dalej opowieści z wędrówki, a ciemne, mauretańskie oczy to otwierały się, to znów zamykały z zachwytu i zadziwienia. Czas mijał i chłopiec coraz bardziej pragnął, aby ten dzień nigdy się nie skończył, aby ojciec dziewczyny zajęty był jeszcze długo i niechby mu nawet kazał czekać ze trzy dni. Zrozumiał, że odczuwa coś, czego nigdy przedtem nie doznał – chęć pozostania na zawsze w jednym mieście. Z dziewczyną o kruczych włosach dni nigdy nie byłyby podobne do siebie.

Ale kupiec w końcu nadszedł i polecił mu ostrzyc cztery owce. Zapłacił sowicie i zaprosił znowu za rok.

I teraz pasterza dzieliły zaledwie cztery dni od powrotu do owego miasteczka. Był rozpłomieniony i zarazem pełen obaw – może dziewczyna już o nim zapomniała? Przechodziło przecież tamtędy tylu pasterzy sprzedających owcze runo.

– Nieważne – powiedział do swoich owiec. – Ja też znam wiele dziewcząt w innych miastach.

Ale w głębi serca czuł jednak, jak bardzo jest to ważne. I że pasterze, marynarze czy kupcy znają zawsze takie miasto, w którym żyje ktoś, kto sprawia, że pewnego dnia zapominają o urokach beztroskiego wędrowania po świecie.

Z pierwszym brzaskiem popędził stado w stronę wschodzącego słońca. „Owce nigdy nie muszą podejmować decyzji – pomyślał. – Może dlatego nie odstępują mnie na krok? Jedyne czego potrzebują to woda i pożywienie. Dopóki pasterz będzie je prowadził przez najlepsze pastwiska Andaluzji, dopóty będą mu towarzyszyć. Nawet jeśli wszystkie dni będą takie same, a godziny dłużyć się od wschodu do zachodu słońca, nawet jeśli nigdy w swoim krótkim życiu nie przeczytają ani jednej książki i nie poznają mowy ludzi powtarzających plotki z okolicznych wiosek. Zadowalają się wodą i pożywieniem, i w istocie całkiem im to wystarcza. W zamian hojnie ofiarowują ciepłą wełnę, wierne przywiązanie, a czasem też swoje mięso.

Gdybym przemienił się nagle w potwora i wyrżnął po kolei, jedną po drugiej, pojęłyby to dopiero, gdy znikłoby już prawie całe stado. Ponieważ ufając mi, przestały zawierzać własnym instynktom. A to dlatego tylko, że prowadzę je po soczystych pastwiskach”.

Własne myśli wydały mu się dziwaczne. A może ten kościół z rosnącym pośrodku sykomorem jest zaklęty? Może dlatego przyśnił mu się ponownie ten sam sen i wywołał w nim teraz złość na owce, zawsze przecież tak wierne? Wypił jeszcze łyk wina, które zostało z wieczerzy, i otulił się szczelnie płaszczem. Wiedział, że za parę godzin, kiedy słońce sięgnie zenitu, skwar stanie się tak wielki, że uniemożliwi prowadzenie owiec przez otwarte pola. Latem o tej porze cała Hiszpania śpi, a upał trwa aż do wieczora. Przez cały ten czas pasterz będzie musiał dźwigać swój płaszcz na ramieniu. Lecz ilekroć zechce pozbyć się tego brzemienia, przypomni sobie w porę, że to dzięki niemu nie odczuwa chłodu wczesnego poranka.

„W każdej chwili powinniśmy być gotowi na niespodzianki pogody” – myślał i czuł wtedy wdzięczność dla ciężaru płaszcza.

Płaszcz miał swój sens istnienia, tak jak i on. Po dwóch latach włóczęgi po równinach Andaluzji znał już na pamięć wszystkie jej zakamarki i właśnie wędrówka była sensem jego życia.

Tym razem zamierzał opowiedzieć dziewczynie, dlaczego prosty pasterz potrafi czytać.

Do szesnastego roku życia pobierał nauki w seminarium. Rodzice chcieli uczynić z niego księdza, co byłoby powodem do dumy dla prostej, wiejskiej rodziny, która podobnie jak jego owce pracowała jedynie na chleb i wodę. Studiował łacinę, hiszpański i teologię.

Ale od dziecka marzył o poznaniu świata i było to dla niego o niebo ważniejsze niż poznanie Boga i ludzkich grzechów. Pewnego popołudnia, kiedy odwiedził dom rodzinny, zebrał się na odwagę i oświadczył ojcu, że nie chce być księdzem. Chce podróżować.

– Synu, ludzie z najdalszych zakątków świata przeszli już przez naszą wioskę. Poszukują tu rzeczy nowych, ale choć je znajdują, pozostają ciągle tacy sami. Wchodzą na skarpę obejrzeć zamek i wydaje im się, że przeszłość była lepsza od teraźniejszości. Czy mają jasne włosy, czy ciemną skórę, wszyscy są tacy sami jak ludzie z naszej wioski.

– Ale ja nie znam zamków w krainach, z których przybywają – odparł młodzieniec.

– Ludzie ci, widząc nasze pola i nasze kobiety, powiadają, że chcieliby tu zostać na zawsze – ciągnął ojciec.

– Chcę zatem poznać ich kobiety i kraje, z których przybyli – powiedział chłopiec. – Gdyż oni nie zostają tutaj nigdy.

– Ludzie ci mają sakwy wypchane pieniędzmi – dodał jeszcze ojciec. – U nas tylko pasterze mogą podróżować beztrosko.

– Zostanę więc pasterzem.

Ojciec nie powiedział już nic więcej. Nazajutrz dał mu sakiewkę z trzema starymi złotymi monetami.

– Znalazłem je kiedyś w polu i zamierzałem ofiarować Kościołowi w dniu twoich święceń. Kup za nie stado i przemierzaj świat, aż zrozumiesz, że nasz zamek jest najważniejszy ze wszystkich, a nasze kobiety najpiękniejsze.

I pobłogosławił go. W oczach ojca chłopiec odnalazł to samo pragnienie przemierzania świata. Pragnienie ciągle żywe, choć przez dziesiątki lat zagłuszone troską o wodę, chleb i dach nad głową.

Horyzont zabarwił się na czerwono, a potem pojawiło się słońce. Młodzieniec przypomniał sobie tamtą rozmowę z ojcem i poczuł się szczęśliwy. Poznał już wiele zamków i wiele kobiet – żadna jednak nie mogła się równać z dziewczyną, która czekała na niego o trzy dni drogi stąd. Miał płaszcz, książkę, którą mógł wymienić na inną, i stado owiec. Najważniejsze było jednak to, że każdego dnia spełniał wielkie marzenie swego życia – podróżował. Gdy znużą go do cna równiny Andaluzji, będzie mógł sprzedać owce i zostać marynarzem. A gdy będzie miał po uszy morza, to i tak przecież pozna już wiele miast, wiele kobiet i trafi mu się dość okazji, aby zaznać szczęścia.

„Doprawdy, jak w seminarium można szukać Boga?” – pomyślał, patrząc na wschodzące słońce. Zawsze, ilekroć było to możliwe, starał się obierać nowe ścieżki. Nigdy przedtem nie dotarł do tego kościoła, choć przechodził tędy setki razy. W wielkim i nieogarnionym świecie, gdyby tylko choć przez chwilę pozwolił prowadzić się owcom, odkryłby jeszcze wiele ciekawych rzeczy. „Sęk w tym, iż one nie zdają sobie sprawy z tego, że codziennie idą nową drogą. Nie dostrzegają, że wokół zmieniają się pastwiska, a pory roku są inne. Bez reszty bowiem pochłania je troska o wodę i pożywienie.

A może dzieje się tak z nami wszystkimi? – myślał dalej. – Nawet ze mną, bo nie myślę o innych kobietach, odkąd poznałem córkę kupca”.

Spojrzał w niebo. Według wszelkich obliczeń do Tarify dotrze jeszcze przed obiadem. Tam będzie mógł zamienić książkę na grubszą, napełnić butelkę winem, ogolić się i ostrzyc. Musiał być gotów na spotkanie z dziewczyną. Nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że jakiś inny pasterz z większym stadem mógł przyjść przed nim i poprosić o jej rękę.

„To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące” – pomyślał i spoglądając znów w niebo, przyśpieszył kroku. Przypomniał sobie, że w Tarifie mieszka pewna stara kobieta, która potrafi tłumaczyć sny. A tej nocy przyśnił mu się po raz drugi ten sam sen.

Staruszka poprowadziła młodzieńca w głąb domu, do izby oddzielonej od reszty zasłoną z kolorowych paciorków. Stał tam stół, dwa krzesła, a na ścianie wisiał obraz Najświętszego Serca Jezusowego.

Staruszka usiadła i zaprosiła go do stołu. Ujęła dłonie chłopca w swoje i modliła się szeptem.

Wyglądało to na cygańską modlitwę. Spotkał już na swej drodze wielu Cyganów. Oni też wędrowali, ale nie hodowali owiec. Ludzie mówili, że Cygan to ktoś, kogo życie upływa na oszukiwaniu innych. Mówili też, że Cyganie podpisali pakt z Diabłem i że porywają cudze dzieci, by uczynić z nich niewolników w swych tajemniczych obozowiskach. Kiedy był mały, na myśl, że zostanie porwany przez Cyganów, umierał ze strachu i ten dawny lęk powrócił w chwili, gdy staruszka trzymała jego dłonie.

„Przecież jest tu obraz Najświętszego Serca Jezusowego” – uspokajał sam siebie. Nie chciał, żeby ręce zaczęły mu drżeć i żeby staruszka spostrzegła jego przerażenie. Zmówił pośpiesznie w duchu pacierz.

– Ciekawe... – powiedziała, nie odrywając oczu od dłoni chłopca. I znowu zamilkła.

Ogarniał go coraz większy niepokój. Mimowiednie zadrżały mu ręce i staruszka to spostrzegła. Cofnął je szybko.

– Nie przyszedłem tu po to, byś mi wróżyła z ręki – powiedział, żałując gorzko, że przekroczył próg tego domu. Przez głowę przemknęła mu myśl, że lepiej byłoby zapłacić i wyjść, nie dowiadując się niczego. Niepotrzebnie taką wagę przywiązywał do tego snu.

– Przyszedłeś zapytać mnie o sny – rzekła staruszka. – A sny są językiem Boga. Gdy Bóg przemawia językiem świata, mogę odgadnąć ich znaczenie. Jeśli zaś mówi językiem twojej duszy, tylko ty jeden możesz je zrozumieć. Tak czy owak, należy mi się zapłata.

„Jeszcze jedna sztuczka” – pomyślał chłopiec. Mimo to postanowił zaryzykować. Pasterzowi zawsze zagrażają wilki albo susza i to właśnie sprawia, że pasterskie życie jest tak ciekawe.

– Dwa razy z rzędu śniło mi się to samo. Byłem z moim stadem na pastwisku – zaczął opowiadać – kiedy pojawiło się jakieś dziecko i zaczęło bawić się z owcami. Nie lubię, kiedy ktoś zbliża się do moich owiec, bo lękają się obcych. Ale dzieciom zawsze udaje się podejść tak, że zwierzęta się ich nie boją. Nie wiem dlaczego. Jak owce mogą odgadnąć wiek ludzi?

– Wróć do swego snu – przerwała staruszka. – Zostawiłam garnek na ogniu. Poza tym masz mało pieniędzy i nie możesz zabierać mi zbyt wiele czasu.

– Dziecko jeszcze czas jakiś bawiło się z owcami – ciągnął dalej swą opowieść lekko speszony. – Nagle chwyciło mnie za rękę i zaprowadziło do Piramid w Egipcie.

Odczekał chwilę, by przekonać się, czy staruszka wie, co to są egipskie piramidy. Ale ona milczała.

– Tam przy Piramidach w Egipcie – trzy ostatnie słowa wymówił powoli i wyraźnie, by staruszka mogła dobrze zrozumieć – dziecko powiedziało mi: „Jeśli dotrzesz tutaj, znajdziesz ukryty skarb”. Ale nim zdołało pokazać mi dokładne miejsce, obudziłem się. I za pierwszym, i za drugim razem.

Staruszka milczała przez chwilę. Ponownie ujęła ręce chłopca i uważnie im się przyglądała.

– Teraz nie wezmę od ciebie nic – rzekła. – Ale chcę dziesiątą część skarbu, jeśli go kiedykolwiek odnajdziesz.

Chłopiec wybuchnął śmiechem. Był to śmiech radości. Oto zaoszczędzi tę odrobinę pieniędzy, jaką posiada, tylko dlatego, że miał sen o ukrytym skarbie! Ta poczciwa kobieta musiała być rzeczywiście Cyganką. Cyganie są głupi.

– Więc jak wytłumaczysz ten sen? – spytał.

– Najpierw przysięgnij, że dasz mi dziesiątą część skarbu w zamian za to, co ci teraz powiem.

Złożył przysięgę. Staruszka poprosiła, żeby jeszcze raz przysiągł – na obraz Najświętszego Serca Jezusowego.

– Ten sen jest w Języku Świata – powiedziała. – Mogę ci go objaśnić, ale będzie to bardzo trudne. Dlatego uważam, że należy mi się część tego, co znajdziesz. A jego przesłanie jest takie: powinieneś iść do egipskich Piramid. Wprawdzie nigdy nic o nich nie słyszałam, ale jeśli pokazało ci je dziecko, to na pewno istnieją. Tam odnajdziesz skarb, dzięki któremu staniesz się bogaty.

Młody człowiek poczuł najpierw zdziwienie, a potem złość. Niepotrzebnie przyszedł do tej starej. Ale przypomniał sobie w porę, że przecież nic nie płaci.

– Jeśli taka jest twoja rada, to szkoda było mojego czasu – powiedział.

– Widzisz? Ostrzegałam cię przecież, że twój sen jest trudny do wyjaśnienia. Rzeczy proste są zawsze najbardziej niezwykłe i tylko mędrcy potrafią je pojąć. Nie jestem mędrcem, dlatego muszę znać inne sztuki, choćby wróżenie z ręki.

– A jak mam dojść do Egiptu?

– Ja tylko tłumaczę sny. Nie potrafię ich przemieniać w rzeczywistość. Dlatego żyję na łasce córek.

– A jeśli nigdy nie dotrę do Egiptu?

– To ja nie dostanę zapłaty. Nie pierwszy raz.

I staruszka nie powiedziała już nic więcej. Kazała, żeby sobie poszedł, bo straciła dla niego zbyt dużo czasu.

Pasterz odszedł zawiedziony i powziął zamiar, by nigdy więcej nie dawać wiary snom. Przypomniał sobie, że ma wiele rzeczy do zrobienia. Poszedł więc coś zjeść, zamienił książkę na inną, grubszą, i usiadł na ławce na rynku, by skosztować wina, które właśnie kupił. Dzień był gorący, a wino, za sprawą jednej z niezgłębionych tajemnic, orzeźwiało. Owce stały bezpieczne w zagrodzie u przyjaciela na skraju miasta. Znał wielu ludzi w tych stronach – dlatego tak lubił wędrować. Zawsze bowiem można spotykać coraz to nowych przyjaciół i wcale nie trzeba z nimi stale przebywać. Kiedy widzimy ciągle tych samych ludzi – tak jak w seminarium – stają się oni w końcu częścią naszego życia. A skoro są już częścią naszego życia, to chcą je zmieniać. Jeśli nie stajemy się tacy, jak tego oczekiwali, są niezadowoleni. Ponieważ ludziom wydaje się, że wiedzą dokładnie, jak powinno wyglądać nasze życie.

Natomiast nikt nie wie, w jaki sposób powinien przeżyć własne życie. Trochę tak jak ta kobieta od snów, która potrafiła odgadnąć ich sens, ale nie umiała ich urzeczywistniać.

Postanowił zaczekać, aż słońce zniży się nieco, i ruszyć z owcami w stronę łąk. Już za trzy dni ujrzy córkę kupca.

Sięgnął po książkę, którą dostał od księdza w Tarifie, gruby tom. Od pierwszej strony była w nim mowa o pogrzebie. Poza tym, imiona bohaterów były wyjątkowo trudne do zapamiętania. Pasterz pomyślał, że gdyby napisał kiedyś książkę, to wprowadzałby każdą postać pojedynczo, aby ten, kto czyta, nie musiał uczyć się na pamięć wszystkich imion naraz.

A gdy w końcu czytanie go wciągnęło – bo ceremonia pogrzebowa odbywała się na śniegu, co dawało mu wrażenie chłodu pod tym palącym słońcem – usiadł obok jakiś starzec i próbował nawiązać rozmowę.

– Co ci ludzie robią? – zagadnął, wskazując tłum na rynku.