Wydawca: Studio Astropsychologii Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Alchemia szczęścia - Bogusława Krause

Życiową pasją autorki jest… samo życie. Zafascynowana działaniem ludzkiego ciała i jego nieograniczonymi możliwościami łączy odkrycia nauki z praktyką życiową. Wiedzę otrzymaną bezpośrednio od Esther i Jerry`ego Hicks ukazuje w całkiem innym świetle, uzupełniając ją faktami z własnego życia. Będąc najlepszym przykładem tego, o czym pisze, udowadnia że żadna tragedia nie jest tragedią, tylko stanem przejściowym i to zawsze prowadzącym ku lepszemu.

 

Chcesz być wolny i szczęśliwy? Chcesz mieć pewność, że w życiu spotka Cię tylko to, co sobie stworzysz?

 

Dowiedz się zatem, jak:

  • z każdej podejmowanej w życiu decyzji uczynić dobrą decyzję,
  • bajki opowiadane Ci w dzieciństwie ukształtowały Twoje postrzeganie świata (zwracaj uwagę na to, czego teraz słuchają Twoje dzieci),
  • poprzez myśli, przeżywane emocje i przekonania tworzysz swoją przyszłość.

 

Nie ma znaczenia co robisz, aby osiągnąć szczęście. Ważne jest tylko to, co myślisz. To Ty nadajesz znaczenie temu, co Cię otacza. A od tego znaczenia zależy Twoje doświadczenie.

 

Dostrzegaj tylko pozytywne strony życia!

Opinie o ebooku Alchemia szczęścia - Bogusława Krause

Fragment ebooka Alchemia szczęścia - Bogusława Krause

RE­DAK­CJA: Ewa Kar­czew­ska

SKŁAD: To­masz Pi­ła­sie­wicz

PRO­JEKT OKŁAD­KI: Piotr Pi­siak

KO­REK­TA: Ma­rze­na Żu­kow­ska

Wy­da­nie I

Bia­ły­stok 2014

ISBN 978-83-7377-631-9

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Stu­dio Astrop­sy­cho­lo­gii, Bia­ły­stok, 2011.

All ri­ghts re­se­rved, in­c­lu­ding the ri­ght of re­pro­duc­tion in who­le or in part in any form.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej pu­bli­ka­cji nie może być po­wie­la­na

ani roz­po­wszech­nia­na za po­mo­cą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, me­cha­nicz­nych,

ko­piu­ją­cych, na­gry­wa­ją­cych i in­nych bez pi­sem­nej zgo­dy po­sia­da­czy praw au­tor­skich.

15-762 Bia­ły­stok

ul. An­to­niuk Fabr. 55/24

85 662 92 67 – re­dak­cja

85 654 78 06 – se­kre­ta­riat

85 653 13 03 – dział han­dlo­wy – hurt

85 654 78 35 – www.ta­li­zman.pl – de­tal

sklep fir­mo­wy: Bia­ły­stok, ul. An­to­niuk Fabr. 55/20

Wię­cej in­for­ma­cji znaj­dziesz na por­ta­lu www.psy­cho­tro­ni­ka.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Słowo ode mnie

I told you that we co­uld fly, co­use

We all have wings

But some of us don’t know, why…

(Mó­wi­łam Ci, że mo­że­my la­tać, bo

Wszy­scy mamy skrzy­dła

Choć nie­któ­rzy nie wie­dzą, po co…)

– „Ne­ver tear us apart”, INXS

Bez wzglę­du na to, jak je­steś szczę­śli­wy w tym mo­men­cie, by­wa­ją chwi­le, kie­dy ży­cie wy­da­je się nie do znie­sie­nia i jego sens wy­da­je się wąt­pli­wy…

Cza­sem jest tak, że chwi­le te trwa­ją dłu­żej, a Ty czu­jesz się źle i w pew­nym sen­sie przy­zwy­cza­jasz się do tego złe­go sa­mo­po­czu­cia. I choć funk­cjo­nu­jesz, cho­dzisz do pra­cy, zaj­mu­jesz się dzieć­mi, do­mem, sa­mo­cho­dem, psem może…, to w Two­im ży­ciu wciąż cze­goś bra­ku­je. Czu­jesz, że ży­cie ucie­ka i mija bez­pow­rot­nie, a Ty nie je­steś szczę­śli­wy… albo nie do koń­ca czu­jesz, że je­steś szczę­śli­wy. Choć teo­re­tycz­nie masz wszyst­ko, co jest uwa­ża­ne za atry­bu­ty szczę­ścia, może na­wet wszyst­ko, co sam uwa­żasz za atry­bu­ty szczę­ścia. Masz ro­dzi­nę, do­brą pra­cę, star­cza Ci na chleb po­wsze­dni, czym­kol­wiek jest dla Cie­bie ten po­wsze­dni chleb, masz ogró­dek i psa… Albo je­steś wol­nym strzel­cem i masz mały ba­gaż rze­czy trzy­ma­ją­cy Cię w jed­nym miej­scu, masz pie­nią­dze i wol­ność… i inni Ci mó­wią: „To­bie to do­brze”, „Ty to się w ży­ciu urzą­dzi­łeś/łaś”, a Ty pa­trzysz na to swo­je urzą­dze­nie się i nie wi­dzisz tego, co oni…

A może nie masz nic z tego, co jest uwa­ża­ne za atry­bu­ty szczę­ścia. W za­sa­dzie, je­śli nie czu­jesz się szczę­śli­wy/a i speł­nio­ny/a, to nie róż­nisz się ni­czym od tych, któ­rzy po­sia­da­ją to wszyst­ko i nie czu­ją ra­do­ści. Bo wi­dzisz, szczę­ście i za­do­wo­le­nie to stan umy­słu, zu­peł­nie nie­za­leż­ny od tego, co masz, co ro­bisz i w ja­kim sta­nie jest Two­je zdro­wie.

To jed­nak, co masz, co ro­bisz i w ja­kim sta­nie jest Two­je zdro­wie jest w stu pro­cen­tach za­leż­ne od tego, w ja­kim stop­niu je­steś szczę­śli­wy.

Na­pi­sa­no już spo­ro ksią­żek o tym, że my­śli stwa­rza­ją rze­czy­wi­stość, o tym, że prze­ko­na­nia są pro­gra­ma­mi na­sze­go ży­cia i o tym, że czło­wiek jest kimś wię­cej niż tyl­ko ob­ser­wa­to­rem ze­wnętrz­ne­go świa­ta. Nie będę więc o tym pi­sać, choć pew­nie pad­nie kil­ka ta­kich stwier­dzeń, gdyż cał­ko­wi­cie w to wie­rzę. To jed­nak, czym chcę się z Tobą po­dzie­lić jest po­dyk­to­wa­ne moją ab­so­lut­ną fa­scy­na­cją fi­zjo­lo­gią i moż­li­wo­ścia­mi ludz­kie­go cia­ła. Naj­pierw to były hor­mo­ny i układ hor­mo­nal­ny. Po­tem ner­wo­wy. Nie­sa­mo­wi­te jest to, że po­nad dzie­sięć lat temu, wie­dza, jaka była wy­kła­da­na na uni­wer­sy­te­tach była inna od tej, wy­kła­da­nej trzy lata temu, a wia­do­mo­ści do­stęp­ne w tej chwi­li są jesz­cze inne. To świad­czy o tym, jak bar­dzo in­for­ma­cje po­da­wa­ne w da­nym mo­men­cie są nie­kom­plet­ne lub da­le­kie od praw­dy. Weź­my np. układ ner­wo­wy. Jesz­cze pięt­na­ście lat temu uczo­no, i była to wie­dza pod­par­ta do­wo­da­mi, że uszko­dze­nia ukła­du ner­wo­we­go (np. ner­wów koń­czyn w wy­ni­ku wy­pad­ku) są nie do na­pra­wy, a ko­mór­ki ukła­du ner­wo­we­go się nie od­na­wia­ją. Póź­niej stwier­dze­nie to do­ty­czy­ło sa­me­go mó­zgu. Jed­nak dzi­siaj wie­my już, że i neu­ro­ny uło­żo­ne w sieć w cie­le, i neu­ro­ny mó­zgu mogą się od­ra­dzać. Przy czym, od­ra­dzać, jest nie­ade­kwat­nym sło­wem, gdyż tak na­praw­dę, w miej­scu uszko­dzo­nych ko­mó­rek bu­do­wa­ne są cał­kiem nowe po­łą­cze­nia. Wie­dza ta zo­sta­ła „od­kry­ta”, po­nie­waż w wy­ni­ku od­po­wied­niej re­ha­bi­li­ta­cji, po­łą­czo­nej z psy­cho­te­ra­pią, pa­cjen­ci ze spa­ra­li­żo­wa­ny­mi czę­ścia­mi cia­ła (np. w wy­ni­ku wy­pad­ku), od­zy­ski­wa­li czu­cie i spraw­ność. Oka­za­ło się, że ner­wy też mogą się od­ra­dzać. I choć ogól­nie ak­cep­to­wa­nym do­tąd po­glą­dem, po­twier­dzo­nym na­uko­wo, było, że tyl­ko ko­mór­ki wą­tro­by mogą się re­ge­ne­ro­wać, tak te­raz po­wsta­je py­ta­nie, czy aby nie wszyst­kie ko­mór­ki na­sze­go cia­ła mają taką zdol­ność? Sko­ro od­kry­to, że po za­blo­ko­wa­niu genu od­po­wie­dzial­ne­go za obro­nę or­ga­ni­zmu przed no­wo­two­ra­mi, ak­ty­wu­je się gen od­po­wie­dzial­ny za od­ra­sta­nie od­cię­tych koń­czyn (El­len He­ber–Katz i inni na­ukow­cy z Wi­star In­sti­tu­te w Fi­la­del­fii od­kry­li spo­sób, jak po­bu­dzić cia­ło każ­dej ży­wej isto­ty do in­ten­syw­nej re­ge­ne­ra­cji, po­twier­dza­jąc ba­da­nia­mi na my­szach. Już są pro­wa­dzo­ne ba­da­nia na lu­dziach, na ra­zie od­ra­stać mają od­cię­te opusz­ki pal­ców.), to w za­sa­dzie su­ge­ru­je to, że moż­li­wo­ści na­sze­go cia­ła nie są cał­kiem jesz­cze od­kry­te i skoń­czo­ne. Nie są od­kry­te, do­pó­ki ich od­kry­cie nie jest je­dy­ną opcją. Jak w przy­pad­ku mat­ki, któ­rej dziec­ko przy­gniótł jed­no­to­no­wy sprzęt, a któ­ra bez na­my­słu go pod­no­si, uwal­nia­jąc dziec­ko. Czy męż­czy­zny, ucie­ka­ją­ce­go przed na­past­ni­ka­mi, któ­ry prze­ska­ku­je dwu­me­tro­wy płot. Czy dwój­ki mło­dych (mo­ich, tak na mar­gi­ne­sie) ro­dzi­ców, bez po­mo­cy wy­no­szą­cych z rowu sa­mo­chód z trój­ką swo­ich dzie­ci w środ­ku (i nie był to Fiat 126 p)… Skąd ta­kie po­kła­dy siły, sko­ro na „chłop­ski” ro­zum mię­śnie tych lu­dzi nie mo­gły wy­ko­nać żad­nej z tych rze­czy…

I za­rów­no w przy­pad­ku zdro­wia, jak i ta­kich nie­ty­po­wych oko­licz­no­ści, oka­zu­je się, że cia­ło ludz­kie wie­le po­tra­fi, kie­dy jest to je­dy­ną opcją.

Za­wsze in­te­re­so­wa­ły mnie moż­li­wo­ści ludz­kie­go cia­ła. I ta moja fa­scy­na­cja nie koń­czy­ła się je­dy­nie na czy­ta­niu ksią­żek, stu­dio­wa­niu fi­zjo­lo­gii i che­mii, ale przede wszyst­kim na po­zna­wa­niu tych moż­li­wo­ści w ży­ciu.

Cie­ka­wi­ło mnie za­wsze rów­nież szczę­ście, jako stan psy­chicz­ny nie­za­leż­ny od czyn­ni­ków ze­wnętrz­nych. Bo jak to się dzie­je, że jed­ni lu­dzie są szczę­śli­wi, a inni nie? Dla­cze­go jed­ni po­mi­mo po­sia­da­nia wie­lu rze­czy, bę­dą­cych pra­gnie­nia­mi in­nych, nie są za­do­wo­le­ni? Po­noć pie­nią­dze szczę­ścia nie dają… Jed­nak w ta­kim ra­zie wszy­scy lu­dzie ży­ją­cy po­ni­żej gra­ni­cy ubó­stwa po­win­ni być szczę­śli­wi, a… prze­cież nie są. Dla­cze­go jed­ni z byle po­wo­du prze­ży­wa­ją sta­ny de­pre­syj­ne, a dla in­nych te same po­wo­dy są je­dy­nie za­baw­ne? Od­kry­to, że mi­łość in­nych jest le­kar­stwem na wszel­kie zło, na cho­ro­by, na za­bu­rze­nia psy­chicz­ne… A jed­nak w ro­dzi­nach, gdzie tej mi­ło­ści od in­nych nie bra­ku­je, zda­rza­ją się sa­mo­bój­stwa, za­cho­ro­wa­nia na raka, de­pre­sje, agre­sje…

Moje ży­cio­we fa­scy­na­cje i po­szu­ki­wa­nia w pew­nym mo­men­cie ży­cia zbie­gły się w jed­nym punk­cie. W miej­scu, gdzie je­dy­nym lo­gicz­nym kro­kiem jest po­wią­za­nie sta­nu umy­słu (po­zio­mu za­do­wo­le­nia, sa­mo­ak­cep­ta­cji, ak­cep­ta­cji, wy­obra­żeń na te­mat tego, co jest, a co nie jest moż­li­we) ze sta­nem zdro­wia, sta­nem po­sia­da­nia i z sy­tu­acja­mi w ży­ciu, któ­re wzma­ga­ją stan za­do­wo­le­nia. Przy czym, ja od­kry­wa­łam to stop­nio­wo, za­czy­na­jąc od tego, w jaki spo­sób ob­ra­zy w umy­śle są prze­kształ­ca­ne na che­mię cia­ła. Naj­pierw za­uwa­ży­łam, że to, jak się czu­je­my, wpły­wa na to, jak wy­glą­da­my, jak szyb­ko się sta­rze­je­my, czy chud­nie­my, czy ty­je­my i w ja­kim sta­nie jest na­sze zdro­wie. Więk­szość z mo­ich ob­ser­wa­cji w tej kwe­stii i na­uko­wych po­twier­dzeń opi­sa­łam w „Od­chu­dza­niu i Pra­wie Przy­cią­ga­nia” (2010). Jed­nak, jak to kie­dyś śpie­wał nie­sa­mo­wi­ty głos na­szych cza­sów The show must go on, nie moż­na za­trzy­mać się w jed­nym punk­cie. Od­kry­cie tego, że to nie ge­ne­ty­ka, nie uwa­run­ko­wa­nia spo­łecz­ne, ro­dzin­ne, nie spo­sób od­ży­wia­nia i nie ilość ćwi­czeń fi­zycz­nych są od­po­wie­dzial­ne za na­sze zdro­wie, ale że je­ste­śmy za nie od­po­wie­dzial­ni sami, po­przez na­szą świa­do­mość, spo­wo­do­wa­ło dal­sze po­szu­ki­wa­nia: Jak tym ste­ro­wać? Co mam zro­bić z mo­imi my­śla­mi, jak w ogó­le kie­ro­wać my­śla­mi, sko­ro one so­bie po pro­stu wpły­wa­ją do mo­jej gło­wy? W pew­nym okre­sie ży­cia mia­łam na tym punk­cie ab­so­lut­ne­go bzi­ka. Co i jak ro­bić, żeby mój umysł mógł i po­tra­fił tak za­rzą­dzać che­mią mo­je­go cia­ła, żeby było ono tak spraw­ne i zdro­we, jak chcę? Znów było wie­le prak­ty­ki: NLP – ste­ro­wa­nie swo­im do­świad­cze­niem po­przez od­po­wied­ni do­bór słów w wy­ra­ża­niu się, czy róż­ne tech­ni­ki oszu­ku­ją­ce świa­do­my umysł, jak np. po­zy­tyw­ne my­śle­nie, przy­no­szą­ce pew­ne re­zul­ta­ty, jed­nak nie za­do­wa­la­ją­ce, bo ja sama wciąż nie czu­łam się szczę­śli­wa, a cia­ło było po­twier­dze­niem mo­ich zma­gań. Wciąż mia­łam „ge­ne­tycz­ną” cho­ro­bę skó­ry. W koń­cu jed­nak tra­fi­łam na te­ra­pię po­znaw­czą – te­ra­pię za­bu­rzeń na­stro­ju.

Oto, jak brzmi jej opis:

…wszyst­kie na­sze na­stro­je są two­rzo­ne przez na­sze akty po­znaw­cze – in­ny­mi sło­wy – na­sze my­śli. Akt po­znaw­czy ma zwią­zek z tym, jak czło­wiek po­strze­ga rze­czy­wi­stość, ma zwią­zek z jego per­cep­cją, po­sta­wą psy­chicz­ną i prze­ko­na­nia­mi. Obej­mu­je mię­dzy in­ny­mi to, jak in­ter­pre­tu­je­my wszyst­ko, co wi­dzi­my i co nam się przy­da­rza, jak ko­men­tu­je­my sami dla sie­bie wy­da­rze­nia lub opo­wia­da­my so­bie o lu­dziach, któ­rych spo­ty­ka­my. Czło­wiek czu­je się tak, jak się czu­je z po­wo­du my­śli, któ­re aku­rat w tym mo­men­cie mu to­wa­rzy­szą…

(Da­vid, D. Burns, 2005, 2010)

Był to prze­łom, po­nie­waż od stwier­dze­nia, że to przez moje my­śli mam ta­kie a nie inne sa­mo­po­czu­cie, a co za tym idzie zdro­wie i wy­gląd, do­szłam do ko­lej­nych pięk­nych od­kryć, a mia­no­wi­cie, że moje my­śli nie tyl­ko wpły­wa­ją na moje szczę­ście i zdro­wie, ale i na całą moją rze­czy­wi­stość. Oka­zu­je się więc, że to, co my­ślę w da­nej chwi­li jest ko­pu­łą, na któ­rej bu­du­je się moje ży­cie… no i wca­le nie jest tak, że ja nie mam wpły­wu na te my­śli.

Lata mo­ich po­szu­ki­wań teo­rii, lata mo­jej wy­tę­żo­nej prak­ty­ki, do­pro­wa­dzi­ły mnie tu, do chę­ci po­dzie­le­nia się z Tobą tym wszyst­kim, co wiem te­raz o współ­pra­cy umy­słu z cia­łem i o tym, jak kie­ro­wa­nie za­rów­no swo­im do­świad­cze­niem, jak i zdro­wiem jest ba­nal­nie pro­ste. Kie­dy do mnie to do­cie­ra­ło z każ­dym ko­lej­nym dniem mo­je­go ży­cia, cza­sem wy­da­wa­ło się zbyt pro­ste. Jed­nak po­twier­dze­nie w ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści jest aż na­zbyt WIEL­KIM do­wo­dem na to, że jest to praw­da. Nie tyl­ko w ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści, choć ona jest co­raz pięk­niej­sza i dziś już nie mam „ge­ne­tycz­nej” cho­ro­by skó­ry, ale przede wszyst­kim w po­zio­mie za­do­wo­le­nia, któ­ry od­czu­wam każ­de­go ko­lej­ne­go dnia.

Je­śli więc dzie­je się w Two­im ży­ciu co­kol­wiek, co spra­wia, że nie czu­jesz się speł­nio­ny, bez wzglę­du na to, czy jest to tyl­ko stan chwi­lo­wy, czy stan chwi­lo­wy, któ­ry prze­kształ­cił się już w stan sta­ły, za­chę­cam Cię do wzię­cia od­po­wie­dzial­no­ści za ten stan i za sie­bie. Je­steś je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­ra może coś z tym zro­bić.

A tym­cza­sem, ży­czę Ci przy­jem­nej lek­tu­ry.

Bo­gu­sła­wa Krau­se

Podejmij decyzję

Kro­ki, któ­re pro­wa­dzą do szczę­ścia są tak pro­ste, jak po­sta­wie­nie przez racz­ku­ją­ce dziec­ko swo­ich pierw­szych kro­ków.

Pa­mię­tam, że kie­dyś, za­nim do­wie­dzia­łam się o tym, że myśl stwa­rza, ja­dąc sa­mo­cho­dem do pra­cy, gdzie cze­kał na mnie roz­wście­czo­ny wspól­nik (wie­dzia­łam, że roz­wście­czo­ny, bo chwi­lę wcze­śniej odło­ży­łam słu­chaw­kę po roz­mo­wie z nim), mó­wi­łam do sie­bie: „Prze­stań, już nie raz to prze­szłaś” – co lek­ko ła­go­dzi­ło mój strach przed kłót­nią. Po­tem wy­obra­ża­łam so­bie, jak mo­gło­by prze­bie­gać na­sze spo­tka­nie za chwi­lę, ale tak, że­bym wy­szła ze wszyst­kie­go obron­ną ręką. I kie­dy do­je­cha­łam na miej­sce, ta obron­na ręka ja­koś za­dzia­ła­ła tak, że kłót­ni albo wca­le nie było, albo prze­szło ja­koś tak… gład­ko. Jed­nak, kie­dy już do­wie­dzia­łam się o tym, że my­śli two­rzą, to za­czę­łam my­śleć in­a­czej: „Co Ty? Rusz się, a nie bę­dziesz ja­kieś głu­po­ty sto­so­wać. Że niby my­śli same Cię prze­nio­są na spo­tka­nie”, albo: „Co za bzdur­ny po­mysł, że niby ja two­rzę wszyst­ko w gło­wie?!”. I za chwi­lę od­czu­wa­łam strach. Wszak już jako dziew­czyn­ka do­szłam do wnio­sku, że w róż­nych mo­men­tach ży­cia lu­dzie mogą uwa­żać inne rze­czy za nor­mal­ne i z nimi mieć do czy­nie­nia, a po­tem, kie­dy coś in­ne­go za­czy­na być dla nich nor­mal­ne – tam­te oko­licz­no­ści zni­ka­ją z ich ży­cia. Wie­dzia­łam, że kie­dy ktoś w coś wie­rzy, to za­wsze uda­je mu się zna­leźć po­twier­dze­nie swo­ich wie­rzeń w świe­cie fi­zycz­nym, po­mi­mo tego, że inni lu­dzie mogą wie­rzyć i do­świad­czać zu­peł­nie in­nych rze­czy. Jako dziec­ko, cie­ka­wi­ło mnie dla­cze­go, kie­dy ja my­śla­łam, że 13. pią­tek jest wspa­nial­szym dniem od in­nych, to dla mnie jest on wspa­nia­ły, a dla in­nych, któ­rzy wie­rzą w pe­cho­wą 13-stkę, jest pe­cho­wy. W pew­nym sen­sie stwier­dze­nie, że myśl stwa­rza, było dla mnie bar­dzo lo­gicz­ne, tyle że ogar­niał mnie lęk przed tak wiel­ką od­po­wie­dzial­no­ścią za to, co się dzie­je w moim ży­ciu. Pa­mię­tam, jak ba­łam się, że wszyst­ko może za­le­żeć ode mnie i od tego, co my­ślę, choć do­tąd całe moje ży­cie było jed­ną wal­ką o tę wła­śnie swo­bo­dę i nie­za­leż­ność od czyn­ni­ków ze­wnętrz­nych. Kie­dy jed­nak sta­nę­łam z tą praw­dą twa­rzą w twarz, za­czę­łam się du­sić ze stra­chu. Ze stra­chu, że moje my­śli mogą stwa­rzać moje do­świad­cze­nia. To było okrop­ne, zda­wa­łam so­bie bo­wiem spra­wę, że nie róż­ni­łam się ni­czym od mi­lio­nów lu­dzi ży­ją­cych ze mną na świe­cie, i ja też uczo­na by­łam przez lata róż­nych za­cho­wań od­ru­cho­wych. Kie­dy oglą­da­li­śmy w wia­do­mo­ściach strasz­ne wy­da­rze­nia, to się to po­tem prze­ży­wa­ło i oma­wia­ło na spo­tka­niach to­wa­rzy­skich. Kie­dy ko­goś coś złe­go spo­tka­ło, to też się o tym roz­ma­wia­ło. Każ­dy za­py­ta­ny o to, jak mu leci, za­wsze miał go­to­wą li­ta­nię oso­bi­stych i za­po­ży­czo­nych tra­ge­dii. W ra­diu i w te­le­wi­zji non stop o czymś nie­przy­jem­nym mó­wio­no. No i naj­gor­sze – jak nie mieć róż­nych okrop­nych my­śli, któ­re prze­bie­ga­ją przez gło­wę? Je­śli po­my­ślę o tym, że mama je­dzie w da­le­ką po­dróż, a jest zmę­czo­na i ocza­mi wy­obraź­ni zo­ba­czę wy­pa­dek, to czy już two­rzę? Czy two­rzę, kie­dy w ogó­le my­ślę o kimś źle? Czy two­rzę, kie­dy prze­bie­gnie mi myśl, że moje nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko może być cho­re? Czy two­rzę, kie­dy przez mo­ment po­my­ślę, że mnie okrad­ną i nie będę mia­ła za co żyć? Albo czy moje my­śli o tym, że ktoś mnie może na­paść już two­rzą moją na­paść? Kie­dy o tym my­śla­łam, z po­cząt­ku czu­łam się za­gu­bio­na. Tyle my­śli do kon­tro­lo­wa­nia. A poza tym, któ­ra myśl stwa­rza, a któ­ra nie? Skąd mam to wie­dzieć? Je­śli mam za­cząć in­a­czej rów­nież mó­wić, to o czym będę roz­ma­wiać ze zna­jo­my­mi? Czy będę mu­sia­ła zna­leźć in­nych? Mia­łam wie­le ta­kich roz­te­rek, któ­re mnie mę­czy­ły i ja mę­czy­łam się z nimi. Był to okres wiel­kie­go za­mie­sza­nia. Z jed­nej stro­ny fa­scy­na­cji tym, że moje wła­sne prze­świad­cze­nia o tym, jak dzia­ła świat i dla­cze­go za­cho­wa­nia (czy­taj: uczyn­ki) nie są żad­ną re­gu­łą, co kogo spo­ty­ka, mia­ły po­twier­dze­nie w ob­ser­wa­cji i do­świad­cze­niu in­nych lu­dzi. Było to coś nie­sa­mo­wi­te­go czy­tać o tym, co nie­ubra­ne w sło­wa, sie­dzia­ło w mo­jej wła­snej gło­wie. Z dru­giej jed­nak stro­ny był lęk przed otwar­ciem tej pusz­ki Pan­do­ry. Wie­dzia­łam bo­wiem, że w mo­men­cie, kie­dy prze­sta­nę się za­sta­na­wiać nad praw­dzi­wo­ścią stwier­dze­nia, że prze­ko­na­nia stwa­rza­ją do­świad­cze­nie, będę mu­sia­ła po pro­stu tak żyć. Było to po­nie­kąd przy­tła­cza­ją­ce. Kłę­bi­ło mi się w gło­wie tyle mo­ich nie­ko­rzyst­nych prze­ko­nań, dla któ­rych nie mia­łam jesz­cze al­ter­na­ty­wy i na­wet nie wie­dzia­łam, jak mia­ła­bym za­cząć je zmie­niać. Było tyle nie­przy­jem­nych ma­ni­fe­sta­cji i ty­lo­ma spra­wa­mi mu­sia­ła­bym się na­gle za­jąć… Aż pew­ne­go dnia po­czu­łam się zmę­czo­na tym lę­kiem i po­my­śla­łam so­bie „OK, wszyst­ko za­le­ży ode mnie. Nie­waż­ne, co bę­dzie się dzia­ło, nie mu­szę dziś za­pa­no­wać nad wszyst­kim. Chcę, za­wsze chcia­łam, być wol­na, więc nie mam wyj­ścia. To, co so­bie my­ślę, wiem tyl­ko ja, więc nie wyj­dę na idiot­kę, je­śli się oka­że, że to bzdu­ra. Chcę, żeby wszyst­ko za­le­ża­ło ode mnie i będę się zaj­mo­wać wszyst­kim na bie­żą­co”. Pod­ję­łam de­cy­zję i po­czu­łam nie­wy­obra­żal­ną ulgę. Za­czę­łam ro­bić do­kład­nie to samo, co kie­dyś, kie­dy jeź­dzi­łam do pra­cy na roz­mo­wę z roz­wście­czo­nym wspól­ni­kiem, tyle że za­czę­łam to sto­so­wać świa­do­mie. Tak na­praw­dę, moja pra­ca po­le­ga­ła na uspo­ka­ja­niu sie­bie. Kie­dy po­czu­łam się zde­ner­wo­wa­na, uspo­ka­ja­łam się i o dzi­wo to wciąż dzia­ła­ło tak samo. Kie­dy je­cha­łam na spo­tka­nie uspo­ko­jo­na, ono prze­bie­ga­ło tak, że po­zo­sta­wa­łam uspo­ko­jo­na. Kie­dy wy­jeż­dża­łam spóź­nio­na, a bar­dzo nie chcia­łam się spóź­nić, uspo­ka­ja­łam się, albo na siłę za­czy­na­łam my­śleć o czymś in­nym i tra­fia­łam na falę zie­lo­nych świa­teł. Kie­dy się nie uspo­ko­iłam, na­tra­fia­łam na falę nie tyl­ko czer­wo­nych świa­teł, ale na masę in­nych opóź­nia­czy, w sty­lu pie­szych z bia­łą la­secz­ką, tram­wa­ju, tira, ro­bót na dro­dze, na któ­rej jesz­cze przed go­dzi­ną ich nie było, drze­wa, któ­re wła­śnie się za­wa­li­ło… Upew­nia­łam się, że od mo­je­go na­sta­wie­nia za­le­żą ta­kie drob­ne spra­wy w ży­ciu. Za­czę­ło być to dla mnie oczy­wi­ste. Te­raz po­trze­bu­ję chwi­li, żeby się wpro­wa­dzić w stan spo­ko­ju. Chwi­li, któ­ra umoż­li­wia zmia­ny w moim my­śle­niu, a przez to – po­strze­ga­niu świa­ta i sie­bie.

Waż­ną rze­czą jest pod­ję­cie de­cy­zji. Kie­dy te­raz tłu­ma­czę to lu­dziom, czę­sto spo­ty­kam się z tym, że po­dej­mu­ją oni de­cy­zję, że wszyst­ko za­le­ży od nich, ale tyl­ko czę­ścio­wo. Zo­sta­wia­ją so­bie wąt­pli­wą wy­go­dę zrzu­ca­nia od­po­wie­dzial­no­ści za nie­któ­re oko­licz­no­ści, ob­ja­wia­ją­ce się w ich ży­ciu: prze­zna­cze­niu, ge­ne­ty­ce, kłó­tli­wej żo­nie, pi­ją­ce­mu mę­żo­wi, rzą­do­wi, po­dat­kom, kotu, któ­ry im do bu­tów na­si­kał… A to nie tak. To jest na­praw­dę waż­ne, żeby zdać so­bie spra­wę, że tu nie ma wy­jąt­ków. My­śli i emo­cje za­wsze są zgod­ne z tym, co jest rze­czy­wi­sto­ścią fi­zycz­ną. To nie dzia­ła wy­biór­czo. To dzia­ła i obej­mu­je wszyst­ko, co Cię do­ty­czy, po­nie­waż to jest Tobą. Prze­ja­wia się w świe­cie ze­wnętrz­nym, ale swój po­czą­tek ma w Two­jej świa­do­mo­ści. Prze­ja­wia się w tym, jak pra­cu­jesz i jak za­ra­biasz, prze­ja­wia się w tym, jaki masz zwią­zek, prze­ja­wia się w tym, jak wy­glą­dasz i w ja­kim sta­nie jest Two­je zdro­wie. Ale to jest tyl­ko prze­jaw. Stan przej­ścio­wy, że­byś mógł do­świad­czyć tego, co so­bie stwa­rzasz. To nic in­ne­go jak fi­zycz­na ma­ni­fe­sta­cja CIE­BIE, ta­kie­go, ja­kim je­steś te­raz – Two­ich ak­tu­al­nych prze­ko­nań, my­śli i emo­cji. Bo Ty je­steś wszyst­kim. Po­cząt­kiem i koń­cem. W To­bie każ­de zda­rze­nie, w któ­rym uczest­ni­czysz ma po­czą­tek i w To­bie każ­da sy­tu­acja może się za­koń­czyć. Wiesz, że wszyst­ko jest tyl­ko przej­ścio­we. Chy­ba że chcesz, żeby nie było. A wszyst­ko jest za­leż­ne od tego, jak kie­ru­jesz swo­imi my­śla­mi. Two­je ak­tu­al­ne my­śli są ob­ra­zem Cie­bie ak­tu­al­ne­go.

Kie­dy ja to zro­zu­mia­łam, znikł cały strach i od­po­wie­dzial­ność, a po­ja­wi­ła się ra­dość. Wte­dy wiesz, że nie mu­sisz ni­cze­go się bać. Wiesz, że strach stwa­rza sy­tu­acje, któ­re wy­wo­łu­ją wię­cej stra­chu i wiesz, że Ty wca­le nie mu­sisz się bać, bo masz mnó­stwo na­rzę­dzi do tego, żeby się nie bać. Wiesz, że na­wet, je­śli okrad­ną są­sia­da, to wca­le nie zna­czy, że okrad­ną i Cie­bie, bo to Ty swo­im sku­pie­niem uwa­gi na róż­nych aspek­tach rze­czy­wi­sto­ści przy­cią­gasz je do sie­bie. Wiesz, że nie może spo­tkać Cię nic, je­śli Ty o tym my­śleć nie bę­dziesz w spo­sób, któ­ry wy­wo­ła Two­ją od­po­wiedź emo­cjo­nal­ną, któ­rą utrzy­masz przez ja­kiś czas.

Mo­żesz wie­rzyć, że za wszyst­kie zda­rze­nia w Two­im ży­ciu po­no­szą od­po­wie­dzial­ność inni, albo ja­kieś nie­zna­ne, nie­zno­śne, ciem­ne moce wszech­świa­ta. Mo­żesz wie­rzyć, że za Two­ją tu­szę, za Two­ją opon­kę na brzu­chu, za Twój wy­so­ki cho­le­ste­rol, za Two­je bóle gło­wy, za Two­je nie­po­wo­dze­nia w ży­ciu, za Two­je nie­szczę­śli­we wy­pad­ki, za Two­je po­ża­ry, zła­ma­nia, kra­dzie­że, czy też zwol­nie­nia z pra­cy, za­pa­le­nia płuc, odej­ścia ko­chan­ków, nie­zno­śnych ko­chan­ków, nie­mi­łą at­mos­fe­rę w pra­cy, czy inne nie­szczę­ścia – mo­żesz wie­rzyć, że za to wszyst­ko od­po­wie­dzial­ni są inni, albo ja­kaś nie­wi­dzial­na ręka przy­pad­ku… Pew­nie, że mo­żesz. Śmiesz­ne to, praw­da? Po­nie­waż je­steś w sta­nie po­wie­dzieć, że za swo­je po­wo­dze­nia od­po­wia­dasz sam. Je­steś w sta­nie przy­znać, że wszyst­ko, co masz, za­wdzię­czasz so­bie: że za pięk­nie dzia­ła­ją­cą fir­mę, czy za wspa­nia­łe wy­kształ­ce­nie, czy osią­gnię­cia w na­uce, czy w pra­cy, czy za wy­czy­ny spor­to­we, czy ja­kie­kol­wiek inne. Je­steś w sta­nie przy­znać, że to Two­ja za­słu­ga. O, Ty ob­łud­ni­ku, kim­kol­wiek je­steś! Wszyst­ko, co pięk­ne i wspa­nia­łe, przy­pi­su­jesz so­bie, a wszyst­ko, co nie­mi­łe, okrop­ne, nie­spra­wie­dli­we, Two­im zda­niem, przy­pi­su­jesz już cze­muś, co jest poza Tobą! Wy­god­ny spo­sób nie bra­nia od­po­wie­dzial­no­ści za swo­je ży­cie. A ja Ci mó­wię: za wszyst­ko, ab­so­lut­nie za wszyst­ko, co się dzie­je w Two­im ży­ciu, po­cząw­szy od re­la­cji z ro­dzi­ca­mi, cza­sów szkol­nych, po wy­bór żony, męża, ko­chan­ków, ko­cha­nek, pra­cę, zdro­wie, od­po­wia­dasz sam. Cięż­ko to za­ak­cep­to­wać, je­śli aku­rat masz ja­kieś pro­ble­my. Być może nie mo­żesz so­bie po­ra­dzić z czymś z prze­szło­ści, być może wła­śnie do­wie­dzia­łeś się, że masz wy­so­ki cho­le­ste­rol, albo nie po­tra­fisz zrzu­cić opon­ki z tłusz­czu na brzu­chu, choć usil­nie się sta­rasz i wy­ci­skasz siód­me poty na si­łow­ni, być może wła­śnie mia­łeś wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, albo roz­pa­da Ci się zwią­zek… I kie­dy czy­tasz: ZA WSZYST­KO, CO DZIE­JE SIĘ W TWO­IM ŻY­CIU OD­PO­WIA­DASZ SAM – wzbie­ra w To­bie wście­kłość, złość, fru­stra­cja, ro­bisz się czer­wo­ny na twa­rzy i masz ocho­tę rzu­cić tą książ­ką o ścia­nę – albo we mnie… Bo prze­cież ła­twiej jest po­wie­dzieć so­bie: „Mia­łem po pro­stu pe­cha… nie speł­ni­ły się moje ma­rze­nia, nie war­to rzu­cać wszyst­kie­go i iść za gło­sem ser­ca, to są bzdu­ry ja­kieś…, inni może mogą, ale mi nie wy­szło, ja wiem swo­je i…”. Nie wiem, co tam jesz­cze je­steś w sta­nie wy­my­ślić, żeby so­bie po­lep­szyć sa­mo­po­czu­cie. Po­wiem Ci jed­no: nie będę z Tobą dys­ku­to­wać na ten te­mat. Nie będę Ci wma­wiać, że jest in­a­czej, że war­to speł­niać swo­je ma­rze­nia, że war­to rzu­cać wszyst­ko i iść za gło­sem ser­ca, że za wszyst­ko od­po­wia­da się sa­me­mu… Nie chcę Ci ni­cze­go wma­wiać, po­nie­waż TY MASZ RA­CJĘ! Masz stu­pro­cen­to­wą ra­cję, kie­dy mó­wisz to, co mó­wisz… Prze­cież Ty masz na to wszyst­ko do­wo­dy! Do­wo­dy Two­je­go wła­sne­go do­świad­cze­nia! Czy może być coś bar­dziej praw­dzi­we­go?! Nie – nie może. Więc po­zo­sta­wiam Cię z Two­im po­dej­ściem i Two­ją wia­rą w prze­ko­na­nia, któ­re stwo­rzy­ły Two­je do­świad­cze­nie. Two­je do­tych­cza­so­we ży­cie jest je­dy­nym, dla Cie­bie, naj­praw­dziw­szym do­wo­dem na ist­nie­nie siły Two­jej świa­do­mo­ści, któ­ra stwa­rza Twój świat.

Chcę Ci po­wie­dzieć, że pod­ję­cie de­cy­zji o tym, że za wszyst­ko od­po­wia­dasz sam, nie jest dla lu­dzi, któ­rzy nie chcą wziąć od­po­wie­dzial­no­ści. Od­po­wie­dzial­no­ści za wszyst­ko, co ich spo­ty­ka. To nie jest dla tych, któ­rzy wciąż chcą zna­leźć win­nych róż­nych sta­nów rze­czy. To nie jest dla tych, któ­rzy wolą wie­dzieć, że są cho­rzy i mó­wią, że nie mają na to wpły­wu, bo ge­ne­ty­ka, bo pro­mie­nio­wa­nie, bo nie­zdro­wa żyw­ność, bo coś tam… Że ich związ­ki się roz­pa­da­ją, bo inni są tacy okrop­ni, oszu­ku­ją, zdra­dza­ją, albo jest w tych in­nych tyle nie­do­cią­gnięć, że nie da się z nimi wy­trzy­mać.

To jest dla tych, któ­rzy chcą pod­jąć de­cy­zję, że wszyst­ko za­le­ży od nich. Choć z po­cząt­ku cięż­ko jest pa­trzeć na wszyst­ko, co się stwa­rza i wie­dzieć „to moja za­słu­ga”. Nie mu­sisz być jed­nak tego świa­do­my. W za­sa­dzie nic nie mu­sisz. To i tak nie zmie­ni fak­tu, że sam two­rzysz wszyst­ko, co Cię spo­ty­ka. Kie­dy jed­nak już to wiesz, je­steś o krok da­lej od tych, któ­rzy tego nie wie­dzą. Ty mo­żesz świa­do­mie mo­dy­fi­ko­wać swo­je do­świad­cze­nie. A je­śli nie wiesz, że każ­de do­świad­cze­nie wy­ni­ka z Two­jej świa­do­mo­ści, wciąż od­bie­rasz so­bie moż­li­wość by­cia wol­nym i szczę­śli­wym, a Two­je do­świad­cze­nie wciąż od cze­goś za­le­ży. Na­praw­dę WSZYST­KO two­rzysz sam i nie ma na to wpły­wu ani mat­ka, ani oj­ciec, ani mąż, ani żona, czy ko­le­ga… Nikt – tyl­ko TY. Ja na­zwa­łam to de­cy­zją, bo dla mnie była to de­cy­zja o tym, że mam świa­do­mość od­po­wie­dzial­no­ści za wszyst­ko, co mnie spo­ty­ka, włącz­nie z za­cho­wa­niem mo­je­go part­ne­ra, z za­la­ną ła­zien­ką, po­ża­rem w domu, czy moim uko­cha­nym ko­tem, któ­ry „za­zna­czył te­ren” aku­rat w miej­scu, gdzie kła­dę swo­ją po­dusz­kę. I ak­cep­tu­ję to ze spo­ko­jem.

Pa­mię­tam jed­nak, jak z po­cząt­ku, za­raz po pod­ję­ciu mo­jej de­cy­zji, ro­bi­łam re­mont w domu, w któ­rym miesz­ka­łam z sio­strą. Wy­szło wte­dy wie­le nie­po­ro­zu­mień mię­dzy nami i pa­mię­tam, jaka by­łam wście­kła. I kie­dy opo­wia­da­łam o tym mo­je­mu bra­tu, on po­kle­pał mnie po ra­mie­niu ta­kim swo­im ge­stem i po­wie­dział: „Prze­cież wiesz sio­stra, że sama to so­bie stwa­rzasz”. Nie wy­obra­ża­cie so­bie, jak mnie to roz­wście­czy­ło. Ale tyl­ko na chwil­kę, bo po­tem po­my­śla­łam, że w za­sa­dzie ja na­praw­dę wiem, że wszyst­ko so­bie stwa­rzam sama. Zro­zu­mia­łam też, że są sy­tu­acje, któ­re do­star­cza­ją nam tyle ad­re­na­li­ny, któ­rą lu­bi­my (a czę­sto nie zna­my in­nych me­tod jej wy­two­rze­nia, jak po­przez wła­śnie spię­cie w domu, czy w pra­cy…), że lu­bi­my się tak de­ner­wo­wać i prze­ży­wać te sy­tu­acje jesz­cze kil­ka razy, opo­wia­da­jąc o nich swo­im bli­skim… Je­ste­śmy w pew­nym sen­sie uza­leż­nie­ni od emo­cji po­nie­waż to one są pre­kur­so­ra­mi neu­ro­prze­kaź­ni­ków, a na­sze neu­ro­prze­kaź­ni­ki (na­zwij­my je hor­mo­ny) są to sub­stan­cje, od któ­rych się uza­leż­nia­my. Są to za­rów­no en­dor­fi­ny, se­ro­to­ni­na, jak i ad­re­na­li­na, czy kor­ty­zol. Kie­dy na co dzień uczest­ni­czy­my w sy­tu­acjach, któ­re w nas wy­wo­łu­ją (wła­ści­wie po­win­nam na­pi­sać: w sy­tu­acjach, któ­re my in­ter­pre­tu­je­my tak, że wy­twa­rza­my so­bie hor­mo­ny stre­su) re­ak­cje, w wy­ni­ku któ­rych w na­szej krwi krą­żą hor­mo­ny stre­su, to się od nich uza­leż­nia­my. I tak samo, je­śli uczest­ni­czy­my w sy­tu­acjach, któ­re in­ter­pre­tu­je­my in­a­czej, wy­twa­rza­jąc hor­mo­ny szczę­ścia, to też się od nich uza­leż­nia­my. Wte­dy po pro­stu dą­ży­my do tego, żeby do­star­czyć so­bie ko­lej­nej daw­ki na­szych uza­leż­nia­ją­cych hor­mo­nów i stwa­rza­my so­bie do tego moż­li­wo­ści. Wręcz ich szu­ka­my (Od­chu­dza­nie i Pra­wo Przy­cią­ga­nia). Dla­te­go też, kie­dy pod­ję­łam de­cy­zję, że za wszyst­ko od­po­wia­dam sama, zda­łam so­bie spra­wę, że ja rze­czy­wi­ście mia­łam ocho­tę tak się po pro­stu so­czy­ście po­kłó­cić z sio­strą i kie­dy prze­my­śla­łam to na spo­koj­nie kil­ka razy, to na­wet wstyd mi się zro­bi­ło, że o ta­kie bzdu­ry ro­bi­łam awan­tu­rę. Po­tem mu­sia­łam już so­bie tyl­ko po­ra­dzić z tym wsty­dem…

Ta­kich rze­czy było mnó­stwo. Ta­kich zu­peł­nie nor­mal­nych i co­dzien­nych. Nie­mi­ła roz­mo­wa przez te­le­fon, nie­za­ła­twio­na spra­wa tak, jak­bym chcia­ła, ob­le­śny pan, za­wo­do­wo zaj­mu­ją­cy się pi­ciem, coś do mnie wy­krzy­ku­ją­cy… I z tą świa­do­mo­ścią, że to wszyst­ko są pro­jek­cje, któ­re wy­ni­ka­ją z mo­jej po­sta­wy, prze­ko­nań i emo­cji, do­szłam do wnio­sku, że tak na­praw­dę, to ja sama za­wsze je­stem od­po­wie­dzial­na za za­cho­wa­nie in­nych lu­dzi wo­bec mnie, więc nie mogę mó­wić, że on, ona, to mnie wku­rza, wy­pro­wa­dza z rów­no­wa­gi, czy ra­du­je. Sko­ro oni współ­two­rzą moją rze­czy­wi­stość od­po­wia­da­jąc na moje prze­ko­na­nia, to prze­cież to, że ktoś jest dla mnie nie­mi­ły nie wy­ni­ka z fak­tu, że on jest nie­mi­ły, tyl­ko z fak­tu, że ja się czu­ję źle sama ze sobą, mam ja­kieś kon­kret­ne prze­ko­na­nie o so­bie, któ­re on mi wła­śnie uzmy­sła­wia, albo mam kon­kret­ne prze­ko­na­nia na te­mat tego czło­wie­ka.

Mu­sia­łam więc pójść o krok da­lej i za­stą­pić stwier­dze­nie: „On mnie wku­rza” sło­wa­mi: Ja się wku­rzam na nie­go, na nią, na to, albo cie­szę się z tego, czy z tam­te­go. Mała zmia­na w ze­sta­wie­niu słów, a jed­nak ol­brzy­mia zmia­na w zna­cze­niu i po­czu­ciu od­po­wie­dzial­no­ści. Wbrew po­zo­rom, bar­dzo to waż­ne, żeby z po­cząt­ku za­cząć cho­ciaż tak mó­wić. Zro­zu­mie­nie przyj­dzie póź­niej.

Kie­dy ja się wku­rza­łam, my­śla­łam, że to „ich” wina, że ja je­stem zde­ner­wo­wa­na. Ale ła­pa­łam się na tym, prze­cież w koń­cu pod­ję­łam de­cy­zję, i w mia­rę upły­wu cza­su, co­raz bar­dziej za­czę­ło do mnie do­cie­rać, że to na­praw­dę ja się wku­rzam na nich, a nie oni mnie wku­rza­ją. Po­czu­łam tę róż­ni­cę i nie były to już tyl­ko pu­ste sło­wa, a coś, co czu­łam. WIE­DZIA­ŁAM. I do­tar­ło do mnie, że ja się na nich wszyst­kich wku­rzam, bo tak na­praw­dę chcę, żeby oni za­cho­wy­wa­li się tak, jak ja chcę i de­ner­wu­ję się wte­dy, kie­dy oni ro­bią coś po swo­je­mu, wbrew mo­je­mu sys­te­mo­wi prze­ko­nań i po­glą­dów. Co cie­kaw­sze wraz ze sku­pie­niem na tym uwa­gi, co­raz czę­ściej za­uwa­ża­łam, ja­kie to nie­przy­jem­ne, kie­dy inni się wku­rza­ją na mnie, bo ja ro­bię coś po swo­je­mu, a nie tak, jak oni tego chcą. Te­raz wiem, że kie­dy po­ja­wia się ktoś, kto mówi do mnie coś, co mi nie do koń­ca pa­su­je, to raz – ten ktoś ma pra­wo wi­dzieć rze­czy in­a­czej, niż ja (i nie mar­nu­ję swo­jej ener­gii, żeby go prze­ko­ny­wać do tego, w co ja wie­rzę), a dwa – cza­sem ci lu­dzie de­mon­stru­ją mi moje wła­sne prze­ko­na­nia o ja­kimś nie­wy­god­nym dla mnie sta­nie rze­czy, z któ­rym czas so­bie po­ra­dzić. I zro­zu­mia­łam, że naj­częst­szym po­wo­dem nie­za­do­wo­le­nia z czy­jejś po­sta­wy i czy­je­goś za­cho­wa­nia jest chęć prze­ko­na­nia ko­goś do swo­ich po­glą­dów, do swo­ich po­trzeb, do swo­jej wi­zji, jak na­le­ży się po­praw­nie za­cho­wy­wać. I po­mi­mo tego, że to za­bie­ra strasz­nie dużo ener­gii, lu­dzie wciąż usil­nie to ro­bią. Tyle, że jest to wal­ka z góry ska­za­na na klę­skę, po­nie­waż jest to wal­ka, któ­ra nig­dy się nie skoń­czy, a ogrom­nie wy­czer­pu­je. Kie­dy za każ­dym ra­zem, gdy sta­nie się coś nie­przy­jem­ne­go dla Cie­bie, bę­dziesz świa­do­my, że sam je­steś tego twór­cą, prze­sta­niesz szu­kać winy u in­nych. Samo to po­wo­du­je, że lu­dzie będą do Cie­bie lgnąć, po­nie­waż nie będą się czu­li ob­cią­że­ni Two­imi wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. A To­bie bę­dzie o tyle lżej, że za­czniesz po­wo­li za­uwa­żać, że istot­nie tyl­ko od Two­ich ak­tu­al­nych prze­ko­nań za­le­ży to, co ak­tu­al­nie prze­ży­wasz w fi­zycz­nej rze­czy­wi­sto­ści. Jest to je­dy­na dro­ga do peł­nej wol­no­ści i pierw­szy do niej krok.

Pa­mię­taj:Po­dej­mij de­cy­zję, że chcesz być wol­ny i szczę­śli­wy. Wol­ność to świa­do­mość, że nie spo­tka Cię nic poza tym, co sam so­bie stwa­rzasz, zgod­nie z Two­im sys­te­mem prze­ko­nań. Sam je­steś twór­cą swo­je­go do­świad­cze­nia. Wol­ność jest dro­gą do szczę­ścia.

I w tym mo­men­cie czas opo­wie­dzieć o ko­lej­nym waż­nym aspek­cie by­cia wol­nym i szczę­śli­wym.

Egoizm – albo Ty albo oni…

Ja­kiś czas temu sta­łam ze zna­jo­my­mi i ich 9-let­nią có­recz­ką. Dziew­czyn­ka mia­ła w wo­recz­ku bezy, któ­re bar­dzo lu­bi­ła. Mia­ła ich tyl­ko kil­ka, a nas było tylu, że bez­ów dla wszyst­kich na pew­no by nie star­czy­ło. Mama dziew­czyn­ki po­wie­dzia­ła do niej: „Po­czę­stuj in­nych, nie wol­no tak tyl­ko o so­bie my­śleć”. Na co dziew­czyn­ka cof­nę­ła rącz­kę z wo­recz­kiem bez­ów, bo prze­cież mia­ła od­dać swo­je ulu­bio­ne ła­ko­cie ko­muś ob­ce­mu, a dla niej już by nie star­czy­ło… Dla nas w za­sa­dzie bezy były obo­jęt­ne, bo ra­czej nikt za nimi aż tak nie prze­pa­dał, żeby ich pra­gnąć, w prze­ci­wień­stwie do tej ma­łej dziew­czyn­ki.

To była ko­lej­na sy­tu­acja w ży­ciu, któ­ra znów uświa­do­mi­ła mi, że w ta­kich przy­pad­kach mam za­wsze je­den wy­bór: albo ja, albo ktoś. Albo ja po­czu­ję się źle, albo ktoś po­czu­je się źle, albo w ogó­le się źle nie po­czu­je (bo aku­rat bezy są mu obo­jęt­ne), ale ja mogę po­czuć się źle. Przy czym czy­je­goś złe­go sa­mo­po­czu­cia ja nig­dy nie po­czu­ję, a swo­je po­czu­ję za­wsze! Więc – wy­bór jest chy­ba pro­sty! Nie­waż­ne, co inni my­ślą, że po­win­nam ro­bić, nie­waż­ne, co chcie­li­by, że­bym ro­bi­ła – ich chę­ci są po­dyk­to­wa­ne nie­zdro­wą od­mia­ną ego­izmu, któ­ry mówi: Ty masz ro­bisz wszyst­ko i za­cho­wy­wać się tak, żeby nam było do­brze, masz nas nie wy­pro­wa­dzać z rów­no­wa­gi, masz być ci­cho, kie­dy chce­my, masz się śmiać, kie­dy opo­wia­da­my ka­wał, masz zni­kać nam z oczu, kie­dy chce­my być sami, masz sprzą­tać po so­bie, masz się cze­sać, jak my chce­my, masz mieć taką orien­ta­cję sek­su­al­ną, któ­ra nie bę­dzie wzbu­dza­ła w nas od­ra­zy, masz nam od­da­wać wszyst­ko, co uzna­jesz za cen­ne – to nie­waż­ne, czy my to uzna­je­my za cen­ne, ale tego wy­ma­ga do­bre wy­cho­wa­nie, masz być grzecz­ny! A że jest nas wo­kół Cie­bie set­ki i ty­sią­ce, masz wiel­kie szan­se na spę­dze­nie ży­cia na za­do­wa­la­niu nas, a i tak za­wsze ktoś bę­dzie bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny, bo nie wszy­scy mamy ta­kie same ocze­ki­wa­nia wo­bec Cie­bie… I je­śli ocze­ku­jesz cze­goś w za­mian za za­do­wa­la­nie nas, to nie­ste­ty my nic Ci nie damy, bo prze­cież my nie od tego je­ste­śmy, żeby Ci coś da­wać. My mo­że­my Cię oce­niać, ka­rać, za­ka­zy­wać, na­ka­zy­wać – i je­ste­śmy tym na­praw­dę bar­dzo zmę­cze­ni, żeby mieć jesz­cze siłę co­kol­wiek ro­bić dla Cie­bie… Ewen­tu­al­nie, kie­dy bę­dziesz już bar­dzo nie­szczę­śli­wy – po­bę­dzie­my z Tobą chwi­lę i po­opo­wia­da­my Ci o tym, jacy inni są też nie­szczę­śli­wi, my też i bę­dzie­my z Cie­bie też bar­dzo dum­ni, jak so­bie w tych nie­szczę­ściach trwasz. Opo­wie­my Ci o swo­ich, a kie­dy zwró­cisz na nie uwa­gę, być może sam też ich do­świad­czysz, a wte­dy bę­dzie­my mie­li „wspól­ny ję­zyk”…

Ale je­śli Ty kie­dy­kol­wiek stwier­dzisz, że masz nas gdzieś, że nie jest waż­ne, co my o To­bie mó­wi­my, jak my oce­nia­my Two­je po­czy­na­nia, je­śli ośmie­lisz się być szczę­śli­wy i je­śli ośmie­lisz się być ra­do­sny, je­śli bę­dziesz ro­bił wszyst­ko, cze­go sam chcesz, je­śli bę­dziesz kie­ro­wał się swo­im wła­snym zmy­słem, co jest do­bre, a co złe – co nas na pew­no zde­ner­wu­je – na­zwie­my Cię ego­istą, a je­śli da­lej bę­dziesz tak ro­bił i nie bę­dzie Ci przy­kro, że je­steś ego­istą, to stwier­dzi­my, że je­steś nie­speł­na ro­zu­mu, że nie­nor­mal­ny je­steś i już… I że je­steś za­gro­że­niem dla spo­łe­czeń­stwa, czy­li dla nas… (no… może tego nie stwier­dzi­my, ale na pew­no ob­ro­bi­my ci d… za Two­imi ple­ca­mi).

Kie­dyś, jako