Alcantara - K. Hellishdeer, Felix Fabian - ebook
BESTSELLER

44 osoby interesują się tą książką

Opis

Nadia Nilerok to poukładana właścicielka wydawnictwa i małej kawiarni. Za dnia poświęca się pracy, a gdy zapada zmrok, przeobraża się w odważną uczestniczkę wyścigów samochodowych, która karmi się nieprzewidywalnością i adrenaliną. W biznesie kieruje się wieloma zasadami, na torze nie wyznaje żadnych.

Dawid Bruno po skończeniu studiów prawniczych zatrudnił się w kancelarii adwokackiej jako aplikant. Wzorowo wypełnienia zawodowe obowiązki, a kiedy się z nimi upora, przeistacza się w egoistycznego casanovę, dla którego liczą się wyłącznie szybkie numerki i dobra zabawa. W ciągu dnia wertuje kodeksy prawne, wieczorami wyzbywa się kodeksu moralnego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 209

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (65 ocen)
36
11
5
10
3
Sortuj według:
favolka

Nie polecam

Przeczytałam połowę a raczej domęczylam i nic w tej książce mnie nie zachęciło żeby brnąć dalej. Niestety nie polecam
Alicja_al

Z braku laku…

Bardzo dziwna konstrukcja fabuły. Źle się to czytało,warsztat pisarski do dopracowania.
20
washingtoniene
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Fajna książka na letnie wieczory. Lekka w swoim odbiorze.
10
ewitka66

Dobrze spędzony czas

Bardzo fajna, polecam
10
Adusia25

Nie oderwiesz się od lektury

"Nigdy nie sądziłem, że znajomość z piękną blondynką doprowadzi mnie do miejsca, w którym aktualnie się znajduję. Jestem, a raczej przebywam tylko ciałem. Moja dusza i myśli są zupełnie gdzie indziej – przy niej." Nadia jest właścicielką wydawnictwa i małej kawiarni. Za namową znajomych wybiera się do Warszawy na event motoryzacyjny. Uwielbia szybką jazde, motoryzacje oraz pomagać innym. Za dnia poświęca się swojej pracy, a gdy zapada zmrok, uczestniczy w wyścigach samochodowych, co daje jej adrenaline. Dawid skończył studia prawnicze i zatrudnił się jako aplikant w kancelarii adwokackiej. Po swojej pracy zmienia się w egoistycznego mężczyznę, liczy się tylko dobra zabawa. "Na moje kolana spadły zaschnięte płatki czarno-białych róż, pozbierane z jego grobu oraz łańcuszek, który podarował mi na urodziny. Białe złoto ciążyło mi w prawej dłoni, a małe kółeczka tworzące logo audi zdawały się przypiekać moją skórę. Momentalnie mój płacz przeobraził się w wycie zranionego zwierzęcia, poz...
10

Popularność




© Copyright by K. Hellishdeer & Felix Fabian, 2021

© Copyright for present edition by Wydawnictwo Plectrum,

Stary Imielnik, 2022

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie i powielanie za pomocą jakiejkolwiek techniki całości lub fragmentów książki bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

Redakcja i korekta: Monika Kociuba

Projekt okładki: Justyna Sieprawska

Zdjęcia na okładce: 4 PM production; ParabolStudio / Shutterstock

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, zdarzeń lub miejsc rzeczywistych jest przypadkowe.

ebook na bazie wydania I

ISBN 978-83-67155-15-1

Wydawnictwo Plectrum

www.plectrum.pl

[email protected]

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

Oboje szukaliśmy szczęścia i pragnienia, wiedząc, że droga do tych chwil przebiega przez istne piekło.

Piekło, które rozpętaliśmy sami już na samym początku naszej historii.

Prawdziwa miłość podobno uskrzydla albo zabija… A nasze uczucie? Jest całkowitym zaprzeczeniem tego, o czym marzyliśmy.

– K.Hellishdeer & Felix Fabian

Prolog

W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że rzeczywistość przestała mi wybaczać przewinienia. Moje błędy i ich następstwa zaczęły zauważalnie wpływać na jakość życia zarówno mojego, jak i moich bliskich.

Bezsilność, która zaczynała mi doskwierać, jak kamienna kula krążyła od lewej do prawej skroni, przy okazji obijając każdy napotkany zwój nerwowy w mózgu. Brak snu, poczucie strachu, kołatanie serca, skoki ciśnienia – to tylko niektóre objawy, do których musiałem zacząć się przyzwyczajać.

Zacząłem się zastanawiać, czemu fart opuścił mnie akurat w tamtym momencie. Gdybym jej nie poznał, dzisiaj byłbym w innym miejscu.

I pomyśleć, że gdybym tamtego dnia nie zgodził się na przejażdżkę pieprzonym białym R8, to prawdopodobnie nigdy bym nie docenił, jak wielką wartość ma wolność.

Nigdy nie sądziłem, że znajomość z piękną blondynką doprowadzi mnie do miejsca, w którym aktualnie się znajduję. Jestem, a raczej przebywam tylko ciałem. Moja dusza i myśli są zupełnie gdzie indziej – przy niej.

Szczęście w nieszczęściu…

Rozdział 1

Nadia

Piątkowy poranek był dla mnie prawdziwym rollercoasterem. Od rana miałam mnóstwo telefonów z pracy. Po czwartej rozmowie dałam jasno do zrozumienia moim podwładnym, że jestem na urlopie i nie zamierzam dzisiaj pracować. W skrócie: wydarłam się do telefonu, że mam trzydniowy urlop i jeżeli się nie pali, to mają do mnie nie wydzwaniać. Miałam zgrany zespół i gdybym im nie ufała, to przecież logiczne, że nie brałabym żadnego wolnego.

Bycie właścicielką pokaźnego wydawnictwa i małej kawiarni równało się zarówno z wielkim zyskiem, jak i z brakiem czasu dla siebie. Choć odpowiadało mi moje życie pełne zawirowań i obowiązków, to raz na ruski rok musiałam odetchnąć. Tak dla spokoju ducha.

Dziś liczyłam się ja i tylko ja!

Za namową znajomych postanowiłam pojechać z nimi na event motoryzacyjny do Warszawy. Od miesiąca czekałam na upragnione trzy dni spokoju wśród czegoś, co było moją pasją i odpoczynkiem w gronie znajomych mi osób.

Nie oszukujmy się, kobiety też potrafią kochać samochody i nie być przy tym typowymi blacharami. Osobiście uwielbiałam szybką jazdę, motoryzację, ludzi oraz pomaganie w różnych akcjach charytatywnych, dlatego jak tylko dostałam propozycję wyjazdu na weekend do Warszawy, zgodziłam się bez wahania.

Pakując się w trasę, wspominałam sobie, jak jeszcze trzy lata temu mogłam tylko pomarzyć o takim życiu, jakie obecnie prowadziłam, ale nie żałuję niczego – żadnej podjętej decyzji w tamtym okresie mojego „jestestwa” – jak rzekłaby moja babcia: „Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Miała cholerną rację nie tylko ze swoimi „słynnymi” powiedzeniami, ale ze wszystkim, co mówiła.

Brakuje mi ciebie, pomyślałam, przymykając oczy.

Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie zrobione w wesołym miasteczku. Na tle wielkiej kolejki stały dwie blondynki – ja i Milena. Fotografia została zrobiona w zeszłym roku na wakacjach, byłyśmy wtedy w Krakowie na jej panieńskim. Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Kiedy byłyśmy na miejscu, nie wiedziałyśmy, dokąd najpierw pójść, więc weszłyśmy w lokalne informacje na portalu społecznościowym Krakowa. Gdy tylko zobaczyłyśmy, że sześć kilometrów od hotelu odbywa się festyn, postanowiłyśmy udać się właśnie tam i ostatni raz zaszaleć jak za młodzieńczych lat. Bawiłyśmy się jak rozwydrzone małolaty albo małpy wypuszczone z zoo.

Doskonale pamiętam, jak pijane chciałyśmy jechać do hotelu na maszynie do robienia waty cukrowej, bo przecież autem, złamałybyśmy prawo. Jakby kradzież wózka była zgodna z prawem, ale jak to na szalone i pijane kobiety przystało – zabawa to zabawa. To był udany wieczór panieński, będę wspominać go z wielkim uśmiechem.

Po wysłuchaniu połowy melodii dzwonka odebrałam i przełączyłam na głośnomówiący.

– Czemu zawsze dzwonię do ciebie jak do prezydenta?

Usłyszałam jej piskliwy głos, który sugerował mi, że była zdenerwowana.

– Jeszcze będziesz chciała być premierem! Zobaczysz! – zaśmiałam się. –Poza tym, dlaczego się tak na mnie wydzierasz? Aleks ci nie dogodził z rana, czy okres dostałaś? – dopowiedziałam po chwili.

– Dostanę za tydzień, więc się szykuj, bo chyba zapomniałaś, że zawsze dostajesz dwa dni szybciej ode mnie. Dobra, koniec żartów, jesteśmy już w drodze do Warszawy, a ty? Wyjechałaś już? Jak nie to wrzuć do walizki jeszcze tę czarną sukienkę, wiesz którą!

– Pamiętam… Eee… A po co mi sukienka? W dodatku czarna? – odparłam, zastanawiając się, co ona znowu wymyśliła.

– No chyba nie chcesz się pokazać tam na sportowo?! Masz wyglądać jak laska, a nie jak wieśniara w dresach! – wykrzyczała.

Oho, ta jak zwykle zaczynała się bawić w moją agentkę modową. Przewróciłam mimowolnie oczami.

– No już dobrze, dobrze. Wygrałaś, wezmę sukienkę. Zadowolona?!

Powiedziałam to tylko po to, aby już nie drążyła tematu, a i tak zrobię po swojemu.

– Tak, bardzo! – Normalnie już widziałam oczami wyobraźni, jak uśmiech maluje jej się na twarzy. – Dobra, zołzo, do zobaczenia w hotelu!

Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy połączenie zostało przerwane. Ach, ta Milena!

***

Zabrałam torebkę oraz małą walizkę i wychodząc z domu, zgarnęłam jeszcze swoją czarną ramoneskę z wieszaka w przedpokoju. Zeszłam do podziemnego parkingu, aby zapakować się do auta. Moja biała bestia stała jak zawsze w tym samym przyciemnionym miejscu na końcu pomieszczenia. Pełna ekscytacji czym prędzej spakowałam walizkę do bagażnika i usiadłam za kierownicą. To mój mały raj, kiedy prowadzę, zapominam o problemach i przytłaczającej mnie rzeczywistości. To auto było moim talizmanem podczas wyścigów. Jednak od pewnego czasu w żadnym nie brałam udziału, aby nie spotkać kogoś, kogo wolałabym nigdy nie poznać.

Przez nasze życie przewija się mnóstwo osób i niby żadnej znajomości nie powinniśmy żałować. Pozytywnie nastawione osoby dają nam szczęście, negatywnie – życiową lekcję. Na mojej życiowej drodze poznałam za dużo ludzi z drugiej grupy, którzy dali mi bolesne lekcje.

Mieszkając w Zgorzelcu, miałam do pokonania niecałe pięćset dwadzieścia kilometrów, aby dojechać do Warszawy. Trzyipółgodzinna trasa bywa męcząca, dlatego najpierw zajechałam na najbliższą stację paliw, żeby zatankować bak oraz po kawę i red bulla, aby dodać sobie więcej energii. Najwyżej będę miała dodatkowy postój, który i tak nie robił mi żadnej różnicy.

Wracając do mojego miasta, to kochałam je. Nie tylko ze względów sentymentalnych, lecz także dlatego, że poznałam tu wspaniałych ludzi, dzięki którym byłam szczęśliwa. Może nie było to jakieś supergrzeczne towarzystwo dla młodej dziewczyny, jednak czułam się z nimi bezpiecznie. Co prawda wspaniale było podróżować, jednak zawsze chętnie wracałam w swoje rodzinne strony.

Wierzyłam, że będę mogła dorobić się czegoś, mieszkając tu, gdzie jestem obecnie. I choć wszyscy bliscy wątpili we mnie, o dziwo, udało mi się. Gdy miałam dwadzieścia dwa lata, postanowiłam zająć się tym, co kocham, dlatego pod wpływem impulsu kupiłam prawie za bezcen stare magazyny na obrzeżach miasta.

Znałam parę osób, które ukończyły szkołę budowlaną. Dzięki tym znajomościom zdobyłam dość pokaźną, solidną i tanią ekipę, która pomogła mi w odremontowaniu magazynów. Oczywiście nie obyło się bez drobnych problemów.

Pojawiły się problemy architektoniczne, dzięki którym zmuszona byłam do opracowania projektu z inną koncepcją, niż zakładałam wcześniej. Do tego doszedł problem z uzyskaniem wymaganych zgód na rozbudowę. O losie! Urzędy to najgorsza, wymyślona instytucja, przez którą można nabawić się nerwicy i kurwicy.

Po niespełna sześciomiesięcznym trudzie, bieganinie i wysiłku moich zwojów mózgowych, w końcu mogłam kupić cały sprzęt potrzebny do otworzenia i uzupełnienia wnętrza własnego wydawnictwa oraz małej kawiarni.

Nie żałuję.

Po roku zaczęłam odnosić sukcesy.

Wydawnictwo rozwijało się pełną parą, a kawiarnia z funkcjonalną minibiblioteczką stała się miejscem spotkań dla ludzi z miasta i nie tylko.

Mam najlepszych pracowników, a umowy z autorami, których już wcześniej kojarzyłam z przeczytanych książek, przyniosły mi większy zarobek i wspaniałą współpracę z godnymi zaufania osobami.

Byłam spełniona i szczęśliwa. Niestety tylko zawodowo.

***

Dłuższa trasa dała mi możliwość zastanowienia się nad swoim życiem. Byłam spełniona, ale tylko na niwie zawodowej – w miłości niestety nic nie potrafiło wskoczyć na właściwe tory.

Miałam za sobą jakieś trzy związki. Dwa z nich to totalne niewypały, jednak trzeci, ten ostatni, był nie tylko najważniejszym, prawdziwym, ale i ucieleśnieniem moich najgorszych koszmarów, które odbijają się na mnie, aż dotąd. Przypomnienie Dragona było kolejnym ciosem, jaki sobie właśnie zadałam. Zamiast cieszyć się z dzisiejszego dnia, pogrążyłam się w smutku. Zasłuchana w muzyce docisnęłam gazu i pędziłam przed siebie, próbując zamknąć w sobie tamten bolesny rozdział.

Mówią, że rany goją się z czasem, u mnie niestety to się nie sprawdziło.

Po połowie przejechanej trasy poczułam, że muszę zapalić, więc postanowiłam zjechać na najbliższą stację paliw, aby na chwilę rozprostować kości i podelektować się nikotyną.

W aucie miałam zasadę niepalenia i na razie nigdy jej nie złamałam.

Bynajmniej tej jednej zasady w moim pochrzanionym życiu.

***

Trasa, o dziwo, minęła mi dosyć szybko, a kiedy zaparkowałam pod hotelem Holiday Inn, powróciła wielka ekscytacja na myśl o tym, że dzisiaj w końcu się zabawię. Może nawet kogoś poznam? Nie. Odrzuciłam tę myśl szybciej, niż się pojawiła.

Z zamyślenia wyrwał mnie przeraźliwy pisk i w moich ramionach znalazły się Milena z Olą. Nie sądziłam, że grupa będzie liczniejsza.

Nie byłam zazdrosna o szczęście swoich przyjaciółek, co do tego nie miałam wątpliwości. Jednak czasami w obecności par czułam się jak piąte koło u wozu.

– Wreszcie dojechałaś, dawaj te torby! – odezwała się, a raczej wykrzyczała Olka. – Jest już siedemnasta, a event rozpoczyna się około dwudziestej. Musimy się przyszykować. Ruszaj ten piękny zadek i nie stój jak kołek.

– A gdzie wasi faceci? – zapytałam, patrząc na nią ze zdziwieniem.

– Poszli do sauny, a my postanowiłyśmy cię zgarnąć, żebyś nie wymknęła się nam na event, i to w dresach – odpowiedziała Milena, która złapała mnie od razu pod ramię i poprowadziła w kierunku hotelu.

***

Przygotowanie zajęło nam około dwóch godzin. Przeglądając się w lustrze, stwierdziłam, że warto było ćwiczyć przez ostatnie lata, aby teraz być zadowoloną z własnego wyglądu. Nie byłam ani za szczupła, ani za gruba. Miałam na czym siedzieć i czym oddychać, ale wszystko było proporcjonalne. Atutem był lekko wyrzeźbiony brzuch, ramiona i łydki oraz wcięcie w talii.

Ubrałam się jak zwykle po swojemu mimo lamentów przyjaciółek. Miałam na sobie czarną bluzkę z długim rękawem i odpinanym dekoltem na zamek, dżinsowe rurki z wysokim stanem i sportowe buty za kostkę. Włosy pozostawiłam rozpuszczone. Jako że miałam ładną cerę, która nie potrzebowała pudru, machnęłam tylko rzęsy czarnym tuszem.

Po pierwsze nie miałam dla kogo się stroić, ponieważ auta nie będą mi prawiły komplementów, a po drugie nawet jakbym kogoś poznała, wyglądałam na tyle dobrze, że facet miałby na czym oko zawiesić; nie potrzebowałam do tego zakładać sukienki i dwudziestocentymetrowych szpilek.

Wyszłam z pokoju i udałam się do hotelowego baru, ponieważ tam mieliśmy się spotkać i razem wyruszyć na event. Wchodząc na salę, zobaczyłam całą ekipę popijającą piwo przy stoliku. Milena siedziała obok Aleksa, zaś Ola na kolanach Maćka. Patrząc z boku, można pomyśleć, że są na podwójnej randce.

Uświadomiłam sobie, że do nich nie pasuję. Miałam już wrócić do pokoju, ale wtedy spostrzegł mnie Aleks.

– Ej, kurczaczku, gdzie uciekasz, tutaj jesteśmy! – krzyknął na całą salę.

Nienawidziłam tego przezwiska. Pamiętam, jak kiedyś strzeliło mi coś do łba i postanowiłam zafarbować sobie sama włosy na złocisty blond. No kuźwa, koło złocistego to on nawet nie leżał; producent tej farby na sto procent był facetem lub daltonistą. W gruncie rzeczy wyglądałam jak kurczak wielkanocny i na moje nieszczęście musiałam odczekać przed ponowną koloryzacją trzy dni, co było tematem kąśliwych uwag pod moim adresem ze strony przyjaciół. Do tej pory Maciek i Aleks nazywają mnie kurczaczkiem.

– A wy jak zawsze pijecie beze mnie, pijaki. Idziecie na ten event, czy mam pójść sama?!

Nie chciałam pić, może później po evencie skuszę się na lampkę wina, teraz jednak największą ochotę miałam na to, na czym mi najbardziej zależało.

– Idziemy, idziemy, kurczaczku! – powiedzieli chórem i ruszyli w moją stronę.

– Jak chcecie jechać pijani? – zapytałam.

Event był daleko od hotelu, a moja perełka miała tylko dwa miejsca, z czego to za kierownicą należało do mnie.

– Jak to pijani? Milena piła sok jabłkowy. Oj, kurczaczku, myślałaś, że będziemy zapierdalać na piechotę?

Na te słowa odetchnęłam z ulgą.

– Okej, okej już się tak nie bulwersuj, szczupaczku. Jadę za wami – odpowiedziałam.

Chcąc jak najszybciej przerwać rozmowę, wsiadłam do auta i poczekałam, aż zapakują się do swojej puszki i ruszą.

***

Gdy dojechaliśmy, udaliśmy się na swoje miejsca parkingowe. Wjechałam i zaparkowałam między innymi luksusowymi autami.

Wysiadając, rozejrzałam się dookoła. Mimo wczesnej jeszcze godziny było mnóstwo ludzi. Piękne auta, hostessy ubrane jak na pokaz mody oraz faceci udający zainteresowanie każdym autem. Jednak mój kobiecy instynkt podpowiadał, że po kilku ich spojrzeniach w stronę hostess będą mieli dzisiaj nie tylko auto, lecz także panie do towarzystwa.

Nagle poczułam dziwne mrowienie i nieodparte wrażenie, że ktoś bacznie mi się przygląda. Dostrzegłam przystojnego, wysokiego mężczyznę, w dodatku wytatuowanego. Nie żebym miała słabość do dziar. Dobra, miałam. W dodatku ten facet był brunetem i szedł w moim kierunku.

Mimowolnie przełknęłam ślinę. Gdybym nie zauważyła jego lekkiej konsternacji i szybkiego spojrzenia na auto, pomyślałabym, że cały czas patrzył na moją białą perłę, a nie na mnie.

– Nie jestem fanem takich aut, ale to się wyróżnia – powiedział lekko ochrypłym głosem; moje nogi zaczęły się robić jak z waty, a serce przyspieszyło bicie na tyle, że wyczuwałam, jak uderza o moje żebra.

– Zauważyłam, że ci się spodobało. Stałeś jak wryty dobre dwie minuty – odpowiedziałam najśmielej, jak potrafiłam, chociaż szczerze przyznam, ledwo opanowałam buzujące we mnie emocje. Co się ze mną działo?

Nadia, uspokój się, to tylko zwyczajny koleś. Spodobało mu się tylko twoje pieprzone auto, próbowałam zrugać się w myślach i przemówić do rozumu.

– Tak, nie wiem, co na mnie tak zadziałało. Może taka fajna hostessa jak ty? – odpowiedział.

Nie wierzę, on serio pomylił mnie z tymi nadmuchanymi i wytapetowanymi lalami. A zaczynało się tak fajnie.

– Nie jestem hostessą, to moje auto – odpowiedziałam zawiedziona tym, że myślał o mnie w kategoriach szmul. Widząc, że się speszył, wypaliłam największą głupotę, jaką mogłam wypowiedzieć w swoim życiu: – Chcesz się przejechać?

– Kurwa mać. Przepraszam, ale strzeliłem gafę.

Czy przeklinanie może mieć taki cudowny wydźwięk w zdaniu i brzmieć jak najlepszy miód? Jednocześnie zapaliła mi się czerwona lampka, dlatego że dotarło do mnie, iż facet mnie przeprosił. Za nic. Sam z siebie. Normalnie koniec świata. I nie wziął mnie za jakąś wariatkę.

Dawid

– Dzień dobry. – Takie słowa wyrwały mnie ze snu.

Nie poznałem sufitu i od razu poczułem, że coś jest nie tak. Przez moją głowę błyskawicznie przeszło kilka myśli.

Co to za dziewczyna? Spojrzałem i wyciągnąłem się, przecierając oczy. Jest ładna, to na miły początek dnia.

Gdzie ją poznałem? Byłem wczoraj u Rafała, potem poszliśmy do Paros. To miejsce i podawane tam ouzo definiują moje imprezy zawsze w ten sam sposób. Kobiety i śpiew jak przystało na prawdziwą, grecką knajpę.

Jaki mamy dzisiaj dzień? Chyba piątek. Dobra, chyba za długo na mnie patrzy.

– Dzień dobry, gdzie ja jestem? Która godzina?

– Dziewiąta trzydzieści. Trochę pospaliśmy, mam nadzieję, że nie masz dzisiaj…

– Ja pierdolę, spóźnię się na spotkanie. Gdzie jesteśmy? – Wyrwałem się z łóżka jak szalony. Wiedziałem, żeby nie pić dzień przed spotkaniem z szefem managementu firmy, która chciała podpisać z nami kontrakt. Jak ona miała? Alter Ego czy jakoś tak. Kurwa, o czym ja myślę. Nie mam czasu.

– U mnie w mieszkaniu.

– Co ty, kurwa, nie powiesz, ale gdzie? Daj adres. Muszę dać znać, za ile będę na spotkaniu.

– Górczewska sto osiemdziesiąt jeden. Nie bądź wulgarny. Przecież to nie moja wina, że chciałeś przyjechać do mnie.

– Kurwa, kurwa, kurwa. Nie zdążę. Masz jakiś ręcznik?

– Już ci daję.

***

Wziąłem szybką kąpiel i zbiegłem na dół do Anatoliya, który przyjechał po mnie uberem. Czerwona honda civic. Patrząc na to, jak jest wypucowana, dałbym jej maksymalnie trzy lata. Znam się na samochodach jak mało kto, to moja druga pasja. Pierwszą są kobiety, to one definiują moje życie. Jednak zazwyczaj ten fakt zostawiam dla siebie.

– Pan Dawid?

– Tak. Proszę jak najszybciej, bo stracę klienta, nad którym pracowałem długi czas.

Anatoliy wziął te słowa do siebie i od razu po wyjeździe z ronda znajdującego się obok galerii Wola Park, pognał prędko w stronę miejsca naszego spotkania. Byłem umówiony z panem Kalickim, szefem działu zarządzania, który w ich firmie nazywali menedżmentem.

Zawsze śmieszyło mnie, jak ludzie z mojej branży na wizytówkach dopisywali sobie angielskie zwroty, które miały dodać powagi temu, że są zatrudnieni w firmie jako stażyści. Z angielskiego brzmiało to bardzo porządnie, na przykład junior associate.

Zdaję sobie sprawę, że przykładowy pan Tadeusz, który widział kogoś z taką wizytówką, mógł nie zdawać sobie sprawy z niewielkiego prawniczego doświadczenia takiej osoby, ale przecież dla niego brzmi to lepiej niż młodszy prawnik, stażysta lub aplikant. W naszej kancelarii stażyści byli po prostu stażystami. Też tak zaczynałem, ale jako aplikant adwokacki po określonym czasie mogę już zastępować mecenasów podczas rozpraw.

Tym razem jednak zamiast na sali sądowej, mam spotkać się z klientem na Placu Zbawiciela, w jednej z najbardziej znanych knajp w Warszawie. To dość niespotykane miejsce na spotkanie biznesowe, ponieważ częściej można zobaczyć tam hipstera jedzącego rogalika niż dwóch facetów uważających się za poważnych, rozmawiających o biznesie.

Może pan Kalicki jest właśnie takim typem? On pewnie je krołasanta, a nie rogalika, ale może okaże się dobrym gościem, który podświadomie zrozumie, że mam cholernego kaca i pokazując swoje wielkie, hipsterskie serce, podpisze ze mną umowę bez zadawania wielu pytań? Może nie zobaczy śladów szminki na koszuli? To już chyba dość nieprofesjonalne, choć ja bym się śmiał, ale no cóż, jestem wyjątkowy.

– Dzień dobry. – To zdanie już dzisiaj wyrwało mnie z pełnego przepięknych myśli świata i wprowadziło w stan zakłopotania.

– Dzień dobry, Dawid. Miło mi.

– Adrian, mi też miło poznać. Pozwolisz, że zamówię sobie kawę i dopiero przejdziemy do tematu? Bez niej usnę – powiedział i usiadł obok mnie gość, który w ogóle nie wyglądał, tak jak myślałem. Przy nim to ja z moimi wystającymi spod podwiniętych rękawów koszuli tatuażami wyglądam jak hipster ze Zbawixa.

– Poproszę wodę. Niegazowaną z dwoma plasterkami cytryny. – Woda z cytryną, to nią powinienem popijać wczorajsze ouzo. Może dzisiaj nie miałbym takiego kapcia w mordzie. Ciekawe czy Adrianek z menedżmentu wyczuł, że jestem wczorajszy.

***

Po dobrych dwóch godzinach rozmowy, której przebieg ze spraw biznesowych szybko przeszedł na temat alkoholu, imprez czy dzisiejszego eventu motoryzacyjnego, na który mam zamiar się wybrać, spojrzałem na zegarek i zdałem sobie sprawę, jak ulotny jest czas. Jednak dzisiaj było mi wszystko jedno. Wiosenny klimat sprzyjał rozmowie, a lampka prosecco podana do świetnych kanapek z łososiem, zadziałała jak lek na moją skacowaną głowę. Po spotkaniu zostałem w knajpie i uznałem, że pisanie pisma procesowego na świeżym powietrzu będzie idealną wymówką do zamówienia jeszcze jednej porcji wytrawnego spumante.

Orzeźwienie i trzeźwość umysłu wróciły do mnie, jednocześnie uświadamiając, że wczoraj przesadziłem i więcej nie powinienem pić takich ilości alkoholu, mając w perspektywie spotkania z klientami, rozprawy czy przebywanie w kancelarii. Siedząc w Charlotte, patrzyłem na studentów, licealistów i innych młodszych ode mnie ludzi i docierało do mnie, że chciałbym cofnąć się kilka lat i naprawić popełnione błędy, a może popełnić ich jeszcze więcej. Zawsze można na wszystko spojrzeć z dwóch stron. Z jednej strony, gdybym nie wszedł w związek z Agatą, prawdopodobnie nigdy nie miałbym możliwości odbycia praktyk w warszawskim oddziale firmy z wielkiej czwórki. Dwa lata na stanowisku, a jakże junior associate, dały mi bardzo dużo wiedzy na temat funkcjonowania korporacji prawniczych, spraw handlowych, restrukturyzacji czy upadłości. Myślę, że takiego zastrzyku wiedzy nie da się przełożyć na żadne inne wartości.

Patrząc z drugiej strony, ten ponad dwuletni związek spieprzył mi psychikę. Od tamtego czasu dziewczyny są dla mnie tylko szansą na fajną zabawę, uśmiechem zapraszającym do tańca, pośladkami, które chcą dostać klapsa, szyją, która chce zostać porządnie podduszona czy cyckami, na których gęsta jak jogurt grecki sperma wygląda jak cud natury, a nie substancja, którą trzeba jak najszybciej zmyć i o niej zapomnieć.

Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak relacja z jednym człowiekiem może wpłynąć na relacje, które będę przeżywał w odstępie kilku lat. Stałem się jeszcze bardziej pewnym siebie, jeszcze bardziej narcystycznym, jeszcze bardziej wydziaranym dupkiem.

Najgorsze, że te wszystkie dziewczyny naiwnie myślały, że to one będą powodem mojej zmiany i wyprostowania drogi, na którą wszedłem, której zakręty miały imiona dziewczyn skrzywdzonych przeze mnie. One mimo moich zapewnień, że jest mi dobrze, tak jak jest, starały się udowodnić, że pomogą mi stać się lepszym człowiekiem. A ja wiem o tym, że to nie ich chęci są w tym najważniejsze, lecz moje.

Obecnie jednak mam w głowie tylko to, że muszę wytrzeźwieć. Jedynym zmartwieniem była teraz sprawa karna. To gałąź prawa, która nigdy nie była moim znakiem rozpoznawczym, ale choroba koleżanki z pracy zmusiła mnie do przejęcia po niej niedokończonych spraw. Poczułem wibrację i od razu wyjąłem telefon z kieszeni, po czym spojrzałem na ekran.

Pamiętasz o dzisiejszy evencie?

O evencie na pewno bym nie zapomniał. Samochody to – od czasu biegania za piłką w koszulce klubowej warszawskiej dumy, które skończyło się zerwaniem więzadeł w kolanie – moja największa pasja. Zaraził mnie nią ojciec. To chyba jedyne pozytywne wspomnienie, jakie po nim mam.

Gdyby ktokolwiek zapytał mnie, jak go pamiętam, jedyną odpowiedzią byłaby wóda i zatykający gardło smród petów, których dziennie palił pewnie koło czterdziestu sztuk. Krzyki, bicie matki, mnie, wstyd na osiedlu, szydzenie innych dzieciaków, ponieważ mój ojciec pije z żulami pod sklepem, wyrzuciłem z pamięci po jego pogrzebie.

Nigdy nie zapomnę, jak na drugi dzień poszedłem do niego, metaforycznie ubrany w atrybuty, z którymi go zapamiętałem. W jednym ręku miałem półlitrową butelkę czterdziestoprocentowego napitku, a w drugiej paczkę klasycznych cameli.

To była prawdopodobnie jedyna nasza rozmowa, w której nie było krzyków, rękoczynów, a moje zdanie wybrzmiało od początku do końca. Od tamtego dnia miałem nie wypalić papierosa, poprzysięgając sobie, że chociaż tym będziemy się różnić.

Wyszło zgoła inaczej.

O dziewiętnastej pod moim blokiem, ja prowadzę.

Odpisałem Rafałowi, z którym znamy się, odkąd pamiętam. Czytałem kiedyś badania, według których, aby poznać prawdziwego przyjaciela, musimy spędzić z nim co najmniej dwieście godzin*. Daje to niecałe dziewięć pełnych dni. W naszym przypadku, posługując się prostą matematyką, znamy się niecałe piętnaście lat.

Chodziliśmy razem do gimnazjum, liceum, graliśmy w jednym zespole prawie pięć lat. To z nim paliłem pierwsze papierosy, piłem pierwsze piwo, pierwszy raz zaliczałem zgon po wymieszaniu wódki i taniego wina, z nim podrywałem pierwsze dziewczyny i przeżywałem pierwsze smutki z nimi związane.

To Rafał był przy mnie po rozstaniu z Agatą, pocieszał mnie, a ja przyjeżdżałem w środku nocy, jak dowiedział się o zdradzie swojej byłej.

Dalej bawiąc się w matematykę, piętnaście lat daje nam pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt pięć dni! Uznając, że widzę się z nim przynajmniej raz w tygodniu, daje nam to siedemset osiemdziesiąt dwa dni znajomości. Średni czas spotkania wynosi pewnie około pięciu godzin, co daje w przybliżeniu sto sześćdziesiąt dwa pełne dni naszej przyjaźni.

Jak mam go, kurwa, teraz nazwać?

Jesteśmy bliżej niż bracia. Jest więcej niż prawdziwym przyjacielem. Czasami się śmiejemy, że gdybyśmy byli homoseksualni, prawdopodobnie bylibyśmy razem, bo tak dobrze się dogadujemy. Na szczęście wolę dziewczyny, a on tak serio w ogóle nie jest pociągający, nie to co ja.

Wyłączyłem się na dobre czterdzieści minut. Miałem pisać pismo, a mój czas na dzisiaj powoli dobiega końca. Skupiam się na następną godzinę: skończę wnioski dowodowe, dopiszę krótkie podsumowanie, wydrukuję wszystko i trzeba będzie to wysłać. Mam nadzieję, że poczta, która znajduje się niedaleko, nie będzie dzisiaj pełna ludzi.

Sąd Rejonowy w Zgorzelcu, II Wydział Karny, to dzisiejszy adresat moich skacowanych wypocin. Najważniejsze w byciu adwokatem jest dotrzymywanie terminów. Reszta to już tylko wyobraźnia. Ludzie myślą, że bycie adwokatem wygląda jak w serialu Suits, który kiedyś chciałem obejrzeć na platformie Netflix, ale niestety byłem zmuszony odpuścić po kilku odcinkach. W naszym kraju ani ja, ani moi znajomi nie brali udziału w rozprawach pełnych zwrotów akcji, niezgłoszonych świadków, pięknych przemów prokuratorów i adwokatów.

Warto wspomnieć, że u nas sędzia nie nosi peruki, a jego przemowy końcowe pisane są przez referendarzy albo praktykantów. Moim zdaniem około dziewięćdziesięciu procent końcowych wyroków to kopiuj-wklej ze zmianą podstawowych danych osobowych i dotyczących sprawy, dlatego nigdy nie chciałem być karnistą.

Zawsze lubiłem pieniądze, stąd praktyki załatwione przez Agatę były dla mnie zbawieniem. Prawo spółek handlowych czy restrukturyzacje wielkich przedsiębiorstw to coś, na czym teraz zarabia się fortunę. Zapomniałbym dodać, iż u nas prawnicy nie zarabiają jak w amerykańskich serialach. Może pojedyncze przypadki, ale częściej można spotkać pracujących za „wiedzę mentorską” studentów czy aplikantów zapierdalających po dwanaście godzin dziennie, mając na zwrot za aplikację i dwa tysiące brutto na umowie-zleceniu. Pierdolony wyzysk. Mówię to w imieniu setek znajomych, mi się udało. Dzięki Agacie.

Znowu o niej pomyślałem? To już chyba przesada.

– Poproszę rachunek – powiedziałem do długonogiej szatynki, na oko mającej maksymalnie dwadzieścia jeden lat. Fajna, w mojej skali dałbym jej tak siedem na dziesięć. Jak dałaby mi swój numer, podniósłbym nawet na ósemkę, ale to już nie dzisiaj. Jeszcze się spotkamy, kociaku. Teraz czas iść na pocztę, przyklepać pieczątkę, ważniejszą nawet niż twój smukły brzuszek.

***

Po wykonaniu wszystkich obowiązków wróciłem do swojego mieszkania. Czterdzieści jeden metrów kwadratowych na osiedlu Bliska Wola, wykończone w całości w odcieniach czerni i szarości. Szyk i elegancja to był efekt, który chciałem osiągnąć. Za każdym razem, gdy wchodziłem do mieszkania, z mojego ryja nie schodził uśmiech.

To piękne uczucie, spełnić swoje cele, jakie zapisywało się na kartce za dzieciaka. Pamiętam, jak na korkowej tablicy w domu rodzinnym przypiąłem kartkę z celami do zrealizowania. Kazał nam je przygotować trener drużyny, w której stawiałem pierwsze kroki na początku piłkarskiej przygody.

1. Własne mieszkanie

Mogłem kupić większe, ale wpłata początkowa na leasingowaną M2 pochłonęła sporą część oszczędności.

2. Sportowe auto

Moim celem od momentu ukończenia dwudziestego roku życia było bmw M2. Jeździłem wcześniej renault, hondą, mercedesem, aż w końcu uznałem, że życie jest od tego, aby spełniać cele i marzenia. Koszt takiego auta trochę nie współgra z zarobkami aplikanta adwokackiego, ale leasing operacyjny i umowa z pracodawcą umożliwiły mi zakup tego wozu. Czterysta pięćdziesiąt koni mechanicznych, silnik 3.0 sześć cylindrów, w kolorze niebieski misano. Wiem, że zostawię sobie ten samochód po zakończeniu leasingu i dokonam w nim kilku poprawek, teraz lepiej nie ryzykować.

3. Gra z orzełkiem na piersi

Pierwszy i ostatni raz w życiu zagrałem w reprezentacji Polski w piłkę nożną U18 w sparingu z reprezentacją Ukrainy. Dokładnie czterdzieści pięć minut. Odsłuchanie hymnu naszego kraju – duma, jaką odczuwałem, była nie do opisania.

Niestety późniejsze zerwanie więzadeł w kolanie nie pozwoliło mi uprawiać zawodowego sportu, a moja ambicja, nigdy nie pozwalała mi być drugim. Od dziecka wiedziałem, że albo będę grał na najwyższym poziomie w kraju, albo odpuszczę i zajmę się czymś innym.

Odwieczna rywalizacja, nieumiejętność ponoszenia porażek, bycie zawistnym to cechy, które bardzo dobrze mnie opisują. Nie umiem wyzbyć się takich emocji, a emocjonalny strach przed poniesieniem klęski często mnie paraliżuje.

Wziąłem prysznic, co pozwoliło zmyć mi z siebie resztki godności, którą po wczorajszym dniu będę musiał na nowo odbudowywać. Obudzenie się w mieszkaniu obcej dziewczyny, będąc jeszcze najebanym, nie wiedząc, co wydarzyło się w nocy, to straszne uczucie. Przeżywałem to już kilka razy i nie mam pomysłu, jak to zmienić.

Ułożyłem brodę, posmarowałem ją olejkiem od Pana Drwala o zapachu drzewa cedrowego, popsikałem się moimi ulubionymi perfumami Toma Forda i zacząłem się ubierać. Moje myśli krążyły pomiędzy outfitem numer jeden, składającym się z jasnych spodni w odcieniach beżu, brązowych skórzanych mokasynów w stylu tassel loafers i białej koszuli z kołnierzykiem button-down oraz outfitem numer dwa, którego podstawą był dwurzędowy garnitur Oscara Jacobsena w granatową kratkę z błękitnym przeszyciem, biała koszula z włoskim kołnierzykiem i granatowe oxfordy, które kupiłem na wakacjach we Włoszech w starej rodzinnej manufakturze, mieszczącej się w okolicach Neapolu.

Lubię dobrze wyglądać, ale ranga imprezy i wszechobecność samochodów, skłoniła mnie do założenia bardziej sportowego zestawu. Po dokonaniu ostatnich szlifów wziąłem kluczyki do auta i zszedłem na dół do garażu. Miałem nadzieję, że poranne prosecco już zdążyło ze mnie ulecieć, a lekki podkład z pudru pozwoli mi ukryć wszelkie zmęczenie.

Rafał pewnie potem będzie chciał gdzieś pójść, dlatego bycie kierowcą może uchronić mnie przed kolejnym weekendowym chlaniem.

– Halo, dodzwoniłem się do rzeźnika?

Zadzwoniłem do Rafała i rzuciłem bardzo głupim żartem, z czego byłem znany.

– Nie, zjebie – odpowiedział po swojemu.

– To dlaczego rozmawiam ze świnią?

Zacząłem się śmiać jak głupi.

– To nie jest śmieszne, gdzie jesteś?

– Wychodź, już stoję pod blokiem.

W czasie drogi porozmawialiśmy o wczorajszym wieczorze, planie na dzisiejszy event i o tym, co możemy robić po nim.

Kiedy przyjechaliśmy na miejsce i zostawiliśmy auto, udaliśmy się do środka. Jak zawsze w takim miejscu pełno było wspaniałych fur, od totalnych klasyków po modele od Bentleya czy Astona Martina. Niezliczone ilości hostess stojących po dwie, trzy sztuki przy każdym aucie i jeszcze większa ilość tych, które roznosiły szampana.

Na pewno smakował lepiej niż wczorajszy grecki trunek, którego wypiliśmy co najmniej trzy butelki, ale też musiałem przyznać, że nie był to Mumm czy Moet.

– Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda czy jakoś tak, idę po jeszcze – zarzucił mój przyjaciel, posiadający jak widać też talent poetycki.

– To ja idę się przejść – odpowiedziałem i powędrowałem w stronę klasyków, które były mniej oblegane niż sportowe fury, które nie kręciły mnie tak bardzo.

Pewnie wynikało to z tego, że miałem wystarczająco sportową furę w swoim garażu.

Jak przystało na prawdziwego samca alfa, oprócz patrzenia na wybitne samochody, moje oczy nie odrywały się od roznegliżowanych ciał hostess i innych uczestniczek tego wydarzenia. Moje oczy lawirowały, pokonując przeszkody, jakimi byli męscy osobnicy. Moje rozkojarzenie w tym momencie było w punkcie ekstremum, aż coś wybiło mnie z mojego toru krętego jak węgierskie Hungaroring.

Stanąłem jak wryty, jakbym dostał obuchem w głowę, potężnie uderzył małym palcem u stopy w szafkę i nie miał możliwości krzyknąć głośnego kurwa!, jakbym, będąc małym chłopcem, widział swojego idola Ronaldinho i z podziwu nie wiedział, co mam ze sobą zrobić.

Znajdowałem się przed białym audi R8, obok którego stała niesamowicie piękna dziewczyna. Jeansy z wysokim stanem, czarne botki za kostkę, rozpuszczone włosy. Blondynka mająca na oko sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu w jakiś dziwny sposób nie pasowała do innych hostess, które brały udział w tym evencie.

Nie znam się na makijażu, ale zauważyłem, że jej twarz w żaden sposób nie była sztucznie upiększona. Tak, zwracałem na to uwagę u kobiet, wyniosłem to między innymi z domu rodzinnego.

Odkąd pamiętam, moja mama nie używała makijażu, a i tak wyglądała najpiękniej ze wszystkich kobiet. Nieważne, gdzie przebywała. Eleganckie miejsca, rodzinne imprezy, wiejskie potańcówki, spacery nad brzegiem morza. Nie potrzebowała sztucznych upiększaczy, żeby zwracać uwagę innych.

Myślę, że dlatego pełny makijaż u kobiet trochę mnie odstraszał, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić i mniej zwracać na to uwagę.

– Nie jestem fanem takich aut, ale to jakoś się wyróżnia. – Zawsze jest tak, że człowiek chce zagadać jakimś oryginalnym tekstem, a wychodzi z tego takie gówno, jakby zrobił je słoń mający problemy gastryczne.

– Zauważyłam, że ci się spodobało. Stałeś jak wryty dobre dwie minuty – odpowiedziała mi, a ja zdębiałem jeszcze bardziej. Ciekawe, czy zauważyła, że patrzyłem na nią, a nie na auto.

– Tak, nie wiem, co na mnie tak zadziałało. Może taka fajna hostessa jak ty?

– Nie jestem hostessą, to moje auto. Chcesz się przejechać?

– Kurwa mać. Przepraszam, ale strzeliłem gafę – odpowiedziałem i zrobiłem się czerwony jak burak. Coś mi tu nie gra, ale nie bardzo wiem, do czego mógłbym się przyczepić.

Przypisy

*Proposing the Communicate Bond Belong Theory: Evolutionary Intersections With Episodic Interpersonal Communication, Jeffrey A. Hall.