Alazza - Cezary Czyżewski - ebook
Opis

Tadeusz Siekierski, fizyk, zostaje wciągnięty przez swojego kolegę policjanta w sprawę z pozoru czysto kryminalną — zabójstwo mężczyzny na jednym z bydgoskich osiedli. Historia zaczyna się komplikować, gdy okazuje się, iż sprawca niekoniecznie jest człowiekiem. Trzeźwo myślący Siekierski przekonuje się, że otaczający go świat to nie tylko dająca się potwierdzić naukowo fizyka. Opowieść pełna tajemnic, sił potężniejszych niż ludzkość i magii, czającej się w zaułkach Bydgoszczy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cezary Czyżewski

Alazza

© Cezary Czyżewski, 2016

RedaktorPatrycja Potoniec

Tadeusz Siekierski, fizyk, zostaje wciągnięty przez swojego kolegę policjanta w sprawę z pozoru czysto kryminalną — zabójstwo mężczyzny na jednym z bydgoskich osiedli. Historia zaczyna się komplikować, gdy okazuje się, iż sprawca niekoniecznie jest człowiekiem. Trzeźwo myślący Siekierski przekonuje się, że otaczający go świat to nie tylko dająca się potwierdzić naukowo fizyka.

Opowieść pełna tajemnic, sił potężniejszych niż ludzkość i magii, czającej się w zaułkach Bydgoszczy.

ISBN 978-83-8104-269-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Alazza

I

Październikowe słońce przebijało się przez chmury, powoli sunące na wschód. Silny wiatr wiał nad miastem od rana, potęgując jesienny chłód. Ulicą Dworcową jechał dostawczy mercedes, rozchlapując wodę, zbierającą się w kałużach przy krawężniku.

Ubrany w ciemnozieloną, długą kurtkę mężczyzna odsunął się w samą porę, by uniknąć ochlapania. Brudna woda chlusnęła na chodnik tuż przed nim. Zdegustowany pokręcił głową i sięgnął ku mosiężnej klamce w drzwiach do cukierni. Wszedł do środka.

Lokalne radio nadawało popołudniowe wiadomości, przy ladzie stała kolejka klientów, obsługiwanych przez uczennicę z przyklejonym do twarzy zawodowym uśmiechem sprzedawcy. Mężczyzna przeszedł w głąb lokalu i odnalazł stolik.

— Spóźniłeś się — tleniona blondynka chwyciła wargami słomkę wystającą z jagodowego koktajlu.

— Trzy minuty, nie przesadzaj — mężczyzna zdjął kurtkę i powiesił na wieszaku. Dosiadł się do kobiety. — Przepraszam, jeśli cię uraziłem.

— Niespecjalnie. Napijesz się czegoś?

— Zależy, ile czasu tutaj spędzimy. Przyznam, że jestem trochę zaskoczony tym nagłym zaproszeniem. Wyrwałaś mnie z zajęć ze studentami, musiałem jechać przez całe miasto. To coś ważnego?

— A ja nie jestem dla ciebie ważna? — kobieta spojrzała na niego spod długich, malowanych rzęs.

— No… jesteś. To chyba oczywiste…

— Nie jestem taka pewna. Ostatnio spotykamy się coraz rzadziej, w kinie byliśmy ponad miesiąc temu, na wspólnej kolacji w lipcu. Mówiłeś wtedy, że kupujesz nowe mieszkanie, że będę mogła się wprowadzić i co?

— Baśka, tłumaczyłem ci, że plany mi się zmieniły — mężczyzna gestem podziękował kelnerce, która już nachylała się nad nim. Dziewczyna skinęła głową i podeszła do innego stolika. — Nie dostałem tego kredytu, o który się ubiegałem, chata przepadła, bo deweloper nie spuścił ceny. Sprzedał komu innemu.

— Tadek, nie chodzi tylko o mieszkanie — blondynka odstawiła koktail. — Kiedy cię poznałam, opowiadałeś czarujące historie, zabierałeś mnie na romantyczne spacery, wydawałeś się… inny. A gdy dostałeś te pracę na uniwersytecie, zapomniałeś o mnie zupełnie.

— Niezupełnie, nie przesadzaj, proszę. Po prostu praca mnie wciąga, robię to co zawsze chciałem robić, do tego doszły zajęcia ze studentami. Jeśli czujesz się zaniedbana, mogę to naprawić…

— Nie chcę, żebyś na siłę się ze mną spotykał — Barbara wzruszyła ramionami. — Widzę, że masz własny świat, ja do niego nie pasuję.

— Nie rozumiem…

— Postanowiłam zakończyć tę znajomość. Ona nie ma… perspektyw.

Tadeusz zaniemówił, zaskoczony. Wreszcie zebrał myśli.

— Czekaj, zaraz. Tak po prostu?

— A czego się spodziewałeś? Że będę płakała, robiła sceny? Zwisam ci, więc lepiej, żebym poszukała sobie kogoś, komu na serio będzie na mnie zależało.

— Moment, Basiu — Tadeusz zawsze zwracał się do niej w ten sposób, gdy chciał powiedzieć coś ważnego. — Nie rób mi tego, przecież to nie tak, że specjalnie nie chciałem się z tobą spotykać…

— Nie mam żalu — przerwała mu kobieta, sięgając do torebki po pieniądze. — Myślałam nad tym długo i podjęłam decyzję. I proszę, nie staraj się tego zmieniać na siłę. Ty masz swoje życie, ja mam swoje. Miło było. Cześć.

Położyła dwie piątki na stoliku i wstała, sięgając po czarny płaszcz. Tadeusz siedział wpatrując się w pustą szklankę po koktajlu, z której smętnie wystawała zakrzywiona, różowa słomka.

Nie wrócił już na uczelnię. Zadzwonił do sekretariatu i przekazał wiadomość, że odwołuje pozostałe zajęcia. Dotarł na swoje osiedle, zrobił małe zakupy w markecie, przede wszystkim kupując zgrzewkę ”Żubra”. W domu wziął szybki prysznic. Potem podgrzał resztę bigosu i pochłonął go. Naczynia zostawił w zlewie, przeszedł do pokoju, włączył muzykę i nakładając słuchawki, usiadł w swoim ulubionym fotelu, sięgając po pierwszą puszkę piwa. Spoglądając przez okno na kończący się dzień, wrócił pamięcią do dzisiejszej rozmowy z Barbarą.

Poznali się na zabawie sylwestrowej, pod koniec zeszłego roku. To, co na początku wyglądało na przygodę na jedną noc, z czasem zaczęło przybierać poważniejszy kształt. Tadeusz bronił się przed własnymi uczuciami, tłumacząc sobie i dziewczynie, że to tylko zwykła znajomość plus seks. Ona zresztą mówiła to samo, ale spotykali się coraz częściej i na dłużej. Aż wreszcie przyszedł maj. Siedzieli w restauracji ma Wyspie Młyńskiej. Powiedział jej, że stara się o kredyt na większe mieszkanie, że prawdopodobnie dostanie stałe stanowisko na uczelni i że jeśli zechce, jesienią mogliby zamieszkać razem. Barbara wydawała się zachwycona, jakby wcześniejsze deklaracje o „zwykłej znajomości” straciły znaczenie. Wszystko wydawało się iść po myśli Tadeusza.

A potem przyszedł sierpniowy spadek na giełdach, gospodarka światowa zachwiała się. Któregoś dnia Tadeusz dostał telefon z banku, że jego podanie o kredyt mieszkaniowy „z powodu niepewnej sytuacji rynkowej” zostało rozpatrzone odmownie. Mimo że wcześniej spełniał wszystkie kryteria i uśmiechnięty koleś za biurkiem w dziale obsługi klienta zapewniał, że nie ma najmniejszego problemu i że decyzja o kredycie „to tylko kwestia czasu”. Tadeusz musiał pożegnać się z planami zakupu apartamentu na nowym osiedlu na obrzeżach Bydgoszczy.

Baśka przyjęła to wszystko z lekkim zaskoczeniem i zawodem. Pocieszał ją, że to kwestia kilku miesięcy i że po nowym roku znów wystąpi o kredyt.

Zadzwonił telefon. Tadeusz spojrzał na wyświetlacz i odłożył komórkę na stolik. Kumpel z policji pewnie chciał wyciągnąć go na piwo. Ale w domu czekało jeszcze jedenaście „Żubrów”, a Tadek miał wyjątkową ochotę spędzić ten wieczór sam.

Przypomniał sobie, że właśnie w sierpniu, po ich rozmowie na temat mieszkania, Baśka po raz pierwszy nie odezwała się przez tydzień. Zrzucił to wtedy na karb sezonu urlopowego, a i sam wyjechał wtedy na kilka dni do rodziny do Wrocławia. Gdy spotkali się ponownie, kobieta wydawała się nieco nieobecna, jakby między nimi pojawiła się niewidzialna bariera.

Nagle, otwierając drugie piwo, Tadek uświadomił sobie, że to niekoniecznie musiała być jego wina. Właśnie wtedy, gdy przekonał samego siebie, że z tej znajomości może wyjść coś poważniejszego, Barbara zmieniła front. Wiosną z fascynacją słuchała jego opowieści o badaniach naukowych w instytucie fizyki, o astronomii i modelu standardowym. Kiedy we wrześniu zadzwonił do niej z radosną nowiną, że dziekan przedłużył mu kontrakt na uczelni, nie miała nawet czasu na spotkanie przy lampce wina. Wymówiła się wtedy wizytą u rodziców.

Telefon zadzwonił po raz drugi. Tym razem Piotr dzwonił ze służbowej komórki.

— No? Czego chcesz?

— Witam kolegę fizyka — głos komisarza był nieco zachrypnięty. — Jak tam życie?

— Dodupnie — Tadeusz pociągnął łyk piwa.

— Niedobrze. Studenci ci dali w kość?

— Gorzej. Ale nie chce mi się opowiadać przez telefon. I nie jestem w nastroju na wyjście na browar, jeśli o to ci chodzi.

— Uuu… niedobrze. Ja w sumie w sprawie zawodowej. Można do ciebie wpaść? Przyniosę coś do picia.

Tadeusz zawahał się przez moment. To nie był taki głupi pomysł.

— Czekam — rzucił w słuchawkę i rozłączył się. Potem wstał i ruszył do kuchni. Trzeba było znaleźć przynajmniej dwa czyste kufle.

Piotr Kownacki był potężnym facetem tuż przed trzydziestką. Trenował karate, wspinał się, żeglował i skakał na spadochronie. Pracował w wydziale dochodzeniowym Komendy Wojewódzkiej, zajmował się przede wszystkim trudnymi morderstwami. Często korzystał z pomocy specjalistycznych laboratoriów i właśnie w jednym z nich poznał Tadeusza. Fizyk brał udział w kalibracji kilku najnowszych urządzeń do badania próbek za pomocą spektroskopii. Obaj niemal natychmiast przypadli sobie do gustu, mimo że dzieliło ich niemal wszystko. Piotr był typem wysportowanego amatora zdrowego trybu życia, lubił szybkie samochody i imprezy towarzyskie. Pragmatyczny, konkretny, traktujący naukowców z odrobiną lekceważenia, lubił określać ich po prostu „jajogłowymi”. Tadeusz, choć nie był ułomkiem, ze sportów uznawał tylko jazdę na rowerze i piesze wycieczki. Pracę w instytucie fizyki uważał za interesującą, dużo czytał i mimo że miał doktorat z nauk ścisłych, amatorsko interesował się historią, filozofią i religioznawstwem. Nad huczne spotkania towarzyskie zdecydowanie przedkładał samotne wypady poza miasto lub co najwyżej kameralne spotkania w knajpach. W jakiś sposób jednak znaleźli nić porozumienia, które zmieniło się w męską przyjaźń. Często i obficie podlewaną piwem.

Komisarz zapukał do drzwi pół godziny później. Z uśmiechem uniósł czteropak „Heinekena” i przekroczył próg małego mieszkania Tadeusza.

— Wystarczy chyba, co?

— Wystarczy — fizyk skinął głową, wpuszczając kumpla do przedpokoju. — Jakby co, mam jeszcze spory zapas.

— Bosko — Piotr był już w kuchni, wkładając piwo do lodówki. — Niech się nieco schłodzi. No opowiadaj, co tam cię dzisiaj trafiło?

— Kobieta.

— Ta malowana blondyna? — obaj przeszli do pokoju, gdzie Tadeusz gestem dłoni zaprosił kolegę na wersalkę. Sam zajął miejsce w fotelu.

— No a która? — podał Piotrowi puszkę.

Złote piwo syczało kusząco, gdy policjant nalewał je do kufla.

— Widziałem ją wczoraj wieczorem na starówce, wsiadała do czarnej beemwicy jakiegoś dzianego kolesia. Nie chciało mi się wierzyć. Aż zatrzymałem buca pod pretekstem kontroli papierów. Ale to była ona. A koleś dokumenty miał w porządku.

— No to wszystko jasne — Tadeusz z kwaśną miną uniósł swój kufel. — Dzisiaj zaprosiła mnie do kafejki, tylko po to, żeby powiedzieć, że ma mnie dość.

— Wiesz, stary… — Piotr spojrzał w zapadający za oknem zmrok. — Nie chciałem ci tego mówić wcześniej, ale ona od początku wyglądała mi na taką, co leci przede wszystkim na kasę. Ten kolo w beemce to jakiś przygłup był straszny, ale miał najnowszy model bryki. Czaisz…

— Czaję. A wydawała się niegłupia i sympatyczna, kumasz? Po studiach i w ogóle… Ale może to i lepiej? Tylko wiesz… tam gdzieś w środku coś tak…

— Pusto? Wiem, wiem — Piotr pokiwał głową. — Nie musisz mówić.

Obaj siedzieli długą chwilę w milczeniu, opróżniając powoli kufle. Dopiero gdy Tadeusz sięgnął po kolejne dwie puszki, policjant odezwał się:

— Jest sprawa. Myślę, że możesz nam pomóc. A przy tym dorobisz trochę na zleceniu.

— Co? Firma?

Komisarz przytaknął.

— Ponad tydzień temu na Glinkach znaleziono zwłoki. Miejscy przekazali je nam do identyfikacji, bo mamy odpowiednie laboratorium. Sam je ustawiałeś. Zrobiliśmy wizję lokalną, wywiad środowiskowy, ale utknęliśmy. Tyle że udało nam się zidentyfikować ciało, ale poza jednym, dziwnym tropem, nie mamy nic.

— Rozumiem, że opcja samobójstwa została z jakichś powodów wykluczona? — zapytał Tadeusz, sięgając po pilota. Włączył muzykę.

— Wiesz, słyszałem o samurajach, którzy potrafili rozpruć sobie brzuch podczas harakiri i jeszcze wypowiedzieć haiku, zanim padli, ale nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie wyrwać sobie wszystkie wnętrzności, rozwlec je po podłodze i na koniec oderwać głowę i położyć na środku pentagramu.

— Pentagramu?

— Czy jak to się tam nazywa.

— No, kręgi bywają różne…

— Tak, wiem — Piotr machnął ręką w stronę półki z książkami. — Ty też w tym siedzisz.

— Tylko teoretycznie — Tadeusz skrzywił się z niesmakiem. — Nie bawię się w rysowanie kręgów i przyzywanie demonów.

— Tak czy siak, masz o tym jakieś pojęcie. I dlatego dzisiaj rozmawiałem ze starym. Bonkiewicz zgodził się, żebyś po podpisaniu papierów dołączył do grupy dochodzeniowej.

— I sądzisz, że mogę się wam przydać?

Policjant z poważną miną pochylił się nad stolikiem.

— Tadek, powiem ci wprost. Siedzimy w dupie i nie wiemy, jak wyjść. Jeśli nic z tą sprawą nie zrobimy, przyjadą ważniaki z CBŚ. Taka procedura. A komendant powiedział, że to sprawa honoru, żeby swoje sprawy załatwiać na swoim podwórku. Poza tym, jak CBŚ, to zlecą się tu telewizory ze wszystkich stacji, będą węszyć i robić te swoje dziennikarskie dochodzenia. Wiesz, jaki się burdel zrobi?

— No wyobrażam sobie — fizyk wstał i ruszył do kuchni. Po chwili wrócił z dwiema zimnymi puszkami „Heinekena”. — To gdzie i kiedy mam podpisać te papiery?

— Jutro wpadnij przed trzecią do komendy. Załatwimy wszystko. I od razu zabiorę cię na miejsce.

Dopili poprzednie piwo i nalali sobie następną kolejkę. Za oknem zapadł już zmrok. Tadeusz sączył złoty napój, myślami krążąc wokół opowieści przyjaciela. Pracował już dla policji, ale tym razem miał wziąć udział w śledztwie. Spodobała mu się ta perspektywa. Wspomnienie przykrej rozmowy w kawiarni powoli bladło i zaczynało się rozpływać.

Formalności trwały kwadrans. Tadeusz przeczytał regulaminy i klauzule tajności, wypełnił dwa formularze i podpisał kilka kartek. Otrzymał identyfikator pozwalający na poruszanie się po budynku policyjnym, uścisnął dłoń siwemu pracownikowi działu kadr i razem z Piotrem wyszli na parking na tyłach komendy. Komisarz wskazał ciemnozielonego opla.

Powoli, odczekując swoje w korkach na Wyszyńskiego, przejechali most na Brdzie i pomknęli Nizinami w kierunku Glinek. Kilka minut później zatrzymali się niedaleko zaniedbanej posesji, w bocznej uliczce od Cmentarnej. Policjant zamknął samochód i podszedł do furtki. Tadeusz rzucił okiem na nieodległy las i ruszył za kolegą.

Komisarz skinął głową dwóm funkcjonariuszom, siedzącym w zaparkowanym przy płocie polonezie. Potem wraz z fizykiem minęli parterowy murowany dom i przeszli przez zarośnięte, zagracone podwórko. Weszli do odrapanej, pomalowanej wapnem oficyny.

— Ale wali — skrzywił się Tadeusz.

— Waliło to dziesięć dni temu, jak leżał tu trup. Teraz to wspomnienie — Piotr otworzył na oścież jedyne okno.

Na drewnianej podłodze wymalowano składający się z trzech pierścieni krąg, zapełniony przeróżnymi symbolami i literami kilku alfabetów, głównie łaciny i greki. Pojawiały się też pojedyncze znaki alfabetu hebrajskiego. Białe linie zachlapane były ciemnymi już smugami zaschłej krwi.

— Musieliśmy sprzątnąć ciało do prosektorium, bo nie dało się pracować. Ale mamy pełną dokumentację fotograficzną, co gdzie leżało — Piotr spoglądał na kolegę.

— Jatka… — Tadeusz przyglądał się symbolom na podłodze. Potem skierował uwagę na kilka mebli. W kątach stały wielkie trójramienne kandelabry, pod jedną ze ścian regał z książkami i mnóstwem dziwacznych drobiazgów, obok niego pulpit z dużą książką w skórzanej okładce. Pod drugiej stronie pokoju stała prosta, zamykana na kłódkę drewniana skrzynia. Dokładnie naprzeciwko drzwi, na niewielkim stoliku, nakrytym fioletowym, haftowanym obrusem, stały małe świeczniki, dzwonek, dwie patery z głową kozła i pięcioramienną gwiazdą wpisaną w okrąg oraz kilka innych dziwnych przedmiotów.

— Wygląda jak scenografia do kiepskiego horroru. Może facet kręcił tu jakieś filmiki? — Tadeusz oderwał wzrok od wzorów na obrusie.

— Albo okultystyczne porno z nagimi panienkami na środku kręgu — komisarz wzruszył ramionami. — Każda teoria na razie jest dobra. Nawet ta najbzdurniejsza.

— Mogę przejrzeć te rzeczy? — zapytał fizyk. — Może w książkach coś będzie? Albo w tej skrzyni?

— Czekaj, przyniosę rękawiczki — Piotr wyszedł z oficyny. Tadeusz na chwilę został sam. Spoglądał na plamy zaschniętej krwi na podłodze i brunatne smugi na ścianach. Trudno mu było uwierzyć, że rzeczywiście miało tu miejsce morderstwo. Wszystko wyglądało tak… nierealnie. Właśnie jak z jakiegoś taniego filmu grozy.

Wrócił Piotr. Podał koledze dwie winylowe rękawiczki. Sam nałożył drugą parę.

— Sprawdziliśmy wszystko. Światło, ultrafiolet, nawet zakichane szkła powiększające, jak u Sherlocka. Spec od drewna powiedział jedynie, że te zadrapania na podłodze są świeże, sprzed kilku dni — wskazał na głębokie bruzdy, przecinające krąg w paru miejscach. — I jeszcze tutaj, na framudze, na wysokości głowy, znaleźliśmy jeden, długi włos.

— Długi włos? — Tadeusz przyjrzał się oznaczonej żółtą naklejką zadrze.

— Tak. Jeden cienki, siwy albo srebrny włos. Mamy go w laboratorium, nasi robią testy DNA. Powinny być na wczoraj, ale doktorek coś tam mamrotał, że muszą potwierdzić wyniki i tak dalej.

— Jaki kolor włosów miała ofiara?

— Myślałem o tym, że może to jego jakiś siwy, bo koleś był po czterdziestce i nosił długie kudły, jak na metala przystało. Czekamy na testy.

— Słuchał metalu?

— Tak. W domu ma całą kolekcję płyt najróżniejszych zespołów, głównie szwedzkich i norweskich. Tyle, że to nic nam nie daje — Piotr wzruszył ramionami.

Tadeusz skinął głową. Rzucił okiem na książki leżące na półkach. Ofiara, kimkolwiek była, musiała mieć obsesję na punkcie magii, demonów i praktyk okultystycznych. Cała historia coraz bardziej go intrygowała. Sam interesował się podobnymi sprawami, zawsze jednak starał się konfrontować wszystko z twardymi regułami fizyki. Musiał niestety przyznać, że nie każda tajemnica dawała się rozwiązać za pomocą wiedzy naukowej. Kilka razy w swojej amatorskiej karierze badacza napotkał na rzeczy, których nie potrafił wyjaśnić. Tym bardziej go kusiły i pociągały swa tajemniczością.

— Chodźmy. Chciałbym zacząć od całej dokumentacji sprawy — zdjął rękawiczki i opuścił budynek.

— Czyli wracamy do firmy — Piotr zamknął starannie okno i drzwi i zapieczętował je na nowo. Potem zamienił kilka słów z policjantami pilnującymi posesji, zwrócił im klucze do oficyny i dołączył do czekającego koło opla Tadeusza.

Wieczór zastał obu mężczyzn w niewielkim pokoju na drugim piętrze komendy wojewódzkiej. Fizyk siedział przy biurku, czytając wszystkie notatki i oglądając zdjęcia. Komisarz ze znudzoną miną przeglądał na komputerze fragment po fragmencie film z wizji lokalnej.

Tadeusz czasem zadawał koledze pytania o szczegóły. Powoli wyłaniał mu się obraz historii. Samotny mężczyzna, rozwiedziony kilkanaście lat wcześniej, nie utrzymujący żadnych kontaktów z pełnoletnim synem, dom odziedziczył po zmarłych rodzicach. Wykształcenie średnie, bezrobotny dorabiający okazyjnie i nie zawsze legalnie. Nie sprawiał problemów sąsiadom, uchodził za dziwaka i samotnika. Brak problemów alkoholowych, w domu znaleziono niewielkie ilości marihuany i grzybków halucynogennych. Głęboka fascynacja okultyzmem, śmiercią, życiem pozagrobowym i demonami.

Fizyk westchnął, na chwilę odrywając się od lektury. Taka mieszanka rzeczywiście mogła skrzywić umysł.

— Herbaty? — usłyszał pytanie przyjaciela.

— Kawy? — odpowiedział pytaniem.

Piotr skinął głową i wyszedł z pokoju. Za oknem powiał gwałtowny wiatr, uderzając w szybę strugą deszczu. Tadeusz przesiadł się do komputera i puścił plik filmowy. Spokojny głos policjanta komentował wszystko, co rejestrowała kamera. Na dole ekranu migały cyferki zegara. Czasem w tle dało się słyszeć uwagi innych uczestników wizji.

„Kurwa, ale rozpierdol…”

„Kto go tak urządził?…”

„Panuj nad językiem, to się nagrywa…”

„Co to był za świr?”

Na zbliżeniach widać było zmasakrowane części ciała. Korpus leżał skręcony, z żebrami wystającymi z wielkiej, poszarpanej dziury. Wokół walały się trzewia. Przyduszony głos relacjonował każde znalezisko. Wizja kończyła się krótkim „Idę się wyrzygać”.

Wrócił Piotr, niosąc dwa kubki. Tadeusz otworzył śmietankę i wlał do kawy. Spojrzał na kolegę.

— Coś wspominałeś o tropach…

— W zasadzie o jednym. Ten włos. Rano mają być wyniki. Technik coś plątał się w zeznaniach, robili aż cztery testy porównawcze, ciekawe dlaczego.

— Zobaczymy jutro. Czyli poza tym włosem, nie macie żadnych, ale to żadnych śladów? Nikt z sąsiadów nic nie widział, nie słyszał?

— Tadek, pytaliśmy ludzi w okolicy. I albo nikt nic nie wie, albo nie chce wiedzieć. Problem w tym, że nie mamy z czym połączyć tej śmierci. Nie działa u nas żadna grupa satanistów, nikt nie morduje kotów na cmentarzach, ostatnio też nie słyszeliśmy o żadnych rytualnych mordach nieletnich dziewic.

— Poczekajmy do jutra na te wyniki. Rano muszę być na uczelni, mam zajęcia ze studentami przez cały dzień. Zadzwonię jak będę wolny. Odbierzesz mnie z Fordonu? Dobrze byłoby przeszukać jego książki. Może ma jakieś notatki, alboco. Wiesz… potężni magowie przyzywający demony zwykle prowadzą dzienniki.

— Jasne. I mieszkają w wysokich wieżach albo na jedenastym piętrze wieżowca — Piotr zrobił głupią minę. — Ale pomysł z książkami nie jest głupi. Tylko że ekipa dochodzeniowa z miejskiej przejrzała już wszystko i nie znaleźli żadnych notatek, listów, nic. Informatyk sprawdził komputer denata, ale koleś regularnie kasował wszystkie maile ze skrzynki.

— Ja popytam w paru sklepach ezoterycznych, może któryś ze sprzedawców go znał.

— To wiesz co? Może ja to zrobię, to w końcu ja tu jestem gliną — Piotr odstawił herbatę na biurko. — Zapisz mi tylko adresy, to jutro obskoczę miasto.

Tadeusz skinął głową. Wziął czystą kartkę z drukarki i spisał cztery nazwy sklepów i księgarń, które przyszły mu na myśl.

— Zajrzyj też do antykwariatów. Nigdy nic nie wiadomo — podał kartkę koledze. — Ja spadam do domu, muszę się wyspać.

Czwartek był dniem dwóch wykładów i ćwiczeń. Tadeusz od dziewiątej rano opowiadał studentom najpierw o podstawach fizyki kwantowej, później z trzecim rokiem omawiał badania pozasłonecznych układów planetarnych. Po krótkiej przerwie spotkał się z następną grupą na ćwiczeniach z optyki. Wreszcie, o wpół do czwartej wyszedł przed wydział, zapinając kurtkę i zakładając kaptur. Jesienny deszcz lał od rana.

Piotr podjechał kwadrans później. Gdy fizyk wsiadł do samochodu, usłyszał:

— Mam coś. Pan Dobrcz, czyli nasz denat, znany był przynajmniej trzem sprzedawcom we wskazanych przez ciebie sklepach — policjant uruchomił silnik i powoli wyjechał z pustego parkingu. — A w zeszłym miesiącu, w antykwariacie na Śniadeckich kupił starą książkę. I tutaj kolejna zagwozdka. Sprzedawca nie pamiętał, kto przyniósł mu ten starodruk do sklepu.

— Starodruk?

— Dziadek twierdzi, że książka mogła być wydana nawet w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Nie wiedział o niej, aż do chwili, gdy Dobrcz podał mu ją przy kasie.

— Wiesz, książka o niczym nie świadczy. Poza tym, są antykwariusze i antykwariusze. Jeden zna na pamięć każdą pierdółkę w swoim sklepie, drugi ma burdel taki, że sprzeda własny płaszcz, nie wiedząc o tym.

— Jasne — przytaknął Piotr włączając się w ruch na Fordońskiej. — Tyle że podobno ta książka pełna była obrazków z diabłami i była po francusku. To sprzedawca zapamiętał. Pojedziemy więc jeszcze raz na Glinki i poszukamy jej. Nawet jeśli nie ma nic wspólnego ze sprawą, o ile wiem, dziewiętnastowieczne druki podpadają pod ustawę o ochronie zabytków. Taka książka nie bierze się znikąd.

Zapikał służbowy telefon Piotra.

— Tadek, zobacz od kogo to. Od rana czekam na wyniki z laboratorium.

— Jeszcze ich nie dostałeś? — fizyk chwycił komórkę i otworzył wiadomość. — „Czekam w firmie. Pilne. Lech”.

— O kuźwa — komisarz gwałtownie zmienił pas w prawo. — To od technika. Skoczymy Kamienną. Wyjmij koguta ze skrytki i na dach go.

Tadeusz spełnił polecenie. Otworzył szybę i umieścił migające światło na dachu opla. Piotr włączył sygnał i przyspieszył. Kierowcy zjeżdżali na bok, posłusznie robiąc miejsce dla uprzywilejowanego samochodu.

Kilka minut później zatrzymali się na podjeździe przed komendą. Prawie biegiem wpadli do budynku, machając dyżurnemu w okienku identyfikatorami. Technik czekał w holu na parterze. Mężczyźni podali sobie dłonie.

— Chodźcie do pracowni, tego nie da się wyjaśnić w dwóch słowach — grzecznie uczesany okularnik w białym fartuchu wskazał jeden z korytarzy. Wyglądał na wstrząśniętego. — I obawiam się, że będziemy musieli zawiadomić Warszawę.

— Czemu? — spytał, idący przodem Piotr.

— Najkrócej. Wiecie co to DNA. Ma je każde żyjące zwierze, w tym i ludzie. W każdej komórce ciała. Włosy, paznokcie, krew. Używamy go do identyfikacji zwłok, ustalania ojcostwa i tak dalej — technik szedł za Tadeuszem, gestykulując. Doszli do zakrętu i zeszli schodami do piwnicy. — Testy tego włosa powtarzaliśmy cztery razy, bo wyniki były absurdalne za każdym razem. Pobieraliśmy próbki z całej długości, ale w żadnej z nich po prostu nie było DNA!

— Jak to nie było? — fizyk spojrzał przez ramię. — To jak powstał ten włos?

— Właśnie o to chodzi, że zgodnie z wiedzą współczesnej medycyny nie miał prawa powstać. Owszem, składa się z białek, dokładnie takich samych, jak każdy normalny włos, ale nie ma w nim ani cząsteczki materiału genetycznego.

Zatrzymali się przez aluminiowymi drzwiami z zamkiem elektronicznym. Technik przejechał kartą przez czytnik i na panelu zaświeciła zielona dioda. Weszli do pomieszczenia, zastawionego stołami pełnymi mikroskopów, komputerów, mieszadeł, stojaków na probówki i książek z zakresu medycyny sądowej.

— Nie ma ani DNA, ani RNA, żadnego kodu genetycznego. Ani jednego pieprzonego nukleotydu. Nie wiem, jak to wytłumaczyć — technik wziął z drukarki plik wydruków. — Tu macie wyniki. Powtórzyliśmy wszystko pięć razy. Maszyny są sprawne. Diagnostyka i testy standardowe wypadają w porządku. Moje włosy mają oba kwasy, Staszka i Beaty też. Nawet muchę zgarnęliśmy na wszelki wypadek, ale ona tez miała swoje DNA. A ten włos…

— Inwazja obcych? — Tadeusz spojrzał na technika uśmiechając się lekko.

— A żeby pan wiedział, panie Tadku. Takie wyjaśnienie ma swoją logikę. Albo to ewenement na skalę ziemską, albo… pozaziemską.

Piotr podszedł do wiszącego na ścianie telefonu. Podniósł słuchawkę i wystukał numer.

— Grażyna? Słuchaj, czy komendant jest jeszcze u siebie? Ja w sprawie Dobrcza. Pilne bardzo.

Odczekał chwilę, słuchając odpowiedzi sekretarki i zwrócił się do pozostałych mężczyzn:

— Idziemy na górę.

Komendant Mariusz Bonkiewicz lata młodości miał już za sobą. Tylko dlatego pozostał tak długo w policji, że w latach dziewięćdziesiątych przeszedł pomyślnie weryfikację funkcjonariuszy MO. Był jednym z tych nielicznych oficerów, których wiedzę i doświadczenie oceniono wyżej, niż oddanie dawnemu systemowi politycznemu. I choć ciągle jeszcze zdarzało mu się słyszeć od młodszych karierowiczów uwagi na temat starych zomowców, wzruszał ramionami, mówiąc zwykle, że na dwa lata przed emeryturą nie warto psuć sobie opinii sprawą dyscyplinarną za pobicie jakiegoś szczeniaka, który w osiemdziesiątym pierwszym bawił się plastikowym czołgiem w przedszkolu.

Bonkiewicz szerokim gestem zaprosił cała trójkę do swojego gabinetu, zaproponował kawę i usiadł za biurkiem.

— Co tam macie, komisarzu Kownacki?

— Jaja na skalę kosmiczną, panie komendancie — Piotr wręczył szefowi plik z wynikami laboratoryjnymi.

— Co wy mi tu… — stary policjant kartka po kartce przejrzał raport. Spojrzał na technika. — Leszek? Po ludzku proszę?

— Albo wszystkie maszyny się popsuły, albo czterech specjalistów popełniło gdzieś błąd, albo wyniki są prawdziwe i mamy coś, o czym świat nie słyszał, panie komendancie — technik nerwowo przeczesał palcami grzywkę.

— Czyli?

— Eksperyment genetyczny Rosjan? Amerykanów? Japończyków? Ślady po kosmicie? Taki włos nie ma prawa istnieć.

— A jednak istnieje — Bonkiewicz odłożył papiery na biurko. — Co poza tym w sprawie?

Odezwał się Piotr.

— Sprawdzamy kontakty i znajomości denata. Bywał w sklepach z newagowymi pierdołami i w antykwariatach. Ostatnio kupił jakąś starą książkę. Chcemy z Tadeuszem sprawdzić czy nie ma jej w domu. To może wyjaśnić morderstwo.

— Jak?

— To tylko robocza teoria, szefie, ale może ktoś dokonał napadu rabunkowego, zabrał starodruk i pochlastał ofiarę, żeby zatrzeć ślady?

— Ale tam nie było żadnych śladów, prawda? — komendant spojrzał z ukosa na komisarza. Przynajmniej nic takiego nie znaleźliście.

— No nie było, to fakt. Ale ma pan lepsze wytłumaczenie?

— Nie. I dlatego przykro mi bardzo, ale muszę powiadomić Warszawę. Zwłaszcza, jeśli te wyniki — Bonkiewicz machnął ręką w stronę analiz laboratoryjnych — są takie sensacyjne.

— Szefie, musimy?

— Piotr, ja rozumiem. Sam mówiłem, że nasze sprawy załatwiamy naszymi siłami, ale w tym wypadku chyba sam przyznasz, że to nas nieco przerasta? Im szybciej znajdziemy jakieś rzetelne tropy, tym lepiej. A w tym może pomóc nam centrala — komendant chwycił słuchawkę.

— Ale może poczekajmy do poniedziałku? Jutro zaczyna się weekend, przynajmniej sprawdzimy z Tadkiem tę książkę…

Bonkiewicz zawahał się chwilę. Odłożył słuchawkę.

— Do poniedziałku. Niezależnie co znajdziecie, o dwunastej dzwonię do Warszawy.

Deszcz padał nieustannie, zalewając miasto strugami wody. Samochody, jeden za drugim, wlokły się przez zatłoczone ulice. Poprzez mokrą szybę Tadeusz spoglądał zamyślony na rozmyte czerwone światła srebrnego forda przed nimi. Jechali przez most Bernardyński, kierując się w stronę Glinek. Minęli rondo i Piotr dodał gazu.

— Masz jakieś pomysły, co to może być? — zapytał Tadeusz, przerywając ciszę.

— Nie. Zupełnie — policjant skręcił w boczną ulicę. — Wiesz, ja jestem od łapania bandytów, nie znam się na biologii. O testach DNA wiem tyle, że pomagają znaleźć drania, ewentualnie ojca niechcianego dziecka.

— Widzisz, z tym włosem to tak jakby… ja wiem? Mieć mleko bez krowy, jajko bez kury, kaca bez alkoholu… No po prostu nie da się! Przynajmniej ja nie słyszałem o tym, by ktokolwiek na ziemi był w stanie stworzyć tak złożoną tkankę w sztuczny sposób.

— Klonowanie?

— Nie, to zupełnie inna bajka. Inna sprawa, że teoretycznie mógłbyś pozbawić komórkę kodu genetycznego, ale to jedną, dwie czy sto. A w tym włosie są miliony komórek. Może to efekt jakiegoś promieniowania? Nie mam pojęcia.

— Ja tym bardziej. Jesteśmy na miejscu — Piotr zatrzymał samochód przed znajomą bramą. Mężczyźni wysiedli i przebiegli w deszczu parę metrów, dzielących ich od drzwi parterowego domku. Komisarz zapukał w szybę stojącego obok poloneza, która uchyliła się. Siedzący w środku policjant podał Piotrowi klucze. Tadeusz usłyszał pytanie:

— Może skoczę do sklepu po coś do żarcia, panie komisarzu? Zmiana przyjedzie dopiero o ósmej, a my tu bez obiadu siedzimy.

— Dobra — Piotr skinął głową i wrócił do Tadeusza. Razem weszli do zagraconego domu. Widać, że właściciel nie przejmował się zbytnio bałaganem. Pod ścianami przedpokoju walały się buty, w kuchni koło zlewu wciąż leżała sterta brudnych naczyń. Wszystko wyglądało, jakby gospodarz wybiegł rano w pośpiechu do pracy i jeszcze nie wrócił.

— Staraj się nie przestawiać niepotrzebnie mebli i nie przesuwać przedmiotów — komisarz pouczył Tadeusza i podał mu parę rękawiczek. — Wiesz, nigdy nie wiadomo, co ludzie z Warszawy będą chcieli tutaj robić, lepiej nie mieszać za bardzo.

— Jasne — odpowiedział fizyk, rozglądając się. — I tak interesuje nas tylko książka.

Powoli i metodycznie przeszukali cały domek, szukając starego woluminu. I chociaż znaleźli kilka pozycji wyglądających na dość stare, wszystkie wydrukowano w dwudziestym wieku i żadna nie miała ilustracji choć odrobinę przypominających wspomniane przez antykwariusza.

— Muszę powiedzieć, że koleś ma kilka ciekawych tytułów — Tadeusz jeszcze raz rzucił okiem na regał w jedynym pokoju. — I chyba rzeczywiście znał francuski, o patrz: cała seria po ichniemu.

— I angielski — Piotr podniósł niewielką książkę z wielkim nazwiskiem autora. Wytłoczone w czarnej skórze złote litery „Angelology through the Ages” były prawie całkiem wytarte.

— Teraz do oficyny?

Policjant skinął głową.

Tadeusz wrócił do domu dobrze po zmroku, z ulgą wieszając mokrą kurtkę w przedpokoju. Nie znaleźli nic. Żadnej książki choć w połowie przypominającej tę z opisu antykwariusza. Być może Dobrcz pożyczył ją komuś albo trzymał w jakimś dziwacznym miejscu, na przykład pod cegłą, za beczką na podwórzu. Albo rzeczywiście zabrał ją sprawca morderstwa. Tak czy siak, książka okazała się być ślepym tropem.

Nastawił wodę i wyciągnął z lodówki talerz z pozostałymi ze śniadania kanapkami. Przebrał się i wrócił do kuchni, by dolać do porannej herbaty trochę ciepłej wody. Z tą niewielką kolacją siadł do komputera. W skrzynce mailowej nie było nic ciekawego. Na stronach, które zwykle odwiedzał, także nie znalazł specjalnych sensacji. Wiadomości z kraju i ze świata przeleciał jedynie wzrokiem.

Zamknął przeglądarkę i spojrzał w twarz Barbary. Dziewczyna uśmiechała się do niego ze zdjęcia na tapecie monitora. Kliknął kilka razy i słoneczna fotografia zniknęła. Na czarnym ekranie pozostały jedynie równo poukładane ikonki. Tadeusz zaczął kolejną kanapkę. Spojrzał przez okno na zasnute deszczem miasto. Prawdopodobnie gdzieś tam w dole, w którymś z klubów Baśka zaczynała weekend w towarzystwie nowego faceta, właściciela wypasionego BMW.

Włączył cicho muzykę. Oparł się na krześle i wolno przeżuwał kanapkę. Wrócił myślami do rzeczywistości. Następnego dnia musiał wstać wcześnie. Przez cały weekend miał zajęcia ze studentami zaocznymi, sprawa Dobrcza musiała poczekać do poniedziałku. Skończył kolację, przejrzał notatki na wykłady i zaczął szykować się do snu.

Weekend minął niezauważenie. Cały czas lało. Dopiero w niedziele pod wieczór na chwilę wyjrzało słońce, oświetlając miasto czerwonym światłem. Powiał delikatny, chłodny wiatr z zachodu.

Tadeusz umówił się telefonicznie z Piotrem na następny dzień. Komisarz próbował znaleźć jakąkolwiek wskazówkę, jakikolwiek nowy trop w sprawie, ale bezskutecznie. Ponowne wizyty u sąsiadów zabitego oraz w ezoterycznych sklepikach nie przyniosły żadnych efektów.

— Poddaję się, Tadek. Niech jutro stary dzwoni do Warszawy, może centrala coś wykombinuje — głos policjanta zdradzał zmęczenie i irytację. Nikt nie lubi przegrywać, a Piotr nie lubił w szczególności.

— Czyli co? Koniec naszego udziału? Dużo sobie nie popracowałem…

— To zależy kogo nam przyślą. Czasem centralni lubią współdziałać, często po prostu nadzorując i wspomagając śledztwo. Ale czasem zgrywają ważniaków, co to sami sobie poradzą. Zobaczymy. Tak czy siak, bądź jutro w południe w komendzie. Możesz?

— Jasne. Nie mam żadnych zajęć w poniedziałek. Tylko po południu jadę do znajomego odebrać maszynę.

Komisarz pożegnał się i rozłączył. Tadeusz przeszedł do kuchni i zajrzał do lodówki. Westchnął cicho. Półki znowu świeciły pustkami. Głód był jednak większy od lenistwa. Chwycił kurtkę i wyszedł z domu kupić cokolwiek do jedzenia.

Na murku przed blokiem siedział w dostojnej pozie olbrzymi czarny kocur. Niewiele sobie robił z zimnego wiatru, rozglądając się spokojnie po okolicy. Ogon podwinął pod siebie, koniec kładąc na przednich łapach. Kiedy tylko Tadeusz pojawił się w drzwiach, kot wbił w niego wzrok. Zielone ślepia patrzyły w skupieniu na przechodzącego mężczyznę. Fizyk, idąc w stronę osiedlowego sklepu, obojętnie minął zwierzaka. Kot ziewnął, wyprostował się i spokojnym krokiem podreptał pod blok. Potem przecisnął się przez uchylone okienko piwniczne i zniknął w ciemności.

Żółty ser, keczup i paczka parówek kosztowały razem kilkanaście złotych. Tadeusz odebrał resztę przy kasie, powkładał zakupy do kieszeni i wyszedł ze sklepu. Droga pod blok zajęła mu dwie minuty. Przy windzie czekał kot.

Mężczyzna poczekał aż drzwi się otworzą i wszedł do kabiny. Czarny cień wsunął się tuż za nim.

— Co jest sierściuchu? Na które jedziesz?

Kot zignorował pytanie, wbijając wzrok w zamykające się drzwi. Fizyk nacisnął ostatni przycisk i winda ruszyła.

Mieszkanie Tadeusza znajdowało się na dziesiątym piętrze wieżowca, na samym końcu korytarza. Nieduża kawalerka w sam raz dla samotnego mężczyzny. W pogodny dzień z balkonu można było zobaczyć niemal całe miasto, aż po lotnisko na południu i Wisłę na wschodzie.

Kot ruszył tuż przy ścianie, metr za Tadeuszem. Zatrzymał się przy dużej doniczce z fikusem, czekając aż mężczyzna otworzy drzwi do mieszkania. Potem skoczył, chcąc wcisnąć się do mieszkania. Tu jednak spotkała go niespodzianka.

— Gdzie? — Tadeusz niemal krzyknął, gwałtownie przymykając drzwi tuż przed nosem zwierzęcia. Kocur zatrzymał się. Cofnął dwa kroki i uniósł głowę. Zielone oczy spojrzały z wyrzutem.

— Spadaj bydlaku — mężczyzna delikatnie, acz stanowczo odsunął kota nogą. Ten odskoczył i prychnął z oburzeniem. Patrzył, jak Tadeusz wchodzi do mieszkania. Potem spokojnie wszedł na wycieraczkę i niespiesznie, przednią łapą zaczął drapać ciemnoszare drzwi.

Parówki z serem cicho skwierczały w opiekaczu. Na talerzu czekały już kromki chleba z masłem. Tadeusz zaparzył herbatę i zastygł na moment z czajnikiem w ręku. Wyraźnie słyszał skrobanie. Przeszedł do przedpokoju i otworzył drzwi.

— Spier… — zaczął, ale kocur błyskawicznie przemknął między jego nogami znikając w kuchni. — Won, bo wyleję na ciebie ten wrzątek!

Mężczyzna z czajnikiem w dłoni ruszył za kotem. Spodziewał się wszystkiego. Oczekiwał, że kot rzuci się do ucieczki, nastroszy się, prychnie lub zrobi coś podobnego. Tymczasem czarne bydle rozłożyło się na środku podłogi i wyciągnęło rozkosznie. Zielone ślepia patrzyły na Tadeusza niewinnie.

— Wymiękam… — fizyk odstawił czajnik na miejsce i rzucił okiem na parówki. Wyłączył opiekacz. — Coś ci się poprzestawiało. To nie jest twój dom, zbóju.

Kot przewrócił się na drugi bok i spokojnie zaczął lizać tylnią łapę. Tadeusz poddał się. W końcu nic strasznego się nie stało. Zwierze przyszło, to i pójdzie. Wyjął parówki i przełożył na talerz. Wziął kolację i ruszył do pokoju. Kot po chwili dołączył do niego. Usiadł grzecznie na dywanie, rozglądając się leniwie. Potem powoli podszedł do Tadeusza i położył się na jego stopach.

Siedzieli we dwójkę, oglądając film na ekranie komputera. Za oknem było już zupełnie ciemno, wiatr przybrał na sile, gwiżdżąc pomiędzy prętami na balkonie. Tadeusz kończył piwo, głaszcząc kota za uszami.

— Ale żeby nie było, zbóju — odstawił pustą szklankę na stolik. — Śpisz na fotelu.

II

Zegar na ścianie gabinetu wskazywał siedem minut po dwunastej. Przy ciemnym, lśniącym, konferencyjnym biurku siedziało czterech mężczyzn. Komendant Bonkiewicz zaplótł dłonie nad plikiem leżących przed nim dokumentów.

— Panowie, zgodnie z umową, dzwoniłem do Warszawy. Do końca tygodnia przyślą nam człowieka, który rozpozna sprawę i skonsultuje się ze swoim szefostwem. Co będzie potem, zobaczymy. Panie Siekierski, tymczasowo zachowuje pan wszystkie uprawnienia. Ja osobiście ufam Piotrowi, wiem że dobiera sobie właściwych ludzi, ale jak powiedziałem, centrala o wszystkim zadecyduje. Proszę więc pozostać w kontakcie.

Tadeusz skinął głową. Komendant spojrzał na Piotra.

— Zbierzesz wszystkie papiery, uporządkujesz je, żeby były gotowe. Jakby co, skontaktuj się z Komendą Miejską, jeśli czegoś brakuje. Leszek — Bonkiewicz zwrócił się do technika laboratoryjnego. — To samo. Sprawdź, czy wszystko gra z próbkami, zwłaszcza jeśli chodzi o ten dziwny włos. Niech Warszawa nie ma powodów do kręcenia nosem, jak tu przyjedzie. Jeśli nagle coś wam jeszcze wpadnie, natychmiast dzwońcie do mnie. Nawet o północy. Jakieś pytania? Nie? To jesteście wolni. Przepraszam, ale wołają mnie obowiązki.

Trójka mężczyzn wstała od stołu. Pożegnali się z komendantem i wyszli z gabinetu.

— Jedziesz gdzieś? — zapytał Piotr, gdy byli już na korytarzu. — Znam niezłą knajpkę niedaleko, w sam raz na obiad.

— Muszę skoczyć do znajomego po motor. Miał mi zrobić przegląd na dziś. A potem nie mam planów.

— To co? Coś zjemy, a potem cię podrzucę.

— Jasne.

Nieduża restauracja po drugiej stronie ulicy o tej porze była jeszcze pusta. Mężczyźni zamówili dwa zestawy obiadowe i usiedli pod oknem. Tadeusz obserwował kolegę. Komisarz niespokojnie bawił się serwetką, to spoglądając w okno, to na swoje dłonie.

— Co jest? — zapytał wreszcie fizyk.

— Nie lubię takich sytuacji. Czuje się przegrany. Czuję, że coś zrobiłem niewłaściwie. Czaisz? Że zaniedbałem swoje obowiązki. Gdzieś coś przeoczyłem.

— Daj spokój. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie zawsze wszystko się udaje.

— Tak, wiem — policjant podziękował skinieniem głowy kelnerce, która przyniosła dwie szklanki wody mineralnej. — Ale nie ma cudów, każda zbrodnia ma sprawcę. Może nie być jasnego motywu, może nie być świadków. Czasem nie ma dowodu. Czasem po prostu wiesz, że dany drań zabił, albo ukradł. Po prostu wiesz, bo wszystkie poszlaki na to wskazują. Nie możesz mu tego udowodnić, ale wiesz.

Piotr zaakcentował ostatnie słowo i przerwał na chwile, by napić się wody.

— Masz kogoś. Trzymasz go za jaja, mimo że nie możesz ich urwać, ale z czystym sumieniem przekazujesz sprawę prokuraturze. A tutaj nie mamy nawet jednego podejrzanego! Nikogo! Już chłopaki z komendy dzielnicowej wykluczyli sąsiadów, bo wszyscy mieli jasne alibi. Sklepikarzy też sprawdziłem…

— Nie próżnowałeś — wszedł mu w słowo Tadeusz.

— Taka robota gliny. I wkurw mnie bierze, że nie znalazłem nikogo. Facet nie miał rodziny, o znajomych niewiele wiadomo. Być może trzeba sięgnąć głębiej, może ktoś z dawnych znajomych, z pracy, albo z kręgu tych świrów, co wierzą w magię…

Kelnerka przyniosła dwa talerze z apetycznie wyglądającym spaghetti. Przerwali rozmowę, zajmując się posiłkiem. Dopiero po dłuższej chwili Tadeusz spojrzał na kumpla.

— Czy przejęcie sprawy przez Warszawę oznacza, że ty ją kończysz?

— To jest tak, jak stary mówił — Piotr wciągnął nitkę makaronu i oblizał usta. — Czasem przejmują śledztwo i możesz tylko dowiedzieć się o wynikach. A czasem uczciwie współpracują.

— To się nie stresuj. Przecież może się zdarzyć to drugie. Poczekajmy aż przyjadą.

— Ja to wszystko wiem, Tadek. Ale i tak gdzieś w środku moja policyjna duma śmieje się ze mnie.

— Jesteś przeambicjonowany, Piter. Zawsze taki byłeś. Wyluzuj, bo na starość skończysz na oddziale dla zawałowców.

— Wiem, już Bonkiewicz mi mówił, że jak tak dalej pójdzie, to kiedyś jakiś bandzior wpakuje mi kulkę. Ale nie mogę, kumasz? Kurwica mnie bierze na są myśl o tym, że ktoś łamie prawo i myśli, że może robić to bezkarnie!

— Kończ jeść, bo ci wystygnie — Tadeusz pokręcił głową z uśmiechem. Doskonale rozumiał motywy kolegi. Piotr był ze wszech miar uczciwym człowiekiem. Fizyk czasem porównywał go do bohaterów średniowiecznych legend, prawych i odważnych rycerzy, z poświęceniem walczących w imię słusznej sprawy. I podziwiał go za upór i wierność zasadom.

— Wiesz? — zmienił temat. — Wczoraj przypętał się do mojego mieszkania czarny kot.

Biegający po podwórzu wilczur rozszczekał się na widok podjeżdżającego samochodu. Zza rogu starej leśniczówki wyłonił się siwiejący mężczyzna w brudnej, poplamionej smarem kurtce. Wycierał dłonie w czarną szmatę. Na widok wysiadającego Tadeusza uśmiechnął się szeroko.

— Witaj, Tadziu. Przepraszam, że cię nie uścisnę, ale widzisz — uniósł upaprane dłonie. — Motocykl gotowy. Wszystko sprawdziłem. Miałeś rozregulowane zawory i przepaloną jedną świecę. Musisz bardziej dbać o maszynę, chłopie.

— Dzięki wielkie, zapamiętam. Poznajcie się — fizyk wskazał na policjanta. — Piotr, Roman. Roman, Piotr.

— Witam kolegę mundurowego — siwy mężczyzna uniósł dłoń w geście pozdrowienia.

— Skąd pan wie, że jestem w służbach? — zdziwił się komisarz.

— Ma pan za szybą przepustkę policyjną — Roman wskazał na samochód.

Tymczasem Tadeusz tarmosił wilczura, namiętnie obwąchującego jego nogi.

— Co, kota czujesz, co? — fizyk zmierzwił sierść na karku psa i delikatnie odsunął go od siebie. Zwrócił się do leśniczego. — Dziękuję za naprawę. Ile jestem ci winien?

— Daj spokój, Tadek. Tyle co kupiłem nową świecę, reszta to zabawa. Wiesz, że lubię grzebać w silnikach.

— To przynajmniej flaszkę ci postawię kiedyś.

— Wódka może być — leśniczy skinął głową. — Spieszycie się gdzieś? Zapraszam na kawę.

Usiedli przy stole w salonie. Roman krzątał się w kuchni. Tadeusz z przyjemnością rozglądał się po znajomym pokoju. Stara szafa z przeszklonymi drzwiami kryła grube książki oraz mnóstwo bibelotów. Obok stał okazały kredens, pełen najróżniejszych butelek z alkoholami. Na ścianach wisiały dziesiątki myśliwskich trofeów, głównie poroża jeleni i saren. Uwagę przykuwała spreparowana, szklanooka głowa wielkiego rogacza. Zwierzę zdawało się wpatrywać w obu mężczyzn.

Leśniczy przyniósł tackę z trzema kubkami i dzbanuszkiem mleka. Usiadł na fotelu.

— Co tam Tadek u ciebie? Opowiadaj, tak rzadko odwiedzasz znajomego.

— A wiesz, jak to jest. Praca na uczelni, praca w policji…

— W policji? — roześmiał się Roman, nalewając mleko do swojej kawy.

— Poprosiłem go o pomoc w jednej sprawie — odezwał się Piotr. — Czasem korzystamy z pomocy specjalistów. Taniej wychodzi, niż trzymać etaty w komendzie.

— No tak, zlecenia. Nasza dyrekcja też wiele rzeczy zleca prywatnym firmom, takie czasy.

Siedzieli przez kilka chwil, rozmawiając o mało istotnych sprawach. Leśniczy zapalił papierosa, częstując też gości. Piotr odmówił, ale Tadeusz wziął jednego z paczki.

— Podobno niedawno na Glinkach zabili jakiegoś faceta — Roman rozparł się wygodnie w fotelu. — Złapali już kogoś?

— Pracujemy nad tym — Piotr wbił wzrok w biały kubek. — Na razie niewiele wiadomo.

— Kiedyś, jak jeszcze pracowałem pod Tucholą, znaleźli w lesie martwą dziewczynę. To było w środku sezonu turystycznego. Pomagałem wtedy jeszcze milicji w śledztwie, bo to było w moim leśnictwie. Ale z tego co wiem, sprawę zamknięto, bo nikogo nie byli w stanie namierzyć.

— Czasem tak bywa, że prawda wychodzi po latach — policjant pokiwał głową. — Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

— No, teraz macie testy genetyczne i całe te laboratoria, jak na amerykańskich filmach…

— Czasem i to nie pomaga. Nawet badania DNA nic nie dają.

— No ja nie wnikam w tajemnice śledztwa — Roman uniósł dłoń. — Ale słyszałem, że policja od czasu do czasu korzysta z pomocy jasnowidzów.

— E tam, to bzdury moim zdaniem — żachnął się Piotr.

— A jednak czasem udaje się odnaleźć zaginionego — odezwał się milczący dotychczas Tadeusz. — Nie możesz odrzucać takich metod jako bzdurnych, Piotrek. Nawet ja, jako fizyk muszę przyznać, że są na świecie sprawy jeszcze nie zbadane. Co nie znaczy, że nie istnieją.

Policjant pokręcił głową z dezaprobatą. Upił łyk kawy.

— Jeśli znacie kogokolwiek, kto może pomóc w sprawie tego zabójstwa, skontaktujcie go ze mną. Zobaczymy, ile jest wart.

Roman z tajemniczym uśmiechem zgasił papierosa w kryształowej popielniczce.

— Znam takiego kogoś. Może pomóc. Tylko potrzebuje jakiegoś przedmiotu należącego do ofiary. Albo najlepiej sprawcy. Fragmentu ubrania, dokumentu, czegokolwiek.

— Włos? — Tadeusz spojrzał z ukosa na leśniczego.

— Jak najbardziej może być.

— Chyba nie mówicie poważnie? — komisarz dopił kawę.

— A co ci szkodzi spróbować, Piotrek? — fizyk zgasił swojego papierosa. — Sam mówiłeś, że wszystkie wątki się urwały.

— Rozumiem, że to pan osobiście prowadzi śledztwo? — zapytał leśniczy. — Jeszcze kawy? Może herbaty?

— Nie, dziękuję. Będę zaraz jechał — Piotr grzecznie odmówił. — Tak się składa, że to ja pracuję nad tym morderstwem.

— To dobrze. Proszę przyjechać do mnie z jakimkolwiek przedmiotem związanym z ofiarą albo ze sprawcą. Zobaczymy, co da się zrobić.

— Szef mnie zabije za takie metody — policjant wstał z wersalki.

— Szef nic nie musi wiedzieć — Roman mrugnął okiem i uśmiechnął się szelmowsko. — Załatwimy to szybko, nikt się nie dowie.

Piotr pożegnał się z Tadeuszem, który zdecydował się zostać. Leśniczy odprowadził gościa do drzwi i po chwili wrócił. Z kredensu wyjął ciemnobrązową butelkę i dwa małe kieliszki.

— Dobrze. A teraz opowiadaj mi, o co chodzi z tym trupem na Glinkach. Jak mam wam pomóc, muszę znać więcej szczegółów.

Siekierski poczekał, aż gospodarz napełni kieliszki nalewką. Potem spróbował aromatycznego trunku. Poczuł intensywny smak ziół i alkoholu.

— Podpisałem papiery o tajemnicy…

— Ale ja cię nie proszę o jakieś tajemnice, tylko o parę konkretów. Żadnych danych osobowych i tak dalej, to mnie nie interesuje — leśniczy uniósł swój kieliszek w geście toastu.

Tadeusz z westchnieniem krótko opisał całą historię. Roman wysłuchał jej do końca. I zadał pytanie, które zaskoczyło fizyka:

— Czy na miejscu masakry znaleziono jakiś charakterystyczny kamień?

— Kamień? O ile wiem, to nie…

— Żadnej biżuterii? Albo wisiora?

— Nie przypominam sobie — Tadeusz dokończył nalewkę. — Ale zapytam Piotra, może nie wspomniał mi o takim szczególe. A dlaczego to takie ważne?

— Bo to by rozwiązało kwestię sprawcy. W bardzo prosty sposób — Roman wziął swój kieliszek w trzy palce.

— Jaja sobie robisz, czy mówisz serio? — Siekierski zapytał z niedowierzaniem.

— Jestem jak najbardziej poważny. Sprawdźcie ten kamień. I przynieście go do mnie, jeśli znajdziecie. Razem z tym włosem.

— Nie wiem, czy Piotr się zgodzi, żeby ot tak wydać dowód osobie niezwiązanej ze sprawą.

Leśniczy jednym pewnym ruchem wlał w siebie zawartość kieliszka. Odetchnął głośno.

— Uch! Dobrze naciągnęła przez cały rok. Trzymałem ją od zeszłej jesieni. Nie ma to jak domowej roboty nalewka. Tadek, ja wiem, że jesteś fizykiem i nieraz kłóciliśmy się o pewne sprawy. Ja jednak wiem, co widziały moje oczy i żadna naukowa gadanina mnie nie przekona. Chcecie pomocy? Pomogę wam. I nie za jakąś kasę, jak to robią różni naciągacze. A o włos proszę nie z ciekawości, ale z konieczności. Bez niego niczego się nie dowiemy. Jeśli ten twój komisarz mi nie ufa, niech sam przywiezie ten włosek i przez cały czas nie spuszcza z niego oka. Tylko niech się szykuje na mocne wrażenia.

Tadeusz wzruszył ramionami.

— No dobra. Przekażę mu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Roman skinął głową i sięgnął po butelkę, ale Siekierski podziękował ruchem dłoni.

— Będę się zbierał, bo jak zostanę to mnie upijesz i do domu nie pojadę. Jeden i tak mi wystarczy. A jutro z rana mam zajęcia na uniwersytecie.

Mężczyźni wyszli z leśniczówki. Gospodarz zniknął za rogiem i po chwili wyprowadził zza niego lśniącego harleya. Motocykl błyszczał w promieniach jesiennego słońca.

— Jak nowy. Nalałem do pełna. Dbaj o niego.

Tadeusz z podziwem oglądał dzieło leśniczego. Roman nie tylko przejrzał silnik, ale wyczyścił ramę, zbiornik, koła i kierownicę razem z lusterkami. Maszyna rzeczywiście wyglądała, jakby dopiero co opuściła fabrykę. Fizyk z radością wsiadł na motocykl i zapalił. Silnik wydał z siebie znajomy, niski warkot.

— Wiszę ci flaszkę — uścisnęli sobie dłonie i Tadeusz ostrożnie wyjechał na leśną drogę.

Roman z uśmiechem patrzył, jak harley oddala się w stronę miasta. A potem pogłaskał po łbie siedzącego obok wilczura.

Po zimnym i deszczowym weekendzie nastała znów pogodna jesień. Październik miał się już ku końcowi, poranki były chłodne i zamglone. Mgły unosiły się późno, dopiero tuż przed południem ustępując miejsca słońcu.

Doktor Siekierski, ubrany w biały fartuch, oderwał wzrok od błękitnego nieba za oknem. Studenci już zajęli miejsca w pracowni i gotowi do ćwiczeń, skupili uwagę na wykładowcy. Ten przeszedł obok stołu z aparaturą i stanął koło tablicy. W grupie liczącej osiemnaście osób były zaledwie dwie kobiety. Nic dziwnego na kierunkach inżynieryjnych.

— W zeszłym tygodniu omówiliśmy na ćwiczeniach podstawy optyki, mieliście ten materiał też na wykładzie z profesorem. Dzisiaj zajmiemy się kolejnym zagadnieniem, bardzo praktycznym, mianowicie laserami. Wyjaśnię wam, czym w ogóle jest laser, jak jest zbudowany, jak działa i jakie mamy ich typy. A potem pobawimy się naszym laserowym działem.

— Będziemy coś rozwalać? — zapytał jeden ze studentów, kudłaty blondyn z szeroką szczęką. Grupa zarechotała radośnie.

— Oczywiście — Siekierski spokojnym ruchem poprawił okulary w czarnych oprawkach. — Spróbujemy rozwalić, jak to pan ujął, sąsiedni budynek inżynierii budowlanej. Mamy w instytucie miniaturę działa laserowego, jakie widział pan na pewno na Gwiezdnych Wojnach Lucasa.

Cisza, jaka zapadła po słowach Tadeusza i jego pełna politowania mina sprawiły, że chłopak zgarbił się nieco i uśmiechnął przepraszająco.

— A poważniej, zagadnienie budowy lasera zdolnego niszczyć cele, możemy omówić następnym razem — fizyk odwrócił się do tablicy. — Wraz z teoretycznymi obliczeniami. I chyba już mamy osobę zainteresowaną, która może na przyszły tydzień przygotować założenia konstrukcyjne takiego urządzenia, prawda panie Węgrowicz?

Kudłaty student pokiwał głową udając, że nie słyszy chichotu kolegów. Siekierski wziął do ręki czarny flamaster.

— Wróćmy teraz do tematu dzisiejszych zajęć…

W połowie ćwiczeń z kolejną grupą zadzwonił telefon Tadeusza. Ten spojrzał na wyświetlacz i przeprosił grupę, wychodząc na chwile na korytarz.

— Lepiej, żeby to było coś poważnego, Piter. Mam zajęcia akurat.

— To jest coś poważnego — głos policjanta zdradzał napięcie. — Przyjechała Warszawka. Narobili dymu jakby chodziło o bezpieczeństwo narodowe. Machnęli mi przed oczyma legitymacjami WOS i potraktowali jak jakiegoś dzielnicowego. Wyobraź sobie, że kazali mi zanieść wszystkie akta do ich samochodu! Służącego sobie patafiany znalazły.

— Co to jest WOS? — zapytał Tadeusz, gdy wzburzony kolega przerwał, by nabrać tchu.

— Wydział Operacji Specjalnych. Kolesie chyba za dużo naoglądali się Jamesa Bonda i im odbiło. A najlepszy numer, że przywieźli ze sobą księdza. Ten to chyba jest wielbicielem inkwizycji. Po co ten klecha, nie rozumiem.

— Czekaj, Piotrek. Zadzwonię do ciebie po zajęciach, studenci czekają — odparł Tadeusz i rozłączył się. Uśmiechnął się przepraszająco w stronę groźnie spoglądającego zza wpół uchylonych drzwi do sekretariatu dziekana.

Wreszcie nadszedł moment, gdy druga grupa opuściła pracownię. Siekierski starł tablicę i sprawdził, czy laser jest właściwie wyłączony. Potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Pozostały mu jeszcze tylko dwie godziny dyżuru i mógł jechać do domu.

Zszedł na pierwsze piętro, kupić coś do jedzenia w barze. Odczekał swoje w kolejce studentów, przywitał się z panią Gabrysią i poprosił o butelkę napoju i kanapkę. W drodze powrotnej na piętro dogonił go nieznajomy mężczyzna w ciemnym garniturze.

— Tadeusz Siekierski? — zapytał, zastępując mu drogę.

— Tak. W czym mogę panu pomóc?

— Nadkomisarz Mariusz Roszczak z Centralnego Biura Śledczego, Wydział Operacji Specjalnych — w ręku mężczyzny pojawiła się rozkładana legitymacja. — Czy znajdzie pan dla mnie chwilę?

— Oczywiście. Proszę ze mną do gabinetu, tam sobie usiądziemy i porozmawiamy.

Idąc po schodach Tadeusz w pełni przyznał rację Piotrowi. Koleś z biura wyglądał na pewnego siebie, nadętego bubka. I mimo że starał się być uprzejmy, po oczach widać było, że to wszystko jest tylko urzędową maską, mającą ukryć prawdziwe mniemanie o innych ludziach.

Gdy znaleźli się w pracowni, fizyk wskazał gościowi jedno z krzeseł. Sam usiadł przy biurku.

— Kilka dni temu został pan przyjęty do pracy jako biegły konsultant w śledztwie, prowadzonym przez Komendę Wojewódzką w Bydgoszczy — zaczął policjant.

— Zgadza się — przytaknął Tadeusz.

— Muszę pana