Opis

Według legend każde pokolenie w krainie zwanej Alasterią ma swojego alastora. Człowieka, który wychodzi przed szereg i ma przeznaczone by zmienić świat. Aran jest jednym z nich, chociaż nigdy się o to nie prosił. Nie chce być bohaterem, pragnie tylko wrócić do domu. Jest obcy, ale nie tylko dlatego, że jest alastorem. Jest Człowiekiem zza Słońca. Nie wie jednak jak trudna jest to droga, a wiele osób chce wykorzystać jego Dar. Na drodze alastora stają wielka polityka, istoty bez ciał i bezwzględni bogowie. Aran musi stawić im czoła oraz samemu sobie jeśli chce jeszcze zobaczyć dom. Dom, który widzi codziennie w nawiedzającym go śnie, który każe mu zniszczyć Słońce. To jego droga.

Michał Maciej Cieczko (ur. w 1990 w Toruniu) - wychował się w Brodnicy, ale swoje miejsce znajduje w Grodzie Kopernika. Student dziennikarstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Zagorzały fan całej prozy Tolkiena i fantasy od czasu gdy ojciec opowiadał mu o przygodach drużyny pierścienia do poduszki. Pisze od kiedy potrafi łączyć słowa w zdania na papierze. Alastors. Człowiek zza Słońca jest jego debiutem pisarskim. Uważa, że pisanie uczy pokory i samodyscypliny, a najważniejsze jest by zacząć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 418

lub

Copyright © Michał Cieczko 2015 Copyright © Wydawnictwo Witanet 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Koncepcja okładki: Michał Cieczko Wykonanie mapy: Piotr Błaszkowski

Skład tekstu oraz pro­jekt okład­ki: Ryszard Maksym Redakcja: Bożenna i Janusz Sigismundowie

ISBN: 978-83-64343-75-9

Wydawca:

Wydawnictwo WITANET

tel.: #48 601 35 66 [email protected]

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Później mówili, że człowiek ten przyszedł z zachodu, a nie wschodu, że był stary, a nie młody i że ktoś przeżył, by o tym opowiedzieć. Mówili również, że kasztel spłonął, a nie został zburzony, że był on wybawcą, a nie katem. Jeszcze ktoś inny mówił, że widział wszystko, a nie był niewidomy. Rozpowiadali również, że przyjęto go z otwartymi ramionami, a nie wygnano. Wielu mówiło, jeszcze więcej milczało, ktoś szeptał. Wszyscy widzieli, co się stało, ale każdy był ślepy. Wszyscy jednak kłamali, bo o tym człowieku wiadomo było tylko tyle, że zwał się Aran.

„Pieśń o Aranie” pióra Silka Jednouchego

Prolog

Zakrztusił się i zwymiotował raz jeszcze. Wyrzucił już chyba wszystko, co tylko mogło pozostać. Nie było nawet śliny. Zęby zdały mu się drewnianymi kołkami, a język przeschłą gąbką. Ciało stało się jeszcze cięższe, kolana zaczęły uginać się w przeciwne strony. Z trudem podniósł głowę, zaciskając dłonie na mokrej ziemi. Jego kompani stali pod dziurawym dachem i śmiali się do rozpuku, tak że mieli problemy z utrzymaniem równowagi. Nie pomagał im zresztą wypity alkohol. Ich powykrzywiane twarze nie miały już żadnych ludzkich rys, tylko alkohol i deszcz w ciemną noc...

Wymiociny od razu połączyły się z kałużą, w której klęczał. „To nie jest deszcz”, pomyślał, „to przeklęta klątwa Trójki!”. Kolejne fale zimnej wody uderzały o jego ciało, zwiększając swoją siłę. Nie czuł już na sobie ubrań, tylko deszcz wwiercający się w każdą część ciała. Skórzane buty, ostatni prezent od zmarłej matki, ważyły teraz co najmniej dziesięć razy tyle ile powinny. Znoszony uniform wojskowy przylgnął do ciała i stał się z nim jednym. Hełm, który w pośpiechu złapał, wybiegając z koszar, leżał obok. Spojrzał na niego i zebrał w sobie siły, by wstać. Podniósł jedną nogę i oparł się o ziemię, ale od razu zwalił się, tonąc w kałuży. Strażnicy ryknęli jeszcze większym śmiechem. Któryś z nich upuścił butelkę, która rozbiła się z głośnym brzękiem.

– Trzeba było tyle nie chlać, młody! – wybełkotał jeden z nich, opierając się o przegniłą belkę.

Podniósł się do poprzedniej pozycji, wziął głęboki oddech i zwymiotował powietrzem. Otrząsnął się i śmiech zamilkł. Kompani stali jak zaklęci, patrzyli w stronę lasu. On też spojrzał i mimo woli otworzył usta.

Z ciemności wyłoniła się wysoka sylwetka człowieka. Szedł w ich stronę. Miał na sobie płaszcz zakrywający twarz. Kroczył niepewnie, chwiejąc się – to zwalniając, to przyspieszając. Szedł, a za nim, niczym skrzydła, rozpościerały się wielkie płaty falującej ciemności. Mrok wibrował i odpychał deszcz, ciągle podążając za człowiekiem. Wymiotujący chłopak spojrzał w jego skrzydła i poczuł przenikliwe zimno wdzierające się do gałek ocznych. Coś kuło je boleśnie. Zerwał się z kolan i upadł na plecy, podpełznął na nich aż pod sam mur kasztelu. Woda z rynny uderzyła go w ramię, ale to nie było już ważne. Człowiek był coraz bliżej. Przeszedł obok strażników, podchodził do niego. Stanął nad nim i wyciągnął prawą dłoń, dłoń naznaczoną czarnymi, pulsującymi tatuażami. Wskazał go palcem, a skrzydła rozpostarły się, zakrywając wszystko, co widział. Deszcz ucichł, zastąpił go cichy trzepot straszliwych skrzydeł. Chłopak podniósł głowę i spojrzał na wędrowca przez uderzające w twarz krople deszczu.

– Uciekaj i nikomu nie opowiadaj o tym, co tu widziałeś – dźwięk jego głosu wibrował w powietrzu wdzierając się do czaszki tak, jakby chciał pozostawić po sobie trwały ślad.

Kaszlnął raz jeszcze, a syn pośpieszył, by otrzeć mu usta z nadmiaru śliny. Starzec zamknął na chwilę oczy i opowiadał dalej:

– Zerwałem się i uciekłem. Tak jak mi powiedział. Później dowiedziałem się, co stało się z resztą. Jeszcze później działo się tak wiele rzeczy, że nie mnie o tym opowiadać. Ale powiem ci jedno, synu… Nie musisz temu zawierzać… Spotkałem tego przedziwnego człowieka później i przedstawił mi swe imię ot tak, bez niczego, jak przyjacielowi… – starcowi nie starczyło oddechu, by dokończyć. Wziął więc kolejny i dodał: – Zwał się Aran.

Syn ścisnął ojcowską dłoń i wysłuchał reszty opowieści. Gdy wieczorna świeca dogasała, starzec skończył. Wtedy ucałował syna i podziękował mu za wysłuchanie. Nim zapiał poranny kur, umarł w swoim własnym łożu, dożywając późnej starości. Był szczęśliwy.

Księga pierwsza

Nie chcę się zbytnio rozpisywać o vinashach. Istoty te osobiście uważam bardziej za mit, niż prawdę. Jednak moja naukowa przyzwoitość zmusza mnie wręcz do napisania kilku słów na ich temat. Vinashach, a raczej vi–shanech, to istoty będące podobno materialnymi tworami samego Stworzyciela. Służyły jednak głównie pomniejszym bóstwom, niekiedy wplątując się nawet w spory polityczne. Przybierały one postać ludzi i odznaczały się niezwykłą urodą. Na przestrzeni wieków znaleźć można również podania o nadprzyrodzonych umiejętnościach, z których często korzystały. Chociaż po czasach Wielkiego Wygnania nie zanotowano już więcej zapisków na ich temat, to przesądy o vinashach istnieją po dziś dzień.

„Istoty magiczne i potwory naszych ojców”, wydanie drugie poszerzone, Gilbert Tresh

Pieśń I

Miałem sen

Płomień tlił się nieznacznie, gdy dorzucił kilka kolejnych drewien. Rosły mężczyzna rozsiadł się wygodnie, plecy oparł o pozostałości kamiennego muru, a nogi wyprostował na znalezionym kawałku lipy. Dłonie splótł na piersi i westchnął przeciągle. Znalazł się w pozycji, w której człowiek czuje niespotykaną wygodę, a każdy, nawet najmniejszy, ruch może zburzyć powstałą harmonię. Postanowił więc, że będzie w ten sposób siedział tak długo, jak tylko pozwoli mu na to sytuacja.

Noc była spokojna i ciepła. W powietrzu dało się już wyczuć podmuchy jesiennego wiatru i nadchodzącego chłodu. Nieopodal pohukiwała sowa. Nie tylko jednak ona dawała o sobie znać. Mężczyzna od pewnego czasu słyszał powolne kroki zmierzające w jego stronę. Ktoś wyraźnie zachodził go od tyłu, od strony zawalonego muru i pozostałości dziedzińca. Nie zareagował jednak, spojrzał raz jeszcze na tlące się kawałki drewna i spuścił głowę. Pozycja była zbyt wygodna, by ruszyć się z byle powodu.

Szelest stawał się coraz wyraźniejszy. W końcu nie dało się inaczej, trzeba było zareagować.

– Słabe te twoje podchody, Kantiaszu, naprawdę słabe – stwierdził spokojnie mężczyzna, nie podnosząc nawet głowy. Za jego plecami ktoś westchnął głośno i wszedł w światło ogniska.

– Ciebie nie da się tak łatwo przechytrzyć, Aranie – odparł z wyraźnym wyrzutem młody mężczyzna, który stanął naprzeciwko paleniska.

Aran uśmiechnął się lekko i spojrzał na przyjaciela. Wyglądał jak zawsze: młody, zadbany, o niezwykle zielonych oczach, z krótko obciętymi czarnymi włosami. Kantiasz również uśmiechnął się po przyjacielsku i wyciągnął rękę na powitanie. Stał tak przez chwilę, gdy zorientował się, że Aran ani myśli o jakimkolwiek ruchu.

– No tak – powiedział zakłopotany i oparł się o mur, krzyżując ręce przed sobą.

Siedzieli tak przez chwilę wpatrując się w ogień bez słowa. Chwila jednak przedłużała się i Aran wiedział, że jego spokój w następnych minutach zostanie zburzony.

– Wiesz po co tu jestem? – spytał Kantiasz.

– Wiem, niestety.

– Więc wiesz też, że kazali mi cię pojmać albo zabić, gdy nie będziesz współpracować.

– Przerabialiśmy to już nie raz. Czego chce tym razem? – spokój z jego głosu powoli zaczął znikać, jak kolejne gałęzie w ognisku.

– To, co chcesz zrobić, może wyrządzić więcej szkód niż pożytku – stwierdził Kantiasz.

– Przestań wreszcie gadać, jakbyś nie chciał zdradzić, kto zabił na końcu książki. Tak, do jasnej cholery! Chcę zgasić Słońce! Zniszczyć je, czy jak to nazwać! I tak, wiem, jest to cholernie niebezpieczne! – wykrzykując te słowa obsunął się delikatnie ze ściany i całą wygodę związaną z tą jedyną pozycją trafił szlag. Poprawił się nieco i czekał.

– Aranie, nie chciałem cię obrazić, ale sam rozumiesz, że czasem trudno jest mi przestać namawiać cię do samobójstwa. Słońce w Alasterii nie jest tym, czym się wydaje. Na niebie jest tylko jego cień.

„Do jasnej cholery”, pomyślał. „Nie dość, że jest mi teraz niesamowicie niewygodnie, to jeszcze po raz setny już chyba w tym tygodniu mój przyjaciel prawi mi te same porady dotyczące mojego życia. Szlag by to wziął wszystko...”.

Moment zadumy przerwał mu mały kamień, który wylądował na samym czubku jego głowy. Zerwał się w ułamku sekundy, omal nie wpadając w ognisko i zwrócił się w stronę wyjścia z ruin. Z lasu nie dobiegały żadne odgłosy poza delikatnym szumem liści. Kantiasz później często wspominał, że po raz pierwszy i zapewne ostatni widział Arana, który daje się kompletnie zaskoczyć. Nie zdążył się nawet odwrócić, cios nadszedł od tyłu i ugodził go w okolice prawej nerki. Aran zareagował tak szybko jak potrafił: padł na ziemię i wykonał szerokie podcięcie. Był zbyt blisko ogniska, więc zahaczył o nie i iskry posypały się wszędzie wokół. Napastnik był szybszy i podskoczył unikając upadku. Aran zobaczył tylko jak skacze na niego, a następnie poczuł jak blokuje jego ciało kolanami. W następnej chwili leżał rozkraczony na trawie, a jego szyję całowała szczupła kobieta, której blond włosy przykryły mu całą twarz. Usłyszał tylko jak Kantiasz mruczy coś pod nosem, gdy kobieta podniosła się, siadając na nim.

– Sanaris, naprawdę nie musiałaś mnie bić, jeśli chciałaś się całować – było mu niezwykle głupio, że dał się w tak prosty sposób zaskoczyć. Ból nerki świadczył o tym najlepiej.

Kobieta stała się znacznie wyraźniejsza w świetle dogasającego ogniska. Była młoda, miała niebieskie oczy, a na jej twarzy rysował się ponętny uśmiech. Nie trzeba było być jasnowidzem, by zgadnąć, że gierka, której się dopuściła, sprawiła jej dużo przyjemności.

– Mogłabyś? – wskazał na nią głową.

– Nie – odparła przeciągle, nachylając się nad nim.

Sięgnęła za siebie i złapała za schowany pod leżącym płaszczem miecz. Szybkim ruchem wyciągnęła go ze zdobionej pochwy i przystawiła do szyi Arana.

– Twoje życie jest teraz w moich rękach – powiedziała bardzo wolno, oblizując wargi.

Aran spojrzał jej w oczy, złapał ją powyżej bioder i – ku jej niezadowoleniu – delikatnie zsunął z siebie. Wstał ociężale i pomógł wstać jej.

– Witaj, Kanti – udała, że dopiero zauważyła Kantiasza. Mężczyzna odpowiedział tylko ruchem otwartej dłoni.

– Miecz... – Aran wyciągnął otwartą dłoń.

– Ależ oczywiście – oddała mu go, jakby przekazywała stary kij.

Mężczyzna spojrzał na misternie wykonane ostrze i rękojeść w kolorze szafiru. Na klindze widniały runy w języku zapomnianego już królestwa. Klinga połyskiwała w świetle, była smukła, z ostrym zakończeniem. Rękojeść, wykończona ornamentami w barwie szafirów, wykluczała walkę obiema rękoma. Aran schował go do pochwy z paskami, które mocował na plecach i położył w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedział.

– Skoro już mnie pobiłaś, to może powiedz, dlaczego tu jesteś. Intencje Kantiasza są jasne, ale ty zawsze wolisz wpierw bić – zaczął masować obolały bok. Chociaż drobna, dziewczyna miała mocny cios.

– Przyszłam, bo udało mi się odszyfrować część twojego snu, a raczej znalazłam kogoś, kto to zrobił – Aran nic nie odpowiedział, więc mówiła dalej: – Twój opis był niezbyt dokładny, stąd zajęło mi to więcej czasu, niż przypuszczałam. Po pierwsze, jesteś mi winien niemałą przysługę za informacje, które zdobyłam. Czy ja ciągle muszę nadstawiać za ciebie karku? No tak, kogo ja pytam… Ale wracając do rzeczy: z całego tego dziwacznego snu udało mi się rozszyfrować tylko fresk. Olbrzymi słup światła pozostaje oczywiście tajemnicą, ale za to mężczyzna z nietypową rękawicą sprawił, że wpadłam na trop. Niegdyś istniała legenda o człowieku, który posiadał podobny przedmiot.

– Skąd ta legenda?

– Nie przerywaj mi, z łaski swojej – wskazała na niego palcem, mając, jak na swoją ładną buzię, dość groźny wyraz twarzy. – Właśnie miałam do tego przejść. Człowiek ten walczył w wojnie z Littenami tuż po Upadku Smoków. Tyle zdołałam się dowiedzieć, reszty trzeba by szukać w Szklanej Bibliotece.

– A największa skarbnica wiedzy znajduje się pod Twierdzą Gryfa i nikt nie ma do niej wstępu – Aran przerwał jej raz jeszcze, na co tylko zmarszczyła brwi.

– Aranie, ja na wszystko mam rozwiązanie. W nie tak dalekiej twierdzy znajduje się pewien człowiek, który może załatwić sprawę.

– Nie chcesz chyba, by znowu... – podjął Kantiasz.

– Oczywiście, że chcę – przybliżyła się do Arana i położyła prawą dłoń na jego piersi. – A dlaczegóż by nie, przecież wychodzi mu to już tak dobrze. Jest przecież alastorem. Mylę się?

„Sanaris, nie mylisz się” – pomyślał Aran. „Ale wszystko z tym związane nie należy do najprzyjemniejszych uczuć na świecie. Nie patrz na mnie w ten sposób. Dlaczego masz jej oczy...”.

– Wiem, co trzeba zrobić...

Kantiasz próbował się jeszcze wtrącić, ale Aran powstrzymał go stanowczym spojrzeniem. Delikatnie odepchnął dłoń Sanaris i usiadł przy ognisku. Wziął miecz i podał go przyjacielowi.

– Jesteś pewien, że go nie chcesz? Może zrobić się nieciekawie – zauważył Kantiasz.

– Nie mam zamiaru nikogo zabijać. Oddasz mi go tam, gdzie zawsze.

Aran złapał za pierwszy lepszy patyk i zaczął nim grzebać między drewienkami tak, by powstało jak najwięcej iskier...

Znowu był w amoku, w tym szaleńczym stanie, w którym nie mógł przestać biec. Pokonywał ten nieskończony dystans już tak wiele razy, że nawet teraz wiedział, za każdym razem, gdy robił to ponownie wiedział, że to tylko sen. Tym razem było jednak inaczej. Bieg nie kończył się na ogromnej przepaści, a na domu nad brzegiem morza. Coś było nie w porządku. Zamiast zachodzącego Słońca na horyzoncie widniała złocista kolumna. Emanowała nieprzeniknionym światłem. Znacznie czystszym i przyjemniejszym niż to słoneczne. Coś kazało mu wejść do domu. Pokonał schody i uchylił drzwi. W środku panowała czarna pustka. W ułamku sekundy przerodziła się w obskurne, zamkowe pomieszczenie. Stare mury emanowały zimnem i strachem, ściany pozwężały się i utworzyły tunel. Ruszył nim bez zastanowienia. Szedł bardzo długo, potykając się, czołgając. Oddychał ciężko, a każda kolejna próba wstania powodowała ból całego ciała i falę gorąca.

Otuchy dodały mu dopiero ciepłe promienie opadające na jego głowę. Spojrzał, a przed jego oczami rozpościerał się przepiękny fresk pełen kolorów i szczegółów. Przedstawiał dostojnego wojownika, walczącego ze śmiercią nad dziesiątkami ciał swoich towarzyszy. On jeden ostał się i przyjmował właśnie cios na rękawicę, której kształt przypominał głowę drapieżnego ptaka gotowego do ataku. Aran dopiero po chwili zauważył, że fresk jest wciąż malowany przez zgarbionego starca, który spoglądał na niego z poczciwym uśmiechem. Fresk rozpadł się, nim zdążył coś powiedzieć. Gdzieś w oddali dojrzał dom, ten jedyny prawdziwy, do którego zmierzał. Droga do niego zniknęła jednak z jego oczu, gdy oślepiło go Słońce, precyzyjnie i czule. Pojawiło się przed nim niczym wysoki mur. Nie mógł go pokonać. Słońce było ostatnią przeszkodą. Dom był tuż za nim.

Obudził się z rozbieganymi myślami. Długo zastanawiał się nad każdym szczegółem, każdym detalem. Nim wstał świt wiedział, co należy zrobić, by ujrzeć dom raz jeszcze.

Pieśń II

Jak wiele mam twarzy

Jazon czuł, że ma dziś dobrą passę. Karty pojawiały się w wymarzonej kolejności. Jeszcze jedno rozdanie i nikt go nie przebije, a na stole taka stawka! Prawie cały żołd. Teraz nie było miejsca na błędy. Trefne karty czekały zgrabnie schowane w rękawie, na wszelki wypadek. Na taką chwilę czekał. Jego kompani powoli nie dawali już rady. Patos był rozpalony do czerwoności i ciągle poprawiał pasek. Był to nieświadomie wykonywany, typowy dla niego znak – „nic nie mam”. Konza rozglądał się jak pijana sowa. Głupi, pewnie myśli, że coś tym ugra. Za to młody był już tak pijany, że pewniakiem zaraz zacznie wymiotować. „Byle tylko nie na stół, bo zabiję gnoja!” – pomyślał. Reszta kompanii siedziała przy drugim stole i nadal piła. Jeśli będzie chciał oszukać, to nie będzie większego problemu. W ogóle tu nie patrzą.

Konza przestał się rozglądać i podniósł kieliszek przed następną kolejką. Każdy wybełkotał coś na wzór toastu i wypili. Młody wzdrygnął się i ciężko przełknął. Jazon dobrał kartę. Udało się, nareszcie się odkuję – pogratulował sobie w duchu. Wtedy usłyszał jak młodemu zaczyna się cofać. Spojrzał na niego i kolejne, co pamiętał, to stół przewracający się na jego nogi i monety fruwające po całym garnizonie. Chłopak jak strzała wystrzelił na zewnątrz łapiąc za swój hełm i przewracając jednego z kompanów. Jazon stał w szoku. Nie od razu zauważył, jak jego wygrana jest rozdrapywana przez byłych graczy. Zaklął głośno i ruszył w ślad młodego.

Na zewnątrz było ciemno. Padało. Jazon dopiero po chwili dostrzegł, jak chłopak bez przerwy wymiotuje na samym środku podwórza, przed wejściem dla straży. Cały w błocie, na kolanach. Ledwo się trzymał. Krztusił się, dławił i rzygał pod własne nogi. Ten widok sprawił, że Jazonowi odechciało się bić młodego. Jeszcze chwilę przedtem mógłby to zrobić, ba, chciał to zrobić. Teraz już nie. Oparł się o mur i nawet się nie śmiał. Uświadomił sobie, że nie zebrał ani miedziaka z podłogi. To była dopiero przegrana! Spojrzał w stronę lasu i przymrużył oczy, wzrok wyraźnie go zawodził.

Czarne skrzydła, oplatające chłopaka, rozpostarły się i zaczęły znowu falować. Młody niczym pies ruszył na czworaka, by później podnieść się i w okamgnieniu zniknąć w lesie. Zakapturzony przybysz zwrócił się w stronę strażników stojących przy wejściu i zrobił ku nim kilka kroków. Dobyli broni. Przybysz zatrzymał się, a strażnicy niepewnie chwiali się z mieczami w dłoniach. Kolejny krok, a oni stłoczyli się bliżej siebie. Jeszcze jeden i wszyscy stali już w drzwiach. Aran słyszał jak jednemu z nich szczękają zęby. Wszyscy sapali jak tury i nawet śmierdzieli podobnie. Przybysz stanął pewniej na nogach i uderzył skrzydłami. Przerodziły się teraz w czarną falę, która powaliła strażników. Aran ruszył do wejścia, przeskakując przez leżących jednym długim skokiem. W środku prawie stracił czujność, bo nadchodzące pchnięcie o mało go nie ugodziło. Wykonał szybki półpiruet i uderzył napastnika w potylicę. Kolejnego ciosu już nie było. Zatrzymał się na chwilę, by nasłuchiwać, czy nie nadchodzą posiłki, lecz deszcz najwyraźniej skutecznie zamaskował jego przybycie.

Prześlizgnął się przez pierwszy korytarz i raz jeszcze upewnił się w myślach, że zaryglował za sobą drzwi do garnizonu. „To da mi wystarczająco dużo czasu” – pomyślał. „Poszło znacznie lepiej, niż się spodziewałem”. Kantiasz zawsze przewiduje najgorszy scenariusz.

W kilka chwil dotarł przed izby oficerów. Skrył się przed drzwiami, przylegając do wilgotnej ściany i nasłuchiwał.

– Podobno w Amarinie znowu były zamieszki – stwierdził ktoś w środku.

– Sześć lat temu wszystko się zaczęło, dwa lata temu skończyło, a prostaki i tak sięgają po broń – odparł drugi.

– Jakie prostaki?! Przecież mieli o co walczyć! – oburzył się pierwszy.

– Ciszej, idioto! Chcesz, żeby bibliotekarz usłyszał, że popieramy rozlew błękitnej krwi? To najkrótsza droga na szafot.

„Czyli na górze jest bibliotekarz, to bardzo niedobrze” – pomyślał Aran.

– Przestańcie pieprzyć obaj. Rewolucja Błękitnej Pętli się skończyła. Nie ma tematu. Wstawaj jeden z drugim, trzeba sprawdzić co u kmiotków na dole, za długo nikt się nie pojawia – trzeci głos zakończył dyskusję. Wydawał się być najbardziej stanowczy.

Aran musiał szybko zareagować, bo oficer podszedł do drzwi i zaczął je otwierać. Wziął głębi oddech i zamknął oczy, ściskając powieki tak mocno, jak tylko potrafił.

Azanpegt był klejnotem w koronie Myrthanis. Wspaniałe miasto zjednoczone przez trzy zwaśnione rody, Malenvau, Okeles i Umalet. Stało przez wieki i kwitło z handlu, aż do nadejścia Marana, który wieścił koniec nierówności między wszystkimi ludźmi.

Azanpegt został zdobyty po 81 dniach, a równi ludzie cieszyli się na jego spustoszonych ulicach. Aran nie podzielał ich entuzjazmu. Od pewnego czasu coś było nie tak. Powoli zaczynał wątpić w słuszność Rewolucji Błękitnej Pętli. Wspaniałe, górnolotne hasła o wolności i równości, którymi karmił ich Maran, traciły swoje kolory. Amarin, który pozostawili za sobą, podobno stał się wręcz idealnym miejscem równości. Ale Aran nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jedyne co po sobie zostawili, to śmierć. Nie było już wojsk, które mogły ich powstrzymać, ani polityków, by ich przekonać. Republika Amarinu została pożarta przez rewolucję, Azanpegt był tylko przystankiem. Całe Myrthanis miało być następne.

Aran siedział na jednym z dachów niedaleko przepełnionego placu. Widział wszystko doskonale. Noc była ciemna, ale liczne pochodnie rozświetlały nieduży, trójkątny teren. Czas, który tam spędził sprawił, że poczuł odrętwienie. Postanowił zatem wejść do domu, na dachu którego stał. Rozprostował kości i ostrożnie zsunął się po nieco śliskiej dachówce, po czym wskoczył na niewielki balkonik. Wszedł do środka i nagle się zatrzymał. Przed nim, na drewnianej podłodze zalanej krwią, leżała martwa para. Ludzie ci byli bardzo młodzi, odziani w szlacheckie ubrania. Kobieta leżała na wznak z rozdartą suknią, była pobita, najpewniej zgwałcona. Miała zamknięte oczy i lekko rozchylone usta. Chłopak ściskał jej lewą dłoń, a czołem dotykał jej głowy. Szeroka rana w podbrzuszu, na policzkach łzy. Krew z jego trzewi przesiąkła kremową sukienkę dziewczyny. Aran ostrożnie podszedł bliżej. „Boże, jaka ona piękna” – pomyślał. Musieli być wspaniałą parą. Młodzi, zakochani...

Aran usłyszał nagle, jak z ust dziewczyny wydobywa się niezrozumiały szept. Ostrożnie podniósł jej głowę i oparł na swoich ramionach. Dziewczyna otworzyła przekrwione oczy. Znowu wyszeptała coś niezrozumiale. Aran nachylił się.

– Patrz tato... Gołębie w czarnych płaszczach... – zamilkła.

Aran próbował dosłyszeć coś więcej, ale usta dziewczyny zastygły. Przytulił ją do siebie i łzy napłynęły mu do oczu. Chciał, by żyła, by nie odchodziła w ten sposób. Było już jednak za późno.

Wraz z nastaniem świtu Aran pochował oboje tuż za miastem. Ułożył ich ciała zwrócone ku sobie i cicho zapłakał.

Oficer wychodzący z izby zobaczył czołgającego się w jego stronę strażnika. Miał młodą i zadbaną twarz. „Zapewne syn jakiegoś szlachetki” – pomyślał.

– Za… zaatakowali nas w garnizonie... – wyrzucił z siebie chłopak i zemdlał.

Mężczyzna podbiegł do niego i sprawdził, czy nie jest ranny. Następnie zawołał swoich towarzyszy i jednemu z nich polecił zostać z chłopakiem. Sam ruszył do garnizonu. Oficer, który został, podniósł chłopaka i przeniósł go do izby. Posadził na krześle i zaczął cucić.

– Młody, żyjesz? – spytał.

– Jak nigdy przedtem – złapał go za twarz i pchnął na stół. Oficer uderzył ciężko o blat. Chłopak był już nad nim, by uderzyć raz jeszcze i jeszcze. Uderzał tak długo, aż oficer stracił przytomność.

Stanął pewniej na nogach i uspokoił się. Zacisnął mocno zęby i napiął mięśnie. Jego sylwetka zajęła się mrocznym obłokiem i w ułamku sekundy znowu był sobą, Aranem. Cały był pokryty misternymi, czarnymi tatuażami, które pulsowały od energii. Aran wziął głęboki oddech, siłując się z samym sobą i tatuaże po chwili zniknęły. Niestety, przez własną nieuwagę miał teraz znacznie mniej czasu. Nie zastanawiając się dłużej, ruszył w głąb kasztelu, kierując się na górę.

Dotarł do najwyższej z izb i stanął przed mosiężnymi drzwiami. Rozejrzał się, ale do pomieszczenia nie było innego wejścia. Złapał więc za klamkę.

– Wejdź, proszę – usłyszał głos z izby.

Był pewny swego, wszedł więc do środka i zamknął za sobą drzwi. W dużym pomieszczeniu panował półmrok. Okna były zasłonięte, a nieliczne palące się świece ustawiono na starym biurku przy przeciwległej ścianie. Wszędzie leżały stare książki, poukładane na nieregularnych stosach, a na podłodze walały się papiery. Wyglądały na niedawno zapisane. Od ścian odbijał się głucho dźwięk skrobania piórem.

– Rozgość się, proszę – rzucił ktoś zza biurka. Jego głos zdradzał wyraźne zmęczenie.

Aran milczał. Wciąż nie widział z kim rozmawia, biurko było zbyt wysokie. Powoli zaczął zataczać koło po sali, ostrożnie omijając stosy papierów i ksiąg.

– Pomyśleć, że w czasie rewolucji ukryto tu tak wiele wspaniałych ksiąg. Ktoś wiedział co robi. Pospólstwo najpewniej spaliłoby wszystko albo rzuciło na ściółkę dla świń. – Aran znalazł się znacznie bliżej biurka i dostrzegł przy nim starszego, zgarbionego człowieka. – Nie jesteś chyba zbyt rozmowny. A może to słuch aż tak mnie zawodzi, że prowadzę już tylko monologi?

– Na razie nie powiedziałeś niczego wartego mojego udziału – odparł spokojnie.

– Aż do teraz, jak słyszę, młodzieńcze – starzec zrobił krótką pauzę na złapanie oddechu. – Masz bardzo ciekawy akcent. Nie pochodzisz z Myrthanis, prawda to?

– Nie, nie pochodzę – Aran podszedł tak blisko, by móc jednocześnie wyraźnie widzieć rozmówcę i zachować dystans. Z bibliotekarzami nigdy za wiele ostrożności.

– A skąd, jeśli można wiedzieć? Ikarion? A może Amarin?

– Dwa pudła. Nie wysilaj się, starcze, nikt jeszcze nie zgadł.

Jegomość przestał pisać i wychylił się zza biurka. Aran dostrzegł łysą głowę i bardzo starą twarz. Jego rozmówca odziany był w błękitno-złote szaty z licznymi ornamentami, ich ciężar wyraźnie go przytłaczał. Z trudem wstał ze skrzypiącego krzesła i zwrócił się w stronę Arana.

– No tak, teraz dostrzegam, że nie jesteś z tych ziem. Ani z żadnych innych znanych mi krain.

– A po czym to dostrzegasz, jeśli można wiedzieć? Wszak wzrok zapewne nie ten – stwierdził Aran z wyraźną pogardą.

Starzec podszedł do najbliższego stosu ksiąg i zaczął je przeglądać.

– Wiedziałem, że przybędziesz, ty, który wygna nas wszystkich. On mi wszystko wyjawił. Wiem, po co tu jesteś.

Aran wyostrzył swoje zmysły, wyczuł aurę emanującą od bibliotekarza, ale wolał poczekać na rozwój wypadków. Wszak nikt nie przeszkadza mieszkańcom Szklanej Biblioteki, nawet ich strażnicy.

– Przybyłeś tu, by nas zgładzić – jego głos wyraźnie się podniósł, ale mimo to nie zaniechał wyszukiwania w księgach.

– Przybyłem po szklaną broszę. Tę, którą nosisz na piersi. Nie chcę niczego więcej.

– Kłamstwo i ułuda. Pan przepowiedział twoje nadejście i twe uczynki – jegomość wyciągnął starą księgę i przycisnął do piersi obiema rękoma.

– A któremu to panu służysz, że tak gorliwie powołujesz się na jego przepowiednie? – Aran zrobił kilka powolnych kroków do przodu.

– Służę Panu Świętego Porządku i gniew jego strawi cię, nim skażesz nas wszystkich na zagładę!

Aran zaśmiał się pod nosem.

– Jak śmiesz kpić?!

– Tam, skąd pochodzę, bogowie są bardziej bierni. Gdy ktoś straszy mnie ich gniewem... No cóż, bawi mnie to.

Starzec ze złością zmarszczył swoją i tak już pomarszczoną twarz.

– Musisz więc pochodzić z miejsca niezwykle pustego. Nic dziwnego, że jesteś tu tylko gościem. Ulotnisz się stąd jak liść na wietrze, gdy tylko poczujesz zagrożenie! – Aran zacisnął pięści. – Nie oddam ci broszy, Człowieku zza Słońca. Nie zasługujesz na nią!

„To się jeszcze okaże” – pomyślał Aran i skoczył w stronę starca. Uderzył w niego z pełnym impetem, zwalając na stos książek i papierzysk, które poszybowały w górę. Księga, którą trzymał upadła koło jego głowy. Aran złapał go za szyję, a jego dłoń spowił czarny obłok.

– Oddaj broszę!

Starzec zakrztusił się i Aran zwolnił chwyt, by mógł wypowiedzieć słowa inkantacji, przekazującej broszę nowemu właścicielowi.

– In–kavez Vi–shanech – wycedził, a całe pomieszczenie rozświetliło się runami. Znajdowały się na każdej ścianie, na podłodze, na suficie.

Jazon poczuł jak w jego trzewiach wzbiera fala gorąca. Skrzywił się i skulił, wypuszczając broń. Konza podbiegł do niego jako pierwszy, ale po chwili również poczuł palący ból. Fala gorąca eksplodowała we wnętrzu Jazona. Padł na ziemię. Zaczął się czołgać, patrząc jak jego koledzy upadają jeden po drugim w spazmatycznym szale. Ich ciała zaczęły emanować jasnym żarem, a głosy ucichły. Jazon pomyślał o całej wygranej, która dziś przepadła i o modlitwie, którą często powtarzała jego siostra. „Od głodu, wojny i bólu, ochroń nas, panie”. Stary kanciarz wyrzucił z siebie słowa modlitwy, a jego umysł odpłynął gdzieś daleko.

Aran patrzył z przerażeniem jak runy nabierają pełnej mocy, a bibliotekarz uśmiecha się szyderczo. „Jak mogłem nie dostrzec run” – pomyślał. „Teraz, przez moją nieuwagę, wszyscy zginą”. Spojrzał na starca pełen wściekłości i uderzył. Uderzał raz po raz, coraz mocniej, z coraz większym gniewem. Skóra odchodziła od kości, kości pękały, krew bryzgała na księgi i rozświetlone runy. Twarz starca stała się czerwoną masą. Aran uspokoił się dopiero, gdy jego pięści uderzyły o podłogę. Zakrwawione dłonie pulsowały bólem, oddech był ciężki i płytki. Złapał za szklaną broszę i zerwał ją z piersi zmarłego. W tym samym momencie usłyszał liczne krzyki, dobiegające z niższych poziomów kasztelu. Zerwał się na równe nogi i rzucił do drzwi. Położył na nich obie dłonie, spowite przez dobrze mu znany obłok. Przypomniał sobie jedyne skuteczne w takiej sytuacji zaklęcie i naznaczył drzwi dwoma wypalonymi, złotymi symbolami kości dłoni z wpisaną w centrum spiralą.

Pierwsze uderzenie nadeszło zaraz po nałożeniu zaklęcia. Drzwi zatrzęsły się, a z sufitu posypał się tynk. Drugie uderzenie było znacznie mocniejsze i wypalone symbole zaklęć wyblakły. Kolejne uderzenie musiało się już przebić. Aran odsunął się na kilka metrów i czekał. Stanął pewnie, a jego dłonie poczerniały spowite ciemnością. Na twarzy i dłoniach zaczęły majaczyć tatuaże, które po chwili zupełnie zmieniły jego wygląd. Był teraz bestią gotową na przybycie łowcy, który za chwilę sam stanie się zwierzyną. Krew kotłowała się w nim, a mrok wokół narastał. Trzecie uderzenie roztrzaskało mosiężne drzwi na drobne kawałki. Do izby jako pierwszy wskoczył strażnik, który kantował w karty w garnizonie. Jego oczy świeciły jasnym płomieniem, a w dłoniach unosiły się czerwone ostrza. Wykonał pierwszy atak, ale Aran był szybszy. Uniknął cięcia i doskoczył do strażnika. Wbił dłonie w jego prawe ramię i pierś. Z impetem wyrwał rękę i rozdarł ciało. Płomień w oczach Jazona zgasł. Z trzewi ulotnił się złocisty obłok, który zniknął jak zimowy oddech. Nim Aran zdążył ochłonąć, zza drzwi poszybowała złota strzała, która ugodziła go w lewe ramię.

Stare księgi i stosy papierów płonęły. Ich żar uderzał Arana raz po raz. Z jego twarzy emanowała wściekłość, a unoszący się wokół ciała czarny obłok zmieniał swoje kształty z każdym mrugnięciem. Tatuaże na jego twarzy i dłoniach wykrzykiwały wręcz „Zabij, Zabij!”. Aran zacisnął uchwyt na szyi ostatniego z vinashach.

– Przekaż swojemu Porządnemu Panu, że jego działania sprowadziły tylko śmierć na tych niewinnych ludzi.

– Jesteś wynaturzeniem, Aranie, Człowieku zza Słońca – wykrztusił strażnik, plując krwią.

– I to wynaturzenie przyjdzie i po twojego pana!

– Bluźnierca... – Aran skręcił mu kark.

Padł na kolana i rozejrzał się wokoło. Widział tylko martwych, unoszące się papiery i pożerające je języki ognia. Był ciężko ranny. Nie wydostanie się z kasztelu. „Głupio by było, gdyby to wszystko skończyło się w taki sposób” – pomyślał. Kaszlnął ciężko krwią i padł na ziemię zaraz obok księgi, którą trzymał tuż przed śmiercią bibliotekarz. Na skórzanej okładce widniał napis: „Iliada”.

Lament I

Otwórz oczy

W swojej głowie ciągle słyszał uderzenia, jedno po drugim, rozdzierające jego ciało. Oczy miał zamknięte, powieki mu ciążyły. Ból kotłował się w nim nieustannie. Leżał na twarzy, wdychając z każdym oddechem duszący pył. Było go coraz więcej, tak dużo, że zaczął kaszleć, charczeć wręcz. Sięgnął zwiotczałymi dłońmi wokół siebie, lecz znalazł tylko pył. Nienaturalnie zimny, przylegający do suchych dłoni.

– Otwórz oczy – usłyszał gdzieś z oddali.

Nabrał powietrza i spróbował przemówić, lecz pył sprawił, że wydobył z siebie tylko niewyraźne dźwięki. Nadal zamknięte oczy odtwarzały ostatnie widziane wydarzenia.

– Otwórz oczy – tym razem głos był wyraźniejszy, zbliżał się.

Aran spróbował się unieść, lecz upadł dotkliwie. Głos był coraz bliżej. Podjął więc kolejną próbę i zdołał podnieść się na kolana.

– Otwórz oczy – usłyszał nad swoją opadającą głową.

Wyciągnął rękę przed siebie, lecz nadal nie zdołał otworzyć oczu. Coś kazało mu pozostawić je zamknięte. Poczuł jak delikatne palce oplatają jego naznaczoną bliznami dłoń. Były ciepłe i znajome zarazem, objął je więc drugą dłonią. Przyciągnął do policzka i przytulił. Podniósł głowę i otworzył oczy. Oślepiło go światło emanujące z kobiecej sylwetki. Tępy ból zapiekł go w prawym oku, lecz przemógł się i otworzył je jeszcze szerzej. Powoli przyzwyczajał się do światła. Ujrzał znajomy uśmiech, delikatny, niewidziany przez tyle lat.

– Elizabeth – wyszeptał. – Elizabeth... Jak to możliwe?

Kobieta o długich włosach koloru porannych promieni Słońca uśmiechała się, stojąc nad nim. Miała na sobie delikatną białą suknię odsłaniającą ramiona. Jej sylwetka, chociaż bliska, była niewyraźna – wydawała się nieobecna. Kobieta objęła jego twarz i zniżyła się, by spojrzeć mu prosto w oczy. Wokół nie było nic, tylko pustynia i chmury szarego pyłu.

– Jestem przy tobie, kochany – jej głos niósł uśmierzenie bólu. – Ale nie możesz tu zostać. Musisz iść dalej i otworzyć oczy, Anthony – tak dawno nie słyszał swojego prawdziwego imienia.

– Nie mogę już iść, chcę zostać z tobą, tak długo na to czekałem.

Odpowiedział mu tylko lekki grymas i postać Elizabeth rozwiała się jak nasiona dmuchawca. Jedno z takich rozświetlonych nasion poszybowało w jego stronę i zatoczyło kilka kół. Po chwili zerwało się i powoli pofrunęło dalej. Anthony próbował je złapać, ale nadaremnie. Zebrał więc w sobie nowe siły i wstał, upadając przy tym kilkakrotnie. Obejrzał się za siebie i dostrzegł tylko paszczę zmierzającej w jego stronę pyłowej bestii. Burza chciała go pożreć. Musiał znaleźć schronienie, jeśli miał raz jeszcze zobaczyć Elizabeth.

Pyłowa bestia doścignęła go, nim zdołał uciec. Bez litości pożarła nasienie dmuchawca, dar od Elizabeth. Zimny pył wdzierał się w jego uszy, nos, usta. Bestia uderzała go kolejnymi podmuchami, chciała rzucić na kolana, pożreć. On był jednak nieugięty, parł nadal naprzód, próbując zasłonić twarz. Kolejne uderzenie, kolejne i następne po nich. Zachwiał się. Bestia przygotowywała się do ostatecznego ataku. „Może to i godna śmierć” – pomyślał. – „Przysypany pyłem, na końcu świata, nikt nigdy mnie nie znajdzie. Pustynia będzie moim grobowcem...”.

– Przestań się rozczulać i chodź tutaj! – wykrzyknął ktoś z wnętrza bestii. – Pośpiesz się, Aranie!

Kolejne uderzenie bestii zwaliło go z nóg. Padł ciężko na ziemię. Z trudem podniósł głowę i próbował coś zobaczyć. Ku jego zdziwieniu, na horyzoncie majaczył człowiek. Odziany był w długą szatę, która nie reagowała na podmuchy pyłu. Miał ogoloną głowę i stanowczą twarz. Uniósł ręce ku niebu, widniał na nich symbol kości dłoni z wpisaną weń spiralą. Człowiek zaczął krzyczeć na przekór rozszalałemu żywiołowi:

– I świat odwróci się od nas, dzieci moje ukochane! Przemówimy do nich wtedy, lecz oni nie będą potrafili zrozumieć naszych gestów i słów, gdyż ich języki poplączą się ze sobą! Zrozumieją dopiero wtedy, że mieliśmy rację już od pierwszego z siedmiu cudów, a nawet wcześniej! Ogarnie ich trwoga nieokiełznana, będą oni uderzać o siebie w tłumie, niezrozumiani i przestraszeni! Podniesiemy wtem nasze dłonie złote z wpisaną spiralą! Wtedy to właśnie zgromadzą się wokół nas, a ich władcy, dziwki i posługacze wykrzyczą: „Uratujcie nas”, a my wyszepczemy: „Nie”, gdyż nastał czas końca!

Aran spróbował wyciągnąć do niego rękę, ale poczuł jak zapada się i znika w ziemi. Spadając, zdołał się wyratować i nie uderzyć całym ciałem o resztki kamiennej podłogi. W miejscu, w którym się znalazł nie było bestii, zdołał jej uciec. Rozejrzał się ostrożnie. Była to niewielka piwnica, którą ząb czasu skutecznie nadgryzł. Panował w niej niepokojący półmrok. Aran najwyraźniej wpadł do niej przez starą klapę, która nie wytrzymała pod jego ciężarem. Szyb służył zapewne do wrzucania węgla, był więc dość długi, by pył go nie zasypał.

– Nieźle się urządziłeś – rzekła kobieta stojąca w rogu pomieszczenia. Nie zauważył jej wcześniej. Miała na sobie męski strój z głębokim dekoltem, ukazującym jej piersi. Była blondynką, a jej włosy miały lekko zakręcone końce. Opierała się o ścianę ze skrzyżowanymi rękoma, skutecznie uwydatniając w ten sposób biust.

Aran przetarł twarz z pyłu i przyjrzał się uważniej. Wszędzie poznałby ten sposób bycia, postawę, grymas na twarzy. Wyglądała zupełnie tak samo jak Elizabeth. Te same rysy twarzy, policzki, usta, oczy, nawet gęstość włosów. Ale to nie była Elizabeth.

– Sanaris – odparł spokojnie. – Co tutaj robisz?

– Bardzo często zadajesz to pytanie, wiesz… – wyraźnie drwiła z niego. Aran wstał i otrzepał się, milczał. – Chyba nie zdajesz sobie do końca sprawy z tego, gdzie jesteś?

– Nie, Sana, nie wiem gdzie jestem. Czy to aż tak oczywiste?

– Chybiona kpina, mój drogi. Nie możesz wiedzieć, gdzie jesteś.

– Sana...

– Już tłumaczę – Aran usiadł na znalezionym taborecie, na którym powiesiła się niegdyś pani tego domu. – Chciałbyś, czyż nie? Żebym ci wszystko wyjaśniła? Ot tak, jak instrukcja na odwrocie pudełka. – Aran uniósł brwi ze zdziwienia. – Tak mój drogi, wiem teraz znacznie więcej i jedno krótkie wyjaśnienie nic tu nie da. Do tego potrzeba pokazu. Jeden już widziałeś.

– Mówisz o człowieku na zewnątrz? Kim on jest?

– On już nie żyje. Jest wspomnieniem.

– Wspomnieniem czego? – spytał Anthony.

– Upadłego świata. On go zniszczył.

– Po co miałby to robić? Wyglądał mi bardziej na kaznodzieję niż niszczyciela światów.

– Był alastorem, jak ty. Nazywał się Preksor. Dopełnił swego przeznaczenia, niszcząc ten świat.

– Czy ja również nie dokonałem swego przeznaczenia? Zniszczyłem przecież Słońce. Czy nie powinienem był wrócić do domu?

– Czeka cię jeszcze kilka pokazów – stwierdziła obojętnie i spojrzała w jego piwne oczy.

Aran złapał się za głowę i zmierzwił włosy. Westchnął ciężko i spojrzał w stronę Sanaris, ale zobaczył tylko pusty róg pomieszczenia. Rozejrzał się, był sam.

Wszystko, co go dziś spotkało – Elizabeth, pustynia nienaturalnego pyłu, bestia, Preksor, Sanaris, to stanowczo zbyt wiele. Zszedł z taboretu, położył się na ziemi i rozmyślał przez jakiś czas o tym, co zapamiętał. Nie było tego wiele, ciągle powtarzający się sen i płonące księgi, które okalały goze wszystkich stron. Pamiętał również jak przez mgłę bestię, która walczyła z nim na dachu w świetle księżyca. I las pełny umierających dzieci, które uważały się za starców. Gdzieś tam był również blask srebrnej zbroi wielkiego wojownika. Później widział już tylko gasnące Słońce. Zwyciężył czy przegrał? Nie mógł być pewien niczego. To wszystko już minęło, było lata temu. To była przeszłość, a teraz była przyszłość.

Rozszalała z wściekłości bestia pyłu szukała go na powierzchni. W tej starej piwnicy był bezpieczny, nie mogła go dosięgnąć. Znalazł więc zniszczony koc. Kiedyś należał on do żebraka, który skrył się tutaj i postanowił odpocząć za czasów, gdy nigdzie nie było bezpiecznie. Aran ułożył się jak tamten wieki temu i zasnął. Gdy wstał po czasie, którego nie potrafił określić, uznał tę noc za najlepszą od wielu lat. Nie zobaczył już domu nad morzem, ani starca malującego fresk, ani też Słońca zasłaniającego drogę. Obudził się z pustką w głowie. Sen, który męczył go od tak dawna, nie nawiedził go tej nocy. Ani żadnej kolejnej...

Księga druga

Genezę Imperium Myrthanis datuje się na około 253 rok przed u.s. Z początku było ono zlepkiem wolnych miast-państw, które na rzecz swojej autonomii postanowiły połączyć siły. […] Wraz z rozwojem terytorialnym i ekonomicznym, coraz więcej miast dołączało do ówczesnej Unii Myrthanów. Była ona rządzona przez radę, składającą się z przedstawicieli każdego z miast. Jednak wraz ze wzrostem wpływów magnaterii i zamożniejszych obywateli, grupa szlachty z człowiekiem o imieniu Griffon na czele, zawiązała spisek. […] Po bezkrwawym przewrocie w 112 roku przed u.s., rada poddała się na jednej z sesji obrad po wkroczeniu nań spiskowców, a Griffon ogłosił się pierwszym królem Unii Myrthanów. Nazwę Imperium Myrthanis zaczął stosować dopiero jego syn, Godryk, w 76 roku przed u.s., po podbiciu dzikich plemion Littenów Morza Centralnego i wygnaniu Fovarów z Gór Bezshir. Dziś, po blisko 1400 latach od powstania, Imperium Myrthanis jest największym i naj- potężniejszym państwem należącym do ludzi w Alasterii.

„Kieszonkowy przewodnik po Alasterii”, Bran Idelf-Nars

Pieśń III

Przypowieść o głupcu

Obudziły go pierwsze promienie Słońca i lekki powiew wiatru. Przed oczami nadal miał sen, który prześladował go od tak dawna. Po raz kolejny spróbował pokonać Słońce, ale dom znowu pozostał poza jego zasięgiem.

Aran otworzył oczy i zobaczył, że leży w niewielkiej izbie z widokiem na zielony gaj. Na ścianach wisiały suszone kwiaty i zioła, od których kręciło go w nosie. Przetarł oczy i poczuł tępy ból w ramieniu oraz klatce piersiowej, w miejscu gdzie znajdował się opatrunek. Z trudem usiadł i przypomniał sobie wydarzenia z kasztelu. „Gdzie jest brosza?” – pomyślał. Wtem do izby weszła starsza kobieta w skromnej sukni.

– Wstałeś już, kochanieńki? – spytała życzliwie, trzymając kosz pełen świeżo zerwanych ziół.

Aran przyjrzał się jej uważniej i był już pewien.

– Sanaris, co ty wyprawiasz?

– Kochanieńki, co ty wygadujesz? – zdziwiła się kobieta.

„Albo jest taka cwana, albo wyszedłem właśnie na idiotę” – pomyślał.

– Niech ci będzie, to ja – wraz z mrugnięciem oka znowu była drobną blondynką. – Jesteś w tym zdecydowanie zbyt dobry.

– Wyczuwam magię – ucieszył się w duchu, że się nie pomylił.

– Esencję, masz na myśli esencję – poprawiła go, siląc się na poważny wyraz twarzy.

– U nas nazywają to magią.

– U was, u was, tutaj jest to esencja. Poza tym nikt nie wie, gdzie jest to całe „u was”!

– Sana, nie drocz się ze mną – uśmiechnął się łagodnie, co ona od razu zauważyła. – Dziękuję za opatrzenie ran.

– Nie było to łatwe – westchnęła. – Złamałeś jedno żebro i na pewno pokruszyłeś kości przedramienia, nie wspomnę już o startych do kości dłoniach.

Aran spojrzał na palce, poszarpane po uderzeniach w bibliotekarza.

– To raczej się nie zagoi, mimo moich największych starań.

– Dziękuję Sana, ale dlaczego mi pomogłaś?

– Przerwę ci jeszcze, przyniosłam twój nowy płaszcz. – Odłożyła koszyk na półkę i otworzyła niską szafę, z której wyciągnęła długi, ciemnoszary płaszcz z wyraźnymi nacięciami u dołu. – Podoba ci się? Ma nawet kaptur i wysoki kołnierz jakby było zimno.

– Wspaniały – odparł szybko. – A teraz odpowiedz, skąd wiedziałaś, że potrzebuję pomocy?

– Musiałam zobaczyć jak ci idzie – usiadła obok niego. Zaczęła sprawdzać opatrunek. – Poczułam impuls, ktoś otworzył przejście.

– To bibliotekarz, całe pomieszczenie było przejściem. Dałem się oszukać i wszyscy za to zapłacili...

– Nie smuć się, mój drogi – zbliżyła swoje usta do jego ust. – Czasem tak bywa, nie mogłeś nic zrobić. Zapomnij. – Dotknęła lekko jego boku. – Jak to możliwe, że twoje rany goją się tak szybko? Wciąż nie jestem w stanie tego pojąć. Tyle przeszedłeś, a nie masz żadnej większej blizny, tylko kilka zadrapań.

– Taki otrzymałem Dar, ale cena nie jest wcale niska.

Patrzyli na siebie przez chwilę, po czym Aran odsunął się energicznie. Wstał mimo uciskającego bólu w klatce i oparł się o parapet okna.

– Nigdy nie spytałaś, dlaczego przystałem do rewolucji. Ty jedna nigdy o to nie pytałaś. Dlaczego?

– Przestań już, wyjdźmy stąd i przejdźmy się po gaju. Może podenerwujemy tutejszych ludzi?

– Sana, odpowiedz proszę! – Na jej twarzy rysował się sztuczny uśmiech. Wstała i otrzepała sukienkę z resztek ziół.

– Nie dziś, Aranie, nie dziś – powiedziała, a jej postać zmieniła się na powrót w starszą kobietę o brązowych włosach. Była przestraszona, a jej wzrok rozbiegany.

– Źle się czuję, co się stało? – złapała się za głowę i ciężko usiadła na łóżku.

Aran nie zwracając na nią uwagi zabrał swoją koszulę oraz płaszcz z szafki i opuścił izbę. Sanaris zachowała się w ten sposób już nie pierwszy raz, nie był więc zdziwiony. Pokonał kuchnię i wyszedł na świeże powietrze. Światło wbiło się ostro w oczy i oślepiło go. Poczuł się słabo, w dłoniach pojawiło się mrowienie. Oparł się o drzwi i zaczął dyszeć, jakby łapał ostatnie oddechy swojego życia. Taka była cena jego Daru, który nie bez powodu nosił nazwę Daru Cieni. Nienawidził tego uczucia niemocy, które go ogarnęło. Zawsze, gdy tak się działo, miał wrażenie, że umiera, kawałek po kawałku. Powtarzał sobie wtedy, że choć cena jest wysoka, to Dar jest tego warty. Sam w to nie wierzył.

Dojście do siebie zajęło mu dłuższą chwilę, ale zdołał pójść dalej. Założył kaptur i ruszył wzdłuż ścieżki. Za sobą miał niewielkie gospodarstwo. Idąc, przypomniał sobie o szklanej broszy. Już wiedział. Zabrała ją – stwierdził. – Typowe.

Dzień był jasny i ciepły. W gaju rosły głównie jabłonie, wokół krzątali się ludzie. Aran zerwał jedno z jabłek i skierował się wzdłuż wytyczonej ścieżki, byle dalej od gospodarstwa. Ludzie zwracali na niego uwagę i czasem pokazywali palcami, nie co dzień widzi się zakapturzonego człowieka w upalny dzień. Przejście całego gospodarstwa zajęło mu sporo czasu i nim dotarł do głównej drogi było już przed południem. Przez wzniesienia nie było widać, w którą stronę najlepiej się udać, by dotrzeć do oberży, więc spytał pierwszego napotkanego woźnicę:

– Witajcie, panie. Daleko stąd do najbliższego miasta? – spytał, siląc się na myrthański akcent.

– Witajcie, stąd najbliżej do Terensvaldu, jakieś pół dnia jazdy – odpowiedział podstarzały jegomość, siedzący na zakrytym powozie.

– Jedziecie może w tamtą stronę?

– W tamtę stronę tak, do samego miasta nie.

– A mogę...?

– Wskakujcie żwawo – przerwał, nim Aran zdążył zapytać.

Kremowa klacz ruszyła i pociągnęła solidnie wykonany wóz za sobą.

– Co was zatem sprowadza na ziemie Valderów, panie? – woźnica szturchnął go lekko ramieniem.

„Świetnie, typowy wścibski dziad” – pomyślał Aran.

– Wszak wy nie stąd, słyszę po akcencie – stwierdził woźnica, kiedy jego pasażer nic nie odpowiedział.

– To bardzo długa historia – starał się uciąć rozmowę.

– Mamy wszak dużo czasu, opowiadajcie.

„A co mi tam, cholera” – pomyślał Aran. – „Przynajmniej on nie będzie gadał”. I opowiedział o wszystkim, co przydarzyło mu się do tej pory, pomijając oczywiście niezrozumiałe dla tutejszych ludzi szczegóły i fakty.

– Jesteście najdziwniejszym człowiekiem jakiego spotkałem, a ludzi spotkałem wielu. Handluję od ziemi Turrimów aż po same krańce ziem Gatellów. A ta historia, którą opowiedzieliście, godna jest tylko podrzędnych bardów i opowiadań zgniłych na umyśle.

– Nie sądziłem, że uwierzysz, ale jakoś nie przerywałeś mi ani razu.

– Bo masz dźwięczną barwę głosu – mężczyzna parsknął pod nosem. – Paczaj no, Terensvald przed nami. Tu musisz iść już na piechtę, bo skręcam zaraz na rozstaju. Do Doliny Hannen mi śpieszno.

– Dziękuję za przejazd – Aran zeskoczył z powozu zaraz, gdy dziad go zatrzymał.

– Ale tak między nami, chłopcze – nachylił się w jego stronę. – Prawdę żeś rzekł?

– Najprawdziwszą, przez cały czas.

– Niepomyślane to, niepomyślane. Szalony to człowiek! – Pogonił kremową klacz i wykrzykiwał jeszcze przez jakiś czas, jakiego to szalonego człowieka wiózł. Jego krzyki ucichły dopiero, gdy zniknął za starą wieżą strażniczą.

„Dobrze, że nie podałem mu żadnych imion. Gotowy zwyzywać połowę Alasterii” – pomyślał. Aran stał na głównej drodze wiodącej do miasta. Od północnego zachodu było ono osłonięte przez gęsty las. Samo miasto było duże, chociaż Aran widział już większe. Jego nadgryzione przez czas kamienne mury z drewnianymi wykończeniami zostały wzniesione na planie koła. Zza obwarowań można było dostrzec dach posiadłości będącej centrum miasta. Nad wąską bramą powiewały niebieskie proporce, przedstawiające dłoń zaciskającą trzy strzały – herb Valderów. Podobny symbol mieli również nieliczni strażnicy. Byli oni odziani w wysokiej jakości skórzane zbroje, a z ramion spływały im skóry przeróżnych zwierząt. Ich rodzaj świadczył o randze. Im trudniej było o skórę, tym bardziej jej posiadanie szanowano. Na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że wyposażenie strażników było podstawowe – głównie łuki, niekiedy tylko lśniące kusze. Dłonie każdego z nich przyodziano w specyficzne rękawiczki łucznicze na dwa palce.

Aran minął grupę młodzików wykrzykujących: „Myrthanis dla Myrthanów, nie dla dupków i prostaków!”. Strażnicy zwracali uwagę bardziej na nich, niż na niego, więc pośpieszne wyjaśnienie, że przybywa w interesach, wystarczyło. Zaraz za bramą cuchnący starzec złapał go za rękę i po chwili przepraszał, mówiąc, że pomylił go ze swoim wnukiem, którego szuka. Ruszył później w stronę strażników, wypytując o to samo.

Aran wkroczył do głośnego miasta i poczuł smród wydobywający się z Zielonej Strugi, tutejszej rzeczki, która przepływała przez wszystkie trzy dzielnice – kręgi miasta, w skomplikowanym systemie nawadniającym. Jego uwagę przykuła większa grupa ludzi, przepychająca się przy jednym z pobliskich domów. Podszedł bliżej i zauważył, że starszy mężczyzna z czymś w rodzaju plecaka obładowanego plakatami, wiesza jeden z nich.

– Toż to akuratnie bestia, która ludzi morduje – wykrzyczał jeden z wieśniaków.

– Ta sama, bez ochyby – potwierdziła młoda kobieta.

Aran podszedł nieco bliżej, by przyjrzeć się plakatowi. Widniał na nim niedbale wydrukowany wizerunek czegoś, co przypominało człowieka z lisim ogonem i przesadzonymi szponami. Pod spodem umieszczono napis: „Strzeżcie się bestii! Śmiałek, który ją zabije i dostarczy dowód otrzyma 1000 gryfów!”.

– Dziadzie, a kto wyznaczył nagrodę? – spytał bardziej rozgarnięty mieszczanin.

– Ja tylko rozwieszam, w stróżówce pytajcie i pracować dajcie – odparł od niechcenia i odszedł, by rozwieszać dalej.

Tłum nadal stał przy plakacie i nie przestawał opowiadać niestworzonych historii na temat bestii. O jej niesamowitym wzroku i darze odbierania młodym dziewczętom dziewictwa. Aran poczuł znużenie, więc skierował się dalej w głąb miasta.

Terensvald tętnił życiem, a na jego wąskich uliczkach tłoczyli się ludzie. Od dawna nie był w żadnym mieście i nie żałował. Pęd życia w takim miejscu przejadł mu się już wiele lat temu, jeszcze zanim zamieszkał z Elizabeth. Miasto nie było jego żywiołem.

– Z drogi, bo rozjadę jak świnię! – wykrzyczał człowiek prowadzący karocę, pędzącą wprost na stojącego na środku drogi Arana. Ten błyskawicznie obrócił się na pięcie i odskoczył do tyłu.

– Czy coś się stało, Ezbern? – spytał pasażer przez małe okienko.

– Nie panie, tylko ktoś wszedł na środek drogi.

– Zwolnij więc, bo inaczej lord Praver przyjmie nas w więzieniu, jeśli kogoś zabijesz – pasażer zasłonił małe okienko i nie usłyszał, jak woźnica burczy i przeklina pod nosem.

Młody, brązowowłosy mężczyzna poprawił swój strój i upewnił się, że herb jego rodu jest widoczny. Była nim spiralna wieża piętrząca się ku niebu. Dostojnik wyciągnął chusteczkę i otarł spocone czoło. Czuł poddenerwowanie, nie codziennie wysyłano go na rozmowy do lordów innych miast. Oczywiście był dalekim kuzynem lorda własnego miasta, ale nie umniejszało to tego faktu. Młody Malek Turrim wiedział, że Praver Valder jest człowiekiem, z którym należy się liczyć. W całym Myrthanis nie było lepszych łuczników i garbarzy. A jak mówiły plotki, i kuszników. W Terensvaldzie dokonywała się mała rewolucja zbrojeniowa.

Karocą lekko zatrzęsło, gdy po wyjeździe z zewnętrznej dzielnicy zmienił się układ bruku. Była to najbiedniejsza część miasta, Nitówka, nazywana tak od wyrabianych na jej obszarze nitów do zbroi. Wjechali właśnie do bogatej dzielnicy zwanej Funtówką, noszącą nazwę od licznych warsztatów z łukami. Domy były tu znacznie wyższe, a zapach Zielonej Strugi słabszy. „Zaraz dotrzemy, nie panikuj, Malek” – pomyślał. – „Zadbaj o interes swojego rodu i wyjedź, najlepiej jeszcze dziś”. Karoca ostro skręciła i zaczęła jechać pod górę, po czym stanęła. Wjechali do dzielnicy Łowcy, położonej na niewielkim wzniesieniu w centrum miasta.

– Lord Valder oczekuje – usłyszał strażnika i karoca znowu ruszyła.

„Człowiek nieroztropny pomyślałby, że za nic mają tu sobie bezpieczeństwo. Każdy znający Valderów wie jednak, że co najmniej kilku łuczników celuje teraz do karocy i że bez trudu są oni w stanie mnie ustrzelić” – stwierdził. Nie była to miła perspektywa, ale Malek wiedział na co się decyduje. Gdy karoca stanęła po raz drugi, należało wyjść. Przymocował miecz do paska, raz jeszcze sprawdził herb i charakterystyczny dla swojego miasta jeden, prawy naramiennik z wyraźnymi blankami. Każdy kto go widział, wiedział, że oto idzie jeden z Turrimów. Malek wysiadł z karocy i zobaczył, że lord Praver już na niego czeka. Strażnicy Maleka, którzy jechali za nim konno, również czekali przy karocy. Mieli na sobie ćwiekowane zbroje z elementami skórzanymi i takie same jak on naramienniki z blankami. Herby widniały tylko na prostokątnych tarczach.

Malek podszedł bliżej do lorda Terensvaldu. Był to starszy, dobrze zbudowany mężczyzna z wyraźnie siwiejącymi, czarnymi włosami. W przeciwieństwie do nich, jego cera nie zdradzała wieku. Lord miał na sobie wytworny strój z wyraźnym herbem na piersi. Największe wrażenie robił jednak nie on sam, ale skóra białego jelenia, zasłaniająca jego ramiona. Biały Jeleń – tak nazywali go lordowie innych miast. Strój ten wyrobił w młodym Turrimie swoisty rodzaj szacunku, upolowanie tego rzadkiego zwierza musiało być nie lada wyczynem. Strażnicy lorda Pravera mieli na sobie czarne niedźwiedzie skóry i typowe, choć bardziej zadbane niż mijani w mieście strażnicy, zbroje.

– Witaj w Terensvaldzie – przemówił gospodarz. Jego głos był silny i doniosły.

– Witaj, lordzie Praver Valder, lordzie Terensvaldu. Lord Maiker Turrim z Wanserd przesyła...

– Wiem, co przesyła – przerwał stanowczo Valder. – Zapraszam – odsunął się lekko na bok i wskazał wejście do swej posiadłości.

Malek zdziwił się, że przerwano mu podczas oficjalnego przywitania. Mimo to poszedł w ślady gospodarza, który był już na schodach. Do uszu młodego Turrima doszły ostatnio wieści, że lord Praver jest czymś wyraźnie zaniepokojony i szuka sposobu na rozwiązanie problemu. Jego ojciec przestrzegł go, by miał się na baczności podczas rozmowy z lordem. Malek obawiał się, że właśnie w tej sprawie Valder skontaktował się z głową rodu Turrimów. Daleki kuzyn lorda Maikera mógł tu nie wystarczyć.