Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 84

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Aksinja - Adam Szymański

Napisana na podstawie rosyjskich doświadczeń autora opowieść o odległych i egzotycznych miejscach i ludziach. Adam Szymański (1852–1916) to używający pseudonimu A. Lach pisarz, publicysta oraz prawnik. Uczył się w gimnazjum w Siedlcach, następnie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Za działalność w Rządzie Narodowym i inne działania konspiracyjne odbył karę więzienia w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, a następnie był zesłany na Syberię. Prowadził tam m.in. badania geograficzne oraz badania etnograficzne nad Jakutami. Został członkiem Cesarskiego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Po powrocie z Syberii zamieszkał w Warszawie, potem mieszkał w Krakowie. Wiele lat wydawał i redagował czasopismo „Reforma Szkolna”. W jego dorobku literackim znalazły się m.in. opowiadanie „Srul z Lubartowa” (1885), zbiór opowiadań „Szkice” (1887), „Unter Ansiedlern und Verschickten” (pol. Wśród osadników i deportowanych, 1894), pamiętniki „Maciej Mazur. Szkic z Syberii” (1904), „Wśród Słoweńców. Szkice z życia uspołecznionych pobratymców” (1907), „Z jakuckiego Olimpu. Baśń” (1910), „Aksinia. Opowiadanie z życia moskiewskiej Lechii” (1911). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Aksinja - Adam Szymański

Fragment ebooka Aksinja - Adam Szymański

Adam Szymański

Aksinja

Opowiadanie z życia moskiewskiej Lechii

Warszawa 2012

[Aksinja]

W czasie wieloletnich wędrówek moich po Rosji najdłużej wypadło mi mieszkać w miejscowości nie tylko dla nas Polaków, nie tylko dla Słowian w ogóle, ale dla etnografów jakiejkolwiek bądź narodowości szczególniej ciekawej: wśród resztek dawnych, kiedyś niezmierzonych, a i dziś jeszcze imponujących swą rozległością lasów, niezwykłe sprzyjających przechowaniu wszelakiego starego zwyczaju, wśród plemienia, będącego, niewątpliwie, nieodrodną krwią krwi i kością kości starego lackiego rodu.

Na linii granicznej zlewów Dniepru i Wołgi, na obu pochyłościach wyżyn, tę linię tworzących: wschodniej, zroszonej dopływami wierzchowisk Oki i zachodniej, obejmującej zlew Desny z Sejmem, od wieków wieczystych, od czasów niepamiętnych rozsiadł się lud, o którego pochodzeniu kronikarz Nestor mówi: „...a nad Desną i Sejmem osiedli Radim i Wjatka (Wętka) z rodami swymi; są zaś oni lackiego rodu”.

Chociażby jednak stary kronikarz słowiański o lodzie bajecznych patriarchów wschodnich plemion lackich nic był nam nie powiedział, nie potrzeba by wielkiej przenikliwości badawczej i znajomości dawnych cech, charakteryzujących, najdalej na zachód wysunięte, lackie plemiona, aby znając choćby tylko dzisiejsze, najistotniejsze cechy naszego plemienia, dostrzec pomiędzy nami a znaczną częścią ludności, zamieszkującej gubernie: Kałuską, Orłowską, Tulską, część Kurskiej i zachodnią część Riazańskiej, wiele wspólnych rysów.

Pomijam już tu wzgląd tak ważny, jak język, który, pomimo zatracenia dźwięków nosowych i przybrania przez to pozornej powierzchowności wielkoruskiej zachował niemało wyrazów, nieużywanych wcale W języku wielkoruskim, pomijam i inne, zresztą dotąd należycie przez naukę nieustalone, rysy plemion wielkoruskiego i lackiego. – Rzecz to nauki i przyszłych jeszcze długoletnich dociekań. Zwrócimy tu uwagę na inne cechy.

Przede wszystkim więc, co dla czytelniczek naszych, sądzę, powinno być argumentem nie tylko najpoważniejszym, ale wprost decydującym, niewiasty wschodnich Lachów są piękne.

Dziewczyny lackie z dalekiego wschodu posiadają ten niewysłowiony urok i wdzięk, dzięki którym Turgieniew obdarzył literaturę rosyjską takimi przedziwnymi perłami poezji swojej, jak Zapiski Myśliwca1, ten urok i wdzięk, które, jak wiemy od niewątpliwego znawcy wdzięków niewieścich, Heinego, są podobno wyłączną właściwością niewiast lackich.

Te najbardziej dostrzegalne, najbardziej realne cechy niewieściej piękności: budowa i wielkość ręki i stopy, pomimo ciężkiej pracy fizycznej, przechowały się wśród łaszek tutejszych z przedziwną doskonałością. Gdy się widzi spracowaną rękę tutejszej dziewczyny, musi się podziwiać jej piękność, a jeszcze bardziej piękność prześlicznej stopy, gdy niezazdrosne lato, uwolniwszy ją z niezgrabnego łapcia lipowego, każdemu ukazuje jej wprost artystyczną budowę. Nawet w kraju macierzystym, nawet chyba i w samej Warszawie, może tylko najpiękniejsze rączki i nóżki mogłyby się kusić o porównanie z tymi wdziękami córek Radima i Wętki. A cóż mówić o innych rysach niewieściej urody, ocena których jest bardziej zależną od naszych subiektywnych pojęć o pięknie!

Laszki wschodnie jednak nie tylko są piękne, ale, co ważniejsza, a co, jak wiemy, jest rzeczą nierównie trudniejszą, umieją być pięknymi.

Ich stary, archaiczny strój słowiański, tu, w tym jedynym zapewne na całym świecie zakątku, w wielkich niedostępnych borach, z niezwykłą czystością, z przed wieków chrześcijańskich dotychczas zachowany, nadzwyczaj temu współdziała.

Strojem łaszki tutejszej, dopóki za mąż nie wyjdzie, jest to, co w Grecji chitonem zwano, a po polsku koszulą się zowie. Ubrać się w samą koszulę, nie dla jakiejś przelotnej krotochwili, ale jako w zwykłą, codzienną, świąteczną i powszednią szatę, nie jest tak łatwo.

Aby czytelnicy moi właściwie mogli zrozumieć to, co niżej o tym mówić będę, proszę sobie wyobrazić, jakie to zamieszanie zapanowałoby u nas, gdyby tak raptem wszystkim naszym pannom, choćby tylko na dzień jeden, wypadło wystąpić w tym stroju naszych praprababek! Wtedy dopiero zrozumielibyśmy, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa odzież i jak dziś rola ta jest bardzo, bardzo daleką od właściwej.

Na pierwszy rzut oka wydaje się jako pewnik niezbity i tak nawet z początku sam mniemałem, że ubrać się w koszulę może tylko piękna, ale tak właściwie nie jest. Aby bowiem i piękna mogła się tak ubrać, musi się ubrać w taką odzież pięknie.

Gdy się jednak i temu warunkowi uczyni zadość, trzeba nauczyć się sztuki jeszcze trudniejszej, mianowicie, sztuki zachowania się w tak wielce uproszczonej odzieży, nauczyć się nosić ją pięknie. I wtedy dopiero okazuje się, że jest to odzież dla drugiej połowy rodzaju ludzkiego wprost idealna: potęgując bowiem najdrobniejszy wdzięk niewieści do stopnia najwyższego, z lichwą pokrywa nawet i bardzo przykre braki i jest strojem prześlicznym nawet i dla niepięknych dziewczyn.

Pozwalam więc tu sobie z tego względu przypuszczać, że przede wszystkim ta konieczność przystosowania się do tak niezłożonej odzieży w ciągu wielu i wielu wieków musiała wyrobić w kobiecie tutejszej wielkie poczucie piękna i harmonii. Wielkie dlatego, że zmuszone do obracania się w granicach tak ciasnych, z góry niejako zmuszonym było jak najściślej stosować się do najgłówniejszej podstawy wszelakiego piękna – prostoty.

I rzeczywiście. Rozwinięcie wśród niewiast tutejszych poczucia piękna i harmonii jest wprost niezwykłym. Ujawnia się to i w wewnętrznym, i w zewnętrznym ich życiu.

Gdy się ujrzy tutejszy barwny tłum niewieści, w pierwszej chwili nie chce się wierzyć, że jedyną odzieżą tego tłumu ślicznego jest tylko koszula, tak ta skromna odzież jest upiększoną i ozdobioną. Prześliczne wyszycia zdobią ramiona i rękawy, a często i dół, a wypuszczona spod wąziutkiej przepaski, lekko obejmującej giętką kibić, górna część koszuli sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie odzieży, złożonej z kilku zupełnie różnych części; z jakiejś spódnicy i bluzki, bufiasto na spódnicę spadającej i dopiero po bliższym rozejrzeniu widzi się złudzenie.

Czyż potrzeba dodawać, że piękne łaszki w swej odzieży więcej niż skromnej, aby zachować swój urok i wdzięk muszą być nadzwyczaj skromne. Skromne przede wszystkim w ruchach i co już zatem samo z siebie niejako wypływa, skromne i w mowie i w całym swym obejściu się i zachowaniu z ludźmi.

Te proste, spracowane dziewczyny wiejskie mogłyby dla wielu i wielu pań z tak zwanego, nieraz i wcale niezłego towarzystwa być wzorem niezrównanej miary w stosunkach z ludźmi, godności i elegancji, wprost wyszukanej. Gdy się widzi je przy ciężkiej, nieraz brudnej pracy, jak one chodzą, jak się poruszają, jak pracują, jak się zachowują, szczególniej w obecności obcych mężczyzn, jak w każdym ruchu, z każdego słowa przebija jakaś dziwna ogłada, godność, szczególniejsza umiejętność zachowania miary i harmonii we wszystkim, jakaś przyrodzona delikatność i łagodność, wierzyć się nie chce, że to nie są jakieś bajeczne, zaczarowane księżniczki, które tylko los surowy rzucił tu kapryśnie.

Drugą charakterystyczną cechą łaszek tutejszych jest ich niezwykła śpiewność, o jakiej u nas nikt już pojęcia nie ma. Dopiero, gdy tu pomieszka się trochę dłużej, zaczyna się rozumieć podziw i zachwyty niemieckich kronikarzy nad śpiewnością Lachów zachodnich, bo dawne obrazy, pozostawione nam przez tych mnichów surowych, dopiero tu realizują się w obrazy pełne rzeczywistego życia i niewątpliwej prawdy.

Tu, bowiem widzi się własnymi oczami, słyszy własnymi uszami, że słowa kronik, tchnące entuzjazmem dla dziwnej poezji, wcielonej w życie powszednie ludu rolniczego, poezji głośno przemawiającej do oczu, uszu i uczuć surowych apostołów krwi i miecza, za pomocą dziwnego zespolenia barw, pląsów, śpiewów, wesela, łagodności i szlachetności, widzi się powtarzam, dopiero tu, że te słowa starych kronik są najprawdziwsze, że nie ma w nich cienia przesady, że kiedyś, kiedyś, przed wiekami, wszędzie u nas tak było.

Przy najcięższej, najznośniejszej pracy kupka dziewczyn tutejszych, a nawet i mołodek (młodych kobiet) to chodząca orkiestra, zawsze zespolona i nastrojona, zawsze zgodna i ochocza, pełna ognia i wesela i grająca na najcudowniejszym instrumencie – na żywych strunach młodych gardziołek niewieścich.

Nawet przy pracy tak przykrej, jak wywożenie nawozu, pracy, wszędzie gdzieindziej odbywającej się ponuro, niechętnie, jako brudnej, często wstrętnej, trzeba tu posiedzieć dzień jeden na podwórzu, w którego oborach, stajniach i chlewach odbywa się podobna robota, aby się poczuć przeniesionym w ową bajeczną krainę piękna i poezji, przez niemieckich kronikarzy z takim podziwem opisywaną. Od rana do późnej nocy, aby tylko w jakim najbardziej dusznym zakątku udało się zgromadzić dwom – trzem dziewczynom, dźwięczy pieśń srebrzysta, pełna wdzięku i piękna; a jeżeli w podwórzu, w kilku oddzielnych budynkach, pracuje ich ilość większa, rozbrzmiewa bez przerwy całe podwórze echem tonów melodyjnych.

I przyznać muszę ze wstydem, że złym chyba byłbym zbieraczem poezji ludowej. Ilekroć razy tę cudowną muzykę pieśni przy pracy ciężkiej słyszeć mi się zdarzało – a zdarzało się setki razy, nie pomogły nigdy z góry czynione postanowienia, że dziś, oto, wsłucham się w pieśni przedziwne, zapamiętam lub zapiszę słowa, zaznajomię się z melodią. Rwący potok dźwięków czarownych porywał mnie zawsze w inną krainę, a barwny obraz, który snuł się jednocześnie przed oczami, nadając często marzonym obrazom zaginionej przeszłości charakter prawdy realnej, niewątpliwej, kazał zapominać o wszelkich postanowieniach... – Chłonąłem w siebie piękno życia ludzkiego, tak rzadko na świecie spotykane, chłonąłem wszystkimi władzami swej duszy i zapominałem o wszelkich postanowieniach...

I nie wiem dlaczego, czy wskutek samopodniety swym śpiewem, czy z innego względu, dość, że przy pracy otaczały mnie tu zawsze twarze i spojrzenia wesołe, chętne i radosne; błyszczące oczy świeciły zawsze jak gwiazdy i choć nieraz pot ciurkiem spływał z pracujących w znoju ciężkim, często o suchym kawałku chleba, rzadko, bardzo rzadko wypadało mi karcić lenistwo.

A jak niepodobnym jest nasz śpiew ubogi do wspaniałego, artystycznego, chóralnego śpiewu tutejszego! Śpiew bowiem arcyumiejętnie rozdziela się tu na glosy i niech się zejdą, nie trzy, lub cztery, ale choćby tylko dwie dziewczyny, nigdy unisono śpiewać nie będą. I stosownie do tego śpiew nie nazywa się śpiewem, ale grą, zamiast śpiewać, mówi się: grać. Wyrazu śpiewać w tym sensie, jaki my mu nadajemy, nikt tu nie rozumie. I rzeczywiście, śpiew jest tu grą, najbardziej do gry na organach podobną. Każda z uczestniczek – to jedna dutka, która będąc choćby i najsłabszą przy umiejętnym współdziałaniu znaczy wiele; naturalnie, największe znaczenie mają głosy najsilniejsze, o najszerszej skali. – Wielkie chóry zbierają się zwykle w dnie świąteczne, największe – przy najpiękniejszej, najbardziej poetycznej pracy rolniczej – Pry sianokosie.

Jeżeli w ogóle do każdej pracy z większą ilością ludzi, przy której i niewiasty są używane, te ostatnie zawsze wychodzą strojne i wyjść na robotę pomiędzy ludzi w odzieży, choćby trochę nieupiększonej, należy do bardzo złego tonu, to do sianokosu, na łąki, wszystko się zdobi i stroi szczególniej. Nawet chłopcy ubierają się odświętnie w czyściutkie koszule, podpasane barwnymi paskami, a kto nie ma butów, nakłada przynajmniej łapcie nowiutkie.

Sianobranie bowiem jest właściwie i żono i mężobraniem; tu się zawiązują trwalsze stosunki pomiędzy młodzieżą, tu parobczaki wypatrują, które z dziewczyn, wychodzących na wielkie targowisko życiowe, najbardziej przypadają im do gustu, są strojne, ładne i składne i do śpiewu, i do roboty, i do tańca, i do różańca.

Więc sadzą się dziewczyny na ten przegląd decydujący, jak na wielkie wyjście w świat szerszy; najuboższa, najbiedniejsza wychodzi pomiędzy ludzi, jak piękny kwiatek polny – skromniutka, czyściutka i bielutka, wyszywkami i rumieńcami ozdobiona jak różyczka wiosenna.

A chłopy białe chodzą między swymi strojnisiami poważnie jak bociany, zanim ustawieni w sznury jak żurawie, nie zaczną się nasadzać, aby wobec tylu krasawic nie pokpić sprawy, rozmachem sprostać najdzielniejszym. I gdy się spiętrzą pierwsze wały kwiecistej zieleni, a pot perlisty zrosi czoła kosiarzy, gdy wśród dźwięku i brzęku kos, jakby dla pokrzepienia pracujących zagra cudowna pieśń niewieścia, grzmi wielka i potężna, aż się chłopy zasłuchują, a zielony kobierzec łąk przedstawia wtedy widowisko w swoim rodzaju jedyne.

W jakiej mierze ta śpiewność, ta muzykalność niewiast tutejszych współdziałała rozwojowi wśród nich poczucia piękna i harmonii, o tym długo mówić nie trzeba. Rozstrzygnąć zaś teraz, co było źródłem pierwszym tego poczucia lub źródłem główniejszym, jest niepodobna. Było i jest oddziaływanie wzajemne, splecione z sobą nićmi bardzo splątanymi, sięgającymi w przeszłość bardzo zamierzchłą.