Opis

Zerwanie dla dojrzałego mężczyzny nigdy nie jest prostą rzeczą, zwłaszcza, gdy kobieta, z którą trzeba zerwać jest inteligentna, zabawna, piękna i seksowna. Powiedzenie sobie w takim przypadku:"to nie to", jest co najmniej trudne. Większość mężczyzn… nieważne, przecież Wojtek Kubicki zwykły nie jest.

Po pierwsze: jest Zmiennym, czyli istotą należącą do świata Nadnaturalnego. Po drugie: jest Inkwizytorem Preternatural Bureau of Investigation. Po trzecie: należy do Watahy Yi Hyeon Ju, a to już jest i błogosławieństwo, i spora odpowiedzialność. Nawet taki dekiel jak on, to wie. 

Na szczęście Wojtek nie ma czasu na rozważanie swojej domniemanej głupoty, bo musi się zająć śledztwem. Dostaje dwie sprawy, które się łączą, i Saszę Nogaiłowną, Nieśmiertelną Śledczą PBI, jako partnera. Wampirzyca bywa jego przyjaciółką, bywa takie jak papier ścierny i Wojtek nie wie, jak poradzi sobie z nią, śledztwami, zerwaniem i żałobą. 

Sasza wie, że śledztwo w Kyoto będzie najtrudniejszą sprawą w jej życiu, to znaczy w karierze. Jest tam bowiem i Cesarzowa, i znikający Nieśmiertelni, jest obsydianowe lustro, którego Sasza nie znosi, jest żałoba, jest w końcu i Wojtek, który jest przekleństwem jej życia. 

Tak przynajmniej Sasza myśli, nim nie dowie się, że prawdziwe przekleństwo jej żywota wpadło na jej trop i zastawiło na nią śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. 

Czy upiory są silniejsze niż miłość? Co można zobaczyć w obsydianowym lustrze? Czy naprawdę trzeba się zakładać o  w s z y s t k o?

 

O tym w "Akcja ’Apokalipsa’", w siódmej części "Drogi Smoka". 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


AKCJA "APOKALIPSA"

DROGA SMOKA, TOM 7

Monika Lech

ISBN 978-83-953592-7-9

Szacowni Czytelnicy,

Oddajędo Waszych rąk kolejny z moich romansów. I w nim bohaterowie sąomylnymi istotami, które mająwięcej wad niżzalet i które z lubościąomawiajązarówno swojeżycie wewnętrzne, jak i intymne. Nie przyznajęsiędo wiary wżadne duchy, upiory, magięi wilkołaki, ale nie walczęz tym, kim sąmoi bohaterowie.

A propos postaci: każda z moich książek ma zwykle parębohaterów, wokółktórej rozwija sięakcja. Jednak nie ma dla mnie "nieważnych" postaci. Można powiedzieć,że członkowie Watahy Yi Hyeon Ju sąbohaterem zbiorowym wszystkich moich książek i tak właśnie ich traktuję. Oznacza to,że ich także dopuszczam do głosu i pozwalam im na dygresje i na dywagacje. No co? LubięHerodota!

Czytacie zatem na własnąodpowiedzialność.

Ze względu na drastycznośćjęzyka i obrazów niniejsza książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłego odbiorcy.

"Akcja ’Apokalipsa’" jest wytworem fikcji literackiej. Jakiekolwiek podobieństwo do osób czy wydarzeńjest niemożliwe i całkowicie przypadkowe.

Credits:

ゥMonika Lech 2020

Cover photos by Monika Grabkowska on Unsplash and GDJ on Pixabay

Książka, którąmasz w ręku, jest dziełem twórcy i wydawcy, którzy prosząo przestrzeganie ich praw do dzieła, które stworzyli i wydali. Książka nie może byćpowielana i przekazywana bez zgody Autora. Cytowanie i omawianie musząodbywaćsiębez ingerencji w jej treść.

Chapter 1: Czasłez

Kyoto, Japonia, 14-15 września 2062

Lachlan

Uwielbiam Kyoto. Uwielbiam w nim wszystko - od ludzi po architekturę. Kuchnia, przyroda, muzea, powietrze. Wszystko, ale to dosłownie wszystko sprawia,że często przychodzi mi do głowy,że to jest kapitalne miejsce na emeryturę. Z nią.

Często wyobrażam sobie, jak będzie wyglądaćnasza emerytura. Rozmawiamy o tym i dyskutujemy coraz częściej. Przymierzamy siebie do różnych miejsc, jak przymierza sięubranie przed zakupem, czy sprawdza siękanapę, nim wymieni sięmeble w salonie.

Szkockie Highlands odpadły najszybciej. Jak twierdzi moja ukochana: "owce i ludzie musząsięod siebie różnićwyglądem", a na wzgórzach sięnie różnili. Przynajmniej jej zdaniem. Nie powiem o tym kuzynowi Fergussowi. Biedak myśli,że nie zdajęsobie sprawy z tego,że sięw niej podkochuje, rudy idiota z wodogłowiem. Pastuch ubogi duchem. Wszyscy wiedzą,że kocha sięw każdej kobiecie, która go przepije. Wątrobęma coraz słabszą, więc niebawem przepije go licealistka.

Później odrzuciliśmy Paryż, bo banałmusi miećjakieśgranice. Na tej samej zasadzie odpadły Prowansja i Toskania. Ja odmówiłem zamieszkania w Moskwie lub ogólnie w Rosji. Na emeryturze będęex-żołnierzem i chcęsiępożegnaćz bronią, a nie wyprowadzaćczołg z garażu, kiedy idęna zakupy.

Od kilku lat tak dyskutujemy, wyobrażając sobie rozmaite scenariusze i scenerie. Na razie na czele listy sąSycylia, okolice Cefalu, i Japonia, ale tu nie wiemy czy Kyoto, czy Tokyo.

Celem mojej obecnej misji jest znalezienie wystarczającej ilości argumentów za Kyoto,żeby dama mojego serca nie miała innego wyjścia, jak tylko z gracjąugiąćsiępod naporem mojej logiki, zgodzićsięna to miasto, a następnie daćsięzanieśćdołóżka. Potem to jużpójdzie z górki. Włóżku umiem przekonywaćjąbrajlem do swoich racji.

Porwęjąi przywiozętutaj jużza trzy tygodnie. Pod warunkiem,że znajdęmiejsce godne poważnej uroczystości, którąmam w planie.

Jestem zatem na rekonesansie. Podszedłem do tego, jak do każdej misji wojskowej. Najpierw: rozpoznaćteren. W Kyoto nie brakuje drogich hoteli, eleganckich zajazdów, przytulnych miejsc. Jest ich mnóstwo, ale ja szukam czegośrzeczywiście wyjątkowego, z dusząi klimatem, intymnościąi klasą. Jużtrzeci dzieńłażę, pytam, sprawdzam, wkładam pysk wszędzie, gdzie mnie tylko wpuszczą. Dobra bezściemy: wpuszczająmnie wszędzie, bo nie znam miejsca, w którym by nie lubiano pieniędzy.

Zwykle nie obchodzimy rocznic. W naszym przypadku to raczej, no, lekki idiotyzm. Jednak ta rocznica jest i będzie wyjątkowa, bo jest okrąglusia jak szwajcarski ser i piękna jak ona, jak moja przyszłażona.

Dlatego jużtrzeci dzieńnoszęprzy sobie mój amulet - pierścionek zaręczynowy.

Tak! Oświadczam się! Jestem poważnym gościem, nie mam zamiaru w nieskończonośćczy bez sformalizowania naszej sytuacji, jedynie sypiaćz kobietą, którąkocham. Chcębyćmężem. Chcębyćjej mężem. OK, poczekamy trochęześlubem, bo musimy zakończyćkilka rzeczy, które mamy na tapecie, ja i ona, aleślub będzie. I będzie wesele. Chcębyćpewny,że jest moja, chcęmiećmilion procent pewności. Chcęusłyszećjej "tak".

Kupiłem jej wyjątkowy pierścionek. Czarny diament otoczony przez mniejsze, fiołkowe, osadzony w platynie. Wszystko pasuje do niej. Niezwykłośći tajemniczośćczarnego kamienia, blask fioletowawych, przypominających mi kolor jej oczu, i platyna jak jej włosy. Tak, jestem zakochany. Nie, nie "zakochany". Zakochany to byłem, kiedy jązobaczyłem i kiedy udało mi sięjąuwieść. Teraz kocham jąjak oddech, jakżycie, jakświatło. I wiem, co to znaczy "kochać", z czym to sięwiąże. Wiem,że to ani nie jest proste, ani cukierkowe.Że czasem sięna siebie krzyczy, czasem sięobraża, czasem sięrzuca poduszkami, ale wiem,że piękno miłości jest ogłuszające. Wiem,że nie chcęniczego innego wżyciu, niczego prócz tego, co trudne - z nią.

~~*~~

Zbiegłem po schodach, machnąłem rękąrecepcjoniście, czterdziestolatkowi, połowęmniejszemu niżja i zaśmiewającemu siędołez z mojego wzrostu i rudych włosów. Wczoraj mu opowiedziałem szkockąbajkęo złośliwych skrzatach. Nie obraziłsię, zaprosiłmnie na sake. Nie wiem, czyżona wpuściła go do domu, bo sporo wypiliśmy. Odstawiłem go taksówkąi patrzyłem, jak chwiejnie wspina siępo schodach. Najgorsze, co mogło mu sięprzydarzyć, to noc na wycieraczce. Każdemu sięprzydaje takie doświadczenie. Zaczyna siępo nim doceniaćdom i własnełóżko.

Gdybym pojawiłsięna progu mojej przyszłej narzeczonej w takim stanie, w jakim byłAkira, kiedy odstawiłem go do domu, to wylądowałbym na trawniku w ciągu sekundy. Kazałaby mi wytrzeźwieć, iśći kupićjej kwiaty i stawićsięw ciagu godziny w formie, która nie urąga przyzwoitości.

Uwielbiałem to,że nie mażadnych kłopotów z pokazaniem mi mojego miejsca. Uwielbiam to,że jest silna, nie udaje kogoś, kim nie jest, i wie, czego chce. Kochałem to,że jeśli czegośnie chce, to nie robi minek, tylko mówi "nie".

Wszystko w niej kochałem. Dobrze,że moja jedyna nie jest terrorystą. Na najmniejsze skinienie jej palca oddałbym jej tartan i koszulę, i co tylko by chciała, nawet półkrólestwa, zwłaszcza gdyby tym królestwem miała byćAnglia.

Głowa na zewnątrz, rozejrzećsię. Było ciepło, za ciepło na to, jak sięubrałem. Na górę, zmienićkoszulęna jasnąi lżejszą, i buty na bardziej eleganckie. Będędziśchodziłpo wyrafinowanych miejscach, nie mogęwyglądaćjak amerykański turysta na urlopie z jego "missus". Noblesse oblige, zwłaszcza jeśli jest prawdziwąnoblesse.

Wychodziłem z ryokan, gotowy do rozpoczęcia kolejnego etapu szukania miejsca idealnego, kiedy zadzwoniła moja druga ukochana kobieta naświecie, Andy Niwiński.

- Lachie! Lachie! Jesteśtam, słonko?

Shit, cośsięstało, bo miała bardzo przestraszony głos. Włączyłem więc mój legendarny szkocki czar na full volume. Zwykle umiałem jąprzynajmniej rozśmieszyć.

- Hej Andy. Jestem, co…

Wojtek

Tego konkretnego dnia międzynarodowe lotnisko w San Francisco wydało mi siępiekłem na ziemi. Byłem prawie pewien,że to wcale nie byłnajgorszy dzieńna tym lotnisku. To byłpo prostu mój najgorszy dzień, najgorszy ever. Nie pamiętam, czy pośmierci mamy czułem sięrównie do dupy? Byłem wtedy chyba zbyt mały,żeby rozumiećtakąstratę.

Wróć, mupecie, wróć.Łażenie po mentalnym cmentarzu nigdzie cięnie zaprowadzi. Będziesz tylko bardziej… zirytowany.

A byłem rozjebany, nie tylko zirytowany. Przeszkadzało mi prawie wszystko. Zbyt wysokie głosy zapowiadające loty, zbyt uśmiechnięte hostessy. Za bardzo spieszący siębiznesmeni, przeciskający sięnazbyt blisko mnie. Zapach sosu sojowego i gorącego oleju, dochodzący zewsząd. Zauważalne miganie jednej ześwietlówek. Jedno, co mnie nie doprowadzało do szału, to wystawy lotniskowych sklepów, gdzie królowała "nu nostalgy", czyli popkulturowy powrót wszystkiego, co wiąże sięzćwierćwieczem 1990-2015.

Zawsze mówiłem,że nie jestem amonitem, tylko trendseterem i, kurwa proszę, miałem rację. Nie ma sięco wstydzić,że siętym jaram. Zrobiłem zdjęcie dla piekielnej baby,żeby przestała sięze mnie nabijać, kiedyśpiewam "Everything I do, I do it for you" przy niewolniczej pracy na budowie i/albo w kuchni. Może przestanie mój gust nazywać"kulturnym pochabstwem", czyli kulturalnąsprośnością, a mnie samego: "niewydarzonym muszkieterem".

To była jedyna dobra myśl, jedyna rzecz, która sprawiała,że nie siadłem i nie zacząłem siękiwaćw tyłi w przód jak osierocone dziecko. Czasem możliwośćutarcia nosa przyjaciołom jest jedynąrzeczą, która pozwala nam doczołgaćsiędo celu.

Zaciskałem i rozluźniałem dłonie, kiedy wysoce irytujący głos nawoływał, po raz chyba osiemdziesiąty: "Miss Omi Nobunaga, please report to special security B1". Kilkanaście minut później, tużprzed otwarciem mojego gate’u, podobny, wysoki głos zaćwierkał: "Miss Omi Nobunaga is requested immediately to gate A21". Nie mogłem uniknąćmiss Omi Nobunagi, bo najwyraźniej była VIP-em, który zaszczyciłmój lot. Kiedy wpadła, cała w błękitach i kwiecistych apaszkach, zauważyłem tylko,że była niewysoka, drobna i miała twarz lali. Porcelanowej lali. Doskonale piękną, umiejętnie umalowanąi z niewielkim pieprzykiem z tyłu, za lewym uchem. Pachniała czymśkwiatowo-pudrowym, co prawie zatykało nos, bo było tak słodkie. Pachniała teżleciusieńko krwią, co w przypadku kobiet nie jest niezwykłe, ale na niej ten zapach jakośdziwnie mi przeszkadzał.

Przypisałem to mojemu ogólnemu wkurwowi. Na wszelki wypadek - pomyślałem sobie - poproszęstewarda o przesadzenie mnie do klasy ekonomicznej. Siedzenie w business z tym pudrowym zapachem w zasięgu nosa, było poza granicami mojej wytrzymałości.

Widziałem większe lotniska. Byłem na bardziej zatłoczonych. To nie było jakieśwyjątkowe. Jednak tego dnia San Francisco było dla mnie koszmarem. Na tym lotnisku przekonałem się, ile sięjeszcze muszęnauczyćo opanowaniu, o moich emocjach. A takim byłem cwanym misiem! Takim mupetem, któremu sięwydawało,że wie, co to znaczy "trzymaćsięw kupie". Gówno wiedziałem.

Przynajmniej tyle dobrze,że jestem tutaj sam i nikt nie widzi, jak były komisarz Wojciech Kubicki irytuje sięzapachem mydła w kiblu i dywaguje o zapachu perfum, który mu zatyka zatoki, a robi wszystko to,żeby nie myślećo rzeczach ważnych i zjebanych.

W ogóle nie wiem, czy cośmyślałem, przynajmniej na początku. Wiem,że modliłem siębez przerwy: "Spraw,żeby to nie była prawda, spraw,żeby to nie była prawda".

Tego dnia zrozumiałem sensśpiewania mantr. Doprowadziłem do tego,że odprawiłem sięna autopilocie i na autopilocie posadziłem dupęw samolocie. W głowie nie miałem nic więcej, tylko: "Spraw,żeby to nie była prawda". Potem było lepiej.

Mój mózg dalej kręciłsięjak wirniki silnika, który miałem za plecami, to prawda, ale wziąłem sięw garśći w pracy zacząłem szukaćdystrakcji i czegoś, co mnie pochłonie, zmusi do wyjścia z mentalnego hadesu. Tak, znam trudne słowa. Mam doktorat z prawa. Ale jestem teżprostym chłopakiem z krakowskiego Podgórza i lubięokazjonalnie rzucićkurwą.

Najgłupsze, lub najrozsądniejsze, z tego, co zrobiłem było stopniowe wyciszenie wszystkich moich zmysłów. Jeszcze niedawno nie wiedziałem,że to umiem, ale kiedyś, zupełnie przypadkiem, odkryłem,że mogęnie czućnic i słyszećniewiele. To było mniej więcej tak, jakbym byłw stanie otoczyćsiękopułądeprywacji sensorycznej. Mogłem w tę"strefęzero" wciągnąćinnych, na razie jednąosobę, ale wiem,że jeśli poćwiczę, to tęumiejętnośćrozwinę. Może mi sięprzydać.

Może także okazaćsięsamobójstwem. Mamy zmysły po coś. Mamy je,żeby nam pomagały, ostrzegały oraz informowały. Jednak na lotnisku w San Francisco nie byłem zainteresowany posiadaniem systemu informacyjnego. W tamtym, konkretnym momencie, nie chciałem używaćżadnego ze zmysłów, a mózg chciałem miećpusty jak student kieszenie.

Sasza

Z całej tej "wycieczki" do Władywostoku, to najlepsza była droga, chyba dlatego,że mi sięnieśpieszyło jakośspecjalnie. Lubiępodróże. Zwykle milczę, kiedy jestem w drodze i moi towarzysze zawsze to szanują. Znająmnie - to raz, dobrze ich dobieram - to dwa.

Słuchamświata, kiedy jestem w drodze. Ja lubiędźwięki.

Moi mówią"tisze jediesz, dalsze staniesz", no sztosz, dla mnie jest mało ważne,że jak sięsiedzi cicho i nie zwraca sięna siebie uwagi, to sięzwykle i dociera dalej. Ja tam myślę,że "tisze jediesz,łutsze jediesz" jest bardziej prawdziwe. W ciszy siępo prostu lepiej podróżuje. Na szto trzaskaćpyskiem, zwłaszcza po próżnicy, kiedy tyle siędzieje dookoła?

Aleksandro Nogaiłowna, mniej rusycyzmów, proszę. Panujemy nad językiem. I po angielsku, po angielsku.

To nieprawda,że nic nie słychać, kiedy człowiek jedzie konno. Nieprawda,że nie słychaćnic innego, tylko tętent. To bzdura, bo kopyta na każdym podłożu brzmiąinaczej. Miękko, prawie czule, kiedy prowadzi siękonia po mchu. Woda mlaśnie i plaśnie wtedy raz czy drugi, akompaniując kopytom. Na kamieniach to czasem nawet słychać, jak leci iskra. Końraz ma dobry humor, a raz jest zirytowany i wrażliwy jak panna w czasie pierwszego balu i te jego humory, jak humory jeźdźca, słychaćw tym, jak zwierzęchodzi, tańczy, rży, parska, jakświszcze jego ogon, którym bije siępo bokach, kiedy obsiądągo meszki, słychaćje nawet w tym, jak puszcza bąki.

Sąmomenty, kiedy echo niesie dźwięki daleko, sąteżtakie, kiedy odgłos szybko umiera, zduszony przez mgłęlub drzewa. Jakby natura kneblowała niektóre tony, a innym pozwalała sięnieść, hen, daleko. Jakby sama miała humorki i decydowała,że w moll jest OK, a w dur jużniekoniecznie.

Ludzie mówią, meszkiśpiewają, woda szemrze, a czasem gulgocze, las szumi, zwierzęta sąwszędzie i wszystko szeleści. Ty, człowiecze, sam masz w głowie melodie, które grająjak playback do rzeczywistości. Taka podróżjest w ogóle jak fotoplastykon, lub lepiej jeszcze, jak stare kino, w którym jesteśtaperem, przygrywającym Flipowi i Flapowi do ich przygód.

Na pierwszym postoju napisałam list. Jak należy, odręcznie, piórem ze stalówką. Nie miałam sztucznegoświatła, bo jechaliśmy lekko. Pisząc przy ognisku, czułam się, jakbym grała w "Michel Strogoff" Julesa Verne. Teraz jużsiętego nie czyta, a to jedna z lepszych książek Verne’a i taka, która sięnie zestarzała. Piękna miłość, piękna przygoda. Tatarscy rebelianci, zdrada carskiego pułkownika, piękna Nadia jadąca do swego ojca-zesłańca i sam carski kurier, MichałStrogoff,śpieszący się,żeby przestrzec carskiego brata przed zdradzieckim atakiem na Irkuck. Pamiętam, jak to czytałam pierwszy raz, z wypiekami na twarzy. Nawet teraz czułam się, jakbym była wśrodku jakiejśksiążki, jak dziewczynka ciesząca sięna przygodę, która zaraz sięzacznie. Kagda ja była riebionak? Kiedy byłam dzieckiem?

Nigdy. Nu eta nie ważno, Aleksandro Nogaiłowna. Eto nisztożnyje. Błahostka.

Z Irkucka do Władywostoku jest ze trzy i półtysiąca wiorst, czyli daleko, ale komu to przeszkadza,że ja jestem dalej niżcarski kurier siękiedykolwiek zapuścił? Jestem tak z cztery tysiące kilometrów na wschód, licząc po ludzku, nie według starych miar.

Siedziałam i pisałam list, bo tak trzeba, tak każe zwyczaj, a zresztąja sama pisaćlubię. Jestem staroświecka. Potrafiępisać, kciuk mnie od tego nie boli. Nieraz słyszałam,że "pismo jest zwierciadłem duszy", więc piszętak,żeby nikomu do głowy nie przyszło krytykowanie stanu mojej duszy. Niektóre ptaki sądo tego zdolne.

"Szacowny mój Artiomie Wiktoryczu…

Pisałam z takim formalnym zadęciem do osoby, z którąutrzymywałam sporadycznie stosunki o charakterze męsko-damskim. Kręciłam głową, pisząc to iśmiejąc sięz siebie, i byłto bardzo nowoczesny gest w dekoracjach i roli, w której sama sięobsadziłam.

"… Kiedy wracam myślądo samych początków naszej znajomości, to w głowie mam jedno, to tylko,że spotkaliśmy sięw złym czasie i w złym miejscu,że Los naszej znajomości nie błogosławił, Artiomie Wiktoryczu.

Mnie liczne obowiązki, zarówno te wobec mojej Matki jak i te wobec mojej Władczyni, trzymająw permanencji z dala od Ciebie, Artiomie Wiktoryczu, nie dając mi nawet czasu na spokojnąz Tobąrozmowęi objaśnienie Ci stanu duszy mojej.

Jednakowożi ten czas, i oddalenie posłużyły mi ku większemu w uczuciach moich rozeznaniu i uzyskaniu pewności,że sąrzeczy, które trzeba wypowiedzieć.

Dlatego teżpiszęmój list, Artiomie Wiktoryczu, dokonawszy takiego rozeznania i zobaczywszy prawdęw całym jej nagim splendorze".

Nuładna, to jużwystarczy chyba tego objaśniania? Nawet durny by pojął,że dalej dobrze nie będzie, niet?

"Z bólem iżalem muszęCiępoinformować,żem podjęła decyzjęo stałym i definitywnym zakończeniu jakiejkolwiek naszej prywatnej, a czasem nawet intymnej, znajomości.

Zgodnie z naszymi Zwyczajami informujęCię, Artiomie Wiktoryczu, o tym pisemnie i pozostajęw wierze,że oboje przebolejemy stratętego, co sięmoże i zapowiadało na większe i ciekawsze, ale nigdy nie mogło sięziścić, z racji na nasze niedopasowanie na poziomie wartości i postrzeganiaświata oraz zważywszy na nieprzystawalnośćnaszych temperamentów".

No, to wiadomośćprzekazana.

Trzeba mu teraz rozmasowaćduszę. Koniecznie szerokimi ruchami. Tutaj subtelnośćjest zbędna i byłaby uznana za okrucieństwo.

"Jesteśartystąo głębokiej duszy, o talencie niezmierzonym i niezwykłym. Mojeświatło jest jak płomieńświecy przy tej pochodni, jakąpłonie Twój geniusz muzyczny.

Pozostajęz szacunkiem, uspokojona pewnością,że człowiek o Twoim formacie, wielki artysta i patron sztuki, długo samotnościąnękany nie będzie. Wiem,że niebawem będziesz cieszyłsiętowarzystwem kogoś, kto będzie przy Tobie stale i wiernie, kto będzie Ci muzą, Artiomie Wiktoryczu, kto będzie Ci przyjaciółką, kto będzie Ci czułątowarzyszkąTwego pełnego i twórczegożycia. Wiem,że szczęście postawi na Twojej drodze kogoś, z kim połącząCięwartości i wspólny cel.

Ze smutkiem zrodzonym z rozumu rozpoznaję,że niczym tym ja, istota o innej konstytucji duchowej, byćdla Ciebie, Artiomie Wiktoryczu, nie mogłam".

Teraz czas sięelegancko otrząsnąći patrzećw przyszłość. Osobnąprzyszłość, bo o innej, tylko słaby na umyśle może sobie roić.

Jakby to napisać?

O mam.

"Nie pora jednakowożpłakaćnad przeszłościąiżałowaćtego, co sięnie wydarzyło, bo i wydarzyćsiężadnym sposobem nie mogło. Oboje jesteśmy na tak próżneżale, Artiomie Wiktoryczu, za starzy i zbyt mądrzy.

Wszystkie prezenty, którymi w przyjaźni swojej i afekcie raczyłeśmnie obdarowaćw czasie naszej znajomości, prześlęspecjalnym posłańcem, razem z pełnym ich inwentarzem, do akceptacji dla Twego majordoma".

I zakończenie.

Definitywne, ale romantyczne i poetyckie.

"ŻyczęCi tedy, Artiomie Wiktoryczu, częstych wzlotów duszy w krainę, gdziełaskawie geniuszami rządzi Polihymnia i jej pozostałe siostry, Muzy.

Sasza N.R… etc…"

- Czort by to wziął, czujęsię, jakbym grała w marnym szkolnym przedstawieniu rolęszlachcianki z prowincji - powiedziałam na głos, a moi dwaj porucznicy zaczęli siępo prostuśmiać.

Wotżyzń. Jakich masz poruczników, takie masz wsparcie, człowiecze.

Wojtek

Nie wiem, jakim cudem Hyeon Ju wiedział, po co jadędo NY, ale wiedział, strach na wróble jeden. On widzi takie rzeczy. Nie, nie jest jasnowidzem, nie widzi przyszłości jak nasze psychofreaki, Andy, Oleg i Alex.

Nie musi. Wystarczyło,że przyglądałmi się, kiedy sięmiotałem. Mądry Wojtek po szkodzie. Mógłsię, dekiel jeden, miotaćbardziej wewnętrznie albo załatwićsprawęwcześniej.

Teraz to widzę, mupet durny,że decyzjęwykluwałem prawie rok. Wszystko, co jest, co było nie tak, zaczęło do mnie docieraćjakośwtedy. Pamiętam, bo to było mniej więcej w tym czasie, kiedy Nina znowu zaczęła siężywićtylko sernikami z mango, co było dla nas wszystkich wystarczającym sygnałem,że kolejne maleńkie Akanishi jest w drodze na tenświat. Narodziny dziecka w rodzinie sąchyba dla mnie motywatorem do ogarnięcia sięi popatrzenia na siebie, na to co, kurwa, robięze swoimżyciem i zżyciem innych.

W ciągu tego roku w NY byłem raz, w kwietniu. NY byłw Katanii wiele razy, ale ja wtedy byłem albo w Londynie, albo w Polsce, albo w Chinach. Nie celowo, rozjeżdżały siępo prostu nasze drogi.

Albo Hyeon Ju i Alex byli bardziej podstępni i mądrzejsi, niżmi sięwydawało.

Hyeon Ju nie musiałbyćjasnowidzem. Wystarczyło,że byłsobą. Ma gośćumiejętnośćpatrzenia i obserwowania w ciszy i bezruchu. Niewiele umyka uwadze Starego, a jużna pewno niewiele z ważnych rzeczy. I te rzeczy sobie potemłączy w spójny obraz i na nie reaguje. Albo nie.

Jeszcze niedawno reagowałponoćna wszystko, byłtypowym i zakamieniałym mikromanagerem, wkładałnos w każdy temat i interesowałsięabsolutnie wszystkimi.Życie jednak nauczyło go,że lider nie jest w stanie tak funkcjonować. Zawsze będzie miećjakąśślepąplamkę, pole niewidzenia, a konsekwencje mogąbyćkatastrofalne.

Oj, były. Zdrada, latami układany spisek, plan doskonalony długo i w ukryciu, i atak. Kilka tysięcy naszych zachorowało. Wiele setek nie przeżyło.

Hyeon Ju musiałwalczyćo swojeżycie, o naszeżycie.

Wygraliśmy wtedy i szef szef wszystkich szefów wyciągnąłz tego wnioski. Zamiast bawićsięw pracęoperacyjną, wreszcie wszedłdo Rady Nadzorczej i stoi teraz na jej czele. Jego miejsce, czyli "nudnąbiurokracjęi jeszcze nudniejsząmałąpolitykę", przejąłjego syn i naturalny następca - Alex Fitzwilliam.

Stary skupia siętylko na dużej polityce, na układach "międzynarodowych" i ma czas na pilnowanie swojej rodziny, w tym wypadku: mnie.

Mail, który miałem właśnie otwarty, a który miałbyćsiłą, która oderwie mnie od moich deklowatych dywagacji, przyszedłod niego i jegożony Parvaneh. Byłz czerwonym wykrzyknikiem, a jakby tego było mało, w temacie stało kapitalikami i jak wół: przeczytaj, nawet jeśli myślisz,że masz ważniejsze rzeczy na głowie.

Stary i królowa rzadko wysyłająwspólne maile, więc postanowiłem dorosnąć, przestaćsięnurzaćwe własnych problemach, sraćw gacie na myśl o tym, po co jadędo Kyoto i zabraćsiędo czytania.

Kiedy skończyłem, poprosiłem o herbatę. Czarnąi mocną.Żołądek mi sięzbuntowałi nie bardzo wiedziałem, po co mi były te szczegóły? Fakty i konkrety wystarczyłyby w zupełności. A fakt byłnastępujący: ktośzajebałśredniowieczne lustro i antyczny zwój. Konkret brzmiałtak: mam je znaleźć. Po co musiałem siędowiadywać,że lustro zostało zrobione w akcie buntu, bo jakiśskurwysyn zarządziłzbiorowy gwałt na czterech tysiącach dziewczyn? Motywacje sądobre w książkach, policjanci lubiądowody fizyczne.

A może było mi to potrzebne,żeby wyrwaćmnie z dupy i daćmi kopa? Nie wiem. Nic jużchujowi nie zrobię, nieżyje przecieżod setek lat, ale jakbym mógł, to bym gnoja odkopał, skopałi pogrzebałraz jeszcze, tylko płytko. Serio.

Tak, mam znaleźćdla mojego Biura dwie rzeczy. Lustro z obsydianu, ręczna robota, skradzione jakośpo roku 2000 z biblioteki prohibitów z Savannah. Bardzo cenna rzecz, bo podobno obdarzona nietypowymi właściwościami. Pochodzi z Mongolii, z czasów rozkwitu imperium Dżyngis Chana i jego potomków. Nie będęopowiadałjego historii tutaj, sami sobie przeczytajcie. Nie pożałujecie, nie wszystko o Mongołach wiecie, a prawdopodobnie to, co wiecie, da sięstreścićw jednym słowie: gówno.

Zdaniem niektórych lustro jest artefaktem i ma pokazywaćkobietom, które w nie spoglądają, prawdę. Jak napisano, jest ponoćszczególnie użyteczne dla królowych i w ogóle - kobiet u władzy. Tu włączyłem ciągle obecny, acz znikający sceptycyzm. Sraty-pierdaty. Prawda to jest ta rzecz, której nikt nie chce oglądać, a jużna pewno nie w lustrze. Ale co ja wiem, deklem jestem.

Druga rzecz, która zniknęła z Savannah, to jeszcze starszy okaz. Tym razem to nie artefakt, tylko prohibit czystej wody. To sięnazywa "grimoir", chociażnie jest grimoirem sensu stricte, nie jest bowiemżadnąksiążkąz zaklęciami, tylko zwojem z ezoterycznąi specyficznąwiedzą. Egipskim zwojem, z IV p.n.e, nazywanym: "KsięgąJeźdźca".

Biblioteka zorientowała się,że te dwie rzeczy zniknęły, kiedy robiła inwentaryzacjępo pożarze, który pod koniec lat pięćdziesiątych strawiłczęśćjej zbiorów. No, to sięnazywa refleks i musztarda po obiedzie. Obie rzeczy były w 2000, nie było ich w 2057. Pomiędzy jednądatą, a drugąbyłpożar.

Bosko. To wygląda jak idealna i typowa sprawa dla nas.

My, moja rodzina i moi najbliżsi przyjaciele, dealujemy w rzeczach mocno nietypowych. Jak mówi Lachlan, stanowimy zarząd i dyrekcjęnajwiększego feakshow naświecie. Stój, Kubicki, stój! Lustro i zwój, o nich myśl.

Kto z naszych może ci pomóc? Liz byłaby idealna, ale, kurwa, nie jestem pewien, czy możemy rozmawiaćo kwestiach zawodowych, kiedy prywatnych jeszcze nie omówiliśmy do końca. Piekielna Saszka może wiedziećdużo o Mongołach, jąby trzeba podpytać. Mail do obu napisać.

Wait, deklu. Po co? Obie będą. Wszyscy będąw Kyoto. Wszyscy…

Stop!

Komisarzu Kubicki, wejże sięi ogarnij, jak to sięmówi w Podgórzu.

Dobrze.

Umiesz sięskupić? Tak czy nie?

Kuba. Kuba może, jak ja, potrzebowaćzajęcia. Sforwardowałem maila, prosząc o takie dane, jakie mogędostaćw obecnej sytuacji.

Godzinępóźniej zegarek dałmi znać,że Kuba cośdla mnie ma. Miałdużo, nerd patentowany, dostałem pełny raport badaczy z Savannah, kilka zdjęć, trochęplotek oraz PS: "Andy dalej jest nieprzytomna".

Przymknąłem oczy, zastanawiając się, kiedyświat zacząłsiękruszyćna kawałki i dlaczego wszystkie lecąw naszym kierunku.

Zawartośćmojej głowy przypominała teraz pralkęw trakcie wirowania. Przyglądaliście siępralce, kiedy to robi? Nie widaćdobrze, co ma wśrodku. Podkoszulek, gatki, skarpetka, spodnie? Nie rozróżniasz nic, widzisz tylko szarawy, szybko kręcący sięwir. Bezkształtny, tracący kolor wir.

To miałem wełbie.

Lubiępranie, lubięrobićpranie. W domu, u Nitschów, każde dziecko miało jakieśzadanie i konkretnąodpowiedzialność. Od kiedy byłem na tyle duży,żeby myśleći nie masakrowaćwszystkiego, zaklepałem sobie pranie jako to, za co chciałem byćodpowiedzialny. To, czego nie mogłem prać, to były jedynie jedwabne bluzki cioci Mary.

Czemu akurat pranie? Jest kilka powodów.

Lubiłem segregowaćrzeczy, lubiłem patrzeć, jak robiąsięczyste, lubiłem wieszaćje porządnie i cieszyćsiętym,że znowu pachną. Lubiłem robićten rodzaj porządku, pewnie dlatego zostałem gliniarzem.

Pranie mnie wyciszało. Czasem, kiedy miałem trudny egzamin, szukałem na siłęw obu domach rzeczy, które mógłbym włożyćdo pralki,żeby uczyćsię, kiedy ona pracowała. Wszyscy sięprzyzwyczaili do tego,że większe rzeczy pierze sięw czasie sesji.

Wszystkie rzeczy, które miałem do zrobienia i przemyślenia, wirowały teraz wśrodku mnie, jakaśsiła wciskała mi myśli, obawy i fakty w czaszkęi nie mogłem rozróżnić, co jest czym. Lustro? Związek? Zwój? Kradzież? Liz? Kyoto?

Nie, Kubicki, nie. Wszystko, tylko nie Kyoto.

Nie miałem więcej maili do czytania, ani wiedzy do pochłaniania, nie chciałem myślećo rzeczach, o których nie chciałem myśleć, więc starałem sięzasnąć. Ale nie udało mi sięto. Jedno co mi sięudało, to siedziećz zaciśniętymi oczami.

Starałem sięmiećzamknięte oczy w samolocie, zamknięte w pociągu z lotniska Narita na stacjęShinagawa i zamknięte w shinkansenie, który wiózłmnie do Kyoto. Niemyślenie jest prostsze, kiedyświata nie widać. Nie chciałem go oglądać, bo niewiele mogłem mu dać. Na Ziemi jest za dużo wkurwu,żebym jeszcze dokładałi mój. A ból jeszcze potrzymam przy sobie. Jakby wyprułze mnie, rozjebałby samolot i każdy innyśrodek lokomocji.

~~*~~

Podróżowałem bez bagażu, jedynie z niewielkim z plecakiem. Wyglądałem jak każdy gaijin, jak normalny turysta, w swetrze, ciemnej kurtce, w porządnych acz sportowych butach. Jak to zwykli robićturyści, wyróżniałem sięz tłumu i wzrostem, i kolorystyką, i ubiorem. Chciałem byćwszędzie, tylko nie tu.

Tu jednak byłem, bo miałem najbliżej do Japonii. Zachciało mi się, durnemu deklowi, okłady na duszęrobićw San Francisco, to miałem za swoje. Z Londynu, z Mediolanu, czy z Katanii leci siętutaj dłużej.

Wszyscy moi tu będą. Pewnie sąjużw powietrzu i spieszątutaj, jak kto może. Teleportacja, nawet w drugiej połowie XXI wieku, nie działa, więc zjawiąsiędopiero za kilka godzin. Do tej pory na posterunku muszębyćja.

Nie chciałem tu przyjeżdżać, mówiłem to już?

Nikt z nas nie chciał. Jednak od czyjegośniechcenia rzeczywistośćsięnie zmienia. Ani na jotę.

Ja na przykład nie chciałem myśleć, ale mójłeb miałmnie w dupie i robiłswoje. Samowolny skurwysyn.

Podsuwałmi wspomnienia rozmowy z Liz. Z dziewczyną, z którąjestem. Wróć: z którądo wczoraj byłem. Analizowałem każde nasze słowo, jak student psychiatrii analizuje pacjentów: z zacięciem, acz zupełnie bez sensu.

Byliśmy razem od dwóch lat. "Razem" to jednak w naszym przypadku trochęza dużo powiedziane. In i out. In i out. Było zupełnie jak w liceum. Dziśjesteśmy razem, jutro zrywamy,żeby po dwóch dniach znowu byćrazem. Więcej czasu spędzaliśmy włóżku lub spierając sięo to, czy jeszcze jesteśmy parą, czy jużnie, niżbędąc razem jak dorośli ludzie. Miałem dziwne wrażenie,że prowadziliśmy dłuższe i szczersze rozmowy z innymi, niżze sobąnawzajem!

Nie, nie o to chodzi,że mamy kłopot z rozmowąz płciąprzeciwną! Co za pomysł?Żadne z nas nie cierpi akurat na tęprzypadłośćnastolatków. Liz rozmawia na przykład z tym innym gliniarzem, Owenem, a ja niestety więcej czasu spędzałem na pogaduchach z piekielnąTatarką, niżz mojądziewczyną. To wspólne rozmowy nam nie wychodziły.

Tak, tylkoże mnie i Lizłączyło coświęcej niżdialog. Było przecieżiłóżko.

Łóżko - proszęo zrozumienie - jest ważne, ale jestem z tych, którzy chcąteżpobyćze swojądrugąpołową. Lubię, jak rozmowa trwa dłużej niżśniadanie.

Żeby było jasne, to tyleżmoja wina, co Liz. Byliśmy jakżuraw i czapla. Jak ona chciała rozmawiać, to ja chciałem byćw niej; jak potrzebowałem rozmowy, to ona potrzebowała wojtusia. Najczęściej to, co mieliśmy, to angry sex, a potem seks,żeby siępogodzić. Nie narzekam, włóżku byliśmy mistrzamiświata. Bycie razem, bycie parąnam nie wychodziło. Irytowaliśmy sięsobą.

Taka jest prawda, Kubicki, i spójrz jej w oczy. Mnie denerwowało to,że Liz je włóżku,że czyta przy jedzeniu i to,że potrafi godzinami rozmawiaćprzez telefon. Jąwkurwiało to,że głośno chrupięmarchewkę, kiedy gram,że mówię"zaraz" i to "zaraz" jest długo po tym, co ona uznawała za deadline, no i to,że chodzęgoły po mieszkaniu, a moje ubranie zwykle jest włazience, nie na mnie. Nie wiem, co komu przeszkadza mój goły tyłek na krześle? Zwłaszcza, gdy jesteśmy w domu sami, znamy sięintymnie i sypiamy z sobą? Nie mam przecieżzłego tyłka?

To znaczy, poprawka: nie "sypiamy", bo ja czasem chrapię, co wkurza Liz i nie daje jej spać, a ona z kolei kopie i zgrzyta zębami, co mnie spaćnie pozwala. Więc najczęściejśpięna kanapie.

Dwa lata i miałem dośćbycia w takim "nie-związku", tym bardziej,że skoki w bok nie sąw moim stylu.

Nie mam jużdwudziestu lat.

Jestem jakimśostatnim mupetem. Przecieżwszystkim facetom chodzi o dupęi każdy to wie, tak czy nie? A Liz w sypialni i poza niąbyła niesamowita.

Mogębyćuznany za debila, a proszębardzo, ale nie chciałem byćwiecznie zły i sfrustrowany i nie chciałem mojej frustracji wywalaćrazem z orgazmem. Liz na to nie zasługiwała, ja na to nie zasługiwałem.

Czasem związki siępo prostu nie udają.

Po prostu czasem nie wychodzi.

Mówiłem to sobie, lecąc z Katanii do Nowego Jorku, powtarzałem to, siedząc w knajpie i czekając na nią, potem idąc samotnie i odtwarzając nasząrozmowęwe własnymłbie. Później powtarzałem to sobie w samolocie z NY do San Francisco i dalej,łażąc po tym przegentryfikowanym mieście.

Podkochiwałem sięw Liz Michaels, od kiedy jąpoznałem. No, może od drugiego czy trzeciego dnia. Zabujałem się, uwielbiałem jej mózg, pożądałem jej ciała,śmiałem sięz jejżartów. Nie, tak uczciwie, to zaczęło sięod chęci przelecenia jej. Miałem, jak nastolatek, mokre sny z Liz Michaels i jej biustem w roli głównej. Jak sięokazuje, czasem pożądanie, zajebistełóżko, plus zakochanie nie wystarcządo szczęścia. Czasem nie wystarczy ani samo uczucie, ani wypowiedzenie "I love you" na głos.

Czekałem jak moron jakiś, nim jej to powiedziałem, bo chciałem byćpewny swojej miłości. Zabujany bywałem, ależadnej z moich dziewczyn nie powiedziałem,że kocham. Sam teżtego nie usłyszałem. Nie miałem z tym najmniejszych kłopotów. Wiedziałem,że jestem kochany. Miałem ludzi, którzy w niepewnych czasach dali mi pewnośći miłość. Nie szukałem miłości na zewnątrz, tylko po to,żeby poczućsięlepiej. Kiedy dorosłem do tego,żeby pokochaćdojrzale, chciałem,żeby ona, moja wybranka, czuła do mnie to samo. Jakby to miało cośzmienići byćprzepisem na wieczne szczęście? Kupiłem nawet pierścionek zaręczynowy, jakby, kurwa mać, zaręczyny miały nasz związek naprawić.

Ja pierdolę, jakim jestem deklem.

Kto powiedział,że naiwnośćjest cechąimmanentnąszesnastolatek?

Czy pomagało mi to,że z perspektywy historii mojej najbliższej rodziny byliśmy pierwsząparą, która sięrozpadła?

Dobre pytanie. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.

Nie mam pojęcia. Nigdy nie byłem dzieckiem, które robi coś, bo inni tak robią. Jednak zastanawiałem się, dlaczego innym, nawet mocno socjopatycznym osobnikom jak pewne części Smoka, sięudało, a nam - nie?

Nie mówcie,że nazwałem jakąkolwiek częśćSmoka "osobnikiem mocno socjopatycznym".Życie mi miłe i nie chciałbym tracićwojtusia. Lubięgo.

Mimo shit stormów, rozstań, tragedii, mimo wszystkożycie mi miłe, uwielbiam je.

Mam dopiero trzydzieści dziewięćlat!

Nie pamiętam rodziców. Widziałem wżyciu trochępaskudnych rzeczy i obrzydliwych ludzi. Mam niebezpiecznąpracę, w której spotykam morderców, szaleńców i psychopatów. Właśnie zerwałem z kobietą, którąuwielbiam, ale z którąnie jestem w stanie być. Lecędo Kyoto, w kolejnej z prywatnych spraw, w dokładnie takiej, jakiej zażadne skarby nie chcęzałatwiać.

Dalej jednak twierdzę,że kochamżycie. Zupełnie jak autorka słów do stareńkiej i zapomnianej piosenki, którąkiedyśśpiewałem, po pijaku drąc twarz na Błoniach: "Uparcie i skrycie, och,życie kocham cię, kocham cię, kocham cięnadżycie". Miałem, kiedy tośpiewałem, dwadzieścia lat i gówno ożyciu wiedziałem, ale teraz, dwadzieścia lat później, teżbym to wywrzeszczał.

Zwłaszcza teraz…

Zwłaszcza w takiej sytuacji.

Sasza

Patrzyłam na zapisanąprzeze mnie kartęciężkiego, kremowego pergaminu i zastanawiałam się, czy nie za mało tam było tych "Artiomów" i "Wiktoryczów". Jej Bohu, jużnie byłam w stanie włożyćnawet jednego więcej. Nie mogłam siętakże zmusićdo kolejnego archaizmu, do kolejnej inwersji słownej, która miała imitowaćjęzyk, którym jużnikt nie mówi, ani nikt nie pisze od dobrych stu pięćdziesięciu lat.

Język jest jak muzyka: onżyje! Język to najpiękniejsza muzyka. Ciągle sięodnawia, ciągle ewoluuje, a ten Artiom, artysta subtelny, nahajem po białych plecach smagany, tego nie widzi, tylkożyje w skansenie swojej zakutej głowy. Taki jest szlachetnie urodzony Artiom Wiktorycz: muzyk, kompozytor i idiota.

Owszem, czasem mi sięomsknie język i jakieśsłowo, którego nie zna nikt oprócz językoznawców, wskoczy mi w zdanie i ucieknie, ale zwykle mówiętak,że nikt nie bierze mnie za latimerię. Za językowąskamielinę.

- Boria - podałam złożony i zapieczętowany list mojemu porucznikowi - Jedź, co końwyskoczy do Władywostoku i dostarcz ten list publicznie, kłaniając sięw pas, jak trzeba. Czy list wystarczy, czy nie, wyjedźnam naprzeciw.

Czarnooki Kozak z - jak słowo daję- wysoko podgolonymłbem, ukłoniłmi sięw pas i uśmiechnąłsiębezczelnie, bo to w końcu mój porucznik, a nie chłop pańszczyźniany z wołgogradzkiej obłasti.

- Nie wystarczy mu, Saszeńka, bo Artiom to pijawka, nie człowiek. Przywra i kleszcz. Wszyscy ci to mówili, nie wierzyłaś. Sława Bohu,że czasu dla niego nie miałaś, bo to wampir energetyczny i nudziarz taki,że nawet Mira by sięprzy nim zanudziła.

Porucznik chowałlist do sakwy przy siodle, a jaśmiałam siędołez z tego doboru słów.

- Jedź, dżygicie, nie kozacz mi tu.

Borys na konia wsiadłi tyle go widzieli. Tylko stukot kopyt, najpierw wolny, potem rozpędzający się, ale coraz cichszy, dochodziłdo nas od drogi.

Ten Władywostok to nie jest, umówmy się,żaden hot-spot,żeby tam jeździćz własnej woli i dla przyjemności. Ale od jakiegośczasu miałam przeczucie,że muszętam jechaći ostatecznie zamknąćrozdział"Artiom" w moimżyciu.

Nie powiem,że cośmnie do tego pchało, czy ciągnęło, bo takie zdolności sąmi obce, ale czułam impuls, cośjak pająki chodzące po skórze i telegrafujące, co powinnam zrobić. Czułam to jużw Afryce, w Azylu. Jeszcze na budowie. Siedziałam tam jednak, unikając wyjazdów do Rosji, a juższczególnie na Syberię. Na balu inauguracyjnym posadziłam Artioma koło artystów, a ja sama siadłam z rodziną. On byłzaproszony, "bo jest wielki i znany", nie dlatego,że komuśz moich przyszło do głowy,żeby go ze mnąwiązać. I tak sięupierał,że jest moim "plus one". Pytał: "ale czemu nie przy tobie, Aleksandro Nogaiłowna?". To mu powiedziałam ze smutnąminą,że to Nina rozsadzała ludzi. Prawda to była, Ninki to było zadanie, ale powiedziałam jej,że chcęsiedziećod niego tak daleko, jak tylko sięda, a najlepiej to byłoby na innej sali balowej go posadzić.

Miałam zresztąpretekst, bo Hyeon Ju powiedział,że chce miećwszystkich "swoich" przy sobie. I miał. Kto by pomyślał,że on umie i lubi tańczyć? A Wojtek jak tańczy…

Aleksandro Nogaiłowna, no, ja bardzo proszę!

Tak więc jadędo Władywostoku.

Moja rodzina uważa,że intuicji sięsłucha, z czym sięnie zgadzam. Ile razy intuicji słuchałam, tyle razy cośpochrzaniłam. Albo mam słaby słuch, albo nie mam intuicji. Raczej to drugie, bo słuch to ja mam absolutny.

Pojechałam tedy na Syberię, bo mój prawie ex tam rezyduje, z niewiadomych mi przyczyn siedząc na tym cyplu i gapiąc sięwolimi oczyma w morze.

- Czyste niebo, czyste morze, czysta dusza, Aleksandro Nogaiłowna. Tylko w czystości artysta może tworzyćdzieła. Inaczej powstajązaledwie utwory - mówiłmi ten nadęty jak purchawka twórca, tłumacząc, dlaczego to lenno wydało mu siętak istotne,że przeze mnie poprosiło nie mojąmatkę- Tylko w czystości!

Litości!

Artiom, przepraszam: Artiom Wiktorycz od czterech i półroku narzekał,że go ignoruję. Spotykamy sięod pięciu lat. Dobrze,że od razu oboje zastrzegliśmy,że nasza znajomośćjest dyskretna, niezobowiązująca i niewyłączna.

Oczywiście,że go ignoruję! Moim zdaniem nawet sięnie spotykamy, tylko miewamy sporadyczne kontakty. Tyle razy mu mówiłam,że nie wchodzi siędo tej samej wody,że nic nas niełączy,że sięskończyło, nim sięzaczęło, a on nic, a on swoje.

Po trzech spotkaniach, czyli po roku, wiedziałam,że to jest klęska i trudno będzie z tego sięwyplątać, ale zamiast sprawęzałatwić, to po prostu pojechałam do Afryki i budowałam Azyl. Azyl byłi jest ważniejszy, niżjakiśpięknoduch z syberyjskiego cypelka. Azyl to miejsce pomocy i leczenia, bezpieczne miejsce dla naszych ludzi, dla wszystkich naszych ludzi. Nie ma niczego potrzebniejszego w trudnych czasach. Wiecie co, robaczki? Nie wiem, czy cośwżyciu ważniejszego robiłam.

Dziwne,że praca fizyczna i zmuszanie innych do pracy fizycznej dawało mi tyle radości. Nie, to nie dziwne. Lubięzmuszaćopornych do robienia tego, co chcę, a czego oni czasowo nie chcąrobić.

Artiom, durak, widział"związek", tam gdzie go nie było. Jakby patrzyłna cośzupełnie innego niżja. Jakbyśmy w kinie byli. Niby w jednej sali, ale filmy oglądamy zupełnie inne. Ja oglądam "Teksańskąmasakrępiłąmechaniczną", a on "Dźwięki muzyki".

Patrzcie, ludzie, co sięze mnądzieje! Jakąto popkulturąAleksandra Nogaiłowna sięposługuje w obrazowaniu stanów duszy! Upadek, upadek intelektualny. Wszystko to wina towarzystwa, w jakim sięobracam i rodziny, która mnie wciągnęła i "adoptowała". Jak nic to wina towarzystwa. Polaków, bo Polacy sąnajgorsi. I Szkoci. I Japończycy. I Koreańczycy. I Persowie. I Brytole. Rosjanie teżniewiele lepsi. Wszyscy sąwinni korupcji mojej wyrafinowanej duszy, bo na pewno ja winy za to na siebie nie wezmę. Nie za to, jej Bohu, nie za to!

Artiom mi powtarzał,że jesteśmy idealnie dopasowani. Ja mu na to - w końcu i w desperacji -że prawie każde męskie przyrodzenie pasuje do prawie każdegożeńskiego przyrodzenia, więcżeby z tym dopasowaniem tak nie szarżował! Zresztąpo trzech razach, to ja bym o dopasowaniu nie mówiła! Sąjakieśgranice pośpiesznych decyzji.

To sięwziąłi obraził, i nic do niego nie docierało, bo "cierpiałz powodu mojej nieczułości". Skorzystałam z tego i miałam rok spokoju.

Artiom Wiktorycz jest bardzo wrażliwy i nie znosi, kiedy kobieta "sięwyraża", a nawet kiedy sprawia wrażenie, jakby wiedziała,że ma organy reprodukcyjne. Ja swoich jestemświadoma, Artioma organy reprodukcyjne widziałam i używałam, i aczkolwiek publicznie nie narzekam, to jakośnie chcępowtarzaćwięcej tego doświadczenia. Tych kilka razy wystarczy.

Chyba nie lubiędługotrwałego leżenia na plecach.

To nie moja opinia, tylko Liz i Ninki, które raz mnie spiły strasznie przy pomocy Andrei i którym powiedziałam odrobinęza dużo.Śmiały się, pokładając sięz radości! Liz prawie do ogniska wpadła, a Andrea trzymała sięza brzuch iłzy ocierała. Nina była normalna, bo mnie głaskała i mówiła,żebym sięnie martwiła,że będzie lepiej, ona to wie,że będzie. Moi przyjaciele, jak widać, sąniewiele lepsi niżmoi porucznicy. Jak to o mnieświadczy?

Jechałam do Władywostoku, którym władałArtiom,żeby wyjaśnićostatecznie i skutecznie,że nieżyczęsobie więcej korespondencji listownej, płaczliwych telefonów, biżuterii i kwiatów. Nieżyczęsobie także niepokojenia mojej mamy, bo Bazylisa ma inne rzeczy na głowie, niżzajmowanie sięurojeniami niby-partnera drugiej z jej córek. Nieżyczęsobie "name dropping" i aluzji,że "jestem jego przyszłąnarzeczoną", a jużna pewno nieżyczęsobie dedykowania mi kolejnych wariacji na temat nokturnów Chopina!

Niektórzy artyści nie rozumiejąludzi. Sztukę, tak. Innych artystów, owszem. Nawet krytyków potrafiązrozumieć. Ludzi - nie.

Tacy jesteśmy, nie ma co narzekać, czy trućpo próżnicy. Nasze Prawa i Zwyczaje pomagająnam sięz takimi kłopotami uporaćskutecznie.

To dlatego, kiedy moje "au revoir" nie zadziałało raz czy osiemnaście razy, postanowiłam pojechać, a z drogi - zgodnie ze Zwyczajem - wysłaćmu list pożegnalny.

~~*~~

Ale wciórności, Borys miałrację! Artiom Wiktorycz na mój list nie zareagował, jak powinien był.

Boria list doręczył, jak trzeba, przez majordoma, informując wszystkich w domu Artioma,że to list kończący jakąkolwiek nasząprywatna asocjację. Artiom pergamin wziął, przeczytał, co napisałam, głowęnad moimi słowami skłonił,łzęponoćuroniłi na marmur kartęmalowniczo upuścił. Tak mówiłBorys, z detalami i satysfakcjąwszystko mi opisując. Potem mój prawie ex powiedział,że chce to usłyszećode mnie, bo jest pewien,że nie jestem tak okrutna,żeby zranićjego czułe serce.

No, to sięjeszcze okaże.

Wjechałam zatem do Władywostoku, robiąc przy okazji korek, bo dwadzieścia osiem osób na koniach, to nie jest drobna kawalkada. Byłam konno i ja, i moi zaufani ludzie, i wszyscy byliśmy odświętnie przybrani, jak okazja wymaga. "Full regalia", jak mówiąmoi szkoccy przyjaciele, bo na niektórych - zwłaszcza tych staroświeckich - tylko pełen kostium i diamenty wszędzie, gdzie sięda, robiąwrażenie. Byłam w skórze, co było w tej sytuacji do przyjęcia, z racji na pochodzenie mojego ojca. Ale włosy miałam spięte diamentowąklamrą, a karbunkuły w głowni szabli błyskały krwawo. Moi ludzie wyglądali jak przykurzona wystawa sklepu jubilerskiego.

Podobnie jak Borys wiedziałam,że przyjdzie moment na "zrobienie wrażenia". Wiem, jak je robić.

Zawsze trzeba zaatakowaćoczy, uszy i nosy.

Jeśli nigdy nie jeździliście konno, to nie wiecie,że jeździec cuchnie pod niebiosa. Zwłaszcza taki jak ja, który spędziłw siodle tydzień,śpiąc w namiotach, nie kąpiąc sięi nie zmieniając ubrania. Mogłam zmienić, nie chciałam. Jeśli sama czujesz,żeśmierdzisz to, znaczy,że woniejesz jak stajnia Augiasza, uwierz, tak jest.

Miałam Artioma przycisnąćwszystkimi zmysłami, a nie udawaćwojownicząksiężniczkęXenę, która niby to jest wojowniczką, a tak naprawdęto czyściutka, nieubłocona, wyfryzowana i pokazujeświatu wszystko, co tam ma do pokazania. No, znowu! Licho nadało, popkultura mi sięw głowie zagnieździła, a kysz, a kysz! Ja nie Xena. Nigdy nie pokazywałam za dużo, ani własnego ciała, ani za wielu moich umiejętności.

~~*~~

Galopem wjechaliśmy przez bramędworu Artioma.

Byćmoże jakaślimuzyna straciła przy okazji lusterko, ale kto to widziałtak parkować? Przecieżtu ludzie wierzchem jadą! Końnie samochód, ABS nie ma.

Konie zresztązaczęły siębardzo dziwnie zachowywać, ledwie wjechaliśmy. Tańczyły i były niespokojne, co siędziwnym wydaje, bo my z końmi zżyci jesteśmy bardzo.

Zatrzymałam sięprzed schodami, rzuciłam wodze lokajom. Mój gniadosz wyrwałsię, ale przybiegłdo mojej ręki, jak to zwykle robił. Dmuchnęłam mu w chrapy i uspokoiłsię, jak i reszta.

Wtedy na to uwagi nie zwróciłam, co dowodzi,że człek głupim byćnie przestaje nawet w poważnym wieku.

Szłam przodem, a za mnąciągnąłsięmójśmierdzący, ale duży orszak. Byłam zadowolona,że robiliśmy tak wielkie wrażenie.

Szliśmy po marmurach, mijaliśmy złocone sztukaterie, brzoskwiniowe kotary, delikatne tapety i złote klamki. Wszystko było "na bogato", ale nie wyglądało dobrze. Jakby tandeta wyzierała z każdej pozłoty i z każdego marszczenia kotar. Jakby wisiała tu jakaśmgiełka i coś, co w oczy drapie i w gardło.

Aleksandro Nogaiłowna, emocje wpływajątakże na twoje oceny estetyczne? Nu,ładna,ładna.

Szum rozmów cichł, gdzie tylko przechodziliśmy. Ktośsiępomylił, wykonując "Wariacje Goldbergowskie", co w tym miejscu było znakiem niezwykłej ekscytacji. Moje buty, podkute jak trzeba metalem, wystukiwały mocny rytm i tylko ten rytm byłteraz słyszalny.

Służba w liberiach gięła sięw ukłonie, a jedna czy druga dwórka zbladła i siłąpowstrzymała odruch wymiotny. Blade wszystkie były niezwykle, dziwne to było, nawet wziąwszy pod uwagę, z kim mamy do czynienia.

Patrzcie państwo, jakie delikatne sięteraz kobiety zrobiły, niebywale wręcz. Kiedyśbyłyśmy twardsze.

Kolejni kłaniający sięw pas lokaje i kolejne otwarte przed nami drzwi. Co on ma z tym kłanianiem sięw pas? Człowiek z feudalizmu wyjdzie, feudalizm z człowieka nie potrafi. Ja nie lubiłam, jak mi sięszacunek okazywało w taki sposób, kiedy kłaniano mi sięprzesadnie. Tym bardziej, iżmiałamświadomość,że prawdopodobnie kłaniano sięnie mnie jako mnie, tylko mnie jako córce mojej matki.

- Artiomie Wiktoryczu - powiedziałam do gospodarza, wcinając sięw słowa majordoma, który mechanicznie i zupełnie bez sensu rozpocząłprzedstawianie mnie.

Wszyscy tu przecieżwiedzą, kim jestem, to po co on tak nawija?

- Przynoszępozdrowienia od mojej matki dla głowy Roju Władywostoku.

Wstający z fotela mężczyzna byłmoże o dwa, może o trzy centymetry niższy niżja. Jak wyglądał? Popatrzcie na te wszystkie ruskie ikony, na mężczyzn z ich smutnymi twarzami, czarnymi włosami opadającymi na ramiona i oczami ciemnymi i wielkimi jak studnie wypełnione depresją. Tak wyglądałArtiom Wiktorycz Suzdjeński. Człowiek o wielkim ego, ogromnym talencie do muzyki i niczym więcej.

Przepraszam, miałjeszcze nieskazitelny rodowód, który byłdla niego ważny, jakby co najmniej byłcórkąkrólowej Wiktorii.

Słysząc "mojej matki" Artiom zgiąłsięw pół, co pozwoliło mi zobaczyćjego błyszczące i idealnie uczesane włosy. On miałzawsze lepsząfryzuręniżja i nigdy, nawet wśrodku, za przeproszeniem, aktu seksualnego,żaden włosek mu sięnie zbuntował.

Wyprostowałsięi wskazałmi fotel stojący obok jego, oczywiście, pozłacanego fotela. A ja nie miałam zamiaru do niego podchodzićani na krok bliżej. Jeszcze by rękęchciałcałować!

W dodatku czułam siętutaj dziwnie nieswojo. Bynajmniej nie dlatego,że przyszłam do Artioma,żeby dokonaćbardzo oficjalnego zerwania stosunków prywatnych. Izwinitie, proszęo wybaczenie, słowo "stosunki" pewnie nie jest najlepsze w tym kontekście.

Było cośinnego, co sprawiało,że skóra mi sięnapinała niepokojem.