Agrigento - Kostas Hatziantoniou - ebook
Opis

Agrigento, dziś niewielkie miasto na południu Sycylii, to niegdyś potężne starożytne Akragas, miejsce bogate w wielowiekową historię najeźdźców, osadników, filozofów i tyranów. Splatają się w nim losy doktora Anchite – lekarza i zaangażowanego badacza lokalnej historii – i jego rodziny. Wyborom dokonywanym przez bohaterów, poszukujących prawdziwego szczęścia i samopoznania, towarzyszą niezmiennie słowa Empedoklesa, starożytnego filozofa urodzonego w Akragas.

Atmosfera współczesnej Sycylii, jej przyroda, smaki i architektura łączą się z grecką filozofią i historią. Nostalgiczna opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi jest jednocześnie hymnem na cześć minionego piękna i… pełną temperamentu historią ludzi uwikłanych w romans i mafijne porachunki. Czy Agrigento ukoi okaleczonych jak antyczne posągi bohaterów?

Powieść Kostasa Hatziantoniou została nagrodzona Europejską Nagrodą Literacką w 2011 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kostas Hatziantoniou

AGRIGENTO

Przełożyła Karolina Berezowska

Wrocław 2014

1

Od jakiegoś czasu jego oddech słabł, stał się szybki i urywany. Niełatwo mu też było spacerować, jak to miał od wielu lat w zwyczaju, wietrznym wybrzeżem, plażą, na której fale rozbijały się z hukiem, gdy tylko zawiał południowy wiatr. Jednak tego popołudnia przywiodła go tu chęć powrotu, pragnienie, by przejść się raz jeszcze od plaży Marinella do hotelu „Villa Romana”. Później wróci znów do Porto Empedocle. Może spotka kogoś znajomego, kto będzie jechał stamtąd do Agrigento. Albo dotrze do przystanku na Via Roma i pojedzie autobusem, który zatrzymuje się tuż przed jego domem, jeden zakręt za Porta Aurea.

Zaczerpnął możliwie najgłębszy oddech i ruszył, przezwyciężając resztkę wątpliwości. Nie dość, że czuł się słabo, to jeszcze wiatr wiał tego dnia tak, jakby chciał zdmuchnąć wszelkie zło tego świata, uparcie rzucał wyzwanie jego krokom, szydząc z jego determinacji. Na próżno. Gdy wbił sobie coś do głowy, nie było mowy o zmianie zdania. I tak, zdecydowany zmobilizować wszelkie siły, jakie mu pozostały, zostawił z tyłu zachodnie molo oraz elektrociepłownię i skręcił w Via Crispi. Na wysokości kościoła Świętej Trójcy skierował się ku wybrzeżu, przy najmniejszym nawet deszczu przecinanemu na pół przez strumyczek Salsetto. Tam, wbrew szalejącemu wiatrowi, poczuł znów, że w jego żyłach niczym tajemnicza ciecz płynie muzyka bezmiernego spokoju.

Wkrótce leżące na południu Porto Empedocle całkiem znikło mu z oczu. Na wschodzie dzielnica Kaos wyglądająca jak wytwór wyobraźni. Równolegle do wybrzeża po prawej stronie biegła autostrada w kierunku Trapani, dalej popielate góry, wiszący most. Ogromne mechaniczne wiertła, służące do rozbijania białego marglu, którego używano do wyrównywania terenu i wznoszenia nowych bloków, teraz milczały. Po lewej stronie bladozielona wzburzona otchłań pieniła się i wyła, pragnąc zmyć z piasku ślady ludzkich stóp. Przyglądał się temu wzruszony, jakby się z tym wszystkim żegnał, przystając co chwilę, by zaczerpnąć tchu. Albo schylając się po muszelkę. Podnosił wzrok w kierunku rachitycznych sosen i nowo posadzonych palm w ogrodach domków letniskowych, których przybywało z roku na rok.

Kobieta w średnim wieku rozwieszała pranie przed zapomnianym przez czas, skromnym, bordowym domkiem. Pozdrowił ją serdecznie i szedł dalej, zatrzymując się znów po kilku krokach, przed na wpół zakopaną łódką. Prawie zbutwiała od słonej wody, od ciągłych sztormów. Dwa żółte kwiaty przebijały się nieśmiało i wdzięcznie przez deski, moszcząc się między nimi, niby wśród rzadkich koralowców. Były tak słabe, że aby je złamać nie trzeba by było szalejącego wiatru, zdającego się opowiadać historię świata. „Zapewne takiego właśnie dnia szeptał sobie tę złotą myśl Debussy” – pomyślał. Orkiestra natury, tak jak i teraz, gorączkowo podkładała tło pod dialog prowadzony przez morze i wiatr, dwie siły na progu smutnego rozstania.

Niepewność i zaskoczenie przerwały mu nagle tę kontemplację. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej słyszał tu muzykę tak pełną poruszenia i rozterki. Tu, niezależnie od pogody, zawsze pobrzmiewała melodia spokoju. Wywodziła się z dawnych czasów, pierwszy raz usłyszał ją przeszło czterdzieści lat temu. Trwała od chwili, gdy ją wtedy odkrył, niczym poblask zdobiący łuk, gdzie sklepia się morze. Wraz z nią wiatr niósł powiew mirry. A gdy zapach się rozpraszał, w powietrzu pozostawała jego linia melodyczna, kojarząca mu się z postacią, która sprowadzała go tu od lat, sprawiając, że wciąż kręcił się w tym miejscu, jakby sprzeciwiał się jej przedwczesnej śmierci.

Na horyzoncie łódź rybacka spieszy się, by wrócić do portu, wszystko zapowiada burzę. Morze, bezkresna, wilgotna Złośnica, uderza we wszystkie trzy pomosty, chcąc sięgnąć wieży Karola. Trzeszczą deski, wzdycha osprzęt, łodzie tańczą dziki taniec. Rybacy porzucają na wpół zacerowane sieci i idą się napić. Przyzwyczajeni do takiej pogody, nie martwią się wcale o tych, których brakuje, którzy są jeszcze na pełnym morzu. Nie porywają się sami przeciwko niebu, pewni są obrotu spraw: prędzej czy później znów nadejdą dni flauty. Morze znów rozbłyśnie i tylko słaby wiaterek marszczyć będzie wody znużone własną namiętnością. Nie widzą przed sobą wyrzeźbionej na dziobie trawlera, radującej się syreny, która cieszy się zapachem minionej burzy. Ten wilgotny, wieczny sen uznaje za dobrodziejstwo, wybawienie od innej, powolnej i leniwej śmierci stałego lądu. W końcu stare barki, z rozrzewnieniem wspominające dawne dobre czasy, nie są głupie.

On też to rozumie, wpatrując się teraz w mroczną głębię, gdzie udawał się zawsze latem, odpływając daleko od tłumu, aż do przylądka. Dziś opanowało go złowróżbne przeczucie, że już nigdy tam nie dotrze. „Nigdy więcej” – mówi mu zimny głos – „twój wzrok nie sięgnie poza gołe skały i białe stopnie Scala dei Turchi. Powoli zamykają się wszystkie drogi, nie ma już mostów nad przepaściami natury i czasu”. Mruga nerwowo dwa razy, żeby nie słyszeć tego głosu. Nie dlatego, że się go boi. Nie ruszają go idylliczne łgarstwa o rzekomej świetlistej poświacie, co rozpościera się od wybrzeża po wzgórza.

Zimą czy latem, to wybrzeże zawsze jawiło mu się jako puste. Wyparł z pamięci widoki iskrzącego się sycylijskiego poranka, bezchmurnego nieba czy popołudniowej senności, kiedy wszystko widzi się jak przez mgłę. Nie zastanawiał się też, skąd pochodzi ta prawdziwa mgła unosząca się podstępnie i mrożąca spojrzenie, na długo przedtem, nim dzień zgaśnie, migocząc, a morze zniewoli wszystko, co żyje w granicach swojego wąskiego horyzontu. Jego letnie radości rozświetlone kolorami, niewinnym śmiechem i zabawą były ukryte głęboko, bardzo głęboko w nim, chronione przed zmieniającą się rzeczywistością.

Były. Dziś bowiem pękł zamrożony, z trudem osiągnięty spokój. Jakby coś skruszyło lód, który skuwał oczy, a wyłaniające się obrazy, ujęcia z niemego filmu, nie mogły już pokonać dystansu dzielącego go od tego, co stracił. Co prawda, inne obrazy przemykają mu przed oczami równie wyraźnie. Inny jest szum fal, brzmiący niczym stary projektor, ożywiający sceny ze szczęśliwego lata. Znów widział Biankę udającą, że śpi, Isabellę, dwuletnią lilijkę, biegnącą do morza, jak przewraca się, śmieje, znów się podnosi. Odnajdował ślady szałasu z wikliny, który dla niej zbudował, przypomniał sobie, że nieopodal znaleźli w piasku potłuczony, terakotowy talerz, jeszcze dalej muszlę i rozgwiazdę, różową koronę na wieży piaskowego zamku. Sceny, w których przez lata znajdował pokrzepienie, tego popołudnia rodziły rozpacz. Zmieniła się ich muzyka.

Choć zbliża się kres, nie obawia się on o siebie samego, lecz że zostanie rozdzielony na zawsze z bliskimi, którzy zmarli. Pośród dzikiego, purpurowego blasku, choć na wschodzie bieleje już księżyc, a słońce walczy na zachodzie, by uratować nieco barwy, obłoki i góry wkrótce pogrążą się w popiele. Kurtyny, nazywane przez ludzi wspomnieniami, ciemne strzępy spowijające wzgórza i dusze – one także znikną za szczytami, pośród mrocznych ścieżek. Ziemia, niebo i morze zjednoczą się w ostateczną i nieprzeniknioną ciemność. Pozostanie jedynie chmura dymu, lekko wznoszącego się znad ołtarzy i urn, w świecie, który nie przestanie pachnieć kadzidłem z niekończącej się całopalnej ofiary człowieka.

Minęło blisko czterdzieści lat, odkąd urodzony w sąsiedniej Geli doktor Pauzaniasz Anchite poznał tu, w Porto Empedocle, Biankę Timocrei. Zaledwie cztery lata żyli razem w odziedziczonym przez nią i wspólnie odnowionym starym domu na wsi, który tylko zakręt dzielił od Doliny Świątyń. Na tej plaży ich córka stawiała pierwsze kroki. Wszystko skończyło się jednak przedwcześnie i przez przypadek. Śmierć Bianki pogrążyła lekarza w smutku, który już nie zniknął z jego twarzy, a mającą wtedy dwa lata Isabellę wzięła do siebie ciotka z Palermo. Kilka lat później wysłano ją do szkoły z internatem w Szwajcarii, tak postanowiły babki oraz ciotki – siostry jej matki, kobiety należące do starej sycylijskiej arystokracji. Arystokratki – rodzina Timocrei była odnogą najpotężniejszego rodu Sycylii, Montechiaro, o którego historii świadczyły zamki, klasztory i księgi – zadbały o ukrycie najsłabszej latorośli.

Pauzaniasz nie sprzeciwiał się. Zresztą, co miał zrobić? Minęło wystarczająco dużo czasu, by mógł dojść do siebie. Na szczęście, jeszcze jako dzieciak, w czasie wojny, pośród dymu i zawieruchy bombardowań alianckich, mając za towarzysza strach, a nadzieję pokładając w klęsce, nauczył się z dumą stawiać czoła biedzie i śmierci, domagać się zawsze czegoś więcej niż kariera i przetrwanie. To pozwoliło mu przeżyć wszystko, co go spotykało. Bardzo dawne czasy Pauzaniasz do niedawna od siebie odsuwał. Przedwojenne uroczystości w Geli wspominał jak wyblakły sen. Ojciec nie ukrywał swojej awersji do czarnych koszul faszystów, tańców w dopolavoro*, obowiązkowych zebrań zwoływanych na placu, podczas których wysłuchiwali pustych pogadanek. Krótko też trwała radość z wyzwolenia. Potem było jeszcze gorzej, podczas nieszczęsnej walki o autonomię, która zniszczyła i naznaczyła życie całej rodziny.

Nie dlatego nie wrócił do Geli i został w Agrigento po nagłej śmierci Bianki. Został, bo nadal miał cichą nadzieję, że Isabella kiedyś wróci. Nie tylko, jak zwykle, na weekendy czy wakacje. Rozum pytał go złośliwie: „Co niby miałaby robić w Agrigento?”. A on z niewyjaśnionych powodów wciąż w to wierzył. Dni upływały mu w towarzystwie nielicznych przyjaciół i wiernych pacjentów, którzy mimo jego dziwactw, dalej zwracali się do niego po poradę, nawet gdy przeszedł już na emeryturę. Przyciągała ich do niego słynna na całej Sycylii sława jego bezinteresownej mądrości i to, że „wielu ludzi ciężkimi cierpieniami znękanych, już bliskich śmierci, cofnął on od bram Persefony”**.

Do jego gabinetu trafiali zazwyczaj niezwykli pacjenci i szczególne przypadki. Inny lekarz uznałby to za koszmar. W doktorze Anchitem wzbudziła się jednak nowa, eksperymentalna ciekawość. Słuchał z cierpliwością godną Hioba, dyskretnie wypytywał, zapisywał objawy i po wyczerpującej, dogłębnej analizie sporządzał zawsze historię przypadku. Gdy ktoś się irytował, zrażony jego dziwnym indagowaniem, burzącym wyobrażony przez pacjenta poważny obraz jego stanu, Pauzaniasz tłumaczył, że nie ma zbędnych pytań:

– Drogi panie, sekret polega na tym, by nie obchodziło nas, co ma się z nami stać. Bez ignorowania tego nasza wola bycia zdrowym sprawia, że ciało choruje.

Pacjenci patrzyli zaskoczeni, gdy mówił tak osobliwe rzeczy. Przy czym im bardziej poważny był stan zdrowia chorego, tym spokojniej go opisywał.

– To farsa, moi drodzy – miał zwyczaj informować zaniepokojonych krewnych. – Wszystko jest farsą, nie ma się czym martwić.

Niektórzy odchodzili, mówiąc, że ma nie po kolei w głowie. Wracali jednak skruszeni, ponieważ nigdzie indziej nie znajdowali pomocy. A on zawsze przyjmował ich równie ciepło, jak poprzednio.

W ostatnich miesiącach ustabilizowane życie doktora Anchitego zakłóciły niespodziewane wydarzenia i nowe troski. Przede wszystkim pogorszenie się jego własnego zdrowia. Diagnoza – szybko nasilająca się dławica piersiowa – położyła nagle kres charakterystycznemu dla niego przekonaniu o bezczynności i obojętności na to, co inni nazywają prawdą. Nie dbając o słabe serce, niemal samobójczo, bez reszty, poświęcił się nowemu zajęciu. Przypominało ono studiowanie historii, ale wynikało z głębszej potrzeby.

Starał się wyjaśnić, dlaczego, mimo że zawsze unikał wielkich słów, póz, a szczególnie kupczenia przeszłością, w całym swoim życiu czuł ciężar dziedzictwa, którego do samego końca nie byłby w stanie zrzucić ze swych barków. Już od miesięcy całymi nocami czytał i notował, aż znużony umysł zaczynał gasnąć, lekko rozchybotany, co było zasługą wina Marsala. Niekiedy, w trakcie tego kołysania, powieki natychmiast mu się zamykały, domagając się nastania naturalnej ciemności. Oczyma duszy widział, jak wspina się uliczkami Girgenti, gdzie kolejne zmartwienie – o którym później – pozbawiało go i tak małej dawki snu. Następnie kierował się znów ku dolinie, mijał świątynie, docierał do wybrzeża. Tam myśli przechodziły we wspomnienia. Znów znajdował się na plaży jak z dzieciństwa…

…To były lata, gdy „nad brzegiem nieurodzajnej głębiny” czy „wzdłuż wybrzeża (…) w poszumie morza huczącym”– tych homeryckich fraz uczył się na pamięć od dziecka – analizował życiorysy i pragnienia starożytnych bohaterów, przygotowywał na plaży w Geli własną emigrację. Ile mógł mieć lat, zastanawia się, kiedy po raz pierwszy podróżował w łódce z wydrążonego pnia sosny, z gałęzią zamiast masztu, liną ze sznurka i żaglem z papieru? I dlaczego łódka zatonęła, gdy wrzucił ją do wody? Pamięta, że płakał. Marzył wtedy o podróżach. Nie znał jeszcze niewypowiedzianego smutku, który rysował się na zmarszczonych czołach, nie zdawał sobie sprawy, co oznaczają drewniane szczątki na plaży. Wtedy jedynie bawił się z kuzynami: w mycie pokładu, wiązanie i rozwiązywanie lin, wyciąganie kotwicy, czyli psiego łańcucha. Oczywiście, najpiękniejsze były chwile, gdy z drabinki linowej – drabiny na taras – patrzył z lekceważeniem na oddalający się ląd i z szacunkiem na spienione morze.

Wtedy tylko marzył o podróżach. Teraz już wie. Nie ma innych podróży, poza tymi w głąb siebie. Lecz jeśli ciało-okręt jest już tak stare, że aż dziwisz się, iż wciąż płynie, nie należy się bać podróży. Wystarczy, by umysłu nie mąciła żadna wielka idea. To przynajmniej doktor Anchite już w pełni zrozumiał: jak zimnym, nieludzkim może uczynić cię idea. Nie obchodzi cię już wcale ból, który możesz sprawiać, bo w twoim genialnym umyśle ona wszystko usprawiedliwia. Ona cię pociesza, upaja. Jakże różnisz się od tych, którzy na wzburzonym morzu recytowali święte słowa, by uspokoić wody! Wiele dałby, aby poznać owe zaklęcia, którymi odpędziłby to, co zniszczyło jego miasto. Z ich pomocą pozbyłby się chemicznych wyziewów, duszących ostatnią kolumnę, jedyną ocalałą ze świątyni Ateny na starożytnym akropolu. Odnowiłby też ruiny w Capo Soprano, ponownie wzniósłby obwarowania Timoleona. Może udałoby się nawet przekształcić czerwono-białe kominy w doryckie kolumny, kto wie? Może i w rurach, zamiast złotonośnej, czarnej cieczy, dzięki jego magicznym zaśpiewom, popłynęłaby czysta woda?

Pamięć żywi się cierpieniem i wymaga przestrzeni pustego domu. On jednak chce wierzyć, że czas zatoczy koło, a potem znów nadejdą dobre dni. Jego myśli znów się wyklarują i nie będzie potrzebował już żadnej magii. Jak dotąd, gdy słuchał barkaroli o nowych statkach i kolejnych podróżach, marszczył się w uśmiechu na wieść o tym, że istnieje jeszcze życie, że wybrzeże oznacza oczekiwanie, a nie wyrok dla tych, którzy zostają na lądzie. A jednak. Tak bardzo chce znów zobaczyć zbliżającą się ku lądowi dziwaczną flotę złożoną ze wszystkich statków, jakie kiedykolwiek ujrzało to wybrzeże. Fenickie jednomasztowce, doryckie triremy, rzymskie pentekontery i bizantyjskie chelandiony, saraceńskie galery i normandzkie drakkary, aragońskie szkunery i hiszpańskie galeony, angielskie parowce przewożące siarkę, amerykańskie lotniskowce, niegdyś niosące iluzję wolności. Znów zobaczyć to wszystko, co wyobrażali sobie w dzieciństwie, to, w co się bawili, biegając po złotej plaży, gdy największym szczęściem była niedziela…

…Jego nogi stały się ciężkie, oddychał z trudem. Musi wracać. Patrząc ostatni raz na morze, rozmyśla o fali, która pochłonęła jego brata. Wraz z upływem czasu i w miarę starzenia się, ludzie coraz bardziej wspominają swoich zmarłych. Może dlatego, że i ich godzina nadchodzi? Może dlatego, że większość najbliższych jest już na drugim brzegu? Myśli o tym, że w życiu jego brata wszystko było zbyt gwałtowne: zarówno inteligencja, jak i odejście. Nie posłuchał go. „Kochaj morze, ale nie daj się zniewolić” – mówił Pauzaniasz bratu. Jakże mógł powierzyć podstępnie śmiejącym się wodom swoją niezdyscyplinowaną duszę, on, zakładnik marzeń, kapitan z Geli? Nie widział czarnej otchłani między życiem a morzem? Czym było wkroczenie do wilgotnego grobowca? Sposobem na uwolnienie się od winy czy ostatnim błędem?

Tego nikt się nie dowie. Utopił się, marząc o znalezieniu, jak mówił, „morskiej róży”. Czy jednak nie chciał powiedzieć: „by uwolnić się od cierni stałego lądu”? Po jego śmierci wszystko pozostało bez zmian: ciepła ziemia, zimne kamienie, łukowate gotyckie okna i płomienne hibiskusy, blade doryckie świątynie, puste białe katedry. Ale on, w którego żyłach rozbrzmiewał krzyk Okeanosa, zstąpił już do królestwa Plutona i Persefony, aby złożyć obietnicę Radamantysowi, przeprosić Ajakosa. Zawsze marzył o tej podróży do ciemnych głębin, gdzie przyzywały go nocami niestrudzone, okołobiegunowe gwiazdy. By i on wiecznie błyszczał, nie wschodził już ani nie zachodził. Nie budził się i nie zasypiał. I tak zginął po boskim skoku z mostka rosyjskiego towarowca w głębiny Morza Śródziemnego…

…Szum uliczny dudni mu rytmicznie w skroniach. Wychudzony pies o popielatej sierści oddala się od małej sfory, idzie za nim. Ktoś remontuje letni stragan. Zapada noc, ale latarni jeszcze nie zapalono. Zwierzę podąża za nim krok w krok, brzegiem ulicy, przy samym rowie. Cały czas zachowuje bezpieczny dystans. Pauzaniasz pogwizduje, żeby się nie bało. Są do siebie tak podobni, że założyłbyś się, iż to jego pies. Ten sam smutek, pochylone głowy, ale dumne spojrzenie. Bezpański, ale rasowy. Niedługo pies odważy się i podejdzie. „To jeden z tych, którym wystarczy okazać odrobinę miłości i pozostają wierne do końca życia. Choćby cię latami nie widział. Ten boski eksperyment się udał” – myśli Pauzaniasz. Przechodnie mijają go w pośpiechu, hermetycznie zamknięci w małej przestrzeni samych siebie. Zarówno piesi, jak i szybko jadący kierowcy, marzą o jednym – by szybko wrócić do domów, zaryglować drzwi i okna, i nie słyszeć już ani gwizdanych na ulicy krzepiących melodii, ani szelestu liści.

Pies uwiązany na podwórku szczeka zazdrośnie, widząc kuzyna na wolności. „Dlaczego ludzie i zwierzęta czują zawiść? Czy wiedzą, jak wysoką cenę płacą takie popielate psy za swoją wolność?”. Samochód trąbi i skręca, przerywa jego rozmyślania. Ktoś uderza siekierą, na balkonie naprzeciwko płacze chłopiec, któremu matka nie pozwala bawić się na zewnątrz, pośród drzew oliwnych słychać nawoływania sowy, jakiś pies odpowiada jej z oddali, autobus zatrzymuje się z piskiem hamulców. Rozlega się basowy głos:

– Dzień dobry doktorze, proszę się pospieszyć, nie widzi pan? Zbiera się na burzę.

Robotnik o twarzy jak z brązu, ubrany w tani garnitur, z czapką zakrywającą uszy, wskazuje na góry. Pauzaniasz odpowiada mu, nie spieszy się. Chce nacieszyć się wietrzykiem zapowiadającym deszcz, usłużnie kłaniającymi się drzewami, pełnią księżyca przyćmiewającą gwiazdy. Wkrótce wszystko zapadnie w sen. Prawdziwe światło zastąpi sztuczna, chorowita elektryczność. Ostatnią oznaką życia będzie ciepło, które popłynie do krwi, gdy tylko zabrzmi dzwon kościoła Santa Maria di Buon Consiglio.

Nie spotkał nikogo znajomego, kto dziś udawałby się z molo do Girgenti. Dlatego pojechał autobusem. Gdy wysiadał, zostawił za sobą zduszony głos kierowcy śpiewającego piosenkę. Co ten miał począć? Najwyraźniej, nucąc pod nosem, napawał się gorzko swoją bezsilnością, pod dyskretną skargą ukrywając bezdenną rozpacz, którą czasem przekładał na nieme pragnienie. Pauzaniasz otworzył ciężką, żelazną furtkę i zszedł po schodach do domu ukrytego pośród sosen i cyprysów. Jego suczka, Hekate, powitała go z radością. Popielaty bezpański pies pozostał na plaży, przyglądając się burzy. A przecież byłoby mu tu dobrze. W tym domu u stóp wzgórza, z leżącym na nim współczesnym miastem, miałby zapewniony spokój i bezpieczeństwo. I jeszcze widok na rozświetloną Dolinę Świątyń, który sprawia, że co wieczór zostaje się na werandzie.

Co wieczór. Ale nie dziś. Dziś, na skutek magii księżycowego światła i wilgoci powietrza, morze drży, a ląd wstrząsany jest ukrytymi pragnieniami. W takie wieczory Pauzaniasz nie patrzy na zewnątrz. To ona przychodzi do środka, taka, jak wtedy, gdy ją poznał na plaży. Powiew bryzy unosi jej białą sukienkę. Oddech nocy chłodzi piersi. Rozmawiają i śmieją się godzinami. Rano nie będzie pamiętał, co mówili. Ale pozostanie zapach, niezaprzeczalny dowód, że to wszystko nie było złudzeniem. Teraz, gdy przechodzi z salonu do gabinetu, niezliczone wspomnienia już zapowiadają jej obecność, mieszają się w jego duszy; znów ten sam szum, znów ten sam niemy film.

Pierwsze spotkanie, letniego popołudnia 1970 ro-ku na plaży w Marinelli. Noc na zboczu przy świątyni Hery. Męcząca wspinaczka do bizantyjskiego zamku Cefalù. Kochanie się za skałami Mondello. Złote sielankowe popołudnie w Monreale. A później przyjemnie gorzkie dni, gdy razem urządzali ten dom. On kopał w ogrodzie grządki kwiatowe, ona zastanawiała się, jakie meble przywieźć z Palermo. Obawy i radości ciąży, narodziny Isabelli. I nagle wszystko się zawala. Po wypadku na zakrętach drogi na Etnę krew staje się trucizną, jeszcze tylko pełen rozpaczy pocałunek – oto finał historii, która mogłaby zakończyć się tak prosto, tak zwyczajnie.

Twarz wykrzywia mu grymas, stara się odpędzić od siebie bolesne wspomnienia. Chce zapomnieć, przeczekać czas, gdy Bianca na palcach zakrada się do jego myśli, dlatego oddaje się rozmyślaniom, które ostatnio tak go zajmują… Myśleć o pierwszych chwilach życia na wyspie. O odkryciu życia niemieszczącego się w wąskich ramach uczuć. Za przewodnika i nauczyciela ma mądrego człowieka, który żył tu przed dwudziestoma pięcioma wiekami. Jego słowa, które kierowane były, cóż za zbieg okoliczności, do Pauzaniasza, ucznia noszącego jego imię:

„Drobne są siły rozsiane w ciele, a wiele wpada nędz przytępiających myśl. Ludzie w swym trwaniu widzą tylko drobną miarę życia, a później, chwilowi, odlatują jak dym, przekonani jedynie o jednym, które każdy napotkał, gdy niesie ich w każdą stronę. Kto więc się chlubi, że znalazł wszystko? Nie tak są te rzeczy widzialne ani słyszalne dla ludzi, ani pojmowane rozumem. Ty jednak, skoro zboczyłeś do tego miejsca, dowiesz się. Dalej nie wzniesie się śmiertelny rozum”.

Gdy pierwszy raz czytał słowa Empedoklesa – to on był tym mądrym nauczycielem, mieszkającym tu dawno temu – poczuł silne pragnienie wiedzy wykraczającej poza granice uczuć, której nie może pojąć nasz umysł. Potem przeczytał o prośbie skierowanej przez filozofa do bogów, by oczyścili jego język z ludzkiej wiedzy – tę wiedzę określał mianem manii – aby mógł głosić słowo płynące tylko ze świętych ust Muzy. Myśl Pauzaniasza wielokrotnie zatrzymywała się przy tym, odkąd zaczął poszukiwać właściwego sposobu opowiedzenia przygody, którą uważał za początek swojego istnienia. Wiedział oczywiście, że poeci zaczynali kiedyś od inwokacji do Mnemosyne i wierzyli, że kochanka Zeusa, matka Muz, „każdą myśl śmiertelnych obejmując”, dyktowała to, co inni zdawali się zachowywać dla siebie. Wiedział też, że później wzywali jedną z dziewięciu jej córek lub – do niedawna – zaczynali od znaku krzyża. To stanowiło pierwszą trudność.

Minęły już czasy, gdy Muza przemawiała ustami poetów. Poeta przestał być posłańcem boskości. Jest śmiertelnikiem, nieszczęśnikiem, wystraszonym człowieczkiem i inni powinni postrzegać go jako bezużytecznego, godnego pożałowania. Gdyby dziś ktoś zaczął pisać wzywając „upragnioną, białoramienną, dziewiczą Muzę”, by zesłała „z Królestwa Pobożności, sama powożąc, (słowa) posłuszny rydwan”, jak żądał tego Empedokles, stałby się jedynie pośmiewiskiem. Nie ma już Pani mieszkającej na wzgórzach ani jej córek. W ich jeziorach rechoczą dziś żaby, bezsilne, niezdolne sprawić, by ludzie odetchnęli od trosk i zapomnieli o cierpieniach, choćby przez odurzenie. Dlatego sam zrobi to, co konieczne.

Samotność, która przez tyle lat uzmysławiała mu, że najbardziej śmiałym działaniem jest bezczynność, pomoże mu teraz wytrwać w zdającej się wielkim wyczynem próbie odnalezienia wiary. Wiary utraconej w chwili, gdy stracił Biankę i biały pas przeciął jego życie na pół. Z jednej strony wspomnienia, z drugiej – nieunikniona przyszłość, a on – nieruchomy, bezczynny – między nimi. Choć wyglądało to na poryw samobójczy, był przekonany, że nawet w tej sytuacji jest znacznie bardziej żywy niż ci, których działania opierają się na wołaniu o uwagę. Niż martwi, którzy nie wiedzą, że umarli. Którzy mają własne imiona, ale żadnych indywidualnych cech. Którzy przysięgają, jedni na ziemię, inni na niebo, ale wszyscy wielbią wyłącznie siebie, podobne produkty wielokulturowego przemysłu. Którzy niestrudzenie protestują na ulicach i w mediach, organizują widowiska dobroczynności, a nazajutrz powracają do niezwykle humanitarnego oszukiwania bliźniego.

Te myśli – o czym była już mowa – nie oznaczały, że doktor Anchite był przekonany, jakoby wszystko rozumiał. Za prawdę uznawał wyłącznie przeszkody, o które potykamy się po drodze. Mimo poświęcenia się nowemu filologicznemu zajęciu, nie dążył do zbudowania ze słów choćby szałasu pośród tego wszystkiego, co wznosi się i upada codziennie przy najmniejszym powiewie wiatru. Nadeszły chwile zwątpienia. Ale wytrwał. Może dlatego, że od zawsze fascynowało go piękno spraw skazanych na niepowodzenie? Poza tym jego motywacją nie było zdobycie wiedzy ani pisarskiej sławy. A ponieważ nie poszukiwał naukowych dowodów ciągłości, nie szukał też schronienia w przeszłości, wiedziony strachem czy tęsknotą. Chciał oświecić swoje życie, ze wzruszeniem porównywalnym do wzruszenia tych, którzy przybyli tu z Morza Egejskiego. Ostatni wieczór tych, którzy, choć cali przesiąknięci byli wschodem – mitami, zwyczajami, tradycją plemienną – wyruszali na zachód, szukając odmiany. To właśnie chciał poczuć. I pewnej nocy miał pierwszą wizję.

Ujrzał dalekiego przodka z rodu Eratydów, najwspanialszego z rodów doryckiej Heksapolis, stojącego ze ściśniętym gardłem i patrzącego po raz ostatni na świątynię Ateny. Idącego następnie do najwyższego punktu akropolu Achai i podziwiającego rozproszone domy, a dalej plażę Perea. Wokół wszystko chyli się ku upadkowi, lecz on najwyraźniej nie pragnie statecznego szczęścia, sennych chwil radości. Odejdzie. Nie z powodu tchórzostwa czy w poszukiwaniu nowych okazji do wzbogacenia się. Nie jest poszukiwaczem przygód. Nie wraca wciąż do przeszłości, nie szuka też pretekstu w nowoczesności. Pragnie miejsca do wspaniałego życia. Chce uwolnić się od wszystkiego. Marzy, by wędrować…

…Na zewnątrz zelżał wiatr. Zaczął kropić drobny deszcz. A w domu Pauzaniasz wyraźnie widział swojego nieznanego przodka. Dzisiaj nawet go słyszał…

* dopolavoro – właśc. Opera Nazionale Dopolavoro, dosł. po pracy (wł.) – sieć sieć barów, klubów, restauracji, ośrodków wypoczynkowych w faszystowskich Włoszech (wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza).

**Wykaz cytowanych dzieł znajduje się na końcu książki.

2

Tej nocy Isabella była w Palermo. Przyleciała wczesnym popołudniem, a za sprawą gwałtownego wiatru jej lot okazał się prawdziwą przygodą. Dopiero lądowanie, choć nieudolne i niezbyt miękkie, sprawiło, że serca, które zdążyły podejść pasażerom do gardeł, wróciły na miejsce. Odetchnęli z ulgą, zaraz po ostatnim podwójnym szarpnięciu, którym zakończyła się ta ciężka próba. W gwarnej hali przylotów na międzynarodowym lotnisku Punta Raisi udręczonych podróżnych witali z plakatu dwaj uśmiechnięci sędziowie – symbole niestrudzonej walki ze zorganizowaną przestępczością, której sami padli ofiarą w osobliwych latach dziewięćdziesiątych. Lotnisko nazwano zresztą na ich cześć portem lotniczym imienia Falconego i Borsellina. Bohaterowie na zawsze, „eroi per sempre”, głosił plakat zdobiący wszystkie główne punkty Palermo. W drodze do miasta mija się też zakręt Capaci, gdzie złej sławy Giovanni Brusca, zwany „rzeźnikiem chrześcijan”, pewnego majowego popołudnia 1992 roku nacisnął guzik, by wysadzić w powietrze blisko pół tony materiałów wybuchowych i posłać do nieba Falconego, jego żonę oraz wszystkie towarzyszące im osoby.

Dziwna ociężałość, malaryczna atmosfera – takie były pierwsze wrażenia osób wychodzących z hali przylotów na wątpliwie świeże powietrze. Silny wiatr zaczął ustępować, ale znad masywu Madonie napływały gęste, wilgotne drobinki białego pyłu, które pokrywały ziemię, okna i ludzi. A jednak wszystko to nie popsuło nastroju Isabelli. Bo wzrok i tak kierował się ku zawsze czarującym plażom zatoki Carini. Myślała, że zanim wyjedzie rano do Agrigento, będzie miała wiele godzin, by nacieszyć się malowniczymi zaułkami dzielnicy Kalsa, znów zobaczyć zabytki z czasów arabsko-normandzkiej świetności miasta. Przejść się raz jeszcze od Foro Umberto do targowisk i od pałacu Normanów na Piazza Verdi. Jeśli nie będzie korków, może zdąży przed zamknięciem ukochanej Martorany. Tak sobie planowała, aż do momentu, gdy autokar skręcił na Piazza Kennedy i wjechał w Viale Lazio, potem w Viale della Libertà, prowadzącą do historycznego centrum miasta.

Minęli zachodnie dzielnice, których wspomnienie nosiła w sobie jak wielką ranę. Ileż razy w dzieciństwie słuchała opowiadań ciotki Luizy o wiosennych wieczorach w czasach belle époque, gdy jeździli powozami do centrum i szli na molo, pośród srebrnego blasku księżyca, kwitnących drzew, a orkiestra miejska grała fragmenty znanych oper! Teraz nie lubiła przyjeżdżać do legendarnej Conca d’Oro, z jej rezydencjami i gajami cytrynowymi. Na zachodnich przedmieściach, gdzie kiedyś budowano w stylu Liberty, buldożery wykonały już najcięższą pracę. Wszystko zmieniło się nie do poznania. Nie miała czasu ani sił, by raz jeszcze przejść się Viale del Falte, mając po prawej stronie park Favorita – zbudowany przez wypędzonego z Neapolu Ferdynanda dla jednej z oblubienic – i tam, przy źródle, gdzie mieszkańcy napełniają dziś butelki wodą, skręcić w kierunku opuszczonej Villi Florio. Tak czy inaczej, nie musiała oglądać powybijanych szyb i chwastów w ogrodzie, by przywołać z pamięci liczne opowieści rodzinne.

Prababcia Isabelli, donna Eugenia, także z epoki Liberty, była bliską przyjaciółką słynnej piękności Franki Jacony di San Giuliano. Franca wyszła za Ignazia Floria, dziedzica jednej z największych fortun we Włoszech końca dziewiętnastego wieku. Jej smukłą sylwetkę, pełną blasku skórę, zielone oczy opiewał d’Annunzio. Jej nogi uwiecznił na jednym ze swych szkiców Giovanni Boldini, wywołując tym zresztą skandal. Eugenia i Franca chadzały razem na wyścigi konne do Favority, polowały na przepiórki, robiły furorę na potańcówkach. Były niemal nierozłączne. Do czasu, gdy przyczynienie się rodziny Floriów – a przynajmniej ich ludzi, w tym braci Noto – do porwania córki przebogatego sycylijskiego Anglika, Josha Whittakera, stało się pretekstem do rozłamu między oboma rodami. Odtąd nie wyobrażano sobie wspólnej przyszłości.

Z nadejściem nowego wieku Ignazio Florio, lekkoduch i syn marnotrawny, zaczął wyprzedawać to, co zbierały całe pokolenia jego przodków. Zbiegiem okoliczności równocześnie nastąpił kres świetności rodu Timocrei, który jednak zdołał uratować część nieruchomości w Palermo i posiadłość w Agrigento. Nieprzemyślane działania, dwie wojny i wyniosły arystokratyczny opór przez dwadzieścia lat panowania faszyzmu przypieczętowały upadek. Odbudowa Włoch zadałaby w latach pięćdziesiątych ostateczny cios, gdyby Emmanuele, dziadek Isabelli, ostatni męski potomek rodu Timocrei, nie spotkał Clary de la Ronda, która dzięki swojej sile i inteligencji przywróciła w Rzymie dawną świetność całej rodziny.

Przejeżdżali teraz obok Giardino Inglese. Na Piazza Crispi, w cieniu gigantycznych tablic reklamowych, niegdyś zagrzebane w ziemi zardzewiałe kute balustrady, pozostałości innego miasta, dziś dostojnie grodziły parking. Tutaj znajdowała się kiedyś, zbudowana w stylu toskańskim Villa Daniela. Za każdym razem, gdy Isabella mija to miejsce, myśli o ciotce Luizie, najmłodszej siostrze dziadka, i o jej opowieściach. Ciotka już nie żyje, Isabella nie może jej odwiedzić, znów posłuchać historii o słynnych Whittakerach i angielskim kolorycie, który nadali światowemu życiu w Palermo. O garden parties, wprowadzonych po raz pierwszy przez sycylijskich Anglików, o niemających sobie równych, organizowanych pod namiotami obiadach, o działalności charytatywnej, o piłce nożnej, która wtedy zaczynała zyskiwać popularność, ale i o krykiecie.

Effy Whittaker, najbardziej ekscentryczna osobowość swoich czasów, wybierając się na przejażdżki powozem po mieście i okolicach, zawsze miała na ramieniu papugę, która podjadała ziarna słonecznika ze srebrnego pudełka. Effy zabierała również łopatkę, też srebrną, którą sprzątała ptasie odchody. Jej największą pasją był bez wątpienia tenis. W swoim wspaniałym ogrodzie miała trzy korty: Raj, Czyściec i Piekło. Grało się na danym korcie w zależności od pozycji społecznej, a w czasie rozgrywki papuga latała luzem. Aż pewnego dnia, podczas meczu na korcie Raj, ukrywszy się między drzewami, niesforny najmłodszy syn Floriów zestrzelił rozpieszczonego ptaka. Brak słów, by opisać, co się potem działo.

Uśmiech Isabelli znika na myśl, że miejsce Floriów zajmują dziś konformiści, samozwańczy panowie. Wyłonieni w wyborach, zyskują następnie prawo do dominacji. Była kiedyś w domu senatora, w willi na obrzeżach Palermo. Cóż za świątynne marmury, jakież obrazy słynnych mistrzów, barokowe meble i rokokowe salony, cóż za złote arcydzieła, klejnoty, starożytne monety i ikony! A wszystko pochodziło z plądrowania dawnych rezydencji. Isabella wierzy, że istnieje tradycja rabunku i poddaństwa. Tylko raz, pewnego szarego poranka we wrześniu 1866 roku, gdy świeże jeszcze było pierwotne oszustwo przyłączenia Sycylii do Włoch, urzędnicy przybyli z północy licznie niczym szarańcza, obudzili się zaskoczeni. Chłopi i stróże, szlachta, ale i garibaldczycy, księża i robotnicy przejęli miasto. Na siedem i pół dnia. Tyle trwała radość. Potem znów je stracili, jak traci się nastrój wraz z końcem świąt. Włochy odpowiedziały zdecydowanie: represjami i epidemią cholery. Od tej pory obowiązywało pełne posłuszeństwo butom, które kopią i lżą.

Nie zorientowała się, kiedy przejechali obok teatru Politeama i dotarli do Via Roma. Błyszczały marmury Grand Hotelu delle Palme.

Ulubiony hotel „Lucky’ego” Luciano nie stracił nic ze swej dawnej świetności. Isabella pospiesznie weszła do pokoju, gdzie miała spędzić noc, wzięła gorącą kąpiel i szybko przebrała się do wyjścia. Wiatr całkiem ustał, nie poruszał się żaden liść. Intermezzo spokoju spowijało miasto, a chmury, jeszcze białe, zbierały się groźnie. Na ulicy, w poświacie wieczoru, Isabella pozostawiała za sobą metafizyczny blask. Nie bez racji przechodnie odwracali się, by przyjrzeć się ciemnowłosej piękności o alabastrowej skórze, oczach jak błyszczące węgielki, smukłej niczym łodyga w aksamitnym kielichu i świetnie ubranej. Choć emanowała pewnością siebie, trwała gorycz przyćmiewała jej uśmiech. Mocno zarysowane wargi rozchylały się lekko, jakby powstrzymywały drżący szloch, jakby szeptały zapomnianą modlitwę.

Od razu czułeś, że ukształtowała ją pielęgnowana przez wieki kultura. Zgadywałeś pochodzenie. I dostrzegałeś, jak niemy znak, jej tragiczny los. Dziwna była nie tyle jej uroda, co sposób zachowania. Ulotny cień tajemnicy, który, gdy objawia się u kobiety, blokuje cię i wznosi nieprzekraczalny mur. Nabierasz chęci na poetyckie opisy i porównania, niepasujące już do naszych czasów i naszej realistycznej literatury. „Piękna, ale lodowata” – rzucił ktoś niegodziwie. Ale Isabella, której nie w głowie było zdanie obcych i napawanie się wywieranym przez siebie wrażeniem – narcyzm, jako sposób bycia, pozostawiała ładnym, ambitnym dziewczętom z plebsu – przyspieszyła kroku, by zdążyć przed zamknięciem Martorany. Z wielkiego, czworokątnego placu, słynnego Quattro Canti z wklęsłymi fasadami i posągami hiszpańskich królów w rogach, przeszła szybko w kierunku Piazza Bellini. Zdążyła.

Radośnie wspięła się po schodach, przeszła pod palmami, obok dzwonnicy i weszła do swojej ulubionej bazyliki. Santa Maria dell’Ammiraglio – tak się pierwotnie nazywała – wzniósł słynny dwunastowieczny admirał Jerzy z Antiochii, lecz dziś nazywano ją raczej na cześć Eloizy Martorany, która założyła pobliski klasztor benedyktynek. Martorana jak zwykle wynagrodziła Isabelli męczącą podróż. Oczy znów cieszyły się bizantyjskimi mozaikami, obrazami błyszczącymi w półmroku wieczoru. Pantokrator, wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, koronacja króla Rogera przez Chrystusa przedstawiona w stylu greckim budziły w niej coś nieznanego, a zarazem tak bliskiego. Naprzeciwko wejścia – kościół San Cataldo w stylu arabskim, zwieńczony trzema czerwonymi kopułami, doskonale sąsiadował z otaczającym go mrokiem, co pogłębiało emocje Isabelli.

Z Martorany poniosło ją do zamkniętych sklepów rowerowych na Via del Bosco zdobionej arabskimi napisami, a stamtąd – w wąskie zaułki dzielnicy Albergheria. Dotarła do kościoła del Carmine w chwili, gdy zapachy i barwy z rynku Ballarò unosiły się obłokiem aż po wielobarwne płytki z majoliki zdobiące kopułę. Ustawał ruch całego dnia, tylko kilku imigrantów miało jeszcze chęć nawoływać, w nadziei że uda im się coś sprzedać. W końcu i oni przestaną. Pojedyncze krople deszczu sprawią, że zaczną zastanawiać się, czy trzeba znów przykryć towar. Tymczasem Isabella w drodze do Pałacu Normanów przecięła Via dei Benedettini, akurat gdy zapachy z kościoła San Giovanni degli Eremiti – cedrat, jaśmin, róża – pieściły dziedziniec z podwójnymi kolumnami, wznosiły się do nisz i rudych kopuł, a potem rozpierzchały się na wietrze.

Zaczęło zmierzchać. Isabella wiedziała, że Cappella Palatina będzie zamknięta, ale chciała przejść obok niej, zanim skręci w kierunku Porta Nuova i wróci do centrum Corso Vittorio Emmanuele, starożytną drogą Fenicjan. Arabowie nazywali ją Cassaro, Hiszpanie – Via Toledo. „Wszystko zmienia nazwę, podobnie jak tempo” – pomyślała, stojąc przed katedrą, przypominającą swoją świetnością historię tylu narodów, obecność tak wielu kultur. Elementy fenickie i greckie, rzymskie i arabskie, normandzkie i katalońskie złożyły się na szczególny sycylijski barok. Trochę dalej, na Via Maqueda, która za Quattro Canti nagle zmienia koloryt – sklepy prezentujące najnowsze trendy w modzie ustępują miejsca wschodnim stoiskom z prostymi, tanimi towarami – Isabella zastanawia się nad losem tego świata. Nad tym, że Rzymianie i Arabowie zawsze będą rzucać swój cień, powołując do życia kolejnych potomków. A ci będą przyjeżdżać, dziś jako imigranci, by domagać się swojego dziedzictwa. W historii nie kończy się nic, co się zaczyna.

Palermo pasuje do Isabelli, tak jak każde mityczne miasto pasuje do poetyckiej wizji dziecka uwielbiającego słuchać opowieści. Nieważne, że to już nie kraina z jej wyobraźni i rodzinnych anegdot. Nieważne, że nie ma już pasa drzewek cytrynowych i oliwnych, który niegdyś okalał mury. Są za to nadal spiralne uliczki w Kalsa, lepianki, bazary, warsztaty, świątynie, niezliczone kapliczki. Jest rynek Vucciria, gdzie nawet teraz, gdy opustoszały stragany, mieszanina dźwięków, barw i zapachów nadal unosi się w powietrzu. Oto stoi i wdycha tę woń na rogu ulicy przy małym, ulicznym barze, w którym sprzedają też pani cà meusa, jej ulubioną lokalną potrawę – bułkę z drobno pokrojoną, gotowaną śledzioną.

Wraz z zapadnięciem zmroku na Corso Vittorio Emmanuele współczesność i przeszłość wpadają sobie gwałtownie w objęcia. Kierowca samochodu zwalnia w poszukiwaniu naiwnych turystów, którzy dadzą się namówić na wymianę fałszywych banknotów. Na chodniku po drugiej stronie cudzoziemiec gra na gitarze Balladę dam z dawnych czasów, przypominając François Villona: świętokradczego poetę, którego do pisania natchnął życiowy upadek. Zagubiony w objęciach pozbawionych miłości, na swój sposób modlił się do Pani Niebios. Obok grajka różanolica blondynka o obfitym biuście – jakby uciekła z renesansowego obrazu – śpiewa pieśń Weledy, kapłanki, która wprowadzała Chateaubrianda w świat bóstw. A potem razem głoszą peany na cześć Małgorzaty z Nawarry, podejmującej przyjezdnych ucztą przed ich uśmierceniem. Pierwotna pasja. Jednak Isabella wolała to od wszystkich teorii wygłaszanych przez megalomanów i bufonów jej czasów, od dwulicowej miernoty postępowców i kaznodziejów.

Gdy dotarła do Foro Italico, widoczne na wprost Wzgórze Pellegrino było czarne. Nie zatrzymała się. Na molo kryły się zakochane pary, w parku czaiła się płatna miłość. Z Via Alloro od razu skręciła w zaułki Kalsy. Przytłoczyła ją ciężka, gotycka atmosfera Palazzo Abatellis. Stojąc przed bielonymi, wilgotnymi murami, które teraz opasało żelazne rusztowanie, wyobraziła sobie Triumf Śmierci: fresk ze srebrnym jeźdźcem napinającym łuk. Tymczasem noc rozpościerała powoli swój szeroki, czarny żagiel. Gdzieś w oddali rozległ się grzmot, a na horyzoncie błysk przeciął ciemność. Lekkie krople mżawki, niczym oddechy zroszonych goździków, pieściły jej twarz. Nie było już widać księżyca. Tylko jego odblaski, cienkie jak nici tworzące sieć, wisiały nad dachami. Wszystko wokół podkreślało biedę. Życie tutaj wciąż tworzyło niezmiennie przygnębiający krajobraz, bez względu na to, czy oceniało się wiele rzeczy w odniesieniu do jednej, czy jedną na podstawie wielu, mimo nieprzerwanego cyklu narodzin i śmierci, niezależnie od tego, czy wszystko zmierzało ku miłości, czy ku nienawiści.

Nie rozpadało się, bo wiatr rozwiał mżawkę. Isabella minęła też La Gancię, Santa Maria degli Angeli z szesnastoma kaplicami, gotycką bramą i rzeźbioną apsydą, i skierowała się ku Palazzo Chiaramonte. Tu znajdował się pałac jej przodków, panów niezdobytych zamków i dziewiczych ziem średniowiecznej Sycylii. Duchy ściętych i więzionych w lochach pałacu przez Świętą Inkwizycję wyzierały przez kraty w oknach. Tak jakby wyczuwały płynącą poniżej własną krew. Wyjrzawszy, odwracały jednak ze wstrętem wzrok. Nie przyzwyczaiły się jeszcze do tego, że na Piazza Marina, gdzie ongiś walczyli zakuci w żelazo jeźdźcy, występują dziś zespoły teatralne.

Przechodnie przyglądali się i delektowali ciszą po zamierającym wietrze, po deszczu, co już postanowił przestać padać. Pośrodku placu, w ogrodzie Garibaldiego, egzotyczne ptaki, które ukryły się w fikusach o dziwnych korzeniach, z przestrachem patrzyły na czarne kraty z fantastycznymi zwierzętami. Najbardziej odważne wychylały się, przysiadały na popiersiach przywódców Risorgimento, a następnie, po zapaskudzeniu tablicy upamiętniającej zamordowanego Joego Petrosina, znanego porucznika policji z Nowego Jorku, który nieszczęśliwie postanowił zatrzymać się tu w marcu 1909 roku, wracały do swych kryjówek.

Po drugiej stronie placu, od strony broniącego portu kościoła Santa Maria della Catena, nadciągała w porywach morska bryza. Coraz wyraźniej słychać było głosy: trwały przygotowania do festiwalu di Morgana. Lalkarze z całego świata rozbili tu swoje teatry, układając je w krąg, a każda z trup szukała sposobu na odzwierciedlenie życia jako złudzenia. Isabella nie lubiła lalek i cieni. Wydawały jej się przejawami płytkiej kultury. Burzyła się w niej nie tylko krew Chiaramonte, ale i wspomnienia z tamtych wakacji, kiedy ojciec opowiadał o historycznym pochodzeniu ich rodu. O życiu tych, którzy dotarli do zatoczki u pozbawionych portu wybrzeży Geli w pierwszym roku dwudziestej trzeciej olimpiady. O zapachu żyznej, jasnej ziemi, o winoroślach, które czekały na podmuch życiodajnej bryzy, by wypuścić zielone pędy. O srebrnym kwiecie drzewa oliwnego, obietnicy klarownych soków. Przypominała sobie jak przez mgłę także słowa na temat przedwcześnie utraconej matki – słowa mądrego nauczyciela, jak dowiedziała się po latach, utrwalone w pamięci niczym dziecięcy wierszyk. Wciąż potrafiła odtworzyć je w całości:

„Inną ci rzecz powiem. Żadna ze śmiertelnych rzeczy nie ma narodzin ani końca w nieszczęsnej śmierci. Jest tylko mieszanie i rozdział zmieszanych, a ludzie zwą je narodzinami. Kiedy [korzenie] mieszają się na kształt człowieka i zjawiają w powietrzu, albo jako ród dzikich zwierząt, roślin czy ptaków, wówczas mówią, że to powstaje. A gdy [korzenie] się rozdzielają, mówią o nieszczęsnym losie. Nie nazywają ich należycie, ale sam godzę się z tym zwyczajem. Głupcy – niedaleko sięgają ich myśli, gdyż sądzą, że powstaje coś, co przedtem nie istniało, albo umiera i ginie całkiem. Nic bowiem nie może powstać z czegoś nie istniejącego i jest niemożliwe i niesłychane, by coś istniejącego miało całkiem zginąć. Gdzie ktoś je ustawi, tam zawsze będzie. Mąż znający się na tym nie założyłby w myśli, że jak długo żyją tym, co zwą życiem, tak długo istnieją, z dobrymi i złymi rzeczami przy nich, ani też [nie przyznałby], że zanim są spojeni jako śmiertelni i gdy się rozpadną, nie ma ich wcale. Jak bowiem wcześniej było i będzie, i nigdy, jak sądzę, niewypowiedzianie wielka wieczność nie usunie ich obu [Miłości i Nienawiści]”.

Mieszkając podczas wakacji w pobliżu portu nazwanego na cześć Empedoklesa, filozofa i autora tych słów, Isabella, choć przestała już być „gwiazdą jutrzenki” i „nieskażoną lilijką”, jak nazywał ją ojciec, uwielbiała wracać do tych historii, które kochała nie tyle za ich prawdziwość, ile za poezję. Poezję pozwalającą jej na własną interpretację. Tak samo uwielbiała opowieści o dokonaniach normandzkiego najeźdźcy Rogera, o arabskich rzemieślnikach i niezwykłym niemieckim cesarzu Fryderyku, o dynastii Andegawenów, którą zmiotły nieszpory sycylijskie, jak o Aragonach, hiszpańskich regentach i Alfonsie V, który zjednoczył Sycylię i Neapol. To wszystko mieszało się w jej krwi dzięki odziedziczonemu po matce pochodzeniu. Ród ojca wywodził się bowiem od narodowców Garibaldiego. Z tą sprzecznością nigdy się nie pogodziła.

Ubolewała nad losem królów, którzy nie zdołali przetrwać naporu nowych czasów: nad opóźnionym umysłowo Ferdynandem, wnukiem pierwszego króla z dynastii sycylijskich Burbonów, który doprowadził do interwencji Świętego Przymierza. Nad jego równie głupim synem Franciszkiem. Nad niezrównoważonym Ferdynandem II, który jednak postanowił nadać wspaniałą nazwę molu w Girgenti – to na jego rozkaz nazwano je Porto Empedocle. Jak oceniać ostatniego z dynastii, tchórzliwego i podejrzliwego Franciszka II, który odrzucił propozycję Cavoura, by wspólnie walczyć przeciwko Austrii, a następnie poszedł na ugodę, przerażony atakiem tysiąca garibaldczyków? Za późno, już za późno. Gdy zmarł, sześć lat przed początkiem straszliwego XX wieku, dawna Sycylia konała…

…Szła dalej wzdłuż Via Venezia, a w myślach przeniosła się na Sycylię znaną jej tylko z książek i opowieści. Nagle usłyszała głos przywołujący ją z powrotem do teraźniejszości. Odwróciła się i zobaczyła dawną przyjaciółkę, niewidzianą od lat, z którą uczyła się w jednej klasie w szwajcarskiej szkole. Cristina, jak zawsze, była w centrum uwagi towarzystwa, wyglądającego na zgraną paczkę. Gdy podeszła bliżej, Cristina przedstawiła swojego męża. Isabella od razu go rozpoznała: widziała mężczyznę na przesłanym jej zdjęciu ślubnym. Na ślub, przepraszała Cristina, zaprosili tylko wąskie grono gości. Isabella wydukała jakąś wymówkę, żeby nie musieć się przysiadać, jednak nalegali. Ustąpiła. Ostatnio coraz częściej ustępowała. Niech im będzie. Miała nadzieję, że nie pożałuje.

Miały tyle do wspominania, tyle do opowiedzenia, że wymusiły na innych milczenie. A przecież i tak to, co najważniejsze, mogłyby powiedzieć sobie tylko w cztery oczy. O tym, że kiedyś, ze wzrokiem utkwionym w mapie, podparłszy brodę dłonią, planowały wspólne podróże ku nieznanym morzom i dalekim lądom. Gdy rozmawiały, przed oczami Isabelli przemknął błyskawicznie długi, wąski korytarz z zawsze zamkniętymi drzwiami: rzekomo twórczy spokój, potajemne wymykanie się na palcach, z trudem powstrzymywany chichot. Potem popołudniowa melancholia, stróże i surowi nauczyciele, smutek i skrępowanie podczas świąt, lodowata dyscyplina. Odetchnęła z ulgą. Już mogła myśleć o szkole bez dawnego niepokoju.

Teraz śmiały się z tego, że wtedy wszystko było o ustalonej godzinie, nudne – zwłaszcza w dni wolne od zajęć – wręcz nie do zniesienia. Nie rozmawiały o bezsennych nocach, niemym płaczu i uczeniu się z zaczerwienionymi oczami, o powrotach myślami do Agrigento, które Cristina także poznała, jeszcze zanim rozstali się jej rodzice. Wspomnienia drobiazgów z rodzinnego domu, najzwyklejsze scenki z letnich wakacji wypełniały Isabellę ciepłem i tęsknotą, prowokowały do łez i odliczania dni do powrotu ze szkoły. Potrafiła się w tym zapomnieć, całkowicie zaniedbując odrabianie lekcji, co następnego dnia skutkowało naganami i złośliwościami nauczycieli, które potęgowały smutek aż do rozpaczy. Jakimż wyzwoleniem były więc weekendy w Como w towarzystwie cioci Augusty i kuzynek! Trajkotała wtedy, śpiewała i biegała, jakby nie widziała ich od lat. To wszystko wróciło do niej w jednej chwili po spotkaniu Cristiny.

Szybko oddzieliły się od reszty grupy, ale żadna z nich nie chciała mówić o teraźniejszości. Wolały ożywiać zatarte wspomnienia z młodości, głównie o tym, jak cudzoziemki i zamożne dziewczęta uczące się w szkole uważały je za wyniosłe, jeśli brać pod uwagę ich status materialny…

– Wciąż wszystko zależało od naszej sytuacji – powiedziała z grymasem Isabella.

– Nie obrażały nas, były tylko śmieszne – odparła oschle Cristina.

Rozmawiały o dniach, które upływały wtedy wszystkie identycznie i niezmiennie, a marzenia dziewcząt pozostawały niewzruszone.

– Jakże szybko to zleciało… – stwierdziły, a w ich słowach przeplatały się zarówno radość, jak i zawstydzenie. Radość, bo kiedyś miały wspólne marzenia. Zawstydzenie, bo straciły kontakt na wiele lat i Cristina obawiała się wciąż, tak jak kiedyś, opinii Isabelli. „Czas na kompromis, który nazywa się dojrzałością, dla dobra życia, może dla posiadania dziecka” – pomyślała, starając się przeniknąć myśli przyjaciółki i dowiedzieć się, co sądzi o jej o ślubie. Isabella nie była jednak pewna, czy Cristina znalazła się w podobnej sytuacji, dlatego życzliwie przyznała jej rację.

Próbowała przyjrzeć się dyskretnie mężowi koleżanki. Odniosła wrażenie, że to kolejny zakochany nuworysz, pragnący rozwiązać tradycyjny problem każdego arystokratycznego sycylijskiego rodu, który nie oddawał się w pełni wartościom mieszczańskim, preferując stopniową i arogancką degenerację. Nie, była niesprawiedliwa wobec Cristiny, szybko odwołała swoją ocenę. Wiedziała, że ta dysponuje sporym majątkiem i dawno zerwała wszelkie więzy rodzinne. Nigdy nie dowiedziała się, dlaczego. Isabella z trudem powstrzymywała się, by nie spytać jeszcze o coś innego: o czasy, gdy nie miała kontaktu z Cristiną, o skrajne poglądy polityczne przyjaciółki i związek z pewnym chłopakiem z Taorminy, którego przedstawiła jej rozentuzjazmowana w kawiarni w Rzymie. Teraz jednak nie miejsce i nie pora, by zadawać takie pytania.

Rzucało się w oczy, że Cristina nie jest radosna. Ale czy Isabella była? Wielokrotnie, teraz mogły przyznać, zastanawiały się, skąd brała się ich wielka frustracja. Z tego, w jaki sposób dorastały? Czy w grę wchodziło brzemię pochodzenia, niemożliwe do udźwignięcia w czasach kultu tych, którzy sami na wszystko zapracowali? Stwierdziły, że pewnie chodziło o słabość, choć nie wiedziały, czy miałaby być wrodzona, czy rozwinęła się stopniowo, dzień po dniu, w reakcji na wrogi świat. U Isabelli duma, wspomnienia i marzenia złożyły się na poczucie skrywanej odrazy do wszystkiego. Gniew, pierwszy młodzieńczy odruch, już minął. Jej życie, może z powodu zajęcia skazującego ją na izolację, nabrało powolnego rytmu.

„Upór!” – wykrzyknąłby rasowy drobnomieszczanin. Niewykluczone. Był to jednak upór wspaniały, bolesny i w pięknym stylu. „Uwięzienie z własnej woli w czymś, w co niewielu już wierzy” – zauważyłby intelektualista. Prawda była znacznie prostsza. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, jak dorastała dziewczynka z jej klasy społecznej, przedwcześnie osierocona przez matkę i w młodości nieomal uwięziona w Szwajcarii. Cristina z kolei, córka rozwodników, którzy uzgodnili, że dorastać będzie na neutralnym gruncie, nie pozostawiła niczego przypadkowi. Zawsze goniła jakieś marzenia. Najpierw podzieliła swoje życie na część spontaniczną – był tajemniczy rozdział jej wczesnej młodości, o którym nikt nie wiedział – i zaplanowaną. Realizując tę drugą z równym zdecydowaniem, uwolniła się później od swoich marzeń.

– W pewnym momencie przestajesz myśleć, czego ci brakowało. Skupiasz się na tym, co zostało. A wtedy musisz poświęcić to, co cię dotąd trzymało przy życiu. Taka ofiara albo staje się miłą niespodzianką, albo przez resztę życia ciągniesz kulę u nogi. Czekam, jak to ze mną będzie. Chociaż chyba już wiem… Ale nie mówmy o tym, powiedz coś o sobie. O życiu w Rzymie. Bardzo mi tego brakuje… – powiedziała Cristina, która po ślubie zamieszkała w Mediolanie.

O czym Isabella miała jej opowiedzieć? O nudzie? O dniach mijających monotonnie i boleśnie, aż nie nadążała z określaniem, co nadchodzi, a co mija? O kolacjach, wystawach, muzyce z dawnych lat w cichych pracowniach i tej nowoczesnej, w hałaśliwych barach; o potomkach upadłych rodów i zuchwałości miejskich dorobkiewiczów; o zawiści postępowców, o ograniczeniu konserwatystów? Od razu popsułaby się atmosfera w towarzystwie. Cristina zrozumiała w jednej chwili. „Jej samotność to nie wykręt. Wrosła w nią” – pomyślała. I miała rację. Już od dawna Isabellę zadowalała asceza, emocjonalne zobojętnienie. Zasłaniała się zaangażowaniem w malarstwo, ale tak naprawdę w wieku trzydziestu sześciu lat nie miała planów na życie. W jej pamięci wyróżniał się jeden człowiek, ale przyznanie się do tego uważała za niedojrzałe. Zwłaszcza po piętnastu latach milczenia z obu stron. Jakże więc mogła oceniać kompromis, na który zdecydowała się przyjaciółka?

– Jak dajesz radę? – spytała nagle cicho Cristinę, tak jakby chciała wyprzedzić jej pytanie. Nie umiałaby skłamać.

– Można się przyzwyczaić. Do wszystkiego – odpowiedziała Cristina, a potem dodała przepraszająco:

– Czy wszyscy jakoś nie wytrzymujemy? Sama tak mówiłaś.

Isabella wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.

– Mam tylko nadzieję, że nie spotka mnie to samo, co tych, którzy „jakoś wytrzymują”. Odporność odwadnia, wysusza. Aż zostaje z człowieka połowa. Odporność zabija tolerancję. A tolerancja oznacza, że rozumiesz lub akceptujesz słabości innych, nie żeby ukryć własne, ale by zachować się po ludzku…

Oczy Cristiny wyrażały coś pomiędzy smutkiem a niepokojem.

– W twoim przypadku nie ma takiego ryzyka. Ty nie masz nic do ukrycia – powiedziała tajemniczo.