Wydawca: Marginesy Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 161 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Agata z Placu Słonecznego - Ewa Karwan-Jastrzębska

Rodzice bliźniaków Matyldy i Piotrusia oraz Nieznośnych Trojaczków wyjeżdżają do Papui-Nowej Gwinei, aby badać zwyczaje tamtejszych plemion. W czasie ich nieobecności dom otworzy przed rodzeństwem swoje tajemnice, a Agata, niezwykła niania, która zna wschodnie sztuki walki, jeździ na złotej damce i jest inna od wszystkich niań, stanie się przewodniczką dzieci po różnych światach.

Opinie o ebooku Agata z Placu Słonecznego - Ewa Karwan-Jastrzębska

Fragment ebooka Agata z Placu Słonecznego - Ewa Karwan-Jastrzębska

Co­py­ri­ght © by Ewa Kar­wan-Ja­strzęb­ska, War­sza­wa 2012

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2012

WY­DAW­NIC­TWO MAR­GI­NE­SY

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZYBYCIE AGATY

Nad­cho­dzi mo­ment, kie­dy od­kry­wasz, że świat, któ­ry cię ota­cza, nie jest zwy­czaj­ny. Domy mają swo­je se­kre­ty, a li­ście spa­da­ją­ce z drzew sze­lesz­czą ta­jem­ni­cze sło­wa do ucha przy­pad­ko­wym prze­chod­niom.

Jest ta­kie miej­sce na zie­mi, gdzie wszyst­ko ma swój po­czą­tek i sta­le się od­ra­dza. Na­zy­wa się ono plac Sło­necz­ny. Ro­śnie tam sta­ry klon – drze­wo cza­su. Sam plac zaś jest wiel­kim ze­ga­rem. Cień rzu­ca­ny przez pień drze­wa po­ka­zu­je ko­lej­ne go­dzi­ny. Od daw­na wia­do­mo, że ze­gar ten moż­na prze­sta­wiać, czas na­to­miast co­fać. Nie każ­dy jed­nak po­tra­fi spra­wić, aby tak się dzia­ło. Nocą w ota­cza­ją­cych plac wil­lach za­pa­la­ją się świa­tła. Roz­bły­sku­ją w oknach po ko­lei, wska­zu­jąc upły­wa­ją­ce go­dzi­ny.

W po­bli­żu par­ku uno­si się w po­wie­trzu słod­ki za­pach ma­gno­lii. Miesz­kań­cy na­zy­wa­ją go szczę­ściem. Prze­cha­dza­ją się tam i od­dy­cha­ją głę­bo­ko, wie­dząc, że nie ma na świe­cie zbyt wie­le szczę­ścia i tym bar­dziej na­le­ży je ce­nić.

W sta­rym domu po­ło­żo­nym w jed­nym z pro­mie­ni pla­cu Sło­necz­ne­go, przy uli­cy For­tecz­nej, miesz­ka wraz z ro­dzi­ca­mi pię­cio­ro ro­dzeń­stwa – bliź­nia­ki, Ma­tyl­da i Pio­truś, i Nie­zno­śne Tro­jacz­ki, Ade­laj­da, An­to­ni i Al­bert. Sta­no­wią oni szczę­śli­wą, ko­cha­ją­cą się ro­dzi­nę.

Świat dzie­ci dzie­li się na czas przed Aga­tą i po jej na­dej­ściu.

Aga­ta to nia­nia, któ­ra wie wię­cej niż inni do­ro­śli. Nie wia­do­mo, skąd przy­by­ła, ale zwie­dzi­ła chy­ba cały świat. Ra­dzi so­bie świet­nie ze swo­imi pod­opiecz­ny­mi i jest naj­bar­dziej ta­jem­ni­czą dziew­czy­ną na świe­cie.

POSZUKIWANIE NIANI IDEALNEJ

Pio­truś nie­na­wi­dził niań. Uczu­cie to dzie­lił z czwor­giem ro­dzeń­stwa – sio­strą bliź­niacz­ką Ma­tyl­dą i Nie­zno­śny­mi Tro­jacz­ka­mi. Nie miał po­ję­cia, kto wpadł na po­mysł, aby znów ich uszczę­śli­wić kimś ta­kim jak opie­kun­ka do dzie­ci, bo sam mógł za­jąć się całą czwór­ką. Miał prze­cież dzie­więć lat i był już do­ro­sły. Wszyst­ko przez to, że ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li wy­je­chać do Pa­pui-No­wej Gwi­nei. I te­raz od rana do wie­czo­ra w ich domu po­ja­wia­ły się pa­nie w róż­nym wie­ku. Kan­dy­dat­ki na opie­kun­ki za­pew­nia­ły ro­dzi­ców, że zdo­by­ły naj­wyż­sze kwa­li­fi­ka­cje.

Dzi­siaj mia­ła przy­być ostat­nia w tym ty­go­dniu nia­nia ide­al­na.

Od rana pa­dał deszcz i świat za oknem wy­glą­dał tak, jak­by łkał z żalu nad lo­sem pię­cior­ga dzie­ci, któ­re nie­dłu­go zo­sta­ną po­rzu­co­ne przez uko­cha­nych ro­dzi­ców. Aż na trzy mie­sią­ce! Cała piąt­ka sie­dzia­ła z twa­rza­mi przy­kle­jo­ny­mi do szy­by, wy­pa­tru­jąc ko­lej­ne­go po­two­ra. Wia­do­mo było, że na­dej­dzie z pół­no­cy.

Dom pię­cior­ga ro­dzeń­stwa, po­ło­żo­ny na sa­mym koń­cu nie­wiel­kiej ulicz­ki For­tecz­nej, w po­bli­żu pla­cu Sło­necz­ne­go, wy­glą­dał jak nie­wiel­ki za­mek. Na dwóch pię­trach, z któ­rych każ­de mia­ło dwa skrzyd­ła, mie­ści­ło się osiem po­koi. Był jesz­cze strych, ulu­bio­ne miej­sce za­ba­wy dzie­ci, bo do­ro­śli rzad­ko tam za­glą­da­li. Je­dy­nie raz na pół roku przy­po­mi­na­li so­bie o jego ist­nie­niu i wte­dy ro­bi­li tam ge­ne­ral­ne po­rząd­ki.

Na stry­chu sta­ła skrzy­nia opa­trzo­na na­pi­sem: „Nie do­ty­kać pod żad­nym po­zo­rem!”. Zgro­ma­dzo­no w niej BAR­DZO WAŻ­NE RZE­CZY ro­dzi­ców. Pio­truś oznaj­mił ro­dzeń­stwu, iż z chwi­lą opusz­cze­nia domu przez mamę i tatę wszyst­ko się zmie­ni, więc skrzy­nia za­cznie na­le­żeć do ca­łej piąt­ki. I że wresz­cie le­gal­nie bę­dzie moż­na ją otwo­rzyć.

Tyl­ko dla­te­go dzie­ci nie ucie­kły jesz­cze w świat. Cie­ka­wość była sil­niej­sza niż złość. Cho­ciaż uciecz­ka w ra­mach bun­tu wca­le nie była taka głu­pia, bo Nie­zno­śne Tro­jacz­ki, mimo że mia­ły tyl­ko po trzy lata, ra­zem li­czy­ły ich dzie­więć, i to już było coś.

Dom na For­tecz­nej krył w so­bie tyle za­ka­mar­ków, że ba­wić się w nim mo­gło dwa razy wię­cej dzie­ci. Tak na­praw­dę do­ro­śli nie za­uwa­ża­li, że z nimi miesz­ka­ją. Pię­cio­ro ro­dzeń­stwa zna­la­zło so­bie prze­róż­ne skryt­ki i schow­ki, więc mo­gło bez­kar­nie bu­szo­wać po wszyst­kich po­miesz­cze­niach. Sy­tu­acja była ide­al­na, do­pó­ki nie po­ja­wia­ły się nia­nie. Ich obec­ność wy­klu­cza­ła prak­tycz­nie wszyst­ko.

– Kosz­mar­ne nia­nie miesz­ka­ją na pół­no­cy i nic do­bre­go nie da się o nich po­wie­dzieć – ode­zwał się Pio­truś, czym nie­moż­li­wie prze­stra­szył ro­dzeń­stwo. Dla po­twier­dze­nia wagi wy­po­wia­da­nych słów po­stu­kał pal­cem w szy­bę, co za­brzmia­ło nie­zwy­kle zło­wiesz­czo. – Zo­ba­czy­cie, poza ich roz­ka­za­mi, na­ka­za­mi i wia­trem, któ­ry bę­dzie wiać wła­śnie stam­tąd, do­pó­ki ro­dzi­ce nie wró­cą, nic cie­ka­we­go nas nie spo­tka.

– Nic cie­ka­we­go, same nudy, masz ra­cję, Pio­tru­siu – wtó­ro­wa­ła mu Ma­tyl­da. – Dla­te­go już dziś po­win­ni­śmy jed­nak uciec z domu i za­po­mnieć o tej prze­klę­tej skrzy­ni.

– My nie chce­my ucie­kać! – jęk­nę­ły Nie­zno­śne Tro­jacz­ki. – Tu są na­sze za­baw­ki!

– Weź­mie­cie je ze sobą, ale tyl­ko po jed­nej – za­strzegł Pio­truś. – I pa­mię­taj­cie, mu­si­cie się mnie słu­chać.

Nie­zno­śne Tro­jacz­ki po­smut­nia­ły, do­sko­na­le wie­dząc, co to ozna­cza. Przy­no­sze­nie kap­ci, dra­pa­nie po ple­cach, przy­go­to­wy­wa­nie gi­gan­tycz­nych ka­na­pek ze wszyst­kie­go, co ma się pod ręką. Nikt nie wie­dział le­piej niż tro­jacz­ki, z czym się wią­że zło­że­nie ta­kiej obiet­ni­cy.

– Nie ro­bi­my ka­na­pek! – wrza­snę­ły zgod­nym chó­rem.

– Ka­nap­ki mogę ro­bić so­bie sam – ła­ska­wie zgo­dził się brat. – Ale z dra­pa­nia po ple­cach nie zre­zyg­nuję.

– Zo­bacz, Pio­tru­siu, zo­bacz! – krzyk­nę­ła Ma­tyl­da, trą­ca­jąc go łok­ciem, co spra­wi­ło, że cała piąt­ka ru­nę­ła z pa­ra­pe­tu na pod­ło­gę.

Nie­zno­śne Tro­jacz­ki za­nio­sły się pła­czem.

– Wi­dzisz, do cze­go do­pro­wa­dzi­łeś? – zde­ner­wo­wa­ła się sio­stra. – Znów po­skar­żą się ro­dzi­com.

– To ty mnie szturch­nę­łaś, mą­dra­lo! – obu­rzył się brat.

Nie było jed­nak cza­su na afry­kań­ski sąd, kie­dy to star­szy­zna roz­są­dza w wio­sce spór, a i tak wszy­scy kłó­cą się do upa­dłe­go. Bo wła­śnie przed furt­ką po­ja­wi­ła się dziew­czy­na z dłu­gim ru­dym war­ko­czem. Mia­ła na so­bie ró­żo­wą pe­le­ry­nę i sie­dzia­ła na ro­we­rze w ko­lo­rze sta­re­go zło­ta.

Pio­truś zro­zu­miał, że tym ra­zem nie bę­dzie ła­two. Nie dość, że ta nia­nia umia­ła jeź­dzić na ro­we­rze, to jesz­cze jej dziw­ny po­jazd wy­glą­dał tak, jak­by ktoś ob­sy­pał go ma­gicz­nym prosz­kiem. Cały świe­cił. I choć pa­dał deszcz, ro­wer wy­da­wał się su­chy. Do jego ba­gaż­ni­ka przy­wią­za­na była wiel­ka wa­li­za, któ­rą zdo­bi­ły na­lep­ki z ca­łe­go świa­ta.

Ma­tyl­da sku­pi­ła wzrok na naj­bar­dziej ko­lo­ro­wej na­lep­ce. Przed­sta­wia­ła ona żon­gle­ra ba­wią­ce­go się pi­łecz­ka­mi. Na­gle jed­na z nich wy­pa­dła z ob­raz­ka i po­to­czy­ła się po chod­ni­ku.

Dziew­czyn­ka ze zdzi­wie­niem ob­ser­wo­wa­ła pi­łecz­kę, aż ta znik­nę­ła z jej pola wi­dze­nia, po­rwa­na przez wart­ki stru­mień desz­czu. Otwo­rzy­ła usta, aby po­wie­dzieć bra­tu o od­kry­ciu, lecz w tej sa­mej chwi­li kan­dy­dat­ka na nia­nię spoj­rza­ła w górę, do­kład­nie tam, gdzie znaj­do­wa­ło się okno pod­da­sza. Chło­piec za­mru­gał po­wie­ka­mi i pod­jął wy­zwa­nie. Szma­rag­do­we oczy nie­zna­jo­mej spo­tka­ły się z błę­kit­ny­mi ocza­mi Pio­tru­sia. Przez kil­ka mi­nut mie­rzy­li się wzro­kiem.

Roz­pę­ta­ła się bu­rza, lał deszcz, lecz nia­nia nie zsia­da­ła z ro­we­ru, tyl­ko spo­koj­nie wpa­try­wa­ła się w dzie­wię­cio­lat­ka, jak­by chcia­ła przej­rzeć jego my­śli. Nie­bo roz­dar­ła bły­ska­wi­ca, huk­nął pio­run i roz­dzie­lił nie­bo na dwo­je. Z pęk­nię­cia w chmu­rach wy­sy­pał się deszcz ko­lo­ro­wych pi­łek.

Ma­tyl­da prze­stra­szy­ła się i zła­pa­ła Pio­tru­sia za rękę, lecz on strą­cił nie­cier­pli­wie jej dłoń. Nie wie­dział, co się wo­kół nie­go dzie­je, tyl­ko wpa­try­wał się in­ten­syw­nie w nową nia­nię. Wciąż nie od­ry­wał oczu od dziew­czy­ny, któ­ra uśmie­cha­ła się te­raz lek­ko, jak­by kpi­ła z jego zło­ści. Pił­ki pod­ska­ki­wa­ły, to­cząc się w dół uli­cy, wpa­da­jąc do ogro­dów, na da­chy do­mów, a po­tem pro­sto do ko­mi­nów.

Wresz­cie chło­piec prych­nął po­gar­dli­wie i ze­sko­czył z pa­ra­pe­tu, spo­glą­da­jąc nie­cier­pli­wie na ro­dzeń­stwo.

– Nie mam za­mia­ru wpa­try­wać się w nią jak sro­ka w gnat. To za­ba­wa dla dzie­cia­ków – oznaj­mił. – Mam lep­sze rze­czy do ro­bo­ty niż oglą­da­nie ko­lej­nej nia­ni, któ­ra wyj­dzie stąd za go­dzi­nę, i to z pła­czem.

W tym mo­men­cie roz­legł się dzwo­nek do drzwi, a wraz z nim dzie­ci po­czu­ły, że coś się nie­od­wra­cal­nie zmie­ni­ło. Po pierw­sze, dziew­czy­na nadal sta­ła przy furt­ce, bo Ma­tyl­da tkwi­ła przy oknie i spo­glą­da­ła jesz­cze na wa­li­zę, z na­dzie­ją, że zo­ba­czy ja­kieś nowe sztucz­ki. Ktoś inny więc na­ci­snął dzwo­nek, gdyż kan­dy­dat­ka na nia­nię nie ru­szy­ła się z miej­sca. Po dru­gie, pod­ło­ga za­czę­ła in­a­czej skrzy­pieć.

Nie­zno­śne Tro­jacz­ki przy­kuc­nę­ły i prze­chy­li­ły gło­wy, jak­by cze­goś nad­słu­chi­wa­ły.

– Inna? – za­sta­no­wi­ło się jed­no z dzie­ci.

– I pach­nie in­a­czej – do­da­ło dru­gie, a trze­cie, sły­sząc to, za­nio­sło się pła­czem.

Płacz w ży­ciu tro­jacz­ków był czymś tak nor­mal­nym, jak je­dze­nie śnia­da­nia, co­dzien­na ką­piel albo wza­jem­ne za­bie­ra­nie so­bie za­ba­wek.

– Nie wą­cha­łam pod­ło­gi przy­najm­niej od kil­ku lat – oznaj­mi­ła Ma­tyl­da. – Ale je­śli ma­lu­chy tak mó­wią, coś w tym musi być.

– Nie pod­ło­ga – od­po­wie­dzia­ły, spo­glą­da­jąc z po­gar­dą na star­szą sio­strę. – Nia­nia.

– No, to już po nas – jęk­nę­ła Ma­tyl­da i ukry­ła twarz w dło­niach.

Pio­truś za­wsze po­wta­rzał, że im czło­wiek star­szy, tym z nim go­rzej, bo mniej jest w sta­nie wy­czuć. Obo­je z Ma­tyl­dą czy­ta­li książ­kę o du­chach i wy­jąt­ko­wych zdol­no­ściach ma­łych dzie­ci. Zna­leź­li ją w bi­blio­te­ce ro­dzi­ców. Ich młod­sze ro­dzeń­stwo było ży­wym do­wo­dem przed­sta­wio­nej w niej teo­rii. Te­raz jed­nak Pio­truś miał waż­niej­sze spra­wy na gło­wie niż roz­my­śla­nie o ge­niu­szu tro­jacz­ków. Mu­siał bo­wiem wy­pę­dzić z domu ko­lej­ną kan­dy­dat­kę na nia­nię.

W tej sy­tu­acji Ma­tyl­da wo­la­ła nie mó­wić bra­tu o dziw­nej wa­liz­ce, żon­gle­rze i pił­kach wy­sy­pu­ją­cych się z nie­ba jak z rę­ka­wa. I tak by ją wy­śmiał i stwier­dził, że to so­bie wy­my­śli­ła.

– Bliź­nia­ki, tro­jacz­ki! – za­wo­ła­ła mama. – Chodź­cie szyb­ko na dół, przy­szła wa­sza nia­nia.

– Nie­źle – mruk­nął Pio­truś. – To się na­zy­wa ma­ni­pu­la­cja. Mama pró­bu­je nam wmó­wić, że mamy już nia­nię. Nie daj­cie się, moi mili. Ru­sza­my do boju – do­dał i pod­cią­gnął spodnie, cho­wa­jąc do nich ko­szu­lę.

Naj­waż­niej­szy był wy­gląd. Każ­da nia­nia za­czy­na­ła od tego, że zwra­ca­ła uwa­gę na strój. Je­śli wy­pa­trzy­ła ja­kieś nie­do­cią­gnię­cia czy nie­do­sko­na­ło­ści, typu pla­ma lub wy­sta­ją­ca ze spodni ko­szu­la, cze­pia­ła się, zy­ski­wa­ła prze­wa­gę i nie było już roz­mo­wy o wy­gra­niu z nią woj­ny o wła­dzę w domu. Wal­ka sta­wa­ła się nie­rów­na. Wte­dy jed­nak do ak­cji wkra­cza­ły Nie­znoś­ne Tro­jacz­ki.

Pła­cząc na za­wo­ła­nie, w każ­dych oko­licz­no­ściach i o każ­dej po­rze dnia, spe­cja­li­zo­wa­ły się w wy­pła­sza­niu niań. Jed­no z nich do­sta­wa­ło spa­zmów i za­czy­na­ło się du­sić, dru­gie wa­li­ło je z ca­łej siły po ple­cach, a trze­cie tyl­ko pa­trzy­ło. W ob­li­czu ta­kich scen kan­dy­dat­ka na nia­nię ucie­ka­ła gdzie pieprz ro­śnie. Wi­zja roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych dzie­ci z ro­dzi­ca­mi w Pa­pui-No­wej Gwi­nei sta­wa­ła się kosz­ma­rem nie do za­ak­cep­to­wa­nia.

Do­dat­ko­wym pro­ble­mem ro­dzeń­stwa było pierw­sze wra­że­nie. Nie­ste­ty, w przy­pad­ku tych dzie­ci było ono do­sko­na­łe. Lek­ko krę­co­ne zło­ta­we wło­sy bliź­nia­ków i ich nie­bie­skie oczy o nie­zwy­kłym od­cie­niu były cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem wi­zji nie­po­kor­nych i nie­po­słusz­nych pod­opiecz­nych. Pod­wa­ża­ły wia­ry­god­ność i kła­dły się cie­niem na z tru­dem wy­pra­co­wa­nej re­pu­ta­cji nie­grzecz­nych dzie­ci. Ma­tyl­da i Pio­truś, drob­ni i de­li­kat­ni, wy­glą­da­li nie­win­nie. W do­dat­ku Nie­znoś­ne Tro­jacz­ki, ciem­no­wło­se po ta­cie, o oczach w ko­lo­rze wło­skich orze­chów, były prze­ślicz­ne i choć z re­gu­ły za­le­wa­ły się łza­mi, ich uśmiech mógł po­ko­nać całe za­stę­py groź­nych niań.

Pię­cio­ro dzie­ci sta­wi­ło się w sa­lo­nie, wcho­dząc tam grzecz­nie jed­no za dru­gim, bez prze­py­cha­nia się i po­sztur­chi­wań. Ma­tyl­da zer­k­nę­ła nie­śmia­ło na szczu­płą po­stać no­wej nia­ni.

Dziew­czy­na z bu­rzą ru­dych wło­sów, wy­my­ka­ją­cych się z roz­luź­nio­ne­go war­ko­cza zwią­za­ne­go nie­dba­le czer­wo­ną ko­kar­dą, roz­sia­dła się wy­god­nie w fo­te­lu na­prze­ciw­ko mamy. Nie mia­ła już na so­bie ró­żo­wej pe­le­ry­ny. Pew­nie po­wie­si­ła ją w przed­po­ko­ju. Była nie­ty­po­wo ubra­na, ni­czym oso­ba nie z tego świa­ta. Ma­tyl­da in­te­re­so­wa­ła się modą, więc wie­dzia­ła, że do­ro­słe dziew­czy­ny mogą ubie­rać się, jak chcą.

Ta jed­nak mia­ła na so­bie wy­jąt­ko­wy strój. Na­rzu­ci­ła ze swo­bo­dą na ra­mio­na skó­rza­ną kurt­kę mo­to­cy­klo­wą w ko­lo­rze cy­na­mo­nu. Spod niej wy­glą­da­ła bia­ła ko­szu­la z ża­bo­tem. Ob­ra­zu do­peł­nia­ły czar­ne szor­ty, któ­re jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla­ły jej dłu­gie nogi obu­te w czar­ne atła­so­we pan­to­fle na nie­wiel­kim ob­ca­sie, ozdo­bio­ne ko­kar­da­mi. Na pal­cu pra­wej ręki tkwił pier­ścień z ogrom­nym szma­rag­dem.

„Cie­ka­we, czy jest praw­dzi­wy” – po­my­śla­ła Ma­tyl­da.

– Oto na­sza piąt­ka – oznaj­mi­ła z dumą mama, zwra­ca­jąc się do dziew­czy­ny w cy­na­mo­no­wej skó­rze. – Wy­da­je się, że to dużo dzie­ci, ale gdy­by po­dejść do tego na­uko­wo, są ple­mio­na, gdzie śred­nia licz­ba po­ciech w ro­dzi­nie waha się w gra­ni­cach tu­zi­na.

– Tak, to in­te­re­su­ją­ce – ode­zwa­ła się kan­dy­dat­ka na nia­nię. – Tu­zin jest do­sko­na­łą licz­bą. Szko­da.

Za­pa­dła krę­pu­ją­ca ci­sza. Nikt jesz­cze w tym domu nie ża­ło­wał, że jest ich za mało. Pio­truś czuł ro­sną­cy nie­po­kój. Sy­tu­acja wy­my­ka­ła się spod kon­tro­li.

– Czy­li wo­la­ła­by pani, żeby dzie­ci było wię­cej? – spy­ta­ła zdez­o­rien­to­wa­na mama.

– Aga­ta – od­par­ła krót­ko. – Mam na imię Aga­ta. Licz­ba dzie­ci jest bez zna­cze­nia.

– To do­sko­na­le. – Mama ode­tchnę­ła z ulgą. – Mó­wi­ła pani, że ma lat…

– Nie mó­wi­łam, ale mam dwa­dzie­ścia czte­ry – od­par­ła Aga­ta.

– Czy­li jest już pani po stu­diach. Pe­da­go­gicz­nych? – Mama się­gnę­ła po afry­kań­skie ko­ra­li­ki le­żą­ce na sto­le i za­czę­ła się nimi ba­wić.

Nie było do­brze. Wy­glą­da­ło na to, że mama za­czy­na się czuć nie­pew­nie. Ostat­nim ra­zem zda­rzy­ło się to w Pa­pui-No­wej Gwi­nei, w wio­sce lu­do­żer­ców. Wte­dy wła­śnie po­sta­no­wi­ła nig­dy już nie za­bie­rać dzie­ci w po­dróż. Było to zbyt nie­bez­piecz­ne. W koń­cu uda­ło jej się prze­ko­nać cza­row­ni­ka, aby miesz­kań­cy wio­ski zmie­ni­li ku­li­nar­ne zwy­cza­je, ale spę­dzi­ła tam bli­sko trzy mie­sią­ce. Na­pi­sa­ła swój naj­słyn­niej­szy ar­ty­kuł o do­bro­czyn­nym wpły­wie cze­ko­la­dy na oby­cza­je pa­pu­askich ple­mion, lecz przez cały czas mu­sia­ła cho­dzić z pię­cior­giem dzie­ci, przy­wią­zu­jąc je do nad­garst­ka liną. In­a­czej mo­gły się gdzieś za­wie­ru­szyć, a wte­dy gro­zi­ło­by im po­żar­cie przez lu­do­żer­ców.

Mama cze­ka­ła w na­pię­ciu na od­po­wiedź.

– Mam re­fe­ren­cje od kró­lo­wej bry­tyj­skiej – oznaj­mi­ła z lek­kim uśmie­chem Aga­ta. – A tak­że od księż­nicz­ki Mo­na­ko. I wszel­kie moż­li­we kwa­li­fi­­ka­cje.

Pio­truś wes­tchnął głę­bo­ko, ale za­raz ucichł, szturch­nię­ty łok­ciem przez sio­strę. Pierw­sza za­sa­da to nie oka­zy­wać za­in­te­re­so­wa­nia. Na­wet je­śli nia­nia za­czę­ła­by tań­czyć, śpie­wać i kla­skać, obo­wiąz­kiem ro­dzeń­stwa było za­cho­wać ka­mien­ne twa­rze.

– Tak, to do­bre re­fe­ren­cje – od­po­wie­dzia­ła mama z nie­co nie­obec­nym wy­ra­zem twa­rzy, wska­zu­ją­cym na to, że wca­le nie słu­cha dziew­czy­ny. – Jak już wspo­mi­na­łam, wy­jeż­dża­my z mę­żem do Pa­pui-No­wej Gwi­nei i nie mo­że­my za­brać ze sobą dzie­ci.

– To oczy­wi­ste – oznaj­mi­ła Aga­ta. – Dzie­ci w Pa­pui-No­wej Gwi­nei ła­pią dużo in­fek­cji. Mię­dzy in­ny­mi gro­zi im cho­ro­ba „nie myję rąk, bo mi się nie chce”. – Nia­nia zer­k­nę­ła spod oka na mil­czą­cą piąt­kę.

Ma­tyl­da szyb­ko scho­wa­ła ręce za sie­bie, bo rano wy­la­ła atra­ment z ka­ła­ma­rza na­le­żą­ce­go do taty, mimo iż wie­dzia­ła, że pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no go do­ty­kać. I choć szo­ro­wa­ła dło­nie pu­mek­sem, wy­glą­da­ły te­raz tak, jak­by ktoś syp­nął na nie garść nie­bie­skich pie­gów.

– Cho­ro­ba ta ma skut­ki ubocz­ne w po­sta­ci ła­ma­nia za­ka­zów i się­ga­nia po cu­dze atra­men­ty, tyl­ko po to, aby za­nu­rzać w nich wścib­skie pa­lusz­ki – z nie­spo­dzie­wa­nym uśmie­chem do­da­ła nia­nia.

Uśmiech cał­ko­wi­cie od­mie­nił jej twarz. Uro­cze do­łecz­ki w po­licz­kach i de­li­kat­ne zmarszcz­ki wo­kół oczu uczy­ni­ły z niej naj­mil­szą oso­bę pod słoń­cem. Nie­zno­śne Tro­jacz­ki pod­bie­gły do dziew­czy­ny, wy­cią­ga­jąc ręce. Pio­truś otwo­rzył sze­ro­ko usta i jęk­nął prze­ra­żo­ny, bo prze­wi­dy­wał, jak to się skoń­czy.

– Jest pani pierw­szą nia­nią, któ­ra wzbu­dzi­ła sym­pa­tię Nie­zno­śnych Tro­jacz­ków. – Mama się wzru­szy­ła. – Je­śli chcia­ła­by pani za­opie­ko­wać się na­szy­mi dzieć­mi, cho­ciaż jest ich tyl­ko piąt­ka, to ja nie mam nic prze­ciw­ko temu – oznaj­mi­ła uro­czy­ście.

– Do­brze. Mogę pod­jąć się obo­wiąz­ku pra­cy z dzieć­mi, ale naj­pierw chcia­ła­bym zo­ba­czyć dom – od­po­wie­dzia­ła Aga­ta.

Pio­truś i Ma­tyl­da za­ci­snę­li moc­no po­wie­ki, ma­jąc na­dzie­ję, że gdy otwo­rzą oczy, nia­nia znik­nie. Po­zo­sta­nie po niej je­dy­nie wspo­mnie­nie zdra­dy młod­szej trój­ki ro­dzeń­stwa.

– Cho­dze­nie nie­od­łącz­nie wią­że się z pa­trze­niem. – Usły­sze­li po­dej­rza­nie ra­do­sny głos no­wej nia­ni. – Dla­te­go pro­po­nu­ję otwo­rzyć oczy, a po­tem po­ka­zać mi swo­je po­ko­je.

Ma­tyl­da otwo­rzy­ła ostroż­nie jed­no oko i uj­rza­ła ko­ły­szą­cy się przed jej no­sem rudy war­kocz. A po­tem pod­nio­sła wzrok i na­po­tka­ła spoj­rze­nie szma­rag­do­wych oczu. Nie było w nim gnie­wu ani znie­cier­pli­wie­nia, ra­czej roz­ba­wie­nie, więc dziew­czyn­ka nie­spo­dzie­wa­nie dla sa­mej sie­bie po­czu­ła ulgę i pra­wie się uśmiech­nę­ła. Obie­ca­ła so­bie jed­nak, że nig­dy nie przy­zna się do tego Pio­tru­sio­wi, któ­ry nadal stał z za­mknię­ty­mi ocza­mi, więc po­cią­gnę­ła go za rękę i po­pchnę­ła w stro­nę scho­dów.

Ru­szy­li na górę, za nimi Aga­ta, po­tem zaś Nie­zno­śne Tro­jacz­ki i mama, któ­ra była pra­wie tak wy­so­ka jak nowa nia­nia i rów­nie szczu­pła. Ubie­ra­ła się jed­nak zu­peł­nie in­a­czej. W ele­ganc­kich wą­skich spodniach w szkoc­ką kra­tę, dłu­go­ści trzy czwar­te, w mę­skich pół­bu­tach i czer­wo­nym swe­trze sta­no­wi­ła prze­ci­wień­stwo Aga­ty. Ja­sne wło­sy zwią­za­ła w gład­ki koń­ski ogon, a na jej no­sie tkwi­ły oku­la­ry, któ­rych za­po­mnia­ła zdjąć, od­kła­da­jąc książ­kę.

Dom skrzy­piał i trzesz­czał, jak­by chciał przed czymś ostrzec albo wręcz prze­ciw­nie, przy­wi­tać no­we­go miesz­kań­ca. Na ścia­nach wi­sia­ły ob­ra­zy mamy, któ­ra ma­lo­wa­ła je w wol­nych chwi­lach, ocze­ku­jąc ko­lej­ne­go wy­jaz­du. Na jed­nym z nich uwiecz­ni­ła ro­ze­śmia­ne­go cza­row­ni­ka z wio­ski lu­do­żer­ców.

Gdy wspię­li się po scho­dach na dru­gie pię­tro, nia­nia za­trzy­ma­ła się, spo­glą­da­jąc na sta­ry ze­gar, tkwią­cy od nie­pa­mięt­nych cza­sów we wnę­ce mię­dzy po­ko­ja­mi dzie­ci. Zer­k­nę­ła na jego nie­ru­cho­me wska­zów­ki i po­krę­ci­ła z nie­za­do­wo­le­niem gło­wą.

Drzwi po­ko­ju bliź­nia­ków skrzyp­nę­ły i otwo­rzy­ły się na całą sze­ro­kość. Pierw­si we­szli tam Ma­tyl­da i Pio­truś. Wcze­śniej zo­sta­wi­li w po­miesz­cze­niu otwar­te okno i te­raz wszę­dzie fru­wa­ły ry­sun­ki dzie­ci, wy­ko­na­ne na wy­rwa­nych z blo­ku kart­kach. Jed­na z nich opa­dła na zie­mię, tuż przy sto­pach Aga­ty. Nia­nia schy­li­ła się i pod­nio­sła ją ostroż­nie. Ry­su­nek przed­sta­wiał ko­bie­tę w kocz­ku, z twa­rzą wy­krzy­wio­ną gry­ma­sem prze­ra­że­nia. Ubra­na w ża­kiet w krat­kę, w bluz­ce za­wią­za­nej przy szyi na ko­kar­dę, wy­glą­da­ła jak bo­ha­ter­ka fil­mu Ucie­ka­ją­ca nia­nia, któ­ry kie­dyś miał za­miar na­krę­cić Pio­truś.

– Ma­tyl­do! – za­wo­ła­ła mama. – Znów to zro­bi­łaś!

Cór­ka bar­dzo lu­bi­ła ry­so­wać. Jej sła­bo­ścią było uwiecz­nia­nie chwi­li, kie­dy ko­lej­na nia­nia ucie­ka gdzie pieprz ro­śnie. Po­kaź­na ko­lek­cja ta­kich ob­raz­ków ukry­ta była w sza­fi­ro­wej kar­to­no­wej tecz­ce.

Każ­dy por­tret opa­trzo­no na­pi­sem: PO­SZU­KI­WA­NA GROŹ­NA NIA­NIA! ZA WSKA­ZA­NIE MIEJ­SCA PO­BY­TU NA­GRO­DA MI­LION DO­LA­RÓW. Był to po­mysł Pio­tru­sia. Wte­dy wy­da­wał mu się śmiesz­ny. Te­raz jed­nak nie był już tak bar­dzo o tym prze­ko­nany.

– Wi­dzę, że pro­wa­dzi­cie ob­raz­ko­wą kar­to­te­kę niań – po­wie­dzia­ła spo­koj­nym gło­sem Aga­ta i roz­pro­sto­wa­ła sta­ran­nie kart­kę. – Ja pro­wa­dzę kar­to­te­kę dzie­ci.

– Prze­cho­wu­je ją pani w tej wa­li­zie? – spy­ta­ła Ma­tyl­da i za­nim wy­brzmia­ło ostat­nie sło­wo, już wie­dzia­ła, że po­peł­ni­ła naj­więk­szy błąd na świe­cie. Nie wol­no było od­zy­wać się do niań i oka­zy­wać im za­in­te­re­so­wa­nia.

Pio­truś miał wy­raz twa­rzy, jak­by chciał za­mor­do­wać wła­sną sio­strę. Po­tem wbił wzrok w Aga­tę.

– Owszem, w tej wa­li­zie. A gdzie jest po­kój Nie­zno­śnych Tro­jacz­ków? – Nia­nia spoj­rza­ła na mamę, lek­ce­wa­żąc nie­chęt­ne spoj­rze­nie chłop­ca.

– Za­raz obok – od­par­ła mama. – Tyl­ko tro­jacz­ki ba­wi­ły się dzi­siaj w In­dian, więc może być tam tro­chę… – za­wa­ha­ła się i do­da­ła z nie­spo­dzie­wa­ną od­wa­gą – …tro­chę in­a­czej niż zwy­kle.