Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Afrykańska love story ebook

Daphne Sheldrick

3.8125 (16)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Afrykańska love story - Daphne Sheldrick

 

 

Barwny obraz niezwykłego życia w buszu.

Daphne, urodzona w Kenii w rodzinie brytyjskich osadników, zawsze czuła się ściśle związana z naturalnym dla niej światem afrykańskiej sawanny i zamieszkujących ją dzikich zwierząt. Kiedy wychodziła za mąż za Davida, jednego z prekursorów ochrony przyrody i pracownika nowo powstałego Parku Narodowego w Tsavo, było dla niej jasne, że chce poświęcić swoje życie opiece nad afrykańską fauną, coraz bardziej zagrożoną przez człowieka.
Założyła między innymi jeden z pierwszych zwierzęcych sierocińców, gdzie do dziś przysposabia do samodzielnego życia na wolności porzucone słoniątka, małe antylopy oraz nosorożce. Ponadto wraz ze strażnikami parku prowadzi pionierskie badania nad komunikacją i obyczajami zwierząt.
Życie Sheldrick, opisane przez nią samą szczerze i otwarcie, jest również podróżą przez cały XX wiek, tak rzadko oglądany przez nas z afrykańskiej perspektywy; od ugruntowywania się europejskiego osadnictwa, przez niełatwy okres dwóch wojen światowych, aż po równie burzliwe czasy dekolonizacji. Wszystkie te wydarzenia w mniejszym lub większym stopniu odbiły się również na niemych świadkach historii – dzikich zwierzętach Afryki – które dla Sheldrick i jej bliskich zawsze pozostaną pełnoprawnymi mieszkańcami Czarnego Lądu.

Opowiadane przez Sheldrick historie są niesamowite. Z tego właśnie słynie Afryka; zarówno radości, jak i tragedie osiągają mają tu skalę większą niż gdziekolwiek indziej. Czytelników ostrzegamy: po przewróceniu ostatniej strony odczujecie pokusę, żeby sprzedać cały dobytek i dołączyć do bohaterów książki.

BostonGlobe.com

Opinie o ebooku Afrykańska love story - Daphne Sheldrick

Fragment ebooka Afrykańska love story - Daphne Sheldrick

Da­ph­ne Shel­drick

AFRY­KAŃ­SKA LOVE STO­RY

MI­ŁOŚĆ, ŻY­CIE I SŁO­NIE

Prze­ło­ży­ła Do­ro­ta Ko­ziń­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: An Afri­can Love Sto­ry. Love, Life and Ele­phants

Co­py­ri­ght © Da­ph­ne Shel­drick, 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

De­dy­ku­ję tę książ­kę Dzi­kiej Przy­ro­dzie i wszyst­kie­mu, co się w niej kry­je, pa­mię­ci Da­vi­da i dy­rek­to­rów pierw­szych ke­nij­skich par­ków na­ro­do­wych, oraz mo­jej ro­dzi­nie i wnu­kom, żeby mo­gły się do­wie­dzieć, jak to kie­dyś by­wa­ło.

PROLOG

Dzień za­czął się do­brze. Ra­zem z ko­le­gą szu­ka­li­śmy Ele­anor, klu­cząc wśród splą­ta­nych ro­ślin i stad dzi­kich zwie­rząt w Par­ku Na­ro­do­wym Tsa­vo. Bar­dzo mi za­le­ża­ło na od­na­le­zie­niu naj­uko­chań­szej z wy­cho­wa­nych prze­ze mnie sło­nio­wych sie­rot. Po tylu la­tach zaj­mo­wa­nia się sło­nia­mi nie mia­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści: od Ele­anor do­wie­dzia­łam się naj­wię­cej o jej po­bra­tym­cach. Prze­ży­ły­śmy wspól­nie wie­le wzlo­tów i upad­ków. Była moją sta­rą przy­ja­ciół­ką.

Mie­li­śmy kło­pot z jej od­szu­ka­niem. Tsa­vo roz­po­ście­ra się na ob­sza­rze prze­szło dwu­dzie­stu ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Roz­glą­da­li­śmy się za nią tam, gdzie ktoś po­noć ją wi­dział za­le­d­wie dzień wcze­śniej. Daw­niej, kie­dy spo­dzie­wa­łam się zna­leźć Ele­onor w sta­dzie dzi­kich sło­ni, wy­star­czy­ło za­wo­łać ją po imie­niu, żeby spo­koj­nie odłą­czy­ła się od gru­py i po­de­szła do mnie. W chwi­lach czu­ło­ści obej­mo­wa­ła mnie de­li­kat­nie za szy­ję po­tęż­ną szorst­ką trą­bą, uno­sząc na po­wi­ta­nie wiel­ką sto­pę, że­bym mo­gła ją uści­snąć obu­rącz.

Zna­łam Ele­anor, od kie­dy zo­sta­ła sie­ro­tą w dru­gim roku ży­cia – te­raz była już po czter­dzie­st­ce, nie­mal w tym sa­mym wie­ku, co moja star­sza cór­ka Jill – i łą­czy­ła nas zdu­mie­wa­ją­ca więź, opar­ta na przy­jaź­ni i za­ufa­niu, któ­ra prze­trwa­ła na­wet po jej po­wro­cie na wol­ność.

Wresz­cie – we wska­za­nym miej­scu – wy­pa­trzy­li­śmy dzi­kie sta­do. Nig­dy nie było ła­two od­róż­nić Ele­anor w skłę­bio­nej ciż­bie do­ro­słych osob­ni­ków; nig­dy też mi na tym nie za­le­ża­ło, bo mia­łam pew­ność, że sło­ni­ca sama mnie po­zna. W prze­ci­wień­stwie do in­nych dzi­kich sło­ni z Tsa­vo, któ­re nie mu­sia­ły ani nas lu­bić, ani nam ufać, za­wo­ła­na po imie­niu Ele­anor za­wsze pod­cho­dzi­ła, żeby się ze mną przy­wi­tać, choć­by przez wzgląd na sta­re do­bre cza­sy. Wie­le się na­uczy­łam o sło­nio­wej pa­mię­ci i ude­rza­ją­cych po­do­bień­stwach w od­czu­wa­niu emo­cji przez sło­nie i lu­dzi – bądź co bądź, spo­tka­nie ze sta­rą przy­ja­ciół­ką świet­nie wpły­wa na sa­mo­po­czu­cie, spra­wia, że czu­jesz się chcia­na i pa­mię­ta­na.

Ogrom­na sło­ni­ca piła wodę z za­mu­lo­nej sa­dzaw­ki; jej po­bra­tym­cy wy­co­fy­wa­li się już w za­ro­śla. Z tej od­le­gło­ści nie­szcze­gól­nie przy­po­mi­na­ła Ele­anor: była rów­nie wiel­ka, ale bar­dziej krę­pa. Po­dzie­li­łam się swo­ją ob­ser­wa­cją ze zna­jo­mym.

– Jaka szko­da – po­wie­dział. – Tak chcia­łem ją po­znać.

– Za­wo­łam ją – od­par­łam. – Je­śli to Ele­anor, po­win­na za­re­ago­wać.

Za­re­ago­wa­ła. Po­pa­trzy­ła na mnie za­cie­ka­wio­na i odro­bi­nę od­sta­wi­ła uszy. Ode­szła od sa­dzaw­ki i ru­szy­ła pro­sto na nas.

– Cześć, Ele­anor – rze­kłam. – Przy­bra­łaś na wa­dze.

Spoj­rza­łam jej w oczy, któ­re mia­ły dziw­ny od­cień bla­de­go bursz­ty­nu. Za­świ­ta­ło mi w gło­wie, że Ele­anor ma ciem­niej­sze oczy, ale na­tych­miast od­rzu­ci­łam tę myśl. To musi być Ele­anor. Dzi­kie sło­nie z Tsa­vo po pro­stu tak się nie za­cho­wu­ją, nie pod­cho­dzą do lu­dzi z taką uf­no­ścią. Tu­tej­sze sta­da od­no­szą się do nas z wro­dzo­ną re­zer­wą, bez­li­to­śnie prze­śla­do­wa­ne przez kłu­sow­ni­ków, któ­rzy od lat sie­dem­dzie­sią­tych aż do po­cząt­ku dzie­więć­dzie­sią­tych do­ko­na­li ist­nej he­ka­tom­by tych zwie­rząt.

– Tak – po­wie­dzia­łam zna­jo­me­mu. – To Ele­anor.

Się­gnę­łam do po­licz­ków sło­ni­cy i po­czu­łam chłód szkli­wa jej cio­sów, dra­piąc ją na po­wi­ta­nie pod bro­dą. Mia­ła do­bre, ła­god­ne oczy, oko­lo­ne dłu­gi­mi ciem­ny­mi rzę­sa­mi. Za­cho­wy­wa­ła się przy­jaź­nie.

– Jest pięk­na – wy­szep­tał mój zna­jo­my. – Stań koło niej, zro­bię wam zdję­cie.

Usta­wi­łam się przy po­tęż­nej przed­niej no­dze i wy­cią­gnę­łam dłoń, żeby po­gła­skać sło­ni­cę za uchem. Uwiel­bia­łam tak pie­ścić Ele­anor. Spód ucha sło­nia jest mięk­ki i gład­ki jak je­dwab, poza tym roz­kosz­nie chłod­ny w do­ty­ku.

By­łam zu­peł­nie nie­przy­go­to­wa­na na to, co zda­rzy­ło się po­tem.

Sło­ni­ca cof­nę­ła się odro­bi­nę, wstrzą­snę­ła po­tęż­nym łbem, chwy­ci­ła mnie trą­bą i wy­rzu­ci­ła wy­so­ko w po­wie­trze jak piór­ko – z taką siłą, że ude­rzy­łam w ol­brzy­mią ster­tę ka­mie­ni ja­kieś dwa­dzie­ścia kro­ków da­lej. Od razu się zo­rien­to­wa­łam, że strza­ska­ła mi pra­wą nogę. Kie­dy pró­bo­wa­łam usiąść, usły­sza­łam i po­czu­łam chrzęst ła­ma­nych ko­ści. Zo­ba­czy­łam też, że krwa­wię ob­fi­cie z otwar­tej rany na udzie. O dzi­wo, nic mnie nie bo­la­ło – przy­najm­niej na ra­zie.

Zna­jo­my pod­niósł krzyk. Sło­ni­ca – te­raz już wie­dzia­łam, że to nie Ele­anor – za­szar­żo­wa­ła wprost na mnie, wzno­sząc się jak góra nad moim po­kie­re­szo­wa­nym cia­łem. Spo­dzie­wa­łam się ry­chłe­go koń­ca. Za­mknę­łam oczy i za­czę­łam się mo­dlić. Mia­łam za co dzię­ko­wać w ży­ciu, ale nie chcia­łam jesz­cze scho­dzić z tego świa­ta. Wez­bra­ła we mnie pa­ni­ka, bez­ład­ne my­śli prze­mknę­ły mi przez gło­wę. Wtem za­pa­dła kom­plet­na ci­sza – jak­by Zie­mia prze­sta­ła się na­gle ob­ra­cać – a kie­dy otwar­łam oczy, po­czu­łam, że sło­ni­ca de­li­kat­nie wsu­wa cio­sy mię­dzy ka­mie­nie a mój tu­łów. Uświa­do­mi­łam so­bie, że nie za­mie­rza mnie za­bić; wręcz prze­ciw­nie, pró­bu­je mnie pod­nieść na nogi i po­móc mi wstać. Trak­tu­je mnie jak swo­je mło­de, po­my­śla­łam.

Gdy­by mnie jed­nak pod­nio­sła w tym sta­nie, mo­gło­by to się źle skoń­czyć.

– Nie! – krzyk­nę­łam i pla­snę­łam dło­nią w wil­got­ny czu­bek cio­sa, któ­ry do­tknął mo­jej twa­rzy.

Spoj­rza­ła na mnie ła­god­nym, sku­pio­nym wzro­kiem i roz­po­star­ła uszy, przy­po­mi­na­ją­ce kształ­tem za­rys kon­ty­nen­tu afry­kań­skie­go. Po­tem unio­sła wiel­ką nogę i za­czę­ła mnie de­li­kat­nie ob­ma­cy­wać, le­d­wie trą­ca­jąc po­de­szwą sto­py. Ol­brzy­mie uszy trzy­ma­ła pro­sto­pa­dle do po­tęż­ne­go łba, przy­pa­tru­jąc się, jak leżę bez­rad­nie, kil­ka cen­ty­me­trów od czub­ków dwóch dłu­gich, ostrych cio­sów. Już wie­dzia­łam, że nie chce zro­bić mi krzyw­dy – sło­nie stą­pa­ją ostroż­nie i dep­czą tyl­ko po swo­ich ofia­rach. Je­śli mają mor­der­cze za­mia­ry, klę­ka­ją, żeby za­ata­ko­wać czo­łem i na­sa­dą sie­ka­czy.

I w tej wła­śnie chwi­li – z za­dzi­wia­ją­cą ja­sno­ścią umy­słu, któ­rą pa­mię­tam do dziś – zda­łam so­bie spra­wę, że je­śli oca­le­ję, mu­szę wy­peł­nić zo­bo­wią­za­nie, ja­kie zło­ży­łam Na­tu­rze i wszyst­kim zwie­rzę­tom, któ­re wzbo­ga­ci­ły moje ży­cie. Choć czu­łam każ­dą zła­ma­ną kość w po­gru­cho­ta­nym cie­le, choć ból pa­lił mnie te­raz jak ogień, choć przy­czy­ną mo­jej nie­do­li było jed­no z mo­ich uko­cha­nych stwo­rzeń, po­ję­łam w mig, że mam bez­względ­ną po­win­ność po­dzie­le­nia się swo­ją naj­skryt­szą wie­dzą i do­świad­cze­niem z pra­cy wśród afry­kań­skich dzi­kich zwie­rząt. Mu­szę się też wy­tłu­ma­czyć z po­czu­cia przy­na­leż­no­ści do Ke­nii.

Je­śli prze­ży­ję, za­cznę pi­sać, po­my­śla­łam. Prze­ka­żę moje dzie­dzic­two. Opi­szę wszyst­ko, cze­go się na­uczy­łam, pró­bu­jąc się przy­czy­nić do ochro­ny i za­cho­wa­nia dzi­kiej przy­ro­dy w tej ma­gicz­nej kra­inie.

Sło­ni­ca jak­by usły­sza­ła moje my­śli. W peł­nej na­pię­cia ci­szy zer­k­nę­ła na mnie raz jesz­cze i po­wo­li ode­szła. Mia­łam żyć da­lej. Wstrzą­śnię­ty ko­le­ga zdo­łał ja­koś do­trzeć do na­sze­go kie­row­cy i spro­wa­dzić po­moc.

Po wie­lu go­dzi­nach le­że­nia pod ska­łą, szar­pa­na bó­lem, ja­kie­go nig­dy przed­tem nie do­świad­czy­łam, zo­sta­łam ura­to­wa­na przez le­ka­rzy z or­ga­ni­za­cji Fly­ing Do­ctors. Nie był to ko­niec mo­ich cier­pień. Prze­szłam mnó­stwo ope­ra­cji, groź­nych in­fek­cji, prze­szczep ko­ści i wie­lo­mie­sięcz­ną re­ha­bi­li­ta­cję, pod­czas któ­rej mu­sia­łam od nowa na­uczyć się cho­dzić. Ale prze­ży­łam i zo­sta­łam w Afry­ce. Oca­la­łam dzię­ki nie­zwy­kłej umie­jęt­no­ści, z jaką sło­nie po­tra­fią wy­mie­niać się bar­dzo zło­żo­ny­mi ko­mu­ni­ka­ta­mi, któ­re nie­jed­no­krot­nie by­wa­ją sprzecz­ne z ich na­tu­ral­nym in­stynk­tem. Prze­ko­na­li­śmy się bo­wiem, że Ele­anor zna­ła Ca­the­ri­ne – jak póź­niej na­zwa­li­śmy dzi­ką sło­ni­cę, któ­ra mnie za­ata­ko­wa­ła – i w ja­kiś spo­sób prze­ka­za­ła jej in­for­ma­cję, że mam przy­ja­zne za­mia­ry.

Wra­ca­jąc do ów­cze­sne­go ob­ja­wie­nia – że mu­szę spi­sać hi­sto­rię swo­je­go ży­cia i swo­jej pra­cy: oto i jego owoc, któ­ry doj­rze­wał przez kil­ka lat. To opo­wieść o mo­ich przod­kach osad­ni­kach; o do­ra­sta­niu w go­spo­dar­stwie ro­dzi­ców; o sa­fa­ri i no­cach pod gwiaz­da­mi; o Da­vi­dzie, mo­jej brat­niej du­szy, mo­ich cór­kach Jill i An­ge­li, po­cząt­kach na­sze­go sie­ro­ciń­ca dla sło­ni i moim wła­snym ży­ciu – prze­ple­cio­na fa­scy­nu­ją­cy­mi ga­wę­da­mi o nie­zli­czo­nych zwie­rzę­tach, któ­re wzbo­ga­ci­ły mnie o tyle no­wych do­świad­czeń. Zwie­rzę­tach, któ­re od­cho­wa­łam, po­ko­cha­łam i na­uczy­łam się ro­zu­mieć, wcho­dząc w rolę ich mat­ki za­stęp­czej.

Tak roz­po­czy­na się moja hi­sto­ria: na tle ma­je­sta­tycz­ne­go pej­za­żu Afry­ki, ko­leb­ki ludz­ko­ści.

1. OSADNICY

To, kim je­ste­śmy, jest da­rem od Boga;

to, kim zo­sta­nie­my, jest na­szym da­rem dla Boga.

Ano­nim

Moi przod­ko­wie osie­dli­li się w Ke­nii wła­ści­wie przez przy­pa­dek.

Na po­cząt­ku XX wie­ku cio­tecz­ny dziad Will wiódł cał­kiem do­stat­ni ży­wot we wschod­niej czę­ści Kra­ju Przy­ląd­ko­we­go w po­łu­dnio­wej Afry­ce. Jego ro­dzi­na – moja pra­bab­ka była sio­strą Wil­la – przy­je­cha­ła do Afry­ki ze szkoc­kiej pro­win­cji w po­ło­wie lat dwu­dzie­stych XIX wie­ku. Will był czło­wie­kiem przed­się­bior­czym; pra­co­wał cięż­ko w trud­nych wa­run­kach, upra­wia­jąc zie­mię, dba­jąc o ro­dzi­nę i po­ma­ga­jąc prze­trwać in­nym kon­se­kwen­cje wo­jen bur­skich. Wy­ga­da­ny i ob­da­rzo­ny cha­ry­zmą, z nie­od­łącz­nym bły­skiem w oku, za­pa­lo­ny mi­ło­śnik po­lo­wań na gru­be­go zwie­rza, od cza­su do cza­su mógł so­bie po­zwo­lić na po­dróż do Ke­nii sta­ro­świec­kim pa­row­cem, żeby za­spo­ko­ić swo­je pra­gnie­nie po­dzi­wia­nia tam­tej­szych zwie­rząt i kra­jo­bra­zów. W Ke­nii, ist­nej skarb­ni­cy ży­cia – z ca­łym jej bo­gac­twem dzi­kiej przy­ro­dy i fa­lu­ją­cych sa­wann – ser­ce aż ro­sło mu w pier­si. Tam wła­śnie do­zna­wał głę­bo­kiej prze­mia­ny we­wnętrz­nej.

Pod­czas jed­nej z tych wy­praw my­śliw­skich, wio­sną 1907 roku, Will za­przy­jaź­nił się z sir Char­le­sem Elio­tem, by­łym za­rząd­cą nowo utwo­rzo­ne­go pro­tek­to­ra­tu Bry­tyj­skiej Afry­ki Wschod­niej. Męż­czyź­ni lgnę­li do sie­bie. Will, praw­dzi­wy pio­nier, umiał sku­tecz­nie dzia­łać; Eliot, praw­dzi­wy po­li­tyk, po­tra­fił na­kło­nić in­nych, żeby dzia­ła­li sku­tecz­nie. Pew­ne­go ran­ka w bu­szu Eliot zło­żył in­try­gu­ją­cą pro­po­zy­cję mo­je­mu cio­tecz­ne­mu dziad­ko­wi: je­śli ścią­gnie do Ke­nii dwa­dzie­ścia ro­dzin, rząd przy­zna im za dar­mo zie­mię pod osie­dle­nie. Eliot do­stał wła­śnie po­le­ce­nie od władz w kra­ju, żeby przy­śpie­szyć roz­wój ko­lo­nii, po­cią­gnąć je­dy­ną li­nię ko­le­jo­wą aż za Na­iro­bi i spro­wa­dzić bia­łych osad­ni­ków, co po­mo­że oży­wić han­del i zy­skać środ­ki na roz­bu­do­wę ko­lei. Rząd bry­tyj­ski wy­su­płał już na ten cel pięć mi­lio­nów fun­tów i spo­dzie­wał się zy­sków – im szyb­ciej, tym le­piej.

Ke­nia nie była głów­nym ce­lem eks­pan­sji Wiel­kiej Bry­ta­nii w Afry­ce Wschod­niej – cho­dzi­ło przede wszyst­kim o Ugan­dę i źró­dła Nilu. Rząd chciał za­po­biec prze­ję­ciu przez Niem­ców i Fran­cu­zów kon­tro­li nad Ka­na­łem Su­eskim – waż­nym od­cin­kiem bry­tyj­skie­go szla­ku han­dlo­we­go do In­dii, per­ły w ko­ro­nie Im­pe­rium. Bu­do­wa ko­lei była po­tęż­nym przed­się­wzię­ciem i do prac spro­wa­dzo­no ty­sią­ce si­khij­skich ro­bot­ni­ków z In­dii Bry­tyj­skich. Szlak wiódł przez te­re­ny o bar­dzo zróż­ni­co­wa­nym kra­jo­bra­zie – od por­to­we­go mia­sta Mom­ba­sy, po­przez gę­sty, nie­do­stęp­ny busz, aż po roz­le­głe sa­wan­ny, na któ­rych roz­po­ście­ra­ły się naj­lep­sze pa­stwi­ska Ma­sa­jów. Ple­mię nie­gdy­siej­szych pa­nów tych ziem zo­sta­ło zdzie­siąt­ko­wa­ne w po­cząt­kach XX wie­ku przez epi­de­mię ospy.

Mój cio­tecz­ny dziad Will był tak za­uro­czo­ny ke­nij­skim bu­szem i tak za­chwy­co­ny per­spek­ty­wą za­miesz­ka­nia w tym wspa­nia­łym kra­ju, że skró­cił swój po­byt, by zwer­bo­wać osad­ni­ków zgod­nie z pro­po­zy­cją Elio­ta. Nie mu­siał zbyt dłu­go szu­kać: ta ga­łąź na­szej ro­dzi­ny ob­fi­to­wa­ła w wie­lo­dziet­ne sta­dła. Sam Will do­cho­wał się sie­dem­na­ścior­ga dzie­ci z trze­ma żo­na­mi, a jego po­tom­stwo przy­spo­rzy­ło mu rów­nie licz­nych wnu­ków. Pe­łen ener­gii i wi­do­ków na przy­szłość, z po­wo­dze­niem prze­ko­nał część swo­ich zstęp­nych do prze­pro­wadz­ki. Po­tem przy­szła ko­lej na jego sio­strę, a moją pra­bab­kę Ag­gett. Ona i jej mąż – z nie­ba­ga­tel­nym przy­chów­kiem w licz­bie ośmior­ga dzie­ci – sta­no­wi­li ide­al­ny cel za­bie­gów. Mój pra­dziad Ag­gett nie ra­dził so­bie naj­le­piej. Roz­mi­ło­wa­ny w ha­zar­dzie i al­ko­ho­lu, w do­brej ko­mi­ty­wie już tyl­ko z dy­rek­to­rem miej­sco­we­go ban­ku, któ­ry li­to­ści­wie przy­my­kał oko na jego ro­sną­cy de­bet – tkwił w dłu­gach po uszy. Sta­ry ro­dzin­ny dom i kwit­ną­ca nie­gdyś far­ma w Kra­ju Przy­ląd­ko­wym po­szły pod mło­tek, co dało pra­dziad­ko­wi do my­śle­nia i uzmy­sło­wi­ło mu zgub­ne skut­ki na­ło­gów. Choć do­bie­gał już sześć­dzie­siąt­ki, chciał na­pra­wić swo­ją zszar­ga­ną re­pu­ta­cję i za­cząć ży­cie od nowa. Will po­dał mu ostat­nią de­skę ra­tun­ku, któ­rą pra­dziad przy­jął z wdzięcz­no­ścią.

El­len Mar­ga­ret, naj­star­sza cór­ka Ag­get­tów, wcze­śnie stra­ci­ła męża. Zo­staw­szy sama z dwo­ma sy­na­mi, Stan­ley­em i Bry­anem, prze­nio­sła się z po­wro­tem do mo­ich pra­dziad­ków. El­len była twar­dą ko­bie­tą, zna­ną z przed­się­bior­czo­ści i har­tu du­cha; aż się pa­li­ła, by za­sma­ko­wać no­wej przy­go­dy. Jak się oka­za­ło, jej de­cy­zja mia­ła bez­po­śred­ni wpływ na moje ży­cie. Je­stem wnucz­ką El­len, cór­ką sied­mio­let­nie­go wów­czas Bry­ana.

Will był wspa­nia­łym ga­wę­dzia­rzem; w swo­ich kwie­ci­stych opo­wie­ściach po­tra­fił za­wrzeć całe pięk­no Ke­nii, tchnąć praw­dzi­we ży­cie w opi­sy pej­za­żu, lu­dzi i dzi­kiej przy­ro­dy. Uwa­żał Ke­nię za ist­ny raj na zie­mi, a per­spek­ty­wę za­miesz­ka­nia tam trak­to­wał jak za­pro­sze­nie do ede­nu. Miał taką siłę per­swa­zji, że w kil­ka mie­się­cy zdo­łał prze­ko­nać dwa­dzie­ścia ro­dzin, by po­rzu­ci­ły Kraj Przy­ląd­ko­wy, prze­wę­dro­wa­ły dzie­wi­czy in­te­rior Afry­ki Wschod­niej i za­czę­ły wszyst­ko od nowa. Ci lu­dzie byli po­tom­ka­mi nie­zmor­do­wa­nych pio­nie­rów: sto­ic­ko na­sta­wio­nych do świa­ta, żąd­nych przy­gód, roz­ko­cha­nych w Afry­ce. Umie­jęt­ność ode­rwa­nia się od ko­rze­ni, prze­trwa­nia i urzą­dze­nia się gdzie in­dziej mie­li nie­ja­ko we krwi. Na­słu­cha­li się od ro­dzi­ców epic­kich opo­wie­ści o prze­mie­rza­niu nie­zna­nych kra­in i prze­ja­wia­li wro­dzo­ną chęć do­świad­cze­nia po­dob­nych tru­dów na wła­snej skó­rze. Ża­łu­ję, że nie mogę cof­nąć się w prze­szłość i wziąć udzia­łu w le­gen­dar­nych na­ra­dach Wil­la. W dzi­siej­szej epo­ce za­awan­so­wa­nej tu­ry­sty­ki, kie­dy do­stęp do wszyst­kie­go, co nam nie­zbęd­ne, mamy prak­tycz­nie wszę­dzie, trud­no so­bie wy­obra­zić, że po­dróż wy­ma­ga­ła kie­dyś tylu pla­nów i przy­go­to­wań. Choć Mom­ba­sa była już w sta­ro­żyt­no­ści waż­nym ośrod­kiem por­to­wym, a ko­lej po­pro­wa­dzo­no w głąb lądu aż do Na­iro­bi, wę­drow­cy mu­sie­li być pod każ­dym wzglę­dem sa­mo­wy­star­czal­ni. Po dro­dze nie mo­gli li­czyć na żad­ną po­moc – nie było dróg, skle­pów, le­ka­rzy, den­ty­stów ani ap­te­ka­rzy. Bra­li peł­ną od­po­wie­dzial­ność za zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo: wła­sne, ma­łych i więk­szych dzie­ci oraz ży­we­go in­wen­ta­rza.

W grę wcho­dzi­ły nie tyl­ko za­pa­sy żyw­no­ści. Gdy­by osad­ni­kom uda­ło się do­trzeć w wy­zna­czo­ne miej­sca, po­trze­bo­wa­li choć­by za­ląż­ka przy­szłe­go sta­da, tak­że sprzę­tów go­spo­dar­skich, na­sion, na­rzę­dzi, me­bli, a co naj­waż­niej­sze, strzelb i amu­ni­cji, żeby obro­nić swo­ją wła­sność. Ko­bie­ty mu­sia­ły spa­ko­wać nie­zbęd­ne w po­dró­ży na­czy­nia, koce, po­ściel, ma­te­ria­ły kra­wiec­kie, pa­sman­te­rię, le­kar­stwa, ubra­nia i przy­bo­ry to­a­le­to­we. Bez­cen­nym skar­bem oka­za­ły się świa­dec­twa przod­ków osad­ni­ków: spi­sa­ne drob­nym macz­kiem po­ra­dy prak­tycz­ne dla lu­dzi zda­nych na wła­sne siły, ze szcze­gó­ło­wy­mi in­struk­cja­mi wy­ro­bu my­dła i świec, kon­ser­wo­wa­nia i prze­cho­wy­wa­nia żyw­no­ści, kro­ju i szy­cia ubrań, na­ucza­nia dzie­ci w po­dró­ży, sto­so­wa­nia ziół, owo­ców i in­nych dzi­kich ro­ślin – za­po­bie­gaw­czo i w le­cze­niu cho­rób, prze­zwy­cię­ża­nia kry­zy­sów psy­chicz­nych i nie­uchron­nych wa­hań na­stro­ju. Ów­cze­sne ko­bie­ty były wy­śmie­ni­ty­mi ku­char­ka­mi i zręcz­ny­mi szwacz­ka­mi, na­wy­kły­mi do zno­jów osad­ni­cze­go ży­cia. Tru­dy po­dró­ży i ry­zy­ko roz­po­czy­na­nia wszyst­kie­go od nowa mia­ły się jed­nak stać cięż­kim wy­zwa­niem dla ich ro­dzin.

Wresz­cie nad­szedł dzień, kie­dy przy­go­to­wa­nia do­bie­gły koń­ca. Nie było już od­wro­tu. W Port Eli­za­beth na wschod­nim wy­brze­żu Afry­ki Po­łu­dnio­wej stał wy­na­ję­ty nie­miec­ki sta­tek „Adolf Wo­er­mann”, cze­ka­jąc na przy­ję­cie ko­lo­ni­stów wraz z ich do­byt­kiem. Ileż tego było! Wiel­ki sta­tek po za­ła­dun­ku mu­siał wy­glą­dać jak przy­sło­wio­wa arka No­ego i roz­brzmie­wać po­dob­nym gwa­rem. Oczy­ma du­szy wi­dzę ob­raz mo­jej bab­ki i jej ma­leń­kich dzie­ci na po­kła­dzie peł­nym zwie­rząt naj­roz­ma­it­szych roz­mia­rów: wo­łów ro­bo­czych, koni wierz­cho­wych, by­dła mlecz­ne­go i mię­sne­go, owiec, kóz, kur, ka­czek, in­dy­ków, gęsi i mniej­szych zwie­rząt do­mo­wych, stło­czo­nych wśród wiel­kich fur­go­nów, wszel­kie­go ro­dza­ju sprzę­tów go­spo­dar­skich, cen­nych sta­rych me­bli, skrzyń z książ­ka­mi, bu­te­lek, sło­jów i ma­szyn do szy­cia. W tam­tych cza­sach nie było zwy­cza­ju po­dró­żo­wa­nia z ba­ga­żem pod­ręcz­nym!

Moje dzie­ci i wnu­ki tak głę­bo­ko za­pu­ści­ły tu­taj ko­rze­nie, tak moc­no zro­sły się z Ke­nią, że pró­ba uzmy­sło­wie­nia so­bie emo­cji prze­ży­wa­nych przez pa­sa­że­rów, gdy sta­tek po­wo­li wy­cho­dził z por­tu, a oni na po­kła­dzie ze łza­mi w oczach ma­cha­li na po­że­gna­nie bli­skim, któ­rzy zo­sta­li na lą­dzie, na­peł­nia mnie ogrom­nym wzru­sze­niem. Nikt jesz­cze nie wie­dział, co przy­nie­sie przy­szłość, za to wszy­scy zda­wa­li so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeństw, ja­kim trze­ba bę­dzie sta­wić czo­ło w naj­bliż­szych la­tach. Wie­dzie­li też, że dla star­szych osób w ro­dzi­nie bę­dzie to roz­sta­nie osta­tecz­ne, bo nikt się nie spo­dzie­wał, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek po­sta­wią sto­pę na oj­czy­stej zie­mi. Taka przy­go­da wy­ma­ga­ła wiel­kiej od­wa­gi, zwłasz­cza od ko­biet, któ­re ru­sza­ły w nie­zna­ne wraz z dzieć­mi.

„Adolf Wo­er­mann” pły­nął do celu dwa dłu­gie mie­sią­ce. Nie oby­ło się bez pro­ble­mów – strasz­li­we­go tło­ku, cho­rób i nie­uchron­nych strat wśród ży­we­go in­wen­ta­rza. Za­wi­nię­cie do ma­low­ni­cze­go, ską­pa­ne­go w cu­dow­nym świe­tle tro­pi­kal­ne­go świ­tu por­tu w Mom­ba­sie mu­sia­ło przy­wo­łać sko­ja­rze­nia z przy­by­ciem do zie­mi obie­ca­nej. Do­ro­śli zno­si­li ła­du­nek ze stat­ku na na­brze­że, za­chwy­co­ne dzie­ci roz­bie­gły się wko­ło – mimo nie­zno­śne­go upa­łu i obez­wład­nia­ją­cej wil­got­no­ści. Tęt­nią­ca ży­ciem, zgieł­kli­wa Mom­ba­sa mie­ni­ła się ja­skra­wy­mi bar­wa­mi to­wa­rów ofe­ro­wa­nych przez in­dyj­skich i arab­skich kup­ców. W po­wie­trzu nio­sła się woń ko­rze­ni, pach­ni­deł i eg­zo­tycz­nych po­traw. Wzdłuż ulic cią­gnę­ły się rzę­dy bia­ło kwit­ną­cych plu­me­rii i palm ko­ko­so­wych. O za­cho­dzie słoń­ca moż­na było ode­tchnąć i po­si­lić się w sta­rej czę­ści mia­sta.

Przed roz­po­czę­ciem wy­pra­wy w głąb lądu trze­ba było ubrać cały in­wen­tarz w szczel­ne po­krow­ce z juty, z otwo­ra­mi tyl­ko na oczy i noz­drza – zwie­rzę­ta mia­ły po­dró­żo­wać przez afry­kań­ski in­te­rior, gdzie aż się ro­iło od uprzy­krzo­nych much tse-tse. Po­tęż­na, nie­go­ścin­na po­łać su­chej rów­ni­ny no­si­ła wów­czas na­zwę pu­sty­ni Taru. Szkoc­ki od­kryw­ca Jo­seph Thom­son opi­sy­wał ją w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku jako „strasz­li­wą i upior­ną […], prze­ra­ża­ją­cą i peł­ną smut­ku, jak­by osta­ły się na niej tyl­ko śmierć i spu­sto­sze­nie”. Wy­star­czy­ło jed­no uką­sze­nie za­ka­żo­nej świ­drow­cem mu­chy, żeby prze­nieść na całe sta­do śpiącz­kę afry­kań­ską, na któ­rą nie zna­no wów­czas le­kar­stwa. Kil­ka lat wcze­śniej ofia­rą śpiącz­ki pa­dła więk­szość zwie­rząt uży­wa­nych w trans­por­cie ma­te­ria­łów do bu­do­wy ko­lei. Wy­cią­gnię­to lek­cję z tego do­świad­cze­nia. Cię­cie ju­to­wych wor­ków i owi­ja­nie nimi każ­dej sztu­ki in­wen­ta­rza z osob­na mu­sia­ło trwać wie­le dni. Trud nie do po­zaz­drosz­cze­nia.

Kie­dy za­bez­pie­czo­no już by­dło i za­ła­do­wa­no cały do­by­tek do wa­go­nów, moż­na było roz­po­cząć ko­lej­ny etap po­dró­ży. Przy­go­to­wa­nia do od­jaz­du po­cią­gu oka­za­ły się rów­nie skom­pli­ko­wa­ne. Ów­cze­sne pa­ro­wo­zy, opa­la­ne drew­nem, wy­ma­ga­ły ol­brzy­mich re­zerw pa­li­wa i wody. W Mom­ba­sie nie po­ło­żo­no jesz­cze wo­do­cią­gów, za­pa­sy trze­ba więc było czer­pać z dwóch dwu­dzie­sto­pię­cio­me­tro­wych stud­ni albo pom­po­wać z rze­ki od­le­głej o sześć ki­lo­me­trów. Wpra­wie­nie ca­łej ma­szy­ny w ruch było wiel­kim wy­da­rze­niem. W dzie­ciń­stwie, kie­dy oj­ciec opo­wia­dał, jak do­szło do osie­dle­nia na­szej ro­dzi­ny w Ke­nii, naj­bar­dziej lu­bi­łam frag­ment, któ­ry na­zwa­li­śmy z bra­tem i sio­stra­mi hi­sto­rią o jeź­dzie po­cią­giem. Do dziś po­tra­fię przy­mknąć oczy i prze­nieść się wy­obraź­nią do któ­re­goś z wa­go­nów, czu­jąc ten sam dreszcz ocze­ki­wa­nia, jaki to­wa­rzy­szył wy­jaz­do­wi po­cią­gu z Mom­ba­sy. Część ma­tek nie bez obaw ru­sza­ła w tę po­dróż: tory kła­dzio­no nie­daw­no, więc choć osad­ni­cy i tak mu­sie­li wy­siąść w Na­iro­bi, w po­ło­wie dro­gi do celu, z pew­no­ścią bali się prze­pra­wy przez chwiej­ne mo­sty z drew­nia­nych ko­złów i prze­past­ne wą­wo­zy. Wszy­scy do­ro­śli sły­sze­li o ma­ka­brycz­nej śmier­ci pół set­ki ro­bot­ni­ków in­dyj­skich i afry­kań­skich, któ­rzy zgi­nę­li przy bu­do­wie mo­stu nad rze­ką Tsa­vo. Spraw­cy, dwa miej­sco­we lwy, do któ­rych przy­lgnę­ło okre­śle­nie „lu­do­ja­dów z Tsa­vo”, z pew­no­ścią wzbu­dza­li po­strach wśród mniej od­por­nych człon­ków na­szej ro­dzi­ny.

Choć moje wła­sne do­świad­cze­nia z Ke­nii róż­nią się pod wie­lo­ma wzglę­da­mi od do­świad­czeń mo­ich przod­ków, my­ślę, że pierw­sze­go ran­ka w po­cią­gu osad­ni­cy uj­rze­li taki sam świt, jaki po­dzi­wiam do dziś: słoń­ce wscho­dzą­ce w prze­pięk­nym bla­sku na tle nie­ba mie­nią­ce­go się wszel­ki­mi od­cie­nia­mi kar­mi­nu, różu, ru­de­go brą­zu i zło­ta. Ich zmę­czo­ne oczy, za­snu­te czer­wo­nym py­łem pu­sty­ni, pa­trzy­ły z rów­nym za­chwy­tem jak moje na roz­le­głą, sfał­do­wa­ną po­łać rów­ni­ny Athi. Z okien roz­po­ście­rał się wi­dok na całe bo­gac­two Na­tu­ry – nie­prze­bra­ne sta­da gnu, zebr, an­ty­lop, ga­ze­li, ży­raf, wiel­kie sku­pi­ska ba­wo­łów, a na­wet no­so­roż­ców. Dzie­ci, za­uro­czo­ne zmien­no­ścią kra­jo­bra­zu, sy­ci­ły wzrok ob­ra­za­mi, z ja­ki­mi nig­dy przed­tem nie mia­ły do czy­nie­nia. Grup­ka na­je­dzo­nych lwów, le­niu­chu­ją­cych pod sa­mot­nym drze­wem na rów­ni­nie, skło­ni­ła ma­szy­ni­stę do za­trzy­ma­nia po­cią­gu, żeby pa­sa­że­ro­wie mo­gli dłu­żej się na nie na­pa­trzyć. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, cio­tecz­ny dziad Will i jego to­wa­rzy­sze po­dró­żo­wa­li na spe­cjal­nej plat­for­mie z przo­du lo­ko­mo­ty­wy, żeby tym bacz­niej ob­ser­wo­wać mi­ja­ne po dro­dze sta­da dzi­kiej zwie­rzy­ny. Will był za­pa­lo­nym my­śli­wym, ile­kroć wy­śle­dził przy to­rach god­ną strza­łu zdo­bycz, wstrzy­my­wał po­dróż, żeby się wy­brać na praw­dzi­we łowy. Ma­szy­ni­sta spo­koj­nie cze­kał na po­wrót męż­czyzn z po­lo­wa­nia, a resz­ta pa­sa­że­rów nie na­rze­ka­ła na opóź­nie­nie, czer­piąc tyle samo ra­do­ści z ki­bi­co­wa­nia ich wy­sił­kom.

Jak­że bez­tro­sko moi przod­ko­wie strze­la­li do zwie­rząt! Dla nas, ży­ją­cych w in­nej epo­ce, świa­do­mych he­ka­tom­by dzi­kiej przy­ro­dy, szczę­śli­wych, je­śli uda nam się za­ob­ser­wo­wać któ­reś z tych wspa­nia­łych stwo­rzeń na wol­no­ści, za­cho­wa­nia mo­ich pro­to­pla­stów są szo­ku­ją­ce i nie­zro­zu­mia­łe. W tam­tych jed­nak cza­sach mapy Ke­nii świe­ci­ły bia­ły­mi pla­ma­mi; w każ­dą stro­nę, aż po ho­ry­zont, cią­gnę­ły się bez­kre­sne, dzie­wi­cze zie­mie, roz­świe­tlo­ne słoń­cem po­ła­cie zło­ci­stej jak zbo­że tra­wy, po­ro­śnię­te drze­wa­mi ko­ry­ta wy­schnię­tych rzek, zie­lo­ne do­li­ny i kry­sta­licz­nie czy­ste je­zio­ra. Zwie­rzy­na była wszę­dzie i w ta­kiej ob­fi­to­ści, że ci, któ­rzy nie wi­dzie­li na wła­sne oczy, nie po­tra­fią so­bie tego na­wet wy­obra­zić. Ni­ko­mu nie przy­szło­by do gło­wy, że po­lo­wa­nia – choć­by naj­bar­dziej in­ten­syw­ne – prze­trze­bią sta­da dzi­kiej zwie­rzy­ny i do­pro­wa­dzą do za­gła­dy nie­któ­rych ga­tun­ków.

Kie­dy po­ciąg do­tarł do Na­iro­bi, pa­sa­że­ro­wie mu­sie­li wy­siąść, do­peł­nić kil­ku for­mal­no­ści ad­mi­ni­stra­cyj­nych i przy­go­to­wać się osta­tecz­nie do wiel­kiej wy­pra­wy w głąb lądu. Na­iro­bi, za­ło­żo­ne na daw­nych te­re­nach rol­ni­czych Ma­sa­jów, po­wsta­ło w 1899 roku jako ośro­dek za­opa­trze­nio­wy Ko­lei Ugan­dyj­skiej. Kil­ka lat póź­niej mia­sto pod­nie­sio­no do ran­gi sto­li­cy pro­tek­to­ra­tu Bry­tyj­skiej Afry­ki Wschod­niej. W 1907 roku Na­iro­bi od­bu­do­wy­wa­ło się po stra­tach spo­wo­do­wa­nych nie­daw­ną epi­de­mią dżu­my. W chwi­li przy­by­cia mo­jej ro­dzi­ny wciąż przy­po­mi­na­ło sku­pi­sko szop, ba­ra­ków i kra­mów in­dyj­skich, prze­cię­te na pół uli­cą Rzą­do­wą, czy­li wy­sa­dza­ną drze­wa­mi dro­gą dla wo­zów kon­nych. Więk­szość za­bu­do­wań wznie­sio­no na pa­lach, żeby nie za­pa­dły się w ba­gno. Wszech­obec­ny kurz po­kry­wał drze­wa i domy. Mia­sto było jed­nak gwar­ne i tęt­nią­ce ży­ciem, peł­ne in­dyj­skich pra­cow­ni­ków ko­le­jo­wych, ulicz­nych sprze­daw­ców, riksz i wóz­ków za­przę­żo­nych w muły. Ro­dzi­na była ocza­ro­wa­na. Star­szy­zna gru­py za­trzy­ma­ła się w je­dy­nym ho­te­lu Nor­folk z wi­do­kiem na mo­kra­dła, gdzie dzi­kie zwie­rzę­ta z rów­nin ścią­ga­ły gro­mad­nie do wo­do­po­ju. Trud­no o lep­sze miej­sce dla mo­je­go cio­tecz­ne­go dziad­ka Wil­la. Już pierw­szej nocy nie prze­pu­ścił oka­zji – zbiegł z ho­te­lo­wej we­ran­dy i ustrze­lił pięk­ną sztu­kę wy­pa­trzo­ną na ba­gnach. Na­za­jutrz nie mu­siał na­wet opusz­czać to­wa­rzy­stwa – po­ło­żył zwie­rza wprost z ta­ra­su.

Wkrót­ce uda­ło się za­ła­do­wać wozy i przy­prząc woły. Ro­dzi­na była go­to­wa do dal­szej po­dró­ży w głąb lądu. Męż­czyź­ni ubra­ni w cięż­kie dre­li­chy, ko­bie­ty w poń­czo­chach i za­sznu­ro­wa­nych gor­se­tach, wszy­scy w heł­mach kor­ko­wych, ru­sza­li w dro­gę z du­szą na ra­mie­niu. Nikt wpraw­dzie nie wąt­pił w hoj­ność rzą­du, któ­ry wy­asy­gno­wał dla osie­dleń­ców prze­szło dwa ty­sią­ce hek­ta­rów dzie­wi­cze­go bu­szu, szko­puł jed­nak w tym, że zie­mie le­ża­ły w re­jo­nie Na­ro­ku, w sa­mym ser­cu kra­iny Ma­sa­jów, co wzbu­dza­ło nie­po­kój wie­lu uczest­ni­ków wy­pra­wy. W rze­czy­wi­sto­ści nie mie­li się cze­go oba­wiać. Choć Ma­sa­jo­wie, od sze­ściu­set lat ży­ją­cy w Afry­ce Wschod­niej, zy­ska­li dość zło­wro­gą re­pu­ta­cję, wódz i cza­row­nik Mba­tian od­ra­dzał swo­im współ­ple­mień­com sta­wia­nie opo­ru, kie­dy na ich te­re­nie po­ja­wią się lu­dzie o bla­dej skó­rze albo „że­la­zny wąż”, prze­po­wie­dzia­ni we śnie przez jed­ną z ma­saj­skich dziew­cząt. Tak na­praw­dę, naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ne dla roz­po­czy­na­ją­cych nowe ży­cie osad­ni­ków mia­ły się oka­zać dzi­kie zwie­rzę­ta.

Po­dróż trwa­ła kil­ka mie­się­cy. Nie było dróg, tyl­ko ścież­ki uto­ro­wa­ne przez wozy ja­dą­ce przez gę­sty busz szla­kiem zwie­rząt. To­wa­rzy­szą­ce pa­są­cym się sta­dom mu­chy były do­słow­nie wszę­dzie i lu­dzie nie mo­gli się od nich opę­dzić. Mimo gru­bej, chro­nią­cej przed upa­łem odzie­ży gę­sty pył wci­skał się w oczy, wdzie­rał w gar­dło i płu­ca, przy­pra­wia­jąc zwłasz­cza dzie­ci o dłu­gie ata­ki su­che­go kasz­lu. Kie­dy wę­drow­cy wkra­cza­li na zie­mie ple­mion, któ­re nie mia­ły wcze­śniej do czy­nie­nia z bia­ły­mi, ko­bie­ty na wi­dok zbli­ża­ją­ce­go się kon­wo­ju pod­no­si­ły wrzask, ścią­ga­jąc męż­czyzn uzbro­jo­nych w pał­ki, włócz­nie, łuki i strza­ły. Zda­rza­ło się, że tu­byl­cy mio­ta­li włócz­nie w wozy, za­nim mój dziel­ny cio­tecz­ny dzia­dek Will zdą­żył uła­go­dzić ich po­jed­naw­czy­mi ge­sta­mi. Wszech­obec­nym za­gro­że­niem były dra­pież­ni­ki, któ­rych uwa­gę roz­pra­sza­ły na szczę­ście nie­prze­li­czo­ne sta­da ro­śli­no­żer­ców. W Wiel­ki Rów Wschod­ni po­dróż­ni wje­cha­li tra­są wy­ty­czo­ną przez daw­nych pio­nie­rów, wi­ją­cą się po­śród gę­stych pier­wot­nych la­sów w gór­nych par­tiach rowu, w dół stro­me­go usko­ku i da­lej przez roz­le­głą sa­wan­nę na dnie do­li­ny. Wy­ga­słe wul­ka­ny Lon­go­not i Su­swa sta­ły na stra­ży cią­gu je­zior so­do­wych i słod­ko­wod­nych. Za­chod­nia ścia­na do­li­ny, tak zwa­na skar­pa Mau, uzmy­sła­wia­ła gro­zę sy­tu­acji człon­kom mo­jej ro­dzi­ny, któ­rzy mu­sie­li do­trzeć do celu, to­ru­jąc so­bie dro­gę wzwyż.

Zda­rza­ły się jed­nak chwi­le rzad­kiej pięk­no­ści. Wy­jazd z chłod­nych za­cie­nio­nych la­sów wprost w buj­ną, opro­mie­nio­ną mi­go­tli­wym świa­tłem do­li­nę po raz ko­lej­ny przy­po­mniał wę­drow­com o zróż­ni­co­wa­niu tu­tej­sze­go kra­jo­bra­zu. Bo­ta­ni­cy ama­to­rzy mo­gli po­dzi­wiać nowe ro­śli­ny i kwia­ty do­słow­nie na każ­dym kro­ku – or­chi­dee, mie­czy­ki, ket­mie i gór­skie lo­be­lie o dwu­war­go­wych kwia­tach ze­bra­nych w ol­brzy­mie kwia­to­sta­ny, osią­ga­ją­ce wy­so­kość do sze­ściu me­trów. Za­pa­le­ni or­ni­to­lo­dzy ob­ser­wo­wa­li naj­roz­ma­it­sze pta­ki: li­czą­ce co naj­mniej pięć­dzie­siąt sztuk sta­da stru­si, lśnią­ce, kru­czo­nie­bie­skie czar­not­ki, mie­nią­ce się tę­czo­wy­mi ko­lo­ra­mi błysz­cza­ki ru­do­brzu­che i ja­skra­wo upie­rzo­ne nek­tar­ni­ki. Z od­le­głych wio­sek nio­sła się cierp­ka woń do­mo­we­go in­wen­ta­rza i pie­czo­ne­go na rusz­cie mię­sa; stro­je i bi­żu­te­ria tu­byl­ców cie­szy­ły oczy prze­py­chem barw; spo­mię­dzy chat do­bie­ga­ły od­gło­sy nie­zro­zu­mia­łych roz­mów i po­ry­ki­wa­nia osłów. Ma­sa­jo­wie no­si­li cha­rak­te­ry­stycz­ne okry­cia z czer­wo­nych ple­dów, spla­ta­li wło­sy w war­ko­cze prze­dłu­ża­ne pa­sma­mi weł­ny i far­bo­wa­ne ochrą, któ­rej uży­wa­li też do ma­lo­wa­nia cia­ła. Ich nogi i ręce zdo­bi­ła wy­myśl­na bi­żu­te­ria z ko­ra­li­ków, płat­ki uszu mie­li roz­cią­gnię­te cięż­ki­mi kol­czy­ka­mi. Dzie­ci nie mo­gły się na­pa­trzyć na ich lśnią­ce szty­le­ty i włócz­nie.

Oj­ciec do­brze za­pa­mię­tał tę po­dróż. Nig­dy się nie nu­dzi­łam, słu­cha­jąc jego opo­wie­ści o sta­dach zwie­rząt, któ­re przy­sta­wa­ły w ocze­ki­wa­niu na prze­jazd ka­ra­wa­ny, ota­cza­jąc ją szczel­nie ni­czym żywa za­sło­na. Tę­tent ko­pyt i po­stę­ki­wa­nia pul­so­wa­ły jak ser­ce nie­zna­nej kra­iny. Oj­ciec uwiel­biał na­śla­do­wać gru­cha­nie go­łę­bi i z dresz­czem pod­nie­ce­nia ło­wił uchem głę­bo­ki, mro­żą­cy krew w ży­łach ryk lwów. Mię­sa za­wsze mie­li pod do­stat­kiem. Po­lo­wa­nia urzą­dza­no nie­mal co­dzien­nie, tak­że pod­czas ca­ło­noc­nych wart, peł­nio­nych w obro­nie cen­ne­go in­wen­ta­rza przed ata­ka­mi lwów, hien i lam­par­tów. Dzie­ci z za­pa­łem ob­ser­wo­wa­ły, jak Will pę­dzi wierz­chem przez otwar­tą rów­ni­nę, pró­bu­jąc prze­ści­gnąć ży­ra­fę albo elan­da.

Były to jed­nak bez­tro­skie wspo­mnie­nia z lat chło­pię­cych. Z punk­tu wi­dze­nia do­ro­słych po­dróż ob­fi­to­wa­ła w tru­dy i dy­le­ma­ty co­dzien­nej eg­zy­sten­cji. Wę­drów­ka w górę gę­sto za­le­sio­nych zbo­czy skar­py Mau, któ­rę­dy pro­wa­dził szlak do Na­ro­ku, śli­ma­czy­ła się w nie­skoń­czo­ność; prze­jazd dla wo­zów trze­ba było wy­rą­bać w nie­prze­by­tym gąsz­czu ro­ślin, kie­ru­jąc się wą­ską ścież­ką wy­dep­ta­ną przez sło­nie. Każ­de­go wie­czo­ru, przed szyb­kim za­pad­nię­ciem zmro­ku, ko­bie­ty roz­bi­ja­ły obóz, a męż­czyź­ni kon­stru­owa­li z kol­cza­stych krze­wów bomę – ro­dzaj ogro­dze­nia, za­bez­pie­cza­ją­cy zwie­rzę­ta przed noc­ny­mi dra­pież­ni­ka­mi. Kie­dy po­dróż­ni do­tar­li w re­jon Na­ro­ku, cze­ka­ła ich jesz­cze prze­pra­wa przez Ewa­so Ngi­ro – dziś za­le­d­wie stru­mień, wów­czas sze­ro­ką i rwą­cą rze­kę. Żeby prze­pra­wić się na dru­gi brzeg, mu­sie­li spła­wić wozy i zwie­rzę­ta w po­przek nur­tu – ist­ny kosz­mar lo­gi­stycz­ny. Osad­ni­cy byli jed­nak spraw­ni i go­to­wi na wszyst­ko. Po czte­rech mie­sią­cach sta­nę­li wresz­cie u kre­su nie­bez­piecz­nej po­dró­ży. Gru­pa cio­tecz­ne­go dziad­ka Wil­la za­trzy­ma­ła się nad je­zio­rem El­men­te­ita, ro­dzi­nę Ag­get­tów cze­ka­ło znacz­nie trud­niej­sze za­da­nie: mie­li do­brnąć do sa­me­go Na­ro­ku. Za­lą­żek przy­szłe­go mia­sta był wów­czas nie­wiel­ką osa­dą han­dlo­wą i ośrod­kiem ad­mi­ni­stra­cyj­nym dys­tryk­tu. Wy­zna­czo­ne dział­ki le­ża­ły po dru­giej stro­nie rze­ki, z dala od za­bu­do­wań osa­dy.

Oczy­wi­ście nic nie za­sta­li na miej­scu. Aż trud­no to po­jąć – wę­dro­wać przez czte­ry mie­sią­ce w skraj­nie nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach, cią­gnąć ze sobą do­ro­bek ca­łe­go ży­cia, po czym do­trzeć do celu i zo­ba­czyć dzi­kie pust­ko­wie. Czę­sto się za­sta­na­wiam, skąd osad­ni­cy mie­li pew­ność, że nie za­błą­dzi­li. Męż­czyź­ni wznie­śli pro­wi­zo­rycz­ne cha­ty z tra­wy i moc­ne bomy z kol­cza­stych krze­wów, żeby za­bez­pie­czyć in­wen­tarz. Za­ka­sa­li rę­ka­wy i wzię­li się do żmud­ne­go oczysz­cza­nia te­re­nu. Chwi­lę po­trwa­ło, nim mo­gli zbu­do­wać so­lid­niej­sze domy i za­pro­wa­dzić jaki taki po­rzą­dek w obej­ściu. Co gor­sza, roz­kład dzia­łek do­pro­wa­dził do roz­pro­sze­nia ro­dzi­ny Ag­get­tów, utrud­nia­jąc jej człon­kom wza­jem­ną po­moc. Dla mo­je­go pra­dzia­da na­sta­ły cięż­kie cza­sy – skoń­czył pięć­dzie­siąt dzie­więć lat i nie miał już sił na taką ha­rów­kę. Je­śli osad­ni­cy li­czy­li na wspar­cie Ma­sa­jów, sro­dze się za­wie­dli. Zgod­nie z tra­dy­cją ple­mie­nia męż­czyź­ni zaj­mo­wa­li się wy­łącz­nie wy­pa­sem by­dła, wszel­kie pra­ce fi­zycz­ne po­zo­sta­wia­jąc ko­bie­tom. Byli jed­nak przy­jaź­nie na­sta­wie­ni i z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wa­li zwy­cza­je przy­by­szów. Wy­trwa­łość i od­wa­ga mo­je­go pra­dziad­ka wy­war­ły na nich wiel­kie wra­że­nie – te same przy­mio­ty ce­ni­li u po­bra­tym­ców.

Dziś czu­je­my się nie­pew­nie, je­śli od skle­pu dzie­li nas wię­cej niż pół go­dzi­ny jaz­dy sa­mo­cho­dem. Ile­kroć wy­bie­ram się na za­ku­py, aż się wzdra­gam na myśl, ile za­cho­du kosz­to­wa­ło to moją pra­bab­kę Ag­gett. Naj­bliż­szy sklep znaj­do­wał się w Ki­ja­be – od­da­lo­ny o sześć dni dro­gi wo­zem. Szły więc w ruch ro­dzin­ne po­rad­ni­ki. W wol­nych chwi­lach mię­dzy do­glą­da­niem zwie­rząt a od­pę­dza­niem hor­dy pie­rza­stych i ofu­trzo­nych dra­pież­ni­ków, czy­ha­ją­cych dniem i nocą na wszyst­ko, co się ru­sza, pra­bab­cia wa­rzy­ła wła­sne my­dło z ubi­te­go w domu ma­sła, stru­sich jaj ze­bra­nych na rów­ni­nie i przy­wie­zio­nej z domu sody kau­stycz­nej. Żeby zro­bić świe­ce, wy­ta­pia­ła łój z gnu i za­le­wa­ła tłusz­czem kno­ty umiesz­czo­ne w wy­drą­żo­nych cy­lin­drach. Bal­sa­my i ma­ści przy­rzą­dza­ła z ziół wy­mie­sza­nych z wo­skiem. Na­so­lo­ne mię­so su­szy­ła w słoń­cu we­dług prze­pi­su na tra­dy­cyj­ny bil­tong, ze­bra­ne w bu­szu owo­ce kon­ser­wo­wa­ła w sło­jach. Pra­co­wa­ła nie­stru­dze­nie – a prze­cież i ona do­bie­ga­ła już sześć­dzie­siąt­ki.

Przez pe­wien czas ro­dzi­na do­kła­da­ła wszel­kich sił du­cho­wych i fi­zycz­nych, by z po­wo­dze­niem roz­po­cząć nowe ży­cie. Geo­r­ge – je­den z sy­nów Ag­get­tów – spę­dzał mnó­stwo cza­su z Ma­sa­ja­mi, na­uczył się ich ję­zy­ka i po­znał oby­cza­je. Moja pra­bab­ka, któ­rej dłu­gie i gę­ste wło­sy były źró­dłem nie­zmien­nej fa­scy­na­cji ma­saj­skich ko­biet, prze­ko­na­ła się wkrót­ce, że jej sła­wa uzdro­wi­ciel­ki za­ta­cza co­raz szer­sze krę­gi. Do­pusz­cza­no ją na­wet do le­cze­nia cho­rych i oka­le­czo­nych Ma­sa­jów – ra­nio­nych włócz­nią, po­ką­sa­nych przez lwy, cier­pią­cych na in­fek­cje oczu i skó­ry. W skład jej taj­nych re­cep­tur wcho­dzi­ły mie­szan­ki pa­ra­fi­ny i ple­śni ze­bra­nej z kro­wich plac­ków, z do­dat­kiem wy­cią­gów zio­ło­wych spo­rzą­dza­nych zgod­nie z in­struk­cją prze­ka­zy­wa­ną z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Kie­dy rytm ży­cia tro­chę się uspo­ko­ił, ro­dzi­na mo­gła od­czu­wać sa­tys­fak­cję ze swej przed­się­bior­czo­ści i umie­jęt­no­ści prze­trwa­nia. Prze­pych oto­cze­nia nie­ustan­nie pod­no­sił osad­ni­ków na du­chu: roz­le­głe, otwar­te prze­strze­nie, ma­gicz­ny prze­stwór nie­ba w naj­czyst­szym od­cie­niu błę­ki­tu, bo­gac­two dzi­kiej przy­ro­dy. Tru­dy ży­cia co­dzien­ne­go w bu­szu oka­za­ły się jed­nak ty­leż nie­zno­śne, co wy­czer­pu­ją­ce. Zie­mię upra­wia­no me­to­dą prób i błę­dów. Afry­ka była za­gad­ką dla pierw­szych osad­ni­ków. Ży­zne z po­zo­ru gle­by oka­zy­wa­ły się zbyt ubo­gie w sole mi­ne­ral­ne, by da­wać ob­fi­te plo­ny. Wy­so­kie po­ło­że­nie te­re­nu i sto­sun­ko­wo krót­ki dzień w stre­fie pod­rów­ni­ko­wej też mia­ły wpływ na wzrost ro­ślin. Desz­cze nio­sły głód lub klę­skę uro­dza­ju: za­wsze były zbyt ską­pe albo zbyt ulew­ne. Gwał­tow­ne gra­do­bi­cia nisz­czy­ły za­sie­wy aż po ho­ry­zont. By­dło pa­da­ło ofia­rą nie­zna­nych cho­rób, na wszyst­kich czy­ha­ły dzi­kie zwie­rzę­ta, pla­ga sza­rań­czy bądź żar­łocz­nych gą­sie­nic ćmy Spodop­te­ra exemp­ta po­tra­fi­ła w oka­mgnie­niu zni­we­czyć na­dzie­je na żni­wa.

Na mo­je­go sta­rze­ją­ce­go się pra­dziad­ka przy­szły cięż­kie ter­mi­ny. W pe­wien szcze­gól­nie pe­cho­wy po­ra­nek wy­brał się na co­dzien­ną prze­jażdż­kę na swej ulu­bio­nej ko­by­le imie­niem Księż­nicz­ka, pro­wa­dząc lu­zem dru­gą klacz, Sto­krot­kę, któ­rą trze­ba było tro­chę roz­ru­szać. Spę­tał Księż­nicz­kę i zo­sta­wił w cie­niu wiel­kich drzew nad brze­giem rze­ki Ewa­so Ngi­ro, Sto­krot­kę zaś pu­ścił wol­no, ufa­jąc, że nie od­da­li się za­nad­to od to­wa­rzysz­ki. Sam po­szedł spraw­dzić bruz­dę iry­ga­cyj­ną, któ­ra prze­bie­ga­ła w dość spo­rej od­le­gło­ści od rze­ki. Ko­pał przez ja­kiś czas, pró­bu­jąc do­pro­wa­dzić wodę do grząd­ki wa­rzyw­nej. Tam­te­go dnia wró­cił do­pie­ro o zmierz­chu, zmę­czo­ny i wy­czer­pa­ny, by stwier­dzić z prze­ra­że­niem, że jego uko­cha­na Księż­nicz­ka pa­dła ofia­rą ol­brzy­mie­go czar­no­grzy­we­go lwa, któ­ry przy­cza­ił się groź­nie nad zdo­by­czą, pod­czas gdy Sto­krot­ka bie­ga­ła ner­wo­wo w po­bli­żu, za­ta­cza­jąc co­raz cia­śniej­sze krę­gi wo­kół na­past­ni­ka. I wła­śnie wte­dy pra­dziad zła­mał swo­ją że­la­zną za­sa­dę i po­sta­no­wił nie się­gać po broń, bo nie zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak tyl­ko zła­pać oca­la­łą klacz.

Tym­cza­sem lew oka­zy­wał co­raz więk­sze roz­draż­nie­nie, przy­sia­da­jąc na za­dzie i prze­stę­pu­jąc z łapy na łapę, po­ry­ku­jąc, war­cząc i wście­kle bi­jąc ogo­nem o zie­mię, śle­dząc roz­iskrzo­ny­mi śle­pia­mi każ­dy ruch pra­dziad­ka. Kie­dy pra­dziad­ko­wi uda­ło się uspo­ko­ić Sto­krot­kę, miał po­czu­cie, że czas się za­trzy­mał. Uznał, że te­raz albo nig­dy: ostat­nim ty­ta­nicz­nym wy­sił­kiem woli rzu­cił się ku kla­czy, ja­kimś cu­dem – sam nie miał po­ję­cia, jak tego do­ko­nał – wdra­pał się jej na grzbiet i spiął pię­ta­mi do ga­lo­pu. W tej sa­mej chwi­li lew za­ata­ko­wał, do­by­wa­jąc z gar­dzie­li ryk mro­żą­cy krew w ży­łach. Sto­krot­ka sko­czy­ła na­przód po­tęż­nym su­sem, umknąw­szy do­słow­nie w ostat­niej chwi­li przed śmier­cio­no­śnym uści­skiem szczęk dra­pież­ni­ka.

Tam­tej nocy pra­dziad prze­stą­pił próg domu jako roz­trzę­sio­ny, zmę­czo­ny i zła­ma­ny ży­ciem sta­rzec. Po­mi­ja­jąc gro­zę sy­tu­acji, ko­chał swo­ją Księż­nicz­kę z ca­łe­go ser­ca, tak moc­no, jak moż­na ko­chać wierz­chow­ca, któ­re­mu ufa­ło się bez­gra­nicz­nie. Wier­na Księż­nicz­ka nio­sła go na swym grzbie­cie set­ki ki­lo­me­trów, przez całą Afry­kę Po­łu­dnio­wą i Ke­nię. Obo­je łą­czy­ła nie­mal te­le­pa­tycz­na więź – peł­na em­pa­tii i czu­ło­ści, wy­my­ka­ją­ca się wszel­kim de­fi­ni­cjom. Pra­dziad po raz pierw­szy po­czuł, że prze­grał i nie jest już w sta­nie zwal­czyć prze­ci­wieństw losu. My­ślę, że po­ża­ło­wał swo­jej de­cy­zji o wy­jeź­dzie z Afry­ki Po­łu­dnio­wej. Tam­tej nocy obo­je z pra­bab­ką Ag­gett pra­wie nie zmru­ży­li oka, roz­my­śla­jąc nad swo­ją nie­do­lą. Nad ra­nem po­wzię­li po­sta­no­wie­nie. Na tym sie­dli­sku nie mo­gło im się udać, mu­sie­li się stąd wy­nieść. Na­stęp­ne­go dnia pra­dziad Ag­gett osio­dłał Sto­krot­kę i ru­szył do Na­iro­bi, żeby po­szu­kać rady u przed­sta­wi­cie­li władz ko­lo­nial­nych.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, wła­dzom za­czę­ło już świ­tać, że osa­mot­nio­nych i na­ra­żo­nych na nie­ustan­ne nie­bez­pie­czeń­stwo osad­ni­ków trze­ba do­kądś prze­nieść z kra­ju Ma­sa­jów. Roz­po­czę­to na­wet ne­go­cja­cje z wo­dza­mi i star­szy­zną wio­sek, żeby spro­wa­dzić ke­nij­skich Ma­sa­jów do Na­ro­ku i osie­dlić w jed­nym miej­scu, z dala od ziem wro­gie­go ple­mie­nia Ki­ku­ju. Kie­dy mój pra­dziad do­tarł do Na­iro­bi, za­pa­dła de­cy­zja o prze­sie­dle­niu go wraz z ro­dzi­ną do dys­tryk­tu La­iki­pia. Re­gion ob­fi­to­wał w ży­zne grun­ty upraw­ne i dzi­ką zwie­rzy­nę – rów­nie licz­ną, jak nie­prze­bra­ne sta­da z rów­ni­ny Athi i ziem Ma­sa­jów w Na­ro­ku.

Tak więc ro­dzi­na po raz ko­lej­ny spa­ko­wa­ła do­by­tek na wozy i ru­szy­ła w dro­gę z za­cho­wa­nym przy ży­ciu in­wen­ta­rzem, żmud­nie co­fa­jąc się po wła­snych śla­dach. W tym sa­mym cza­sie ty­sią­ce wo­jow­ni­ków Ma­sa­jów z pła­sko­wy­żu La­iki­pia, w peł­nym rynsz­tun­ku bo­jo­wym, zstę­po­wa­ło w głąb Wiel­kie­go Rowu, cią­gnąc za sobą sto ty­się­cy by­dła, pół mi­lio­na owiec i set­ki ob­ła­do­wa­nych ju­ka­mi osłów. Ko­bie­ty, dzie­ci i star­cy czła­pa­li u boku zwie­rząt nio­są­cych ich skrom­ny do­by­tek, chro­nie­ni przez tyl­ną straż – pod czuj­nym okiem żoł­nie­rzy z King’s Afri­can Ri­fles (Kró­lew­skich Strzel­ców Afry­kań­skich), któ­rzy pil­no­wa­li, żeby nikt nie zbo­czył ze szla­ku. Mu­siał to być nie­za­po­mnia­ny wi­dok: wiel­ki exo­dus po­wra­ca­ją­cych do Na­ro­ku Ma­sa­jów z La­iki­pii, któ­ry mi­nął się w dro­dze z su­ną­cą w prze­ciw­ną stro­nę ka­wal­ka­dą ro­dzi­ny Ag­get­tów.

Młod­si byli wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ni i wprost nie mo­gli się do­cze­kać osie­dle­nia na no­wej zie­mi. Moi pra­dziad­ko­wie, wy­czer­pa­ni fi­zycz­nie i psy­chicz­nie tru­da­mi ostat­nich lat, za­trzy­ma­li się na nie­wiel­kiej dział­ce, od­le­głej o kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów od mia­sta Na­iva­sha, le­żą­ce­go nad je­zio­rem o tej sa­mej na­zwie. Tu za­ło­ży­li dom, któ­ry z cza­sem stał się przy­tul­ną i go­ścin­ną osto­ją ca­łe­go kla­nu, za­pew­nia­ją­cą dzie­ciom nie­skrę­po­wa­ną swo­bo­dę pe­ne­tro­wa­nia ol­brzy­mich rów­nin wo­kół je­zio­ra w Wiel­kim Ro­wie Wschod­nim.

Mój oj­ciec Bry­an do­ra­stał tym­cza­sem w Na­iro­bi. W jego ży­ciu za­szły pew­ne zmia­ny, od­kąd na świat przy­szli dwaj bra­cia przy­rod­ni, Fred i Har­ry. El­len, mat­ka chłop­ców – owdo­wia­ła we wcze­snym dzie­ciń­stwie Bry­ana – po­wtór­nie wy­szła za mąż za Er­ne­sta Nye’a Char­ta. Za­ło­ży­ła w Grand Ho­te­lu pierw­szą w Na­iro­bi re­stau­ra­cję ser­wu­ją­cą da­nia z rusz­tu, a póź­niej prze­ję­ła wraz z Er­ne­stem za­rząd nad ca­łym ho­te­lem, zy­sku­jąc pew­ną re­no­mę wśród miej­sco­wych przed­się­bior­ców. Wu­jo­wie i ciot­ki mo­je­go ojca, mimo po­cząt­ko­wych trud­no­ści, też urzą­dzi­li się z po­wo­dze­niem w no­wej oj­czyź­nie – or­ga­ni­zo­wa­li fa­cho­wą ob­słu­gę po­lo­wań, ho­do­wa­li by­dło na far­mach, za­kła­da­li go­spo­dar­stwa rol­ne, ho­te­le, przed­się­bior­stwa han­dlo­we i trans­por­to­we. Bry­an wę­dro­wał swo­bod­nie mię­dzy do­ma­mi cio­tek, wu­jów i nie­zli­czo­nych ku­zy­nów, za każ­dym ra­zem do­świad­cza­jąc cie­płe­go przy­ję­cia i uro­ków go­ścin­no­ści swo­ich krew­nych, któ­rzy da­rzy­li go wiel­ką sym­pa­tią.

Mój oj­ciec był jed­nym z dwóch pierw­szych męż­czyzn w ro­dzi­nie, któ­rym uda­ło się zdać eg­za­min upraw­nia­ją­cy do pod­ję­cia stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Cam­brid­ge. Uzdol­nie­nia aka­de­mic­kie być może oca­li­ły mu ży­cie pod­czas I woj­ny świa­to­wej, kie­dy za­miast na front, do­stał skie­ro­wa­nie do pra­cy w biu­rze. Wraz z ty­sią­ca­mi in­nych za­padł jed­nak na gry­pę hisz­pan­kę i ode­sła­no go do domu. Do­pó­ki nie wró­cił do zdro­wia, opie­ko­wa­ła się nim moja pra­bab­ka Ag­gett, a gdy od­zy­skał siły, je­den z wu­jów za­pro­po­no­wał mu pra­cę. Ob­rot­ny wuj Boy­ce imał się wie­lu przed­się­wzięć – pro­wa­dził han­del skó­ra­mi i fu­tra­mi, or­ga­ni­zo­wał sa­fa­ri, miał sklep pod mia­stem Na­rok i kil­ka go­spo­darstw. Mój oj­ciec na­brał prak­ty­ki we wszyst­kim po tro­chu i słu­żył nie­oce­nio­ną po­mo­cą w urzą­dza­niu wu­jo­wych sa­fa­ri. W tam­tych cza­sach sa­fa­ri trwa­ły na­wet pół­to­ra mie­sią­ca, a Bry­an umiał za­pew­nić klien­tom pa­mięt­ne i uroz­ma­ico­ne wra­że­nia z po­by­tu w bu­szu.

Bab­cia El­len wią­za­ła duże am­bi­cje z dru­gim sy­nem i nie po­chwa­la­ła jego „wy­głu­pów ze lwa­mi”. Na­le­ga­ła, żeby za­jął się ho­dow­lą zwie­rząt. Nie­zmien­nie po­słusz­ny Bry­an wy­su­płał sto fun­tów za­osz­czę­dzo­nych z żoł­du, ku­pił osiem krów i trzy cie­lę­ta, ulo­ko­wał je tym­cza­sem w go­spo­dar­stwie mo­ich pra­dziad­ków i za­czął się roz­glą­dać za ja­kimś ka­wał­kiem zie­mi. Do Ke­nii ścią­ga­ło co­raz wię­cej ko­lo­ni­stów w ra­mach pro­gra­mu osad­nic­twa żoł­nie­rzy po wiel­kiej woj­nie. Oj­ciec i jego brat Stan mu­sie­li się śpie­szyć, żeby zdą­żyć przed kon­ku­ren­cją. Go­spo­da­rzy­li roz­sąd­nie, przy­go­to­wy­wa­li za­sie­wy o wła­ści­wej po­rze, wy­my­śla­li co­raz to nowe spo­so­by za­bez­pie­cze­nia się przed utra­tą plo­nów. Spra­wy po­to­czy­ły się jed­nak nie­zgod­nie z pla­nem i mimo sta­rań bra­ci całe żni­wa po­szły z dy­mem. Bry­an mu­siał się na­jąć do pra­cy u dru­gie­go wuja – tym ra­zem miał po­lo­wać na ba­wo­ły dla skór. El­len znów oka­za­ła swo­ją dez­apro­ba­tę i prze­szła od razu do czy­nów: uznaw­szy, że Bry­an nie ma dość ogła­dy, wy­eks­pe­dio­wa­ła go do Afry­ki Po­łu­dnio­wej.

Szcze­rze mó­wiąc, Bry­an nie miał nic prze­ciw­ko temu, bo pierw­szą ofia­rą za­pę­dów wy­cho­waw­czych El­len padł Stan, któ­ry te­raz do­no­sił w li­stach o cał­kiem ład­nych dziew­czy­nach do wzię­cia. Wkrót­ce przy­szła ko­lej na mo­je­go ojca – po­znał smu­kłą i zgrab­ną jak ła­nia Mar­jo­rie Webb. Z miej­sca się w niej za­du­rzył, za­uro­czo­ny jej wro­dzo­nym wdzię­kiem i nie­sfor­ny­mi blond lo­ka­mi. Uczu­cie było wza­jem­ne, Mar­jo­rie wy­zna­ła przy­ja­ciół­kom, że za­ko­cha­ła się od pierw­sze­go wej­rze­nia. Ku prze­ra­że­niu jej ro­dzi­ców pod ko­niec po­by­tu Bry­ana mło­dych łą­czy­ło już tak głę­bo­kie uczu­cie, że po­sta­no­wi­li się po­brać. Za­strze­że­nia do Ag­get­tów miał zwłasz­cza oj­ciec Mar­jo­rie, któ­ry uwa­żał ich za nie­okrze­sa­nych i apo­dyk­tycz­nych gbu­rów. Wca­le mu się nie uśmie­cha­ło, że cór­ka spę­dzi resz­tę ży­cia w „naj­czar­niej­szej Afry­ce” i choć – jak wszy­scy – lu­bił Bry­ana, nie wi­dział w nim „god­ne­go” kan­dy­da­ta na męża swej uko­cha­nej dziew­czyn­ki. Oka­zał się jed­nak na tyle roz­sąd­ny, by nie sprze­ci­wiać się jej za­chcian­kom: ku­pił Mar­jo­rie bi­let do Ke­nii, żeby mo­gła to­wa­rzy­szyć Bry­ano­wi w po­dró­ży po­wrot­nej i przez kil­ka mie­się­cy na wła­snej skó­rze do­świad­czyć tru­dów ży­cia.

Mar­jo­rie – za­miast stra­cić za­pał – za­ko­cha­ła się w Ke­nii. Była pod wra­że­niem jej ma­je­sta­tycz­ne­go pięk­na i nie­okieł­zna­nej róż­no­rod­no­ści. Wró­ci­ła do Afry­ki Po­łu­dnio­wej z jesz­cze moc­niej­szym po­sta­no­wie­niem, że wyj­dzie za Bry­ana. Ileż sen­su zdo­ła­ła wnieść w ży­cie mo­je­go ojca! Uskrzy­dlo­ny mi­ło­ścią Bry­an przez dwa ko­lej­ne lata pra­co­wał jak nig­dy przed­tem, ku­piw­szy wresz­cie po­nad trzy­sta hek­ta­rów zie­mi w po­bli­żu mia­sta Gil­gil. Zbu­do­wał dom z drew­na ce­dro­we­go i bu­dul­ca z miej­sco­wych ka­mie­nio­ło­mów. Po­sta­wił na far­mie tar­tak i uru­cho­mił nie­wiel­ki za­kład sto­lar­ski. Pe­łen wia­ry w przy­szłość, nadał swo­je­mu go­spo­dar­stwu wzru­sza­ją­cą na­zwę L’Espe­ran­ce – „Na­dzie­ja”. Kie­dy Dick Webb do­wie­dział się o suk­ce­sach Bry­ana, po­go­dził się osta­tecz­nie z utra­tą cór­ki.

Dwa lata po pierw­szym spo­tka­niu Mar­jo­rie – wciąż nie bez obaw – ru­szy­ła z por­tu East Lon­don, by po­łą­czyć się osta­tecz­nie z Bry­anem. Kie­dy spo­strze­gła go na kei w Mom­ba­sie, z prze­ję­ciem wy­pa­tru­ją­ce­go na­rze­czo­nej wśród pa­sa­że­rów na po­kła­dzie, mia­ła już pew­ność, że pod­ję­ła wła­ści­wą de­cy­zję. Ich ma­gicz­na po­dróż w głąb lądu, u pro­gu no­we­go, wspól­ne­go ży­cia, od­no­wi­ła jej wspo­mnie­nia o cu­dach Ke­nii. Mar­jo­rie za­pa­mię­ta­ła na za­wsze przy­jazd na far­mę i uno­szą­cy się w domu za­pach drew­na ce­dro­we­go z rów­niut­ko uło­żo­nych pod­łóg i pięk­nie wy­po­le­ro­wa­nych me­bli, któ­re oj­ciec przy­szy­ko­wał spe­cjal­nie na jej po­wi­ta­nie.

Ślub mło­dej pary dał asumpt do ra­do­snej uro­czy­sto­ści ro­dzin­nej. Ol­brzy­mi klan Ag­get­tów zje­chał z ca­łej oko­li­cy; we­se­le trwa­ło kil­ka dni. Mar­jo­rie z miej­sca przy­pa­dła wszyst­kim do ser­ca i roz­po­czął się jej szczę­śli­wy byt na far­mie. Na­wet El­len ja­koś ją za­ak­cep­to­wa­ła. Wy­bran­ka mo­je­go ojca była świet­ną go­spo­dy­nią i mia­ła uzdol­nie­nia ar­ty­stycz­ne, więc w obej­ściu nig­dy nie za­bra­kło ko­bie­cej ręki. Upra­wia­ła też ogród, któ­ry stał się jed­nym z pięk­niej­szych w okrę­gu. Umia­ła przyj­mo­wać go­ści i wkrót­ce w domu Mar­jo­rie i Bry­ana za­ro­iło się od krew­nych i zna­jo­mych, któ­rzy tchnę­li ra­dość w ich nowe go­spo­dar­stwo. Rok po ślu­bie, w 1930, Mar­jo­rie zo­sta­ła mat­ką – naj­pierw uro­dził się Pe­ter, osiem­na­ście mie­się­cy póź­niej za­wi­ta­ła na świat pierw­sza cór­ka, She­ila. Po upły­wie ko­lej­nych trzech lat, w czerw­cu 1934, przy­szedł czas na mnie. Na młod­szą sio­strę Bet­ty mu­sie­li­śmy po­cze­kać jesz­cze czte­ry lata. Do tej pory Bry­an zdą­żył zbu­do­wać dom pod Gil­gi­lem dla swo­jej mat­ki, El­len – na­zy­wa­nej przez dzie­ci bab­cią Chart – i dru­gi dla świe­żo przy­by­łych te­ściów, bab­ci i dziad­ka Web­bów, nie­speł­na dzie­sięć ki­lo­me­trów od nas. Web­bo­wie po­sta­no­wi­li przy­je­chać z Afry­ki Po­łu­dnio­wej i za­jąć się wnu­ka­mi. Ro­dzi­na była w kom­ple­cie.

Bli­sko trzy­dzie­ści lat po opusz­cze­niu Kra­ju Przy­ląd­ko­we­go z gro­na uczest­ni­ków pio­nier­skiej wy­pra­wy uby­ło kil­ka waż­nych po­sta­ci – mię­dzy in­ny­mi stry­jecz­ny dziad Will oraz pra­dzia­dek i pra­bab­ka Ag­get­to­wie. Choć zmar­li zbyt wcze­śnie, że­bym mo­gła za­cho­wać o nich wspo­mnie­nia, je­stem im dłuż­na wdzięcz­ność za de­ter­mi­na­cję i hart du­cha, za po­świę­ce­nie, z ja­kim bu­do­wa­li przy­szłość na­stęp­nych po­ko­leń ro­dzi­ny. Dzię­ki nim moi naj­bliż­si krew­ni mo­gli bez­piecz­nie za­pu­ścić ko­rze­nie w tej zie­mi i na­brać moc­ne­go po­czu­cia przy­na­leż­no­ści.

2. DZIECIŃSTWO

Pa­nie mi­ło­ści i do­bro­ci, stwór­co tej pięk­nej zie­mi i wszyst­kich stwo­rzeń, któ­re po niej cho­dzą i nad nią la­ta­ją, by gło­sić Two­ją chwa­łę: będę Ci dzię­ko­wać aż po dzień śmier­ci, że umie­ści­łeś mnie wśród nich.

Św. Fran­ci­szek z Asy­żu

Moje ży­cio­we za­an­ga­żo­wa­nie w spra­wy zwie­rząt za­czę­ło się od pew­nej kot­ki i jej ko­ciąt. Mat­ka wy­zna­ła kie­dyś, że by­łam cie­kaw­skim, bar­dzo ener­gicz­nym dziec­kiem, któ­re chcia­ło wszyst­kie­go do­tknąć i we wszyst­kim brać udział. Że­bym nie prze­szka­dza­ła ro­dzeń­stwu w od­ra­bia­niu lek­cji, wkła­da­ła mnie do pu­dła z ko­cia­ka­mi – je­dy­ne­go miej­sca, gdzie by­łam za­wsze grzecz­na jak anio­łek. Po­tem mi po­wie­dzia­ła: „Prze­sia­dy­wa­łaś tam go­dzi­na­mi, ssąc kciuk i tu­ląc do sie­bie ko­cię­ta”. Mia­łam wte­dy nie­wie­le po­nad rok.

Zwie­rzę­ta były wszę­dzie: ich za­pach, od­gło­sy i za­cho­wa­nia sta­no­wi­ły nie­od­łącz­ną część dnia na far­mie. Le­d­wie na­uczy­łam się cho­dzić, drep­ta­łam na tyły domu, żeby wgra­mo­lić się do koj­ca dla dro­biu i pod­pa­try­wać świe­żo wy­klu­te pi­sklę­ta. Uwiel­bia­łam te pu­szy­ste, ci­cho po­pi­sku­ją­ce ku­lecz­ki i pró­bo­wa­łam do nich ga­wo­rzyć. Nie dzi­wi­ły mnie spa­ce­ry do lasu w dłu­gim or­sza­ku lu­dzi i zwie­rząt – kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy z domu z ro­dzi­ca­mi, cią­gnę­ły za nami wszyst­kie na­sze psy, im­pa­la Bob, sa­mi­ca koba imie­niem Sto­krot­ka i Rik­ki Tik­ki Tavi, bru­nat­ny sa­miec man­gu­sty kar­ło­wa­tej, któ­ry lu­bił wy­bie­gać na­przód i wska­zy­wać nam dro­gę. Był na­szym ulu­bień­cem i cu­dow­nym piesz­czo­chem, wścib­skim i ru­chli­wym jak żywe sre­bro. Man­gu­sty kar­ło­wa­te są mię­so­żer­ne, gu­stu­ją też w ja­jach, któ­re po­tra­fią wtur­lać na drze­wo lub ska­łę i ob­ra­cać mię­dzy tyl­ny­mi ła­pa­mi, do­pó­ki sko­rup­ka nie pęk­nie. Lu­bi­li­śmy draż­nić się z Rik­ki Tik­ki Ta­vim, da­jąc mu za­miast jaj­ka pi­łecz­kę ping­pon­go­wą, co do­pro­wa­dza­ło go do sza­łu, bo nie mógł jej stłuc i wście­kle na nią war­czał. Prze­waż­nie jed­nak ra­czył nas de­li­kat­nym, ra­do­snym po­ćwier­ki­wa­niem, któ­rym oznaj­miał, że zna­lazł coś do je­dze­nia: owa­da, jasz­czur­kę albo gry­zo­nia. Miał małe uszy, dłu­gi ogon, krót­kie łapy i tak to­wa­rzy­skie uspo­so­bie­nie, że nie od­stę­po­wał nas ani na krok. Z upodo­ba­niem ho­łu­bi­li­śmy go pod swe­trem, żeby mógł się ogrzać.

Co­dzien­ne wy­ciecz­ki w tej gwar­nej i peł­nej ży­cia kom­pa­nii tak we­szły mi w krew, że już we wcze­snym dzie­ciń­stwie na­bra­łam uf­no­ści do wszel­kich stwo­rzeń i – jak się oka­za­ło – wię­cej obaw bu­dził we mnie wła­sny cień. W ro­dzi­nie opo­wia­da­no hi­sto­rię, jak to w wie­ku nie­speł­na pół­to­ra roku prze­stra­szy­łam się, że przy­lgnę­ła do mnie ja­kaś mrocz­na, zło­wro­ga isto­ta – kie­dy po­tup­ta­łam z domu wprost na oświe­tlo­ną po­ran­nym słoń­cem we­ran­dę i zo­ba­czy­łam obok swój cień. Po­dob­no roz­dar­łam się tak prze­raź­li­wie, że po­sta­wi­łam na nogi wszyst­kich do­mow­ni­ków. Po­dej­rze­wa­jąc atak krwio­żer­czych mró­wek, pa­ją­ków albo węży, mat­ka obej­rza­ła mnie od stóp do głów, nie do­szu­ka­ła się jed­nak żad­nej przy­czy­ny mo­je­go wrza­sku. „Na lia bure. Drze się bez po­wo­du!” – oznaj­mił Sega, nasz ku­charz z ple­mie­nia Ki­ku­ju. „Po­każ, Bay” – za­chę­cał mój brat, któ­ry na­zy­wał mnie tym piesz­czo­tli­wym skró­tem od „Baby”, do­pó­ki nie przy­szła na świat Bet­ty. Kie­dy zdo­ła­li mnie wresz­cie usa­dzić, roz­trzę­sio­na wska­za­łam rącz­ką po­wód swe­go lęku. Od­po­wie­dzią był wiel­ki wy­buch śmie­chu, w któ­rym ulga mie­sza­ła się z roz­ba­wie­niem. „Och, Bay. Ty ma­ru­do! To prze­cież twój cień” – za­wo­ła­ła She­ila. O dzi­wo, to pierw­sze wspo­mnie­nie wła­sne­go cie­nia, przej­mu­ją­ce stra­chem przed nie­zna­nym, wry­ło mi się w pa­mięć na za­wsze.

By­łam bli­sko zwią­za­na z ro­dzeń­stwem: we wcze­snym dzie­ciń­stwie spę­dza­li­śmy każ­dy dzień ra­zem, wspól­nie ob­my­śla­jąc sztucz­ki i fi­gle. Prze­waż­nie ba­wi­li­śmy się na dwo­rze. Nie są­dzę, by wie­le miejsc na świe­cie mo­gło do­rów­nać za­pie­ra­ją­cym dech w pier­si pej­za­żom wschod­nio­afry­kań­skiej czę­ści Wiel­kie­go Rowu Wschod­nie­go, po­wsta­łej oko­ło pięt­na­stu mi­lio­nów lat temu wsku­tek sil­nych ru­chów tek­to­nicz­nych i pęk­nięć sko­ru­py ziem­skiej. Rowy Afry­kań­skie, choć pew­nie mają swo­je od­po­wied­ni­ki na in­nych pla­ne­tach, w ska­li na­sze­go glo­bu nie da­dzą się z ni­czym po­rów­nać: zbli­żo­nych roz­mia­rów do­li­ny ry­fto­we leżą głę­bo­ko na dnie oce­anów. Afry­kań­ski od­ci­nek tej po­tęż­nej for­my geo­mor­fo­lo­gicz­nej, li­czą­cy po­nad sie­dem ty­się­cy ki­lo­me­trów dłu­go­ści i w nie­któ­rych miej­scach bli­sko osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów sze­ro­ko­ści, prze­bie­ga wzdłuż Wy­ży­ny Abi­syń­skiej, prze­ci­na Wy­ży­nę Ke­nij­ską i pła­sko­wyż Uny­am­we­si w Tan­za­nii, po czym od­ga­łę­zia się na po­łu­dnie aż do Mo­zam­bi­ku, by stop­nio­wo się zwę­zić i wresz­cie za­nik­nąć. Dno rowu jest usia­ne mnó­stwem wy­ga­słych i czyn­nych wul­ka­nów oraz wspa­nia­łych je­zior so­do­wych i słod­ko­wod­nych, do któ­rych mie­li­śmy ła­twy do­stęp z oj­cow­skiej far­my, usy­tu­owa­nej na jed­nej z ostróg mię­dzy za­ko­la­mi po wschod­niej stro­nie Wiel­kie­go Rowu, u pod­nó­ża gór Aber­da­re. Na­sze go­spo­dar­stwo le­ża­ło na wy­so­ko­ści nie­co po­nad dwóch ty­się­cy stu me­trów nad po­zio­mem mo­rza, gdzie kli­mat jest wprost wy­ma­rzo­ny: po sło­necz­nych dniach na­stę­pu­ją chłod­ne, rześ­kie noce.

Mat­ka trzy­ma­ła set­ki kur, któ­re ran­kiem za­my­ka­no w du­żych bo­mach, żeby skła­da­ły jaja w prze­zna­czo­nych do tego skrzyn­kach, za­miast szu­kać kry­jó­wek w bu­szu. Chło­pak, któ­ry do­glą­dał dro­biu, mu­siał za­dbać, żeby kury, wy­pusz­cza­ne po po­łu­dniu z bomy, nie wla­zły na klom­by ani na grząd­ki wa­rzyw­ne: pie­rza­sty in­wen­tarz miał za­kaz wstę­pu do ogro­du i na po­dwó­rze przed do­mem. Jed­nym z mo­ich uko­cha­nych miejsc była nie­wiel­ka, za­bez­pie­czo­na siat­ką za­gro­da, gdzie kwo­ki wy­sia­dy­wa­ły jaja w bla­sza­nych bud­kach, a świe­żo wy­klu­te kur­czę­ta i ka­czę­ta drep­ta­ły krok w krok za na­wo­łu­ją­cy­mi je mat­ka­mi. Po­tra­fi­łam go­dzi­na­mi ob­ser­wo­wać te pu­cha­te ku­lecz­ki. Na dru­gim za­da­szo­nym wy­bie­gu, tuż przy ga­ra­żu, trzy­ma­li­śmy na­sze kró­li­ki an­gor­skie, za któ­ry­mi też prze­pa­da­łam. Ile­kroć po­gnie­wa­łam się z ro­dzeń­stwem – czy­li prak­tycz­nie co­dzien­nie – bie­głam do kró­li­ków, ka­czek, kur­cząt, kwok albo kot­ki z ko­cię­ta­mi, żeby spę­dzić z nimi parę mi­łych i spo­koj­nych go­dzin.

Po­dob­nie jak w więk­szo­ści ów­cze­snych do­mów ko­lo­nial­nych, po­ko­je w na­roż­ni­kach mia­ły sy­me­trycz­ne okna wy­ku­szo­we z prze­pysz­nym wi­do­kiem i wyj­ściem wprost do buj­ne­go ogro­du. Wy­ku­sze łą­czy­ła prze­stron­na we­ran­da. Naj­bar­dziej lu­bi­łam po­kój zwa­ny sa­lo­nem, w któ­rym spę­dza­li­śmy więk­szość cza­su. Na ścia­nach wy­ło­żo­nych po­le­ro­wa­nym drew­nem ce­dro­wym wi­sia­ły re­ali­stycz­ne ob­ra­zy przed­sta­wia­ją­ce ba­wo­łu, sta­do lwów i sa­mot­ne­go sam­ca sło­nia. Za­sło­ny, po­kry­cia fo­te­li i sof uszy­to z ma­te­ria­łu w kwie­ci­ste wzo­ry. Sa­lon był ja­sny i prze­wiew­ny; w po­wie­trzu uno­sił się cu­dow­ny za­pach róż we wszel­kich moż­li­wych od­mia­nach, któ­re mat­ka ści­na­ła w ogro­dzie i wsta­wia­ła do wa­zo­nów. Na pod­ło­dze, za­miast dy­wa­nów, le­ża­ły skó­ry lam­par­cie. Oprócz for­te­pia­nu naj­cen­niej­szym me­blem w po­ko­ju był wiel­ki, ręcz­nie rzeź­bio­ny stół, wy­ko­na­ny z jed­ne­go ka­wał­ka drew­na mvu­le – pre­zent ślub­ny dla mo­ich ro­dzi­ców. Wzdłuż okna bie­gła dłu­ga ława z pod­no­szo­ną kla­pą, po­kry­ta mnó­stwem ko­lo­ro­wych po­du­szek. Na­zwa­li­śmy ją lo­chem – słu­ży­ła jako pod­ręcz­ny scho­wek, a w moim przy­pad­ku kry­jów­ka przed She­ilą, ile­kroć coś po­psu­łam w jej dom­ku dla la­lek.

Moim dru­gim ulu­bio­nym miej­scem w domu była kuch­nia, kró­le­stwo Segi. Obo­je z Pe­te­rem uwiel­bia­li­śmy ster­czeć w tyl­nych drzwiach, pró­bu­jąc wy­pro­sić odro­bi­nę sma­ko­wi­te­go irio, czy­li roz­gnie­cio­nych ziem­nia­ków z do­dat­kiem li­ści dyni, gro­chu i zia­ren ku­ku­ry­dzy. Mu­sie­li­śmy na to za­pra­co­wać: Sega trak­to­wał nas jak chłop­ców na po­sył­ki i do­pie­ro po ja­kimś cza­sie po­zwa­lał nam skosz­to­wać sma­ko­ły­ku – chy­ba że by­li­śmy dość bez­czel­ni, żeby sami się ob­słu­żyć, kie­dy ku­charz nie pa­trzył. Kuch­nia była od­dzie­lo­na od domu z oba­wy przed za­pró­sze­niem ognia i prze­cho­dzi­ło się do niej za­da­szo­ną wnę­ką. Nie­mal całe wnę­trze wy­peł­niał wiel­ki piec z fa­jer­ka­mi, do któ­re­go wciąż pod­kła­da­no drew­no. Po­śród bul­go­czą­cych garn­ków z zupą i in­nych na­czyń, w któ­rych go­to­wa­ły się reszt­ki dla psów i kur­cząt, sta­ły pła­skie że­laz­ka do pra­so­wa­nia ubrań. Pod su­fi­tem było małe okien­ko z wi­do­kiem na ster­tę drew­na, uzu­peł­nia­ną przez żony na­szych afry­kań­skich pra­cow­ni­ków, któ­re przy­no­si­ły opał w za­mian za ty­go­dnio­wą por­cję mąki ku­ku­ry­dzia­nej i moż­li­wość ko­rzy­sta­nia z przy­pa­da­ją­ce­go na każ­dą ro­dzi­nę hek­ta­ro­we­go po­let­ka pod upra­wę ro­ślin i wy­pas do trzy­dzie­stu owiec i kóz. Z tych wła­śnie dzia­łek – zwa­nych sham­ba i usy­tu­owa­nych tuż za na­szym do­mem – nie­ustan­nie do­bie­gał gwar roz­mów, nio­sła się woń dymu i go­to­wa­nych po­traw. Zgod­nie z tra­dy­cją ple­mie­nia Ki­ku­ju dźwi­ga­niem cię­ża­rów trud­ni­ły się ko­bie­ty, któ­re do­star­cza­ły drew­na za­rów­no do na­szej kuch­ni, jak i do wła­snych go­spo­darstw. Mia­ły głę­bo­kie bruz­dy od wrzy­na­ją­cych się w czo­ło skó­rza­nych pa­sów do pod­trzy­my­wa­nia ła­dun­ku, tasz­czy­ły co naj­mniej jed­no dziec­ko na ple­cach i ob­le­pio­ne­go mu­cha­mi ose­ska w chu­ście prze­wie­szo­nej przez szy­ję. Nie mo­gli­śmy się na­dzi­wić, jak wiel­ki cię­żar po­tra­fią w ten spo­sób unieść. Fa­scy­nu­ją­ce były też ich dzie­ci, któ­re spo­glą­da­ły na nas wy­nio­śle, jak­by ocze­ki­wa­ły hoł­du.

Za dnia w domu pa­no­wał ruch, cza­sem na­wet roz­gar­diasz. Oprócz dźwię­ków wy­da­wa­nych przez zwie­rzę­ta, do­bie­ga­ły nas od­gło­sy usta­wicz­nych kłót­ni mię­dzy bab­cią Chart a dziad­kiem Web­bem. El­len nie mo­gła tego znieść: ile­kroć od­wie­dza­ła na­szą ro­dzi­nę w tym sa­mym cza­sie, co oni, prze­bie­ga­ła przez po­ko­je jak bu­rza, trza­ska­jąc drzwia­mi, żeby oka­zać nie­za­do­wo­le­nie z sa­mej ich obec­no­ści. Była po­staw­ną ko­bie­tą, do­brze wy­po­sa­żo­ną przez na­tu­rę, ucie­le­śnie­niem nie­złom­nej siły, któ­ra przy­czy­ni­ła się do po­tę­gi Im­pe­rium. Dzia­dek Webb też nie był w cie­mię bity, a zło­śli­we po­czu­cie hu­mo­ru wpę­dza­ło go no­to­rycz­nie w kło­po­ty, zwłasz­cza kie­dy go przy­ła­pa­no – a czę­sto się to zda­rza­ło – na prze­sad­nym, lecz cel­nym prze­drzeź­nia­niu ata­ków hi­ste­rii bab­ci Chart. Lo­do­wa­te mil­cze­nie za­pa­da­ło wów­czas na kil­ka dni, a ci­cha, ła­god­na jak ba­ra­nek bab­cia Webb mu­sia­ła użyć ca­łe­go swo­je­go tak­tu, żeby oczy­ścić at­mos­fe­rę. By­li­śmy jesz­cze mali i pa­trzy­li­śmy z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, jak do­ro­śli na sie­bie wrzesz­czą i się dą­sa­ją. Kie­dy ro­bi­ło się go­rą­co, mat­ka pró­bo­wa­ła nas prze­ga­niać, żeby gło­śna wy­mia­na zdań nie do­tar­ła do na­szych uszu.

Ro­dzi­ce bar­dzo cięż­ko pra­co­wa­li. Mat­ka – po­dob­nie jak osad­nicz­ki, któ­re przy­wę­dro­wa­ły tu­taj aż z Kra­ju Przy­ląd­ko­we­go – mu­sia­ła na­brać wpra­wy we wszel­kich ro­bo­tach do­mo­wych i go­spo­dar­skich. Była wciąż za­ję­ta. Opie­ko­wa­ła się ca­łym ży­wym in­wen­ta­rzem, mię­dzy in­ny­mi sta­dem świń, z któ­rych czer­pa­li­śmy więk­szość na­szych skrom­nych do­cho­dów; pro­wa­dzi­ła dom i do­glą­da­ła oso­bi­ście ca­łej służ­by; szy­ła nam ubra­nia; co­dzien­nie przez dwie go­dzi­ny da­wa­ła dzie­ciom lek­cje; upra­wia­ła nasz cen­ny ogród wa­rzyw­ny. A przy tym wszyst­kim umia­ła być czu­ła i za­cho­wać spo­kój du­cha, po­tra­fi­ła też zna­leźć czas na swo­je pa­sje: upięk­sza­nie domu i ma­lo­wa­nie. Była uzdol­nio­ną ar­tyst­ką, słyn­ną ze swo­ich umie­jęt­no­ści de­ko­ra­tor­skich: na ścia­nach na­szych sy­pial­ni tań­czy­ły po­sta­ci z dzie­cię­cych ry­mo­wa­nek, je­dwab­ne aba­żu­ry cie­szy­ły oko ręcz­nie ma­lo­wa­ny­mi wi­ze­run­ka­mi ke­nij­skich pta­ków. Wy­obra­ża­łam so­bie, że mat­ka jest anio­łem. Kie­dy klę­ka­li­śmy przy łóż­kach, żeby zmó­wić wie­czor­ną mo­dli­twę, za­wsze nam to­wa­rzy­szy­ła. Uwiel­bia­łam kwia­ty: naj­bar­dziej lu­bi­łam roz­siąść się w klom­bie żon­ki­li, roz­ta­cza­ją­cych wo­kół nie­biań­ską woń. Spę­dza­łam mnó­stwo cza­su w sa­lo­nie, za­to­pio­na w my­ślach i ma­rze­niach, wpa­tru­jąc się w misę, w któ­rej sta­ła dłu­go­wło­sa sy­ren­ka z ja­sno­nie­bie­skie­go cię­te­go szkła, oto­czo­na pły­wa­ją­cy­mi w wo­dzie głów­ka­mi róż z ogro­du.

Oj­ciec był mniej przy­stęp­ny niż mat­ka. Na jego twa­rzy uwi­dacz­nia­ły się wszel­kie emo­cje, na­da­jąc jej nie­mal nie­od­łącz­ny wy­raz na­pię­cia i za­tro­ska­nia, bo w tam­tych cza­sach le­d­wie wią­za­li­śmy ko­niec z koń­cem. Za dnia nie­czę­sto wi­dy­wa­li­śmy się z tatą: po­chła­nia­ły go obo­wiąz­ki na far­mie. Nie­ła­two było na niej go­spo­da­ro­wać i oj­ciec wciąż miał ja­kieś po­wo­dy do zmar­twie­nia – albo trze­ba się było za­opie­ko­wać cho­rym zwie­rzę­ciem, albo upo­rać z za­ra­zą, albo któ­raś z cen­nych sztuk in­wen­ta­rza pa­dła ofia­rą za­błą­ka­ne­go lam­par­ta. Naj­bliż­szy we­te­ry­narz miesz­kał w od­le­gło­ści pra­wie dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów, a miej­sco­wi pra­cow­ni­cy nie mie­li wpra­wy w pro­wa­dze­niu far­my na mo­dłę eu­ro­pej­ską. Oj­ciec był zwią­za­ny umo­wą na do­sta­wę ma­sła do Na­iro­bi. Pro­du­ko­wał go trzy­sta fun­tów ty­go­dnio­wo, w ce­nie sze­ściu pen­sów za funt. Ży­wiec świń­ski było trud­niej sprze­dać, oj­ciec ro­bił więc szyn­ki i kieł­ba­sy na miej­scu. Za funt szyn­ki mógł uzy­skać kró­lew­ską cenę jed­ne­go pen­sa. W gor­szych okre­sach, aby za­ro­bić na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny, oj­ciec naj­mo­wał się do pra­cy w są­sied­nich go­spo­dar­stwach. Po­ma­gał przy bu­do­wie spe­cjal­nych wa­nien do de­zyn­fek­cji owiec albo prze­wo­ził pro­duk­ty in­nych far­me­rów w na­szych wo­zach za­przę­żo­nych w woły. Choć spo­ro się zmie­ni­ło od przy­by­cia pierw­szych osad­ni­ków, go­spo­dar­ką rol­ną w Pro­win­cji Wiel­kie­go Rowu wciąż rzą­dził przy­pa­dek – okre­so­we su­sze mia­ły ogrom­ny wpływ na ja­kość wy­pa­su by­dła. Klę­ski ży­wio­ło­we i epi­de­mie sła­bo wów­czas po­zna­nych cho­rób en­de­micz­nych po­tra­fi­ły wy­gu­bić całe sta­da.

No i sza­rań­cza! Wciąż mam przed oczy­ma zroz­pa­czo­ną twarz ojca, kie­dy chma­ra zbli­ża­ła się do na­sze­go go­spo­dar­stwa. Nie­opi­sa­ny wi­dok, zwłasz­cza dla lu­dzi, któ­rzy nig­dy przed­tem nie mie­li do czy­nie­nia z po­dob­ną in­wa­zją. Owa­dy zstę­pu­ją z nie­ba gę­stą czar­ną gro­ma­dą, jak ol­brzy­mie pa­si­ko­ni­ki, ogo­ła­ca­jąc całe po­ła­cie upraw, za­nim od­le­cą spu­sto­szyć ko­lej­ne za­sie­wy. Szcze­gól­nie za­pa­dła mi w pa­mięć pa­ni­ka, któ­ra po­prze­dza­ła na­lot. Kto pierw­szy wy­pa­trzył chma­rę, mu­siał na­tych­miast za­wia­do­mić wszyst­kich w oko­li­cy. Lu­dzie chwy­ta­li bla­sza­ne pusz­ki i wa­li­li w nie co sił, żeby od­stra­szyć owa­dy. Przez pe­wien czas mia­ło się wra­że­nie, że ten ha­łas nig­dy się nie skoń­czy: co­raz gło­śniej­szy szum skrzy­deł sza­rań­czy skła­niał nas do co­raz szyb­sze­go bi­cia w pusz­ki. Bez­ład­na ka­ko­fo­nia dźwię­ków zwia­sto­wa­ła na­dej­ście jesz­cze gor­sze­go cha­osu.

Były też i po­żyt­ki z sza­rań­czy. Sega uwa­żał je za przy­smak. Z peł­ną gro­zy fa­scy­na­cją ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak ury­wa im gło­wy i od­nó­ża, rzu­ca kor­pu­sy na roz­grza­ne ma­sło, ob­sma­ża na roz­ża­rzo­nych wę­glach, po czym z wy­raź­ną roz­ko­szą za­ja­da się chru­pią­cy­mi ką­ska­mi. Mój do­bry zna­jo­my – ogrod­nik z ple­mie­nia Kam­ba, któ­re­go wciąż na­ga­by­wa­łam, żeby po­ka­zał mi, jak wyj­mu­je opi­ło­wa­ny przed­ni ząb i wkła­da go z po­wro­tem – prze­ko­nał mnie w koń­cu, że­bym skosz­to­wa­ła tych de­li­cji, co też od­waż­nie uczy­ni­łam, chcąc mu zro­bić przy­jem­ność. Nie przy­po­mi­nam so­bie ich sma­ku, pa­mię­tam za to, że Pe­ter na mnie na­skar­żył i do­sta­łam od mat­ki ka­te­go­rycz­ny za­kaz je­dze­nia ro­ba­li.

Na szczę­ście w po­rze desz­czo­wej z oj­cow­skie­go czo­ła zni­ka­ły zmarszcz­ki za­tro­ska­nia. Sta­wał na we­ran­dzie z sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi i po­dzi­wiał pej­zaż Wiel­kie­go Rowu Wschod­nie­go, pa­trząc, jak pierw­sze kro­ple desz­czu wsią­ka­ją w zie­mię, i wdy­cha­jąc aro­mat świe­że­go po­wie­trza. Moje ro­dzeń­stwo mo­dli­ło się tym­cza­sem o grad, nie przej­mu­jąc się wca­le, że może w ten spo­sób ścią­gnąć ko­lej­ną klę­skę na na­sze plo­ny. Dzie­ciom grad ko­ja­rzył się tyl­ko z jed­nym, mia­no­wi­cie z lo­da­mi.

Nie mie­li­śmy lo­dów­ki i nie mo­gli­śmy prze­cho­wy­wać żad­nych mro­żo­nek. Kie­dy za­czy­nał pa­dać grad, wy­bie­ga­li­śmy na dwór i w po­śpie­chu zbie­ra­li­śmy gra­dzi­ny, a mat­ka pę­dzi­ła do spi­żar­ni, żeby przy­go­to­wać masę lo­do­wą. Wkła­da­li­śmy ją do szczel­ne­go po­jem­ni­ka, umiesz­cza­li­śmy w wia­drze z gra­dzi­na­mi wy­mie­sza­ny­mi z solą i tur­la­li­śmy po we­ran­dzie, do­pó­ki lody się nie za­mro­zi­ły. Kto nie mu­siał tur­lać wia­dra, ska­kał do­oko­ła, śli­niąc się z nie­cier­pli­wo­ści. Grad spa­dał mniej wię­cej raz na trzy lata, trud­no więc opi­sać roz­kosz, z jaką kil­ka go­dzin póź­niej de­lek­to­wa­li­śmy się go­to­wym sma­ko­ły­kiem. Po­tem już żad­ne lody nie sma­ko­wa­ły mi tak, jak tam­te.

Choć by­li­śmy sa­mo­wy­star­czal­ną ro­dzi­ną, przez far­mę prze­wi­ja­ło się mnó­stwo lu­dzi. Ro­dzi­ce sły­nę­li z go­ścin­no­ści: nie tyl­ko dziad­ko­wie, ale i zna­jo­mi z oko­licz­nych go­spo­darstw mie­li zwy­czaj od­wie­dzać nas bez za­po­wie­dzi. Oj­ciec uwiel­biał przyj­mo­wać go­ści i ra­czył ich za­baw­ny­mi hi­sto­ryj­ka­mi. Cie­szył się wiel­kim sza­cun­kiem przy­ja­ciół i są­sia­dów, któ­rzy wie­dzie­li, że w każ­dej chwi­li mogą zwró­cić się do nie­go o po­moc w do­wol­nej spra­wie: był wpraw­nym sto­la­rzem, bu­dow­ni­czym, me­cha­ni­kiem, rol­ni­kiem, ho­dow­cą zwie­rząt… dłu­go by moż­na wy­li­czać. Nie brał do ust al­ko­ho­lu, więc z tym więk­szą przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak się roz­luź­nia i od­prę­ża w obec­no­ści na­szej mat­ki albo zna­jo­mych. Z męż­czy­zny za­ab­sor­bo­wa­ne­go kło­po­ta­mi w go­spo­dar­stwie zmie­niał się w sym­pa­tycz­ne­go ga­du­łę: uwiel­bia­li­śmy pa­trzeć, jak roz­sia­da się w na­szym sa­lo­nie i po­grą­ża w roz­mo­wie, de­lek­tu­jąc się pysz­nym ma­mi­nym pi­wem im­bi­ro­wym.

Do naj­bliż­szych przy­ja­ciół ro­dzi­ców na­le­że­li Hig­gin­so­no­wie, któ­rzy miesz­ka­li na nie­wiel­kiej far­mie tuż pod Gil­gi­lem. Mie­li dwóch sy­nów, Mi­cha­ela i Phi­li­pa, mniej wię­cej w wie­ku mo­je­go bra­ta Pe­te­ra. Pań­stwo Hig­gin­so­no­wie (czy­li Hig­gies, jak ich czu­le prze­zy­wa­no) try­ska­li ener­gią, uwiel­bia­li się prze­ko­ma­rzać i drzeć ze sobą koty. Naj­le­piej o tym świad­czy pew­ne zda­rze­nie, wkrót­ce po tym, jak po­zna­li się z na­szy­mi ro­dzi­ca­mi. Był dżdży­sty wie­czór. Pu­ka­nie do drzwi roz­le­gło się w chwi­li, kie­dy mat­ka ką­pa­ła Pe­te­ra i She­ilę. W po­rze desz­czo­wej wa­run­ki na dro­gach były okrop­ne i go­ście tra­fia­li się spo­ra­dycz­nie, więc mat­ka na­tych­miast wy­bie­gła na dwór, prze­świad­czo­na, że sta­ło się coś złe­go. Za­sta­ła na po­dwór­ku prze­mo­czo­ną do nit­ki pa­nią Hig­gie, cią­gną­cą za sobą dwóch ma­łych chłop­ców. Ko­bie­ta wy­ja­śni­ła znę­ka­nym gło­sem, że ich sta­reń­ki sa­mo­chód mar­ki Rug­by ugrzązł na do­bre w bło­cie. Pan Hig­gie ka­zał wszyst­kim wy­siąść i prze­pchnąć auto na po­bo­cze. Po wie­lu wy­sił­kach uda­ło się wy­do­stać po­jazd z roz­mo­kłej brei. Pan Hig­gie do­dał gazu i zo­sta­wił ro­dzi­nę w tyle – upa­pra­ną w błoc­ku od stóp do głów. Mat­ce nie mie­ści­ło się w gło­wie, że moż­na tak po­trak­to­wać wła­sną żonę i dzie­ci. Po­pro­si­ła ojca, by od­wiózł całą trój­kę do domu. Oj­ciec był rów­nie wstrzą­śnię­ty, kie­dy za­stał na far­mie pana Hig­gie, któ­ry spo­koj­nie grzał sto­py przy trza­ska­ją­cym ogniu, prze­glą­dał ga­ze­tę i nie wy­da­wał się prze­ję­ty lo­sem swej ro­dzi­ny. Nie oka­zał też naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia wście­kłą ty­ra­dą żony: spoj­rzał na nią lek­ce­wa­żą­co znad oku­la­rów i znów po­grą­żył się w lek­tu­rze!

Tak na­praw­dę, pan Hig­gie był za­słu­żo­nym żoł­nie­rzem i do­brym, dow­cip­nym czło­wie­kiem. Prze­pa­da­li­śmy za­rów­no za nim, jak i za jego żoną, nie­oce­nio­ną do­star­czy­ciel­ką miej­sco­wych plo­tek. W tam­tych cza­sach dzie­ci mia­ły za­kaz uczest­ni­cze­nia w roz­mo­wach do­ro­słych, więc obie z She­ilą pod­kra­da­ły­śmy się na pa­lusz­kach do drzwi sa­lo­nu, żeby pod­słu­chać opo­wie­ści o wy­bry­kach miesz­kań­ców Szczę­śli­wej Do­li­ny. Ani nasi ro­dzi­ce, ani pań­stwo Hig­gies nie przy­na­le­że­li do ary­sto­kra­tycz­nej wspól­no­ty zbe­reź­ni­ków z Do­li­ny Wan­jo­hi po wschod­niej stro­nie Wiel­kie­go Rowu, ale wszy­scy lu­bi­li dzie­lić się plot­ka­mi o ich wy­uz­da­niu i hu­lasz­czym try­bie ży­cia.

Mali Hig­gin­so­no­wie byli wier­ny­mi kom­pa­na­mi mo­je­go bra­ta i wpa­da­li do nas nie­mal co­dzien­nie, żeby się po­ba­wić. Z re­gu­ły do­brze się do­ga­dy­wa­li­śmy, bo obie z She­ilą ucho­dzi­ły­śmy za nie­złe za­wa­dia­ki. Uwiel­bia­ły­śmy się wspi­nać, si­ło­wać i szu­kać guza ra­zem z chło­pa­ka­mi. Do­pie­ro gdy tro­chę do­ro­sły­śmy, ko­le­dzy za­czę­li nami rzą­dzić i stop­nio­wo wy­klu­czać nas ze swo­je­go gro­na.

Czę­sto urzą­dza­li­śmy ro­dzin­ne wy­ciecz­ki po oko­li­cy, zwłasz­cza do mia­sta Gil­gil, le­żą­ce­go nie­speł­na pięć ki­lo­me­trów od far­my. Na­szym naj­cen­niej­szym skar­bem był wów­czas ford mo­del T. Oj­ciec zro­bił mat­ce nie­spo­dzian­kę i ku­pił sa­mo­chód po na­ro­dzi­nach Pe­te­ra, żeby nie je­chać po żonę wo­zem za­przę­żo­nym w woły. Sa­mo­chód zy­skał czu­łe prze­zwi­sko Nie­śmier­tel­ny. Po dro­dze miesz­kał pan Wor­thin­gham, któ­ry do­szedł do wnio­sku, że pa­li­wo jest dro­gie, i po­sta­no­wił cią­gnąć swój nowy au­to­mo­bil czte­re­ma wo­ła­mi. Wie­lu są­sia­dów pa­trzy­ło z uśmie­chem na sta­rusz­ka, któ­ry sie­dział dum­nie za kół­kiem i pro­wa­dził sa­mo­chód, wlo­ką­cy się w wo­lim za­przę­gu z pręd­ko­ścią prze­chod­nia. Nie­śmier­tel­ny je­chał przy­najm­niej sam, choć cza­sem na­pę­dza­ny ole­jem pa­ra­fi­no­wym.

Mat­ka za­szcze­pi­ła w nas wiel­ką mi­łość do Na­tu­ry – po­cząw­szy od ro­ślin, któ­rych stop­nio­wy roz­kwit ob­ser­wo­wa­li­śmy co roku w na­szym ogro­dzie. Cały nasz dom był po­ro­śnię­ty miej­sco­wym pną­czem o ciem­no­błę­kit­nych kwia­tach przy­po­mi­na­ją­cych po­wo­je, któ­re zwie­sza­ło się ze ścian wiecz­nie zie­lo­ny­mi gir­lan­da­mi. Ogród przy­wo­dził na myśl ra­do­sną tę­czę z barw­nych róż, ger­ber, da­lii i żon­ki­li. Słod­ko pach­ną­ce róże – duma i chlu­ba mat­ki – kwi­tły na spe­cjal­nie wy­dzie­lo­nych klom­bach. Na­prze­ciw­ko ró­ża­nych ta­ra­sów był sad, gdzie wy­kieł­ko­wa­ły mig­da­łow­ce – z na­sion przy­wie­zio­nych przez mamę z Afry­ki Po­łu­dnio­wej. W sa­dzie ro­sły też brzo­skwi­nie i nie­zbyt plen­ne krze­wy wi­no­ro­śli, oko­lo­ne wy­so­kim szpa­le­rem grusz. Ich owo­ce przy­wa­bia­ły chma­ry cze­pig, któ­re Pe­ter mu­siał pło­szyć, strze­la­jąc z wia­trów­ki.

Praw­dzi­we ży­cie wstę­po­wa­ło jed­nak w mat­kę pod­czas co­ty­go­dnio­wych wy­praw przez las do Gil­gi­lu, gdzie miesz­ka­li bab­cia i dzia­dek Web­bo­wie. Uwiel­bia­ła tę buj­ną głu­szę i na­zy­wa­ła ją „osno­wą wszel­kie­go stwo­rze­nia”. Było coś w tym le­sie, co po­ru­sza­ło mnie do głę­bi, a do­bie­ga­ją­cy z od­da­li szum rze­ki do­star­czał mi nie­mal mi­stycz­nych prze­żyć. Klu­czy­li­śmy mię­dzy po­la­na­mi w na­boż­nym mil­cze­niu, pró­bu­jąc wy­pa­trzyć jak naj­wię­cej zwie­rząt. Wi­szą­cy w po­wie­trzu za­pach stę­chli­zny zwia­sto­wał bli­skość ko­lo­nii małp; żeby je zo­ba­czyć, mu­sie­li­śmy pod­cho­dzić w zu­peł­nej ci­szy. Ile­kroć któ­raś się po­ru­szy­ła, w sta­dzie wy­bu­chał har­mi­der. Przy­pa­da­li­śmy wów­czas do zie­mi i pod­czoł­gi­wa­li­śmy się bli­żej, wciąż mil­cząc jak za­klę­ci. Naj­bar­dziej lu­bi­li­śmy pod­pa­try­wać ge­re­zy, pięk­ne czar­no-bia­łe mał­py, któ­re ska­ka­ły zwin­nie z drze­wa na drze­wo, stro­sząc dłu­gie wło­sie, żeby zmniej­szyć opór po­wie­trza. Ich de­li­kat­ne czar­ne dło­nie do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ły ludz­kie, były jed­nak po­zba­wio­ne kciu­ków. Mat­ka po­wie­dzia­ła, że brak kciu­ka jest for­mą przy­sto­so­wa­nia ewo­lu­cyj­ne­go: pią­ty pa­lec za­ha­czał o ga­łąz­ki i utrud­niał mał­pom sko­ki w ko­ro­nach drzew. Szcze­gól­nie fa­scy­no­wa­ły nas ich gło­sy, na­wo­ły­wa­nia ge­rez brzmia­ły bo­wiem jak za­pusz­cza­ny sil­nik mo­to­cy­kla. By­łam ocza­ro­wa­na roz­ma­ito­ścią le­śnej zwie­rzy­ny. Więk­szość bu­szbo­ków, duj­ke­rów i suni ma wy­gię­ty grzbiet – co uła­twia prze­dzie­ra­nie się przez za­ro­śla – i pla­mi­stą lub pa­sia­stą sierść, któ­ra za­pew­nia im ka­mu­flaż wśród ro­ślin ską­pa­nych w roz­pro­szo­nym świe­tle słoń­ca. Las ob­fi­to­wał w ptac­two – wszę­do­byl­skie dzio­bo­roż­ce, prze­pięk­ne tu­ra­ki, szpa­ki, pa­pu­gi, wą­sa­le, bil­bi­le, droz­dy, kur­to­droz­dy i mu­cho­łów­ki, któ­rych śpiew co chwi­lę roz­le­gał się w głu­szy.

Na­uczy­li­śmy się od­róż­niać po­szcze­gól­ne ga­tun­ki pta­ków po gło­sie. Uwiel­bia­łam bro­dzić w roz­ko­ły­sa­nych, pie­rza­stych li­ściach pa­pro­ci. Nie wąt­pi­łam, że omsza­łe gła­zy, po­ro­śnię­te sku­pi­ska­mi mu­cho­mo­rów i ro­ślin o drob­nych kwia­tach, sto­ją u wrót naj­praw­dziw­szej kra­iny cza­rów. Świę­cie wie­rzy­łam we wróż­ki. Skra­da­łam się do nich ci­chut­ko i bar­dzo po­wo­li, zwa­la­jąc nie­po­wo­dze­nia mo­ich pod­cho­dów na Pe­te­ra i She­ilę, któ­rzy pod­no­si­li nie­opi­sa­ny wrzask, ile­kroć sta­wa­łam na pal­cach.

Mat­ka po­rów­ny­wa­ła las do wiel­kiej mo­krej gąb­ki, któ­ra rok w rok, przez cały czas – po­ma­łu, lecz nie­ubła­ga­nie – uwal­nia na­gro­ma­dzo­ną wil­goć i do­pro­wa­dza ją do ni­żej po­ło­żo­nych re­gio­nów. „Gdy­by las prze­stał ist­nieć, ro­ślin­ność zni­kła­by ze zbo­czy, a gła­zy ster­cza­ły­by z zie­mi jak ko­ści ob­ra­ne­go z mię­sa szkie­le­tu”. Uwa­ża­ła, że sam po­byt w le­sie dzia­ła na lu­dzi jak le­kar­stwo. Uczy­ła nas, jak się od­prę­żyć, oswo­bo­dzić umysł, zna­leźć spo­kój i uko­je­nie w zie­lo­nym le­śnym pół­mro­ku. Dzię­ki mat­czy­nej cier­pli­wo­ści i umi­ło­wa­niu przy­ro­dy na­bra­łam prze­ko­na­nia, że ro­śli­ny prze­ja­wia­ją wszel­kie ce­chy ży­wych stwo­rzeń, tyle że w swo­istej for­mie. Re­agu­ją na oto­cze­nie rów­nie ade­kwat­nie, nie­zwłocz­nie i pew­nie jak zwie­rzę­ta. Choć nie umie­my zin­ter­pre­to­wać wszyst­kich od­ru­chów ro­ślin, choć nie wie­my, o czym ze sobą „roz­ma­wia­ją” i co do nas „krzy­czą”, bacz­ne ob­ser­wo­wa­nie ich świa­ta może do­star­czyć na­praw­dę zdu­mie­wa­ją­cych prze­żyć. Ro­śli­ny mię­so­żer­ne po­tra­fią z nie­za­wod­ną pre­cy­zją do­paść mu­chę, od­chy­la­jąc się w od­po­wied­nim cza­sie we wła­ści­wym kie­run­ku. Nie­któ­re ro­śli­ny pa­so­żyt­ni­cze umie­ją wy­czuć choć­by ślad za­pa­chu swo­jej ofia­ry i re­agu­ją na­tych­miast, peł­znąc ukrad­kiem w jej stro­nę. Są ro­śli­ny ob­da­rzo­ne umie­jęt­no­ścią bez­błęd­ne­go roz­po­zna­wa­nia owa­dów, któ­re zla­tu­ją się tyl­ko po to, by spić nek­tar z ich kwia­tów. Za­bez­pie­cza­ją się przed zło­dzie­ja­mi, za­my­ka­jąc szczel­nie płat­ki i otwie­ra­jąc kwiat do­pie­ro wów­czas, kie­dy na pę­dzie zbie­rze się dość rosy, by od­ciąć ra­bu­siom dro­gę od­wro­tu. Jesz­cze bar­dziej wy­spe­cja­li­zo­wa­ne ga­tun­ki wzy­wa­ją na po­moc mrów­ki, re­wan­żu­jąc się nek­ta­rem za ostrze­że­nie przed in­wa­zją szkod­ni­ków i zwie­rząt ro­śli­no­żer­nych. Mat­ka po­ka­za­ła nam kil­ka stor­czy­ków, któ­rych kwia­ty tak do­brze pod­szy­wa­ją się pod sa­mi­cę pew­nej mu­chy, że sa­miec pró­bu­je z nimi ko­pu­lo­wać i w re­zul­ta­cie je za­py­la. Ro­śli­ny kwit­ną­ce nocą mają śnież­no­bia­łe kwia­ty, żeby tym sku­tecz­niej przy­wa­bić ćmy i inne mo­ty­le noc­ne. O zmierz­chu wy­dzie­la­ją ostrzej­szą, nie za­wsze przy­jem­ną woń: sta­pe­lia cuch­nie jak zgni­łe mię­so i przy­cią­ga mu­chy w re­gio­nach ob­fi­tu­ją­cych w te owa­dy. Świat ro­ślin oka­zał się tak po­ucza­ją­cy i fa­scy­nu­ją­cy, że kie­dyś no­si­łam się na­wet z my­ślą, by po­świę­cić całe ży­cie ba­da­niom ich zdol­no­ści przy­sto­so­waw­czych.

Wę­dru­jąc po le­sie, z za­pa­łem szu­ka­łam Ca­ris­sa edu­lis, kol­cza­stych krze­wów o cu­dow­nie pach­ną­cych kwia­tach, któ­re zry­wa­łam na bu­kiet dla bab­ci Webb. W mo­jej ro­dzi­nie na­zy­wa­no je „Da­ph­ne”. Ich wi­dok wciąż bu­dzi we mnie wspo­mnie­nia co­ty­go­dnio­wych spa­ce­rów i nauk mo­jej mat­ki.

Śro­dy spę­dza­ne u dziad­ków Web­bów były dnia­mi szcze­gól­ny­mi, bo mo­gli­śmy ro­bić, co nam się żyw­nie po­do­ba. Naj­pierw jed­nak mu­sie­li­śmy sta­nąć rząd­kiem pod ścia­ną, żeby dzia­dek Webb „zmie­rzył”, ile uro­śli­śmy od po­przed­nie­go razu. Na­stęp­nie przy­wo­ły­wał nas „do po­rząd­ku” i ro­bił nam wy­kład z do­brych ma­nier. Kie­dy pusz­czał nas wol­no, pę­dzi­łam od razu do szaf­ki z bie­li­zną w ła­zien­ce, gdzie bab­cia prze­cho­wy­wa­ła my­dła pach­ną­ce mie­szan­ką olej­ku ce­dro­we­go z la­wen­do­wym i ró­ża­nym. Póź­niej py­ta­łam, czy mogę przy­mie­rzyć jej bi­żu­te­rię. Wpa­da­łam do bab­ci­nej sy­pial­ni i sa­do­wi­łam się na łóż­ku. Był tyl­ko je­den wa­ru­nek: za­nim bab­cia ubra­ła mnie w całą za­war­tość szka­tuł­ki, mu­sia­łam wy­trwać w kuc­ki nie­ru­cho­mo jak Bud­da – upier­ście­nio­na, ob­wie­szo­na od stóp do głów bran­so­le­ta­mi, na­szyj­ni­ka­mi i brosz­ka­mi, z bez­cen­nym zło­tym ze­gar­kiem, ty­ka­ją­cym ci­cho na nad­garst­ku. Do dziś pa­mię­tam każ­dą z tych kosz­tow­no­ści, część zresz­tą do­sta­łam w spad­ku. Naj­bar­dziej fa­scy­no­wał mnie zło­ty ze­ga­rek, bo wie­dzia­łam, że wła­sny do­sta­nę do­pie­ro na pięt­na­ste uro­dzi­ny.

Po­tra­fi­łam tak sie­dzieć na­wet go­dzi­nę, kon­tem­plu­jąc klej­no­ty z na­boż­nym po­dzi­wem i nie ru­sza­jąc się z łóż­ka, do­pó­ki ro­dzeń­stwo nie za­pro­si­ło mnie do za­ba­wy w sklep. Prze­bie­ra­li­śmy się wów­czas w sta­re ubra­nia dziad­ków i „han­dlo­wa­li­śmy” za­pa­sa­mi z ich spi­żar­ni. Pierw­sza po­ło­wa dnia koń­czy­ła się w po­rze lun­chu. Za­wsze po­da­wa­no moją ulu­bio­ną le­gu­mi­nę z sago – bar­wio­ną na żół­to lub ró­żo­wo, pu­szy­stą i de­li­kat­ną, ozdo­bio­ną na czub­ku bezą w kształ­cie góry Ke­nia – i słyn­ne plac­ki ziem­nia­cza­ne dziad­ka Web­ba, któ­ry po­da­ro­wał mi póź­niej prze­pis na ten sma­ko­łyk. Śro­dy były na­praw­dę szcze­gól­nym dniem w na­szych dzie­cię­cych la­tach.

Tuż po mo­ich czwar­tych uro­dzi­nach Pe­ter i She­ila po­szli do szko­ły z in­ter­na­tem w mie­ście Na­ku­ru. Bet­ty była jesz­cze nie­mow­lę­ciem i nie mo­głam ba­wić się z nią na dwo­rze, czu­łam się więc sa­mot­na i po­rzu­co­na przez star­sze ro­dzeń­stwo. Co gor­sza, tuż przed ich wy­jaz­dem Rik­ki Tik­ki Tavi po­sta­no­wił oba­dać za­ka­mar­ki sil­ni­ka Nie­śmier­tel­ne­go, a oj­ciec, za­po­mniaw­szy o ulu­bio­nej kry­jów­ce na­szej man­gu­sty, sko­rzy­stał tego dnia z sa­mo­cho­du, z tra­gicz­nym skut­kiem. Cała ro­dzi­na po­grą­ży­ła się w ża­ło­bie po ko­cha­nym ma­leń­stwie. Moje ży­cie zmie­ni­ło się do­słow­nie z dnia na dzień. Jak zwy­kle trosz­czy­łam się o swo­je kró­li­ki, koty, kur­cza­ki i ka­czę­ta, ale po śmier­ci na­sze­go pu­pi­la po­wie­rzo­no mi opie­kę nad osie­ro­co­nym bu­szbo­kiem. Na­zwa­łam go Bu­shy i po­ko­cha­łam bez resz­ty, od pierw­sze­go wej­rze­nia.

Bu­shy był pierw­szym stwo­rze­niem, któ­re wpro­wa­dzi­ło mnie