Opis

Afrykańska elektronika Jana Krasnowolskiego to cztery dłuższe opowiadania, które w niebanalny sposób pokazują życie i pracę współczesnych polskich emigrantów. Realizm miesza się tu z okultyzmem i magią Voodoo, a życie zwykłych ludzi z wielką historią (choć inaczej, niż do tego przywykliśmy). Krasnowolski w swoich opowieściach miesza gatunki i perspektywy – ukazuje życie współczesnej working class, ale jednocześnie pisze thriller, czasem nawet horror. Wspólnym tematem opowiadań jest także interferencja pomiędzy życiem „normalnym” a tym, co nierzeczywiste, oraz skutki tego oddziaływania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 249

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jan Krasnowolski

Afrykańska elektronika

Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika, Kraków 2013

[wersja ePub / MOBI]

Wydanie I

Kraków 2013

ISBN (ebook) 978-83-64057-11-3

Copyright © by Jan Krasnowolski, 2013

Copyright © for this Edition by Korporacja Ha!art, 2013

Redaktor serii: Piotr Marecki

Redakcja i korekta tomu: Marcin Piątek

Projekt okładki: Balbina Bruszewska

ePub, MOBI: Arkadiusz Wierzba

Wydawnictwo i księgarnia:

Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. +48 (12) 4228198, 0606303850

mail:[email protected]

http://www.ha.art.pl/

SPIS TREŚCI

Brudny Heniek

Afrykańska elektronika

Hasta siempre, comandante

Kindoki

Tylko śmiechem można pokonać potwora.

Mojej kochanej żonie Dorocie 

Brudny Heniek

Kamień

Rzucony pewną ręką leci wysoko, w przejrzyste, skute mrozem niebo. Nabiera wysokości lekko, jakby dostał skrzydeł; jakby nagle za sprawą jakiejś magii został zmieniony w szarego, szybkiego ptaka. Trwa to kilka sekund, potem jednak grawitacja zwycięża z magią i ciemna bryła zmienia kierunek, pędzi teraz po krzywej balistycznej w dół, w stronę ziemi, w kierunku zbitej grupy ludzi w zielonych mundurach. Ponieważ w powietrzu rozchodzi się dym z petard, kamień zostaje zauważony dosłownie w ostatniej chwili. Mężczyzna znajdujący się na jego drodze próbuje zrobić unik, jednocześnie zasłaniając się plastikową tarczą z napisem MILICJA.

Na nic.

Tarcza pryska na kawałki, a kamień z impetem uderza w hełm z przezroczystą przyłbicą, która również idzie w drzazgi.

Kamień uderza w Głowę.

Mężczyznę osuwa się na ziemię.

– Cięcie!

Zadyma

Wnętrze transportera wypełnia półmrok i zaduch. Smród przepoconych mundurów, kilkudniowych skarpet, przetrawionej wódy miesza się z odorem męskich, niedomytych ciał. Do tego tłusta woń rozgrzanego smaru i ropy. Silnik wozu bojowego ryczy jak rozjuszony zwierz, wszystko trzęsie się, wibruje, kiedy pojazd podskakuje na koleinach i grudach lodu, a stłoczeni jak sardynki w puszce mężczyźni nerwowo ściskają mokre od potu rękojeści szturmowych pałek. Ich nieruchome, napięte twarze oświetlone trupiożółtym światłem wyglądają jak pośmiertne maski, jak woskowe odlewy zdjęte seryjnie w jakiejś kostnicy. Na kolanach kaski z przezroczystymi przyłbicami, oparte o podłogę tłoczone w plexi tarcze z napisem MILICJA. Od strony przedziału kierowcy dochodzą nieustannie trzeszczące, zakłócone komunikaty radiowe, meldunki z innych wozów, rozkazy z centrum dowodzenia.

– Większa grupa opuściła fabrykę, zmierza w kierunku centrum, powtarzam: w kierunku centrum!

– Kilkuset ludzi, skandują hasła.

– Przyślijcie polewaczki, powtarzam: dawać polewaczki i gaz!

– Rozkaz jest, żeby nie dopuścić ich do centrum!

Co chwila z tego zgiełku wybija się głos dowódcy jednostki:

– Posiłki w drodze, powtarzam: posiłki w drodze! Demonstracja ma być stłumiona, jest bezwzględny rozkaz, żeby opanować sytuację! Macie rozpędzić ich w pizdu za wszelką cenę. Powtarzam: za wszelką cenę!

– Posiłki, gdzie te posiłki, dawać, kurwa, posiłki – drze się ktoś jak oszalały, ignorując całkowicie dowódcę. – Tam ich jest, kurwa, co najmniej pół tysiąca, mają łomy i brechy! Nie damy rady ich zatrzymać!

Wypełniony zomowcami SKOT pędzi przez miasto. Ostro, na tyle, na ile pozwala zalegający jezdnię śnieg i dwunastotonowa masa, ośmiokołowy potwór bierze zakręty. W pewnym momencie, ignorując wszelkie zasady ruchu drogowego, wóz bojowy przecina środek ronda, przebija się przez zaspę, ścina młode jodełki posadzone kilka lat temu w czynie społecznym przez aktyw ZSMP, potem znowu wskakuje na jezdnię, wjeżdża w jednokierunkową ulicę pod prąd i niemal taranuje autko nadjeżdżające z przeciwka. Tylko rozpaczliwy manewr ratuje kierowcę malucha przed śmiercią, bury fiacik kręci bączka, po czym wbija się w kupę śniegu. Nieopodal, na przystanku stoi najnowsza zdobycz cywilizacji – żelazny kubeł wypełniony żarzącym się koksem. Czterech krzepkich żandarmów, z automatami przewieszonymi przez plecy, pochyla się nad koksiakiem, grzejąc zmarznięte dłonie. Na widok kierowcy, który niezgrabnie gramoli się z wbitego w zaspę auta, wybuchają zgodnym śmiechem.

– Spałujem klienta dla rozgrzewki? – rzuca dowódca patrolu.

Chłopom nie trzeba dwa razy powtarzać, ochoczo chwytają za pałki.

Tymczasem SKOT jest już daleko, wciąż pędzi przez sparaliżowane mrozem i strachem miasto.

Chuj by to strzelił, dzisiaj będzie gorąco, myśli Heniek Jucha, siedzący w samym tyle pojazdu, zaraz koło włazu. Z nerwów aż wierci go w żołądku, coś tam bulgocze i rozpiera kiszki. Nerwy, to wszystko nerwy, lepiej już było iść do drogówki, nie musiałby siedzieć w koszarach, codziennie wracałby do domu, do Mariolki. Ledwo miesiąc po ślubie… szkoda gadać. Było iść do drogówki, drogówka to jest to. Kiedy służysz w ZOMO – niczego nie możesz być pewien. Zwłaszcza kiedy szykuje się zadyma z robolami. To nie to samo, co demonstracja pod kościołem albo wiec studenciaków; tam wystarczy trochę gazu, lekko prysnąć z polewaczki i naród się rozpierzcha, a takim, co spieprzają za wolno, można jeszcze przyłożyć lolą przez plecy i już pozamiatane. Tutaj może być ciężko. Na odprawie dowódca jednostki powiedział wyraźnie: sytuacja na mieście musi być opanowana bez względu na koszty. Nie bez powodu major Dziuba wydał magazynki z ostrą amunicją. Kiedy fasuje się amunicję, wiadomo, że będzie przejebane. Oprócz tego przed samą akcją każdemu dali prochy i po szklance gorzały na łeb. Mówili, że to dla uspokojenia nerwów. Gorzała kręci jak zwykle, ale proszki albo za słabe, albo jeszcze nie zaczęły działać, bo Heniek nie czuje się ani trochę spokojniejszy. Dosłownie nim telepie, całe kolana i ręce też. Patrzy dookoła, żeby zobaczyć, czy innych też tak telepie, ale ciężko mu ocenić, bo całym wozem rzuca i trzęsie. Więc pociesza się, że to od jazdy nim tak telepie, choć w głębi duszy wie, że prawda jest inna.

Że też musiało na niego, na jego jednostkę trafić – pieprzona huta stali. Już teraz wiadomo, że będzie przejebane – same chłopy, twarde, zahartowane, w dodatku nie idą z gołymi rękami.

Góra chyba wiedziała dużo wcześniej, że będzie przejebane, bo nie dalej niż wczoraj przygotowano im szkolenie ideolo. Z patriotyzmu, znaczy się. Bo, jak powiada major Dziuba – Ojczyzna jest jak matka, Ojczyznę kochać trzeba i szanować, a jak ktoś Ojczyzny kochać nie umi – my go nauczymy!

Jak zwykle spędzono ich do auli, gdzie stał już przygotowany stół przykryty flagą, na nim tradycyjnie mineralna i słone paluszki. Z tyłu wielki napis, wykonany przez kotów w ramach czynu społecznego. Wycięte z kartonu litery zapewniały o przyjaźni polsko-radzieckiej. Przyszedł dowódca jednostki, razem z nim jakiś cywil. Wysoki, zwalisty mężczyzna koło pięćdziesiątki, w garniturze w jodełkę, z teczką pod pachą, szpakowaty – jednym słowem – inteligent. Podczas gdy major Dziuba ryczał baaa-czność – spooo-cznij, cywil założył okulary w rogowej oprawie i rozglądał się po sali, wodząc pełnym powagi wzrokiem po twarzach zomowców.

– To jest towarzysz Gierciuch z Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego – zagaił dowódca. – Towarzysz Gierciuch będzie was szkolił ideologicznie.

Tubalny głos towarzysza Gierciucha rozległ się ponad głowami zebranych w sali, ledwo ten stanął za zaimprowizowaną mównicą.

Zaczął mówić powoli, potem się rozkręcił. Słowa takie jak „Ojczyzna”, „trud”, „obowiązek” i „poświęcenie” padały często – gęsto. Towarzysz Gierciuch odniósł się do wiekowej tradycji polskiego oręża, honoru, dumy narodowej. Jego oczy ciskały gromy, kiedy wspomniał o warchołach, którzy tę dumę szargają odbijanymi na powielaczu ulotkami, hasłami wypisywanymi na murach, na nielegalnych wiecach mącą w głowach klasie robotniczej. Przypomniał słuchaczom o dysydentach, różnych Michnikach i Kuroniach, którzy sieją zamęt i anarchię, napędzani brudnymi dolarami CIA i sterowani przez Radio Wolna Europa. Towarzysz Gierciuch aż dostał wypieków, kiedy mówił o podżegaczach i zdrajcach, którzy sprzedają ojczyznę za waluty i złoto przysyłane w paczkach z Zachodu, o niemieckich rewanżystach, którzy tylko czekają, żeby z powrotem odzyskać Ziemie Odzyskane. Mówił o agentach obcych mocarstw, którzy planują obalić ustrój, wprowadzić kapitalizm i wyzysk robotnika. Jeśli im się uda – wszędzie postawią swoje makdonaldy, supermarkety z niezdrowym jedzeniem, szpitale, w których będą masowo uśmiercać Polaków za pomocą aborcji i eutanazji, przejmą szkoły, w których zabronią używać języka polskiego, wykupią wszystkie gazety, radio i telewizję, aby sączyć jad w serca Polaków, prać ich mózgi i ogłupić do szczętu, zmusić do masowej emigracji. Gdyż ich celem jest zalać nas chłamem i pornografią, zniszczyć kulturę i folklor, odebrać tożsamość narodową, doprowadzić do kolejnego rozbioru i zakuć w kajdany, skundlić i upodlić.

Niespodziewanie towarzysz Gierciuch przerwał i zamyślił się. Przez chwilę rozglądał się po sali wypełnionej milicjantami, jakby starał się przypomnieć sobie, jak i po co się tu znalazł. Po chwili odezwał się znowu, jego głos drżał z emocji.

– Powiem wam teraz coś, co musicie zapamiętać, towarzysze. Na waszych barkach spoczywa misja ocalenia Ojczyzny. Jesteście jak polskie rycerstwo pod Grunwaldem, jak husaria pod Wiedniem, jak nasze dywizje pod Lenino.

Rozpalonym wzrokiem powiódł po twarzach słuchaczy.

– To wy, właśnie teraz tworzycie historię.

SKOT hamuje gwałtownie, upchani jak sardynki zomowcy lecą do przodu.

– Wypad, kurwa, wypad! – drze się siedzący koło kierowcy major Dziuba i Heniek zaczyna nerwowo szarpać za klamkę włazu. Popchnięty przez kogoś wypada na śnieg, prawie się przewraca. Oślepiony przez światło dzienne, przez zalegającą wszędzie biel, potrzebuje dobrych kilku sekund, żeby cokolwiek wyraźnie zobaczyć.

W pobliżu stoi już pięć innych transporterów, kilka nysek, dwa okratowane autobusy i polewaczka. Auta stoją puste, tylko kierowcy wciąż grzeją silniki, wypuszczając z rur wydechowych błękitne kłęby. Kawałek dalej ponad setka zomowców tworzy zwarty szereg, Heniek widzi ich plecy, szerokie, obciągnięte szarozielonym moro. Zomowcy jak tama zamykają ulicę, tarcza przy tarczy, szturmowe pałki w dłoniach. Naprzeciw milicji, w odległości kilkudziesięciu metrów, stoi gęsty tłum. Major Dziuba rzuca krótkie komendy, każe formować szyk. Heniek i jego grupa dołączają do kordonu, ustawiają się w drugi szereg. Szczekliwy głos z megafonu rozchodzi się w mroźnym powietrzu, nawołuje tamtych do rozejścia się. Heniek, którego kiszki wypełnia teraz płynny strach, widzi naprzeciw harde, zacięte twarze i wie, że choćby głos z megafonu obiecał im górę złota i jeszcze po skrzynce wódy na głowę, to i tak nie ma chuja, tamci nie odpuszczą. Sprawy zaszły już tak daleko, że nie ma odwrotu, dzisiaj poleje się krew. Brakuje tylko rozkazu dowódcy, żeby ruszać naprzód, ale ten ciągle zwleka.

Dowódca, jak się właśnie okazuje, podejmuje ostatnią, desperacką próbę pokojowego rozwiązania całej sytuacji.

Heniek, a wraz z nim reszta chłopaków nie dowierzają własnym oczom, kiedy widzą jak przez kordon przeciskają się emisariusze. Dwóch zomowców powoli, z ociąganiem przemierza plac, kieruje się w stronę robotników. Jeden z posłańców trzyma w rękach podłużne, lśniące w słońcu kształty.

– Ty, stary naprawdę myśli, że tym ich zatrzyma? Dwoma flaszkami wódki? – Pyta Heńka stojący w szeregu zaraz obok Ziutek Woźnica, starszy szeregowy, granatem od pługa oderwany.

Heniek myśli dłuższą chwilę, zanim właściwa odpowiedź przychodzi mu do głowy.

– Chuj wie, Ziutek – mówi. – Zatrzyma nie zatrzyma, spróbować na pewno warto. Flaszka czasami czyni cuda.

Widocznie jednak nie tym razem. Kiedy wreszcie dwaj zomowcy stają przed robotnikami, dochodzi do krótkiej wymiany zdań. Wąsaty mężczyzna stojący na czele tłumu wyciąga ręce po butelki, mówi coś jednocześnie. Choć dystans jest za daleki i nikt nie słyszy słów, które padają, po minach powracających posłańców widać, że ich misja nie przyniosła oczekiwanego efektu.

Teraz zdarzenia toczą się już bardzo szybko. Ledwo powracający posłańcy przenikają z powrotem przez kordon, dowódca wydaje rozkaz. Zomowcy ruszają, uderzają pałkami w tarcze, wybijając regularny rytm, który ma za zadanie dodać im odwagi i zniszczyć psychicznie przeciwnika. Tyle że przeciwnik nie daje się zastraszyć. Wznosząc do góry pałki i brechy, ściskając w dłoniach kamienie i butelki z benzyną, robotnicy ruszają na zomowców.

Dwa tłumy szarżują teraz naprzeciw siebie, odległość zmniejsza się z sekundy na sekundę. Heniek biegnie razem z innymi, ściskając pałkę z całych sił i dziękując w myślach Opatrzności, która ustawiła go w tylnym szeregu. Kiedy dochodzi do starcia, pierwszy szereg przyjmuje na siebie cały impet. Dwie masy ludzkie zderzają się ze sobą, plac w jednej chwili wypełnia się wrzawą, hukiem i dymem z petard. Heniek widzi, widzi jak ten idący przed nim dostaje metalowym prętem po kasku, przyjmuje na głowę straszliwe uderzenie, które posyła go prosto na glebę. W innej sytuacji Heniek pewnie by pomógł, zająłby się jakoś rannym kolegą, ale teraz nie ma na to czasu. Adrenalina dosłownie z niego paruje, czuje teraz jakąś wielką siłę, która wychodzi ze środka, z jego trzewi i bebechów, dosłownie roznosi go na kawałki. Już nie ma strachu, nie ma nerwów, czuje się jak robot i jedyna rzecz, o jakiej myśli, to unieść pałkę i załatwić tamtego, zanim tamten załatwi jego. Udaje mu się wyprowadzić celne uderzenie w głowę i facet w kufajce, z biało-czerwoną opaską na rękawie leci z nóg. Heniek dokłada leżącemu lolą, potem jeszcze poprawia z buta. Śnieg wokół barwi się na czerwono, co razem tworzy piękną kompozycję, przywodzi Heńkowi na myśl flagę wiszącą w auli garnizonu. Przypominają mu się słowa towarzysza Gierciucha, o chwale polskiego oręża. Z zapałem rzuca się w wir walki.

Z tyłu wciąż strzelają petardy, po ziemi ściele się dym, wzniosłe okrzyki mieszają się z ordynarnymi przekleństwami, jęki bitych i rannych rozlegają się ze wszystkich stron. Walący pałką na lewo i prawo Heniek widzi sceny jak z filmu o Krzyżakach. Jakiś robol okłada leżącego milicjanta jego własną pałką. Inny gromi zomowców ciężkim łańcuchem o grubych ogniwach, który zmienia się w jego rękach w straszną broń. Ziutek Woźnica, dla odmiany, rzuca lolę i zdobywszy stalową sztabę, sieje spustoszenie w szeregach demonstrantów, kręcąc żelazem młynka jak mieczem.

Obie strony walczą zacięcie i obie strony ponoszą straty, jednak to robotnicy wydają się mieć przewagę, powoli, lecz skutecznie spychają milicjantów do tyłu. Ci wycofują się, próbując jednocześnie odbudować tyralierę.

Heniek znajduje się teraz w pierwszym szeregu, na lewym skrzydle. Widzi, że robotnicy również trochę się wycofali, stoją w bezpiecznej odległości i rzucają w stronę zomowców. Jeden kamień odbija się od Heńka tarczy, kolejny uderza w kask, na osłaniającej twarz szybie wyskakuje pajęczyna pęknięć. Żeby w ogóle cokolwiek widzieć, musi podnieść przyłbicę. Słyszy ryk silnika, odwraca głowę i widzi, że z tyłu nadjeżdża polewaczka. Opancerzony, kanciasty kolos z działkiem wodnym na dachu, z szybami skrytymi za podwójną kratą, który został przysłany jako pomoc z bratniej Czechosłowacji. Zomowcy rozstępują się, żeby go przepuścić, po czym znów zwierają szereg. Nic nie robiąc sobie z odbijających się od pancerza kamieni, polewaczka naciera na robotników. Zaraz za nią rusza tyraliera zomowców.

– Teraz wodą ich! – Major Dziuba stoi w szeregu zaraz obok Heńka i drze się tak, jakby wierzył, że załoga wozu może go usłyszeć. – Wodą lać swołocz!

Jednak działko na dachu nie pryska strumieniem, nie wypuszcza z siebie nawet kropelki, obraca się tylko bezradnie w lewo i w prawo, jak zepsuta zabawka. W końcu wodą pryska tylko jedna z dyszy umieszczonych pod zderzakiem, ale bardzo niemrawo, na pół gwizdka.

Zwarty szyk milicjantów podążający za polewaczką zatrzymuje się, kiedy osłaniające ich auto niespodziewanie staje w miejscu. Powodem jest celnie rzucona butelka z benzyną. Koktajl rozpryskuje się na kracie osłaniającej przednią szybę i wybucha jasnym płomieniem, który momentalnie ogarnia cały przód pojazdu. Drzwi szoferki otwierają się, na śnieg wypada kierowca i jeszcze dwóch. Bez kasków i tarcz są bezbronni, dosięgają ich kamienie rzucane przez robotników. Kierowca trafiony w głowę upada. Pozostała dwójka bierze go pod ramiona, pod gradem cegieł i kamieni wlecze po ziemi, odciągają go za kordon milicji.

– Czemu żeście nie lali wodą?! – wrzeszczy major Dziuba, aż czerwony na gębie. Pieni się, wręcz gotuje z wściekłości, z jego ust wypadają obłoczki pary zmieszane z przekleństwami.

– Co za gówno nam pepiki przysłali, ja pierdolę, woda zamarzła w przewodach! – odkrzykuje jeden z polewaczki. – Do dupy z taką robotą!

Dziuba robi idiotyczną minę, ale przymyka japę, bo co jeszcze można powiedzieć w takiej sytuacji? W tym samym momencie rozzuchwaleni unieszkodliwieniem polewaczki robotnicy ruszają do kolejnego ataku. Zahartowani pierwszym starciem, rozjuszeni i wściekli nadciągają jak fala powodziowa, albo raczej lawa z wulkanu, której nic nie jest w stanie powstrzymać. Doprowadzona do wrzenia masa ludzka opływa płonącą polewaczkę, nadchodzi. Z tysiąca gardeł rozlega się wściekły, triumfalny wrzask. Szpaler zomowców łamie się, najpierw dwóch, trzech, potem już kilkunastu mundurowych jednocześnie odwraca się i po prostu zaczyna uciekać. Na nic zdają się rozkazy wykrzykiwane przez majora, panika bierze górę i nikt nie ma zamiaru go słuchać. Heniek nie wytrzymuje nerwowo i również zaczyna uciekać.

W miejscu, gdzie ludzka fala dopada milicjantów, rozlegają się strzały. Kilku mężczyzn bezwładnie upada, krew tryska na śnieg. To powstrzymuje w miejscu resztę, ale tylko na kilkanaście sekund. Wściekłość bierze górę nad lękiem o życie, robotnicy znowu ruszają.

Tłum dyszy żądzą odwetu za zastrzelonych towarzyszy i w tym momencie już nic nie jest w stanie go powstrzymać. Dla milicjantów zaczyna się bieg o życie.

Heniek Jucha biegnie ostatkiem tchu, niemal wypluwa płuca. Czuje suchość w ustach, a serce tak wali w klatce piersiowej, jakby chciało się wyrwać na zewnątrz. Ponieważ wcześniej znalazł się w pierwszym szeregu za polewaczką, teraz ucieka jako jeden z ostatnich. Kamienie padają wokół niego, kilka uderza go w plecy. Heniek rozpaczliwie analizuje sytuację, wie, że ma małe szanse, żeby dobiec do transportera. Zresztą nie wiadomo nawet, czy znajdzie się tam dla niego miejsce. Dlatego decyduje się na desperackie posunięcie – odrzuca tarczę na bok, po czym odbija w prawo, w boczną uliczkę. Biegnie jak sprinter, nie oglądając się za siebie i w duchu modli się, żeby jego manewr pozostał niezauważony. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że nie jest to jego dzień. Za plecami słyszy tupot kilku par butów i gniewne okrzyki. Dopiero skręcając w następny zaułek, ogląda się przez ramię i widzi trzech wąsatych facetów w kufajkach, z prętami w dłoniach. Heniek zdaje sobie sprawę, że jeśli wpadnie w ich łapy, nie skończy się na kilku siniakach. Tamci mają mord w oczach.

Ciężko określić, ile czasu trwa ta gonitwa. Jucha biegnie wąskimi ulicami, ślizga się po skutych lodem, nieodśnieżonych chodnikach i skacze przez zaspy pokrywające trawniki, mając nieustannie nadzieję, że tamci też się zmęczą i odpuszczą. Jego prześladowcy są jednak wyjątkowo zawzięci. Dystans między nim a nimi raz zmniejsza się, raz zwiększa, jednak Jucha ma już dość i w pewnym momencie czuje, że nie da rady już dłużej. Rozważa, czy nie zatrzymać się po prostu, nie stanąć plecami do muru i bronić się, on też ma przecież lolę, oni również muszą być już nieziemsko zmęczeni, ale wie, że nie miałby najmniejszych szans, odrzuca ten pomysł. Ostatkiem sił skręca w kolejny zaułek, niemal przewraca jakąś staruszkę z jamniczkiem na smyczy i od razu wpada do jakiejś bramy. Zamyka za sobą ciężkie skrzydło, opiera się o brudną ścianę i oddycha jak ryba wyrzucona na brzeg. Ciemne, śmierdzące kotami i szczyną wnętrze wydaje się bezpiecznym schronieniem. Łudzi się, że tamci miną bramę, pobiegną gdzieś dalej, jednak po raz kolejny jego nadzieje okazują się płonne. Słyszy kroki tamtych, słyszy też głos kobiety i domyśla się, że musi być to starucha, na którą wpadł.

– Tutaj, wleciał do tej bramy. Dorwijcie łobuza i sprawcie mu lanie, o mało nie stratował mojego Pikusia!

Brama na szczęście jest przelotowa, prowadzi na zapuszczone podwórko. Heniek w panice rozgląda się wokół – widzi trzepak, zdezelowaną syrenkę bez kół, opartą na pustakach, jakąś szopę, blaszane kubły na śmieci pod murem – i to właśnie te kubły na śmieci dają mu nadzieję. Dobiega do nich, gramoli się, co nie jest łatwe, kiedy ciągnie się ostatkami sił, w dodatku na nogach ma się ciężkie, podkute buciory. Udaje mu się jednak wdrapać na kubły i teraz próbuje stanąć na palcach, żeby dosięgnąć szczytu muru.

– Tam jest, mamy go! – Słyszy za sobą krzyk jednego z prześladowców. W tym samym momencie noga obsuwa się, jeden z kubłów wywraca się z potwornym hałasem. Heniek przenosi ciężar ciała na sąsiedni pojemnik, rozpaczliwie walczy o utrzymanie równowagi. Podskakuje, sięga rękami i chwyta za krawędź. Po omacku wyszukuje szczelin w murze, żeby znaleźć oparcie dla czubków butów, podskakuje, podciąga się na rękach, opiera łokcie o szczyt muru. Robi to dosłownie w ostatnim momencie, tamci właśnie dopadają do śmietników. Strach dodaje mu siły, Heniek przeciąga się nad szczytem muru i nie patrząc nawet, co jest po drugiej stronie, po prostu skacze w dół.

Lądowanie jest bolesne. Kiedy lewa noga dotyka ziemi, aż słychać chrupnięcie w kostce. Przekleństwo wyrywa się mimowolnie, ból jest nieznośny, promieniuje na całą nogę i nie daje żadnych szans na dalszą ucieczkę. W najlepszym wypadku kostka jest skręcona, choć nie zdziwiłby się, gdyby było to pęknięcie albo złamanie. Siedząc na śniegu, spazmatycznie łapie oddech, jednocześnie nasłuchuje głosów z drugiej strony muru.

– To jak, skaczemy za nim, chłopaki? Dorwiemy skurwysyna! – słyszy basowy, zadyszany głos i przerażony uświadamia sobie, że jeśli tamci zdecydują się przeskoczyć mur, jest już po nim.

– Ostrzegam, że mam przy sobie broń i odstrzelę pierwszego, który wystawi łeb ponad mur! – krzyczy.

Bluff chyba skutkuje, bo jakoś nikt nie ma ochoty sprawdzić, na ile groźba jest prawdziwa. Po chwili słyszy, jak tamci odchodzą i czuje się z tego powodu trochę lepiej. Po raz pierwszy tego dnia los się do niego uśmiechnął. Siedzi oparty o ścianę i próbuje się uspokoić. Trudno powiedzieć, jak długo to trwa, ale kiedy się wreszcie podnosi, jest cały zziębnięty. Rozgląda się dookoła, próbuje ocenić sytuację. To podwórze jest znacznie większe, nie należy do domu mieszkalnego, raczej do jakiegoś zakładu albo magazynu. Pod wiatą stoją jakieś skrzynki, palety, piętrzą się papierowe worki z cementem albo wapnem. Dalej widać parterowy, rozłożysty budynek z nieotynkowanej cegły. Emaliowana, poodpryskiwana tabliczka informuje, że mieści się tu Spółdzielnia Inwalidów im. Aleksieja Mariesjewa. Heniek czujnie rozgląda się po podwórzu. Nieodgarnięte od kilku dni zaspy świadczą o tym, że spółdzielnia aktualnie nie pracuje, zresztą okratowane okna są ciemne i nie widać, żeby wewnątrz paliło się choć jedno światło. Do drzwi prowadzi jedynie pojedynczy, wydeptany w śniegu ślad. Kłódka leży przed drzwiami, roztrzaskana na kawałki, zamek również wygląda na otwarty za pomocą narzędzia innego niż klucz. Prawdopodobnie miało tu miejsce włamanie, co nie jest w tym momencie dla Heńka istotne. Zadowolony, że nie musi się szarpać z kłódką, bo zrobił to za niego ktoś inny, nie zastanawiając się długo, popycha drzwi i wchodzi do środka. Zamyka za sobą drzwi, przyzwyczaja oczy do półmroku. Ma teraz dwa priorytety – pierwszy to ukryć się, zachować życie, przeczekać, aż ta cała zadyma ucichnie. Wtedy jakoś wróci do jednostki. Druga sprawa, bardziej doraźna, dotyczy potrzeby fizjologicznej. Znowu odczuwa nieznośne pulsowanie w kiszkach, które dawało mu się we znaki w drodze na akcję i Heniek czuje, że albo w najbliższym czasie znajdzie toaletę, albo jego powrót do koszar odbędzie się w wielkiej niesławie, a koledzy na pewno nie przepuszczą okazji, żeby znaleźć jakieś paskudne przezwisko, które będzie go prześladowało aż do końca służby.

Ciemne wnętrze hali produkcyjnej sprawia przytulne wrażenie, Heniek bacznie lustruje otoczenie i nagle staje jak wryty, nie chcąc wierzyć własnym oczom. Na długim stole ciągnącym się wzdłuż całego pomieszczenia stoją produkty spożywcze – takie, jakich w tym kraju nikt nie widział od dawna – odkąd wprowadzono kartki żywnościowe: zwoje nieprzyzwoicie tłustej kiełbasy, ponętne parówki, lśniące serdelki, pyszne kabanosy, szynki rumiane i wielkie jak marzenie, olbrzymie kręgi żółtego sera, wielgachne tabliczki czekolady, kuszące butelki wina, puszyste kostki masła, apetyczne golonki, wielgachne udźce indycze, uwędzone na uwodzicielski brąz kurczaki, do tego cytryny, pomarańcze, banany, ananasy i grejpfruty. Heniek czuje zawrót głowy – wyobraża sobie minę Marioli, kiedy przyniesie do domu cały wór smakołyków. Wywali wszystko na stół, po czym powie od niechcenia, żeby coś tam upichciła, przygotowała kolację jak się patrzy. Już wyobraża sobie okrągłe ze zdumienia oraz podziwu oczy Marioli. Jak zahipnotyzowany sięga po pęto kiełbasy, gotów wepchnąć je po prostu w kieszeń kurtki, kiedy czuje, że coś jest nie tak. Kiełbasa powinna być miękka i sprężysta, jak to wędlina. Ta jest twarda jak kamień, sztywna i dziwnie lekka. Podnosi do twarzy, wącha. Powinna pachnieć wędzarnią – śmierdzi czymś sztucznym, jakby farbą. Próbuje przełamać w palcach i… udaje mu się. Kiełbasa pęka, ze środka błyska biały gips. Dopiero teraz zauważa, że nie wszystkie produkty spożywcze są ukończone. Niektóre z nich już dopracowano – wyszlifowano i pomalowano, natomiast inne są wciąż surowe – białe, dopiero co wyjęte z formy. Na osobnym stole, pod ścianą, stoją formy odlewnicze i Heniek domyśla się, że worki, które widział na zewnątrz, pod wiatą, zawierają gips.

– A niech to… – rozczarowany ciska gipsową kiełbasą o podłogę i rozdeptuje butem, aż pozostaje z niej tylko kupka białego proszku. W jednej chwili wszystko pojmuje: Spółdzielnia Inwalidów im. Aleksieja Mariesjewa zajmuje się produkcją lipnych produktów spożywczych, które następnie wystawiane są na wystawach sklepowych. Kryzys kryzysem, ale o pozory, o morale narodu trzeba dbać. Nawet jeśli jest stan wojenny, nie wypada, żeby sklepy w centrum wielkiego miasta straszyły gołymi wystawami, pustymi półkami i hakami, na których wisi co najwyżej sznurek po zeszłorocznej wędlinie. Trzeba te nieszczęsne punkty handlowe czymś zapełnić, niech ludziska przynajmniej oczy nacieszą, a przy okazji – po co zagraniczni szpiedzy mają wiedzieć, że u nas nic nie ma?

W tym samym jednak momencie zauważa na betonowej podłodze mokre ślady butów. Jak na ironię, ślady prowadzą prosto do drzwi, za którymi miał nadzieję znaleźć ubikację. Heniek ściska w dłoni pałkę, zadowolony, że nie zgubił jej w czasie ucieczki. Na tyle cicho, na ile pozwalają mu podkute buty i pulsująca bólem noga, skrada się w kierunku drzwi do pomieszczeń socjalnych. Otwiera je ostrożnie, przed sobą ma korytarzyk. Tutaj ślady są świeże, na szarym linoleum widać wyraźnie wałeczki śniegu wypadłe z protektora, które jeszcze nie zdążyły stopnieć. Ślady prowadzą prosto do drzwi z napisem „Toalety”. Dostrzega wydobywającą się spod drzwi smugę światła. Zamiera na chwilę i wtedy wydaje mu się, że słyszy jakiś ruch – jakby szelest. Unosi pałkę nad głowę, gwałtownym ruchem szarpie za klamkę.

– Mam cię, skurwysynu! – ryczy na cały głos, po czym staje jak wryty, z pałką wciąż uniesioną nad głową.

Na