Wydawca: Poligraf Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2013

Afryka od zaplecza. Maroko – Sahara Zachodnia – Mauretania ebook

Urszula Kędzia

2 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 218 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Afryka od zaplecza. Maroko – Sahara Zachodnia – Mauretania - Urszula Kędzia

Świat zastygł jak kadr filmu zatrzymany pauzą na ekranie telewizora. Minuty mijają, nie wiem ile, a obraz nie zmienia się wcale. Słyszę swój oddech, który też dostosował się do rytmu i w zwolnionym tempie, bez pośpiechu, bez zadyszki przepływa przez moje ciało. Uszy rozkoszują się ciszą, której nie miały nigdy okazji doświadczyć, ciszą, która pozwala usłyszeć spadające ziarenko piasku wypuszczone przeze mnie spod palców. Zakochuję się w tym widoku i cierpię, gdy pomyślę jak daleko jest on od domu. Wydaje się tak odległe, tak niedostępne, a jednak udało nam się do niego dotrzeć na własnych kołach. Wszelkie wcześniejsze trudy przeprawy przestały mieć znaczenie. Liczy się tylko to, że tu jesteśmy, że mogę podziwiać to miejsce, że dane było nam tu dotrzeć.

Jak przygotować się do wyprawy?
Jaką wybrać najciekawszą trasę?
Jak unikać niebezpieczeństw?
Jak zachować się w obecności mundurowych?
Jak wybrać najlepsze miejsce na nocleg?

Odległości, czas przejazdu, dane GPS, jakość dróg, noclegi,
pogoda i wiele innych ważnych, cennych oraz ciekawych informacji.

Prawdziwa historia szalonej wyprawy

Opinie o ebooku Afryka od zaplecza. Maroko – Sahara Zachodnia – Mauretania - Urszula Kędzia

Fragment ebooka Afryka od zaplecza. Maroko – Sahara Zachodnia – Mauretania - Urszula Kędzia

Ur­szu­la Kę­dzia

AFRY­KA OD ZA­PLE­CZA

MA­RO­KO – SA­HA­RA ZA­CHOD­NIA – MAU­RE­TA­NIA

© Co­py­ri­ght by Ur­szu­la Kę­dzia, 2013

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Po­li­graf, 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie

w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem

wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Pro­jekt okład­ki: To­masz Kę­dzia

Zdję­cia: Iza­be­la Par­chow­ska

Skład: Plu­s2 Wi­told Ku­śmier­czyk

ISBN: 978-83-63506-31-5

Wy­daw­nic­two Po­li­graf

ul. Młyń­ska 38

55-093 Brze­zia Łąka

tel./fax: (71) 344-56-35

www.Wy­daw­nic­two­Po­li­graf.pl

Książ­ka wy­da­na w Sys­te­mie Wy­daw­ni­czym For­tu­net™

http://www.for­tu­net.eu

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę de­dy­ku­ję mo­jej cór­ce.

Pa­mię­taj, że naj­dal­sza po­dróż

za­czy­na się od pierw­sze­go kro­ku,

a gdy są chę­ci

to i dro­ga wy­da­je się krót­ka.

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Fir­mie GOLD­MAN PRESS

wy­daw­cy cza­so­pi­sma Pol­ski Ca­ra­va­ning

za ob­ję­cie wy­pra­wy pa­tro­na­tem,

wspar­cie for­mal­ne i mar­ke­tin­go­we.

Fir­mie UZIN Pol­ska

za udo­stęp­nie­nie re­we­la­cyj­nych środ­ków fir­my „RZ”

do czysz­cze­nia ta­pi­cer­ki, dzię­ki któ­rym

na­sze auto i przy­cze­pa po po­wro­cie

wró­ci­ły do sta­nu uży­wal­no­ści, od­zy­sku­jąc daw­ny blask.

Fir­mie BAU­TEC Pol­ska

za udo­stęp­nie­nie do­sko­na­łe­go la­kie­ru do drew­na,

któ­ry wy­ko­rzy­sta­li­śmy przy re­mon­cie przy­cze­py.

La­kier bez pro­ble­mu po­ra­dził so­bie z pia­skiem pu­sty­ni,

do koń­ca za­cho­wu­jąc po­łysk

i nie­ska­zi­tel­nie gład­ką po­wierzch­nię.

Fir­mie EG­ZO­PAR­KIET

za po­mysł na wy­pra­wę, wspar­cie fi­nan­so­we

i lo­gi­stycz­ne oraz umoż­li­wie­nie prze­ży­cia

wspa­nia­łej przy­go­dy.

oraz

Am­ba­sa­dzie Ma­ro­ka w War­sza­wie

za do­star­cze­nie ma­te­ria­łów

i me­ry­to­rycz­ną ko­rek­tę tek­stu.

Trasa

Wy­ru­szy­li­śmy z domu o 5 rano. Po 39 go­dzi­nach jaz­dy oko­ło 100 ki­lo­me­trów przed prze­pra­wą na afry­kań­ski ląd za­trzy­ma­li­śmy się po raz pierw­szy, by od­po­cząć.

Sto­ję od paru go­dzin na gra­ni­cy Mau­re­ta­nii i Sa­ha­ry Za­chod­niej w upal­ny sierp­nio­wy dzień, cze­ka­jąc na od­pra­wę. Słoń­ce wy­so­ko na nie­bie moc­no pod­kre­śla swo­ją obec­ność, nie da­jąc krzty wy­tchnie­nia. Czy w cie­niu, czy w słoń­cu żar jest tak samo od­czu­wal­ny. Po pro­stu nie do znie­sie­nia. Czu­ję jak wszyst­ko się do mnie lepi. Nie od­wa­żę się jed­nak wyjść z auta, gdyż mam na so­bie ską­pą blu­zecz­kę i krót­kie spoden­ki. Zbyt krót­kie, by pa­ra­do­wać mię­dzy szczel­nie owi­nię­ty­mi is­lam­ski­mi ko­bie­ta­mi, któ­re cze­ka­ją na przej­ście przez gra­ni­cę na tym dzi­kim, wy­lud­nio­nym i piasz­czy­stym te­re­nie. Sie­dzę więc przy otwar­tym oknie, pa­trzę na bez­kre­sy pia­sku, któ­re gdzieś w od­da­li łą­czą się z bez­chmur­nym błę­ki­tem nie­ba i cze­kam na swo­ją ko­lej.

Naj­pięk­niej­szym mo­men­tem z dłu­giej po­dró­ży jest po­wrót do domu

Po­wie­trze za­trzy­ma­ło się w miej­scu i nie czuć choć­by naj­mniej­sze­go po­dmu­chu, któ­ry orzeź­wił­by cia­ło. Wle­wam w sie­bie ko­lej­ną bu­tel­kę wody, ale i tak nie gasi pra­gnie­nia, więc się­gam po jabł­ko, któ­re cu­dem nie jest jesz­cze ugo­to­wa­ne. Za­ta­piam się w jego przy­jem­nej so­czy­sto­ści, za­my­kam oczy i roz­ko­szu­ję jego sma­kiem. Na­gle sły­szę przy uchu ostry ton umun­du­ro­wa­ne­go męż­czy­zny, któ­ry zwra­ca mi uwa­gę, że ob­ja­dam się pu­blicz­nie w ra­ma­dan. Pa­trzy na mnie sro­gim wzro­kiem, sto­jąc bli­sko przy oknie i cze­ka­jąc na moją re­ak­cję. Sama nie wiem, co mam zro­bić, więc po­ka­zu­ję, że to tyl­ko jabł­ko, i że nikt mnie prze­cież tu spe­cjal­nie nie wi­dzi, lecz on nie­wzru­szo­ny da­lej pa­trzy groź­nie po­cie­ra­jąc, niby bez­wied­nie, swój lśnią­cy ka­ra­bin. Po­ły­kam nie do koń­ca po­gry­zio­ny kęs, czu­jąc jak mi za­ty­ka prze­łyk i, grzecz­nie prze­pra­sza­jąc, wy­rzu­cam nad­gry­zio­ny, prze­pysz­ny owoc. Bez je­dze­nia i pi­cia cier­pię ko­lej­ne go­dzi­ny na tym afry­kań­skim upa­le, cie­sząc się w du­chu, że wra­cam już do domu...

Dwa ty­go­dnie wcze­śniej...

O 4.00 rano bu­dzik ci­chym dźwię­kiem sy­gna­li­zu­je mi, że pora już wsta­wać. Jed­nym za­spa­nym okiem pa­trzę, że za oknem już sza­ra­wo. Zmu­szam się i ospa­le otwie­ram dru­gie oko, po­wo­li bu­dząc moją świa­do­mość. Jest 9 sierp­nia 2011 wto­rek, tem­pe­ra­tu­ra 16°C. Po chwi­li do­pie­ro do­cie­ra do mnie, że oto dziś za­czy­na się moja, wraz z mę­żem i cór­ką, po­dróż przez Ma­ro­ko i Sa­ha­rę Za­chod­nią z krót­kim noc­le­giem w Mau­re­ta­nii. Taki sza­lo­ny po­mysł wpadł nam do gło­wy po ze­szło­rocz­nej wy­pra­wie do Sy­rii. Roz­sma­ko­wa­li­śmy się w po­dró­żach sa­mo­cho­dem w nie­ty­po­we, ra­czej nie­tu­ry­stycz­ne miej­sca, cią­gnąc ze sobą nasz ma­lut­ki do­mek na kół­kach.

Na pod­jeź­dzie stoi już przy­go­to­wa­ny ze­staw w po­sta­ci Volks­wa­ge­na Trans­por­te­ra i na­sze­go „orzesz­ka”, czy­li nie­wiel­kiej przy­cze­py kem­pin­go­wej Spri­te.

Przy­go­to­wa­nia za­ję­ły nam kil­ka ład­nych mie­się­cy. Na­le­ża­ło opra­co­wać tra­sę, czas prze­jaz­du, za­ła­twić wizy oraz wła­ści­wie przy­go­to­wać przy­cze­pę. Za­ło­ży­li­śmy so­bie wa­ka­cje nie dłuż­sze niż mie­siąc, a bio­rąc pod uwa­gę od­le­głość, nasz plan wy­da­wał się nie­moż­li­wy do zre­ali­zo­wa­nia. Jed­nak nie­zra­że­ni po­sta­no­wi­li­śmy się go trzy­mać i nie do­pusz­czać do sie­bie złych my­śli.

Przygotowania

Spo­ro cza­su za­ję­ło nam opra­co­wa­nie tra­sy do­jaz­du. Do wy­bo­ru jest kil­ka opcji i chcie­li­śmy wy­brać naj­bar­dziej opty­mal­ną. Do Ma­ro­ko moż­na do­stać się przez Cie­śni­nę Gi­bral­tar­ską pro­mem. Moż­na to zro­bić z Włoch, z Bar­ce­lo­ny lub bez­po­śred­nio prze­pra­wić się w Gi­bral­ta­rze. Od od­le­gło­ści za­le­ży cena bi­le­tu. Pro­my z por­tów Eu­ro­py na­le­ży re­zer­wo­wać kil­ka mie­się­cy wcze­śniej bez moż­li­wo­ści zwro­tu go­tów­ki w przy­pad­ku re­zy­gna­cji. Od­le­głość do naj­bliż­sze­go por­tu to oko­ło 1500 ki­lo­me­trów, ma­jąc więc na uwa­dze nie­prze­wi­dzia­ne sy­tu­acje na dro­dze, wy­jazd z domu trze­ba za­pla­no­wać od­po­wied­nio wcze­śniej, aby do­trzeć na czas. W Gi­bral­ta­rze moż­na ku­pić bi­let przed samą prze­pra­wą. Do­jazd do cie­śni­ny to ko­lej­ne 1500 ki­lo­me­trów, lecz po prze­li­cze­niu kosz­tów pa­li­wa i cza­su prze­jaz­du usta­li­li­śmy, iż obie opcje są po­rów­ny­wal­ne.

Ma­jąc na uwa­dze nasz spo­kój we­wnętrz­ny, de­mo­kra­tycz­nie stwier­dzi­li­śmy, że je­dzie­my na sam dół Hisz­pa­nii, da­ru­jąc so­bie nie­po­trzeb­ny nie­po­kój zwią­za­ny z wcze­śniej­szą re­zer­wa­cją pro­mu i jaz­dą z ze­gar­kiem w ręku. Z de­cy­zją cze­ka­li­śmy do ostat­niej chwi­li, ale w fi­na­le czu­łam, że pod­ję­li­śmy słusz­ną, bo po­zwo­li­ło nam to je­chać ze spo­koj­ną gło­wą bez ci­śnie­nia cza­su.

Przed wy­jaz­dem war­to też za­ła­twić wizy do Mau­re­ta­nii. Moż­na to zro­bić bez­po­śred­nio w Ma­ro­ku, ale na ocze­ki­wa­nie trze­ba po­świę­cić dwa dni. My chcie­li­śmy mieć je go­to­we przed wy­jaz­dem, dla­te­go sko­rzy­sta­li­śmy z usług jed­nej z pol­skich firm i wy­sła­li­śmy wnio­ski do am­ba­sa­dy w Niem­czech. Po dwóch ty­go­dniach mie­li­śmy już wbi­te ko­lo­ro­we drucz­ki w pasz­por­tach. Zwy­kle for­mal­no­ści po­tra­fią trwać oko­ło 4 ty­go­dni. Krót­ki czas ocze­ki­wa­nia uzna­łam za do­bry znak, co utwier­dzi­ło mnie w tym, że wy­bra­li­śmy wła­ści­wy kie­ru­nek te­go­rocz­nych wa­ka­cji.

Oglą­da­jąc pasz­por­ty sta­nę­łam pod lam­pą i roz­ko­szu­jąc się cie­płem pa­da­ją­cym na mój kark, wy­obra­ża­łam so­bie żar afry­kań­skie­go słoń­ca. Za­mknę­łam oczy i już wi­dzia­łam te prze­pięk­ne dzi­kie pla­że, ską­pa­ne w wiel­kim słoń­cu, bez­chmur­ne błę­kit­ne nie­bo i lek­ki wia­te­rek orzeź­wia­ją­co gła­ska­ją­cy roz­grza­ne cia­ło. Za­ma­rzy­ło mi się już tam być...

Ekspedycja

DZIEŃ 1

ETAP 1 – DO­JAZD

Od­le­głość: 480 km (War­sza­wa – gra­ni­ca Nie­miec)

Koszt prze­jaz­du (opłat dro­go­wych): 101 zł

Czas (li­czo­ny za­wsze ra­zem z po­sto­ja­mi) 7 h (540 – 1240)

Śred­nia prze­jaz­du: 69 km/h

Tem­pe­ra­tu­ra: 16oC

Po­go­da: zmien­na

O 5.20 jest już wid­no, a słoń­ce de­li­kat­nie prze­bi­ja się przez nie­wiel­kie chmu­ry. Mimo wcze­snej pory, uśmiech­nię­ci i peł­ni ener­gii wy­ru­sza­my spod domu na war­szaw­skiej Bia­ło­łę­ce. O 5.40 opusz­cza­my sto­li­cę i kie­ru­je­my się na Po­znań. Ruch na dro­dze jest spo­ry. Oglą­dam się do­oko­ła, jak­bym je­cha­ła tędy pierw­szy raz, i już wy­obra­żam so­bie, że je­stem gdzieś da­le­ko w świe­cie.

Przy­glą­dam się mi­ja­nym ob­ra­zom i pró­bu­ję re­je­stro­wać w gło­wie każ­dy szcze­gół, aby móc póź­niej wy­raź­nie po­rów­nać so­bie róż­ni­ce. Mimo że znam tę tra­sę bar­dzo do­brze, nie je­stem w sta­nie od­two­rzyć jej szcze­gó­łów, gdyż nig­dy wcze­śniej nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, co tak wła­ści­wie mi­jam. Dzi­siaj, wie­dząc, że po dro­dze kra­jo­braz bę­dzie się czę­sto zmie­niał, sta­ram się jak ka­me­rą re­je­stro­wać każ­dy de­tal.

O 7.20 w Stry­ko­wie wbi­ja­my się na au­to­stra­dę. Nie­ste­ty, nie do­ciąg­nęli jej jesz­cze do War­sza­wy, przez co stu­ki­lo­me­tro­wy od­ci­nek po­ko­nu­je­my aż w dwie go­dzi­ny. Po­tem nie­znacz­nie nad­ra­bia­my, ale i tak prze­jazd przez Pol­skę jest naj­droż­szym i naj­wol­niej­szym eta­pem, jaki po­ko­na­my w Eu­ro­pie.

Oko­ło 60 ki­lo­me­trów przed gra­ni­cą za­trzy­mu­je­my się na sta­cji ce­lem do­peł­nie­nia za­pa­sów pa­li­wa. Mąż do­strze­ga nie­wiel­kie luzy na ko­łach przy­cze­py. Nie znam się na tym, więc od razu do­pa­da­ją mnie wątp­li­wo­ści, jak so­bie po­ra­dzi­my. Zmu­sze­ni sy­tu­acją szu­ka­my ser­wi­su i w fi­na­le za­trzy­mu­je­my się na sta­cji dla ti­rów, li­cząc na to, iż po­sia­da­ją do­bry sprzęt. Pa­no­wie za­ję­li się pia­sta­mi, a ja z cór­ką wy­sta­wia­my twa­rze do pol­skie­go jesz­cze słoń­ca i sta­ra­my się nie do­pusz­czać do sie­bie złych my­śli. Za 60 zł do­krę­ca­ją wy­mie­nio­ne przed wy­jaz­dem ło­ży­ska i o 12.10 ru­sza­my da­lej. Chwi­lo­wy nie­po­kój prysł jak bań­ka myd­lana i po­now­nie czu­ję w so­bie za­pas ener­gii. Ser­ce tań­czy z ra­do­ści, oczy chło­ną wszyst­ko wo­ko­ło, a my­śli krą­żą już po Afry­ce. Nie­zna­nej jesz­cze Afry­ce...

O 12.40 przy lek­ko za­chmu­rzo­nym nie­bie i tem­pe­ra­tu­rze 21°C opusz­cza­my Pol­skę dro­gą bez szla­ba­nów i gra­nic. Tyl­ko nie­wiel­ki znak przy dro­dze i nie­miec­kie na­pi­sy uzmy­sło­wi­ły nam, że po­dróż za­czę­ła się na do­bre.

DZIEŃ 1

ETAP 2 – DO­JAZD

Od­le­głość: 900 km (Niem­cy – gra­ni­ca z Fran­cją)

Koszt prze­jaz­du: 0 €

Czas: 10,5 h (1240 – 2300)

Śred­nia prze­jaz­du: 86 km/h

Tem­pe­ra­tu­ra: 13oC

Po­go­da: desz­czo­wo

Oko­ło 13.00 w oko­li­cach Ber­li­na sta­lo­we chmu­ry ura­czy­ły nas siar­czy­stą ule­wą co spo­wo­do­wa­ło ob­ni­że­nie pręd­ko­ści na nie­miec­kich au­to­stra­dach do 60 km/h. W po­ło­wie dro­gi w oko­li­cach Nurn­ber­gu ro­bi­my dzie­się­cio­mi­nu­to­wy po­stój. Tem­pe­ra­tu­ra 15°C. My ubra­ni w krót­kie spoden­ki i ko­szul­ki na ra­miącz­ka mar­z­nie­my roz­pro­sto­wu­jąc ko­ści. Lu­dzie nam się przy­glą­da­ją z za­cie­ka­wie­niem. Sami pew­nie też by­śmy się so­bie przy­glą­da­li, ma­jąc świa­do­mość, jak śmiesz­nie mo­że­my wy­glą­dać. Mimo zim­na i po­nu­rej po­go­dy je­ste­śmy uśmiech­nię­ci, peł­ni ży­cia i ener­gii. Chy­ba nic nie jest w sta­nie po­psuć na­szych hu­mo­rów, któ­re cią­gle nam do­pi­su­ją. Na­wet nie czu­je­my żad­ne­go zmę­cze­nia, mimo że od sa­me­go rana je­ste­śmy w tra­sie. Coś nas pcha do przo­du, ja­kaś nie­wi­dzial­na moc. Nikt z nas na­wet nie ma­rzy, aby za­trzy­mać się na noc­leg. Chce­my je­chać da­lej i da­lej, aż świat wyda nam się bar­dziej obcy, nie­zna­ny, fa­scy­nu­ją­cy...

Trzy­sta ki­lo­me­trów od gra­ni­cy oko­ło go­dzi­ny 19.40 i tem­pe­ra­tu­rze 12°C przez po­nad 20 ki­lo­me­trów czła­pie­my ospa­le w ko­lej­nych stru­gach desz­czu. Szy­bę za­la­ła rze­ka wody. Za­ta­piam się w tym wi­do­ku, gdyż prze­ko­na­na je­stem, że przez naj­bliż­szy mie­siąc nie spo­tkam już wię­cej żad­ne­go desz­czu. Jadę prze­cież do Afry­ki.

Mię­dzy jed­nym, a dru­gim ru­chem wy­cie­racz­ki do­strze­gam w od­da­li nie­wiel­kie, ostat­nie tego dnia, pro­my­ki słoń­ca, któ­re błysz­czą na ciem­nie­ją­cym już nie­bie. Po dłu­giej dro­dze w stru­gach desz­czu zło­ci­ste wstę­gi są uko­je­niem dla du­szy. O 23.00 opusz­cza­my Niem­cy, ro­biąc trzy­dzie­sto­mi­nu­to­wy po­stój.

Dro­gę przez Niem­cy uzna­je­my za dość cięż­ką z po­wo­du ob­fi­tych ulew, nie­wiel­kich re­mon­tów i nie­zli­czo­nej ilo­ści ti­rów.

Wiel­bu­sie wy­ko­na­ne ze sło­my

DZIEŃ 2

ETAP 3 – DO­JAZD

Od­le­głość: 880 km (Fran­cja – gra­ni­ca z Hisz­pa­nią)

Koszt prze­jaz­du: 105 €

Czas: 10 h (2330 – 930)

Śred­nia prze­jaz­du: 88 km/h

Tem­pe­ra­tu­ra: noc 14°C / dzień 20°C

Po­go­da: w nocy bez­chmur­nie, w dzień sło­necz­nie

Zo­sta­wi­li­śmy gdzieś za sobą nie­miec­kie chmu­ry. Zro­bi­ło się przy­jem­nie su­cho. Na moje py­ta­nie, czy za­trzy­mu­je­my się na noc­leg wszy­scy zgod­nie, szyb­ko od­rze­kli­śmy: „nie­eee”. Je­dzie­my więc da­lej, a na­wet gna­my już z pręd­ko­ścią 120 km/h. Fran­cu­skie au­to­stra­dy są pięk­ne, a nocą pu­ste. Aż żal było się za­trzy­my­wać. Na tra­sie tyl­ko kil­ka sa­mo­cho­dów na fran­cu­skich nu­me­rach, pę­dzą­cych gdzieś w po­śpie­chu. My spo­koj­nie po­dą­ża­my ze swo­im dom­kiem, któ­ry bu­ja­jąc się lek­ko na boki, za­glą­da nam w bocz­ne lu­ster­ka, raz w pra­we, raz w lewe.

Nie­któ­rzy za­bie­ra­ją jed­nak zbyt dużą ilość ba­ga­żu

Poza nie­wiel­kim od­cin­kiem w Lyonie, więk­szość tra­sy to trzy­pa­smów­ka, któ­ra koń­czy się oko­ło 100 ki­lo­me­trów przed gra­ni­cą Hisz­pa­nii. Całą tra­sę moż­na uznać za przy­jem­ną i nie­mę­czą­cą.

O 5.20 do gra­ni­cy mamy 220 ki­lo­me­trów. Mija wła­śnie rów­ne 24 go­dzi­ny od­kąd wy­je­cha­li­śmy z domu. Jest jesz­cze ciem­no, ale cie­pło 17°C. Zro­bi­li­śmy nie­ca­łe 2000 ki­lo­me­trów, ale wca­le tego nie czu­je­my. Nocą na zmia­nę od­po­czy­wa­li­śmy od kie­row­ni­cy, ro­biąc so­bie krót­kie drzem­ki na tyl­nej ka­na­pie. W tej cią­głej jeź­dzie atrak­cją zro­bi­ło się usta­la­nie: kto, gdzie sie­dzi, kto śpi, kto pro­wa­dzi. Miej­sce za kie­row­ni­cą było naj­chęt­niej ob­le­ga­ne.

DZIEŃ 2

ETAP 4 – DO­JAZD

Od­le­głość: 930 km (gra­ni­ca fran­cu­ska – Al­me­ria w Hisz­pa­nii)

Koszt prze­jaz­du: 43 €

Czas: 11 h (920 – 2020)

Śred­nia prze­jaz­du: 85 km/h

Tem­pe­ra­tu­ra: 27°C

Po­go­da: sło­necz­nie

Robi się co­raz przy­jem­niej. Błę­kit­ne nie­bo kar­mi oczy i roz­we­se­la du­szę. Przed 11.00 jest już 25°C. Czu­je­my po­wiew lata, czu­je­my smak wa­ka­cji, na któ­re cze­ka­li­śmy dłu­gi, zim­ny rok. Być tu, to wspa­nia­łe uczu­cie.

Za Bar­ce­lo­ną tem­pe­ra­tu­ra wzro­sła do 27°C. Już so­bie wy­obra­ża­my, co musi dziać się w Afry­ce. Czy wy­trzy­ma­my te tem­pe­ra­tu­ry, któ­re zna­my z te­le­wi­zji? Nie chce­my się te­raz nad tym za­sta­na­wiać, tyl­ko gna­my przed sie­bie co sił w ko­łach. W lu­ster­ku nasz „orze­szek” cał­kiem nie­źle so­bie ra­dzi. Rów­ne, w dal­szym cią­gu trzy­pa­smo­we au­to­stra­dy nie dają od­czuć, że je­dzie­my z przy­cze­pą. Do­pie­ro w oko­li­cach Tar­ra­go­ny dro­ga zmie­nia się w dwu­pa­smo­wą. O 12.30 tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si 29°C. Już ko­cha­my to miej­sce.

Nad hisz­pań­ską Wa­len­cją pie­rzy­na bia­łych chmur przy­kry­ła nie­bo i nie po­zwa­la słoń­cu na naj­mniej­sze choć­by wyj­rze­nie. Do­pie­ro spo­ro za mia­stem wszyst­ko wra­ca do nor­my i nie­bo znów lśni błę­ki­tem.

Na ostat­nim od­cin­ku po­ko­ny­wa­nej w dniu dzi­siej­szym dro­gi to­wa­rzy­szą nam ob­na­żo­ne z zie­le­ni góry. Rów­nież tra­sa, któ­rą je­dzie­my jest pu­sta, cza­sem tyl­ko mi­nie nas ja­kiś zbłą­ka­ny miej­sco­wy kie­row­ca. Wy­glą­da to tak, jak­by wszy­scy tu­ry­ści zo­sta­li już gdzie w tyle, na tu­ry­stycz­nych wy­brze­żach Hisz­pa­nii, a tyl­ko my je­dzie­my na wy­po­czy­nek na nie­zna­ne te­re­ny Czar­ne­go Lądu. Czy na­praw­dę nikt tu nie spę­dza wa­ka­cji? Jest tak głu­cho i pu­sto...

O 20.30 po 39 go­dzi­nach cią­głej jaz­dy de­cy­du­je­my się na pierw­szy noc­leg w oko­li­cach Al­me­rii. Za­trzy­mu­je­my się na dość skrom­nym i nie­wiel­kim kem­pin­gu. Je­ste­śmy zmę­cze­ni, ale za­do­wo­le­ni. Szyb­ka ko­la­cja, krót­ki prysz­nic i po paru mi­nu­tach śpi­my już nie­przy­tom­nie.

Przy­jem­na za­tocz­ka na­le­żą­ca do kem­pin­gu

Powitanie z Afryką

DZIEŃ 3

ETAP 1

Od­le­głość: 340 km (Al­me­ria – Ta­ri­fa [Ta­rif­fa1])

Koszt prze­jaz­du: 12 €

Czas: 6 h (900 – 1500)

Śred­nia prze­jaz­du: 57 km/h

Tem­pe­ra­tu­ra: 27°C

Po­go­da: sło­necz­nie

Kem­ping La Gar­ro­fa: www.la­ga­fof­fa.com

1 noc (3 oso­by, auto + przy­cze­pa): 35 € po ra­ba­cie 5%

Ma­ro­ko to 58 kraj na 194 na świe­cie pod wzglę­dem wiel­ko­ści, a 37 pod wzglę­dem licz­by lud­no­ści (78,1 osób/km2 – bez Sa­ha­ry; tu licz­ba lud­no­ści wy­no­si 1,52 osób/km2). Sa­ha­ra Za­chod­nia, jest przed­ostat­nim pań­stwem na li­ście wszyst­kich kra­jów, co zde­cy­do­wa­nie moż­na za­uwa­żyć pod­czas po­dró­ży po tym te­re­nie. Naj­niż­szą gę­stość za­lud­nie­nia ma Gren­lan­dia 0,2 oso­by/km2. Tam póki co się jesz­cze nie wy­bie­ra­my na wa­ka­cje. Dla po­rów­na­nia Pol­ska to 70 kraj pod wzglę­dem po­wierzch­ni, a 34 pod wzglę­dem lud­no­ści (120,92 osób/km2). Naj­więk­szą gę­stość ma Mo­na­ko 16818 osób/km2 (dane z 2011).

W Ma­ro­ku śred­nia tem­pe­ra­tu­ra w stycz­niu +10 do +12°C, w lip­cu +35 do +44°C (cza­sem na­wet do +54°C). Na wy­brze­żu atlan­tyc­kim czę­ste mgły (wpływ chłod­ne­go Prą­du Ka­na­ryj­skie­go).

Do­li­ny rzecz­ne i niż­sze par­tie sto­ków wy­ko­rzy­sty­wa­ne są do upra­wy cy­tru­sów, oli­wek i wi­no­ro­śli. Na wio­snę mię­dzy kwiet­niem a czerw­cem po­wie­wa go­rą­cy, po­ry­wi­sty, pu­styn­ny wiatr nio­są­cy pył i pia­sek, któ­ry zwięk­sza tem­pe­ra­tu­rę i ob­ni­ża wil­got­ność. Na prze­wa­ża­ją­cym te­re­nie pa­nu­ją ste­py i pół­pu­sty­nie, a na pół­no­cy za­ro­śla ma­kii. Do naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych ga­tun­ków fau­ny moż­na za­li­czyć fen­ki, dro­ma­de­ry, skor­pio­ny, lisy, man­gu­sty.

O 8.00 rano moja uśpio­na jesz­cze świa­do­mość do­sta­je sy­gnał od nie­zno­śnie brzmią­ce­go bu­dzi­ka, że pora już wsta­wać. Wy­pły­wam z moc­ne­go snu po­wo­li i ocię­ża­le. Za­kle­jo­ne po­wie­ki nie chcą się otwo­rzyć, ale mimo to sta­ram się je pod­nieść. Roz­ma­za­ny ob­raz po­wo­li na­bie­ra barw i kształ­tów. Do­pie­ro po chwi­li do­cie­ra do mnie, gdzie tak na­praw­dę je­stem.

Bu­dzę resz­tę to­wa­rzy­stwa i po go­dzi­nie opusz­cza­my śred­niej ja­ko­ści kem­ping, prze­zna­czo­ny ra­czej dla Hisz­pa­nów. Je­dy­ną jego za­le­tą było usy­tu­owa­nie. W za­ci­szu ma­łej za­tocz­ki z ład­ną, żwi­ro­wą pla­żą i nie­bie­ską wodą po­zwo­lił wy­po­cząć. Zde­cy­do­wa­nie jed­nak na­le­ży go po­trak­to­wać jako miej­sce noc­le­go­we, a nie wa­ka­cyj­ną przy­stań na dłu­żej.

Dro­ga z Al­me­rii do Ma­la­gi cią­gnie się wy­brze­żem przez ma­low­ni­czo po­ło­żo­ne ska­li­ste góry. Po­chła­niam wzro­kiem każ­dy ki­lo­metr dro­gi, tak jest tu spo­koj­nie i ci­cho. Co ja­kiś czas mi­ja­my nie­wiel­kie, przy­sto­so­wa­ne do ko­rzy­sta­nia za­tocz­ki. Gdy­by nie świa­do­mość, że nie­ba­wem będę wy­le­gi­wać się na ma­ro­kań­skiej pla­ży, z pew­no­ścią by­śmy się tu za­trzy­ma­li.

W tym re­jo­nie lu­dzie ma­so­wo upra­wia­ją man­go i awo­ka­do. Je­dzie­my dro­gą i przez wie­le ki­lo­me­trów ob­ser­wu­je­my bia­łe kon­struk­cje ni­czym szklar­nie. Z da­le­ka wy­glą­da to jak wiel­ka wa­pien­na ska­ła, któ­ra cią­gnie się ki­lo­me­tra­mi. Za­ło­ży­łam się na­wet o to. Nie­ste­ty prze­gra­łam. Oka­za­ło się bo­wiem, że to co z po­cząt­ku tak wy­glą­da­ło, jest ni­czym in­nym jak bia­łą siat­ką roz­cią­gnię­tą na me­ta­lo­wej kon­struk­cji, któ­ra osła­nia owo­ce od pa­lą­ce­go słoń­ca. Ilość upraw jest tak duża, że trud­no ogar­nąć to wzro­kiem.

Ten stu­ki­lo­me­tro­wy od­ci­nek w stro­nę Ma­la­gi, ze wzglę­du na brak au­to­stra­dy, gó­rzy­sty te­ren i ko­niecz­ność prze­jaz­du przez nie­wiel­kie miej­sco­wo­ści jest jed­nym z naj­dłu­żej po­ko­ny­wa­nych. Utwier­dzi­li­śmy się przez to w prze­ko­na­niu, że wczo­raj­szy noc­leg był bar­dzo słusz­ną de­cy­zją. Dziś, mimo że je­ste­śmy wy­po­czę­ci, dro­ga dłu­ży się nam i mę­czy. Au­to­stra­da jest w bu­do­wie, więc nie­do­god­no­ści z cza­sem nie bę­dzie. Do­pie­ro za miej­sco­wo­ścią Sa­lo­bre­na robi się przy­zwo­icie i moż­na nad­go­nić stra­co­ny czas.

100 ki­lo­me­trów przed ce­lem wy­sia­dło nam za­si­la­nie gniaz­da za­pal­nicz­ki, do któ­re­go pod­łą­czo­ne były lo­dów­ka i na­wi­ga­cja. Za­trzy­mu­je­my się na obrze­żach pierw­szej na­po­tka­nej sta­cji. Słoń­ce wy­so­ko na nie­bie na­grze­wa wszyst­ko, co spo­tka na swo­jej dro­dze, a cał­ko­wi­ty brak wia­tru nie daje szan­sy na odro­bi­nę orzeź­wie­nia. Trud­no ma­rzyć o skraw­ku cie­nia, trud­no też sku­pić my­śli w ta­kim ża­rze. Sto­ję na roz­grza­nym as­fal­cie i czu­ję jak struż­ki potu ciek­ną mi po ple­cach, a żar be­to­nu pali w sto­py. Prze­bie­ram no­ga­mi jak zimą, na mro­zie, dla roz­grzew­ki. Tym ra­zem jed­nak chcę się uchro­nić przed po­pa­rze­niem. Cien­kie po­de­szwy san­dał­ków nie dają ochro­ny od go­rą­ce­go be­to­nu, przez co zmu­sza­ją mnie do cią­głe­go ru­chu.

Spraw­dze­nie bez­piecz­ni­ków w dwóch skrzyn­kach nie przy­no­si re­zul­ta­tów, gdyż wszyst­kie oka­zu­ją się do­bre. Spraw­dza­my jesz­cze raz. Na zmia­nę. Nic nie po­ma­ga, wszyst­kie bez­piecz­ni­ki są pra­wi­dło­we, a jed­nak cią­gle nie mamy za­si­la­nia. Mi­ja­ją ko­lej­ne mi­nu­ty, a my, sto­jąc w pa­lą­cym słoń­cu, nie mamy już po­my­słu, co jest nie tak. Umy­sły po­wo­li roz­ta­pia­ją się nam i trud­no jest re­al­nie my­śleć. Ogar­nia mnie roz­pacz i bez­sil­ność. W ręku trzy­mam ko­lej­ną już bu­tel­kę wody, któ­ra zni­ka w bły­ska­wicz­nym tem­pie wy­pi­ta gwał­tow­nym ły­kiem. Nic to jed­nak nie po­ma­ga. Cią­gle nie mogę uga­sić pra­gnie­nia. Po kil­ku­na­stu dłu­gich pa­lą­cych mi­nu­tach znaj­du­je­my w koń­cu prze­pa­lo­ną część, wy­mie­nia­my i wszyst­ko dzia­ła już bez za­rzu­tu. I co miał ozna­czać ten nie­po­trzeb­ny po­stój? Chciał nam po­ka­zać przed­smak słoń­ca i żaru, któ­ry nas cze­ka...?

Cie­szę się, że mo­że­my je­chać już da­lej. Od razu sze­ro­ko otwie­ram okna, wpusz­cza­jąc świe­ży po­wiew po­wie­trza, któ­ry daje odro­bi­nę wy­tchnie­nia. Afry­ko, go­rą­ca Afry­ko, a co ty nam szy­ku­jesz na po­wi­ta­nie...?

TA­RI­FA (TA­RIF­FA)

To naj­bar­dziej wy­su­nię­te mia­sto Hisz­pa­nii na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu, a znaj­du­ją­cy się na po­łu­dniu przy­lą­dek Pun­ta de Ta­ri­fa to naj­da­lej wy­su­nię­ty na po­łu­dnie punkt kon­ty­nen­tal­nej Eu­ro­py. Za dnia, przy do­brych wa­run­kach po­go­do­wych, z oko­lic Ta­ri­fy do­sko­na­le wi­dać od­da­lo­ne za­le­d­wie o 20 ki­lo­me­trów wy­brze­że Afry­ki. W nocy wi­dać świa­tła afry­kań­skie­go mia­sta Tan­ger.

To z tego por­tu, a nie jak więk­szość lu­dzi z por­tu w Al­ge­ci­ras chce­my opu­ścić Eu­ro­pę. Samo mia­sto jest nie­wiel­kie z pięk­ną pla­żą i nie­wiel­kim por­tem. Mimo obec­no­ści tu­ry­stów jest tu dość spo­koj­nie, luź­no i dla­te­go de­cy­du­je­my się po­ko­nać mor­ską dro­gę z tego miej­sca.

Prze­jeż­dża­my przez wą­skie ulicz­ki w kil­ka mi­nut i kie­ru­je­my się pro­sto na wy­brze­że. Mimo że na­wi­ga­cja „nie wi­dzi” por­tu, do­cie­ra­my do nie­go bez więk­sze­go pro­ble­mu. Pro­my od­pły­wa­ją co dwie go­dzi­ny. Ko­lej­ny jest o 17.00, ale go­dzi­nę wcze­śniej mu­si­my już być go­to­wi. Mamy więc tro­chę wol­ne­go.

Roz­glą­dam się na boki i stwier­dzam, że nie war­to nig­dzie się ru­szać. Na dwo­rze dość moc­no wie­je, a poza tym czu­je­my zmę­cze­nie i dla­te­go po­zo­sta­je­my w au­cie. Nie chce nam się nig­dzie spa­ce­ro­wać. Tym spo­so­bem je­ste­śmy pierw­si w ko­lej­ce.

Sam port nie­wie­le róż­ni się od ca­łej oko­li­cy. Też jest nie­wiel­ki i ka­me­ral­ny. Spo­kój tego miej­sca za­głu­sza tyl­ko bez prze­rwy wie­ją­cy wiatr znad mo­rza.

O 16.00 za­czy­na się od­pra­wa w por­cie, któ­ra trwa 3 mi­nu­ty. Po­tem wjeż­dża­my na przy­stań i ocze­ku­je­my na wjazd na prom. Tem­pe­ra­tu­ra 26°C. Wie­je nie­praw­do­po­dob­nie i nie da się wy­stać na dwo­rze. Sie­dzi­my w au­cie i mimo bez­chmur­ne­go nie­ba nie jest w nim go­rą­co na­wet przy za­mknię­tych oknach, gdyż wiatr prze­dmu­chu­je po­wie­trze we­wnątrz sa­mo­cho­du wszyst­ki­mi do­stęp­ny­mi szcze­li­na­mi. Ob­słu­ga por­tu le­d­wo utrzy­mu­je się na no­gach. Cie­ka­we, czy czę­sto mają tu taką po­go­dę? W Afry­ce pew­nie jest go­rą­co, a wiatr bę­dzie tyl­ko mi­łym orzeź­wie­niem...

Wjazd na prom nie­znacz­nie się opóź­nia, gdyż za­ciął się je­den z wła­zów. Wi­dzi­my, jak pra­cow­ni­cy przy tym wie­trze zma­ga­ją się, aby na­pra­wić urzą­dze­nie. Za­bez­pie­cze­ni od­po­wied­ni­mi pa­sa­mi bu­ja­ją się na bur­cie, wa­ląc mło­tem w urzą­dze­nie. Bez re­zul­ta­tu. Za­po­wia­da się, że bę­dzie­my mu­sie­li wje­chać i wy­je­chać tym sa­mym wjaz­dem, mimo że obo­wią­zu­je za­sa­da ru­chu okręż­ne­go.

W koń­cu otwo­rzy­li nam kład­kę wjaz­do­wą i mo­gli­śmy prze­je­chać. We­wnątrz „in­te­li­gent­ny” Ma­ro­kań­czyk wska­zu­je nam dro­gę po pra­wej stro­nie za­ła­dow­ni. Kle­pie coś przy tym nie­zro­zu­mia­le i ma­cha, aby­śmy po­je­cha­li do koń­ca i łu­kiem za­wró­ci­li. Mąż za­trzy­mu­je się po chwi­li i wska­zu­je, że nie mo­że­my tak po­je­chać, gdyż na­sza przy­cze­pa jest za wy­so­ka. Mu­sie­li­śmy wy­co­fać. Ma­new­ro­wa­nie z na­szym „orzesz­kiem” mię­dzy fi­la­ra­mi w wą­skim tu­ne­lu to nie­zbyt cie­ka­we za­ję­cie. Czu­je­my na so­bie pre­sję wszyst­kich tu obec­nych. Za nami dłu­ga ko­lej­ka ocze­ku­ją­cych, któ­rzy sto­ją jesz­cze przed pro­mem, przed nami zde­ner­wo­wa­ni przez znacz­ne opóź­nie­nie pra­cow­ni­cy krzy­czą­cy coś do nas w swo­im ję­zy­ku. Po paru dłu­gich mi­nu­tach kosz­mar­nych ma­new­rów wjeż­dża­my w koń­cu w środ­ko­wy ko­ry­tarz. Na jego koń­cu ko­lej­ny pra­cow­nik ma­cha do nas ręką i po­ka­zu­je, aby­śmy łu­kiem za­wi­nę­li. Z pew­no­ścią by­ło­by to mą­dre, gdy­by nie to, że zwy­kłe auta w tej prze­strze­ni „ła­ma­ły się” na kil­ka razy. My swo­im ze­sta­wem sta­nę­li­śmy po łuku tak, jak wska­zy­wał Ma­ro­kań­czyk i chcie­li­śmy już za­koń­czyć jaz­dę, gdyż w ża­den spo­sób nie by­li­śmy w sta­nie cof­nąć. Pra­cow­nik jed­nak chciał aby­śmy wy­pro­sto­wa­li. W tych wa­run­kach było to abs­trak­cją i mó­wi­my mu, że to nie­moż­li­we. On jak­by nie ro­zu­miał za­sad jaz­dy auta z przy­cze­pą, uparł się, aby­śmy zmie­ni­li swo­ją po­zy­cję. W po­wie­trzu czuć było ci­śnie­nie cza­so­we. Wszy­scy bie­ga­li, wy­ma­chi­wa­li rę­ko­ma, krzy­cze­li na nas, że mu­si­my prze­sta­wić auto. Go­rą­ca at­mos­fe­ra i du­cho­ta, któ­ra tu pa­no­wa­ła nie po­zwa­la­ła ra­cjo­nal­nie my­śleć i dzia­łać. Cały per­so­nel bie­gał wo­ko­ło nas i la­men­to­wał, aby­śmy coś zro­bi­li. Ale co mog­li­śmy zro­bić, je­że­li zo­sta­li­śmy za­blo­ko­wa­ni? Znacz­ne opóź­nie­nie rej­su jesz­cze się po­tę­go­wa­ło, co po­wo­do­wa­ło do­dat­ko­we na­pię­cie pa­nu­ją­ce wśród wszyst­kich. W koń­cu mój mał­żo­nek od­piął przy­cze­pę prze­su­wa­jąc ją ręcz­nie szar­piąc się w po­śpie­chu, a ja w tym cza­sie usta­wi­łam auto we wska­za­nym miej­scu. Trza­snę­li­śmy drzwia­mi i po­szli­śmy na po­kład, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

O 17.40 wy­pły­wa­my. Mimo wa­ka­cji ruch ra­czej nie­wiel­ki. Spo­dzie­wa­łam się tłu­mów, a na pro­mie garst­ka lu­dzi. Oprócz nas nie wi­dzę in­nych tu­ry­stów. Po­zo­sta­li pa­sa­że­ro­wie to Ma­ro­kań­czy­cy po­dró­żu­ją­cy do pra­cy w są­sia­du­ją­cej Hisz­pa­nii.