Afryka Kazika - Łukasz Wierzbicki - ebook + audiobook
Opis

Opowiadania dla dzieci napisane na podstawie reportaży Kazimierza Nowaka, który w latach trzydziestych XX wieku przemierzył Afrykę na rowerze. Barwne spotkania z mieszkańcami Afryki, mrożące krew w żyłach, a niekiedy zabawne przygody, które zdarzyły się naprawdę, pozwolą poznać młodemu czytelnikowi tego niezwykłego podróżnika.

Książka nominowana do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego (2009)

Kazimierz Nowak – pionier polskiego reportażu W latach 1931-1936 jako pierwszy człowiek na świecie przebył samotnie kontynent afrykański z północy na południe i z powrotem (40 tys. km pieszo, rowerem, konno oraz czółnem). Wyczyn ten został zapomniany na kilkadziesiąt lat. Dzięki odnalezionym w grudniu 2006 roku nigdy nie opublikowanym materiałom oraz fotografiom możliwe było przygotowanie książki zawierającej kompletną relację z podróży Kazimierza Nowaka zatytułowaną „ROWEREM I PIESZO PRZEZ CZARNY LĄD. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 92

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Łukasz Wierzbicki

AFRYKA KAZIKA

Warszawa 2013

ilustracje

Agencja Reklamowa NEXUS:

Marcin Leśniak

Marcin Ćwikła

Krzysztof Rusinek

rysunki

Beata Kulesza-Damaziak

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Beata Kulesza-Damaziak, KARANDASZ s.c.

Ilustracja na okładce

Agencja Reklamowa NEXUS

Fotografie

z archiwum Autora

Korekta

Katarzyna Nowak

Copyright © Łukasz Wierzbicki 2008

Copyright © Wydawnictwo BIS 2008

ISBN 978-83-7551-345-5

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a, 01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:[email protected]

Pociąg ekspresowy z Warszawy Centralnej wjechał na tor pierwszy przy peronie pierwszym. Komunikat z dworcowych głośników rozległ się dokładnie w tym samym momencie, w którym kobieta z chłopcem pojawili się na peronie.

– Dziadek! Dziadek jedzie! – zawołał chłopiec, wskazując pociąg, który wtaczał się na tor i hamował z głośnym piskiem. Pociąg zatrzymał się. Z wagonów wyskakiwali pasażerowie i w pośpiechu udawali się w kierunku hali dworcowej.

– Chyba rozpoznaję bagaż dziadka. – Mama wskazała wielką zieloną walizę, która ukazała się w drzwiach jednego z wagonów i powoli zsuwała się po schodkach. Miała rację, w ślad za walizką w drzwiach pojawiła się uśmiechnięta twarz dziadka.

– Witajcie, kochani! Dzień dobry, córeczko! Czołem, wnusiu! – wykrzyknął starszy pan na widok chłopca i jego mamy, po czym uściskał oboje.

– Jak ci minęła podróż? – dopytywała mama. – Nie jesteś zmęczony? Naprawdę, w twoim wieku nie powinieneś już tyle podróżować.

– Wiem, wiem, najchętniej zamknęłabyś mnie w domu, usadziła w fotelu przed telewizorem i nie pozwoliła nigdzie wyjeżdżać – roześmiał się dziadek.

– Dziadku, poniosę twoją walizkę – zaoferował pomoc Krzyś.

– Spróbuj, proszę. Obawiam się jednak, że jest zbyt ciężka.

Krzyś chwycił za rączkę walizki. Rzeczywiście, nie był w stanie jej unieść.

– To walizka dwuosobowa. Pociągniemy ją razem i jakoś sobie poradzimy – zaproponował dziadek.

Udali się w stronę zaparkowanego przed dworcem samochodu. Przodem maszerowała mama, a za nią dziadek i Krzyś ciągnęli wspólnie ogromną zieloną walizkę. Gdy weszli do hali dworcowej, ujrzeli grupę ludzi wyglądających, jakby czekali na coś ważnego, na pewno jednak nie na pociąg, wpatrywali się bowiem w pustą ścianę na wprost wejścia głównego na dworzec. Wśród zebranego tłumu była grupa rowerzystów z lśniącymi rowerami, ludzie z kamerami i mikrofonami, a także zwykli gapie.

– Poczekajcie, kochani. Tu chyba dzieje się coś ciekawego. – Dziadek zatrzymał się. – Przepraszam bardzo, na co państwo czekają? – zapytał stojącą w grupie kobietę z dzieckiem na ręku.

– Ciii… – odpowiedziała i położyła palec na ustach.

W tym samym momencie w bocznym wejściu pojawił się elegancko ubrany, niewysoki starszy pan. Zebrani zaczęli bić brawo. Mężczyzna szedł powoli drobnymi kroczkami, rozglądając się na boki. Kierował się ku zawieszonej na kamiennej ścianie przysłoniętej tablicy. Uśmiechał się do wszystkich i pozdrawiał ludzi z daleka.

– Kim jest ten pan? – spytał głośno chłopiec.

– Ciii… – Kobieta z dzieckiem na ręku ściągnęła brwi i spojrzała na niego karcącym wzrokiem. – To Ryszard Kapuściński – szepnęła. – Przyjechał do Poznania, by odsłonić tablicę…

– Kto to jest Ryszard Kapuściński? – Chłopiec szeptem zadał kolejne pytanie.

– To wielki polski reporter, znany pisarz i podróżnik – odpowiedział dziadek na ucho.

– Nic nie widzę – poskarżył się Krzyś.

– Stań na mojej walizce, jest solidna. – Dziadek podsadził wnuka.

Krzyś wskoczył na ustawioną pionowo walizę, chwytając jednocześnie dziadka za ramię, by nie stracić równowagi. Stojąc na podwyższeniu, miał doskonały widok na wiszącą na ścianie tablicę i stojącego obok niej starszego pana, który przemawiał do zebranych wokół ludzi:

…siedemdziesiąt lat temu Kazimierz Nowak powrócił z  niezwykłej wyprawy. Samotnie przejechał rowerem dziką i nieznaną w tamtych czasach Afrykę. Był człowiekiem o ogromnej odwadze, podróżnikiem nieustraszonym. Udało mu się dokonać rzeczy wielkiej, bowiem chował w swym sercu życzliwość i wiarę w drugiego człowieka…

Chłopiec słuchał tych słów jak zaczarowany. Pan skończył mówić i ściągnął na ziemię pas niebieskiego materiału, osłaniający tablicę. Ludzie znów bili brawo, chłopiec również zaczął klaskać z całych sił. Ktoś wręczył mówcy kwiaty, do wiszącej na ścianie tablicy podeszła grupa ludzi z rowerami i zrobiła sobie pamiątkowe zdjęcie.

– Mamo, dziadku, czy mogę obejrzeć z bliska tę tablicę? – poprosił Krzyś, zeskakując z walizki. Mama tylko się uśmiechnęła. Podeszli do przymocowanej do ściany tablicy.

– Dlaczego ma taki dziwny kształt? – spytał chłopiec.

– To kontur Afryki – odparł dziadek.

Zebrani wokół ludzie rozchodzili się, rowerzyści wyprowadzili rowery, jeszcze tylko kilka osób krzątało się dookoła. Chłopiec pogłaskał dłonią wypukłą linię ciągnącą się w poprzek tablicy.

– To szlak podróży Kazimierza Nowaka – objaśnił dziadek.

– Kazimierza Nowaka – powtórzył szeptem chłopiec. – Opowiadałeś mi kiedyś o tym nieustraszonym podróżniku, prawda, dziadku? – upewnił się.

– Tak, to właśnie o tym podróżniku ci opowiadałem – ucieszył się dziadek, zadowolony, że wnuk zapamiętał jedną z opowiadanych przez niego historii. – Mamy gdzieś książkę opisującą jego przygody. Poszukamy jej, gdy dojedziemy do domu.

Skierowali się ku wyjściu, wspólnie dowlekli walizę do samochodu i wepchnęli ją do bagażnika. Krzyś usiadł na tylnym siedzeniu i przypiął się pasami, przez cały czas rozmyślając o niecodziennej scenie na dworcu. Oto niespodziewanie zobaczył na własne oczy, jak znany pisarz odsłania tablicę pamiątkową w kształcie Afryki.

Po powrocie do domu wspólnie z dziadkiem zaciągnęli walizę do pokoju, rzucili ją na podłogę, po czym natychmiast udali się do stojącej w salonie wielkiej szafy z książkami i zaczęli oglądać tytuły na ich grzbietach.

– Jest! – wykrzyknął dziadek, ściągając z półki jedną z książek. – To właśnie historia podróży Kazimierza Nowaka.

Krzyś wziął książkę do rąk i przyjrzał się uważnie barwnej okładce, z której uśmiechał się do niego brodaty mężczyzna w kasku tropikalnym na głowie.

– Afryka Kazika – przeczytał na głos tytuł, otworzył książkę, przerzucił kilka stron i rozpoczął czytanie pierwszego rozdziału: – Ruszam do Afryki…

RUSZAM DO AFRYKI

Przeciągły gwizd przypomniał wszystkim podróżnym, że zostało pięć minut do odjazdu pociągu. Za pięć minut rozpocznę wielką podróż do Afryki; w wagonie bagażowym czekał już mój stary wysłużony rower. Spytacie pewnie, jak zrodził się w mej głowie szalony pomysł, by rowerem ruszyć na podbój dzikich krajów? Jako dziecko uwielbiałem słuchać historii o dalekich krajach i egzotycznych przygodach. Dorosłem, urosła mi długa broda, a głowa niemal zupełnie wyłysiała, wciąż jednak tak samo jak w dzieciństwie fascynują mnie dalekie kraje i egzotyczne przygody. Zarabiam na życie, pisząc artykuły i robiąc zdjęcia dla gazet. W trakcie mych podróży spotkałem wielu innych podróżników, którzy opowiadali niezwykłe historie o dzikiej Afryce. Mówiono mi, że żyją tam ludożercy i roi się od drapieżnych zwierząt, a że każdemu podróżnikowi marzą się egzotyczne przygody, podjąłem plan wyprawy do Afryki, by zbadać, ile w tych opowieściach kryje się prawdy. Postanowiłem udać się do Afryki rowerem, jakże bowiem miałbym odmówić udziału w tej niezwykłej wyprawie kompanowi, który wiernie towarzyszył mi we wszystkich wcześniejszych podróżach?

Rodzina bardzo się martwiła, czy nie spotka mnie nic złego w czasie wyprawy, a najbardziej załamywała ręce moja żona Marysia.

– Oj, Kazik… – mówiła, gdy wraz z dziećmi żegnała mnie na dworcu kolejowym. – Jak ty sobie poradzisz w tych dalekich krajach wśród obcych ludzi?

– Wszystko będzie dobrze, moja Maryś – uspokajałem ją. – Znam przecież kilka języków obcych, bez problemu dogadam się z ludźmi.

– A co zrobisz, gdy spotkasz w Afryce ludożerców albo lwa?

– Poradzę sobie. I z ludożercami, i z lwem można się przecież zaprzyjaźnić – żartowałem, by ją uspokoić.

– Tata, przywieziesz mi zdjęcie lwa? Proszę… – Synek szarpał mnie za nogawkę.

– Tatko, a mnie przywieź małpkę – prosiła córeczka.

Z całych sił uściskałem dzieci na pożegnanie. Pociąg za chwilę miał ruszyć.

– A co tobie przywieźć z Afryki? – spytałem żonę z uśmiechem.

– Niczego nie potrzebuję. Przysyłaj listy, byśmy wiedzieli, co się z tobą dzieje. I wracaj szczęśliwie jak najszybciej – odpowiedziała Marysia z troską w głosie.

– Będę pisał codziennie. I wrócę zdrów i cały. Obiecuję!

Kolejny głośny gwizd przerwał naszą rozmowę, lokomotywa szarpnęła wagony.

– Tata, pociąg odjeżdża! – krzyknął synek, wskazując lokomotywę.

Ucałowałem żonę i w pośpiechu wskoczyłem do ruszającego pociągu.

– Do zobaczenia!!! – krzyczałem na cały głos, stojąc w drzwiach wagonu i machając kapeluszem na pożegnanie.

Pociąg tymczasem nabierał rozpędu, rodzina stojąca na peronie robiła się coraz mniejsza i mniejsza, po chwili znikła w oddali. Tuk-tuk… tuk-tuk… tuk-tuk… stukały koła po torach. Poznań oddalał się z każdą minutą, a przybliżała się tajemnicza Afryka.

Czy uda mi się sfotografować lwa, czy przywiozę małpkę dla mojej córeczki? Nie wiedziałem, ale wiedziałem, że spełnię prośbę mojej żony – na pewno wrócę cały i zdrowy do domu. Przecież obiecałem!

NOC NA PUSTYNI

Pociąg jechał cały dzień i całą noc. Następnego ranka zajechałem na dworzec w Rzymie, skąd udałem się rowerem do portu morskiego w Neapolu. Stamtąd statkiem zamierzałem przeprawić się przez morze do Afryki.

Zabuczała syrena okrętowa, statek ruszył ku brzegom Afryki… Serce zadrżało mi na myśl o wszystkich niebezpieczeństwach, które na mnie czekały. Oto płynąłem na spotkanie wielkiej przygody!

Okręt bujał się na falach to w prawo, to w lewo, to w lewo, to znów w prawo… Stare poczciwe rowerzysko dobrze znosiło żeglugę, ale ze mną było nie najlepiej, od ciągłego kołysania kręciło mi się w głowie. Cały rejs przeleżałem w kajucie na łóżku, toteż gdy tylko dobiliśmy do brzegu, z ulgą czmychnąłem ze statku. Jak dobrze było postawić stopę na stałym lądzie!

Sprawdziłem starannie przymocowane do roweru pakunki, wciągnąłem w płuca gorące powietrze niesione przez wiatr znad pustyni, usiadłem na siodełku i poklepałem mój rower po kierownicy.

– Zatem w drogę, staruszku – powiedziałem.

Niestety, droga, którą ochoczo ruszyliśmy przed siebie, skończyła się zaraz za miastem. Wkrótce otoczyła nas pustynia. Koła roweru zapadały się głęboko, na dodatek wicher sypał piaskiem w oczy. Oto, jak witała mnie Afryka!

Postanowiłem przeczekać wichurę. Ustawiłem namiot, rozpaliłem ognisko i zagotowałem wodę na herbatę. Ułożyłem się do snu, wsłuchując się na dobranoc w wycie wiatru pośród skał i szczekanie hien, zwołujących się na nocne łowy. W środku nocy obudził mnie dziwny odgłos stukania. Nasłuchiwałem przez chwilę z zamkniętymi oczyma. To moje zęby szczękały z zimna! Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem nad głową gwiazdy.

Co się stało?! – pomyślałem. Kładłem się spać w namiocie, a teraz mam niebo nad głową! Gdzie mój namiot, u licha!?

To wicher-dowcipniś porwał namiot i uniósł w dal niczym latawiec, pozbawiając mnie dachu nad głową. Ruszyłem na poszukiwanie. Kto wie, jak daleko pofrunąłby mój namiot, może na koniec świata, gdyby nie zatrzymały go kolczaste krzewy pustynne. Wyplątałem płótno spośród gałęzi i rozstawiłem raz jeszcze, a wbite w ziemię kołki zabezpieczyłem ciężkimi kamieniami, których wiatr na pewno nie ruszy. Wczołgałem się do środka i zawinąłem w koc. Nie zdążyłem zasnąć, gdy usłyszałem odgłos drapania.

To się nazywa noc pełna przygód! – pomyślałem. Co znowu?!

Uniosłem głowę i ujrzałem małego skoczka pustynnego, który usiłował umościć sobie w moim kocu ciepłe legowisko. Po chwili sympatyczny gryzoń zwinął się w kłębek na moim brzuchu i zasnął, mrucząc cichutko. Niełatwo w tak wietrzną noc znaleźć na pustyni bezpieczne schronienie, pozwoliłem więc zwierzaczkowi spędzić noc razem ze mną, tym bardziej że i mnie było cieplej z tym puszystym kłębuszkiem u boku.

Spaliśmy smacznie, dopóki nie obudziły nas poranne promienie słońca, zaglądające przez szparę do namiotu. Wstawał nowy dzień, wicher ustał, mogłem ruszyć w dalszą drogę.

Skoczek pustynny przysiadł przed namiotem i wygrzewał się w porannym słońcu. Na pożegnanie podarowałem mojemu małemu przyjacielowi garść orzechów. Zaczął je chrupać w pośpiechu. Na pustyni trudno znaleźć schronienie, ale jeszcze trudniej o pożywienie. Tu każdy orzeszek jest na wagę złota.