Afryka jest kobietą - Beata Lewandowska-Kaftan - ebook
Opis

Ta książka powstała z miłości – do Afryki, w której od pierwszej chwili poczułam się tak, jak gdybym wróciła do domu. I z zauroczenia - piękny­mi, odważnymi, silnymi kobietami, których tak wiele w Afryce spotkałam. Smukłe Turkanki żyjące na terenach, gdzie nikt z nas nie przetrwałby tygodnia. Dumne Hamerki domagające się chłosty, by okazać swą od­wagę. Piękne Himba o nieskazitelnie gładkiej skórze dzięki stosowaniu makijażu otjize. Kobiety Suahili, które w swych sekretnych rytuałach łą­czą kamasutrę z rytmami afrykańskich bębnów i których stroje mówią. Białe Afrykanki, które od pokoleń albo zaledwie od kilku lat mają swój dom tam, skąd wszyscy wyszliśmy. Ta książka to zbiór opowieści o nich, historie naszych spotkań, historie ich życia. Zapis niezapomnianych chwil spędzonych razem… gdzieś w Afryce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Dla Jacka Z Tobą marzyłam o Afryce, z Tobą Afryka spełnia się najpiękniej

Wstęp. Wszyscy należymy do Afryki

WSZYSCY NALEŻYMY DO AFRYKI, TO KOLEBKA LUDZKOŚCI, (…)

TU NAUCZYLIŚMY SIĘ CHODZIĆ, MÓWIĆ, BAWIĆ SIĘ I KOCHAĆ. (…) NIĆ ŁĄCZĄCA NAS Z AFRYKAŃSKIMI PRZODKAMI ROZCIĄGA SIĘ NA TYSIĄCE POKOLEŃ, ALE WCIĄŻ PORUSZA CZUŁE STRUNY W NASZYM SERCU, KIEDY ZACHWYCAMY SIĘ AFRYKAŃSKIMI KRAJOBRAZAMI, DZIKĄ PRZYRODĄ I LUDŹMI”[1].

Tak właśnie było, ta więź okazała się mocna. A struna w moim sercu zadźwięczała wyraźnie i głośno. Kiedy prawie piętnaście lat temu po raz pierwszy przyleciałam do Afryki, zaraz po wyjściu z samolotu poczułam się tak, jak gdybym wróciła do domu. Wszystko było takie, jakie powinno być: światło, kolory, zapachy, gęstość powietrza i dotyk wiatru na skórze. Wszystko idealnie do siebie pasowało. Nic nie budziło wątpliwości, nic nie przeszkadzało. Tak to odczułam. Wszystkimi zmysłami, zanim cokolwiek zdążyłam pomyśleć.

Chłopiec z ludu Hadzabe przygotowuje strzałę do polowania na ptaki. Hadzabe to myśliwi i zbieracze, jedni z ostatnich w Afryce. Żyją w północnej Tanzanii, w okolicach jeziora Ejasi.

Potem, razem z mężem, wracaliśmy do Afryki coraz częściej i częściej. Co roku, dwa razy do roku, tak często, jak tylko było to możliwe. Jeździliśmy w nowe miejsca, wracaliśmy w stare. Nie chodziło o nieustanne odkrywanie, raczej o bycie znowu w Afryce, odnajdywanie znajomych zapachów, widoków, odgłosów – wciąż od nowa. W krajobrazach tak od siebie odmiennych, jak gdybyśmy podróżowali na inne planety, a jednocześnie w jakiś tajemniczy sposób tak podobnych, że ani przez chwilę nie przestawaliśmy czuć Afryki. Potęgi jej natury, niezmierzonych przestrzeni, potężnej siły witalnej tkwiącej w trawach sawann, samotnych drzewach, rwących rzekach, piaskach pustyń, kamieniach, stadach antylop, skradających się do nich gepardach, dostojnie kroczących słoniach…

I w ludziach. Każde spotkanie to była zarazem podróż w nieznane i do świata dobrze nam znanego od dzieciństwa. Różniły nas kolor skóry, sylwetka, ubranie, sposób życia, historia, język – prawie wszystko. Ale za chwilę okazywało się, że te same rzeczy nas bawią, te same przerażają. Że jesteśmy siebie nawzajem ciekawi. Że zadajemy te same pytania. Że uśmiech otwiera prawie każde drzwi i prawie każde milczenie. Że gotowość pomocy to najprostsza droga do drugiego człowieka. W najwyższej cenie jest odruch podzielenia się wodą, cieniem, porcją jedzenia.

Afryka jest zbyt potężna, za trudna dla pojedynczego człowieka. Bez przyjaciół, rodziny, klanu, plemienia nie przetrwasz. Bezwzględnie uczy współdziałania, dzielenia się, pomocy. Kto w porę tego nie pojmie, przegrywa, czasem ostatecznie. Dla Afrykanów to oczywiste, to codzienność znana od urodzenia. Dla nas, wychowanych przez Europę indywidualistów, od dziecka uczonych, że najważniejszy jest rozwój osobisty, dążenie do sukcesu, podkreślanie własnej odrębności i oryginalności, to trudne doświadczenie. Wielu nigdy go nie zrozumie i ci wyjadą z Afryki z poczuciem wyższości wobec tutejszych tradycji i zwyczajów, biorąc je jedynie za objaw zacofania, a nie konieczność gwarantującą przetrwanie.

Afryka uczy pokory wobec losu, wobec przeznaczenia. Afrykanie są z nimi pogodzeni. Ze spokojem przyjmują niespodzianki, nieoczekiwane zmiany, zarówno radosne, jak i tragiczne. My, Europejczycy, nieustannie próbujemy walczyć z losem, zabezpieczyć się przed nieszczęściem, uciec przed złą passą. Jesteśmy w tej walce tak zapamiętali i tak pewni siebie, że często walczymy z nieuniknionym. I gdy przegrywamy, nasze życie na długo traci sens i smak. Załamujemy się, potrzebujemy dużo sił, by wrócić do równowagi. Afryka szybko leczy z nadmiaru pewności siebie, poczucia, że mamy nad wszystkim kontrolę. To trudna lekcja, ale gdy już się ją zaliczy i zaakceptuje warunki, Afryka odwdzięczy się, dając poczucie wolności, jakiej większość z nas jeszcze nie doświadczyła.

Afryka uczy cieszyć się chwilą, doznanym dobrem, spotkaniem z drugim człowiekiem. Życie tu jest trudne, wymaga wiele wysiłku i codziennego mozołu. Dlatego każda dobra chwila jest ważna i warta, by ją przeżyć w pełni. My, Europejczycy, rzadko czujemy, że jesteśmy tu i teraz, nasze myśli na ogół krążą wokół planów lub wspomnień. Na specjalnych warsztatach uczymy się na nowo odczuwać rzeczywistość, żyć uważnie. W Afryce uczy tego spotkanie z drugim człowiekiem.

Jeśli mówimy, jesteśmy słuchani, jeśli o coś pytamy, otrzymamy odpowiedź najpełniejszą z możliwych. Nasz rozmówca patrzy nam w oczy, widzi naszą twarz, nasze reakcje. Jesteśmy w centrum jego uwagi. I tego samego oczekuje od nas.

Jeśli razem jemy, smakujemy jedzenie i rozmawiamy o tym.

Jeśli coś nas rozśmieszy, śmiejemy się z tego głośno, do rozpuku. Śmieją się nasze usta, oczy, brzuch boli od śmiechu. I zarażamy się nawzajem śmiechem. Śmiejemy się razem.

Jeśli razem tańczymy, oddajemy się rytmowi. Tańczą nasze głowy, ręce, nogi, całe ciało. Tańczą nasze myśli i serca. Nie zastanawiamy się, czy tańczymy ładnie, lepiej czy gorzej od innych. Tańczymy, krew pulsuje, brakuje tchu, czujemy radość, jesteśmy częścią tanecznego kręgu, jesteśmy razem. Kto choć raz tak tańczył, nie zapomni tego nigdy, a o ludziach, z którymi tak tańczył, już zawsze będzie myślał z największą czułością, jak o bliskich.

Afryka obdarzyła mnie wieloma takimi chwilami. Podarowała spotkania z ludźmi, szczególnie z kobietami. Czasem były to tylko godziny, czasem kilka wspólnych dni, czasem tygodni. Ale zawsze był to ważny czas, przeżyty RAZEM, mocno.

Nie zawsze mogłyśmy porozmawiać, niekiedy wystarczały gesty, mowa twarzy, rąk, wspólnie spędzony czas, dzielone przeżycie. Czasem razem pracowałyśmy, wędrowałyśmy, czasem spotykałyśmy się ponownie po latach.

Ta książka to zapis spotkań, opowieści o niezwykłych kobietach z Afryki. Pięknych, silnych, prawdziwych. Każde z tych spotkań czegoś mnie nauczyło. O Afryce, o życiu, o mnie samej. Każda z zapisanych historii to także próba opowiedzenia o jakiejś cząstce dzisiejszej Afryki, o jej różnych obliczach. To oczywiście tylko kolejna próba, bo jak napisał Ryszard Kapuściński we wstępie do książki Heban: „Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody, mówimy – Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje”[2].

Zatem nawet nie myślę o tym, aby jakkolwiek Afrykę opisać, sumować. To niemożliwe tym bardziej, że daleka jestem od obiektywizmu. Bo Afryka posiadła mnie na własność, a ja nie potrafię i nie chcę się od niej uwolnić.

Wczesnym rankiem w Jambiani, wiosce rybackiej na wschodnim wybrzeżu Zanzibaru, kobiety wychodzą na plażę zbierać algi przyniesione przez fale. W długich sukniach brodzą w wodzie po pas w promieniach wschodzącego słońca. Wyglądają niczym duchy oceanu.

Bardzo daleko

BARDZO DALEKO „Gdzie jest twój dom?” – spytała najstarsza z kobiet.

„W Polsce, w Europie” – odpowiedziałam. Jej oczy wyraźnie mówiły, że to obce nazwy. Nie budzą żadnych skojarzeń.

„Czy to daleko stąd?” – drążyła dalej.

„Jakieś trzynaście tysięcy kilometrów” – odpowiedziałam. Znowu pytające spojrzenie.

Jak to wytłumaczyć komuś, kto nie mierzy odległości kilometrami. Choć wędruje po sawannie i buszu w poszukiwaniu pastwisk dla stad. Dniami, tygodniami… Zaczęłam nerwowo przeliczać te kilometry na czas marszu. Średnio pięć kilometrów na godzinę, to daje dwa i pół tysiąca godzin marszu. Dziennie mogą wędrować pewnie pięć–sześć godzin. Czyli moje trzynaście tysięcy kilometrów to pięćset dni wędrówki, ponad szesnaście miesięcy. Czyli dwa razy tyle, ile dzieli jedną porę deszczową od drugiej.

„Gdybyś szła każdego dnia od pory deszczowej do pory deszczowej i potem jeszcze raz do kolejnej pory deszczowej, doszłabyś do mojego domu.”

Błysk zrozumienia w jej oczach. „To daleko – westchnęła. Dwoje dzieci.”

Teraz ja nie rozumiałam. Dwoje dzieci?

Rozejrzałam się po wiosce. Kobiety z dziećmi przy piersi, kobiety w ciąży, z maleństwami śpiącymi w skórzanych płachtach na plecach…

Mężczyźni są w wioskach właściwie tylko w porze deszczowej, kiedy w pobliżu jest wystarczająco dużo paszy dla stad. Gdy z początkiem pory suchej zaczyna jej brakować, wyruszają ze zwierzętami w poszukiwaniu nowych pastwisk. Kobiety zostają w wioskach, a brzuchy wielu z nich rosną. Po ośmiu–dziewięciu miesiącach, z nastaniem kolejnych deszczy, mężczyźni wracają. Wtedy też rodzą się dzieci, poczęte podczas poprzedniej pory deszczowej.

Wioskę Himba od Warszawy dzieli dwoje dzieci.

To bardzo, bardzo daleko.

TURKANA – PODRÓŻ DO PRAPOCZĄTKÓW

KENIA 2008, 2013

Północ zaczyna się tam, gdzie kończy się asfalt. I gdzie parasolowate akacje rzucają ażurowy cień na spalone słońcem sawanny. Z tyłu zostają góry Aberdare, rozległe farmy Laikipii i prawie zawsze skryty w chmurach masyw Mount Kenya.

Zachodnia brama Północy to Maralal, stolica krainy Samburu, w czasach kolonialnych ostatnia stanica wojsk brytyjskich, poza którą nie wypuszczano białych osadników. Kilka piaszczystych ulic z drewnianymi sklepami nazywanymi duka i ostatnie na trasie stacje benzynowe. Tu trzeba zatankować wszystkie kanistry. I kupić zapas wody. Między rzeźnikiem a sklepem z barwnymi tkaninami ktoś na desce namalował znajomo brzmiący napis Hard Rock Cafe. Strzałka kieruje do lichej budki na tyłach sklepu. Uliczny handlarz zagaduje: Mesju, kacziadzia, czip kacziadzia, proponując zakup samochodowej ładowarki do telefonu. Zresztą można u niego kupić wszystko: od kart telefonicznych po piekielnie mocną tabakę czy khat. Żucie liści tej rośliny, choć nielegalne, jest w Kenii powszechne. Pobudza, znosi uczucie głodu, dodaje energii. W większych dawkach wprowadza w stan błogiego letargu.

Rude pustynie, pola czarnych kamieni i gorący wiatr. Tu można poczuć, jak stara jest Afryka. Tak stara, jak Ziemia.

Za Maralal droga robi się wyboista i pełna kamieni. Czasem bywa nieprzejezdna, gdy krótki, gwałtowny deszcz spowoduje wezbranie rzeki przecinającej szlak. Wtedy trzeba czekać dzień, dwa lub trzy, aż woda spłynie, a błoto wyschnie. Afrykańskie błoto nie przepuści nikogo. Ale nie dziś. Jest luty, środek pory suchej. Deszcze przyjdą w czerwcu–lipcu, jeśli w ogóle przyjdą.

W miarę posuwania się na północ ziemia robi się sucha, spękana, rośliny karleją. Liście na krzewach buszu i akacjach stają się coraz drobniejsze, za to kolce chroniące je przed zwierzętami – coraz dłuższe. Na horyzoncie ciągną się wyniosłe pasma gór Karisia i Ol Doinyo Lenkiyo, a czasem znienacka wyrastają z buszu pojedyncze potężne skały. Coraz mniej stałych wiosek, czasem tylko naprędce sklecone chaty pasterzy. A potem już nic.

Upał tężeje z każdym kilometrem. Z pewnością przekracza czterdzieści stopni, może sięga pięćdziesięciu. Na rozpalonym białym niebie ani jednej chmury. Tylko samotne, bezlitosne słońce. I uporczywy, silny, gorący wiatr, który nie przynosi ulgi. Wręcz przeciwnie – parzy skórę, wysusza gardło i oczy, a ze spalonej ziemi podnosi czerwony pył, który wciska się wszędzie. Nie ma już krzewów, pojawiają się tylko drobne suchorośla, ani śladu traw.

Z czasem wokół już tylko pola kamieni i żwirowe pustynie w surowych kolorach: od beżu i szarości przez rude brązy po czerń. Kamienie – gładkie, czasem idealnie okrągłe – leżą na rozległych równinach w regularnych rzędach, w niewielkich kręgach lub małych kopcach. Są pozostałością starych skalnych platform, rozkruszanych przez miliony lat, nieporuszone i szlifowane przez gorący wiatr. Tu widać, jak stara jest Afryka, niemal tak stara jak Ziemia. To jej prapoczątki. Czas odmierzany przez zegary, a nawet przez życie kolejnych pokoleń, nie ma tu znaczenia.

Droga, a raczej jej ślad, wspina się i pokonuje kolejne pasmo rdzawych wzgórz. Za nimi otwiera się niewiarygodny widok na połyskujące w słońcu ogromne jezioro Turkana. Gorący wiatr z trudem pozwala utrzymać się na nogach. Szmaragdowe wody jeziora ciągną się aż po horyzont rozcięty linią wulkanicznych wzgórz na Wyspie Południowej. Ich zarys przypomina kształtem grzbiet gigantycznego krokodyla.

Surowy i zarazem niewiarygodnie piękny krajobraz okolic jeziora Turkana. Turkusowe wody jeziora kontrastują z brązami, szarościami i czernią kamienistej pustyni.

Czy taki właśnie widok zobaczyli odkrywcy jeziora: węgierski arystokrata Samuel Teleki i austriacki oficer Ludwig von Höhnel? Przybyli tu w marcu 1888 roku po wielomiesięcznej podróży dnem Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Turkana, największe bezodpływowe jezioro Afryki, leżące w odległym i trudno dostępnym rejonie, odkryli jako ostatnie. Nazwali je Jeziorem Rudolfa, na cześć fundatora ich ekspedycji, austriackiego księcia Rudolfa Habsburga Lotaryńskiego, który półtora roku później wraz ze swą ukochaną popełnił głośne samobójstwo w zamku Meyerling. W 1975 roku władze niepodległej Kenii zmieniły nazwę jeziora na Turkana.

Na skalistych, pokrytych kamieniami brzegach jeziora nie ma roślin, czasem rośnie niewielkie drzewo o idealnie białej korze Z pozoru uschłe, czeka na pojawiający się raz na wiele miesięcy deszcz, by śpiesznie zakwitnąć i wydać nasiona w ciągu zaledwie kilku tygodni. Gdzieniegdzie drobnolistna akacja dzielnie opiera się wiatrowi. Okolica wydaje się martwa i pusta.

*

Podczas suszy Turkana nie budują nawet tymczasowych wiosek. Wędrują wciąż dalej i dalej w poszukiwaniu pożywienia dla stad. Muszą zadowolić się skleconymi z gałęzi szałasami. Szukają choćby skrawka cienia, ale nawet on jest ażurowy.

A jednak nawet tu, w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, żyją ludzie. To lud Turkana. Wieczni wędrowcy, podążający za swoimi stadami w poszukiwaniu wody i pastwisk. Tylko oni od stuleci potrafią tu przetrwać. Żyją z dala od ludzkich siedzib, zachowując stare tradycje, obrzędy, a nawet stroje.

Teraz nastał dla nich trudny czas: od dawna panuje susza, deszcz nie padał od prawie dwóch lat. Coraz trudniej znaleźć pożywienie dla stad krów, kóz, owiec i wielbłądów, wysychają kolejne studnie. Zwierzęta padają, ludzie zaczynają głodować, najsłabsi – umierać.

Pod kępą rachitycznych akacji widać czyjeś sylwetki. Wraz z Josephem podjeżdżamy bliżej. Mamy ze sobą wodę, mąkę, herbatę i cukier. To cenne produkty, szczególnie teraz, gdy pieczołowicie gromadzone zapasy mleka suszonego w słońcu na proszek, nasion moczonych we krwi zwierząt i dzikich owoców pewnie się skończyły. A stada są daleko.

Turkanki mają zazwyczaj „podręczne” stadko kóz. Ich mlekiem karmią dzieci. Gdy susza zabije ostatnią, pozostaje zjeść mięso i sięgnąć po zapasy przygotowanego zawczasu mleka w proszku. Kobiety suszą je na słońcu na rozciągniętych krowich skórach.

*

Podjeżdżamy, Joseph pyta, czy możemy przyjść się przywitać. Na rozłożonych wprost na ziemi kozich skórach siedzą dwie starsze kobiety, przy jednej – małe dziecko. Obok młoda kobieta i paroletnia dziewczynka z młodszą siostrą czy braciszkiem na ręku. Z tyłu widać dwa sklecone półszałasy, pół – bo to zaledwie półkola uplecione z gałęzi i okryte gdzieniegdzie kawałkami folii, szmat, skór. Wysokie na metr służą jako osłona przed silnym, wiejącym stale z tego samego kierunku wiatrem. Na ażurowych ścianach wiszą drewniane pojemniki, skórzane bukłaki i sakiewki oraz – oznaka cywilizacji – blaszany kubek i żółty plastikowy kanister. Parę metrów dalej palenisko. Kamienny krąg, w nim na żarze niewielki garnek. Obok maleńka kózka. Piecze się w całości, ze skórą. Pewnie padła i teraz posłuży za skromny posiłek. Milkniemy zawstydzeni. Właśnie wysiedliśmy z samochodu pełnego zapasów wody i jedzenia. Turkanki też o tym wiedzą, ale żadna z nich nie wykonuje najmniejszego gestu, o nic nie prosi, nie pyta.

Zielone naszyjniki na szyi kobiety oznaczają, że jest uzdrowicielką. Korale w tym kolorze noszą też wróżbici. Czasem także leczą, ale przede wszystkim przepowiadają przyszłość. Wróżą najczęściej z wnętrzności ofiarnych zwierząt, a niektórzy… rzucając sandałami. Przepowiadają zdarzenia ze śladów, jakie sandały pozostawiły na ziemi.

Joseph ze szczególnym szacunkiem wita się z najstarszą z kobiet. „To witch doctor – wyjaśnia – uzdrowicielka”. Można to poznać po jej naszyjnikach z zielonych korali. Zielony to kolor symbolizujący piękno, w niektórych klanach zarezerwowany dla uzdrowicieli i wróżbitów. Znają się na roślinach, z prawie każdej pozyskują składniki maści, naparów. Leczą krwią i moczem zwierząt, upuszczają chorym „złą krew”. Leki dają czasem nie tylko choremu, ale i jego najbliższym, by ich wzmocnić i ustrzec przed chorobą. Gdy trzeba, przeprowadzają operacje i usuwają zęby. Wiedza medyczna jest tajemna i przekazywana z pokolenia na pokolenie. To wielki zaszczyt mieć uzdrowiciela w rodzinie; częściej są nimi mężczyźni.

Kobieta wyprostowana niczym struna siedzi wpatrzona w horyzont. Jej szczupła twarz o pięknych, regularnych, nieco męskich rysach ma łagodny wyraz. Z przyzwoleniem kiwa głową, gdy Joseph zadaje kolejne pytania.

Jest pierwszą żoną, przewodzi kobietom w rodzinie swojego męża. Siedząca obok niej starsza kobieta to druga żona, a młoda dziewczyna – trzecia, ostatnio poślubiona. Dość często zdarza się, że starszy mężczyzna za kolejną żonę bierze młodszą o 30–40 lat dziewczynę. To prawie pewne, że umrze, gdy ona będzie jeszcze w pełni sił. Aby zabezpieczyć przyszłość jej i jej dzieci, zawiera się umowę. Jeśli mąż umrze, zostanie ponownie poślubiona wyznaczonemu z jego braci albo synowi pierwszej żony.

Wielożeństwo ma wiele dobrych stron. Szczególnie tu, w ekstremalnie trudnym środowisku. Turkana to nomadzi, rodziny przez większą część roku wędrują. Mężczyźni na wiele miesięcy odchodzą ze stadami. Kobiety muszą sobie radzić same z codziennością: budową chat, przenosinami, dziećmi, starcami, opieką nad „podręcznymi” stadami. Muszą zdobywać pożywienie i wodę, wyprawiać skóry na ubrania, zbierać drewno na opał, żywić rodzinę, gromadzić zapasy na czas głodu. W pojedynkę nie dałyby rady – razem mają większe szanse. Wzajemna pomoc sięga czasem bardzo daleko. Gdy kobieta jest bezpłodna, nie zostaje porzucona przez męża ani odesłana do rodziców, jak to się często zdarza u innych ludów. Dostaje nowo narodzone dzieci od innych żon swojego męża i wychowuje je jak własne. Ale to nie oznacza tylko obowiązków. Ma wszelkie prawa biologicznej matki, na przykład prawo do udziału w posagu za wydanie za mąż córek. A biologiczne matki też czuwają nad swoimi dziećmi, są w pobliżu. Praktyczne? Ludzkie.

Ta dziewczyna, jeszcze prawie dziecko, lubi się stroić. Świadczy o tym imponujący stos naszyjników. Bardzo spodobały się jej moje skromne niebieskie koraliki. Nie mogła oderwać od nich oczu, więc dołączyły do jej kolekcji.

Mężatki łatwo odróżnić od panien. Obok wielu innych kolczyków noszą ślubne – z metalu, w kształcie liścia, a na szyi metalową obręcz zakładaną w dniu ślubu, jak u nas obrączka. Zależnie od przynależności do klanu metal ma kolor żółty (mosiądz, miedź lub brąz) albo biały (aluminium) lub czarny (żelazo). Liczba, a raczej wysokość stosu naszyjników mężatki świadczy o zamożności męża. Dowodem wysokiego statusu jest taka liczba naszyjników, aby kobieta mogła wygodnie opierać podbródek o leżący na górze płaski ozdobny naszyjnik chin. Ta dbałość o wygodę ma sens, bo mężatki nigdy nie zdejmują naszyjników; wyjątek to ciężka choroba i trzy dni po śmierci męża, gdy żony zmarłego odprawiają uroczystości żałobne.

Dwie młode turkańskie mężatki. Ta po lewej nosi tradycyjne kolczyki – kółeczka z kozich rogów nanizane na metalowe koła. Ta po prawej to piękność. Naturalna przerwa między górnymi jedynkami to szczyt marzeń każdej kobiety.

Wielowarstwowe naszyjniki Turkanek robione są głównie z koralików. Cenniejsze są korale szklane, powszechne – mniejsze, plastikowe. Sprowadzane są głównie z… Czech. Pierwsze szklane korale trafiły do Afryki Wschodniej już w XVI wieku, przywiezione przez białych handlarzy jako towar na wymianę z tubylcami. Już wtedy były produkowane w Europie Środkowej. Tradycja, jak widać, przetrwała.

Kolory naszyjników nie są przypadkowe. Każdy z nich coś symbolizuje. Czerwony to kolor krwi, chroni przed złymi duchami, szczególnie po śmierci kogoś z rodziny, gdy duchy zmarłych czyhają na żywych. Niebieski to kolor wody i nieba, kolor dostatku i płodności. Czarny symbolizuje cień, chłód, ale też spokój. Odpędza czarownice, odczynia uroki. Czarne paciorki często zawiesza się na szyjach dzieci, by chroniły je przed chorobą. Biały to kolor zwierząt ofiarnych, znak pokoju i pomyślnego losu. Pomarańczowy lub żółty symbolizuje burze wywoływane przez demony śmierci. Nosi się go, by prosić duchy przodków o pomoc i ochronę. Zielony to kolor bujnych traw, najpiękniejszego widoku dla pasterzy Turkana. Symbolizuje piękno. Noszą go też uzdrowiciele i wróżbici.

Jezioro Turkana bywa nazywane Szmaragdowym Morzem z powodu takiego właśnie koloru wody. Najlepiej widać to z lotu ptaka. Wtedy można też podziwiać stożki wulkanów wyrastające z dna i piękny rysunek linii brzegowej.

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition © 2016 Edipresse Polska SA

Copyright for text and photos © 2016 by Beata Lewandowska-Kaftan

Edipresse Polska SA | ul. Wiejska 19 | 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Konik (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Jeż

Korekta: Izabela Jesiołowska, Ewa Mościcka

Projekt okładki, makiety, skład i łamanie: Dariusz Poziomy

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl | e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22 | (pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

Druk i oprawa: EDICA, Poznań

Książkę wyprodukowano na papierze Magno volium 115 g dostarczonym przez ZING Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7945-468-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

FOTOGRAFIE: Beata Lewandowska-Kaftan, a także: Jacek Kaftan – tył okładki oraz strony: 80, 81, 83, 184, 190–191, 226; Magda Sadkowska – strony: 198, 246, 249, 253, 259, 261, 262, 265; Sebastian Sielewicz – strony: 172–173, 244, 250, 256–257, 258, 266, 267; Monika Hołodowska – strona 270; Julia Zabrodzka – strona 175; Robert Gutowski – strony: 30, 33. Z archiwum Rodziny Sapiehów pochodzą fotografie na stronach: 41, 43, 44, 47, 50, 51, 52, 53, 54–55, 57, 58, 59, 61, 62, 63.

Lulu Sturdy udostępniła fotografie na stronach: 200, 202, a także fotografie autorstwa Emily Fairweather – strona 219; Vanessy Kimbell – strona 215; Jeroena van Loon – strony: 204, 205, 208, 209, 210–211, 212, 214, 220; Joe Milesa – strony: 207, 208, 216, 217, 218; Davida Plutha – strona 206.

Przypisy

[1] John Reader, Afryka, National Geographic, 2001, s. 7.

[2] Ryszard Kapuściński, Heban, Czytelnik, Warszawa 1998.