Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Adrian Mole lat 39 i pół. Czas prostracji ebook

Sue Townsend

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Adrian Mole lat 39 i pół. Czas prostracji - Sue Townsend

 

Myślisz, że życie cię przerasta? Poczekaj! Wytrzymasz znacznie więcej!

Kryzys wieku średniego Adriana Mole’a to spiętrzenie wszystkich możliwych nieszczęść. Księgarnia, w której pracuje, musi zostać zamknięta, matka zgłasza się do kontrowersyjnego show, by wyznać wstydliwy rodzinny sekret, syn Glenn pyta o sens służby w Afganistanie, żona przestaje mieścić się w rozmiar 42, a następnie wdaje się w romans z lokalnym arystokratą. I wreszcie lekarze rozpoznają u Adriana raka prostaty, mimo że ma dopiero czterdzieści lat.

Życie na przedmieściach Leicester nie przypomina sielanki, ale Adrian mierzy się z problemami w typowy dla siebie sposób: opisując je w dzienniczku i okraszając humorem. W ten sposób powstaje pogodna opowieść o tym, że nawet jeśli życie nas przerasta, nie oznacza to, że nie może być jeszcze gorzej. To także pełna ciepła i humoru historia zmagania się z codziennymi trudnościami i walki z chorobą.

Sue Townsend w świetnej formie w ósmej odsłonie przygód popularnego bohatera.

To najbardziej szczera – i najbardziej wzruszająca – książka o życiu z rakiem, jaką można sobie wyobrazić. […]Adrian jest everymanem walczącym w świecie, który nigdy nie wytycza mu łatwych ścieżek.

„The Telegraph”

Zastanawiałem się, czy Sue Townsend napisze jeszcze kiedyś równie cudowną książkę jak Adrian Mole i broń masowego rażenia. I udało się.

opinia czytelnika, amazon.co.uk

Sue Townsend (ur. 1946) w wieku piętnastu lat rzuciła szkołę; mając lat osiemnaście, wyszła za mąż i urodziła pierwsze z czworga dzieci. Zanim dwadzieścia lat później wygrała konkurs na sztukę telewizyjną, pracowała w wielu nisko płatnych zawodach, starając się utrzymać rodzinę. W pierwszej połowie lat 80. książką Adrian Mole lat 13 i ¾. Sekretny dziennik (1982; W.A.B. 2002) rozpoczęła zawrotną karierę pisarską. Kolejne tomy serii ugruntowały jej sukces. Autorka opublikowała również powieści spoza cyklu: Królowa i ja (1991, wyd. pol. 1994), Numer 10 (2002; W.A.B. 2005) oraz Królowa Camilla (2006; W.A.B. 2008). Obecnie łączny nakład kolejnych części dziennika sięga dziesięciu milionów egzemplarzy, a wszystkie książki Townsend ukazują się w tłumaczeniach na ponad trzydzieści języków.

Opinie o ebooku Adrian Mole lat 39 i pół. Czas prostracji - Sue Townsend

Fragment ebooka Adrian Mole lat 39 i pół. Czas prostracji - Sue Townsend

SUE TOWNSEND

Adrian Mole lat 39 i pół

Lata prostracji

przełożyła Magdalena Koziej

Tytuł oryginału: Adrian Mole: The prostrate years

Copyright © Lily Broadway Productions Ltd. 2009

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Książkę tę dedykuję Seanowi, z wyrazami miłości i podziękowaniami. A także profesorowi Mike’owi Nicholsonowi oraz zespołowi z oddziału nefrologii w Leicester General Hospital.

Podziękowania

Nie mogłabym napisać tej książki bez pomocy Baileya, Seana, Colina i Louise

2007

sobota 2 czerwca 2007

Czarne chmury nad Mangold Parva. Pada od niepamiętnych czasów. Kiedy wreszcie przestanie?

GŁÓWNE ZMARTWIENIA:

1. Glenn walczy z talibami w Prowincji Helmand.

2. Księgarnia zarobiła dziś tylko 17,37 funta.

3. Ostatniej nocy trzykrotnie oddawałem mocz.

4. Bliski Wschód.

5. Czy moi rodzice mają aktualny plan pogrzebowy? Nie stać mnie na ich pochówek.

6. Moja córka Gracie wykazuje alarmujące cechy stalinowskie. Czy to normalne zachowanie u dzieci poniżej piątego roku życia?

7. Minęły dwa miesiące i dziewiętnaście dni, od kiedy ostatni raz kochałem się ze swoją żoną Daisy.

Czasami czuję, że nie zależy jej na mnie tak jak kiedyś. Dawno już nie odkrawała dla mnie czubków gotowanych jajek. Mimo że od trzech lat mieszka w Mangold Parva, jeszcze nie kupiła sobie kaloszy. Jest jedyną matką, która czeka pod bramą szkoły w butach na dwunastocentymetrowych obcasach. To wskazuje na zupełny brak oddania wobec mnie i angielskiej wsi. W pierwszym miesiącu naszego małżeństwa zbieraliśmy razem jeżyny i próbowała robić z nich przetwory. Teraz, cztery lata później, blizny pozostałe po oparzeniach wrzącym dżemem niemal całkiem zniknęły, a ona kupuje dżem jeżynowy Bonne Maman za 3,50 funta! To niedorzeczne, skoro można kupić dżem Co-op’sa za 87 pensów!

Wczoraj zastałem ją płaczącą nad jej starą aktówką. Gdy spytałem, o co chodzi, zaszlochała:

– Tęsknię za Dean Street.

– Kto to jest Dean Street? – zapytałem.

Cisnęła teczkę na podłogę i z wściekłością kopnęła torbę z nawozem kompostowym firmy John Innes.

– Dean Street, miejsce, idioto – odparła tym spokojnym, sarkastycznym tonem, który budzi we mnie grozę.

Ale przynajmniej się do mnie odezwała, choć nadal unika kontaktu wzrokowego. W zeszłym tygodniu, gdy szukałem w torebce żony swojego trymera do usuwania włosów z nosa, natrafiłem na notes firmy Paperchase w rozmiarze A5 z wymalowanymi na okładce potworami, wyglądającymi na nieszkodliwe. Po otwarciu notesu ku swemu zaskoczeniu ujrzałem na pierwszej stronie notkę zaadresowaną do mnie:

Adrianie, jeśli znalazłeś mój dziennik i czytasz te słowa, nie czytaj już dalej. Ten dziennik jest moim jedynym powiernikiem. Proszę, uszanuj moje życzenie i pozwól mi zachować odrobinę prywatności.

Zamknij ten notes i odłóż go na miejsce.

Natychmiast!

Czytałem dalej.

Drogi Dzienniczku!

Zamierzam prowadzić cię codziennie i niczego nie zatajać. Nie ma osoby, której mogę powiedzieć, co czuję. Adrian załamałby się nerwowo, moi rodzice i siostra powiedzieliby: radziliśmy ci, żebyś za niego nie wychodziła, a moje przyjaciółki: przecież ci mówiłyśmy. Ale prawda jest taka, dzienniczku, że czuję się głęboko nieszczęśliwa. Nienawidzę mieszkać w tym Ciołkowie, gdzie żaden z tych buraków nie słyszał o White Cube Gallery albo kawie macchiato, gdzie uważają, że Russel Brand to rodzaj czajnika elektrycznego. Czy kocham swojego męża? Czy kiedykolwiek go kochałam? Czy mogę żyć z nim, dopóki śmierć nie zabierze jednego z nas albo obojga?

Usłyszałem trzask tylnych drzwi i Daisy weszła z ogrodu. Szybko odłożyłem dziennik do jej torebki i nie wiedzieć czemu zawołałem:

– Daisy, kiedy wypadają oficjalne urodziny królowej?

Weszła do salonu i spytała:

– A dlaczego chcesz wiedzieć? Chyba nie napisałeś dla niej jednego z tych swoich wierszy, co?

Gdy schyliła głowę, by przypalić sobie papierosa, mimowolnie zauważyłem, że ma już trzy podbródki. Ostatnio widziałem też, jak majstrowała przy naszej gadającej wadze łazienkowej, więc waga przestała cokolwiek mówić.

Przestałem jej towarzyszyć przy kupowaniu ciuchów, od kiedy dostała szału w przymierzalni w Primark, gdy utknęła w bluzce o rozmiarze 42 i kierowniczka sklepu musiała uwalniać ją z niej za pomocą nożyczek. Przez całą drogę do domu powtarzała: „Doprawdy, nie rozumiem, przecież noszę czterdziestkę”. Nawet mój przyjaciel Nigel, który jest prawie ślepy, ale rozróżnia kształty, powiedział ostatnio: „Rany boskie, Daisy tyje w oczach. Wpadła do mnie ostatnio, a ja myślałem, że to moja szopa ogrodowa dostała nóg”.

Gdy Daisy wyszła do kuchni, kusiło mnie, by wyjąć jej dziennik i czytać dalej, ale się nie odważyłem.

Zmywałem po kolacji (sałatka z tuńczykiem z puszki, młode ziemniaki, salsa buraczana, truskawki z własnego ogródka, substytut śmietany Elmlea), gdy przyszła Daisy i wyjęła z kredensu paczkę pełnoziarnistych herbatników w czekoladzie. Później, po zmyciu blatów kuchennych i zataszczeniu pojemnika na śmieci i kartonów do recyklingu na koniec podjazdu, poszedłem do salonu, żeby obejrzeć wiadomości na Channel Four i niestety zauważyłem, że Daisy zjadła trzy czwarte paczki herbatników. Nie powinienem nic mówić. Trzeba było trzymać gębę na kłódkę. Kłótnia, jaka potem nastąpiła, przypominała wybuch wulkanu.

Gracie nastawiła na cały regulator odbiornik DVD, na którym oglądała High School Musical 2, i zagroziła:

– Przestańcie wrzeszczeć, bo wezwę policję!

Matka, która jak wiadomo mieszka po sąsiedzku, przyleciała sprawdzić, czy Daisy mnie nie zabiła. Zakończyła kłótnię, przekrzykując nas:

– Daisy, przestań się oszukiwać! Oczywiście, że nosisz numer czterdzieści cztery! Pogódź się z tym! Evans, Principles, a nawet Dawn French sprzedają ubrania dla grubych kobiet.

Daisy rzuciła jej się w ramiona, a matka wściekłym ruchem głowy nakazała, bym wyszedł z pokoju.

Tego ranka Daisy nie stała w drzwiach, by patrzeć, jak wsiadam na rower i ruszam do pracy, a gdy dojechałem do wylotu drogi dojazdowej i odwróciłem się, by zamachać, nie dostrzegłem żony w oknie. Przechodzę kryzys psychiczny. W nocy wstaję co najmniej trzy razy, a nawet więcej, gdy pozwolę sobie na kieliszek wina po Newsnight. W rezultacie jestem wykończony, a rankiem muszę jeszcze zmierzyć się ze swoimi rodzicami (z którymi mamy wspólną ścianę), narzekającymi, że budzi ich ciągłe spuszczanie wody.

Ponieważ pedałowałem pod wiatr, jazda do księgarni zabrała mi więcej czasu niż zwykle, a gdy dojechałem w okolice Leicesteru, moje spóźnienie jeszcze się zwiększyło. Wyglądało na to, że na wszystkich głównych drogach porobiono wykopy w celu ułożenia nowych rur kanalizacyjnych. Patrząc na to z perspektywy niechętnego posiadacza szamba, wprost skręcałem się z wściekłości i zawiści. I jak tu się dziwić, że moja żona usycha z tęsknoty za metropolią? Nie zaspokajam jednej z jej podstawowych potrzeb życiowych. Za nasze prymitywne warunki sanitarne obwiniam swojego ojca, bo pieniądze, które podczas budowy Chlewików odłożyliśmy na system kanalizacyjny, zostały wywalone na podjazd dla jego wózka inwalidzkiego. A przecież to jego wina, że miał wylew – jedynym ćwiczeniem gimnastycznym, jakie wykonywał przez lata, było stukanie palcem wskazującym w pilota od telewizora. A jakby tego było mało, nadal pali trzydzieści papierosów dziennie i obżera się grzankami i skórkami wieprzowymi w chilli.

Przeklinam dzień, w którym moi rodzice kupili dwa zrujnowane chlewy i zamienili je na dwie jednostki mieszkalne. We wczesnych dniach mojej niewypłacalności byłem wdzięczny za chlewikowy dach nad głową, ale bez wątpienia zapłaciłem za to swoją cenę.

Kolejnym moim zmartwieniem jest porażka w roli ojca. Gracie przyszła wczoraj ze szkoły z namalowanym mazakiem rysunkiem zatytułowanym Moja rodzina. Dzienniczku, na próżno szukałem wśród patykowatych postaci reprezentacji samego siebie. Poczułem się głęboko zraniony własną nieobecnością. Gdy zapytałem Gracie, dlaczego nie umieściła mnie na obrazku, zważywszy na to, że z podatku odciąganego z mojej pensji szkoła kupuje mazaki i płaci pensję jej nauczycielce, w odpowiedzi zmarszczyła tylko brwi. By uniknąć zwykłej eskalacji konfliktu – szlochów, wrzasków, oskarżeń – odwróciłem jej uwagę, otwierając paczkę wafelków z różowym nadzieniem.

Kiedy spytałem żonę, dlaczego jej zdaniem Gracie wykluczyła mnie z portretu rodzinnego, Daisy odparła:

– Najwidoczniej uchwyciła twoje oderwanie emocjonalne.

Kiedy zaprotestowałem, wręcz śmiesznie ją poniosło i wrzasnęła:

– Gdy wracasz z pracy, siadasz w oknie i gapisz się przed siebie z otwartą gębą!

Na swoją obronę oświadczyłem:

– Nigdy nie nuży mnie ten widok, te drzewa w oddali, światło zanikające na niebie.

– To nie jakaś pieprzona Kornwalia – warknęła Daisy. – Z okna widać tylko błotniste pole i szpaler cyprysowców Leylanda, które zasadził twój ojciec, by „zachować prywatność”. A przecież pies z kulawą nogą tu nie zagląda.

niedziela 3 czerwca

Posesja Chlewiki nr 1

Bottom Field

Lower Lane

osiedle Mangold Parva

hrabstwo Leicester

niedziela 3 czerwca 2007

Wielce Szanowny Pan

Deputowany Gordon Brown

Kanclerz Skarbu

11 Downing Street

London SW1A 2AB

Szanowny Panie,

Pisałem ostatnio do Pana do Ministerstwa Skarbu w związku z wielką niesprawiedliwością, jaka mnie spotkała. Według mojego lokalnego biura podatkowego nadal zalegam z sumą 13 137,11 funta. Ten „dług” został zaciągnięty w czasie, gdy pracowałem u obłudnego restauratora w Soho jako kucharz przyrządzający potrawy z podrobów.

Zdaję sobie sprawę, iż jest Pan bardzo zajęty, ale byłbym Panu dozgonnie wdzięczny, gdyby znalazł Pan czas, by rzucić okiem na list, który wcześniej wysłałem (1 marca 2007, poleconym), a następnie wystosować do mnie pismo potwierdzające moją niewinność.

Pański uniżony i posłuszny sługa,

A.A. Mole

PS. Sugeruję, by zajął się Pan tym, zanim zostanie Pan premierem.

PPS. Gratulacje w związku z tym, że tak świetnie Pan sobie radzi, mając tylko jedno oko. Wstępuje Pan w szeregi innych jednookich znakomitości, takich jak Peter Falk (Columbo), George Melly, Nelson i, rzecz jasna, Cyklopi.

poniedziałek 4 czerwca

To, co zaczęło się jako sprzeczka na temat właściwego sposobu gotowania ziemniaków (ja na początku wrzucam je do zimnej, Daisy zaś do wrzącej wody), przerodziło się w pełne łez i złości potępienie naszego małżeństwa.

Lista moich małżeńskich zbrodni jest długa: za głośno jem chipsy, prasuję dżinsy w kant, nie chcę płacić więcej niż pięć funtów za fryzjera, co roku noszę w butonierce ten sam sztuczny kwiat maku (nabyty w 1998 roku) w trakcie listopadowych obchodów rocznicy zawieszenia broni w roku 1918, wrzucam za dużo suszonych ziół do spaghetti bolognese, piszę zwariowane listy do sławnych ludzi, zarabiam za mało pieniędzy, w związku z czym nie możemy wyprowadzić się z chlewika.

– Nie rozumiem, dlaczego za mnie wyszłaś – powiedziałem pod koniec jej diatryby.

Daisy spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu i odparła:

– Szczerze mówiąc, też nie wiem. Przypuszczam, że cię kochałam.

– Kochałaś? – zapytałem. – Czy naumyślnie użyłaś czasu przeszłego?

Daisy znów wpadła we wściekłość i wrzasnęła:

– Nasze małżeństwo się wali, a ty potrafisz tylko rozprawiać na temat gramatyki.

– To rażąco kontrapozycyjne wobec tego, co w istocie powiedziałem – zaprotestowałem.

– Posłuchaj no siebie – rzuciła. – Nikt tak nie mówi, Adrianie. Nikt nie mówi „kontrapozycyjne”.

– Will Self zapewne nie omieszkałby użyć tego słowa w codziennej konwersacji – odparłem. – Nawet we własnych uszach zabrzmiałem jak pan Pooter.

Nie lubię takich konfrontacji. Czyżbym zmieniał się w jednego z tych facetów w średnim wieku, którzy sądzą, że kraj schodzi na psy i że nie było porządnej muzyki od czasów ABBY?

wtorek 5 czerwca

Dzienniczku, tak sobie myślałem o tym wczorajszym wpisie i z pewnym niepokojem odkryłem, że sądzę, iż kraj schodzi na psy oraz że nikt jeszcze nie przebił ABBY.

środa 6 czerwca

Dziś wyszło słońce. Nie chodzi mi o to, że wyszło w sensie metaforycznym, ale że prawdziwe słońce wychynęło zza nisko zawieszonych szarych chmur, które od miesięcy pokrywały niebo. W powietrzu snuła się ciężka woń głogu i większość wody wyparowała z dziur na naszej drodze dojazdowej. Powiedziałem Daisy, że słońce wszystkim nam dobrze zrobi, podniesie poziom serotoniny i zapobiegnie krzywicy.

– Dla mnie słońce znaczy tylko tyle, że muszę ogolić nogi – burknęła Daisy.

Nie jest już tą kobietą, którą poślubiłem. Dawna Daisy, która tak lubiła rozkoszować się słońcem, leżałaby w bikini na ręczniku rozciągniętym na płaskim dachu naszego chlewika i łapałaby każdy promień.

Kiedy zasugerowałem, że mogłaby się poopalać, oczy zaszły jej łzami.

– Widziałeś, jaki mam ostatnio rozmiar? – spytała.

Dzienniczku, co się stało z moją żoną? Czy naprawdę myśli o mnie to, co napisała w swoim notatniku? Czy jeszcze kiedykolwiek będziemy uprawiać seks? Nawet moim rodzicom udaje się to robić co drugi czwartek. Muszę wkładać sobie zatyczki do uszu z powodu niepokojących odgłosów dochodzących zza wspólnej ściany działowej.

poniedziałek 11 czerwca

Pan Carlton-Hayes jest chory. Z samego ranka dowiedziałem się o tym z rozmowy telefonicznej z Leslie/Lesliem, zaprzyjaźnionej z nim osoby. Od lat zachodzę w głowę, czy Leslie jest mężczyzną, czy kobietą, lecz wciąż pozostaję w tej kwestii ciemny jak tabaka w rogu. Leslie może być kobietą o niskim głosie, à la minister Ruth Kelly, albo mężczyzną o wysokim głosie, jak piłkarz Alan Ball.

O Leslie/Lesliem wiem tylko tyle, że mieszka razem z panem Carltonem-Hayesem, jest nietowarzyski/ka, lubi Sibeliusa oraz różowe kokosowe i lukrecjowe cukierki.

Zapytałem Leslie/Lesliego, co dolega panu Carltonowi-Hayesowi, a on/ona odparł/a:

– Ach, więc on nic o tym nie wspominał? Ojej, obawiam się, że mam do przekazania raczej złe wieści. Ojej...

– To może ja poczekam, aż mu się poprawi – wtrąciłem pospiesznie.

Słyszałem oddech Leslie/Lesliego. Brzmiało to tak, jakby miała/miał chore płuca.

Jakaś klientka, kobieta z jedną wielką brwią, spytała, czy mamy na składzie coś na temat wczesnych surrealistów. Nakierowałem ją na biografię Mana Raya. Byłem wdzięczny za chwilowe oderwanie mnie od rozmowy. Poprosiłem Leslie/Lesliego o chwilę cierpliwości i zacząłem ochoczo namawiać jednobrewą do zakupu. Pan Carlton-Hayes błędnie ocenił poziom zainteresowania książkami o wczesnych surrealistach w Leicesterze, więc trudno było się pozbyć tych pięciu egzemplarzy o Manie Rayu. Z kolei nie doszacował zapotrzebowania na napisaną przez murzyna „autobiografię” Wayne’a Rooneya.

Gdy wróciłem do telefonu, Leslie/Lesliego już nie było. Chciałem od razu oddzwonić, ale jednobrewa podeszła do kasy z Manem Rayem. Kiedy wyszła, wybrałem numer Leslie/Lesliego, ale po dwóch sygnałach odłożyłem słuchawkę.

niedziela 17 czerwca, Dzień Ojca

O szóstej dwadzieścia rano obudził mnie smród spalenizny i wrzask Gracie, która krzyknęła mi do samego ucha:

– Pobudka, tato! Dzień Ojca!

Pognałem do kuchni, gdzie ujrzałem dym unoszący się z tostera, płatki kukurydziane rozsypane u swych stóp, mleko rozlane na stole, nóż do masła w cukierniczce. Gracie kazała mi usiąść przy stole i dała kartkę, którą przygotowała przy pomocy Daisy. Szczerze mówiąc, Dzienniczku, byłem wyraźnie rozczarowany. Na złożonym na pół kartoniku widniał napis „Tata” wykonany z kawałków makaronu, które w wielu miejscach odpadły, pozostawiając tylko ślady kleju. W środku był napis: „ot Gracie”.

Łagodnie zwróciłem jej uwagę, że „od” jest napisane z błędem.

Skrzywiła się i odparła bezczelnie, że tak pisze się „od” w Ameryce.

– Sądzę, że się mylisz, Gracie – odparłem.

– Bo co, byłeś w Ameryce? – zapytała.

Musiałem przyznać, że istotnie, nigdy w Ameryce nie byłem.

– A ja byłam – oświadczyła Gracie. – Wpadłyśmy tam raz z mamą, jak siedziałeś w księgarni.

Dałem za wygraną. Jest onieśmielającą przeciwniczką.

Żałuję teraz, że dobrowolnie zgłosiłem swoją kandydaturę na autora/reżysera i producenta Trupy Teatralnej Mangold Parva. Próby kiepsko idą, a ja oblewam się potem na myśl, że do premiery zostało nam tylko jedenaście miesięcy.

Posesja Chlewiki nr 1

Bottom Field

Lower Lane

osiedle Mangold Parva

hrabstwo Leicester

Szanowny Panie Trevorze Nun,

Pańskie nazwisko podała mi Angela Hacker, autorka i dramatopisarka będąca moją sąsiadką. Napisałem sztukę pod tytułem Zaraza!, której akcja toczy się na średniowiecznej wsi. To elegijny dramat, w którym ma wystąpić sześćdziesięciu aktorów oraz kilkoro zwierząt, głównie domowych.

Angela pomyślała, że mógłby Pan udzielić mi paru rad w kwestii opanowania tak wielkiej obsady.

Jak zapewne pan zauważył, załączyłem egzemplarz Zarazy!, aby mógł Pan zapoznać się z tekstem. Gdyby chciał się Pan zaangażować w to przedsięwzięcie, proszę jak najszybciej mnie o tym powiadomić.

Z poważaniem,

A.A. Mole

SCENA I

Burza. Wchodzi grupa mnichów w habitach i sandałach. Jeden z nich, bardziej dystyngowany, niesie szkatułę. To OPAT GODFRIED, święty mnich lat około pięćdziesięciu. [Notatka dla inspicjentury: odkurzacz z rurą włożoną w wylot powietrza ustawiony z boku sceny może stworzyć wiatr w czasie „burzy”.]

OPAT GODFRIED: Słuchajcie, Bracia! Zaiste tęgo duje wicher, tuszę, iż musim się schronić w tym przeklętym miejscu.

Pojawia się kmieć. Ma na imię John i zmierza do domu na kolację złożoną z kukurydzianych klusek w wywarze ze świńskiego ucha.

OPAT GODFRIED: Stój, kmieciu! Gdzież to podążasz tak żwawym krokiem?

KMIEĆ JOHN: Idę do domu na kolację, święty mężu.

OPAT GODFRIED: Jak się zowie to ohydne miejsce?

KMIEĆ JOHN: A nijak, panie. Mamy tu jeno młyn, parę poletek i kilka lepianek.

OPAT GODFRIED: Wżdy w czasie burzy i lepianka licha zda się prześwietnym pałacem, kmieciu.

Doszli na Plac Wiejski, gdzie stoi różnorodny tłumek złożony z trzydziestu pięciu kobiet i mężczyzn. Z lewej kulisy wychodzi zgraja psów, która maszeruje przez scenę. Kury wydziobują ziarno u stóp wieśniaków. OPAT GODFRIED trzyma szkatułę wysoko w górze. Tuż za nim podąża gruby mnich, BRAT DUNCAN, który lubi obserwować ptaki, i chudy mnich, BRAT ANDREW, który cierpi na ataki paniki.

KMIEĆ JOHN: Co masz w tym pudełku?

OPAT GODFRIED: Trzewia i odbyt Króla Jana.

Wieśniacy i zwierzęta padają na kolana.

OPAT GODFRIED: Jego serce zostało pochowane w Yorku. Tuszę, iż to obmierzłe miejsce wybornie się nada na królewski odbyt.

Wieśniacy wiwatują, a psy szczekają.

KONIEC SCENY I

poniedziałek 18 czerwca

Właśnie zobaczyłem w starym egzemplarzu „Leicester Mercury” zdjęcie faceta nazwiskiem Harry Plant, który obchodził swoje sto dziewiąte urodziny. Sto dziewiąte! Brał udział w bitwie o Passchendaele w czasie pierwszej wojny światowej, gdy miał dziewiętnaście lat.

Pan Plant ma na głowie mnóstwo włosów, właściwie to nawet przydałoby mu się strzyżenie. Zastanawiam się, na czym polega jego sekret?

Posesja Chlewiki nr 1

Bottom Field

Lower Lane

osiedle Mangold Parva

hrabstwo Leicester

Dom Opieki pod Wierzbami

Bevan Road

Dewsbury

Leeds

Szanowny Panie Plant,

Gratuluję osiągnięcia wspaniałego wieku stu dziewięciu lat. Czy zechciałby Pan zdradzić mi sekret swojej długowieczności? Szczególnie interesuje mnie to, jak udało się Panu zachować włosy.

Z wdzięcznością przyjmę wszelkie porady związane z dietą, nawykami itd.

Z poważaniem,

uniżony sługa

A.A. Mole

List (pisany drżącą ręką)

Szanowny Panie Mole!

Dziękuję za uprzejme zainteresowanie. Nie mam żadnych nawyków żywieniowych, jem to, co przeciętny Anglik.

Co do moich włosów, ucieram cebulę i nakładam jej sok na włosy przed pójściem spać.

Pozdrawiam

Plant

Posesja Chlewiki nr 1

Bottom Field

Lower Lane

osiedle Mangold Parva

hrabstwo Leicester

Dom Opieki pod Wierzbami

Bevan Road

Dewsbury

Leeds

Szanowny Panie Plant,

Bardzo dziękuję za odpowiedź na mój poniedziałkowy list.

Czy zechciałby Pan udzielić mi jeszcze porady co do tego, jakiej cebuli używać?

Z góry dziękuję.

Z poważaniem,

A.A. Mole

wtorek 19 czerwca

Spytałem dziś Daisy, czy zechciałaby zagrać Elizę Hepplethwaite, wiejską dziwkę z Zarazy!. Powiedziałem, że musiałaby nosić czerwone pończochy, skudloną perukę, naklejane brodawki i mieć poczernione zęby.

– Nie zapominaj, że akcjaZarazy! toczy się w epoce przedcolgate’owej – dodałem tytułem wyjaśnienia.

– Czy będziesz zdziwiony, gdy powiem „nie”? – zapytała. – Ale możesz zaproponować tę rolę Marlene Webb z hotelu dla psów, ona ma bardzo średniowieczne zęby.

– Muszę wyznać, że jestem srodze zawiedziony, Daisy. Miałem nadzieję, że będziesz popierać moje działania teatralne. Nie mów, że Zaraza! nie jest dobra. To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek napisałem. Dałem jeden egzemplarz pastorowi, a on przysłał mi list z gratulacjami. – Wyjąłem rzeczony list z portfela i pokazałem go Daisy.

Drogi Adrianie!

Tylko krótki liścik. Jestem olśniony. Gratuluję pierwszej wersji Zarazy!. Zapewnienie każdemu członkowi ponadsześćdziesięcioosobowej obsady co najmniej dwóch linijek tekstu to nie lada wyczyn.

Obawiam się, że wcześniej podjęte zobowiązania zmuszają mnie do odrzucenia twojej uprzejmej propozycji zagrania roli Durnego Dicka.

Tak jak prosiłeś, przekazałem tekst swojej żonie. Powiedziała, że przeczyta go, jak tylko skończy przekopywać się przez dzieła zebrane Iris Murdoch.

Z Bogiem,

Simon

środa 20 czerwca

Tony Blair lata po świecie w ramach podróży pożegnalnej. Moja matka mówi, że nie zdziwiłaby się, gdyby wyśpiewał My Way na szczycie schodków prowadzących do samolotu.

Oglądaliśmy razem z Daisy na Channel Five film dokumentalny o pewnej Amerykance, pod tytułem Najgrubsza kobieta świata. Ta kobieta, niejaka Cindy-Lou, nie może się podnieść ze swojego specjalnie wzmocnionego łóżka. Jest tak gargantuicznie wielka, że jej koszula nocna uszyta jest z dwóch prześcieradeł w rozmiarze XXXL.

– Jeśli nie będę uważać, mogę skończyć jak Cindy-Lou – powiedziała Daisy.

niedziela 24 czerwca

Ulewny deszcz. Kiedy to się skończy?

O siódmej obudziły mnie dzwony kościelne. Jak zwykle poczułem się winny, że nie chodzę do kościoła, chociaż w dwudziestu procentach jestem agnostykiem, a w osiemdziesięciu ateistą. Znów zasnąłem i wtedy z kolei obudził mnie telefon.

Dzwonił Glenn z Afganistanu, wykorzystując część darmowych połączeń z rodziną. Poprosił, bym dał dziewczynie, którą spotkał w klubie nocnym Dude’s, adres jego poczty wojskowej. „Nie mogę o niej zapomnieć, tato” – powiedział. „Myślę, że to może być ta jedyna”. Gdy spytałem o nazwisko i adres dziewczyny, odparł: „Nie usłyszałem, tato, muzyka była za głośna. Ale gdybyś wpadł przypadkiem na głównego bramkarza z Dude’s, Tiny’ego Curtisa, w sobotę wieczorem, czy mógłbyś przekazać mu wiadomość? Masz coś do pisania, tato?”.

Zacząłem gmerać w szufladzie szafki nocnej, ale nie mogłem znaleźć ani jednego działającego przyboru do pisania. Świadom upływu bezcennych sekund, sięgnąłem po czarną konturówkę, którą Daisy ma zawsze pod ręką, nawet gdy śpi, i zapisałem następującą wiadomość:

Joł, Tiny. Jak leci, brachu? Pamiętasz tę dziewczynę, z którą wpadłem ostatnio? Czy mógłbyś jej powiedzieć, że według mnie jest niezłą laską i chcę, żeby napisała do mnie do Afganistanu? Powiedz też, żeby przysłała zdjęcie. Dzięki, brachu.

Można by pomyśleć, że ten chłopak wychował się w Harlemie, a nie na powojennym osiedlu domów komunalnych w Leicesterze. Oznajmiłem Glennowi, że na pewno nie „wpadnę przypadkiem” na Tiny’go przed klubem nocnym Dude’s w sobotni wieczór, ponieważ po zmroku nie bywam w centrum.

– Proszę, tato – powiedział Glenn. – To może być ostatnia rzecz, jaką dla mnie zrobisz. Talibowie są coraz bliżej.

Nie mogłem więc odmówić.

Na lunch do pubu Pod Niedźwiedziem w Mangold Parva szliśmy pod drzewami, z których skapywała woda.

– Jeśli wkrótce nie wyjdzie słońce, cała Anglia przejdzie załamanie nerwowe – zawyrokowała matka.

Gracie nie chciała iść po kałużach na ścieżce, chociaż po raz pierwszy miała na sobie czerwone kaloszki, i upierała się, by siedzieć na kolanach mojego ojca jadącego na wózku.

– Adrianie, to dziecko nie będzie nigdzie chodzić, jeśli wciąż będziesz mu ustępował w takich sytuacjach – powiedziała matka. – A poza tym nie będzie jej wygodnie. Na nogach twego ojca nie ma teraz ani grama tłuszczu.

– Zostaw ją w spokoju, Pauline, bo dopiero się zacznie – odezwała się Daisy. – Chcę spokojnie zjeść lunch.

Matka ruszyła dziarsko przed siebie, mrucząc pod nosem:

– Kręcisz sznur na własną szyję. – Próbowała przy tym przypalić sobie papierosa na ostrym czerwcowym wietrze.

Ku swemu zaskoczeniu po wejściu do pubu usłyszałem radosne okrzyki. Zdziwiło mnie to, ponieważ rodzina Mole’ów nie jest zbyt popularna w okolicy od czasu incydentu z pojemnikami na śmieci na kółkach. Okazało się jednak, że radość obecnych wywołała wiadomość, że Tony Blair wreszcie zrezygnował z funkcji przywódcy Partii Pracy, a w środę ustąpi ze stanowiska premiera. Powinienem był przyłączyć się do tych radosnych pokrzykiwań, tymczasem poczułem, że łzy napływają mi do oczu. Pan Blair unicestwił uczucia i szacunek, jakie dla niego żywiłem, na wojnie, na której stracił życie przyjaciel mojego syna.

Wróciłem myślami do tego cudownego majowego dnia, kiedy to płatki wiśni wirowały w promieniach wiosennego słońca – jak gdyby drzewa rozrzucały konfetti, by uczcić zwycięstwo Nowej Partii Pracy. Byłem wówczas młody i pełen nadziei. Wierzyłem, że pan Blair z tą swoją mantrą „edukacja, edukacja, edukacja” zmieni Anglię w kraj, w którym ludzie na przystankach autobusowych będą rozmawiać o Tołstoju i poststrukturalizmie, ale tak się nie stało. Mój własny ojciec myśli, że Tate Modern to nowy rodzaj kostek cukru.

Gdy stanęliśmy w kolejce do bufetu, gdzie kroi się pieczyste, matka zaczęła rozprawiać entuzjastycznie o Gordonie Brownie, mówiąc, że jest ciemnowłosy, ma twarz pobrużdżoną jak skała i solidną budowę. Daisy przestała porównywać soczystość wyłożonych kawałków wołowiny, wieprzowiny, jagnięciny oraz indyka i powiedziała:

– Północna ściana Eigeru też jest pobrużdżona i solidna. Różnica polega na tym, że ona ma więcej inteligencji emocjonalnej.

Daisy twierdzi, że kiedy pracowała w Londynie jako specjalistka od public relations, krążyły słuchy o jakiejś medycznej przypadłości Gordona Browna. Zdaniem matki Gordon Brown ma wszelkie przymioty, jakich ona szuka u mężczyzny. Jest zamknięty w sobie i otacza go aura grozy, zupełnie jak pana Rochestera z Jane Eyre. Matka ostatnio zrobiła się całkiem oczytana. Pochłania cztery powieści tygodniowo, przygotowując się do napisania autobiografii. Cha, cha, cha!

Lunch w pubie był całkiem przyzwoity, ale wciąż tęsknię do niedzielnych obiadów babci. Żadna jadłodajnia nie potrafi podrobić jej kruchego puddingu Yorkshire ani chrupiących pieczonych ziemniaków. Podczas gdy kroiliśmy swoje porcje mięsa (zdecydowaliśmy się na wołowinę, oprócz Gracie, która wzięła „piracki specjał” – paluszki rybne i przepaskę na oko), ojciec powiedział:

– Wszystko sobie przeliczyłem w głowie. Każde z nas zabuliło z sześć funtów za to cholerne świństwo, a danie Gracie kosztowało około czterech. To dwadzieścia osiem funciaków! Ile kosztuje porządny kawałek wołowiny? – Spojrzał na matkę i Daisy, które odpowiedziały mu obojętnym wzrokiem. Chyba żadna z nich nie miała pojęcia, jak brzmi odpowiedź. – Kawałek wołowiny, odrobina warzyw... – ciągnął ojciec. – On na nas zarabia! – Powrócił do zgarniania resztek sosu z talerza.

– Na tym przecież polega kapitalizm – zauważyłem. – Sądziłem, że popierasz system kapitalistyczny, ale może ostatnio zmieniłeś poglądy?

Czyżby to niezrozumienie podstawowych zasad rządzących biznesem było oznaką pierwszych objawów alzheimera?

Po sali przechadzał się właściciel pubu, Tom Urquhart. Z jakichś powodów nigdy nie lubił naszej rodziny. Właściwie z nim nie rozmawiałem od dnia, w którym poprosiłem, by zainstalował toaletę dla niepełnosprawnych przeznaczoną dla mojego ojca. Jego żałosny wykręt brzmiał:

– Toaleta dla niepełnosprawnych zepsułaby charakter pubu. Niedźwiedź był tu jeszcze w czasach, zanim rozwiązano klasztory.

Kiedy zwróciłem mu uwagę na to, że w armii Cromwella było wiele przypadków inwalidztwa (z powodu licznych amputacji), odwrócił się do mnie plecami i zaczął majstrować za barem przy dozownikach od butelek.

Skończył nam się sos pieczeniowy, ale nie chciałem zwracać się do Urquharta. Poszedłem więc z pustą sosjerką wprost do kuchni, a gdy stanąłem w drzwiach, doznałem szoku na widok Kath Urquhart, właścicielki, którą Jamie Briton, kucharz odbywający praktykę, całował w kark. Szybko cofnąłem się od drzwi, ale myślę, że mogli mnie zauważyć.

Ku niezadowoleniu matki wróciłem do stolika z pustą sosjerką.

– O rany, sam bym przyniósł, ale nie wiem, czy mój wózek zmieści się między stolikami – jęknął ojciec.

Matka chwyciła pustą sosjerkę i niemal biegiem ruszyła do kuchni, zniknęła za jej drzwiami, po czym natychmiast pojawiła się z powrotem. Szukałem jakichś oznak wskazujących na to, że była świadkiem skandalicznego zachowania pani Urquhart, ale twarz matki stanowiła jak zwykle maskę stworzoną z podkładu Max Factor i rozczarowania życiowego.

poniedziałek 25 czerwca

Padało cały dzień. Strumień na końcu naszego pola szemrze. Matka zapytała, czy moim zdaniem pole zostanie zalane. Zapewniłem ją, że według Tony’ego Wellbecka z poczty zalało je tylko kilka razy w ciągu ostatniego dziesięciolecia.

List od pana Planta.

Szanowny panie Mole!

Hiszpańskiej.

Z poważaniem

Plant

PS. Proszę już więcej do mnie nie pisać.

wtorek 26 czerwca

Dziś pan Blair po raz ostatni sprawuje urząd premiera Wielkiej Brytanii. Spodziewam się, że spędzi go na próbach naprawienia swojej reputacji.

Może odwiedzi szpital i złoży wizytę ciężko rannym żołnierzom, którzy służyli w Iraku.

Ostatniego dnia w biurze pan Blair podejmował Arnolda Schwarzeneggera.

Gdy patrzę dziś na pana Blaira, widzę słabego człowieka, który zaciągnął nas na wojnę z powodu własnej próżności. Wszystko, co zrobił dla kraju, zdaje się sypać. Jestem ateistą, ale gdyby się okazało, że Bóg jednak istnieje, pomyślałbym, że to On zaaranżował ten biblijny deszcz, który spadł na spuściznę grzechów Blaira – kasyna, pornografię w telewizji, popijawy, zbrodnie z użyciem noża i kredyty od ręki. Wiążę wielkie nadzieje z panem Brownem, człowiekiem konkretnym, pełnym powagi, umiejącym liczyć. Myślę, że jest skrytym socjalistą, który wejdzie pod Numer Dziesiąty tak jak Clark Kent wszedł do budki telefonicznej. Jestem przekonany, że wyłoni się stamtąd jako Superman.

Moja matka ma hysia na punkcie boleściwych wspomnień, obecnie czyta Dziecko zwane niczym. „Mogłabym napisać książkę” – powiedziała dziś wieczorem.

Sądzi chyba, że to nadałoby znaczenie jej życiu.

środa 27 czerwca

W kraju alarm powodziowy. Ludzie z Hull już przechodzą przez najgorsze.

Zajrzałem do rodziców, by się z nimi zobaczyć i zapłacić im naszą ratę kredytu hipotecznego. W telewizji leciały wiadomości. Przyglądałem się nowym przedstawicielom władzy stojącym przed Numerem Dziesiątym w pierwszym dniu urzędowania pana Browna. On sam wyglądał, jakby przeszedł transplantację ust i po raz pierwszy wypróbowywał swój uśmiech, a machanie ręką wychodzi mu żałośnie.

Matka powiedziała o pani Brown:

– Biedna Sarah, dwoje małych dzieci pod opieką, mąż pracoholik, wszystkie te tartinki do przygotowania i dygnitarze, z którymi trzeba się spotykać.

– Dlaczego mówisz o niej „Sarah”? – spytałem. – Przecież jej nie znasz.

– Wszystkie kobiety są dla mnie jak siostry – odparła. – To coś, czego nigdy nie zrozumiesz, Adrianie.

Ojciec oświadczył:

– Wygląda na porządną babkę i przynajmniej ma usta normalnego rozmiaru.

A więc Gordon Brown jest teraz kapitanem stojącym u steru krajowego statku. Miejmy nadzieję, że pokieruje Wielką Brytanią tak, iż wyminiemy skały i wypłyniemy na spokojne i zamożne wody oraz ku światłu na końcu tunelu. Spodziewam się, że lada dzień pan Brown potępi decyzję Tony’ego Blaira o inwazji na Irak.

Wciąż pada. Poziom rzeki Sense – wysoki. Miejscami przerwała brzegi. Dziś musiałem oddać mocz aż dwanaście razy.

21.00

Posesja Chlewiki nr 1

Bottom Field

Lower Lane

osiedle Mangold Parva

hrabstwo Leicester

środa 27 czerwca 2007

Wielce Szanowny Gordon Brown

Premier i Kanclerz Skarbu

10 Downing Street

London SW1A 2AA

Szanowny Panie Premierze,

Kreślę parę słów, by spytać, czy miał Pan okazję rzucić okiem na dokumenty dotyczące moich spraw podatkowych?

Z poważaniem,

zatroskany obywatel

A.A. Mole

czwartek 28 czerwca

Daisy dołączyła do Strażników Wagi w ośrodku kultury, więc musiałem podwieźć ją tam na bagażniku swojego roweru, bo za nic w świecie nie włożyłaby kaloszy, a uliczka jest zalana z powodu nieustannych deszczy.

Nie było warto wracać do domu – miała tam spędzić tylko godzinę – więc umówiłem się z nią w pubie Pod Niedźwiedziem, kiedy już ją zważą i zrobią inne rzeczy, które robią Strażnicy Wagi.

Daisy przyszła, klapnęła ciężko na siedzenie obok mnie i oznajmiła:

– Ważę osiemdziesiąt dwa kilo i osiemdziesiąt pięć deka.

Zapaliła papierosa.

– Osiemdziesiąt dwa kilo i osiemdziesiąt pięć dekagramów to dobrze czy źle? – zapytałem.

– Byłoby świetnie, gdybym była bokserem wagi półciężkiej – odparła. – Ale ponieważ mam metr pięćdziesiąt osiem wzrostu i jestem drobnokoścista, to jest źle, a nawet bardzo źle.

Chwyciła moją szklankę z piwem i osuszyła ją do dna, potem otarła usta wierzchem dłoni i powiedziała:

– W dniu ślubu ważyłam pięćdziesiąt siedem kilo i sześćdziesiąt deka.

Zauważyłem, że zaczyna wpadać w jeden ze swoich stanów depresyjnych, więc rzuciłem szybko:

– Teraz jest więcej do przytulania.

Najwyraźniej te słowa nie zdały się na nic.

Podszedłem do baru, by zamówić dla niej podwójną wódkę z tonikiem (ze słomką, ale bez lodu i cytryny).

Do pubu wtarabaniła się grupa tęgich bab w dresach. Obsiadły jeden mały stolik i wszystkie zapaliły papierosy. Bar zaczął wkrótce przypominać ostatnią scenę z Casablanki, tę z mgłą nad pasem startowym.

– Czy to twoje koleżanki Strażniczki Wagi? – spytałem.

– Nie – odparła Daisy, która orientowała się we wszystkim, co dzieje się we wsi. – Trenują do sponsorowanego biegu, by zebrać fundusze na uratowanie poczty.

– Uratowanie przed czym?

– Przed zamknięciem – wyjaśniła Daisy, przypalając sobie kolejnego papierosa.

– Właśnie zgasiłaś poprzedniego, a był wypalony tylko do połowy – zauważyłem.

Jej odpowiedź była bardzo gwałtowna, zważywszy na to, że znajdowaliśmy się w miejscu publicznym:

– Słuchaj no, panie Czyste Płuca. Od tej niedzieli jaranie w pubie będzie wbrew pieprzonemu prawu. Chcę więc wypalić, ile się da, póki można.

Natychmiast powróciłem do bezpieczniejszego tematu poczty.

– Nie mogą jej zamknąć – jęknąłem. – Korzystam z niej co najmniej trzy razy w tygodniu. A co będzie z tatą? To jego jedyne regularne wyjście z domu, uwielbia dzień wypłaty emerytury.

Daisy walnęła szklanką w stół i wrzasnęła do stojącego za barem Toma Urquharta:

– Tą stoliczną można by poić niemowlęta. Przestań ją rozwadniać, do cholery, to nie lemoniada!

Czasami chciałbym, żeby Daisy nie została wychowana na wolnego ducha i nauczyła się nieco hamować w miejscach publicznych. Miała w nosie, że Urquhart coś tam mruczy na jej temat i że wszyscy obecni w pubie się na nią gapią.

Podszedłem do kobiet w dresach, by spytać, czy mogę przyłączyć się do kampanii na rzecz obrony poczty. Wyjaśniłem, że z powodów osobistych nie jestem w stanie wziąć udziału w sponsorowanym biegu, wskazując mimochodem na swoje nogi.

– Wiem, kim jesteś – powiedziała jedna z kobiet, ubrana w białoróżowy dres, w takim samym odcieniu jak lody kokosowe. – Widziałam cię przy szkolnej bramie. Mieszkasz w jednym z tych chlewów – piszesz sztukę dla parafii. Czy mogłybyśmy dostać w niej role?

Powiedziałem, że napiszę dla nich scenę, a one śmiały się i przybijały piątki nad stołem swoimi tłustymi łapskami.

22.00

Gdy wracaliśmy do domu, deszcz bębnił w parasol. Gibbet Lane przypominała bardziej kałużę niż drogę. Przez większość drogi musiałem pchać Daisy. Nie było to łatwe zadanie – z bokserem wagi półciężkiej na ramie roweru.

Powiedziałem, że jak sobie wreszcie nie kupi tych kaloszy, to ja...

– No, co zrobisz? – zapytała, mocniej zaciskając ręce wokół mojej szyi.

Nie odpowiedziałem. Wie, że z miłości zrobię wszystko.

Pole było tak zalane, że woda sięgała mi do kostek, ale byłem w kaloszach. Musiałem zanieść Daisy aż do samych drzwi wejściowych.

Gdy wkładałem klucz do zamka, matka stanęła w swoich drzwiach i powiedziała:

– Widziałam, jak słaniasz się na drodze. Czy ona znowu jest pijana?

Daisy zsunęła się z moich pleców i parsknęła:

– Znowu, Pauline? Znowu? Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam pijana!

– A ja owszem – odparła matka. – To było wczoraj. Wpadłam do was, żeby wycyganić fajkę, a ty leżałaś jak kłoda na kanapie.

– Bawiłam się z Gracie w oddział nagłych wypadków! – zaperzyła się Daisy.

Tymczasem weszliśmy do ciasnego przedpokoju. Zdjąłem przemoczony płaszcz i spodnie, włożyłem szlafrok i wszedłem do salonu. Matka i Daisy zostały w przedpokoju i coś tam do siebie szeptały. Nagle usłyszałem, jak matka mówi podniesionym głosem:

– Myślisz, że uda ci się wciąż mydlić mu oczy, ale mnie nie nabierzesz, Daisy!

Zanim poszliśmy do łóżka, sprawdziłem zapasy alkoholu w kuchennym kredensie. W jednej butelce została odrobina wódki, a wszystkie bożonarodzeniowe likiery i nowinki alkoholowe (w tym urodzinowy prezent od Nigela: tequila ze skorpionem) zniknęły.

piątek 29 czerwca

Pan Carlton-Hayes, który wrócił do pracy w poniedziałek, powiedział, że nieustający deszcz przypomina mu powódź z roku 1953, kiedy to jego ciotka została zmieciona przez wodę ze swojego bungalowu w Skegness, zniesiona z prądem i zatrzymała się dopiero na dachu przystanku autobusowego. Nie wyjaśnił, dlaczego nie było go w sklepie, ale zauważyłem, że bardzo ostrożnie chodzi.

niedziela 1 lipca

DZIEŃ BEZ PAPIEROSA

Doniosła chwila! Palenie w miejscach publicznych i miejscu pracy jest w Anglii zabronione. Chociaż jeśli jesteś wariatem, więźniem, członkiem parlamentu albo rodziny królewskiej, przepis ten cię nie dotyczy.

Palenie było zmorą mojego życia. Jest takie zdjęcie, na którym widnieję wraz z matką, dzień po wyjściu ze szpitala położniczego. Stoi na parkingu ze mną na ręku, druga ręka zwisa luźno u jej boku, a między palcami tkwi zapalony papieros.

Wdychałem dym od piątego dnia życia. Moje wspomnienia z dzieciństwa są zasnute kłębami dymu w zadymionych pokojach, a wyprawy samochodowe zamieniały się w koszmar przez rodziców, którzy odpalali jednego papierosa od drugiego. Z podrzędnej pozycji na tylnym siedzeniu samochodu błagałem o uchylenie okna, ale ojciec gniewnie odmawiał, twierdząc, że świeże powietrze szkodzi mu na płuca podatne na zapalenie oskrzeli. Pamiętam, jak w trakcie długiej podróży w korkach do Hunstanton sporządziłem sobie maskę na twarz z dużej chusteczki firmy Kleenex. Rodzice uznali to za przekomiczne i przez cały krótki pobyt nazywali mnie „bandziorkiem”.

Po śniadaniu (chrupki pełnoziarniste Weetabix, rogalik czekoladowy, banan) wpadłem do rodziców, by zaprosić ich na niedzielny lunch w Niedźwiedziu.

– Chcę po raz pierwszy w życiu zobaczyć, jak to jest delektować się posiłkiem w waszym towarzystwie, gdy nie dmuchacie mi dymem w twarz.

Ojciec od razu zaczął ciskać gromy.

– Co za cholerny autorytarny rząd, banda faszystów, nazistów! – wrzasnął.

Matka wyglądała na załamaną.

– To taki smutny, smutny dzień – westchnęła.

– Ale jeszcze nie koniec cywilizacji – zauważyłem, zbierając po pokoju popielniczki i opróżniając je do kosza z klapą unoszoną pedałem.

– Cóż, ale to koniec mojego małego świata – powiedziała matka.

Zaczęła biadolić nad tym, ile straci.

– Stracisz przede wszystkim suchy kaszel, ohydny smród...

Przerywając mi, matka sięgnęła po paczkę papierosów i oznajmiła rozmarzonym tonem:

– Palę od trzynastego roku życia. Gdy miałam piętnaście lat, nosiłam rękawiczki przed łokieć i używałam szylkretowej cygarniczki.

– Dziś by cię za to zlinczowali – wtrącił ojciec.

– Niby kto? – spytałem.

– Te cholerne matoły od praw zwierząt, broniące pieprzonych żółwi.

– Jako szesnastolatka chodziłam do klubu jazzowego Hot Sounds w Norwich – ciągnęła z rozrzewnieniem matka. – To właśnie tam zapaliłam swojego pierwszego disque bleu.

– Jak miałem szesnaście lat, kurzyłem już ekstra mocne capstany – rzucił chełpliwie ojciec.

Zostawiłem ich z tymi papierosowymi wspomnieniami, bo usłyszałem przez ścianę, że Daisy i Gracie się na siebie wydzierają.

Gdy wszedłem do domu, zastałem je przy kolejnej groteskowej awanturze związanej z ubraniem. Dlaczego moja córka zawsze musi być przebrana za jakąś disneyowską postać? Jest ucieleśnieniem marzeń sprzedawcy towarów promocyjnych. Wciąż pamiętam jej pierwszy dzień w szkole, kiedy to kostium pirata nie przypadł do gustu nauczycielce z zerówki i wyrwanie kordu z małych rączek Gracie zajęło mi mnóstwo czasu.

– Dlaczego nie mogę włożyć do pubu kostiumu Dzwoneczka?! – wrzeszczała Gracie.

– Możesz, ale bez skrzydeł – odpowiedziała Daisy.

– Wróżki muszą nosić skrzydła, bo inaczej nie mogłyby latać – argumentowała Gracie.

– Nie weźmiesz tych cholernych skrzydeł – warknęła Daisy. – Ostatnim razem, jak włożyłaś je do pubu, strąciłaś nimi wszystkie szklanki z sąsiedniego stołu i tata musiał zapłacić dwadzieścia pięć funtów za nowe drinki.

– Jeśli dziś moje skrzydła coś strącą, zapłacę za to z mojego miliona funtów, który mam w banku.

Daisy i ja wymieniliśmy pełne poczucia winy spojrzenia. Podwędziliśmy forsę z rachunku oszczędnościowego Gracie, żeby zapłacić ostatni rachunek za elektryczność.

Mała pomaszerowała do swojego pokoju i po chwili wyłoniła się w kostiumie Dzwoneczka ze skrzydłami. Nie miałem serca protestować. Gdy Gracie zapytała: „Wyglądam pięknie, prawda?”, zmiękłem i odrzekłem: „Tak”.

Daisy wybuchła, twierdząc, że spiskuję przeciwko niej i podważam jej autorytet. Wziąłem ścierkę i zacząłem wycierać naczynia ze śniadania, które zostawiła na blacie. Udało mi się zachować spokój, gdy gromiła mnie za rzeczywiste oraz wyimaginowane przewiny. Była to długa i znajoma lista.

Szambo.

Ona nie ma samochodu.

Zarabiam nędzne grosze w księgarni.

Ma już dość samodzielnego farbowania włosów i braku Sky Plus.

Nienawidzi smaku i faktury chleba, który piekę dwa razy w tygodniu.

Sądzi, że mieszkańcy Mangold Parva to kretyni.

Nienawidzi podawać ludziom adresu chlewika.

Uszami jej wychodzi, że moi rodzice wtrącają się do naszego życia.

Usiadła przy kuchennym stole i rozpłakała się. Był to rozdzierający serce odgłos i nagle zacząłem się bać. Gracie wyłuskała się z kontrowersyjnego dzwoneczkowego kostiumu i zaczęła wymachiwać różdżką nad głową mamy, jak gdyby czary mogły powstrzymać jej łzy.

Nie wiem, jak mogę uszczęśliwić moją żonę.

Większość posiłku w pubie Pod Niedźwiedziem Gracie i ja przesiedzieliśmy sami. Daisy i moi rodzice byli na dworze i palili na deszczu z większością stałych klientów.

– Te brednie z niepaleniem doprowadzą Niedźwiedzia do ruiny – zawyrokował Tom Urquhart.

Jedzenie mi nie smakowało. Było rozgotowane i miało dziwną konsystencję, przez co rosło mi w ustach. Podejrzewam, że kucharz Lee Grant zamiast pilnować garnków wymykał się co rusz na papierosa. Poza tym Gracie wygłaszała niekończący się monolog na temat chłopca ze szkoły, niejakiego Masona, który mieszka w jednym z domów komunalnych. Powiedziała, że przyniósł drugie śniadanie złożone z dwóch paczek chipsów, butelki coli, paczuszki żelków Haribo i paluszka serowego. Ponoć Masonowi kazano stanąć przed zgromadzeniem szkolnym, podczas gdy zawartość jego pudełka z drugim śniadaniem została publicznie zaprezentowana i potępiona przez panią Bull, dyrektorkę szkoły. Nagle nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie, że od wielu miesięcy nie rozmawiałem z Pandorą. Myślę o niej wiele razy dziennie, ale jestem dumnym człowiekiem i czekam, aż ona pierwsza do mnie zadzwoni. Zauważyłem, że do palaczy stojących w mżawce dołączył Hugo Fairfax-Lycett, spadkobierca Fairfax Hall. Gdy obserwowałem tę scenę, przypalił Daisy papierosa, a ona odrzuciła głowę do tyłu i zaprezentowała swój stały balangowy numer z wypuszczaniem kółeczek dymu. Dostrzegłem podziw na jego twarzy i ujrzałem, jak matka odpina górny guzik swojej podrabianej satynowej bluzki. Nie mam pojęcia, dlaczego kobiety szaleją na punkcie tego Fairfaksa-Lycetta. Jest o wiele za wysoki, wygląda jak wychudzony Hugh Grant i wulgarnie afiszuje się swoimi sportowymi samochodami i tweedami z Savile Row. Założę się, że od ukończenia Cambridge nie otworzył żadnej książki. Pandora starłaby go na miazgę.

Po dziesięciu minutach, które ciągnęły się całą wieczność, usłyszałem ryk silnika samochodu Fairfaksa-Lycetta, a moja rodzina wróciła na deser.

Matka odsunęła gąbczaste ciasto z brzoskwinią na brzeg talerzyka i oświadczyła:

– Jedzenie w tej knajpie się popsuło.

– Bo wszystko zeszło na psy, od kiedy nowi laburzyści przejęli władzę – rozsierdził się ojciec. – Wiecie, do kogo należy teraz nasza woda? Do pieprzonych Francuzów! I już nawet nie można sobie podłubać w nosie, bo cholerne kamery obserwują, co robisz ze swoimi gilami. Jacyś wariaci bombardują cholerne lotnisko w Glasgow, a wkrótce będziemy wszyscy stać po pas w wodzie po powodzi. Co dalej?

– Pryszczyca, George – odparł Tony Wellbeck z poczty. – Już dotarła do Hardton, a to przecież tylko półtora kilometra od Mangold.

Drogi Dzienniczku, gdyby ktoś wszedł do pubu i oświadczył, że właśnie spadła na nas plaga szarańczy, nawet powieka by mi nie drgnęła.

Czy nadchodzi koniec znanego nam świata?

Później zamierzałem szczerze rozmówić się z Daisy, ale zauważyłem, że czyta For the Sake of Argument Christophera Hitchensa i znów zrezygnowałem.

poniedziałek 2 lipca

Pan Carlton-Hayes zadzwonił, by powiedzieć, że jest „niedysponowany”. Nie lubię, gdy nie ma go w sklepie. Wprawdzie ostatnio niewiele robi, ale czuję się lepiej, gdy jest na miejscu.

Naprawdę kocha książki, ze szkodą dla swych interesów. Niedawno przyszła jakaś kobieta w średnim wieku w lenonkach, z wielkim biustem, i próbowała kupić drugie wydanie Młyna nad Flossą za sto pięćdziesiąt funtów. Przedstawiła się jako doktor Pearce i powiedziała, że szuka prezentu dla odchodzącego na emeryturę szefa anglistyki Uniwersytetu De Montforta. Pan Carlton-Hayes otworzył szklaną gablotę, w której są przechowywane książki antykwaryczne, i zdjął z półki dwutomowe wydanie żądanej książki. Podał pierwszy tom kobiecie, obserwował, jak go przegląda, a następnie odebrał jej książkę i schował ją wraz z drugim tomem z powrotem do gabloty. Gdy oszołomiona doktor Pearce wyszła z pustymi rękami ze sklepu, pan Carlton-Hayes oświadczył:

– Uznałem, że obchodzi się z nią zbyt brutalnie.

Jakby książka była psem ocalonym przez Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt.

Nic dziwnego, że księgowi radzą mu, by sprzedał Tesco teren, na którym stoi sklep. Gdy mi o tym opowiadał, ujrzałem rzadko pojawiający się na jego twarzy grymas złości. Rozłożył ręce, wskazując półki i książki leżące luzem na stertach, i spytał:

– A gdzieżby one się podziały?

Jakby chodziło o wysiedleńców.

Korzystając z nieobecności pana Carltona-Hayesa, zadzwoniłem na Uniwersytet De Montforta i zostawiłem dla doktor Pearce wiadomość, że Młyn nad Flossą jest już do sprzedania. Przyszła kilka minut przed zamknięciem sklepu. Rozmawialiśmy o George Eliot i wydawała się zadowolona z tego, że znalazła innego wielbiciela jej twórczości. Dopiero wpół do siódmej zorientowałem się, jak jest późno. Zaczekała, aż zamknę, a potem szliśmy razem High Street, ja pchając rower, a ona trzymając parasol nad naszymi głowami. Na rogu parkingu przy Holiday Inn wciągnęła mnie w rozmowę na kolejne pół godziny.

Gdy Daisy zapytała, czemu tak późno wróciłem, powiedziałem, że spadł mi łańcuch z roweru. Nie pytajcie dlaczego.

czwartek 5 lipca, powrót pana C.-H.

Gdy jedliśmy kanapki na zapleczu sklepu, dostałem esemesem powiadomienie o klęsce żywiołowej. Dwadzieścia pięć osób zginęło, a trzydzieści trzy zostały ranne podczas wybuchu, który nastąpił w barze karaoke Tianshifu w Chinach.

– Szokujące, prawda? – zwróciłem się do pana Carltona-Hayesa.

– W rzeczy samej – przyznał, wzdychając. – Karaoke w Chinach. Płacz, Konfucjuszu, płacz!

piątek 6 lipca

Zbudził mnie telefon. To była moja matka.

– Wyglądałeś na dwór? – wrzasnęła.

Wziąłem słuchawkę i rozsunąłem zasłony w sypialni. Pola zniknęły, a na ich miejscu, jak okiem sięgnąć, rozciągała się rozmigotana wodna gładź.

– Masz jakieś worki z piaskiem? – spytała matka.

– Dobrze wiesz, że nie – odparłem. – Niby czemu miałbym je mieć?

Zatelefonowałem do pana Carltona-Hayesa, że dziś nie zjawię się w pracy, na co on odrzekł:

– Istotnie, jazda przez tereny dotknięte powodzią była ekscytująca. Woda sięgała aż do błotników mojego rovera.

Większość dnia spędziłem, starając się nie dopuścić, by woda wdarła się za próg naszego domu.

Gdy woda nieco opadła, usiadłem z Gracie przed telewizorem. Listonosz Pat dostał awans, miał opuścić Greendale Village, porzucić swą czerwoną furgonetkę i zająć stanowisko średniego szczebla kierowniczego w centrali. Jakiś dureń z BBC powiedział:

– Przenosimy Listonosza Pata w nowe, dynamiczne środowisko. Historyjki będą obfitowały w wydarzenia pełne napięcia.

A więc nawet Listonosz Pat został poświęcony na ołtarzu postępu. Bez swojego munduru i czerwonej furgonetki Pat jest niczym. NICZYM!

To bezczelna próba eksploatowania komercyjnego ramienia BBC. Spodziewam się zalewu nowych towarów z Listonoszem Patem. Czy będę musiał kupić Gracie samochód Listonosza Pata, jego garnitur i aktówkę?

środa 11 lipca

Dziś mam dzień wolny. Zamierzałem przeznaczyć go na skrupulatne oznaczenie kolorami swoich płyt CD oraz uaktualnienie kilku stron komedii o seryjnym zabójcy Biała furgonetka. Myślałem o tym ostatniej nocy, gdy nie mogłem zasnąć. Oczywiście Pauline Quirke i Harry Enfield są teraz trochę za starzy, by zagrać seryjnego mordercę i jego żonę, ale Russell Brand i Amy Winehouse świetnie by się nadawali na ich zastępców.

Zamierzałem również zaproponować, że poprasuję połowę rzeczy, ale naszła mnie chęć na oglądanie telewizji i nic nie zrobiłem. O szesnastej z trudem oderwałem się od Flog It! (naprawdę chciałem się dowiedzieć, za ile poszedł na aukcji serwis kieliszków do jajek Clarice Cliff) i pognałem w kaloszach przez ostatnią kilkucentymetrową warstwę powodziowej brei na pocztę, by wysłać kartkę urodzinową do szwagierki Marigold i nadać paczkę Daisy. Sprzedała na eBayu torbę podręczną od Louisa Vuittona jakiejś babce z Nuneaton, by zapłacić firmie Severn Trent rachunek za wodę, zanim ją nam odetną. Poczmistrz i poczmistrzyni, Tony i Wendy Wellbeck, stali oboje za ladą i sprzeczali się o koszt znaczków lotniczych do Timbuktu. Podpisałem petycję za utrzymaniem naszej poczty i czekałem. Oboje uśmiechnęli się uprzejmie, gdy zauważyli mnie przy ladzie.

– Kto w Mangold Parva pisze do Timbuktu? – zapytałem.

Wendy rozejrzała się po poczcie, a następnie zniżyła głos i wymamrotała kącikiem ust:

– Nie mogę powiedzieć – poufność lub ochrona danych – ale jeśli wyskoczy pan na dwór i zerknie na Gibbet Lane...

Wyszedłem przed pocztę i ujrzałem starą panią Lewis-Masters wspinającą się małymi kroczkami na wzgórze ze swoim metalowym balkonikiem. Timbuktu? Wyglądała na kobietę, która pisze najwyżej do jakiejś dalekiej kuzynki w Sydenham na temat ściegów dziewiarskich albo o próbach porozumienia się ze swoim bankiem poprzez jego centrum informacji telefonicznej w Kalkucie.

Ważąc paczkę Daisy, pani Wellbeck powiedziała:

– Pisze do Timbuktu co dwa tygodnie, wysyła kartki na Boże Narodzenie, Wielkanoc i kartkę urodzinową na początku lipca.

Poczta w Mangold Parva jest jak żywcem wzięta z ilustrowanej książeczki Gracie, z tą różnicą, że państwo Wellbeckowie nie są wiewiórkami w strojach z epoki edwardiańskiej. Każdy centymetr przestrzeni zajmują tam półki z rzeczami na sprzedaż, ale sądzę, że Wellbeckowie dawno już stracili kontrolę nad tym całym towarem. Puszki z fasolą stoją obok pudła z kopertami do wysyłania kruchych przedmiotów, kubki z długopisami i ołówkami dzielą półkę z puszkami pokarmu dla psów i kotów. Kartki okolicznościowe, przechowywane w pudłach na buty, są pomieszane: „Najlepsze życzenia z okazji pierwszych urodzin” tkwią w tym samym pudełku co „Kondolencje w związku z Twoją niedawną stratą”.

Półki z przyborami do pisania kusiły mnie ponętnymi kołonotatnikami z dziewiczo białym papierem w czarną linię i czerwonymi marginesami. Ciągnie mnie do nich tak jak innych mężczyzn do zabawek dla dorosłych w sex shopach.

– Znowu notes? – spytała pani Wellbeck. – Zjada je pan czy co?

– Pan Mole jest domorosłym pisarzem – powiedział pan Wellbeck. Wszystko, co mówił, brzmiało nieco obraźliwie, jakby cichcem się natrząsał z rozmówcy.

– Ja to bym mogła skrobnąć książkę, pracując tutaj – prychnęła pani Wellbeck. – Nie uwierzyłby pan, czego my się tu naoglądamy i nasłuchamy.

Mam zwyczaj podpuszczać takich ludzi jak pani Wellbeck, którzy rzucają czcze przechwałki.

– Dlaczego więc nie napisze pani tej książki? – zapytałem.

Pani Wellbeck westchnęła.

– Napisałabym, a jakże, gdybym tylko miała czas.

– Wendy wspaniale pisze – wtrącił pan Wellbeck. – Słynie w rodzinie ze swoich listów.

– Ale książka to zupełnie co innego, nieprawdaż? – drążyłem. – W książce trzeba zadbać o konstrukcję, fabułę, charakterystykę postaci...

– Jej interpunkcja nie ma sobie równych – piał dalej pan Wellbeck. – Wie dokładnie, gdzie stawiać kropki.

– W takim razie musi koniecznie napisać tę książkę – zawyrokowałem.

– Mówiłam już panu, że nie mam czasu – rzuciła, moim zdaniem dość opryskliwie, zważywszy na to, że byłem klientem.

– Ależ dlaczego? Co pani robi z tymi wszystkimi godzinami, gdy pani nie pracuje? – spytałem, autentycznie pragnąc się tego dowiedzieć.

– Osiem z nich przesypiam.

– A reszta? – dopytywałem się, nie mogąc się powstrzymać, choć widziałem, że nasza rozmowa prowadzi do scysji na temat wrażliwości artystycznej.

– Gotuję, sprzątam, piorę, prasuję, rozwiązuję raz dziennie sudoku, uprawiam ogród... – Długo jeszcze ciągnęła w tę mańkę.

Tak się składa, że wiem, iż pani Wellbeck jest żarliwą wielbicielką różnych oper mydlanych. Nieraz słyszałem, jak poufale rozprawiała o rozmaitych postaciach z EastEnders, Coronation Street czyEmmerdale.

– A telewizja? – zapytałem. – Czyż ona nie pożera czasu, który mogłaby pani przeznaczyć na pisanie?

Państwo Wellbeckowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Trafiony, zatopiony! Nie ucieszyłem się jednak zbytnio z tego zwycięstwa i aby okazać współczucie pani Wellbeck, kupiłem jeszcze jeden kołonotatnik do mojej kolekcji.

W drodze do domu bez trudu dogoniłem panią Lewis-Masters, która wciąż mozolnie pięła się Gibbet Lane w strumieniach deszczu. Zacząłem kroczyć w pogrzebowym tempie u jej boku, osłaniając nas oboje swoim parasolem. Spojrzała na mnie spłoszona i przesunęła torebkę tak, że zawisła po drugiej stronie balkoniku. Aby rozluźnić atmosferę, podjąłem temat zalet wiszących koszy, które wystawiono przy każdym domu i latarni.

Obrzuciła kosze z kwiatami pogardliwym spojrzeniem.

– Gdybym była młodsza – odezwała się z akcentem, którego nie powstydziłaby się sama królowa – wymknęłabym się w nocy i zniszczyłabym te jarmarczne paskudztwa.

Zatrzymała się i wgapiła w jakieś jaskrawopomarańczowe kwiaty wylewające się z zielonej plastikowej donicy umieszczonej na wsporniku przymocowanym do ściany sklepu z kosmetykami.

– Co to za kwiaty? – zapytałem.

– Begonie – prychnęła. – Szkaradzieństwo, Margaret Thatcher świata roślin. Nieprzyjemne, apodyktyczne, wszechobecne.

Spojrzałem na starszą panią innymi oczami. Dałbym głowę, że jest zwolenniczką Thatcher.

Zanim rozstaliśmy się na szczycie wzgórza, postanowiłem wywiedzieć się, dlaczego regularnie koresponduje z kimś z Timbuktu.

– Czy daleko stąd pani mieszka? – spytałem.

– Nie, oto mój dom. – Wskazała na imponujący ceglany budynek na szczycie wzgórza.

– A więc nie jest aż tak daleko jak Timbuktu – powiedziałem i zaśmiałem się wymuszenie.

– Timbuktu? – zapytała, unosząc głowę i wbijając we mnie swoje szare oczy. – Dlaczego wspomniał pan w rozmowie tę nazwę?

– To takie powiedzonko, którego używa mój ojciec dla określenia odległości – powiedziałem, po czym się pożegnałem i spiesznie odszedłem.

Po powrocie do domu wyguglowałem Timbuktu i dowiedziałem się, że jest to główne miasto w śródlądowym państwie Mali, gdzie rzeka spotyka się z pustynią. Plemiona arabskie przywoziły tu złoto z południa i sól z północy. Niegdyś opisywane jako miejsce, w którym „wielbłąd spotyka canoe”.

czwartek 12 lipca

Gracie miała dziś potworny napad złości, gdy domagała się, by pozwolono jej nosić kostium Małej Syrenki zamiast szkolnego mundurka. Daisy i ja byliśmy bezradni w obliczu owego dziecięcego szału. Tłumaczyłem, że kostium utrudniałby jej ruchy, a konieczność wleczenia rybiego ogona przez kałuże na drodze uniemożliwiłaby wręcz dotarcie do szkoły. Poza tym Małą Syrenkę trzeba wszędzie nosić, a następnie umieszczać na „skałach”. Gracie wrzeszczała:

– Jestem rybą! Mogę dopłynąć do szkoły.

Opuściłem żonę, zostawiając ją na pastwę rozhisteryzowanej córki w pół dziecinnym, pół rybim stroju. Znów lało jak z cebra, ale nie zważałem na to. Pedałowałbym nawet podczas tajfunu, byle uciec przed wrzawą panującą w tym domu.

Pan Carlton-Hayes znów się nie pojawił. Młody człowiek w okularach w czarnych kwadratowych oprawkach spytał, czy mam coś na temat chorób tropikalnych. Wyglądał dość mizernie, więc trzymałem się na dystans i skierowałem go do półek z książkami medycznymi, gdzie otworzył podręcznik Rachel Isby Rapid Infectious Diseases and the Tropical Medicine. Studiował go przez dwadzieścia minut z coraz bardziej zatroskaną miną, po czym pospiesznie wyszedł ze sklepu, niczego nie kupując.

Po jego wyjściu spryskałem całe wnętrze środkiem antyseptycznym, tak dla bezpieczeństwa. Nie mogę pozwolić sobie na chorobę.

sobota 14 lipca

Nigel zadzwonił do mnie do pracy, by powiedzieć, że zakochał się w „niewidomym koledze”! Co za głupota! O wiele lepiej by było, gdyby Nigel zakochał się w facecie, który ma dobry wzrok. A tak Nigel i jego partner, Lance Lovett będą razem błąkać się w kółko, wpadać na meble, rozlewać drinki i wpadać pod nadjeżdżające auta!

Powiedziałem Nigelowi, że ukręcił na siebie bicz.

– Nadal mam do pomocy Grahama – zaoponował Nigel.

– Przecież Graham to pies, Nigel! Poza tym on już ledwie łazi. To nie fair oczekiwać od niego, by opiekował się dwoma niewidomymi. To dla niego dodatkowa praca.

– Nie użalaj się tak nad Grahamem – mruknął z goryczą Nigel. – Ten drań ostatnio strasznie się rozleniwił. Wczoraj poprosiłem go, by przyniósł mi czysty ręcznik z suszarki, a on nawet nie ruszył się ze swojego koszyka.

niedziela 15 lipca

Dzwonił Nigel. W histerii.

Graham nie żyje. Weterynarz powiedział, że prawdopodobnie jest martwy od co najmniej dwunastu godzin.

– I nie zorientowałeś się, że biedny pies przestał oddychać? – zapytałem zgryźliwie. – Myślałem, że niewidomi mają wyostrzony słuch.

– Mylisz mnie z Supermanem – odrzekł Nigel, szlochając. – Tak czy siak, Mole, chciałbym, żebyś przyszedł i pochował Grahama w ogrodzie za domem.

– Dlaczego ja? – powiedziałem później do Daisy. – Dlaczego ludzie zawsze proszą, żebym grzebał ich martwe psy?

– Jak to? A ile martwych psów pochowałeś? – spytała.

– Dwa – odrzekłem. – Psa Berta Baxtera, Szablę, i starego psa naszej rodziny.

– Jak miał na imię?

– Pies – powiedziałem. – Tak go nazywaliśmy.

– No cóż, dwa martwe psy w ciągu ilu lat?

– Prawie dwudziestu.

– Hm, trudno uznać to za regularność, prawda?

22.00

Nikt nie stoi po mojej stronie w kwestii psiego pochówku.

Matka oskarżyła mnie o bezduszność, mówiąc:

– Łamiesz serca dwóm ociemniałym.

Napomknąłem, że Nigel i Lance planują wyprawę kajakową po norweskich fiordach, więc bez wątpienia są w stanie wspólnie wykopać dołek, w którym zmieści się golden labrador.

Ojciec wychylił się na swoim wózku i walnął mnie w ramię.

– Sam bym wykopał ten dołek, gdyby Bóg nie zesłał na mnie udaru.

– Jaki tam Bóg, George – mruknęła matka, wydymając wargi. – To przez smażone skórki wieprzowe i czterdzieści fajek dziennie.

Po powrocie do domu zadzwoniłem do Nigela i zapytałem, czy ma łopatę.

– Nie miałem łopaty nawet wtedy, kiedy jeszcze widziałem. Po co mi ona teraz? – odparł.

W tle słyszałem szlochy Lance’a na tle sygnału Newsnight.

poniedziałek 16 lipca

Zostawiłem sklep pod opieką pana Carltona-Hayesa i zadzwoniłem po taksówkę. Daisy, która wcześniej w ogóle nie interesowała się Grahamem, uparła się, by towarzyszyć mi na pogrzebie, argumentując, że „nigdy razem nie wychodzimy”.

– Od kiedy to uczestnictwo w pogrzebie psa liczy się jako wspólne wyjście?

– Będzie tam kilku uroczych gejów, a więc pewnie i świetna zabawa – odparła.

Ubrała się od stóp do głów na czarno i nawet paznokcie pomalowała Chanel Noir. Zwróciłem jej uwagę, że odziewanie się w czerń to daremny gest, ponieważ Nigel i Lance, główni żałobnicy, mają dwa procent wzroku razem wzięci.

– Jestem na czarno, bo noszę żałobę po swoim pieprzonym życiu! – warknęła Daisy.

Zauważyłem, że taksówkarz zerknął na Daisy w lusterku wstecznym. Widziałem, że odnosi się z dezaprobatą do zachowania mojej żony, za którą ja sam się trochę wstydziłem.

Sprawiała wrażenie zrozpaczonej.

By