Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Addicted. Podwójna namiętność. Tom 1 ebook

Krista Ritchie   Becca Ritchie  

3.75652173913043 (115)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Addicted. Podwójna namiętność. Tom 1 - Krista Ritchie, Becca Ritchie

Nieśmiała, drobna Lily Calloway, niepotrafiąca powiedzieć „nie”, rumieniąca się nawet w towarzystwie chłopaków, ma poważny problem – jest uzależniona od… seksu. Kolekcjonuje akcesoria erotyczne oraz filmy i praktycznie codziennie zalicza numerki w klubach nocnych.

Jej przyjaciel Loren Hale to z kolei zabawny, cyniczny szkolny outsider żyjący w cieniu ojca. Chłopak szuka w alkoholu ucieczki przed problemami.

Aby ukryć swoje słabości przed rodziną, Lily i Lo decydują się na fałszywy związek – oznacza to zamieszkanie razem, pójście do college’u i, co najważniejsze, odcięcie się od krewnych. Przyjaźnią się od małego, więc wspólne ukrywanie swoich niedoskonałości nie przysparza im problemów. Do czasu.

 

To pasjonująca historia dwojga życiowych rozbitków, którzy udają parę, by pomagać sobie w życiu wypełnionym nałogami, i stać za sobą murem.

Pierwszy tom z serii, która skradnie serca nastolatków.

Opinie o ebooku Addicted. Podwójna namiętność. Tom 1 - Krista Ritchie, Becca Ritchie

Fragment ebooka Addicted. Podwójna namiętność. Tom 1 - Krista Ritchie, Becca Ritchie

Krista & Becca Ritchie

ADDICTED. PODWÓJNA NAMIĘTNOŚĆ

przełożyła Marzenna Reyher

Tytuł oryginału: Addicted to You

Copyright © 2013 by Krista & Becca Ritchie

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Marzenna Reyher, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

1

Budzę się. Pognieciona bluzka leży na puszystym dywanie. Szorty wylądowały na komodzie. Po majtkach ani śladu. Zawieruszyły się pewnie w pościeli albo może zostały za drzwiami. Nie pamiętam, kiedy je zdjęłam i czy zrobiłam to sama. Może to on mnie rozebrał.

Czując ciepło na szyi, rzucam okiem na śpiące cudo – jakiegoś faceta o złotych włosach i z blizną na biodrze. Kiedy nieznacznie obraca się w moją stronę, zamieram. Oczy ma zamknięte, półprzytomnie wtula się w poduszkę, jakby wyciskał pocałunek na białym płótnie. Pochrapuje z otwartymi ustami, dolatuje do mnie silny zapach alkoholu i pizzy pepperoni.

Mam nosa do facetów.

Z wprawą wyślizguję się z łóżka i na palcach idę przez pokój, po drodze wciągając czarne szorty – bez majtek; kolejna para dostanie się bezimiennemu chłopakowi. Kiedy podnoszę rozerwaną praktycznie na strzępy szarą koszulkę, z wolna unosi się mgła znad wydarzeń ubiegłej nocy. Przekroczyłam próg jego pokoju i dosłownie zerwałam z siebie ubranie, jak szarżujący Hulk. Czy to był seksowny widok? Wzdrygam się. Wystarczająco, żeby się ze mną przespał.

Zdesperowana podnoszę z podłogi spłowiałą męską koszulkę z głęboko wyciętymi rękawami i z trudem wciągam ją przez głowę. Czuję, że moje sięgające ramion brązowe włosy są teraz splątane i tłuste. Przy okazji znajduję swoją wełnianą czapeczkę. Wciągam ją na głowę i wymykam się z sypialni.

W wąskim korytarzu walają się puste puszki po piwie, potykam się o butelkę jacka danielsa wypełnioną czarną plwociną i czymś, co przypomina drażetki Jolly Rancher. Kolaż złożony ze zdjęć spitych studentek zdobi drzwi po mojej lewej, na szczęście nie te, z których właśnie wyszłam. Udało mi się odeprzeć zaloty tego napalonego członka bractwa Kappa Phi Delta i znaleźć faceta, który nie reklamuje swoich podbojów.

Powinnam być mądrzejsza. Po ostatnim wypadzie do Alpha Omega Zeta zaklinałam się, że już nigdy nie odwiedzę żadnego bractwa. Tamtej nocy, kiedy znalazłam się w miejscu, gdzie pomieszkuje brać studencka, AOZ organizowało imprezę tematyczną. Nieświadoma niczego przekroczyłam sklepioną bramę trzypiętrowego budynku i zostałam powitana wiadrami wody przez chłopaków dopingujących mnie, żebym zdjęła stanik. Miałam wrażenie, że to jakieś ferie wiosenne na opak. Pomijam fakt, że moje górne partie nie należą do imponujących. Zanim umarłam ze wstydu, udało mi się przecisnąć pod ramionami i czyimś torsem i znaleźć przyjemność w innych miejscach, z innymi ludźmi.

Z takimi, którzy nie sprawiają, że czuję się jak krowa na targu.

Ostatniej nocy złamałam zasady. Dlaczego? Mam problem. Tak naprawdę mam wiele problemów. Jednym z nich jest nieumiejętność odmawiania. Kiedy Kappa Phi Delta ogłosiło, że w ich piwnicy zagra Skrillex, uznałam, że zespół przyciągnie dziewczyny ze stowarzyszeń żeńskich i normalnych studentów. Okazało się, że przeważającą grupą demograficzną były chłopaki z bractw. Całe masy. Polujący na każdego z dwoma cyckami i waginą.

Skrillex nie pojawił się w ogóle. Skończyło się na nieudolnym didżeju i kilku wzmacniaczach. I bądź tu mądry.

Głębokie męskie głosy odbijają się echem od marmurowych tralek na podeście i na schodach, więc nieruchomieję przy ścianie. Ludzie już wstali? Zeszli na dół? O nie.

Planowałam, że przez cztery lata studiów nigdy nie narażę się na spacer wstydu. Przede wszystkim się rumienię. Nabieram intensywnie pomidorowego koloru. Nie są to uroczo zaróżowione policzki. Wyskakują mi wysypkowe plamy na szyi i ramionach, jakbym miała alergię na zażenowanie.

Męski śmiech narasta, w żołądku zawiązuje mi się supeł na myśl o możliwych koszmarnych scenariuszach. Na przykład, że potykam się na schodach i wszystkie głowy zwracają się w moją stronę. Na twarzach maluje się zdziwienie, który to z „braci” spiknął się z tą płaską jak deska, wychudzoną dziewczyną. Mogą rzucić we mnie kością z kurczaka, drocząc się, żebym ją zjadła.

Niestety, to właśnie mnie spotkało w czwartej klasie.

Prawdopodobnie zdołam wykrztusić z siebie kilka słów i wreszcie jeden z nich z litości na widok moich czerwonych cętek wypchnie mnie za drzwi jak niechcianego śmiecia.

To był błąd (siedziba bractwa, a nie seks). Już nigdy nie dam się zmusić do pochłaniania tequili jak odkurzacz. Presja rówieśników. To naprawdę istnieje.

Mam ograniczony wybór. Jedne schody. Jeden los. Chyba że wyhoduję sobie parę skrzydeł i wylecę przez okno z pierwszego piętra. Inaczej czeka mnie spacer wstydu. Ostrożnie idę w stronę schodów i nagle bardzo zazdroszczę Veil z jednego z moich nowszych komiksów. Ta młoda mścicielka potrafi rozpłynąć się w nicość – umiejętność, która bardzo by mi się w tej chwili przydała.

Schodzę na pierwszy stopień, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi. Zerkam ponad balustradą. Około dziesięciu chłopaków z bractwa, ubranych w różnego rodzaju szorty khaki i koszulki polo, rozłożyło się na skórzanych kanapach. Jeden z nich, najbardziej trzeźwy, ustanawia się portierem. Udaje mu się stanąć na nogach, ma brązowe włosy zaczesane do tyłu i groźną kwadratową szczękę. Kiedy otwiera drzwi, nabieram otuchy.

Tak! Oto mam możliwość wyślizgnięcia się niezauważenie.

Wykorzystuję to drobne zamieszanie na bezgłośne zejście po schodach – prowadzi mnie moja wewnętrzna Veil. Mniej więcej w połowie drogi widzę, jak „kwadratowa szczęka” opiera się o futrynę i blokuje wejście.

– Przyjęcie się skończyło, chłopie. – Wypowiada te słowa jak przez watę. I pozwala, aby drzwi zatrzasnęły się przed intruzem.

Pokonuję dwa kolejne schodki.

Ponownie rozlega się dzwonek. Tym razem jego dźwięk wydaje się bardziej natarczywy.

Typ o kwadratowej szczęce jęczy i gwałtownie przekręca gałkę u drzwi.

– Czego?

Jeden z członków bractwa wybucha śmiechem.

– Daj mu piwo i powiedz, żeby spadał.

Schodzę o kilka schodków niżej. Może mi się uda. Rzadko dopisuje mi szczęście, więc może choć teraz zasłużyłam sobie na odrobinę.

„Kwadratowa szczęka” nadal trzyma łapę na futrynie i blokuje przejście.

– Gadaj.

– Przede wszystkim, czy wyglądam na kogoś, kto nie zna się na zegarku, a w dodatku nie odróżnia dnia od nocy? Jasne, że przyjęcie się już skończyło.

Kurczę… Poznaję ten głos.

Nieruchomieję po pokonaniu trzech czwartych drogi. Światło słoneczne przenika przez maleńką szczelinę pomiędzy futryną a mandarynkową koszulką polo „kwadratowej szczęki”. Zaciska zęby gotowy ponownie zatrzasnąć drzwi przed nosem tamtego faceta, ale intruz kładzie na nich dłoń i oznajmia:

– Zostawiłem tutaj coś ostatniej nocy.

– Nie przypominam sobie ciebie.

– Byłem tu. – Milknie na chwilę. – Krótko.

– Odkładamy rzeczy zgubione i znalezione – informuje grzecznie „kwadratowa szczęka”. – Co to było?

Odsuwa się od futryny i kiwa w kierunku kogoś na kanapie. Reszta przygląda się tej scenie jak powtórce reality show w MTV.

– Jason, przynieś pudło.

Odwracam wzrok i dostrzegam chłopaka na zewnątrz. Patrzy na mnie.

– Nie ma potrzeby – mówi.

Przez chwilę mu się przyglądam. Jasnobrązowe włosy, krótkie po bokach, bujne na górze. Przyzwoicie umięśnione ciało ukryte pod parą spłowiałych dockersów i czarną koszulką. Kości policzkowe ostre jak lód i oczy w kolorze płynnej szkockiej. Loren Hale jest jak napój alkoholowy i nie ma o tym pojęcia.

Jego wysokie na metr dziewięćdziesiąt ciało wypełnia drzwi.

Przygląda mi się z mieszaniną rozbawienia i irytacji, mięśnie szczęki mu drgają, odzwierciedlając te same uczucia. Członkowie bractwa podążają za jego wzrokiem i zatrzymują oczy na celu.

Na mnie.

Jakbym się nagle zmaterializowała z powietrza.

– Znalazłem swoją zgubę – oznajmia Lo z gorzkim uśmiechem.

Czuję płomień na twarzy, zasłaniam ją rękami, aby ukryć upokorzenie, i pędem biegnę do drzwi.

„Kwadratowa szczęka” śmieje się, jakby wygrał tę męską rozgrywkę.

– Twoja dziewczyna jest zdzirą, chłopie.

Niczego więcej nie słyszę. Świeże wrześniowe powietrze wypełnia mi płuca, Lo zatrzaskuje drzwi mocniej, niż prawdopodobnie zamierzał. Chowam twarz w dłoniach, przyciskam je do gorących policzków i odtwarzam w głowie przebieg wydarzeń. O. Mój. Boże.

Lo staje za mną i obejmuje mnie w pasie ramionami. Opiera podbródek na moim ramieniu, garbiąc się przy tym ze względu na mój wzrost.

– Mam nadzieję, że był tego wart – szepcze, a jego oddech łaskocze mnie w szyję.

– Wart czego?

Serce podchodzi mi do gardła; bliskość Lo peszy mnie i kusi. Nigdy nie wiem, jakie są jego prawdziwe zamiary.

Ciągle przytulony do moich pleców, zaczyna mnie prowadzić naprzód. Ledwo wlokę nogę za nogą, nie wspominając o samodzielnym myśleniu.

– Zaliczyłaś pierwszy spacer wstydu w siedzibie bractwa. Jakie to uczucie?

– Wstyd.

Całuje mnie lekko w głowę i wyplątuje się ze mnie. Rusza przodem.

– Pospiesz się, Calloway. Zostawiłem w samochodzie swojego drinka.

Otwieram szeroko oczy, kiedy dociera do mnie znaczenie jego słów, zapominając jednocześnie o okropnościach, które niedawno mnie spotkały.

– Nie prowadziłeś, prawda?

Rzuca mi spojrzenie, które mówi: „Lily, serio?”.

– Wiedząc, że wożący mnie zwykle kierowca jest niedostępny – unosi oskarżycielsko brwi – zadzwoniłem po Nolę.

Wezwał mojego osobistego szofera – nie pytam, dlaczego pominął własnego, który przecież chętnie obwoziłby go po Filadelfii. Anderson ma długi język. W dziewiątej klasie, kiedy Chloe Holbrook zorganizowała dziką imprezkę, razem z Lo omawialiśmy nielegalne narkotyki, które podawano sobie z rąk do rąk w willi jej mamy. Konwersacje prowadzone na tylnym siedzeniu powinny być traktowane jako prywatne przez wszystkie osoby znajdujące się w samochodzie. Anderson chyba nie był świadomy istnienia tej niepisanej zasady, ponieważ następnego dnia nasze pokoje przetrząśnięto pod kątem nielegalnych akcesoriów. Na szczęście pokojówka zapomniała zajrzeć do atrapy kominka, gdzie przechowywałam zabawki dozwolone od lat osiemnastu.

Wyszliśmy z tego bez szwanku, ale dostaliśmy przy okazji ważną lekcję. Nie wolno ufać Andersonowi.

Staram się nie korzystać z floty samochodowej mojej rodziny, aby jeszcze bardziej się od niej nie uzależnić, ale czasami Nola okazuje się niezbędna. Jak choćby teraz, kiedy mam lekkiego kaca i nie mogę wozić permanentnie pijanego Lorena Hale’a.

Pasował mnie na swojego osobistego trzeźwego kierowcę i odmawia wydawania pieniędzy na usługi taksówkarskie od momentu, kiedy w jednej z nich prawie nas okradziono. Nigdy nie powiedzieliśmy rodzicom o tym wydarzeniu, nie wyjaśniliśmy im, jak blisko czegoś okropnego się znaleźliśmy. Przede wszystkim dlatego, że zaopatrzeni w dwa fałszywe dokumenty tożsamości spędziliśmy to popołudnie w barze. Lo wypił więcej whiskey niż dorosły mężczyzna. Ja natomiast po raz pierwszy uprawiałam seks w publicznej toalecie. Nasze nieprzyzwoitości stały się swoistymi rytuałami, naszym rodzinom nic do tego.

Mój czarny escalade jest zaparkowany przy ulicy, gdzie mają swoje siedziby bractwa. Warte miliony domy rozłożyły się obok siebie, prześcigając się w wielkości kolumn. Najbliższy skwer jest zaśmiecony czerwonymi plastikowymi kubkami, a z trawy smętnie wygląda przewrócona beczka po piwie. Lo idzie przede mną.

– Nie sądziłam, że się pojawisz. – Mówiąc to, w ostatniej chwili przeskakuję kałużę wymiocin.

– Powiedziałem, że przyjdę.

Prycham.

– Nie zawsze dotrzymujesz słowa.

Zatrzymuje się przy drzwiach samochodu o oknach zbyt przyciemnionych, aby widzieć czekającą na miejscu kierowcy Nolę.

– Tak, ale tu chodziło o Kappa Phi Delta. Pieprzysz się z jednym, to i inni mogą mieć ochotę na kawałek twojego tyłka. Naprawdę miałem koszmary z tego powodu.

Krzywię się.

– Że zostanę zgwałcona?

– Dlatego nazywamy je koszmarami, Lily. Nie powinny być przyjemne.

– Cóż, to jest prawdopodobnie moja ostatnia wyprawa do bractwa przez następne dziesięć lat lub dopóki nie zapomnę o dzisiejszym poranku.

Opuszcza się okno od strony kierowcy. Czarne jak smoła loki Noli okalają jej twarz w kształcie serca.

– Za godzinę muszę odebrać z lotniska pannę Calloway.

– Za chwilę będziemy gotowi – mówię.

Szyba podnosi się do góry i przesłania widok.

– Którą pannę Calloway? – pyta Lo.

– Daisy. W Paryżu skończył się Tydzień Mody.

Moja mała siostrzyczka nagle wystrzeliła do stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, a ponieważ sylwetką przypomina wieszak, doskonale się wpisuje w wymogi wielkiej mody. Mama natychmiast zaczęła zbijać kapitał na urodzie Daisy. W ciągu tygodnia od czternastych urodzin moja siostra dostała angaż w agencji modelek IMG.

Lo zaciska palce.

– Ma piętnaście lat, prawdopodobnie otaczają ją starsze modelki, wciągające kokę w toalecie.

– Jestem pewna, że kogoś z nią posłali.

Nie znoszę tego, że nie znam szczegółów. Od kiedy zaczęłam studia na Uniwersytecie Pensylwanii, nabrałam brzydkiego zwyczaju unikania telefonów od rodziny i wizyt. Odcięcie się od domu stało się wyjątkowo łatwe dzięki uczelni. Takie życie było mi pisane. Zawsze umiałam do maksimum przesuwać granice własnej wolności, które wyznaczali mi mama i tata, i niewiele chwil z nimi spędzałam.

– Cieszę się, że nie mam rodzeństwa. Szczerze mówiąc, ty masz go aż za dużo – stwierdza Lo.

Nigdy nie uważałam, że posiadanie trzech sióstr to za duża gromadka, lecz sześcioosobowa rodzina przyciąga uwagę.

Lo przeciera oczy ze znużenia.

– No, dobra, ja muszę się napić, a my musimy lecieć.

Biorę głęboki wdech, żeby zadać pytanie, które do tej pory nie padło. „Czy dzisiaj udajemy?”. Obecność Noli stanowi pewne ryzyko. Z jednej strony nigdy jeszcze nie nadużyła naszego zaufania. Nawet w dziesiątej klasie, kiedy pieprzyłam się na tylnym siedzeniu limuzyny z piłkarzem z najstarszej klasy. Co prawda od Noli oddzielała nas szyba, ale facet stękał trochę za głośno, a ja odrobinę za mocno waliłam w drzwi. Na pewno wszystko słyszała, mimo to nigdy na mnie nie naskarżyła.

Z drugiej jednak strony ryzyko, że któregoś dnia nas wyda, zawsze istnieje. Gotówka rozwiązuje usta, a niestety nasi ojcowie w nią opływają.

Nie powinnam się tym przejmować. Mam dwadzieścia lat. Mogę uprawiać seks. Chodzić na imprezy. Robić to wszystko, czego oczekuje się od dorosłych studentów. Lista moich brudnych sekretów (chodzi mi o te naprawdę brudne) mogłaby narazić moją rodzinę na skandal wśród znajomych. Firma ojca również nie byłaby zachwycona taką reklamą. Gdyby mama wiedziała o moim poważnym problemie, wysłałaby mnie na odwyk i do psychiatry, aby mnie tam ładnie naprawili. Ale ja nie chcę być naprawiona. Chcę po prostu żyć i zaspokajać swój apetyt. Tak się składa, że mam apetyt na seks.

W dodatku mój fundusz powierniczy magicznie by wyparował na wieść o takiej nieprzyzwoitości. A nie jestem gotowa, aby zrezygnować z pieniędzy, które pozwalają mi prowadzić studenckie życie. Rodzina Lo też by mu nie wybaczyła.

– Będziemy udawać – decyduje Lo. – Chodź, ukochana. – Klepie mnie po pupie. – Do samochodu.

O mało się nie potykam, kiedy słyszę słowo „ukochana”. W szkole średniej powiedziałam mu, że uważam to określenie za najbardziej seksowne wśród czułych słówek. Mimo że prawo do niego uzurpują sobie brytyjscy chłopcy, Lo uznał je za własne.

Przypatruję mu się tak intensywnie, że na ustach pojawia mu się szeroki uśmiech.

– Czy spacer wstydu uczynił z ciebie kalekę? Powinienem przenieść cię przez próg escalade?

– To nie będzie konieczne.

Jego krzywy uśmiech prowokuje mnie też do uśmiechu. Drocząc się ze mną, Lo pochyla się nade mną i wsuwa dłoń do tylnej kieszeni moich dżinsów.

– Jeżeli natychmiast się nie otrząśniesz z tego stanu, zacznę tobą obracać z całej siły.

Zapada mi się klatka piersiowa. O rany… Przygryzam wargi i wyobrażam sobie, jaki byłby seks z Lorenem Hale’em. Pierwszy raz miał miejsce w tak odległej przeszłości, że niewiele pamiętam. Potrząsam głową. Nie pozwól myślom wędrować w tym kierunku. Odwracam się, aby otworzyć drzwi i wsiąść do escalade, kiedy nagle zdaję sobie z czegoś sprawę.

– Nola zaparkowała przy skwerze, gdzie mieszczą się domy należące do bractw… Już nie żyję. O boziuniu. To koniec.

Przeczesuję włosy obiema rękami i oddycham ciężko jak wyrzucony na plażę wieloryb. Jedyne wyjaśnienie mojej obecności w tym miejscu to chęć przespania się z kimś. Takiej odpowiedzi oczywiście wolałabym uniknąć. Szczególnie że nasi rodzice uważają mnie i Lo za parę w poważnym związku – na tyle poważnym, że on porzucił niebezpieczne życie imprezowicza i stał się młodym mężczyzną, z którego ojciec może być dumny.

Ojcu na pewno nie chodziło o to, żeby Lo odbierał mnie z przyjęcia w bractwie, kiedy lekko zalatuje od niego whiskey. To nie jest coś, co mógłby wybaczyć albo chociaż zaakceptować. Prawdopodobnie nawrzeszczałby na Lo i zagroził zamrożeniem funduszu powierniczego. Jeżeli nie chcemy pożegnać się z luksusami związanymi z odziedziczonym bogactwem, musimy udawać, że jesteśmy razem. Udawać, że jesteśmy doskonale funkcjonującymi, doskonale naoliwionymi istotami ludzkimi.

Ale my tacy nie jesteśmy. Nie jesteśmy. Drżą mi ręce.

– Hej! – Lo kładzie mi dłonie na ramionach. – Odpręż się, Lil. Powiedziałem Noli, że twój kolega wydaje urodzinowy brunch. Jesteś kryta.

Nadal mam wrażenie, że głowa mi zaraz odleci, ale to lepsze niż prawda. „Hej, Nola, musimy odebrać Lily z dzielnicy bractw, bo spędziła tam noc z jakimś frajerem”. Wtedy ona spojrzałaby na Lo, oczekując wybuchu zazdrości. A on by dodał: „A, o to chodzi. Jestem jej chłopakiem tylko na pokaz. Dałaś się nabrać!”.

Lo wyczuwa mój niepokój.

– Nie dowie się. – Ściska mnie za ramiona.

– Jesteś pewien?

– Tak – odpowiada niecierpliwie.

Wsiada do samochodu, a ja za nim. Nola wrzuca bieg.

– Wracamy do Drake, panno Calloway?

Po latach proszenia jej o nazywanie mnie inaczej, choćby „małą dziewczynką” (z jakiegoś powodu wydawało mi się, że to ją zachęci do zrezygnowania z oficjalnego tytułowania mnie, lecz zamiast tego chyba poczuła się urażona), porzuciłam wszelkie próby. Mogłabym przysiąc, że ojciec płaci jej dodatkowo za tę formalność.

– Tak – odpowiadam, więc rusza w kierunku kompleksu apartamentowego Drake.

Lo przytula do siebie termos do kawy i pociąga dużymi łykami – jestem pewna, że zawartość to coś zupełnie innego niż kawa. Z lodówki w barku wyjmuję puszkę diet fizz i otwieram ją. Ciemny gazowany płyn łagodzi rozstrojony żołądek.

Lo otacza mnie ramieniem, lekko opieram się o jego klatkę piersiową.

Nola spogląda we wsteczne lusterko.

– Czy pan Hale nie został zaproszony na obiad urodzinowy? – pyta przyjaźnie.

Jednak za każdym razem, kiedy Nola wpada w nastrój do zadawania pytań, mam zszargane nerwy i ogarnia mnie paranoja.

– Nie jestem tak popularny jak Lily – odpowiada za mnie Lo.

Zawsze lepiej kłamał. To zasługa jego stanu ustawicznej nietrzeźwości. Też miałabym więcej pewności, gdybym wlewała w siebie przez cały dzień burbon.

Nola śmieje się i z każdym chichotem uderza tłustym brzuszkiem o kierownicę.

– Jestem pewna, że jest pan tak samo popularny jak panna Calloway.

Każdy (jak widać, Nola również) zakłada, że Lo ma przyjaciół. Na skali atrakcyjności plasuje się pomiędzy wokalistą rockowej kapeli, z którym chcesz się pieprzyć, a modelem na wybiegu Burberry i Calvina Kleina. W zespole nigdy nie grał, za to agencja modeli wypatrzyła go i zaproponowała mu udział w kampanii dla Burberry. Wycofali ofertę, kiedy zobaczyli, jak pociąga z prawie pustej butelki whiskey. Świat mody również przestrzega standardów.

Lo powinien mieć wielu przyjaciół. Szczególnie wśród żeńskiej części populacji. Zwykle zresztą tłoczą się wokół niego, choć nie zostają na długo.

Samochód jedzie już inną ulicą, liczę po cichu minuty. Lo przechyla się w moją stronę, palcami niemal z miłością gładzi moje odkryte ramiona. Na krótko spotykam jego spojrzenie i czuję płomień na karku. Z trudem przełykam i staram się utrzymać kontakt. W końcu jesteśmy uważani za parę, więc nie powinnam bać się jego bursztynowych oczu, niczym jakaś niezdarna, zahukana dzierlatka.

– Charlie dzisiaj gra na saksofonie w Eight Ball. Zaprosił nas – mówi Lo.

– Nie mam żadnych planów.

Kłamstwo. W centrum otworzyli nowy klub Blue Room. Dosłownie wszystko jest tam niebieskie. Nawet drinki. Nie zamierzam tracić okazji na numerek w błękitnej łazience, z błękitnymi sedesami, mam nadzieję.

– To jesteśmy umówieni.

Po jego słowach zalega cisza (z rodzaju tych niezręcznych). W normalnych warunkach opowiedziałabym mu o Blue Room i swoich niemoralnych planach na dzisiejszą noc, skoro jestem jego kierowcą. Lecz w cenzurowanym aucie trudniej prowadzić rozmowę dla dorosłych.

– Mamy coś w lodówce? Umieram z głodu.

– Zrobiłem zakupy – odpowiada.

Mrużę oczy, zastanawiając się, czy kłamie po to, aby odgrywać rolę troskliwego chłopaka, czy też rzeczywiście wybrał się do Whole Foods. Burczy mi w brzuchu. Przynajmniej wszyscy wiemy, że nie kłamię.

Zaciska szczęki, wkurzony, że nie odróżniam bujdy od prawdy. Zazwyczaj nie mam z tym problemu, ale czasami, kiedy jest taki nonszalancki, granice się zacierają.

– Kupiłem tartę cytrynową. Twoją ulubioną.

Przewraca mi się w żołądku.

– Nie powinieneś.

Naprawdę nie powinien. Nie cierpię tarty cytrynowej. Najwyraźniej chce, żeby Nola widziała, jaki to z niego wspaniały chłopak, lecz jedyna przyjaciółka, którą Loren Hale dobrze traktuje, to butelka burbona.

Zatrzymujemy się na światłach, zaledwie kilka przecznic od apartamentów. Dociera do mnie zapach wolności, ramię Lo, obejmujące mnie pokrzepiającym gestem, staje się teraz balastem.

– Czy to był obiad nieformalny, panno Calloway? – pyta Nola.

Co? O… cholera. Jej oczy spoczywają na koszulce, którą podniosłam z podłogi u tego faceta. Poplamionej Bóg jeden wie czym.

– Hmmm, ja… – jąkam się.

Lo sztywnieje obok mnie. Chwyta termos i opróżnia go jednym łykiem.

– Wylałam sobie sok pomarańczowy na bluzkę. To było takie krępujące. – Czy to w ogóle można uznać za kłamstwo?

Moja twarz zaczyna płonąć jak na zawołanie i po raz pierwszy witam te plamy z radością. Nola obrzuca mnie współczującym spojrzeniem. Zna mnie od czasu, kiedy byłam zbyt wstydliwa, żeby wypowiedzieć słowa przysięgi wierności Sztandarowi w przedszkolu. Bojaźliwa pięciolatka. W miarę dokładne podsumowanie pierwszych lat mojej egzystencji.

– Jestem pewna, że nie było tak źle – uspokaja Nola.

Światło zmienia się na zielone, Nola ponownie koncentruje się na drodze.

Bez przeszkód docieramy do Drake. Ta wysoka ceglana budowla wznosi się w sercu miasta. Historyczny liczący trzydzieści trzy kondygnacje kompleks zwężający się ku górze w kształt trójkąta zamieszkują tysiące osób. Dzięki wpływom hiszpańskiego baroku budynek wygląda jak skrzyżowanie hiszpańskiej katedry z typowym filadelfijskim hotelem.

Wystarczająco kocham to miejsce, aby nazywać je domem.

Nola żegna się, dziękuję jej i wysiadam z samochodu. W chwili gdy stawiam stopy na krawężniku, Lo splata swoją dłoń z moją. Palcami drugiej ręki przebiega gładkość mojej szyi, jego oczy śledzą kształt wycięcia koszulki. Wsuwa ręce w miejsca, gdzie powinny być rękawy, i zakrywa moje odsłonięte żebra, tak by chronić piersi przed spojrzeniami filadelfijskich przechodniów.

Przygląda mi się badawczo. Obserwuje najdrobniejszy ruch. Serce zaczyna mi bić szybciej.

– Czy ona na nas patrzy? – pytam szeptem, zastanawiając się, dlaczego on nagle sprawia wrażenie faceta, który się mną zachwyca. To część naszego kłamstwa – przypominam sobie. To się nie dzieje naprawdę.

Mimo to wydaje się prawdziwe. Jego ręce na moim ciele. Jego ciepło na mojej miękkiej skórze.

Oblizuje dolną wargę, pochyla się bliżej i szepcze:

– W tej chwili jestem twój.

Ponownie wsuwa dłonie w wycięcia rękawów koszulki i dotyka moich nagich łopatek.

Wstrzymuję oddech, zamieram. Zmieniam się w posąg.

– Jako twój chłopak – mruczy – nienawidzę się tobą dzielić.

Żartobliwie lekko gryzie mnie w szyję, więc uderzam go ostrzegawczo w ramię, choć i tak poddaję się jego zaczepkom.

– Lo! – piszczę, kiedy moje ciało pod wpływem lekkich skubnięć zaczyna się poruszać.

Nagle czuję, że całuje i ssie moją szyję, posuwając się w górę. Nogi mi drżą, z całej siły trzymam się szlufek jego paska. Uśmiecha się pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem, bo doskonale wie, jaki ma na mnie wpływ. Przyciska usta do mojej brody… do kącików moich ust… przerywa. A ja z trudem powstrzymuję się od objęcia go ramionami i dokończenia tego, co zaczął.

Potem wsuwa mi język w usta, więc na chwilę zapominam, że to gra; wierzę, że rzeczywiście należy do mnie. Oddaję pocałunek, z gardła wydobywa mi się jęk. Ten dźwięk dodaje mu animuszu, wpycha mi język głębiej, mocniej, brutalniej. I o to chodzi.

Otwieram oczy i dostrzegam, że escalade zniknął z chodnika, Nola odjechała. Nie chcę, aby ta chwila się skończyła, ale wiem, że tak się stanie. Pierwsza przerywam pocałunek i dotykam nabrzmiałych warg.

Jego klatka piersiowa wznosi się i opada ciężko, Lo przygląda mi się przez dłuższą chwilę, nadal trzymając mnie w objęciach.

– Odjechała – mówię.

Nie znoszę tego, na co tak ochoczo przystaje moje ciało. Z łatwością mogłabym opleść nogę wokół pasa Lo i pchnąć go na ścianę budynku. Serce mi drży z radości na samą myśl. Nie jestem odporna na spojrzenia ciepłych bursztynowych oczu, choć należą do alkoholika, jakim jest Lo. Ujmujące, błyszczące i hipnotyczne. Zawsze krzyczące „pieprz mnie!”. Narażające mnie na tortury stąd do wieczności.

Po tym, co powiedziałam, jego twarz nieruchomieje. Lo powoli odsuwa ręce ode mnie, a potem pociera usta. Między nami rośnie napięcie, coś we mnie każe mi skoczyć, rzucić się na niego jak mały tygrys bengalski. Ale nie mam prawa tego zrobić. Tutaj chodzi o Lorena Hale’a. Stworzyliśmy system, którego nie powinniśmy burzyć.

Po dłuższej chwili budzi się w jego głowie jakaś okropna myśl.

– Nie mów, że zrobiłaś loda jakiemuś facetowi.

O mój Boże.

– Ja… hmm…

– Cholera, Lily.

Wyciera język palcami i teatralnym gestem sięga po piersiówkę z resztkami alkoholu, który wlewa sobie do gardła, a potem wypluwa na ziemię.

– Zapomniałam. – Kulę się. – Ostrzegłabym cię…

– Na pewno.

– Nie miałam pojęcia, że będziesz mnie całował! – próbuję się bronić.

Gdybym wiedziała, poszukałabym w domu tego faceta jakiejś pasty do zębów. Albo płynu do płukania ust.

– Jesteśmy parą – odpowiada – to chyba jasne, do cholery, że będę cię całował.

Wsuwa piersiówkę do kieszeni i rusza w kierunku wejścia do Drake.

– Spotkamy się w środku. – Odwraca się do mnie i idzie tyłem. – Wiesz, w naszym mieszkaniu. Tym, które z sobą dzielimy, jako para. – Uśmiecha się gorzko. – Nie zwlekaj zbyt długo, ukochana. – Puszcza oczko.

Jedna część mnie zmienia się w ckliwą papkę. Druga jest całkowicie zdezorientowana.

Odczytywanie intencji Lo wywołuje ból głowy. Podążam za nim, próbując odkryć jego prawdziwe uczucia. Udawał w tej chwili? A może nie?

Odrzucam wątpliwości. Od trzech lat tkwimy w sztucznym związku. Mieszkamy razem. On słyszy ze swojego pokoju moje orgazmy. Ja widziałam go śpiącego we własnych wymiocinach. Mimo że nasi rodzice wierzą, że jesteśmy o krok od zaręczyn, już nigdy nie będziemy uprawiać razem seksu. Zdarzyło się to tylko raz i wystarczy.

2

Przeglądam zawartość lodówki. Większość miejsca zajmuje szampan i kosztowne marki rumu. W szufladzie znajduję nędzną paczkę marchewek. Jako że jestem dziewczyną, która często spala tysiące kalorii, ujeżdżając facetów, potrzebuję białka. Tak często wysłuchuję złośliwych komentarzy na temat swojej wychudzonej figury, że chciałabym mieć nieco więcej mięsa na żebrach. Dziewczyny potrafią być okrutne.

– Nie wierzę, że skłamałeś o zakupach – mówię zirytowana.

Trzaskam drzwiami lodówki i wskakuję na blat. Mimo że Drake podkreśla swoje historyczne korzenie, wnętrza sugerują nowoczesność. Białe i srebrne sprzęty. Białe blaty kuchenne. Białe sufity i ściany. Gdyby nie czerwono-szara tapicerka mebli i inspirowane Warholem obrazy, mieszkalibyśmy w szpitalu.

– Gdybym wiedział, że obowiązkowo muszę zatrzymać się przy skwerze Palanta, kupiłbym ci bajgla w Lucky’s.

Piorunuję go wzrokiem.

– Jadłeś coś dzisiaj?

Rzuca mi spojrzenie w rodzaju: „Zgłupiałaś?”.

– Śniadaniowe burrito. – Szczypie mnie w podbródek. Nadal nade mną góruje, mimo że siedzę na blacie. – Nie bądź taka ponura, skarbie. Mogłem przecież pojechać coś zjeść, podczas gdy ty szukałabyś drogi do domu. Chcesz cofnąć czas?

– Tak, a ponieważ w tej wersji zostawiasz mnie na pastwę losu w bractwie, to możesz zrobić zakupy, tak jak powiedziałeś Noli.

Opiera ręce po obu stronach mnie, co sprawia, że mój oddech staje się płytszy.

– Zmieniłem zdanie. Nie podoba mi się taka wersja rzeczywistości.

Pragnę, aby się pochylił w moją stronę, ale on przesuwa się i zaczyna wyciągać butelki z alkoholem z białych szafek.

– Nola musi myśleć, że cię karmię, Lil. Wyglądasz jak szkielet. Kiedy oddychasz, widać wystające żebra.

Faceci też potrafią być okrutni. Lo nalewa whiskey do kwadratowej szklanki stojącej obok mnie.

Zaciskam usta i otwieram szafkę nad jego głową. Mocno zatrzaskuję drzwiczki, a on podskakuje i rozlewa sobie whiskey na ręce.

– Jezu. – Bierze ręcznik, żeby wytrzeć kałużę alkoholu. – Czy pan Kappa Phi Delta źle się spisał?

– Był w porządku.

– W porządku – powtarza Lo, unosząc brwi. – Każdy facet chce usłyszeć taki komplement.

Na obnażonych ramionach wykwitają mi czerwone plamy.

– Twoje łokcie nabrały rumieńców – zauważa z coraz szerszym uśmiechem, kiedy ponownie nalewa sobie whiskey. – Przypominasz mi Violet z Willy’ego Wonki, z tą różnicą, że ty zjadłaś zaczarowaną wiśnię.

Pojękuję.

– Nie wspominaj o jedzeniu.

Pochyla się, a ja cała się usztywniam. O rany… Zamiast wziąć mnie w ramiona – o czym marzę w chwilach słabości – wyjmuje telefon z ładowarki i przy okazji ociera się o moją gołą nogę. Ponownie nieruchomieję. Ten dotyk to ledwie muśnięcie, ale wewnątrz mnie zaczyna szemrać niecierpliwość i pragnienie. Gdyby był bezimiennym rudzielcem z trądzikiem, poczułabym to samo. Prawdopodobnie.

Albo nie.

Fantazja się rozwija: Lo kładzie palce na moim kolanie. Pochyla się nade mną i brutalnie przygniata swoim ciężarem. Plecami opieram się o szafki…

– Zamówię pizzę, jeśli weźmiesz prysznic. Pachniesz seksem, a ja już prawie osiągnąłem granice cierpliwości we wdychaniu obcego męskiego smrodu.

Żołądek mi opada, fantazja robi „puff”, zostaje rzeczywistość. Nie cierpię, kiedy wyobrażam sobie siebie z Lo w nieprzyzwoitych sytuacjach, bo po przebudzeniu on stoi w odległości kilku centymetrów ode mnie i zastanawiam się, czy o tym wie. Wie?

Obserwuję go, kiedy popija whiskey. Po chwili przeciągającej się ciszy marszczy brwi i spogląda na mnie, jakby mówił: „Co, do diabła?”.

– Sam mam sobie odpowiedzieć?

– Co?

Przewraca oczami i pociąga duży łyk, nawet się nie krzywiąc, gdy ostry alkohol spływa mu do gardła.

– Ty: prysznic. Ja: pizza. Tarzan je Jane. – Gryzie mnie w ramię.

Rozluźniam się.

– Chyba Tarzan lubi Jane?

Zeskakuję z blatu, mając zamiar zmyć z siebie resztki wyniesione z siedziby bractwa.

Lo szyderczo potrząsa głową.

– Ten Tarzan – nie.

– Alkohol sprawia, że stajesz się niemiły – rzucam obojętnie.

Unosi szklankę na znak zgody, kiedy odchodzę korytarzem. Nasze obszerne mieszkanie z dwiema sypialniami udaje gniazdko kochanków. Maskowanie się od trzech lat nie jest proste, szczególnie że zaczęliśmy tę szopkę w ostatniej klasie liceum. Po tym jak zdecydowaliśmy się pójść na ten sam uniwersytet, nasi rodzice zaproponowali właśnie takie rozwiązanie mieszkaniowe. Nie są zbyt konserwatywni, ale gdyby wiedzieli o moim stylu życia, czyli spaniu z większą liczbą facetów, niż przystoi młodej dziewczynie, wątpię, żeby przyjęli to ze zrozumieniem.

Dla mamy argumentem za tym, bym dzieliła mieszkanie z „chłopakiem”, były doświadczenia, jakie na studiach miała moja starsza siostra. Przypadkowa współlokatorka Poppy sprowadzała znajomych o różnych porach, nawet w czasie przygotowań do egzaminów końcowych, i zostawiała brudne ciuchy (w tym majtki) na krześle przy biurku mojej siostry. Jej bezmyślne zachowanie wystarczyło, aby mama zgodziła się na moje zamieszkanie poza kampusem i wepchnęła Lo do mojej sypialni.

Na ogół ten układ sprawdza się całkiem dobrze. Pamiętam ulgę, jaką poczułam, kiedy zamknęłam drzwi za rodziną. Wreszcie byłam sama. Zostawili mnie w spokoju.

Wchodzę do uroczej niewielkiej łazienki i zrzucam ubrania. Pod gorącym prysznicem wreszcie wypuszczam powietrze nagromadzone głęboko w płucach. Woda zmywa zapach i brud, lecz nie moje grzechy. Wspomnienia nie znikają, choć rozpaczliwie próbuję nie myśleć o dzisiejszym poranku. O przebudzeniu. Uwielbiam seks. Nie mogę sobie tylko poradzić z tym, co nadchodzi po nim.

Wyciskam szampon na dłoń i myję swoje niezbyt długie brązowe włosy. Czasami wyobrażam sobie przyszłość. Loren Hale pracuje w firmie swojego ojca, zaliczającej się do listy pięciuset najlepszych według magazynu „Fortune”, ubrany w dobrze dopasowany garnitur, który go dusi pod szyją. Jest smutny. W tych wyimaginowanych scenkach z przyszłości nigdy nie widzę uśmiechu na jego ustach. Nie wiem nawet, jak mogłabym go tam sprowadzić. Co lubi Loren Hale? Whiskey, burbona, rum. Co będzie robił po studiach? Widzę pustkę…

Dobrze się składa, że nie jestem wróżką.

Skupię się na tym, co wiem. Na przeszłości, w której Jonathan Hale przyprowadzał Lo na partyjki golfa z moim ojcem. Ze mną u boku. Rozmawiali o tym co zawsze. O akcjach, przedsięwzięciach i lokowaniu swoich produktów w odpowiednich programach. Wraz z Lo bawiliśmy się w Gwiezdne wojny, używając do tego kijów golfowych. Zbesztali nas, kiedy za mocno walnęłam kijem-mieczem świetlnym i posiniaczyłam Lo żebra.

Mieliśmy z Lo takie same szanse stać się przyjaciółmi jak wrogami. Nieustannie się spotykaliśmy. W nudnych przedsionkach pokoi konferencyjnych. W biurach. Na przyjęciach dobroczynnych. W prywatnej szkole średniej. A teraz w college’u. Związek, który z łatwością mógł zakończyć się na dziecinnym droczeniu się, przekształcił się w coś bardziej tajemnego. Dzieliliśmy się wszystkimi sekretami w ramach dwuosobowego klubu. Razem odkryliśmy superbohaterów w maleńkim sklepiku z komiksami w Filadelfii. Wyjątkowo do nas przemówił pewien aspekt galaktycznych przygód Havoka i kłopotów Nathaniela Greya w jego podróży w czasie. Na ogół ani Cyklopi, ani Emma Frost nie mogą pomóc nam w rozwiązaniu problemów, lecz nadal nam towarzyszą, przypominając o bardziej niewinnych latach. Kiedy Lo się nie upijał, a ja nie sypiałam z każdym, kto się nawinął. Pozwalają nam ponownie odwiedzić te ciepłe, nieskażone chwile, dlatego chętnie do nich wracam.

Zmywam z siebie resztki rozpusty z ubiegłej nocy i wsuwam ręce w szlafrok frotté. Zawiązuję go ciasno w talii i ruszam do kuchni.

– Pizza? – pytam markotnie, widząc puste blaty.

Właściwie to wcale nie są puste, ale tak już przywykłam do butelek z alkoholem, że ich nie zauważam albo traktuję je jak sprzęt kuchenny.

– Już jest w drodze – odpowiada Lo. – Nie patrz na mnie tymi sarnimi oczami. Jakbyś zaraz się miała rozpłakać.

Opiera się o lodówkę, a ja nieświadomie spoglądam na zamek błyskawiczny jego dżinsów. Wyobrażam sobie, że on wpatruje się w pasek mojego szlafroka. Nie podnoszę wzroku, aby nie popsuć tej fantazji.

– Kiedy ostatnio jadłaś?

– Nie jestem pewna. – Mój umysł skupia się tylko na jednym temacie i nie jest to jedzenie.

– To niepokojące, Lil.

– Jadam – bronię się słabo.

Oczami wyobraźni widzę, jak rozchyla mi szlafrok. Może powinnam go zrzucić na zachętę. NIE! Nie rób tego, Lily. W końcu zerkam na Lo i widzę, że bacznie mi się przygląda, co sprawia, że twarz zaczyna mi płonąć.

Uśmiecha się, sącząc alkohol ze szklanki. Kiedy ją opuszcza, oblizuje wargi.

– Chciałabyś, żebym je rozpiął, ukochana, czy mam poczekać, aż najpierw opadniesz na kolana?

Gapię się przerażona. Przejrzał mnie na wylot. Jestem mało subtelna!

Wolną ręką przepycha guzik przez dziurkę i powoli rozsuwa zamek, ukazując brzeg obcisłych czarnych bokserek. Obserwuje moje wdechy i wydechy, coraz bardziej nierówne i rzadkie. Potem zdejmuje rękę z rozporka i opiera łokcie na blacie.

– Umyłaś zęby?

– Przestań – proszę ochrypłym głosem. – Zabijasz mnie.

Serio, nie tylko płuca, ale całe moje ciało jest jak w stanie hiperwentylacji.

Lo wyostrzają się kości policzkowe, zaciska szczęki. Odstawia drinka, zasuwa zamek i zapina guzik.

Przełykam z trudem i wskakuję sztywno na szary drewniany stołek barowy. Drżącymi palcami przeczesuję mokre, splątane włosy. Aby nie odtwarzać tej sceny ponownie w wyobraźni, udaję, że nigdy nie miała miejsca, i wracam do wcześniejszej rozmowy:

– Za często jadamy na mieście.

– Nie sądzę, żebyś miała problem z ładowaniem do buzi, tyle że nie jest to jedzenie.

Przygryzam dziąsła i pokazuję mu środkowy palec. Te słowa bardziej by raniły, gdyby wypowiedział je kto inny. Lo ma własny problem, który dosłownie spoczywa w jego dłoni. Wszyscy to wiedzą. Kiedy przenoszę wzrok ze szklanki na niego, jego krzywy uśmiech tężeje. Lo przyciska brzeg szklanki do ust i odwraca się do mnie plecami.

Nigdy nie rozmawiamy o uczuciach. O tym, jak on się czuje, kiedy co noc sprowadzam do domu innego faceta. I o tym, jak ja się czuję, kiedy widzę go pijącego na umór. Powstrzymujemy się od wzajemnych ocen, ale cisza wywołuje między nami nieuniknione napięcie. Tak silne, że czasem mam ochotę krzyczeć. Chowam te emocje w sobie. Nic nie mówię. Każda uwaga dotycząca naszych uzależnień narusza działający tu system. Czyli taki, w którym żyjemy z poczuciem wolności, robiąc to, co chcemy. Ja, śpiąc z każdym facetem, który się trafi. On, pijąc bez końca.

Dzwonek do drzwi. Pizza?! Rozpromieniam się, podchodzę do domofonu w przedpokoju i naciskam guzik.

– Tak?

– Panno Calloway, ma pani gościa na dole. Czy wpuścić go na górę? – pyta kobieta z ochrony.

– Kto to?

– Pani siostra, Rose.

Wydaję bezgłośny jęk. To nie pizza. Znowu trzeba będzie poudawać z Lo – jemu ta gra sprawia przyjemność, bo może się ze mną bezkarnie droczyć.

– Wpuść ją.

Lo w tempie Strusia Pędziwiatra chowa wszystkie stojące w kuchni butelki do zamykanych szafek. Na koniec przelewa swojego drinka do ciemnoniebieskiego nieprzezroczystego kubka. Pilotem włączam płaski telewizor, w którym akurat leci film akcji. Lo rozkłada się na szarej sofie, nogi kładzie na szklanym stoliku, zachowując się tak, jakbyśmy ostatnie pół godziny spędzili na oglądaniu filmu.

Klepie się po udzie.

– Chodź tutaj. – Jego bursztynowe oczy błyskają łobuzersko.

– Nie jestem ubrana – odparowuję.

W dodatku punkt między moimi nogami i tak już pulsuje zbyt intensywnie, żebym mogła znajdować się w zasięgu jego dotyku. Sama myśl o tym elektryzuje moje nerwy.

– Masz na sobie szlafrok – odpiera argument Lo. – Wiele razy widziałem cię nago.

– Kiedy byliśmy dziećmi – odcinam się.

– Jestem pewien, że twoje piersi nie urosły od tamtej pory.

Opada mi szczęka.

– O, ty…

Chwytam poduszkę z sąsiedniego krzesła i zaczynam go nią okładać. Udaje mi się walnąć go porządnie dwa razy, zanim bierze mnie w ramiona i sadza sobie na kolanach.

– Lo – ostrzegam go.

Kiedy droczy się ze mną przez cały dzień, trudniej mi się opierać.

Wpatruje się we mnie intensywnie, a jego ręka wędruje powyżej mojego kolana, rozchyla poły szlafroka, spoczywa na wewnętrznej części uda. Tam się zatrzymuje na dobre. Cholera. Cała drżę, bo tak bardzo pragnę, aby działał dalej. Niewiele myśląc, kładę dłoń na jego dłoni i przesuwam jego palce w kierunku pulsującego punktu. Wpycham je do wewnątrz. Lo sztywnieje.

Święty… Zaciskam palce u stóp, opieram czoło na jego szerokim ramieniu. Trzymam mu dłoń w silnym uścisku, nie pozwalając, aby zrobił cokolwiek bez mojego pozwolenia. Właśnie chcę zacząć rytmicznie przesuwać jego palcami do środka i na zewnątrz, kiedy słyszę pukanie do drzwi.

Przytomnieję jak rażona prądem. Co ja wyprawiam? Nie jestem w stanie spojrzeć mu w oczy, pozwalam, by wycofał rękę, a potem się od niego odsuwam.

Lo się waha.

– Lil?

– Nic nie mów – rzucam upokorzona.

Rose puka głośniej.

Wstaję, aby otworzyć jej drzwi. W całym ciele czuję jeszcze większe napięcie niż przedtem.

Słyszę za sobą kroki Lo, a potem syczenie kranu, kiedy puszcza wodę. Zerkam za siebie i widzę, jak myje palce mydłem.

Jestem idiotką. Przekręcam gałkę u drzwi, biorę wdech, aby przestać myśleć o kiepskiej kombinacji, jaką tworzą seks i Loren Hale. Posiadanie takiego współlokatora to jak machanie koką przed nosem narkomana. Byłoby łatwiej, gdybym uległa, ale wolałabym nie zmieniać naszego związku w przyjaźń, w której partnerzy ze sobą sypiają. On znaczy dla mnie więcej niż faceci, z którymi się zadaję.

Drzwi się otwierają, ukazując Rose: dwa lata starszą, pięć centymetrów wyższą i dwa razy ładniejszą niż ja. Wchodzi tanecznym krokiem do mieszkania, na jej ramieniu jak broń dynda torebka Chanel. Dzieci, zwierzaki, a nawet dorośli mężczyźni są przerażeni, kiedy obrzuca ich lodowatym spojrzeniem. Jeżeli ktokolwiek mógłby rozszyfrować naszą grę pozorów, to palma pierwszeństwa przypadłaby najbardziej zawziętej z moich sióstr.

W tej chwili robi mi się słabo na myśl, że muszę spojrzeć Lo w oczy, a co dopiero, że mam udawać, że jesteśmy parą. Nie pytam Rose, dlaczego przyjechała nieproszona i bez zapowiedzi. Taki ma zwyczaj. Jakby miała prawo do wszystkich miejsc. Szczególnie do mojego.

– Dlaczego nie odbierasz telefonów ode mnie? – Jej ton pobrzmiewa chłodem. Przesuwa wielkie okrągłe okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy.

– Eee…

Przekopuję koszyk z kluczami, który stoi na okrągłym stoliku w przedpokoju. Zwykle tam znajduje się mój wiecznie znikający telefon, którego nie potrafię utrzymać przy sobie. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że poruszam się wszędzie bez torebki, co Rose ciągle mi wypomina. Nie ma żadnego pożytku z przedmiotu, który i tak będę gubić w domach różnych facetów. Mogliby przecież znaleźć sposób, aby mi ją zwrócić, a wtedy byłabym zmuszona zadać się z nimi po raz drugi.

Rose się irytuje.

– Zgubiłaś go? Znowu?

Daję sobie spokój z poszukiwaniami. Udało mi się znaleźć jedynie kilka banknotów, spinki do włosów i kluczyki do samochodu.

– Chyba tak. Przepraszam.

Rose wbija teraz spojrzenie w Lo, który wyciera ręce w kuchenną ścierkę i rzuca ją na bok.

– A ty? Też zgubiłeś telefon?

– Nie. Po prostu nie lubię z tobą rozmawiać.

Auć – aż się kulę. Rose wciąga policzki, które oblewają się czerwienią. Jej szpilki stukają o parkiet, kiedy zmierza w stronę Lo stojącego w kuchni.

Jego palce bieleją na plastikowym niebieskim kubku, w którym ukrywa alkohol.

– Jestem gościem w twoim domu – warczy Rose. – Okaż mi trochę szacunku, Loren.

– Na szacunek trzeba zasłużyć. Następnym razem powinnaś zadzwonić, zanim wpadniesz, byłoby też miło, gdybyś zaczęła od: „Cześć, Lily, cześć, Lo, jak wam minął dzień”, zamiast rzucać się jak wredna suka.

Rose odwraca się w moją stronę.

– Pozwolisz, aby mówił do mnie takim tonem?

Otwieram usta, lecz nie znajduję właściwych słów. Rose i Lo zawsze się kłócą, co mnie złości, bo nigdy nie wiem, po czyjej stronie mam stanąć: siostry, która czasami jest tak podła, że pluje nienawiścią i rani do bólu także mnie, czy Lo, mojego najlepszego przyjaciela i rzekomego chłopaka, jedynego stałego punktu w moim życiu.

– Bardzo dojrzałe podejście – wytyka Lo z odrazą – zmuszanie Lily, aby jak pies wybrała ulubionego pana.

Nos mojej siostry marszczy się w proteście, ale jej żółtozielone kocie oczy łagodnieją.

– Przepraszam – zwraca się do mnie zaskakująco skruszonym tonem. – Martwię się o ciebie. Wszyscy się martwimy.

Callowayowie nie rozumieją słowa „samotność” ani tego, że ktoś pragnie prywatności z dala od rodziny. Zamiast bogatych, zaniedbujących obowiązki rodziców mnie trafili się nadopiekuńczy. Mieliśmy co prawda nianię, kiedy byłam młodsza, lecz mama i tak włączała się w każdy aspekt naszego życia – często zbyt nachalna, ale też pełna poświęcenia i troski. Byłabym zachwycona tak silnymi więzami rodzinnymi, gdyby nie to, że wstydzę się swoich dziennych (i nocnych) aktywności.

Niektóre sprawy trzeba zachować w tajemnicy.

– Oto jestem. Cała i zdrowa – odpowiadam, nie śmiejąc spojrzeć na Lo.

Dwie minuty temu byłam gotowa zrobić z nim i dla niego wszystko. To pragnienie nie zmalało, zmalała natomiast moja głupota.

Oczy Rose zwężają się w szparki, obrzuca mnie badawczym spojrzeniem. Zaciskam pasek szlafroka, zastanawiając się, czy mogłaby wydedukować, co w tej chwili dzieje się z moim ciałem. Lo, niestety, mógłby.

Po chwili moja siostra chowa pazury.

– Nie przyszłam tutaj, żeby się kłócić.

Jasne…

– Jak wiesz, jutro jest niedziela, Daisy wpadnie na obiad. Twierdziłaś, że opuściłaś kilka ostatnich spotkań rodzinnych ze względu na egzaminy, ale tym razem sprawiłabyś swojej siostrze miłą niespodziankę, gdybyś mogła poświęcić kilka godzin na powitanie jej w domu.

Pusty żołądek skręca mi się z poczucia winy.

– Tak, oczywiście, tylko że Lo, zdaje się, ma już jakieś plany, więc chyba nie będzie mógł przyjść.

Dobrze, że chociaż jego uwolnię od tego obowiązku.

Rose ściąga usta i kieruje swoją irytację na Lo.

– Co może być ważniejsze od towarzyszenia swojej dziewczynie na rodzinnej imprezie?

Wyobrażam sobie, jak odpowiada: „Wszystko”. Szczęka mu drga, kiedy próbuje się powstrzymać od uszczypliwej odpowiedzi. Prawdopodobnie korci go, aby zwrócić uwagę, że chodzi o regularną coniedzielną imprezę, która odbywa się bez względu na to, czy Daisy tam jest, czy jej nie ma.

– Umówiłem się z kumplem na racquetball – kłamie z łatwością. – Ale mogę odwołać, jeśli to takie ważne dla Grega i Samanthy.

Lo zdaje sobie sprawę, że jeśli Rose robi tyle zamieszania z powodu obiadu, to moi rodzice będą wkurzeni, gdy nie pojawię się pod ramię z nim. Wyciągną z tego powodu irracjonalne wnioski – że mnie zdradza albo że stacza się jak we wczesnej młodości, kiedy zbyt dużo balował. Nadal to robi (może nawet częściej), ale oni nie muszą o tym wiedzieć.

– To dla nich bardzo ważne – oznajmia Rose, jakby miała prawo wypowiadać się w imieniu innych. – Czyli do zobaczenia jutro. – Zatrzymuje się przy drzwiach i obrzuca spojrzeniem dżinsy i zwykłą czarną koszulkę Lo. – Loren, postaraj się odpowiednio ubrać.

Wychodzi, w oddali słychać jej postukujące szpilki.

Robię głęboki wydech i przestawiam bieg umysłu. Dręczy mnie pragnienie, aby zakończyć z Lo to, co zaczęłam, choć przecież dobrze wiem, że to byłaby fatalna decyzja.

– Lily…

– Będę w swoim pokoju. Nie wchodź – mówię stanowczo.

Wczoraj ściągnęłam nowy film zatytułowany Twój pan i władca. Zamierzałam go obejrzeć dużo później, ale teraz zmieniam plany.

– A co z pizzą? – pyta, blokując mi drogę do przedpokoju.

– To nie potrwa długo. – Próbuję się prześliznąć obok, ale opiera rękę o ścianę.

Widzę, jak napinają mi się mięśnie, i gotowa jestem dla niego zrobić krok w tył. Nie, nie, nie.

– Jesteś podniecona – stwierdza, ogarniając mnie spojrzeniem.

– Gdybyś się ze mną nie drażnił, nie znalazłabym się w tej sytuacji – odpowiadam ze złością. – Jeżeli to mnie nie zaspokoi, spędzę popołudnie, łażąc po Filadelfii w poszukiwaniu faceta gotowego na szybki numerek. Dziękuję bardzo.

Lo krzywi się i opuszcza ręce.

– Cóż, muszę pójść z tobą na rodzinny obiad, więc jesteśmy kwita.

Przesuwa się, żeby mnie przepuścić.

– Nie wchodź do mojego pokoju – ostrzegam go ponownie z błędnym wzrokiem. Bardziej się boję tego, co mu zrobię, jeśli wejdzie.

– Nigdy tam nie wchodzę – przypomina mi.

Potem rusza w kierunku kuchni, po drodze gładko wypijając resztę whiskey.

Po drugim prysznicu i samoleczeniu z pomocą gwiazd porno oraz drogiego wibratora wkładam na siebie prawdziwe ubrania: dżinsy i fioletową koszulkę z dekoltem w serek.

Lo siedzi w salonie, zajada pizzę i przerzuca kanały. Kolejna szklanka whiskey balansuje na jego nodze.

– Przepraszam – rzucam szybko.

Zerka na mnie, ale natychmiast ponownie przenosi wzrok na ekran telewizora.

– Dlaczego?

Za to, że wsadziłam w siebie twoje palce.

– Za wciągnięcie cię w niedzielny obiad.

Niepewnie siadam na czerwonym fotelu naprzeciwko kanapy.

Przygląda mi się jak zawsze, kiedy ocenia mój aktualny stan.

– Szczerze mówiąc, nie widzę problemu, żeby tam pójść. – Wyciera palce w serwetkę i podnosi szklankę. – Lepiej spotkać się z twoim ojcem niż z moim.

Kiwam głową. To prawda.

– Czyli… z nami wszystko w porządku?

– A z tobą? – Unosi brwi.

– Hmm… hmm – mamroczę i żeby uniknąć kontaktu wzrokowego, sięgam po kawałek pizzy, po czym bezpiecznie chowam się z powrotem w fotelu. Chodzi o to, by zachować bezpieczną odległość.

– Przyjmuję tę odpowiedź za słabe „tak”, biorąc pod uwagę, że jeszcze nie jesteś w stanie spojrzeć mi w oczy.

– Nie chodzi o ciebie, tylko o mnie – mówię z pełnymi ustami, zlizując z palców sos.

– Znowu powiedziałaś to, co pragnie usłyszeć każdy facet. – Czuję, jak jego spojrzenie prześlizguje się po moim ciele. – Nawet się do ciebie nie dobieram w tej chwili.

– Nie zaczynaj – ostrzegam go, unosząc palec. – Przysięgam, Lo.

– Dobra, dobra – wzdycha. – Idziesz dzisiaj do Blue Room, prawda?

Zaskoczona podnoszę głowę.

– Skąd wiesz?

Rzuca mi spojrzenie, które mówi: „Serio?”.

– Rzadko odwiedzasz jeden klub więcej niż trzy, cztery razy. Zastanawiałem się nawet, czy nie powinniśmy przenieść się do innego miasta, żebyś miała nowe miejsca… – przerywa na chwilę, szukając właściwego słowa – …do pieprzenia się. – Uśmiecha się gorzko.

– Bardzo zabawne. – Wybieram pepperoni z sera. – Potrzebujesz trzeźwego kierowcy dzisiaj wieczorem? Mogę cię gdzieś podwieźć, zanim pójdę. – Rezygnacja z piwa i wysokoprocentowych trunków nie sprawia mi kłopotu.

– Nie, wybieram się z tobą do klubu.

Staram się ukryć zdziwienie. Dotrzymuje mi towarzystwa tylko w niektóre wieczory, a ponieważ nie ma w tym żadnej reguły, nigdy nie wiem, kiedy to nastąpi.

– Chcesz pójść do Blue Room? Zdajesz sobie sprawę, że to klub taneczny, a nie jakaś speluna?

Rzuca mi kolejne spojrzenie.

– Wiem. – Porusza szklanką, wprawiając w ruch kostki lodu, i skupiony przygląda się, jak zataczają kręgi. – Ale dzięki temu wrócimy o przyzwoitej godzinie i stawimy się na jutrzejszy obiad.

Słuszna uwaga.

– Czy nie będzie ci przeszkadzać, jeśli ja… – Nie jestem w stanie wypowiedzieć tego zdania.

– Jeśli zostawisz mnie, żeby pieprzyć się z jakimś facetem? – kończy za mnie. Kładzie nogi na stoliku obok pizzy.

Otwieram usta, ale ponownie tracę wątek.

– Nie, Lil – mówi. – Nie będę stawał ci na drodze do tego, czego pragniesz.

Zastanawiam się czasami, jakie są jego pragnienia. Może chciałby być ze mną. A może tylko udaje.

3

Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem inna niż reszta dzieciaków. Nie chodziło tu wcale o chłopaków i fantazje seksualne, lecz wyłącznie o moją rodzinę. W szóstej klasie na lekcji angielskiego siedziałam z tyłu i z nudów miętosiłam spódnicę w kratkę, część obowiązkowego mundurka w prywatnej szkole podstawowej. Po wyjściu nauczyciela kilku chłopaków przyciągnęło do mnie swoje ławki i zanim wpadłam na powód tego zachowania, wydobyli z plecaków puszki z napojami gazowanymi. Diet fizz. Fizz lite. Fizz red. Zwykły fizz.

Upili po kilka łyków i zostawili porozrzucane puszki na mojej ławce. Ostatni z nich otworzył puszkę cherry fizz i uśmiechnął się złośliwie.

– Weź – powiedział, wręczając mi ją. – Przebiłem twoją wisienkę.

Reszta zarechotała, a moja twarz przybrała kolor fizz red, który wycisnął kółko na moim zeszycie.

Z perspektywy czasu wiem, że powinnam im była podziękować za kupienie tych wszystkich produktów marki Fizz. Każdy napój zakupiony w automacie oznaczał więcej kasy dla nas. Prawdopodobnie byli dziećmi potentatów naftowych, znacznie mniej interesujących niż mój ojciec, który mógł się pochwalić tym, że założona przez niego firma wyprzedziła Pepsi w poprzednim roku. Niestety, byłam zbyt wstydliwa i przerażona, aby zareagować, więc tylko bardziej wtopiłam się w ławkę, marząc, bym stała się niewidzialna.

Lo też wie co nieco na ten temat. Co prawda fortuna jego rodziny nie wisi na billboardach i w restauracjach, ale każda przyszła matka jest mniej lub bardziej świadoma istnienia produktów należących do Hale Co. Zasypka dla dzieci, oliwka, pieluchy, w zasadzie wszystko, co wiąże się z noworodkami, znajduje się w ofercie tej firmy. Napoje Fizzle są obecne na całym świecie, lecz przynajmniej nazwisko Callowayów nie zdobi etykiet.

Jedynie wśród znajomych rodziny i wśród partnerów handlowych musimy dbać o reputację. W innych sytuacjach jesteśmy po prostu dwójką zepsutych bogatych dzieciaków.

Przez całą szkołę podstawową chłopcy prześladowali Lo, nazywając go „maluszkiem”, i nie było to przezwisko pieszczotliwe. Zniszczyli mu nawet szafkę, wysypując na jego rzeczy zasypkę marki Hale Co. Lo stanowił łatwy cel. Nie dlatego, że był chudy, niski lub wstydliwy jak ja. Miał dobrze wyrobione mięśnie i z powodzeniem gonił po szkolnych korytarzach pewnego piłkarza, kiedy się dowiedział, że ten porysował mu kluczykiem nowego mustanga.

We wczesnej młodości Lo miał tylko jednego przyjaciela. Bez zgrai chłopaków wokół siebie stał się wrogiem numer jeden innych facetów. Wyrzutkiem, którego należało prześladować.

Żałuję większości swoich postępków, a właśnie w szkole średniej podjęłam najwięcej złych decyzji i dokonałam złych wyborów. Przespanie się z kimś, kto wyżywał się na Lo, to jeden z nich. Nie obchodziło mnie to wtedy, kiedy się wydarzyło, ale potem bardzo się wstydziłam. I nadal się wstydzę, jakbym nosiła głęboką bliznę.

College zmienił wszystko na lepsze. Z dala od małej prywatnej szkoły nie musiałam się już martwić, że plotki dotrą do moich rodziców. Wolność oferuje więcej możliwości. Imprezy, kluby i bary to mój drugi dom.

Tej nocy w Blue Room sufit jest rozświetlony setkami żarówek. Udrapowana ponad głowami ciemnoniebieska tkanina udaje nocne niebo. Zgodnie z nazwą wszystko w tym olbrzymim klubie jest w odcieniu niebieskiego. Parkiet jest podświetlony na błękitno, a wyposażenie na górnym poziomie składa się z granatowych aksamitnych sof i pikowanych foteli.

Czarne szorty kleją mi się do spoconych ud, a srebrzysty top bez pleców ciasno przylega do lepkiej skóry – skutek wepchnięcia dwóch ciał do ciasnej ubikacji. Niebieskie sedesy? Zgadza się. Myślałam, że po seksie wskoczę na wyższy bieg, ale ledwo jestem zaspokojona. W dodatku upał sprawia, że czuję się obrzydliwie.

Widzę Lo przy barze, jak z niecierpliwością obserwuje barmana biegającego od jednego klienta do drugiego, a jest ich przy kontuarze, czekających na swoją kolejkę, cała masa. Lo wydaje się bardziej poirytowany niż zwykle. Dostrzegam powód. Na stołku z lewej, w czerwonej, przylegającej ciasno jak bandaż sukience, siedzi blondynka, która długą gołą nogą muska jego udo. Lo nie zwraca na nią uwagi, jego twarde spojrzenie jest skierowane na rzędy butelek z alkoholem, ustawione za plecami barmana.

– No dalej, Lo – szepczę.

Nagle jakiś facet obejmuje mnie w talii i tańczy przyciśnięty do moich pleców. Ignoruję go, ale on stara się wprawić w ruch moje biodra, ocierając się o mnie lędźwiami.

Blondynka koło Lo przygryza wargi i kokieteryjnie przeczesuje palcami włosy. Pochyla się do niego, coś mówi, ale niestety nie jestem wystarczająco blisko, aby usłyszeć.

Lo ściąga brwi i już wiem, w jakim kierunku zmierza ta konwersacja. Odpowiada, jej twarz krzywi się z pogardą. Z jadem w oczach rzuca jakąś uwagę i odchodzi z niebieskim martini w zaciśniętych palcach.

Przeklinam w duchu i wyplątuję się z objęć mojego partnera tanecznego. Szybko idę w kierunku baru i zajmuję miejsce blondynki.

– Co się stało? – pytam.

– Idź sobie. Jestem zajęty, znajdź sobie jakieś nowe ciało do pieprzenia. – Pociąga duży łyk piwa, spłukując tę wredną wypowiedź.

Biorę głęboki wdech, próbując wymieść jego komentarz ze świadomości. Staram się ignorować jego zmiany nastroju. Czasem potrafi być naprawdę seksowny. A czasami zabija wzrokiem. Ze zdziwieniem przyglądam się butelce w jego dłoni, na której widnieje etykieta „Piwo jagodowe”.

– Co ty, do diabła, pijesz? – Od miesięcy Lo nie tknął niczego słabszego niż porto.

– Wszystkie alkohole są w pieprzonym niebieskim kolorze – narzeka. – Nie będę pił niebieskiej whiskey. Ani jagodowej wódki.

Przynajmniej już wiem, dlaczego jest taki podminowany. Podchodzi barman, kręcę przecząco głową, bo nadal mam zamiar prowadzić samochód trzeźwa. Przyjmuje więc zamówienie od dwóch dziewczyn siedzących obok mnie.

Opieram łokieć o kontuar, twarzą do Lo.

– Jestem pewna, że to nie jest takie złe.

– Zaproponowałbym ci łyczka, ale nie wiem, czego dotykały twoje usta.

Patrzę na niego wilkiem.

– I tak nie mam ochoty na twoje piwo jagodowe.

– To dobrze.

Opróżnia duszkiem butelkę i sygnalizuje barmance, że chce następną. Ona zdejmuje kapsel i przesuwa butelkę w jego stronę.

Szybko rzucam okiem do tyłu, w kierunku błękitnego parkietu, i napotykam wzrok…

Nie, proszę. Natychmiast odwracam głowę, wpatruję się w rzędy wódek, a potem chowam twarz w dłoniach. Liczę, że mnie nie zauważył. Może nie nawiązaliśmy kontaktu wzrokowego. Może to tylko gra mojej wyobraźni!

– Cześć, mogę ci postawić drinka?

Dotyka mojej łopatki. Trzyma rękę na mojej łopatce. Odsuwam jego dłoń i łypię okiem na Lo. Sprawia wrażenie niezainteresowanego sytuacją, połowa jego nogi ześliznęła się ze stołka, jakby był gotów odejść, dając mi przestrzeń, której jego zdaniem potrzebuję.

– Nie dosłyszałem, jak masz na imię – dodaje ten facet.

Rudowłosa dziewczyna obok mnie szykuje się do wyjścia, a ja mam ochotę krzyknąć, żeby natychmiast tu wróciła. Siedź na tyłku, nigdzie nie idź! Kiedy znika, chłopak przysiada na stołku, sygnalizując mową ciała, że jest otwarty na propozycje.

Moje szczęście zostało oficjalnie spłukane w sedesie.

Unoszę głowę, starając się nie patrzeć na jego krzaczaste jasne brwi i zarost na brodzie. Tak, to ten sam facet, z którym poszłam do łazienki. To on zamknął drzwi, ściągnął mi majtki, stękał i wysłuchiwał moich jęków. Wygląda na dwudziestoparolatka, ale nie jestem w stanie rozszyfrować jego dokładnego wieku. Nie pytam. W zasadzie to o nic nie pytam. Moja pewność siebie ulotniła się wraz z orgazmem, jedyne, co teraz czuję, to gorący wstyd rozlewający się w okolicach uszu.

Udaje mi się wydusić z siebie odpowiedź:

– Jestem Rose. – Ewidentne kłamstwo.

Lo wybucha na to krótkim śmiechem, więc chłopak opiera się ramieniem o bar, pochyla nade mną, wkraczając w moją prywatną przestrzeń, żeby zobaczyć, kim jest mój przyjaciel.

– Znacie się?

– Można tak powiedzieć – odpowiada Lo, kończąc kolejne piwo. Gestem pokazuje barmance, że chce następne.

– Nie jesteś jej byłym czy kimś takim? – zastanawia się chłopak z lekką ulgą.

Proszę, idź sobie.

Lo ujmuje nową butelkę piwa jagodowego.

– Jest cała twoja. Weź ją.

Czuję, jak wszystko w moim wnętrzu powoli umiera.

Facet kiwa głową w moim kierunku.

– Jestem Dillon.

I co z tego? Idź sobie. Wyciąga do mnie rękę z głupawym uśmieszkiem, pewnie liczy na drugą rundę. Tylko że ja nie zaliczam drugich rund. Kiedy raz prześpię się z facetem, to koniec. Nic więcej, nigdy więcej. To moja zasada, do której do tej pory się stosowałam. Nie zamierzam jej łamać specjalnie dla niego.

Potrząsam jego dłonią, zastanawiając się, jak by się go grzecznie pozbyć. Niektóre dziewczyny z łatwością mówią „nie”. Ja natomiast…

– Co pijesz?

Próbuje ściągnąć uwagę barmana, który jest zajęty przygotowywaniem drinków dla gromady dziewczyn. Jedna ma diadem i szarfę z napisem „Mam 21 lat!”.

– Nic – odpowiadam w chwili, kiedy barmanka w obciętych szortach i krótkiej niebieskiej bluzce pojawia się tuż przed nami.

– Co podać? – pyta, przekrzykując muzykę.

Zanim jestem w stanie odpowiedzieć: „Nie piję”, Dillon zamawia:

– Rum z fizz i Blue Lagoon.

– Mamy tylko rum jagodowy – przypomina mu.

Kiwa głową.

– Nie ma sprawy.

Barmanka przygotowuje nasze zamówienie, a ja wyduszam z siebie:

– Ja w zasadzie nie piję.

Opada mu szczęka.

– Nie pijesz?