Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 552 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty - Jacek Antczak

Co łączy silnego skrzydłowego z mafiami polską i włoską, a co z milicją i CBA? Czy naprawdę polski koszykarz potrafił zesłać deszcz? Czy spotkał Michaela Jordana i Jana Pawła II i gdzie się podziały skarpetki, które przywiózł z NBA? Kto i kiedy rozwalił mu nos, a kto dzięki jego punktom uznał, że Bóg istnieje? Czy naprawdę był Claudią Shiffer polskiej koszykówki? I co na to wszystko wicepremier i wicemarszałek Sejmu RP?

Pierwsza biografia polskiego koszykarza to niezwykła opowieść o karierze i życiu tego wspaniałego sportowca. To „książka – mecz”, zawierający mnóstwo anegdot barwny reportaż, w którym o 30 latach kariery ikony polskiego basketu opowiada sam Adam Wójcik, jego najbliżsi, przyjaciele, kibice, dziennikarze, wspaniali koszykarze i najlepsi trenerzy. To niezwykła, pełna przygód podróż z PRL-u do wolnej Polski, z Oławy do Wrocławia przez Stany Zjednoczone, Hiszpanię, Grecję i Włochy. To dziesiątki opisów dramatycznych meczów, które przeszły do historii, i szczere opowieści o kulisach, wzlotach, triumfach oraz upadkach i porażkach legendy polskiej koszykówki.

Opinie o ebooku Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty - Jacek Antczak

Fragment ebooka Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty - Jacek Antczak

ROZGRZEWKA

Dlaczego Adam Wójcik? „Bo po pierwsze nieźle gra, świetnie się fotografuje, drybluje, strzela karne, a najlepiej wychodzą mu nietakty. A po drugie ludzie go lubią. Wierzą mu. To człowiek legenda. Claudia Schiffer koszykówki”.

Poza nietaktami w tej charakterystyce zaczerpniętej z filmu Sześć dni Strusia, w której prawdziwy Adam Wójcik zagrał Adama Wójcika, gwiazdę koszykówki, wszystko się zgadza. No, prawie. Może tylko „nieźle” warto byłoby zamienić na „znakomicie”, karne na „osobiste, trójki, bloki, wsady, a zwłaszcza półhaki” i oczywiście „drybluje” na „kozłuje”. I jeszcze „lubią” na „uwielbiają”, a czasem nawet „kochają”.

Co prawda Wójcika pewien algiersko-francuski gracz określił mianem „Zinedine’a Zidane’a polskiej koszykówki”, inni standardowo nazywali go „profesorem” lub „królem”, a pewien facet z NBA powiedział nawet, że nie mógł się z nim spierać, bo to tak, jakby się kłócić z ojcem albo... z Bogiem. Ale tu już Marcin Gortat po amerykańsku przesadził.

„Claudia Schiffer koszykówki” pasuje chyba najlepiej. W końcu zdarzało się, że gdy ten silny środkowy wybiegał na parkiet wrocławskiej Hali Ludowej, kilka tysięcy kibiców śpiewało: „Nasza Barbie, najlepsza w Polsce jest”. Gdyby iść tym tropem, to przecież Claudia bywała aktorką, a wraz z Lindą Evangelistą i Naomi Campbell w latach dziewięćdziesiątych tworzyły tak zwany „wielki tercet”. Adam też grywał w filmach, a razem z Dominikiem Tomczykiem i Maciejem Zielińskim byli określani mianem „trzech muszkieterów” reprezentacji Polski i Śląska Wrocław. Fanów, a zwłaszcza fanek, ci wielcy faceci mieli w Polsce nawet więcej niż piękne modelki, choć nie byli chippendalesami, tylko najlepszymi w kraju koszykarzami.

Czytelnicy pomyślą, że jeśli o koszykarzu z Wrocławia opowie wrocławianin, to zrobi to na kolanach. Potwierdzam i zaprzeczam. Przyznaję, że w książce padną określenia „legenda”, symbol”, „ikona polskiej koszykówki” a nawet – to zabawne – „bożyszcze”. Ale przecież to nie ja je wymyśliłem, tak go od dobrych dwóch dekad określali dziennikarze, kibice, koledzy z parkietów, trenerzy czy szefowie klubów. Równocześnie w tej opowieści Adam Wójcik będzie także „popularnym Oławą” i spasionym pogrzebaczem. Będzie Wujem, Wojem, Wójciorem, Wojcikiem, Vujčiciem i Wójcikauskasem. A raz nawet Rysiem. Będzie milicjantem i więźniem, chłopakiem z zakrwawionym nosem i ofiarą mobbingu. Będzie zagubionym nastolatkiem, zakochanym chłopakiem, synem, mężem i ojcem.

To pierwsza książka o polskim koszykarzu. Dlaczego jej bohaterem stał się akurat gracz z numerem 10 na koszulce? Przecież Adam Wójcik, choć przez dwadzieścia lat z hakiem był zawodnikiem światowej klasy, nie spełnił wielu swoich marzeń: nie był na igrzyskach olimpijskich ani mistrzostwach świata, nie wygrał Euroligi, nie zagrał w NBA. Nie zrobił wielu rzeczy, które przypadły w udziale innym legendarnym polskim koszykarzom. Nie zdobył medalu mistrzostw Europy jak Mieczysław Łopatka, nie rzucił 90 punktów w meczu jak Mieczysław Młynarski. Zanim obwołano go profesorem, to miano nosił Dariusz Zelig, a Eugeniusz Kijewski zdobył jednak więcej punktów w ekstraklasie. Jak to się więc stało, że tak jak każdy wielbiciel koszykówki w świecie chciał grać jak Michael Jordan, tak w Polsce wszyscy, z Marcinem Gortatem na czele, marzyli, żeby być jak Adam Wójcik?

Czy stało się tak dlatego, że jako pierwszego Polaka testowała go NBA i jako pierwszy zagrał w Eurolidze? Czy może chodziło o to, że „kto miał Wójcika w drużynie, ten zdobywał mistrzostwo Polski”? A może z tego powodu, że grał najefektowniej i był nie tylko „nie do zatrzymania” ale i niezniszczalny? Przecież w wieku czterdziestu jeden lat wrócił na parkiet po ciężkiej kontuzji i zakończył karierę dopiero, gdy zdobył w ekstraklasie dziesięć tysięcy punktów.

Ostrzegam Czytelników, że autor tej książki nie ma zbyt wielkiego pojęcia o koszykówce (chociaż w trakcie zbierania materiałów przeszedł przyspieszony kurs prowadzony przez najlepszych fachowców). Ale kto wie, może sportowa ignorancja okaże się atutem? Będzie więcej o tym, jak ten skromny, zawsze uśmiechnięty facet próbował porwać ciężarówkę na Tajwanie, a mniej, w jaki sposób stosował „rotację w obronie” i dlaczego przez całą karierę grał z „dziesiątką”, a jako „czwórka” lub „piątka” lubił rzucać trójki niczym „jedynka”.

Nie zabraknie opisów najważniejszych spotkań w karierze Adama. Stanowiły lejtmotyw jego życia, będą więc refrenem niniejszej biografii. Za ich profesjonalne relacjonowanie dziękuję wielu dziennikarzom sportowym, z których pracy i emocji czerpałem wielokrotnie. Nad tym, bym nie pomylił slam dunków Adama z jego alley oopami, czuwał mój kolega z redakcji „Gazety Wrocławskiej” Paweł Kucharski. To głównie on opracował niezwykle trudną, jak to z „dogrywkami” bywa, ostatnią część tej książki. W Dogrywce zawarliśmy podsumowanie poszczególnych sezonów (pod względem liczby meczów oraz punktów zdobytych przez Adama), dodając do tego kalendarium i zestawienie obrazujące to, czego Wójcik dokonał w baskecie. Dla największych fanów przygotowaliśmy coś ekstra – pod adresem www.wsqn.pl/wojcik_wypunktowany.pdf znajduje się zestawienie wszystkich meczów rozgrywanych przez naszego bohatera w poszczególnych sezonach wraz z liczbą punktów zdobytych podczas każdego spotkania.

Biografia Adama Wójcika ma formę meczu. To mecz – życie i mecz – reportaż. Są w niej emocje, nagłe zwroty akcji, reminiscencje, cytaty, przeskoki czasowe. I choć tablicą świetlną, która wskazuje chronologię wydarzeń, są tytuły rozdziałów, to, gdyby ktoś się pogubił, niech śmiało w trakcie lektury zerka do Dogrywki – uporządkowanego przewodnika po sportowym życiu Adama Wójcika.

Dziękuję moim kilkudziesięciu rozmówcom i wszystkim, którzy w większy lub mniejszy sposób przyczynili się do powstania tej książki. Adamowi i jego żonie Krystynie dziękuję za niezwykłą empatię, a przede wszystkim za to, że przez ostatnie półtora roku w przeróżnych miejscach i o różnych porach byli gotowi odpowiadać na moje, często przedziwne, pytania. A pewnie zadałem ich nie mniej, niż bohater tej opowieści rzucił punktów w ekstraklasie. Adamowi dziękuję dodatkowo za skuteczną „zbiórkę”... laptopa, której dokonał późną nocą z 28 na 29 czerwca 2013 roku ze środka ulicy pewnego podwrocławskiego miasteczka. Bez tej błyskawicznej akcji czytelnicy musieliby jeszcze długo czekać na tę książkę. A tak, po solidnej rozgrzewce, możemy zaczynać – rzut sędziowski, rzut osobisty, nawet bardzo osobisty.

Jacek Antczak, sierpień 2013

I KWARTA

3 lutego 2010 roku. Sala Kolumnowa w Sejmie. Stenogram z przesłuchania byłego wicepremiera rządu Rzeczypospolitej Polskiej.

Poseł Jarosław Urbaniak (Platforma Obywatelska): Panie premierze, szef CBA, zeznając przed komisją, mówił, że część gości, która spędzała sylwestra w pensjonacie Szarotka w Zieleńcu, było zaproszonych przez pańską małżonkę. Mógłby się pan do tego ustosunkować?

Świadek Grzegorz Schetyna: (...) Chodziło o Adama Wójcika, znanego koszykarza, kapitana reprezentacji Polski, wiele lat grającego w Śląsku Wrocław. I szkoda, że nikt z CBA nie sprawdził w Google, kto to jest Adam Wójcik, bo jeżeli spróbowałby to zrobić, toby wiedział, że to nie jest lokalny polityk, ale może wszystko przed nim. Na razie jest koszykarzem, który jest bardzo znany, jest najsłynniejszym polskim koszykarzem.

Poseł Bartosz Arłukowicz (Lewica): I ten pan Wój... ten koszykarz, on chciał precyzyjnie jechać do tego ośrodka?

Grzegorz Schetyna: Adam Wójcik. W związku z tym, że synowie państwa Wójcików jeździli na nartach, zależało im, żeby być w miejscu, które jest blisko wyciągu. I dlatego była prośba, że jeżeli zwolniłoby się miejsce, żeby zadzwonić do Adama Wójcika – to jest osoba powszechnie znana nie tylko we Wrocławiu, ale w Polsce, znany, najsłynniejszy polski koszykarz.

Poseł Beata Kempa (Prawo i Sprawiedliwość): Pani Wójcikowa poprosiła o taką interwencję, tak?

Grzegorz Schetyna: Nie jest tak, że ktoś tu coś załatwiał, bo moja żona poprosiła, powiedziała o sprawie, a Adam Wójcik to jest...

Poseł Beata Kempa: No tak, ale pan Wójcik nie interweniował w recepcji (...).

Grzegorz Schetyna: Może ja bym powiedział tak, wie pani, Adam Wójcik jest kultową postacią i kultowym sportowcem...

Poseł Beata Kempa: To wiemy...

Grzegorz Schetyna: Ale proszę o jeszcze zdanie, jeśli pani pozwoli...

Poseł Beata Kempa: ... chylimy czoła.

Grzegorz Schetyna: Przekażę...

1. RZUT OSOBISTY. URODZONY KOSZYKARZ (Wołyń, Dolny Śląsk, Oława, 1941–1970)

2 czerwca 1981 roku, Czechosłowacja. Mistrzostwa Europy, Polska wygrywa z Francją 102:90. Przeciwnicy są bezradni, Mieczysław Młynarski po prostu dziurawi kosz, zdobywając 33 punkty, Eugeniusz Kijewski dorzuca 20, Jerzy Binkowski 13, a Dariusz Zelig 6.

Adaśkowi nic te nazwiska nie mówią. Mimo to, choć w radzieckim rubinie, jak to w rubinie, trochę śnieży, siedzi przed telewizorem rozemocjonowany i z rozdziawioną buzią. To pierwszy mecz koszykówki, jaki widzi w życiu.

Podczas tamtych mistrzostw Polska przegrała z ZSRR, z Jugosławią oraz najważniejsze spotkanie – z Włochami – a po zwycięstwie z Francją, w meczu, który oglądał jedenastoletni Adam Wójcik, zajęła siódme miejsce.

Adaśkowi – jak nazywali go kumple z podwórka bloku przy ulicy Kasprowicza 14 w Oławie – nawet nie mogło przemknąć przez myśl, że niebawem ci sami zawodnicy, największe gwiazdy polskiego basketu, będą jego kolegami z koszykarskich parkietów: w klubach, w reprezentacji czy zespołach gwiazd. Że wkrótce dla Binkowskiego będzie robił zasłony, Zeliga blokował (albo Zelig jego) i że z Eugeniuszem Kijewskim najpierw będzie walczył o mistrzostwo Polski w jego ostatnim meczu w karierze, a potem przez kilkanaście lat będzie wykonywał jego polecenia w reprezentacji, Prokomie Treflu Sopot i w końcu w PBG Baskecie Poznań, gdzie przy nim pobije jego punktowy rekord Polski.

W czerwcu 1981 roku, tuż przed wakacjami, czwartoklasista z Szkoły Podstawowej nr 2 im. Jakuba Sobieskiego nie ma nawet pojęcia, że położony trzydzieści kilometrów od jego domu Wrocław jest stolicą dyscypliny sportu, która tak mu się spodobała. Nie przypuszcza również, że choć w jego rodzinnej Oławie nie ma żadnej drużyny koszykówki, to w pobliskiej metropolii grają najlepsi. Adaśko nie wie, że działa tam Wojskowy Klub Sportowy Śląsk Wrocław i próbująca mu dotrzymać kroku milicyjna „Gwardia”. Ba, nie wie nawet, że istnieje wielki, wybudowany w 1913 roku przez Niemców budynek o nazwie Hala Ludowa – świadek wystąpień Hitlera i Bieruta, koncertu Marleny Dietrich i popisów Harlem Globetrotters, a przede wszystkim największego sukcesu koszykówki męskiej – zdobycia srebrnego medalu mistrzostw Europy w 1963 roku. Adaśko nie ma pojęcia, że w tej samej Hali Ludowej już niebawem będzie grał i trenował, za kilka lat, w 1989 roku, po raz pierwszy wysłucha Mazurka Dąbrowskiego, a przez następne dwie dekady tysiące gardeł rozentuzjazmowanych kibiców wielokrotnie będzie skandowało jego imię i nazwisko – nawet wtedy, gdy nie pojawi się na parkiecie, lecz zasiądzie na trybunach z synkami i żoną. I tak będzie już zawsze, z apogeum w 2009 roku, gdy wybiegnie na parkiet jako „grająca legenda koszykówki”, a przy okazji kapitan reprezentacji podczas kolejnych mistrzostw Europy, rozgrywanych we Wrocławiu.

Ale na razie wciąż jest czerwiec 1981, Adam Wójcik jest Adaśkiem, a nie „Legendą”, „Air Oławą” czy „El Proffesore”. Jest Adaśkiem, który z kolegami z podwórka ogląda w domu mecz z Francją. I wcale nie myśli, że zostanie koszykarzem. „Zupełnie nie przyszło mi to do głowy. Za to po tym meczu oświadczyłem wszem i wobec, że mnie też będą pokazywać w telewizji. Tylko nie zdecydowałem jeszcze, czy jako piłkarza, kolarza, siatkarza czy może jednak koszykarza”, wspomina Adam Wójcik trzydzieści jeden lat później.

Jest luty 2012 roku, właśnie wrócił z treningu i w salonie swojego podwrocławskiego domu, na pięćdziesięciocalowym telewizorze, który zdecydowanie nie śnieży, ogląda mecz, a właściwie mecze. Najpierw Śląsk Wrocław – Legia Warszawa. Wraz z kolegami z koszykarskiego Śląska był zaproszony na trybuny nowego stadionu wybudowanego na Euro 2012, ale miał intuicję, że wyjazd nie jest najlepszym pomysłem. Został w domu i nie widział klęski wrocławian (0:4). A teraz jak zwykle, popijając kawę, zerka na potyczkę Prokomu Gdynia z Anwilem Włocławek. To silni skrzydłowi lubią najbardziej. Za chwilę może zagrać z którymś z tych zespołów w ostatnich w życiu play offach.

Adama w lutym 2012 roku akurat rzadko pokazują w telewizji, bo Śląsk Wrocław gra o play offy w dolnej połówce Tauron Basket Ligi, a takie mecze są mało interesujące zarówno dla stacji telewizyjnych, jak i dla kibiców, o czym „ośmiokrotny mistrz Polski, stuczterdziestodziewięciokrotny reprezentant Polski” napisał właśnie na swoim blogu w serwisie Tomasza Lisa. Ale to cisza przed burzą, bo kolejny, wielki, ale ostatni medialny festiwal Adama Wójcika rozpocznie się już za kilka dni, gdy będzie przekraczał granicę 10 000 punktów zdobytych w polskiej ekstraklasie.

Kwiecień 1970 roku. Wybrzeże Gdańsk – Śląsk Wrocław – 69:68, Spójnia – Śląsk 81:83. Te wyniki w ostatnich meczach sezonu oznaczają, że wrocławska drużyna po raz drugi w historii została mistrzem Polski. Świętująca akurat dwudziestolecie istnienia Gwardia Wrocław kończy ten sezon w połowie stawki II ligi. Chwilę później reprezentacja Polski stawia duży opór w meczu towarzyskim z Jugosławią, która zaraz potem zostaje mistrzem świata.

W tym samym czasie, a dokładniej 20 kwietnia 1970 roku, o godzinie 8:15 w szpitalu powiatowym w Oławie na świat przychodzi Adam Wójcik. Jego mama, Helena, wówczas dwudziestodwuletnia, i tato Jerzy, który miał lat dwadzieścia dziewięć, ciepło wspominają tamten dzień, tym bardziej że, jak wynika z książeczki zdrowia Adama Wójcika, „przebieg okresu noworodkowego był prawidłowy”, a „stan dziecka po urodzeniu – dobry”.

„Adam jest oławianinem, ja urodziłam się 1 lipca 1948 roku w wiosce Chwarstnica pod Gryfinem, w województwie szczecińskim”, opowiada Helena Wójcik, z domu Baraniecka.

Dziadkowie Adama ze strony mamy przenieśli się tam po II wojnie światowej z miejscowości Obertyn w województwie stanisławowskim, czyli z Wołynia. „Do dzisiaj się ze mnie śmieją, że jestem szlachcianką z zagrody, bo, jak często chwalił się dziadek Adama, pochodzimy ze szlachty zaściankowej”, mówi Helena Wójcik.

W latach sześćdziesiątych Baranieccy przenieśli się z Chwarstnicy do podoławskiej wioski Siedlce. Nastoletnia Hela grała w szkolnej drużynie piłki ręcznej. „Bez sukcesów, ale jakieś kontakty ze sportem miałam, nawet przyjeżdżałyśmy z Siedlec na mecze do Oławy”. Kariery jednak nie kontynuowała.

Bardzo chciała się wyrwać z domu. Ojciec drugi raz się ożenił, mieli dziewięciohektarowe gospodarstwo i Helę wciąż gonili do roboty na roli. Chodziła do zawodówki rolniczej, ale nie widziała przed sobą perspektyw. „Myślałam o kontynuowaniu nauki, ale to były czasy, kiedy rodzice nie patrzyli na to przychylnym okiem”, wspomina. W 1965 roku była druhną na weselu kolegi. I wpadł jej w oko drużba – Jurek Wójcik, chłopak z Oławy. „Przystojny, wysoki, starszy ode mnie o siedem lat. Na dodatek miał pracę, no i przede wszystkim był z miasta. Pomyślałam sobie, że się mną zaopiekuje, zabierze do Oławy i będę panią. Do dzisiaj nie wiem, czy się zakochał, czy tylko chciał z tych Siedlec wyzwolić. Jurek, jak było?”, śmieje się Helena Wójcik. „I się zakochał, i chciał wyzwolić”, odpowiada mąż.

Jerzy, tato Adama, przyszedł na świat 18 lutego 1941 roku w Józefinie, wiosce w gminie Korzec w powiecie rówieńskim w województwie wołyńskim. Tuż po wojnie jego rodzice przyjechali na Dolny Śląsk, mieszkał więc w Oławie od czwartego roku życia.

W listopadzie 1965 roku, czyli pół roku po ślubie, na którym druhna Hela i drużba Jurek się poznali, sami zostali małżeństwem. Zamieszkali na sublokatorce, w pokoiku przy ulicy Nowej 3. Nie było lekko, więc Helena, gdy tylko skończyła osiemnaście lat, poszła do pracy. Trafiła do Zakładów Przetwórstwa Chemicznego „Erg”. Jerzy pracował jako spawacz w PKP Oława – aż do emerytury.

1 lipca 1967 roku urodził im się syn Marian, a dwa i pół roku później drugi – Adam. Po urodzeniu mierzył 53 centymetry i ważył 3600 gramów.

Kiedy zaczął trenować koszykówkę, w wieku trzynastu lat, miał 174 centymetry wzrostu. Z założonej wówczas już we Wrocławiu karty zdrowia sportowca wynika, że co trzy miesiące przybywało mu około 2 centymetrów. Na wadze przybierał jednak wolniej. W styczniu 1973 roku był już „metrowym chłopcem”, a w lipcu 1983, kiedy zaczął grać w koszykówkę, mierzył 175 centymetrów przy wadze zaledwie 48,7 kilograma. W kwietniu 1984, w dniu swoich czternastych urodzin, osiągnął 180 centymetrów i był cięższy o 5 kilo, co nadal nie było imponującym wynikiem. Gdy, jako piętnastolatka, mierzono Adama w Poradni Sportowo-Lekarskiej przy Alei Olimpijskiej 35 we Wrocławiu, miał już metr dziewięćdziesiąt. Ważył 64,3 kilograma. „Nie ma co ukrywać, był z niego straszny patyk”, przyznaje pierwszy trener Adama Krzysztof Walonis. „I dziwnie przy tym wyglądał, były nogi, a potem głowa, tułowia prawie nie miał”, dodają koledzy z pierwszej drużyny, w której grał.

„To fizjologia – mówi doktor Andrzej Czamara, rektor Wyższej Szkoły Fizjoterapii. – To się potem przerodziło w idealne jak dla koszykarza proporcje ciała Adama. Czamara dokładnie wymierzył koszykarza, bo przez dwadzieścia lat kilkanaście razy czuwał nad jego rehabilitacją i doprowadzał go do pełnej sprawności po wszelkich urazach i kontuzjach.

Dwumetrowym dryblasem Wójcik stał się jeszcze przed osiemnastymi urodzinami. Myli się jednak ten, komu wydaje się, że w końcu zatrzymał się przy najczęściej podawanych 208 centymetrach. W zależności od ustaleń klubów, w których akurat grał, Wójcik później malał – najczęściej do 206 centymetrów, ale czasem aż do 204 – lub rósł do 209 (wystarczy spojrzeć choćby na oficjalną stronę reprezentacji lub sprawdzić w Wikipedii). W ostatnim roku, gdy grał w Śląsku Wrocław, na papierze mierzył aż 210 centymetrów. „Czyli po amerykańsku, bo w NBA mierzą w butach i to jest oficjalny pomiar. Ale na boso, czyli według polskich przepisów, mam jednak dwa osiem”, przyznaje Wójcik. Jego żona Krystyna poznała Adama w 1990 roku jako młodzieńca o oficjalnym wzroście 201 centymetrów, ale po paru miesiącach na obozie kadry ustalono, że ma 204 i tak właśnie przez kilka lat wpisywano w protokoły, chociaż Adam nadal rósł, by osiągnąć swój dzisiejszy wzrost w wieku dwudziestu trzech lat.

Adam chodzi w butach o europejskim numerze 50 i nosi ubrania w rozmiarze XXL. Z biegiem czasu wreszcie „przytył” i przez prawie dwie dekady, aż do końca kariery, bez problemu trzymał wagę między 105 a 110 kilogramów. I to mimo że zawsze jadł, co chciał. Nie tył nawet, gdy objadał się jednym ze swoich ulubionych dań: frytkami z majonezem.

2. PODWOJENIE. OŁAWÓW DWÓCH (Oława, Wrocław, 1970–1987)

11 stycznia 2012 roku, Wrocław, hala Orbita. Mecz Śląska z Treflem Sopot. „Licznik Oławy: 84 punkty do 10 000”

Gdy Adam Wójcik wrócił na parkiet po najpoważniejszej w karierze kontuzji, wrocławscy kibice wymyślili licznik odmierzający liczbę punktów brakujących ich idolowi do przekroczenia rekordowej bariery. Na mecze Śląska przynosili więc baner, na którym po każdym celnym rzucie Adama zmieniali cyferki. Widniała na niej również nazwa jego rodzinnego miasteczka, któremu Wójcik zawdzięcza pierwszy sportowy pseudonim, nadany mu przez kolegów, gdy był jeszcze w młodzikach MKS MDK Gwardii Wrocław, a później używany przez przyjaciół koszykarzy w czasach, gdy grał w Gwardii i Śląsku. Koszykarz wprawdzie za tą ksywą nie przepada, ale nigdy przeciw niej nie protestował i dawno temu pogodził się z tym, że spodobała się kibicom, a zwłaszcza dziennikarzom, najczęściej piszącym o nim „popularny Oława”.

„»Oławą« zostałem, bo to było przezwisko proste, szybkie i jako jedyny w grupie dzieciaków rozpoczynających przygodę z koszem byłem spoza Wrocławia. Chociaż zaraz, nie jedyny, przecież pseudonim wymyślił mi Paweł Karwat, który sam pochodził z Oleśnicy. To niesprawiedliwe, bo na niego wołaliśmy »Krawat«, a powinniśmy »Oleśnica«”, śmieje się Adam, zwany też często „Wojem”, „Wujem” czy „Wójciorem”. Z kolei Filip Dylewicz mówił do niego „Rysiu” – pewnie dlatego, że „wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”. „A teraz, na koniec kariery, koledzy z drużyny Śląska wreszcie mówią na Adama na boisku po prostu Adam – cieszy się Krystyna Wójcik. I dopytuje: – Prawda, Adaś?”. „No nie bardzo, mówią »Legenda«”, śmieje się Adam, który znów nie może nic poradzić na żarty kolegów. Piętnaście lat wcześniej, kiedy ze Śląskiem święcił największe triumfy, gdy autokar w drodze na mecz przejeżdżał przez Oławę, za każdym razem Dominik Tomczyk i Maciej Zieliński z zaintrygowaniem przykładali nosy do okien i wskazywali amerykańskim koszykarzom na postument papieża. „Oława, to jest ten pomnik, który ci wybudowali w Oławie?”, pytali, a Adam zapadał się w fotel, bo musiałby tłumaczyć żartownisiom, że pomnik wprawdzie nie jego, ale święcił go ten sam kardynał, który go bierzmował, i że Oława jako jedyne miasto w Polsce ma dwa identyczne pomniki Jana Pawła II, a także że pochodzi stąd dwóch znanych ludzi o pseudonimie „Oława”, o których było wtedy głośno w całej Polsce. Choć ten drugi „Oława” okryty był złą sławą. Pech chciał, że gangster Mieczysław M., o którym mowa, działał we Wrocławiu aktywnie w tych samych czasach, gdy Adam grał w Śląsku. Nie wiadomo, czy „Oława 2” chodził na mecze, ale zasłynął z uczestnictwa w wojnach gangów i spektakularnych ucieczek z wrocławskiego sądu. Po jednej z nich przysłał nawet pocztówkę z pozdrowieniami do prokuratora. „Kiedyś w wiadomościach podano, że w strzelaninie we Wrocławiu uczestniczył mężczyzna znany wszystkim pod pseudonimem »Oława«. Na drugi dzień koledzy ze Śląska mieli straszny ubaw i pytali mnie, jak ja to robię, że po ciężkich treningach mam jeszcze siłę wieczorami biegać po mieście z giwerą i dokonywać rozbojów”, opowiada „popularny Oława”.

Oława to liczące około trzydziestu tysięcy mieszkańców podwrocławskie miasteczko. W epoce Gierka, gdy Adam był dzieckiem, słynęło z działającej tam do dziś Huty Oława, Centrozłomu, Zakładów Tworzyw Sztucznych „Erg”, w których pracowała mama Adama, czy Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego, gdzie zawodowe życie spędził jego ojciec. Wielu oławian pracowało też w słynnej fabryce autobusów w pobliskim Jelczu, który był największym peerelowskim „sponsorem” lokalnego sportu. W dzieciństwie Adam wyprawiał się na niedzielne mecze Moto Jelcza Oławy, w którym na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych grał zawodnik o nazwisku Orest Lenczyk, późniejszy trener mistrzowskiego Śląska Wrocław. Gdy Adam był nastolatkiem, Andrzej Serediuk z Oławy zdobył brązowy medal mistrzostw świata i etatowo jeździł w Wyścigu Pokoju. W latach osiemdziesiątych „potęgą” oławskiego sportu była sekcja siatkarska, w której przez wiele lat z sukcesami grał Marian Wójcik zwany „Saszą”, czyli brat Adama, który do dziś mieszka w Oławie. W 2000 roku zajął nawet ósme miejsce w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca powiatu oławskiego. Wygrał urodzony w Oławie Szymon Kołecki, jeden z najlepszych sztangistów w historii. Za czasów dzieciństwa Adama oławianie grali więc w nogę, siatkę, biegali, szybko jeździli na rowerach i podnosili ciężary, ale sekcji koszykówki nie było. W kosza grało się tylko w szkołach. Na przykład w tej numer 2 im. Jakuba Sobieskiego przy ulicy Rybackiej i tej numer 5 im. Partyzanckiej Brygady Grunwald, do której Adam przeniósł się po skończeniu szóstej klasy, po przeprowadzce z bloku przy ulicy Kasprowicza do bloku przy 3 Maja. Tu do dziś mieszkają jego rodzice, a w pokoju na meblościance wciąż stoją pierwsze medale, które przywoził ze szkolnych zawodów i spartakiad młodzieży.

„Ja wiem, dlaczego te drużyny, w których gra Adaś, zawsze wygrywają. Bo on wszystkim przynosi szczęście. Nam już w dniu urodzin przyniósł”. Nie tylko Helena Wójcik ma taką teorię. Dzień po jego przyjściu na świat państwo Wójcikowie dowiedzieli się, że dostali przydział na mieszkanie. Z kilkunastometrowego pokoiku przy Nowej, bez wody (nosiło się z piwnicy) i ogrzewania (dziadkowie Adama przywieźli piecyk) po tygodniu przeprowadzili się do bloku przy ulicy Kasprowicza 36. W trzydziestometrowym, dwupokojowym M3 z ciemną kuchnią przemieszkali we czworo do 1984 roku.

Druga przeprowadzka też była związana z Adamem, a dokładniej z jego wzrostem. To on był argumentem dla komisji mieszkaniowej. Pokoik braci Wójcików był mikroskopijny, jakieś dwa metry na cztery. Łóżko i tapczan ledwo się tam mieściły, więc nogi chłopców wystawały do przedpokoju i rodzice się o nie potykali. Niewielki metraż sprawiał też, że dochodziło do konfliktów między braćmi, w których zawsze górą był Marian. Adam po prostu obrywał po uszach i żeby był spokój, często spał w przedpokoju, w którym rodzice zapobiegliwie umieścili składaną „łóżkoszafę”. Komisja zdecydowała o przydziale większego lokalu, kiedy zobaczyła śpiącego w korytarzu trzynastolatka. Mieszkanie na trzecim piętrze w bloku przy 3 Maja jest większe, czterdziestometrowe. „Chłopcy byli tak szczęśliwi, że gdy tylko dostaliśmy klucze, to wzięli dywan, żeby mieć na czym spać, i od razu się tam przenieśli”, wspomina Helena Wójcik. Ale przecież mieli czternaście i szesnaście lat, nadal rośli, więc spory nastolatków o przestrzeń życiową wciąż trwały. Adam, z racji bezkonfliktowego charakteru, stał na straconej pozycji i dla świętego spokoju znowu często lokował się wieczorami na leżance w przedpokoju.

„Nasze relacje, jak to między braćmi bywa, przez długi czas nie były najlepsze. Sasza był starszy, miał swoich przyjaciół, a ja chciałem do nich dołączać. No i mnie ostro przeganiał, a czasem dostawałem baty – przyznaje Adam Wójcik. – Najbardziej oberwałem, gdy mama poprosiła, żebym wyśledził, gdzie Marian idzie. Marny był ze mnie szpieg, więc dorwał mnie przy kiosku i tak zlał, że aż interweniował przechodzień, myśląc, że dopadł mnie jakiś łobuz”.

Dzieciństwo Adama nie było usłane różami. Tym bardziej że jego dorastanie przypadło na czasy stanu wojennego i permanentnego kryzysu gospodarczego. Każdy dzisiejszy czterdziestolatek pochodzący z rodziny robotniczej, na dodatek z małego miasteczka, doskonale zrozumie, jaką drogę przechodzili młodzi ludzie, którzy marzyli, by coś w życiu osiągnąć. Zwłaszcza gdy nie byli przebojowi, cyniczni, bezwzględni i cwani, ale skromni i prostolinijni, a nawet nieco zahukani i zagubieni – a taki był nastoletni Adam Wójcik.

„Adaś jako dziecko miał cechy charakteru, które zostały mu do dziś. Był spokojny, małomówny i bardzo grzeczny. To było i dla mnie nadal jest po prostu słodkie, kochane dziecko, które nigdy nikomu nie sprawiało żadnych problemów”, mówi pani Helena. Oczywiście nie ma na myśli jego rywali z koszykarskich parkietów. I z sąsiednich bloków. „Bo w sytuacjach, o których rodzice nie wiedzieli, byłem jednak dość walecznym dzieckiem”, odpowiada lekko speszony koszykarz i ujawnia tajemnice podwórek przy Kasprowicza i 3 Maja. Jak lew walczył bowiem ze swoją paczką o terytorium. „Czasem w ruch szły kamienie, butelki i kije. To nie była zabawa, myśmy się naprawdę tłukli. No i przez nasze podwórko chłopaki z innych bloków nigdy nie przechodzili”. Słowem Adam Wójcik uczestniczył w stworzeniu strefy demarkacyjnej w centrum Oławy.

Zresztą tuż obok taka była – prawdziwa. Kilkaset metrów od domu Adama stacjonował jeden z największych na Dolnym Śląsku garnizonów wojsk radzieckich. „Chodziliśmy tam na handel. My im przynosiliśmy jakieś jabłka podwędzone z działek, a oni dawali nam konfiety albo znaczki, które wtedy zapamiętale zbierałem. Miałem tych ruskich znaczków od groma, do dzisiaj chyba gdzieś mam te klasery. Kiedyś nawet dostałem od ruskich sołdacką czapkę. Przydała się, gdy bawiliśmy się w »Czterech pancernych«. Do tego był jeszcze hełm Wojska Polskiego, który dostałem od dziadka, jakiś zardzewiały bagnet, który odkopaliśmy pod oławską fontanną, i najmodniejszy krzyk mody, czyli moro. Ale ja miałem prawdziwe, zrobione z wojennego munduru dziadka – no i dzięki takim gadżetom byłem dla rówieśników spoko gościem”.

Z walk ulicznych Adam do dziś ma pamiątkę – bliznę na dłoni w kształcie litery „W”. Został ranny w bitwie międzypodwórkowej przy poniemieckim bunkrze – przewrócił się na porozbijane butelki. Nikt wtedy nie myślał, by takie rany zszywać – wystarczyło trochę wody utlenionej, plaster i wracało się do partyzanckich wojenek. W tych bitwach uczestniczył też inny urwis z Kasprowicza, siedem lat młodszy od Adama Robert Szczerbaniuk, potem jeden z najlepszych w Polsce siatkarzy, który karierę rozpoczynał w Moto Jelczu Oława. Dwadzieścia lat później, 22 stycznia 2003 roku, w domu Adama w Maladze przez parę godzin wspominać będą te dziecięce zabawy. Przedtem koszykarz drużyny Unicaja Malaga oklaskiwał Roberta, siatkarza Mostostalu Kędzierzyn-Koźle, który zlał Malagę w siatkarskiej Lidze Mistrzów.

To, że Adaśko zostanie koszykarzem, nie było wcale oczywiste – w grę wchodziło też kolarstwo i oczywiście piłka nożna, bo na oławskich podwórkach oprócz zabaw militarnych popularne były też sportowe. Adam Wójcik od najmłodszych lat łapał się do pierwszych składów rozgrywek piłkarskich. Choć na nie najwyższym poziomie – raczej przedszkolnym. „Mama pracowała w żłobku, a potem w przedszkolu. Gdy kończyła pracę o czwartej, spotykaliśmy się na placu przed tym przedszkolem i rozgrywaliśmy mecze podwórko na podwórko. Pierwsze, jakie zapamiętałem, rozgrywaliśmy po mundialu w 1978 roku, kiedy każdy chciał być Szarmachem. A po 1982 roku Bońkiem. Wtedy już mieliśmy w domu kolorowego rubina, bo pamiętam, że przed meczami trzeba było podejść do telewizora i ustawić kolory. No i śpiewaliśmy »Entliczek pentliczek, co zrobi Piechniczek« – wspomina koszykarz, który już jako kilkulatek miał intuicję, że lepiej mu się trzyma piłkę w rękach niż przy nodze. Był bramkarzem. – Ojciec przyniósł mi rękawice spawalnicze, a ja oderwałem gumę z rakietek do ping-ponga i przyszyłem do tych rękawic, żeby się piłka lepiej trzymała”.

Nie był wtedy zbyt wysokim golkiperem, ale wszyscy zwracali uwagę, że ma bardzo długie ręce i nogi. Posturą – przeraźliwego chudzielca – też się wyróżniał. Żarty rówieśników nie były zbyt wybredne: „Adaśko, tylko się nie rozbieraj, bo się psy na kości rzucą”.

W tamtych czasach wcielanie się w ulubionych sportowców nie było łatwe. Rolę dzisiejszych konsol i komputerowych gier typu FIFA czy NBA pełniły kapsle od butelek, niezbędne, by poczuć się jak Szurkowski albo Zdzisław Wrona, przejeżdżający codziennie przez miasto słynny kolarz Moto Jelcza Oława. „Brało się wosk i szkolny atlas, gdzie na końcu były małe flagi. Zalewało się kapsle woskiem, rysowało trasę kredą na asfalcie i już się było Aavo Pikkuusem albo Olafem Ludwigiem”, opowiada Adam o swoim uczestnictwie w „Wyścigu Pokoju”, kultowym „Tour de PRL/CSRS/NRD” organizowanym przez peerelowską „Trybunę Ludu”, enerdowskie „Neues Deutschland” i czechosłowackie „Rudé právo”, czyli gazety, które dekadę później bezpowrotnie przeszły do historii, choć „Trybuna” jeszcze zdążyła napisać o Adamie Wójciku, utalentowanym koszykarzu Gwardii Wrocław i reprezentacji Polski.

Adam Wójcik był zresztą ostatnim w polskiej ekstraklasie koszykarzem, który pograł sobie w meczach z Czechosłowacją, ZSRR czy NRD oraz jeździł na turnieje do nieistniejących już krajów demokracji ludowej.

Jako nastolatek próbował nawet na domowy sposób zostać kolarzem (serwis techniczny miał zapewniony, bo przy awariach tato spawał w ZNTK pęknięte ramy jego składaka), ale „kolarzówkę”, którą kupił za pieniądze otrzymane w prezencie na rocznicę komunii, po tygodniu mu ukradziono. Według jego mamy dla Adama była to jedna z większych traum dzieciństwa. Pocieszeniem był tandem, na którym pomykali z Saszą po całej Oławie. Rower zwinięto Adamowi spod kościoła, kiedy był na religii. Wójcik jest wierzący, chodził na religię, a gdy miał piętnaście lat, sakramentu bierzmowania udzielił mu najsłynniejszy kapłan na Dolnym Śląsku, przyjaciel Jana Pawła II, wówczas arcybiskup wrocławski Henryk Gulbinowicz – od 2000 roku pierwszy i jak na razie jedyny Honorowy Obywatel Oławy. Ani rodzice, ani Adam nie pamiętają, jak to się stało, że piętnastolatkowi sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej udzielał metropolita wrocławski. Być może Adam miał fory ze względu na koligacje rodzinne z pewnym biskupem z Argentyny.

Kiedyś w pobliżu jego bloku zatrzymała się taksówka. „Powiedzcie, chłopcy, gdzie jest Kasprowicza 36?”, zapytał duchowny w sutannie z fioletowymi lamówkami i biskupim pierścieniem na palcu. Adaś zorientował się, że to jego adres. Niecodzienny gość, o którego wizycie mówiło całe osiedle, okazał się jego wujkiem – biskupem diecezji w Argentynie. Gościł u nich parę dni, a potem, w biednych latach osiemdziesiątych, od czasu do czasu wspomagał, podobnie jak wszystkich krewnych z Oławy. Kilka lat później zginął w wypadku samochodowym w Buenos Aires.

W Oławie czasów stanu wojennego, poza słynną na cały kraj działką i altanką niejakiego Kazimierza Domańskiego, na której objawiła się mu Matka Boska do spółki z Jezusem Chrystusem i na której później wybudował sanktuarium, dla ówczesnych nastolatków było inne kultowe miejsce – Pewex.

Sklep „Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego” był wtedy dla wszystkich Polaków oknem, a właściwie witryną sklepową na świat. Tylko w tym miejscu można było kupić produkty znanych zagranicznych marek i eksportowe towary niedostępne w zwykłych sklepach. Adam Wójcik wspomina: „Pewex był niedaleko od mojego domu, więc z chłopakami często chodziliśmy popatrzeć na te czekolady, ubrania, wieże Sony czy telewizory Philipsa. Mama miała jeszcze ciocię w Austrii, więc parę razy z bratem udało się nam coś sobie kupić za bony lub dolary. Ale na prawdziwe jeansy nie starczyło, no i najczęściej chodziło się w sztruksach”.

30 kwietnia 2012 roku, Wrocław, hala Orbita. Dziesięć dni po czterdziestych drugich urodzinach. Czwarty mecz ćwierćfinału play offów mistrzostw Polski w koszykówce i sześćset pięćdziesiąty Adama Wójcika w ekstraklasie, przedostatni w karierze. Zawodnik Śląska z numerem 10 przepycha się i łapie faule na znakomicie grającym Johnie Turku, amerykańskim centrze Trefla, który marzy o polskim paszporcie.

To właśnie Turek odkrył talent Adama. Mieczysław Turek. To on pierwszy pokazał Adamowi, jak się robi dwutakt, i powołał go do reprezentacji Szkoły Podstawowej numer 2 w Oławie. Był nauczycielem wf-u i sąsiadem rodziny Wójcików – z tej samej klatki schodowej bloku przy Kasprowicza. Do dziś przyjaźni się z rodzicami Adama.

Minęło trzydzieści lat, a emerytowany wuefista, a także student Uniwersytetu Trzeciego Wieku, przynosi na spotkanie do domu rodziców Adama plik dokumentów z wynikami sprawdzianów ucznia klasy 6 B:

Rok szkolny 1982/83. Klasa 6 B, chłopcy. Adam Wójcik: 60 m – 9,1 sekundy, 100 m – 17,3 sekundy, 300 m – 51 sekund, 1000 m 3:35,7 sekundy, skok w dal – 4,30 m, pchnięcie kulą – 7 m, rzut piłką lekarską – 5,05 m.

Akurat w „rzucie” Adam jest w połowie stawki dziewiętnastu uczniów z grupy, ale w pozostałych konkurencjach w pierwszej trójce, a w skoku w dal i biegu na 300 metrów najlepszy. Jedzie więc na zawody międzyszkolne. I w dniu swoich trzynastych urodzin, 20 kwietnia 1983 roku, zdobywa pierwsze trofeum w życiu: dyplom za zajęcie II miejsca w biegu na 300 metrów w Miejskich Szkolnych Igrzyskach Sportowych. Odnotowuje wówczas pierwszą „stratę”, bo rozwala kolce.

Trzydzieści lat później Adam Wójcik tłumaczy, dlaczego zajął drugą lokatę: „300 metrów, odpowiednik dorosłego biegu na 400, to najcięższa konkurencja biegowa, bo trzeba całe okrążenie biec prawie na jednym wdechu i długu tlenowym. Ale że miałem długie nogi, to jakoś dawałem radę. Byliśmy wyróżniającą się sportowo szkołą i mieliśmy dyżurne kolce, które dostawaliśmy tylko na zawody. Były strasznie zjechane, więc pięćdziesiąt metrów przed metą zaczęła mi się odrywać podeszwa, na tym żwirze było ciężko i dlatego nie wygrałem”.

Z siatkarskiego serwisu, odbicia palcami i „sposobem dolnym” też miał same piątki. A ponieważ starszy brat już trenował siatkówkę, więc i Adam po lekcjach zaczął z nim chodzić „na SKS-y”.

„Trochę pochodziłem, próbowałem odbijać, ale czułem, że to jednak nie to. Najbardziej mi się nie podobało rzucanie się po parkiecie, czyli te pady siatkarskie. Od razu pozdzierałem sobie skórę i odeszła mi chęć na siatkówkę na całe życie”, mówi Adam. Trafił na nauczyciela, który był dyplomowanym trenerem siatkówki, ale maniakiem wielu dyscyplin.

„Na baskecie też się znałem, bo przeprowadziłem się do Oławy spod Warszawy, gdzie w mojej pierwszej szkole zrobiłem drużynę koszykarską. Mój najwyższy chłopak miał 182 centymetry, a walczyliśmy z prawie dwumetrowymi dryblasami ze Znicza Pruszków jak równy z równym”, opowiada Mieczysław Turek, który wraz z drugim wuefistą z „dwójki”, Stanisławem Konopackim, miał ambicję żeby być najlepszymi w Oławie we wszystkich dyscyplinach. W piątych klasach wyszukali chłopaków, którzy mieli „ciąg na kosz”, i stworzyli szkolną drużynę koszykówki. Trafił do niej Adam. „Byłem nowy w szkole i dostałem słabsze w sporcie klasy A i B. I co? I wśród tych niby gorszych wyłowiłem Adama Wójcika, największy brylant polskiej koszykówki”, mówi z dumą nauczyciel. Równocześnie prosi Helenę i Jerzego Wójcików, żeby oderwali się od sernika, który zrobili na jego cześć, i stanęli na środku pokoju gościnnego. Tłumaczy, że nie 168 centymetrów wzrostu mamy Adama i 182 ojca, lecz budowa ciała, zwłaszcza długie nogi, wpłynęły na to, że syn wyrósł na takiego olbrzyma. Dodaje, że ważniejsze były geny poprzednich pokoleń Baranieckich i Wójcików. A dziadkowie koszykarza, zarówno ze strony mamy, jak i ojca, mieli powyżej 180 centymetrów wzrostu.

W całej Europie mecze dorosłej koszykówki rozgrywano wtedy systemem 2 x 20 minut, ale w polskiej szkolnej minikoszykówce od zawsze było prawie jak w NBA: cztery kwarty po 10 minut. Tyle że piłki są mniejsze, a kosze niżej zawieszone. W latach osiemdziesiątych grało się trzech na trzech. „W mojej drużynie w każdej kwarcie grali inni chłopcy, ale zawsze tak kombinowałem, by w pierwszej i ostatniej na parkiet wychodził Adaś – opowiada Turek o szkolnej drużynie z Adamem w składzie z sezonów 1982 i 1983, które koszykarz ledwie pamięta. – Wtedy w Oławie były cztery szkoły, więc pierwszy mecz w życiu Adam musiał rozegrać z podstawówką numer 1 albo z »piątką« czy »szóstką« na turnieju międzyszkolnym w maju 1982 roku. W każdym razie na pewno było to wygrane spotkanie, bo ograliśmy wtedy wszystkich w mieście, potem w powiecie i dwa lata z rzędu dostaliśmy się do finałów rozgrywanych już we Wrocławiu”.

„Koszykówka wyjątkowo mi podpasowała i biegałem na te SKS-y sobie porzucać, bo graniem tobym tego jeszcze nie nazwał”, mówi Adam Wójcik, który do dziś pamięta turniej rozegrany w połączonej szkole numer 105 i 106 przy ulicy Grochowej we Wrocławiu w styczniu 1983 roku. Dyplom za drugie miejsce dla jego zespołu niestety gdzieś mu się zawieruszył.

„O, widzi pan, typowi wrocławiacy, wstyd im było, że im daliśmy popalić. Napisali tylko, że Szkoła Podstawowa numer 2 z Oławy zajęła drugie miejsce, ale już wśród najlepszych zawodników wymienili tylko tych z wrocławskich podstawówek, o naszych ani słowa – Mieczysław Turek wskazuje na notkę w dzienniku »Wieczór Wrocławia«. – A my, z Adasiem w składzie, z nimi wygrywaliśmy, choć naprzeciwko byli chłopcy, którzy już przecież trenowali w Gwardii Wrocław”. Z pożółkłego wycinka odczytujemy: „Krzysztof Mila, Mirosław Czerniakiewicz, Robert Kościuk”.

„Kostek zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Nigdy nie widziałem chłopaka, który byłby tak szybki i tak genialnie kozłował”. Ze słów Adama wynika, że jego pierwszym idolem był starszy o rok kolega, który przez następne dwadzieścia lat będzie mu podawał i asystował przy rzutach w Gwardii, Śląsku oraz reprezentacjach Polski kadetów, juniorów i seniorów. Adam miał nosa – Robert Kościuk stał się jednym z najlepszych rozgrywających lat dziewięćdziesiątych w Polsce. Po zakończeniu kariery założył we Wrocławiu Gimbasket – niepubliczne gimnazjum dla późniejszych koszykarzy, które z sukcesami wyszukuje, uczy, trenuje i wychowuje następców Zielińskiego, Wójcika czy Tomczyka.

Styczeń 1983 roku, sala Szkoły Podstawowej numer 105 we Wrocławiu. Rewelacja międzyszkolnego turnieju minikoszykówki, drużyna Szkoły Podstawowej numer 2 z Oławy z dwunastoletnim Adamem Wójcikiem w składzie, dociera do finału, gdzie przegrywa z wrocławską „dwudziestką dziewiątką”.

„Chłopcy, jestem trenerem koszykówki, kompletuję we Wrocławiu drużynę, możecie mi podać swoje adresy?” Do trzech przestraszonych uczniów oławskiej podstawówki podchodzi siwowłosy mężczyzna w dresie. I tak dobrze, że nie zaczepił ich na ulicy, jak to mu się zdarza do dziś, gdy dostrzeże kogoś o wyjątkowo długich nogach. „Przepraszam, jestem trenerem koszykówki, mają państwo dzieci albo wnuki? Nieważne, że nie grają, grać to my już ich nauczymy...” – Krzysztof Walonis, wówczas początkujący trener grup młodzieżowych Gwardii Wrocław, a dziś koordynator wrocławskiej Basketmanii, czyli zajęć i turniejów koszykówki dla uczniów podstawówek, wciąż w ten sam sposób wyłapuje talenty. I choć ma pod opieką dwa tysiące dzieciaków, nadal nie jest pewien, czy przyszły center lub skrzydłowy reprezentacji albo gwiazda Euroligi nie chodzi do jakiegoś przedszkola lub podstawówki i nie ma pojęcia, że istnieje coś takiego jak piłka do kosza.

W chwili gdy podchodzi do chłopców z Oławy, jest zafiksowanym na punkcie basketu trzydziestopięciolatkiem. Zaczął siwieć jeszcze gdy biegał za piłką po parkietach Gwardii, nic więc dziwnego, że już jako młody trener miał ksywę „Dziadek”. Bakcylem basketmanii zaraził się dokładnie dwadzieścia lat wcześniej – w 1963 roku był na meczach Łopatki i spółki w Hali Ludowej, w których Polacy przegrali tylko z ZSRR, zdobywając wicemistrzostwo Europy. Od razu zapisał się do sekcji koszykówki Śląska Wrocław, a po kilku miesiącach przeniósł do Gwardii, w której grał następne szesnaście lat. Zrobił papiery trenerskie na Akademii Wychowania Fizycznego, a w 1979 roku, gdy kończył karierę, został koordynatorem grup młodzieżowych swojego klubu.

Z trenerami Jerzym Hajnszem i Adamem Chłopkiem szukali talentów, gdzie mogli – na ulicach, w szkołach, na turniejach dla dzieci. W 1983 roku Walonis wynajdywał akurat chłopaków z rocznika 1970, który miał poprowadzić.

Wrocław, 27 I 1983

Adam,

Jak macie czas w ferie, przyjedźcie na trening do Gwardii. Ul. Nowotki 15 we wtorek (1 II 83) i piątek (4 II 83) o godzinie 14. Przyjedźcie razem z Jarkiem i Tomkiem. Chciałbym jeszcze raz z Wami porozmawiać.

Trener Walonis Krzysztof

To najważniejszy list w życiu Adama. Przychodzi do Oławy kilka dni po jego powrocie ze szkolnego turnieju we Wrocławiu. Chłopiec decyduje się od razu. Nie może spać. We Wrocławiu był przecież ze dwa razy w życiu. Godzinami męczy rodziców, wypytując o drogę do hali Gwardii przy ulicy Nowotki (dziś Krupnicza). Ustalają, że pojedzie pociągiem z bratem i jego kolegą Łukaszem Kotapskim, dziś lekarzem weterynarii w Oławie, którzy akurat wybierali się na basen. W przedziale jedyną znajomą twarzą jest rok młodszy kolega z klarnetem w futerale, który nuci coś pod nosem, wpatrując się w zeszyt z nutami. To Paweł Mykietyn, dziś jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki współczesnej.

Około godziny 9:00 są we Wrocławiu. Na dworcu Sasza z Łukaszem wskazują Adamowi kierunek i idą na basen. Adam dopytuje o drogę przechodniów i tak jak tłumaczyła mama, przechodzi przez park obok fosy. Po pół godzinie dociera do celu – wielkiego, dziewiętnastowiecznego budynku w stylu gotyku Tudorów, gdzie przed wojną mieściła się wrocławska giełda. Przycupnął na korytarzu i czeka. Prawie pięć godzin. Obok niego przechodzą koszykarze, bokserzy, siatkarki, judocy... – Gwardia była klubem wielosekcyjnym.

W ten sposób 1 lutego 1983 o godzinie 14:00, niespełna trzy miesiące przed trzynastymi urodzinami, rozpoczęła się koszykarska kariera Adama Wójcika, która trwała dwadzieścia dziewięć lat, trzy miesiące i dwa dni. Zakończyła się 3 maja 2012 roku w Sopocie, tuż przed godziną 22:00, trzynaście dni po jego czterdziestych drugich urodzinach. Wójcik objął wpół Łukasza Koszarka, rozgrywającego Trefla Sopot i reprezentacji Polski. To był jego piąty faul. Przy aplauzie sopockiej publiczności zszedł z parkietu. Później odnotował na swoim blogu: „Polska koszykówka jest fascynująca (...) i uważam, że zszedłem z parkietów za wcześnie. O kilka minut za wcześnie. Oczywiście przez sędziów, którzy nie znają się na czułościach okazywanych sobie przez dużych, zaprzyjaźnionych facetów. (...) Nie zrozumieli, że to gest sympatii, i ściągnęli mnie z parkietu. Na zawsze”.

Tymczasem jednak jest wtorek, 1 lutego 1983 roku. Adam staje w drzwiach mieszkania: „Mamo, pan trener chce, żebym grał w jego drużynie. Będę koszykarzem”, oznajmia i idzie do pokoju szykować się na kolejny trening, który odbędzie się już za kilka dni.

Kilkanaście miesięcy później Helena Wójcik kupuje zeszyt formatu A4. Na pierwszej stronie zapisuje dużymi literami: „Kronika Rodziny Wójcików. Niektóre wydarzenia z życia Jerzego, Heleny, Adama i Mariana” i zamieszcza wpis antydatowany na 27 stycznia 1983 roku: „Adam uczęszczał do SP nr 2. Drużyna chłopców Pana Turka pojechała na zawody szkolne do Wrocławia. Trener z Wrocławia Pan Walonis zainteresował się chłopcami. Na treningi zaczęli uczęszczać również koledzy, ale szybko zrezygnowali. Adam postanowił trenować i dojeżdżać do Wrocławia, pogodzić szkołę z treningami. Cieszył się bardzo, że może trenować w dobrym klubie »Gwardia Wrocław«. Ma dużo pracy, wrażeń i dobrego trenera, który bardzo osobiście opiekuje się Adamem”.

Pani Helena nie wytrwała w prowadzeniu kroniki – w ciągu dziesięciu lat zawarła w niej zaledwie kilkanaście wpisów, w większości poświęconych Adamowi. Wśród nich znajduje się wycinek ze „Słowa Polskiego” z 1987 roku, w którym trener Walonis mówi, że Adam Wójcik z jego złotej drużyny MKS MDK Gwardia Wrocław – która po raz drugi z rzędu zdobyła mistrzostwo Polski juniorów młodszych, najpierw w Prudniku pokonując Śląsk Wrocław, a teraz w Kwidzynie Znicz Pruszków – został powołany do kadry juniorów. Do kroniki wkleja też intymną pocztówkę świąteczno-imieninową, którą 24 grudnia 1986 roku przysłała do jej syna koleżanka Asia, życząc Adamowi fajnego sylwestra na obozie sportowym w Rumunii.

„Nikomu o tym nie mówiłam, ale jak Adam zaczął trenować, poszłam na pielgrzymkę do Częstochowy w intencji, by moi chłopcy spełnili życiowe marzenia. Kto wie, może to troszkę Adamowi pomogło”, zastanawia się po latach Helena Wójcik.

Adam przez całe zimowe ferie 1983 roku zapamiętale trenował, a w wakacje, po zakończeniu szóstej klasy, pojechał z MKS-em na pierwszy obóz do Oleśnicy. Jarek i Tomek, czyli jego koledzy z reprezentacji szkoły, nie mieli tyle zapału. Po kilku treningach przestali przyjeżdżać do Wrocławia. Tomek został jednak niezłym piłkarzem i przez wiele lat grał w drużynie MKS Oława, nawet tej drugoligowej. „Drugiego z kolegów nazywaliśmy »Pińdziuś«, bo był bardzo delikatny i nie chciał grać, bo mu pękały skórki na dłoniach”, wspomina Adam. Nie został więc sportowcem, ale nauczycielem – dziś jest dyrektorem szkoły.

Pierwszy oficjalny mecz w MKS-ie Adam do dziś rozgrywa w głowie. A właściwie na głowie. Był tak podekscytowany, gdy załapał się do drużyny, która wyjeżdżała na pierwszy turniej, że postanowił na klatce schodowej pokazać kolegom z podwórka, jak będzie walczył pod koszem. Podskoczył tak wysoko, że rozwalił sobie głowę o futrynę bramy – nie pojechał więc na turniej, tylko na pogotowie. Blizna została mu do dziś, tak jak w pamięci rodziców widok zakrwawionego trzynastolatka, który stanął w drzwiach.

Adam zmartwił się wtedy, że to koniec jego kariery, tym bardziej że po kilku miesiącach trener robił przegląd kadr i tym chłopcom, którzy nie rokowali, grzecznie dziękował. „A ja niewiele potrafiłem, a na dodatek byłem jednym z najmniejszych zawodników w drużynie”, wspomina Wójcik.

Ale Walonis od pierwszego wejrzenia wiedział i wierzył, że Adam będzie wysokim i „wielkim” graczem. Choć, jak przyznaje, „na tym turnieju szkolnym, gdzie go wyłapałem, to koszykarsko był cieniutki”. Umiejętności nie miały jednak znaczenia, gdyż wśród dzieci nie szukał „aktualnych gwiazd koszykówki”, tylko wpatrywał się w ich stopy, kolana i tułów. „Adam miał tylko 172 centymetry wzrostu, ale przy tym taaaką stopę – trener szeroko rozkłada ręce. – Kolano też było bardzo duże, a to świadczyło, że chłopak wyrośnie na wysokiego człowieka. Przy niewielkim wzroście miał bardzo długie kończyny dolne, które szybciej rosną, i bardzo krótki tułów, który się z czasem wyciąga”.

Na turnieju przy Grochowej trener najmłodszych koszykarzy Gwardii był nieco zdesperowany, gdyż zawodnicy z rocznika 1970, których już miał w drużynie, na razie grali słabo. A Gwardia miała ambicje. We Wrocławiu rywalizowała we wszystkich kategoriach wiekowych ze Śląskiem. Walonis i pozostali trenerzy postanowili więc, że stworzą z najmłodszych drużynę, z którą spróbują zawojować Polskę. Udało się. „Z tamtej ekipy wielu chłopców trafiło potem do reprezentacji Polski seniorów, ale trójka – Robert Kościuk, Adam Wójcik i Dominik Tomczyk – przez następne piętnaście lat, a Adam jeszcze dłużej, po prostu rządziła polską koszykówką i rozsławiała ją w całej Europie. Bo w swoich klubach i kadrze byli niezastąpieni”, podkreśla Walonis.

Sam Adam nigdy nie zapomina o roli, jaką pierwszy trener odegrał w jego życiu i karierze. Na pytanie, kiedy pierwszy raz uwierzył, że może się stać koszykarzem europejskiego formatu, odpowiada: „Po jednej z rozmów z trenerem Walonisem. Wziął mnie do pokoju trenerów i powiedział: »Masz, chłopcze, talent, możesz być wielkim koszykarzem. Ale czy nim zostaniesz, czy nie, zależy tylko od ciebie. Bardzo bym chciał przychodzić kiedyś na twoje mecze i chwalić się wszystkim: to jest mój wychowanek, ja go wszystkiego nauczyłem«. I rzeczywiście, zawsze tak robi, a ja się cieszę, że jego marzenia się spełniły”.

Helena i Jerzy Wójcikowie przyznają, że Walonis przez lata opiekował się ich synem nie tylko jako trener. Wiedział o Adamie wszystko, nawet o niektórych najbardziej osobistych sprawach, o których oni nie mieli pojęcia. „Opowiadali, że śledziłem, jak się rozwija fizycznie, nawet pod prysznicem? – śmieje się trener. – Nie, nie podglądałem go, ale rzeczywiście, kiedyś im powiedziałem, że jak młody człowiek nie ma zarostu na nogach i w intymnych miejscach, to są to symptomy, że jest tak zwanym »typem późnorozwojowym biologicznie« i może jeszcze dużo urosnąć. Nie pomyliłem się”.

„Hela, chodź, trener dzwoni!”, „Proszę pójść na pocztę, jest telegram od trenera”, „Helciu, trener prosi o kontakt” – tak właśnie dyrektorka przedszkola, w którym pracowała mama Adama, listonosz i jej krewna z poczty przez całą połowę lat osiemdziesiątych pośredniczyli w kontaktach na linii trener – mama – zawodnik. Walonis słał telegramy do Oławy albo dzwonił do przedszkola przy Kasprowicza z sekretariatu klubu. Po kilku latach tej udręki musiała interweniować milicja... Do telekomunikacji w Oławie przyszło pismo podpisane przez jakiegoś pułkownika i sformułowane w takim tonie, jakby zainstalowanie telefonu u rodziców Adama Wójcika było sprawą wagi państwowej. „I tak, znów dzięki Adasiowi, podłączyli nam w domu telefon”, przypomina sobie Helena Wójcik, która przez lata przechowywała telegramy z Gwardii takiej na przykład treści: „Adam, dostałeś powołanie do reprezentacji. Stop. Ale my też mamy ważny mecz. Stop. Przyjedź na dodatkowy trening. Stop. W piątek o szóstej rano. Krzysztof Walonis”.

Rok 2012. Adam wysyła maila do posła Macieja Zielińskiego ze swojego iPhone’a i wspomina sposoby komunikacji z pierwszych lat kariery: „Poczta i gabinet pani dyrektor przedszkola w Oławie, sekretariat internatu Gwardii, budka przy placu 1 Maja, ta w podziemiach, bo nie wiało, i przy placu Kościuszki, w ogóle wszystkie wrocławskie budki, bo wciąż dzwoniłem do Krysi, gdy mieszkała w akademiku w Warszawie. I zbieranie monet, bo trochę to kosztowało, ponieważ najpierw łączyłem się z portiernią, a potem ktoś, kto odebrał na korytarzu, szedł zawołać Krystynę. Pierwszy telefon zamontowali nam w mieszkaniu dopiero w 1995 roku, choć pismo do telekomunikacji złożyłem w 1991, od razu, gdy się wprowadziliśmy”.

Przez całą siódmą i ósmą klasę podstawówki Adam dojeżdżał na treningi z Oławy. „Nigdy nie byliśmy zamożną rodziną i pewnie nie byłoby nas stać na bilety, dlatego bardzo ucieszyliśmy się, gdy trener załatwił zwrot kosztów podróży”, mówi Adam. Bilety na PKS i PKP z całego miesiąca przyklejał na kartki A4 i przywoził do klubu. Księgowe Gwardii były zadowolone, gdy chłopiec przyjeżdżał pociągiem, bo jego tata pracował w PKP i Adam miał legitymację uprawniającą do osiemdziesięcioprocentowej zniżki. Z połączeniami było jednak krucho, więc najczęściej wybierał PKS.

Kiedyś trening się przedłużył, musiał więc jechać wieczornym pociągiem. Pasażerowie powiedzieli chłopcu, że ten do Brzegu zatrzymuje się w Oławie. Nie zatrzymywał się. Adam bez grosza przy duszy utknął więc w Brzegu. Chodził po dworcu, pożyczał od ludzi drobne kwoty, aż w końcu kupił bilet i o północy dotarł do Oławy. Na peronie natknął się na zdenerwowanego ojca, który właśnie wsiadał do pociągu i wyruszał do Wrocławia na poszukiwania zaginionego syna.

„Dla tego chłopca to była męczarnia. Przychodził ze szkoły, brał dresy i jechał do Wrocławia. Wracał wieczorem i mówił: »Mamo, muszę się jeszcze nauczyć wiersza na pamięć, odpytasz mnie?«. I zasypiał z nosem w książce”.

„No tak, a potem odpisywał ode mnie zadania domowe. Nie był orłem w nauce, ale sympatycznym, spokojnym chłopakiem, więc nie było problemu”, wspomina Renata Duda, oławianka, która dziś pisze pracę habilitacyjną na Uniwersytecie Wrocławskim, a trzydzieści lat temu chodziła z Adamem do klasy. Rodzice, widząc, że chłopiec ma wielką pasję, a w szkole jakoś sobie radzi, nie przymuszali go do nauki, więc przechodził z klasy do klasy na trójach – oczywiście z wyjątkiem wf-u.

Walonis, który często odprowadzał swojego podopiecznego na dworzec, a czasami wsiadał w autobus i odwoził do samej Oławy, chciał mieć go w końcu pod ręką we Wrocławiu. Gdy Adam kończył podstawówkę, zaproponował, by przeniósł się do szkoły z internatem.

„I w ten sposób zostałem mechanikiem samochodowym”, śmieje się Adam, który swych umiejętności zawodowych nigdy nie miał okazji wykorzystać w praktyce. Zarzeka się jednak, że na samochodach się trochę zna, zwłaszcza na ciężarówkach i autobusach, bo przez trzy lata dwa razy w tygodniu jego ręce były umaźgane smarem, a nogi wystawały spod podwozi jelczy i starów. Uczniowie Zespołu Szkół Mechanicznych nr 1 we Wrocławiu praktyki odbywali w zajezdni i warsztatach przy dworcu PKS-u.

Na pierwszym świadectwie z samochodówki, z 1986 roku, jego zachowanie oceniono jako „nieodpowiednie”. Opuścił 211 godzin w roku szkolnym, a połowy klub nie usprawiedliwił. Dyrekcja szkoły narzekała, że co to za uczeń, który zamiast na lekcjach rosyjskiego czy fizyki, wciąż jest na jednym wielkim wf-ie, i to poza szkołą. Rok później zachowanie Adama się „poprawiło”. W 1987 roku nie było go na 87 lekcjach, ale wśród „szczególnych osiągnięć ucznia” na świadectwie pojawiła się adnotacja, świadcząca o tym, że szkoła już wie, czyje nogi wystają spod zdezelowanych pekaesów: „Reprezentant PRL w koszykówce. Złoty medalista Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży 1987”.

W tym czasie Wójcik wyprowadził się z internatu przy ulicy Zachodniej i zamieszkał w siedzibie klubu. Czuł się, jakby trafił z piekła do raju. Traumatyczne przeżycia w internacie były dla wrażliwego, spokojnego chłopaka z Oławy prawdziwą szkołą życia w wielkim mieście. Dla większości jego współlokatorów – prostych typów z podwrocławskich wiosek – ulubioną rozrywką było prześladowanie pierwszaków. Adam stał się jedną z ofiar szkolnej „fali”: weterani z internatu konfiskowali jedzenie, które „koty” przywoziły z domu, robili sobie z nich szafy grające (czyli kazali wchodzić do szafy, wrzucali złotówkę i kazali śpiewać), sprawiali im także regularne manto. Nie było szans na zastosowanie obrony indywidualnej czy strefowej, gdy na jednego piętnastolatka przypadało ośmiu starszych osiłków. Bali się ich nawet nauczyciele. Na dyżurach w internacie wychowawcy zamykali się w pokojach i udawali, że nie wiedzą, co się dzieje. Poobijany Adam czasem wstydził się rozebrać na treningu i ćwiczył w dresach. Ale miesiącami nikomu o tym nie mówił. W końcu miał dosyć i postawił się trenerowi. „Albo mi załatwicie pokój na Gwardii, albo kończę z koszykówką” – tym razem był stanowczy i zdesperowany. Walonis załatwił. Adam mieszkał w gościnnym pokoju w sportowym internacie przy Nowotki od 1987 do 1992 roku. Następnie klub, należący już do Aspro, najpierw na krótko wynajął mu pięćdziesięciometrowe mieszkanie przy Kwiskiej, a potem, w ramach nowego kontraktu, przydzielił mieszkanie w nowym bloku w centrum Wrocławia przy ulicy Grabskiego. W 1995 roku Adam z Krystyną ostatecznie wykupili mieszkanie. Pięć lat później przeprowadzili się do własnego domu, jakieś pięćset metrów za granicami Wrocławia.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3. PIERWSZY RZUT. „DZIEŃ DOBRY, PRZYNIOSŁEM WODĘ” (Wrocław, 1987–1993)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT PRYWATNY PSYCHOANALITYK W INTERNACIE

Dostępne w wersji pełnej

4. DERBY. MILICJA, WROCŁAW I JA (Wrocław 1989–1993)

Dostępne w wersji pełnej

II KWARTA
5. ZDJĘCIE Z BOISKA. Z MJ23 i JP2 (Wrocław, Chicago, Rzym, 1989–1993)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT KOSZYKÓWKA NASZA MIŁOŚĆ

Dostępne w wersji pełnej

6. AIR BALL. HEJ, HEJ, SKARPETKI Z NBA (Los Angeles, czerwiec 1993)

Dostępne w wersji pełnej

7. RZUT Z DYSTANSU. POCAŁUNEK ZA 850 MILIONÓW. (Ankara, Neapol, Bellinzona, Brzeg Dolny, lato 1993)

Dostępne w wersji pełnej

8. PRZECHWYT. JAK ADAM STAŁ SIĘ BOGIEM (Pruszków, 1994–1995)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT KOMINY

Dostępne w wersji pełnej

9. WEJŚCIE POD KOSZ. ADAM WOJICH, CHEERLEADER Z EUROLIGI (Ostenda, Charleroi, 1995–1997)

Dostępne w wersji pełnej

10. PIĄTY FAUL. DIABEŁ, SUKCES, POŻEGNANIE (Maryland, Barcelona, Tallin, 1994–2002)

Dostępne w wersji pełnej

III KWARTA
11. FOR THE WIN. NASZA BARBIE NAJLEPSZA W POLSCE JEST (Wrocław, 1997–1998)

Dostępne w wersji pełnej

12. DWUTAKT. CAŁA POLSKA W CIENIU ŚLĄSKA (Wrocław, 1998–1999)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT I LOVE THIS GAME I PANA, PANIE ADAMIE

Dostępne w wersji pełnej

13. ATAK POZYCYJNY. JAK ZIELONY Z WÓJCIOREM SPRAWIEDLIWOŚĆ WYMIERZALI (Wrocław, 1999–2000)

Dostępne w wersji pełnej

14. TRIPLE-DOUBLE. SEZON WUJA (Wrocław, 2000–2001)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT KOSMICZNY MECZ

Dostępne w wersji pełnej

15. PRZECHWYT. MOJE WIELKIE GRECKIE GRANIE (Ateny, 2001–2002)

Dostępne w wersji pełnej

16. OBRONA STREFOWA. NIGDY WIĘCEJ MALJKOVICIA (MALAGA, 2002–2003)

Dostępne w wersji pełnej

17. DOBITKA. POWRÓT KRÓLA (Wrocław, 2003–2004)

Dostępne w wersji pełnej

IV KWARTA
18. ZMIANA BOISK. „OPERACJA WÓJCIK” (Sopot, 2004–2005)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT DZIESIĄTKA GRA NA CZWÓRCE, CHOĆ CZASEM BYWA DWUNASTKĄ NA PIĄTCE

Dostępne w wersji pełnej

19. NAPRZEMIENNE POSIADANIE PIŁKI. KTO GO POWSTRZYMA (Sopot, 2004–2006)

Dostępne w wersji pełnej

20. DOBITKA. ÓSMY TYTUŁ CZŁOWIEKA NOCY (Sopot, 2006–2007)

Dostępne w wersji pełnej

21. ASYSTA. „DOBRY MECZ, ADAM. DZIĘKI, TONY” (Koper, Long Beach, Alicante, 2006–2007)

Dostępne w wersji pełnej

22. PIVOT. MOLTO BENE, EL PROFFESORE (Capo d’Orlando, 2007–2008)

Dostępne w wersji pełnej

23. RZUT PO KOŹLE. CO MARCIN GORTAT PODKRADŁ LEGENDZIE (Tel Awiw, Wrocław, Łódź, 2008–2009)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT 21 PUNKTÓW, TRZY AUTOGRAFY I JEDEN SKAUTING W WORDZIE

Dostępne w wersji pełnej

24. MOST VALUABLE PLAYER. „PRZEDSZKOLACZEK MAŁY, DUŻY, WIE, DO CZEGO PIŁKA SŁUŻY” (Poznań, 2008–2009)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT W LAS VEGAS, W ZIELEŃCU, NA WIEJSKIEJ

Dostępne w wersji pełnej

25. FAUL NIESPORTOWY. „ADAM, JESTEŚ ZA STARY” (Zgorzelec, 2009–2010)

Dostępne w wersji pełnej

TIME OUT OTRUĆ URLEPA, UTOPIĆ KATZURINA

Dostępne w wersji pełnej

26. BŁĄD KROKÓW. 438 MINUT W KOSZYKARSKIM PIEKLE (Wrocław, 2010–2011)

Dostępne w wersji pełnej

27. BUZZER BEATER. RZUT ZA 10 000 (WROCŁAW, 2012–20??)

Dostępne w wersji pełnej

ZDJĘCIA

Dostępne w wersji pełnej

DOGRYWKA

Dostępne w wersji pełnej

INNE KSIĄŻKI WYDAWNICTWA WSQN

Dostępne w wersji pełnej

Adam Wójcik

Rzut bardzo osobisty

Copyright © by Jacek Antczak 2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2013

Redakcja i korekta

Joanna Mika-Orządała, Kamil Misiek/Editor.net.pl

Okładka

Jacek Antczak

Paweł Szczepanik/BookOne.pl

Książka wydana we współpracy z „Gazetą Wrocławską”

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7924-073-9

www.wsqn.pl

www.facebook.com/WydawnicwoSQN

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl