A żaby grały mi do snu… Wspomnienia lekarki - Maria Zoll-Czarnecka - ebook
Opis

Maria Zoll-Czarnecka (1928-2016), siostra profesora Andrzeja Zolla, pediatra, nazywana Lekarzem Bezdomnych, opowiada o swoim domu rodzinnym, dzieciństwie, młodości przypadającej na czas II wojny światowej i dalszym życiu w czasach PRL-u oraz działalności społecznej. Zabawne anegdoty, ciekawe gawędy i poruszające historie zostały zilustrowane niepublikowanymi wcześniej zdjęciami z archiwum domowego rodziny Zollów i Czarneckich. Wszystko to składa się na barwną opowieść o niepokornej, tryskającej optymizmem kobiecie, która swoją radością, humorem i siłą potrafiła zmieniać świat na lepsze.
Opracowała Patrycja Cicha - ur. 1982, doktor nauk społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, polonistka i pedagog.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 165

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przedmowa

Zawsze, ilekroć miałam okazję przebywać z doktor Marią Zoll-Czarnecką w jej mazurskim domku nad jeziorem Mielno, chłonęłam opowieści, które snuła Babcia. Opowieści o czasach minionych, o miejscach z innej epoki, o ludziach, o których ja – urodzona na początku lat 80. XX wieku – mogłam już tylko czytać w książkach. Za każdym razem, każdego wieczoru były to inne historie opowiadane z pasją i soczystym humorem, ale przecież pełne sentymentu i tajemniczej siły, która wywołuje bliżej nieokreśloną tęsknotę za tym, co bezpowrotnie minęło. Zawsze pozostawał we mnie jakiś niedosyt po tych swobodnych, gawędziarskim tonem snutych wspomnieniach. To właśnie z potrzeby ocalenia Babcinego świata, z potrzeby ocalenia chociaż urywków, skrawków, fragmentów dzieła, jakim niewątpliwie było całe życie Marii Zoll-Czarneckiej, zrodziła się ta książka.

Praca nad nią trwała długo i stanowiła niezwykle mozolne przedsięwzięcie. Doktor Marię Zoll-Czarnecką poznałam pod koniec lat 90. XX wieku, gdy – jako narzeczona jej wnuka i świeżo upieczona studentka filologii polskiej – zamieszkałam w rodzinnym mieszkaniu Czarneckich przy ulicy Nowolipki w Warszawie. Od tego czasu gromadziłam w pamięci wszystkie zasłyszane od Babci i innych członków rodziny anegdoty, opowiadania, gawędy, składając w ten sposób pasjonującą opowieść o niezwykłej kobiecie. Na przełomie roku 2014 i 2015 rozpoczęłam nagrywanie autobiograficznych wspomnień doktor Marii Zoll-Czarneckiej. Spotykałyśmy się w jej warszawskim mieszkaniu na Chłodnej dosyć regularnie przez kilka miesięcy, w ciągu których Babcia snuła gawędy o życiu minionym, o zapomnianych ludziach, obyczajach, szlacheckich dworkach, wojnie, o sobie samej i swoich najbliższych. Wspomnienia te, skrzętnie zebrane za pomocą dyktafonu, zostały następnie przelane na papier, starannie zredagowane, uporządkowane chronologicznie i opatrzone przypisami. Tak w listopadzie 2017 roku powstała wreszcie autobiografia Marii Zoll-Czarneckiej – kobiety o niezwykłej sile charakteru i jeszcze większej radości życia.

Ze stronic książki wyłania się cała Babcia – skromna, doskonale potrafiąca obserwować świat i ludzi, energiczna i żywiołowa, tryskająca optymizmem, niepokorna, ale zawsze – pracowita i skłonna do największych poświęceń w imię tego, co najważniejsze. Urodzona w roku 1928, w epoce – jak sama powie – jeszcze pod wieloma względami starodawnej, spędzi dzieciństwo w wielodzietnej rodzinie inteligentów polskich, we dworach i pałacach, w folwarkach, elitarnych szkołach zakonnych. Zapamięta jazdę bryczkami i wielkie kufry na pościel oraz damy i eleganckie towarzystwo tego świata sprzed prawie stu lat. Będzie oglądać na własne oczy terror i grozę wojny. Będzie się szaleńczo bawić, leczyć dzieci, kochać i pływać. Ukończy medycynę. Założy rodzinę. Jako dojrzała kobieta rzuci się w wir pracy społeczno-politycznej, wreszcie będzie jedną z założycielek Stowarzyszenia Lekarze Nadziei i resztę życia poświęci na organizację pomocy dla bezdomnych. Do końca, do ostatnich swoich dni będzie działać i myśleć o innych. Odejdzie cicho, w bieli szpitalnej sali, po kilkutygodniowej chorobie, 10 marca 2016 roku.

Pamięć ludzka jest niewątpliwie czymś wspaniałym. Pozwala zachować obraz życia, które zgasło, i trwać w miłości pomimo obecnej w tym życiu śmierci. Wielkim naszym zadaniem jest zatem dbać o pamięć: osobistą, rodzinną, narodową… Wielkim naszym zadaniem jest zbierać i ocalać wspomnienia naszych najbliższych. Kiedyś, po latach, wspomnienia te okażą się niezwykłą opowieścią, najpiękniejszą historią, z której czerpać będziemy pełnymi garściami.

 

Patrycja Cicha

Kobyłka, 6 listopada 2017

1. Król i królowa balu

Moje najwcześniejsze dzieciństwo przypadło na okres dwudziestolecia międzywojennego – epokę ogromnie ciekawą, choć jeszcze pod wieloma względami starodawną. Moi Rodzice1 poznali się w Krakowie, na balu, na którym zostali wybrani królem i królową. Dzięki temu stali się parą. Pobrali się w 19232 roku i zamieszkali w Chwałkowie3. Tam urodzili się chłopcy, moi bracia – Rydek4 i Felek5. O tym okresie życia moich rodziców wiem niewiele. Z Chwałkowa, jeszcze przed moim urodzeniem, rodzice przenieśli się do Szurkowa6. Był to duży majątek, którym wtedy administrował Tata. Tata skończył rolnictwo7. Interesował się przede wszystkim organizacją pracy. To była jego pasja. Pisał książki8 na ten temat. Potem zajmował się także organizacją pracy pielęgniarek i sekretarek9. Jednak przede wszystkim zajmował się rolnictwem.

Urodziłam się w roku 192810, gdy rodzice mieszkali w Szurkowie. Z Szurkowa po około siedmiu latach przenieśliśmy się do Opyp11.

Opypy nad rzeką Pisią12 – tak się wtedy mówiło. Wydaje mi się, że skończył się kontrakt Taty na administrowanie majątkiem w Szurkowie. Był to majątek Czartoryskich13. Możliwe, że właściciele chcieli zrobić coś innego ze swoją posiadłością. A może Ojciec chciał już po prostu pracować w biurze? Prawdopodobnie tak właśnie było. Tata dostał wtedy propozycję pracy z Warszawy14, z Ministerstwa Rolnictwa15, i doszedł do wniosku, że musi z niej skorzystać. Z kolei Mama szalenie lubiła wieś, dlatego rodzice nie chcieli się przenosić od razu do miasta.

Oboje, Mama i Tata, należeli do bardzo dobrych rodzin. Szczególnie rodzina Zollów miała istotne zasługi na polu nauki. Ojciec mojej Mamy i różni jej przodkowie to byli baronowie, hrabiowie – zwłaszcza po linii Niemczewskich. Dziadek mój, Feliks Niemczewski16, miał jakieś ogromne złoża wapnia, które stracił w czasie I wojny i nigdy ich już nie odzyskał. Mimo to był bardzo zamożnym człowiekiem. Z wykształcenia był prawnikiem, tak samo zresztą jak dziadek Zoll17. Mama skończyła przed ślubem szkołę gospodarstwa domowego w Snopkowie18. W tamtych czasach było niezmiernie istotne, żeby kobieta potrafiła prowadzić dom. Pamiętam, że Mama była bardzo zadowolona z ukończenia tej szkoły.

Mama miała jedną siostrę i jednego brata. Była najstarsza. Jej siostra, Bohdana (Danka) Niemczewska19, była młodsza, a potem był około sześć lat młodszy brat, Józek Niemczewski20, który zresztą był moim chrzestnym ojcem. Był ode mnie starszy o dwadzieścia lat. Rodzice mojej Mamy także początkowo mieszkali w Krakowie. Dosyć ciężko przeżyli I wojnę światową. Mama opowiadała, że trafili w tym okresie do Czechosłowacji. Babcia21 w czasie I wojny była zupełnie sama z trójką dzieci, ponieważ dziadek służył wtedy w wojsku. Babcia z dziećmi wyjechała do Czechosłowacji. Moja Mama była już wtedy dosyć dużą dziewczynką, bo urodziła się w 1901 roku. Później, po I wojnie, dziadkowie przenieśli się do Warszawy, na ulicę Śniadeckich 13. Mieli tam przepiękne mieszkanie. Zawsze zachwycałam się kryształami babci – były błyszczące i różnokolorowe. Zresztą na Śniadeckich właśnie się urodziłam w 1928 roku22. Mama przyjechała akurat do dziadków i rozpoczął się poród. Na Śniadeckich też urodziła się Teresa23, moja młodsza siostra, choć dużo za wcześnie. Była bardzo małym wcześniakiem. Oczywiście nie było wtedy żadnych inkubatorów. Tereska ważyła chyba około jednego kilograma, była maleńka. Opowiadano nam później, że była cała obłożona watą, bardzo szczelnie, żeby nie marzła. I dzięki temu Tereska wyrosła i żyła.

Babcię Niemczewską darzyłam wielką miłością. Uwielbiałam ją. To była cudowna osoba, taka bardzo kochana. Natomiast wcale nie lubiłam dziadka. Dziadek był surowy, bardzo oschły. Zresztą dość wcześnie umarł, w 1941 roku. Jeszcze przed II wojną dziadkowie przenieśli się na Powiśle i mieszkali na ulicy Hołówki odchodzącej od ulicy Czerniakowskiej. Wtedy właśnie bardzo często babcia przychodziła po nas do szkoły, brała nas do siebie na Hołówki, dawała coś do zjedzenia i spędzałyśmy u niej trochę czasu, dopóki nie przyszła po nas Mama lub pani, która się w tym czasie opiekowała naszą małą siostrzyczką, Zosią24. Pamiętam doskonale, że babcia bardzo lubiła te swoje Hołówki. To było małe mieszkanko, ale naprawdę urocze. Potem, jeszcze przed Powstaniem, babcia przeniosła się znowu na Śniadeckich, do innej kamienicy, numer 11, na parter. Mieszkała tam do Powstania. Na Śniadeckich zresztą mieszkałam przez rok jako dziecko, gdy chodziłam do szkoły powszechnej, do drugiej klasy25. Pierwszą klasę zrobiłam z mamą w domu w Opypach, a do drugiej klasy chodziłam, mieszkając u dziadków. W ich mieszkaniu były przepiękne meble. Było mi tam, u dziadków, bardzo dobrze. Mieszkałam u nich w tygodniu. Na niedziele zaś wracałam do domu, do Opyp. W sobotę wieczór Tata mnie zabierał i jechałam z nim do domu. Niedzielę spędzałam w domu, a w poniedziałek rano z Ojcem jechałam znów do szkoły. Pamiętam, że u dziadków na Śniadeckich czułam się wspaniale. Babcia Niemczewska chodziła zawsze ze ścierką i ścierała kurze. Była cudowną osobą, dobrą, niesamowicie mądrą. Potrafiła na przykład rozwiązywać wszystkie quizy bez zająknięcia. Bardzo mi tym imponowała.

Z kolei moja kuzynka, zwana Muchą26, córka cioci Mali27, przepadała za dziadkami Zollami, mimo że byli oni bardzo specyficzni. Mieszkali w Krakowie. Babcia Zollowa była prawdziwą damą. Bardzo dbała o wszystkie konwenanse. Często była zagniewana z tego powodu, że – według niej – byłyśmy nieodpowiednio ubrane albo miałyśmy niewłaściwe maniery. Pamiętam to doskonale do dziś. Takie rzeczy zostają w pamięci dziecka na zawsze. Babcia często mówiła niepochlebne rzeczy o mojej Mamie i sam ten fakt powodował moją do niej niechęć. Zarzucała Mamie, że o nas nie dba i że jesteśmy niewłaściwie wychowywane. Moje kuzynostwo lubiło babcię Zollową, widziało ją zupełnie inaczej niż ja – jako wspaniałą, dystyngowaną, uroczą i dobrą osobę. Ja zaś nigdy nie mogłam się do niej przekonać. Kiedyś babcia kupiła mi przepiękną sukienkę, śliczną, jasną z wystającymi paskami granatowo-czerwono-białymi. Znakomita letnia sukienka dziewczęca. A ja wtedy nie mogłam jej znieść właśnie dlatego, że dostałam ją od babci. Tak więc relacje nasze z dziadkami Zollami od samego początku nie były najlepiej poukładane. Przyczyną było coś tak banalnego jak nasza garderoba! Wydaje mi się, że nie byłyśmy najgorzej ubierane. Jakieś spódniczki, bluzeczki. Może nie był to wielki szyk i styl, ale jednak Mama dbała o to, jak wyglądamy. Po prostu dbała inaczej, niż życzyłaby sobie tego babcia Zollowa. Babcia była Austriaczką, pochodziła z Wiednia28. Mówiła świetnie po polsku, ale do końca życia modliła się i liczyła tylko po niemiecku.

Ojciec miał jednego brata Józka29 i siostrę Malę. Mala to matka Muchy, mojej kuzynki, z którą bardzo się przyjaźniłyśmy. Mala wyszła za pana Łuszczkiewicza30 i miała troje dzieci: dwóch chłopców i jedną dziewczynę31. Pierwszy z jej synów, Stefan, był wspaniałym chłopakiem, cudownie się zapowiadającym, niezwykle zdolnym. Marzył, żeby zostać architektem, ale bardzo młodo zmarł na białaczkę. Drugi syn Łuszczkiewiczów, Maciuś, także był zdolnym chłopakiem, choć nieco ekstrawaganckim. Najmłodsza była Maria, nazywana przez wszystkich Muchą, która została wziętą malarką. W dzieciństwie byliśmy bardzo zżyci ze sobą. Z Muchą razem uczyłyśmy się francuskiego, na wakacje bardzo często jeździłyśmy razem. Potem też, już jako dorosłe, młode matki jeździłyśmy razem na wakacje najpierw w okolice Karwi, a potem do Junoszyna. To właśnie ciocia Mala pierwsza zorganizowała dla nas wszystkich takie wakacje i potem już jeździliśmy razem przez wiele, wiele lat. Tak umocniła się nasza przyjaźń i z Muchą do tej pory jestem w bardzo bliskich relacjach. Jest ona w tej chwili najbliższą mi osobą.

Brat mojego Taty, Józek, także miał troje dzieci: dwie córki i syna32. Najstarsza była Litka, archeolog, która zamieszkała i studiowała w Krakowie. Wyszła za mąż za trenera, pana Adamika33. Rodzina Litki nie była zachwycona tym związkiem, ale co zrobić, gdy w grę wchodzi wielka miłość? Druga córka stryjostwa, Krysia, wyszła za pana Drwęskiego34. Najmłodszym dzieckiem był Antoś Zoll, który miał dwoje dzieci, Anię i Maćka35. Z Antkiem mamy dosyć bliskie kontakty. Bardzo go lubię do dzisiaj. Jest ode mnie młodszy równo o dziesięć lat. Mieszkali zawsze pod Poznaniem, w Puszczykówku. Jako dzieci często do nich jeździliśmy. Pamiętam doskonale, że tam u nich zawsze był taki high life bon ton. Zawsze stół pięknie nakryty do śniadania, na stole okrągła przesuwana taca, na której stały różne marmolady i smakowite rzeczy. Każdy mógł sobie tę tacę odkręcić i sięgnąć po to, czego mu było potrzeba. Świetnie to było u nich urządzone. Bardzo mi się zawsze podobało. Nigdy już potem czegoś takiego nie spotkałam. I tam właśnie, w Puszczykówku, bardzo dbano o wychowanie, więc mieliśmy przykazane, że musimy się bardzo grzecznie zachowywać. Ciocia Sława36, żona Józka, moja stryjenka, dużo nas uczyła różnych praktycznych umiejętności. Nie było przecież wtedy żadnych detergentów, żadnych płynów do czyszczenia. To właśnie od cioci Sławy wiem, że jak się zmywa naczynia, to zawsze trzeba najpierw miękkim papierem zetrzeć z nich tłuszcz. Czy dzisiaj ktokolwiek tak robi? Chyba już nie, ale ja zapamiętałam tę naukę na całe życie. Mucha też do tej pory tak właśnie zmywa naczynia. Po wojnie przecież też nigdzie nie było żadnych detergentów czy środków higienicznych. Więc nauki cioci Sławy bardzo nam się potem w życiu przydały. Stryj Józef całą wojnę siedział w obozie37. Trafił do oflagu dla oficerów, ciotka Sława więc została sama z trójką dzieci. Tereny te należały wtedy do Kraju Warty38. Dzieci chodziły do szkół, w których uczyły się po niemiecku. Po śmierci stryja (zmarł na zawał) w 1966 roku ciotka została sama. Ogromnie wszyscy lubiliśmy ciocię Sławę. Była przesympatyczną osobą. Pochodziła ze sławnej poznańskiej rodziny Warmińskich. Jej ojciec39 był działaczem społecznym, niezwykle zasłużonym dla Bydgoszczy, ale niestety zmarł bardzo młodo. Matka cioci Sławy wyszła powtórnie za mąż za majętnego człowieka, do którego należała wtedy prawie połowa Puszczykówka.

Wizyty w Puszczykówku wspominam bardzo miło. Pamiętam, że rozgrywaliśmy tam świetne mecze w siatkówkę. Zawsze sympatycznie spędzaliśmy czas, a Antka Zolla uwielbiałam od początku. Gdy miał 10 lat, ja miałam 20, więc byłam już stara, gdy do nich przyjeżdżałam. Ale zawsze w Puszczykówku grało się w siatkówkę. Zawsze także kąpaliśmy się w wodach Warty, która przepływa niedaleko. Dom, w którym mieszkali stryjostwo, był bardzo ładny. Należał do profesora Tadeusza Cypriana40, prawnika, od którego stryjostwo go wynajmowali. Okolica także była przepiękna – w sam raz na wspaniałe wakacje.

 

Chwałkowo, lata 20. XX wieku

 

W Snopkowie, od lewej Irma (Maria) Niemczewska, Zula (Zofia) Łuszczkiewicz, Mala (Maria) Łuszczkiewicz, początek lat 20. XX wieku

2. Osiołek Bajtuś, kożuch i żaby

Z najwcześniejszego dzieciństwa najlepiej pamiętam okres, w którym przenieśliśmy się z Szurkowa pod Warszawę, do Opyp nad rzeką Pisią. Miejscowość ta leży koło Grodziska Mazowieckiego. Jeździła stamtąd kolejka EKD do Warszawy, którą Tata jeździł do pracy. Koniem odwoziło się go na stację, bo to było jednak parę kilometrów od nas. Miałam wtedy jakieś sześć czy pięć lat i uczyłam się w domu z Mamą. Nie chodziłam do szkoły.

W Opypach było cudownie. Nasz dom był bardzo śmieszny, nieduży. Na dole znajdował się spory hall ze schodami na piętro oraz cztery pokoiki: trzy sypialnie i jadalny. Jadalny był niedużym pomieszczeniem. Pamiętam, że rodzice mieli tam bardzo ładny kredens, chociaż pokój ten był zawsze zapchany i zastawiony przeróżnymi rzeczami. Wszystkie pokoiki były malutkie. W jednym, największym, mieszkałyśmy we trzy: moje dwie siostry – Teresa i Zosia – i ja. Na górze z kolei były trzy pokoje sypialne.

Chłopcy, moi bracia41, w tym okresie uczyli się w Krakowie. Mieszkali u dziadków Zollów. Chodzili w Krakowie do gimnazjum. Jeden pokój w Opypach na górze był zajmowany przez Rydka, najstarszego mojego brata, który – jak przyjeżdżał z Krakowa – to tam sobie mieszkał. Drugi pokój był przeznaczony dla chłopców, Józka i Felka.

Po pierwszej klasie przerobionej w domu Mama zapisała mnie do Platerówny42. Mieszkałam u babci Niemczewskiej w Warszawie. Nienawidziłam tej szkoły. Chodziły tam tylko dziewczynki z bonami. Mnie zaś odprowadzała gosposia, w chustce na głowie. Na domiar nieszczęścia miałam jeszcze kożuch. To był bardzo piękny kożuszek, zapinany na guziczki, ale dziewczynki ze szkoły dokuczały mi z jego powodu. Masz kożuch dobry dla wieśniaczki! – mówiły. A najbardziej taka jedna Basia. Spotkałyśmy się później po latach na medycynie i bardzo się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Ale w Platerównie koleżanki, z Basią na czele, dręczyły mnie okropnie. Ja swoją drogą święta też nie byłam, więc dosyć często im przygadałam w odpowiedni sposób, doprawdy nielicujący z pozycją dziewczynki z dobrego domu.

Do Platerówny chodziłam od drugiej klasy i to właśnie było dla mnie wielkim utrapieniem. Przyszłam już do zupełnie zgranego środowiska, a to nigdy nie jest łatwe dla dziecka. Bardzo przeżywałam wtedy, że jestem obca, spoza tej grupy. Do tego jeszcze dokuczanie. Z tych powodów moje wspomnienia z tej szkoły nie należą do miłych. Niczego właściwie poza takim udręczeniem z tej szkoły nie zapamiętałam.

Z kolei nad życie kochałam nasze Opypy. Z tyłu za domem był olbrzymi ogród z fantastycznym sadem, trochę zarośniętym. Właściwie był to raczej ogród przydomowy. Tam się dla siebie trzymało truskawki, pomidory, ziemniaki, różne warzywa i owoce. Mieliśmy też wielkie podwórze. Mama hodowała kury. To była taka specjalna rasa czerwonych kur. Pamiętam te kurki jak dziś, chodzące po podwórku. Stała też obora, w której mieszkał nasz piękny osiołek. Nazywał się Bajtek. Do tego właśnie osiołka zaprzęgało się wóz. Wóz był taki specjalny, inny niż dla koni, mniejszy. I tak się jeździło. Bajtuś był uparty, więc chłopcy robili mu okropne rzeczy: bili go pod ogonem pokrzywami, żeby jechał. Tylko ja miałam sposób na naszego osiołka. Wiedziałam, że najlepiej było po prostu do niego podejść i na ucho mu szepnąć: Jedź, Bajtusiu, jedź! I on wtedy jechał.

W Opypach gleba była piaszczysta. Kiedyś chłopcy wybudowali wszędzie podziemne, długie tunele, w których przeprowadzili sznurki i dzwonki, żeby dzwoniło, jak się zawali. W tunelach pokopali wnęki-pokoiki. Kapitalnie bawiliśmy się w tych tunelach. Uwielbiałam te zabawy. Niestety dosyć szybko zakazano nam tak spędzać czas i wszystko zasypano, bo to przecież było niebezpieczne jak licho. Ale zabawa była przednia.

W Opypach żyło się nam, dzieciom, cudownie, jak w jakiejś bajce. Zaraz przy wejściu rosła wierzba, na którą się świetnie właziło. Miała rewelacyjne konary, więc ciągle na tej wierzbie siedziałyśmy. Jednego dnia Teresa spadła z którejś gałęzi i zawisła na głowie między dwoma konarami. To było wtedy rzeczywiście trochę dramatyczne. Ktoś ją tam podciągnął, wyciągnął jej głowę i ostatecznie wszystko było dobrze.

Takie więc były te moje Opypy. Aż któregoś pięknego dnia, właściwie podczas nocy, spaliło się całe podwórze, stodoła, budynek gospodarczy, zwierzęta. Pożar był rzeczywiście ogromny. Wtedy rodzice zdecydowali, że przeniosą się do Warszawy. Ojca męczyły już bardzo dojazdy do ministerstwa. Ja przecież też mieszkałam właściwie w Warszawie z powodu szkoły. Do domu przyjeżdżałam tylko na niedziele. W Opypach mieszkaliśmy około trzech lat, ale w mojej pamięci ten czas zapisał się jako najszczęśliwsze chwile mojego dzieciństwa, może nawet całego życia. Taki mój kraj lat dziecinnych. Miałam wtedy swój własny pokoik na górze (nigdy potem już nie miałam pokoju tylko dla siebie), a wieczorem, jak zasypiałam, to żaby mi śpiewały. Niedaleko był mały staw pełen żab. I te żaby właśnie grały mi do snu… Była to dla mnie najwspanialsza sprawa na świecie. Potem przez całe życie, jak mieszkałam w Warszawie czy gdzieś indziej, marzyłam sobie o tym, żeby mieć własny pokój. W Opypach, w tym moim małym pokoiku na górze, wśród drzew, pól i żab było mi najwspanialej.

Nasz dom w Opypach przetrwał43. Kiedyś, po latach, pojechała tam Zosia, moja siostra. Nie umiem teraz powiedzieć, czy ten dom nadal stoi. Stacja nazywała się Kady44. Potem szło się szosą. Łatwo tam trafić.

 

Moi rodzice, Irma i Fryderyk Zollowie, lata 20. XX wieku

 

Szurkowo, lata 20. XX wieku

 

Mama na osiołku Bajtusiu, Opypy, 1933 rok

3. Dzikie auto

Wprowadziliśmy się do Warszawy do wynajętego, prywatnego mieszkania, do kamienicy na Natolińskiej 8, tuż koło placu Zbawiciela, blisko Koszykowej. Taka cicha okolica w samym Śródmieściu, bardzo sympatyczna. Mieszkaliśmy na drugim piętrze aż do Powstania. Przenieśliśmy się około roku 1936, po śmierci Piłsudskiego45. Pamiętam, że babcia Niemczewska wzięła mnie wtedy ze sobą na pogrzeb Piłsudskiego i obie uczestniczyłyśmy w tej uroczystości. Później oglądaliśmy to w kronikach filmowych. Pokazywany był cały pogrzeb. Ja z babcią byłam przed Politechniką – chyba orszak szedł tamtędy, a uroczystości wszystkie odbywały się na Polu Mokotowskim. W każdym razie pamiętam krótki moment z tego pogrzebu. Mieszkałam jeszcze wtedy w Warszawie. Rodzice sprowadzili się tu chyba w 1936 lub 1937 roku. Na Natolińskiej mieszkaliśmy raptem kilka lat. Niedużo.