Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 499 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 23 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 23 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka A na imię jej będzie Aniela - Marcin Wroński

W Lublinie na początku września 1938 roku policja znajduje zwłoki młodej służącej. Przed zamordowaniem zgwałcono ją, zostawiając na ciele dziwną wydzielinę. Równo rok później, kiedy miasto atakują wojska hitlerowskie, w podobny sposób ginie inna kobieta. Niewyjaśniona zbrodnia nie daje spokoju komisarzowi Zygmuntowi Maciejewskiemu. Żeby móc zbadać sprawę, wstępuje w szeregi niemieckiej policji. Polskie podziemie uznaje go za zdrajcę, więc Maciejewski musi działać ze zdwojoną ostrożnością. Zwłaszcza że ostatnie morderstwo nie oznacza końca tej serii... Bombardowania, hitlerowcy, getto i obóz koncentracyjny na rogatkach - to wojenny krajobraz Lublina. Mimo wszystko miasto podskórnie tętni rozrywką i erotyką. Na posterunku pozostaje komisarz Maciejewski. Sprawiedliwości szuka nawet w czasach, w których zbrodnia jest na porządku dziennym. A na imię jej będzie Aniela, trzecia i najmroczniejsza powieść z retrokryminalnego cyklu Marcina Wrońskiego, zaskakuje więc i poraża. Koniec przedwojennego Lublina i zagłada Żydów zostały w niej przejmująco odmalowane i stanowią bardzo ważny element fabuły. W związku z premierą trzeciej części cyklu Marcina Wrońskiego, A na imię jej będzie Aniela, wydawnictwo W.A.B. wznawia pierwszy i drugi kryminał z komisarzem Maciejewskim, Morderstwo pod cenzurą oraz Kino Venus.

Opinie o ebooku A na imię jej będzie Aniela - Marcin Wroński

Fragment ebooka A na imię jej będzie Aniela - Marcin Wroński

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I 

Warszawa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Marcin Wroński (ur. 1972) – w latach 90. związany z trzecim obiegiem literackim,publikował m.in. w artzinach „Lampai Iskra Boża”, „Mała Ulicznica” i „BrytanOD NOWA”. Zadebiutował zbiorem opowiadańUdo Pani Nocy (1992), dwa lata późniejukazała się jego pijacko-przygodowamikropowieść Obsesyjny motyw babiegolata. Tworzył też piosenki i skeczedla prowadzonego przez siebie kabaretu„Osoby o Nieustalonej Tożsamości”, byłdziennikarzem radiowym i nauczycielem,pisał książki dla dzieci. W 2007 rokuopublikował pierwszy kryminał o komisarzuMaciejewskim,Morderstwo pod cenzurą,a rok później kolejny, Kino Venus, obanominowane do prestiżowych nagródi omawiane przez wielu krytyków. Ostatniowydał thrillerOfficium Secretum. PiesPański (W.A.B. 2010); pracuje nadczwartym tomem z serii o Maciejewskimoraz sztuką teatralną o Józefie Czechowiczu.

W związku z premierą powieści A na imięjej będzie Aniela Wydawnictwo W.A.B.wznowiło Morderstwo pod cenzurą orazKino Venus (z płytą Kryminalny Lublin).

Strona autorska: www.marcinwronski.art.pl

Prolog

To ostatnia niedzie… To ostatnia niedzie… To ostatnia niedzie… – śpiewał w kółko Mieczysław Fogg, choć niezdarta poprzedniego wieczoru kartka z kalendarza pokazywała co innego: czwartek 8 września 1938 roku, imieniny Adama, Adriana i Adrianny, Marii, Serafiny oraz Teofila.

Przodownika Prokopczuka korciło, by zerknąć na nazwę wydawcy, jednak nie śmiał dotknąć kartki, na której dostrzegł krwawy, rozmazany ślad palca. Imiona zawsze go ciekawiły, niestety większość kalendarzy, jak choćby ten kupiony przez jego żonę, na każdy dzień serwowała ledwie trzech świętych. Tutaj uhonorowano aż sześciu.

A jeszcze przed kwadransem zapowiadało się na całkiem banalną interwencję!

– To jest nie do wytrzymania, panie, nie do wytrzymania! – Wykrzykiwał pulchny staruszek w powycieranej bonżurce, który sprowadził do kamienicy przy Zielnej policjantów z IV Komisariatu. – Ja mam, panie, słabe serce, żona zupełnie zszargane nerwy, a ta latawica, panie, całą noc gra na gramofonie! Można pukać w ścianę, stukać, panie, szczotką, a ta nic sobie nie robi. Niech władza ją nauczy, bo to nie można tak, nie! – Staruszek zaniósł się chrapliwym kaszlem i splunął w chusteczkę. Grubym paluchem popukał w futrynę, z której zaczynała schodzić beżowa farba.

Prokopczuk odwrócił się i powiódł groźnym wzrokiem po obojętnej twarzy dozorcy oraz młodego posterunkowego Orczaka, który co chwila przymykał czerwone z niewyspania oczy. A potem zapukał dwa razy i nacisnął na klamkę. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, Fogg zaśpiewał głośniej, zaś Prokopczukowi od razu wpadł w oczy ów zakrwawiony kalendarz wiszący na otwartych drzwiach kuchni.

– Proszę nie wchodzić! – Rozkazał obu mężczyznom pchającym się do mieszkania. – Orczak, przypilnujcie!

„Tę latawicę” znalazł na sofie w salonie. Półleżała z biodrami wysuniętymi do przodu i zadartą spódnicą przykrywającą nieco strzępy bluzki. Szkliste oczy martwej dziewczyny patrzyły na gramofon. Różowe majtki i jedna z pończoch walały się na podłodze.

– To ostatnia niedzie… To ostatnia niedzie… – nadal upierał się Fogg. Fogg Mieczysław, sławny jednak nie z miecza, a ze swych tang. Jako świadek morderstwa nieprzydatny.

Przodownik Prokopczuk, upewniwszy się, że pasek pod brodą leży dość urzędowo, wyszedł na korytarz. Posterunkowy odkleił się od ściany i poprawił czapkę. Dozorcy już nie było, tylko parę stopni niżej sąsiad sapał nerwowo, co chwila teatralnie zatykając sobie uszy.

– Orczak, mamy zabójstwo. Wrócicie na komisariat i zawiadomicie natychmiast Wydział Śledczy – polecił Prokopczuk.

– Panie władzo – jęknął staruszek w bonżurce – ja rozumiem, morderstwo nie fatałaszka, ale nie można by wyłączyć tego przeklętego gramofonu?

*

Aniela Biernacka, lat dwadzieścia dwa, służąca – wskazał denatkę wywiadowca Tadeusz Zielny. Rękaw jego dwurzędowej marynarki podjechał nieco do góry, eksponując złotą spinkę i mankiet już niekoniecznie śnieżnobiałej koszuli.

– Na dywanie coś było? – zapytał komisarz Zygmunt Maciejewski, przyglądając się czerwono-zielonemu motywowi na brzegach tkaniny. Co drugi kwiat miał rozchylony kielich, pozostałe, dopiero wzbierające w pąki, przypominały fallusy jakichś nieziemskich istot wycelowane między nogi dziewczyny.

– Nie, nawet błota. Wyczyścił porządnie buty, zanim przyszedł na schadzkę.

Maciejewski przyklęknął o wyciągnięcie ręki od zabitej. Jej oczy patrzyły teraz gdzieś ponad zdefasonowanym kapeluszem policjanta, a ślady po palcach dusiciela ułożyły się w jedną linię z sińcem na twarzy.

Zyga uświadomił sobie, że tak samo musiał klęczeć przy niej morderca, i to nie tak dawno, ledwie kilka godzin wcześniej. Krew zastygła na włosach łonowych dziewczyny, niespotykanie jasnych, niemal ciemny blond, a stężałe męskie nasienie brudziło obicie kanapy.

– To ostatnia niedzie… To ostatnia niedzie… – wciąż szydził gramofon.

– Odcisków też nie zostawił – dodał wywiadowca, przygłuszając płytę.

– A to? – Maciejewski wskazał czerwonawe smugi nad biustem ofiary.

– Mnie to wygląda na ślady po zakrwawionych rękawiczkach, panie kierowniku – podrapał się w głowę tajniak. – Ale dziwne, jakby z płótna, z cienkiej wełny.

– Kto na początku września nosi wełniane rękawiczki?! – Komisarz wstał i podszedł do gramofonu. – Nie dosłuchała płyty… Sąsiedzi powiedzieli, o której się zacięła?

– Nie – odparł zwalisty wywiadowca Witold Fałniewicz, stając w drzwiach. – W kuchni poza tym odciskiem na kalendarzu czysto, panie kierowniku. Kolacja na dwie osoby, wino. Ja bym obstawiał, że tam zaatakował, a potem przywlókł tutaj.

– I nikt, cholera, nie wie, o której godzinie?! – Zyga z sapnięciem dźwignął się na nogi. Czasy, kiedy boksował w wadze półciężkiej, należały już do historii. – Sąsiedzi wściekli, że hałasy po nocy, ale żeby spojrzeć na zegarek, to już nie ma nikogo? Fałniewicz, Zielny, idźcie i przyciśnijcie jeszcze raz tych przez ścianę. Fałniewicz faceta, a ty starą. Ja zaczekam na sędziego śledczego.

– Interesujące zajęcie – uśmiechnął się krzywo Zielny, odruchowo przygładzając włosy.

– Tak, warto było zostać komisarzem. Do roboty – burknął Maciejewski. Po chwili został sam na sam z trupem. I Mieczysławem Foggiem, co raz urywającym piosenkę w pół frazy.

Zyga zapisał słowa, na których zapewne już po morderstwie zacięła się płyta, i wyszarpnął z gniazdka wtyczkę gramofonu. Płyta, szybko zwalniająca obroty, wydała jeszcze jękliwy dźwięk, nieprzypominający ludzkiego głosu. Komisarz dla pewności zmierzył odległość, na której zatrzymała się igła; wyszło dokładnie siedem i pół centymetra od środka. Nie słyszał co prawda, aby kiedyś w sądzie wykorzystano podobny dowód, jeśli jednak do tego dojdzie, piosenkarz powinien być mu wdzięczny za tak oryginalną reklamę.

Brak odcisków palców nieszczególnie martwił Maciejewskiego; takie przestępstwa popełniają najczęściej znajomi, a tych bez wątpienia wskażą zawiadomieni telegraficznie pracodawcy dziewczyny, kiedy wrócą z Warszawy. Najwcześniej wieczornym pociągiem, uzupełnił komisarz. Do tego czasu powinien mieć już nawet raport z sekcji zwłok.

Jeszcze raz przeszedł się po pokoju, rzucił okiem na tytuły książek w oszklonej biblioteczce, z których tylko Program światowej polityki żydowskiej księdza Trzeciaka oraz Myśli nowoczesnego Polaka Dmowskiego sprawiały wrażenie przeglądanych. Na stojącym w rogu stoliku do kart leżały nierozcięte numery „Głosu Lubelskiego” z ostatniego tygodnia.

– Prawy obywatel – mruknął z przekąsem Zyga, mając wrażenie, jakby poznał już osobiście właściciela mieszkania. Sięgnął po ostatni numer gazety i rozsiadł się w fotelu.

Czerwone piekło w Hiszpanji

Wojska gen. Franco kontynuują zwycięski marsz w stronę Morza Śródziemnego, opanowując większe miasta. Wraz z postępami ofensywy wychodzą na jaw kolejne okrutne zbrodnie popełniane przez komunistów, głównie na duchownych. „Hiszpanja znacznie prześcignęła Sowiety w walce z Kościołem” – z satysfakcją donosił do Moskwy przywódca Partji Komunistycznej Hiszpanji, José Diaz. Tysiące zamęczonych na śmierć księży, dziesiątki tysięcy sprofanowanych kościołów Polaków również nie mogą pozostawić obojętnymi.

Chlubimy się piękną kartą, jaką w naszej historji była bohaterska obrona Częstochowy. Hiszpańska Częstochowa, sanktuarjum Matki Bożej z la Cabeza, przez długie miesiące w nierównej walce odpierało ataki bolszewickich hord. Te w zeszłym roku, dokładnie 1 maja, przypuściły wściekły szturm, w wyniku którego poległ dowódca obrońców, kpt. Cortes. Do kościoła, gdzie szukały ochrony i pociechy duchowej liczne kobiety, wdarły się oddziały tzw. rządowe, po czym nastąpiły przerażające gwałty, mordy i akty grabieży.

My w Polsce dobrze pamiętamy podobne okrucieństwa z wojny z Sowietami w 1920 roku. Dlatego nie po raz pierwszy przychodzi nam pytać o przyczyny, dla których nasze państwo zachowuje neutralność, zamiast wzorem Niemiec i Włoch wesprzeć tych, którzy tak jak my przed 18 laty, bronią Europy przed bolszewizmem. Warto je zadać tem bardziej, że jak się dowiadujemy, wśród oprawców kobiet w la Cabeza znaleźli się polscy komuniści z Brygad…

– A pan co?! – Zanim Maciejewski doczytał artykuł, do pokoju wpadł lekarz sądowy, doktor Krępiel. – Ja musiałem zostawić pacjentów, a pan komisarz gazetkę sobie czyta?

– Donieś pan, władze się ucieszą. – Zyga odłożył „Głos” na stolik. – A na razie rób pan swoje.

*

– I ja to panom mówię, ten wasz Maciejewski wywróci się na tym jak nic! – stwierdził autorytatywnie Prokopczuk.

„Gospoda Chrześcijańska” była prawie pusta, jak to zwykle między obiadem a piwkiem po robocie. Oprócz mundurowego przodownika i dwóch tajniaków z Wydziału Śledczego na sali przez chwilę siedział tylko jakiś drobny urzędnik magistracki, który wyniósł się, pochłonąwszy bułkę i herbatę.

– Wywróci – powtórzył Prokopczuk, łyknąwszy piwa. – Ja do zeszłego roku służyłem we Lwowie i napatrzyłem się na takie rzeczy…

– Ta, to sie wi – wszedł mu w zdanie Zielny. – U was we Lwowi…

– Tyle pan wiesz o Lwowie, co z radio… – obruszył się przodownik.

– No nie! – wybuchnął śmiechem Fałniewicz. – Oglądał też filmy ze Szczepciem i Tońciem.

– W polskiej policji jest tylko dwóch ludzi, którzy daliby sobie radę z taką sprawą – mundurowy powiedział to chyba już po raz trzeci – Przygoda z Warszawy i Popielski od nas ze Lwowa.

– Przygoda? – Zielny zdmuchnął pianę znad krawędzi kufla. – Przygoda mało kierownika w dupę nie pocałował w trzydziestym pierwszym. Tak, panie Prokopczuk, w dupę! Znasz pan sprawę gangu alfonsów?

– A co tam alfonsi! Panie, panie, jeszcze bombę! – Przodownik dopił swoje piwo i skinął na kelnera. – Toż to regularny zboczeniec!

– Przygoda? – nie zrozumiał Fałniewicz.

– Gdzie tam! – obruszył się Prokopczuk. – Zabójca Biernackiej. Popielski…

– Popielski podobno coś nie tego z głową. – Zielny pokręcił palcem przy skroni. – Słyszałem, że epileptyk czy coś.

– Gówno prawda! – Prokopczuk zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. – A to jest sprawa jak raz dla Popielskiego!

– Nie drzyj się pan na całą knajpę – syknął Fałniewicz.

Przodownik zerknął za siebie, ale wzruszył tylko ramionami. Siedzieli w kącie sali, a kelner dopiero ruszał spod kontuaru.

– A z czego pan wnioskuje, że zboczeniec? – zapytał Zielny, poprawiając krawat.

– Ano z tego… Żebyś pan tak za pogrzebem szedł jak z tym piwem – burknął Prokopczuk do kelnera i zaraz umoczył wąsy w gęstej pianie. – Aaa, dobre, chociaż lubelskie. No to tak, primo, z mieszkania nic nie zginęło. Secundo, ofiara była w tym domu za tłuka, służącą znaczy, a kto morduje służącą w domu jej państwa? Tylko jakiś… eee… – Chwilę szukał w pamięci słowa. – …Perwersant! Tertio, gramofon jojczył całą noc, inaczej kartka z kalendarza byłaby zdarta. No i… – Przodownik chciał inteligentnie powiedzieć „po czwarte”, niestety, zabrakło mu łaciny.

– No i? – zaśmiał się Zielny. – Co ma do tego kartka z kalendarza?

Prokopczuk zdusił niedopałek w popielnicy z grubego matowego szkła. Faktycznie, może i nic. Kartka jak to kartka, ale on chyba by nie usnął, nie zdarłszy jej i nie podzieliwszy się ze ślubną ot choćby taką refleksją: „Czy to nie jutro wypadają imieniny Bolcia Jagielaka? No tego, co pracował w rozlewni u Smirnowa!”.

– Chodzi panu, że skoro służąca nie zdarła kartki, to musiała umrzeć wieczorem? – wyratował go Fałniewicz i przodownik spojrzał na tajniaka z niekłamaną wdzięcznością.

– Ale co z tego, że wieczorem? – prychnął Zielny, zaś Prokopczuk popatrzył z odrazą na jego wyglansowaną fryzurę.

– Bo czwarta rzecz jest taka: ta dziewczyna nazywała się przecież Aniela.

– Aniela?! – Teraz obaj wywiadowcy wyraźnie nie nadążali za rozumowaniem przodownika.

Ten uśmiechnął się z wyższością i dłuższą chwilę powolnymi łykami opróżniał kufel.

– Imieniny Anieli wypadają właśnie dziś – oznajmił wreszcie. – Dziś, dziewiątego. Anieli, Piotra, Augustyna, Jacka, Franciszka i tego no… jak mu tam… Gorgoniusza!

– Gorgoniusza… – Zielny z politowaniem pokiwał głową. Jednak Fałniewicz potraktował sprawę poważnie, bo wyciągnął notes i króciutki ołówek.

– Pozwoli pan, że sporządzę notatkę.

– Sporządzaj pan sobie, co mi tam! – Prokopczuk dopił piwo i z rozmachem odstawił kufel. – Mówię panom, Maciejewski nie da rady. Tu mi kaktus wyrośnie!

*

Inżynier Franciszek Stanowicz, ledwie wysiadł z pociągu, nic nie robił, tylko współpracował. Według Zygi, jakby był urodzonym legalistą… lub miał coś do ukrycia. Zanim wieczorem zjawił się w gabinecie komisarza na Staszica, śledczy zebrał już o nim sporo informacji od swoich wywiadowców: fachowiec, społecznik, zwolennik umiarkowanej prawicy, same laurki!

Maciejewski nie wezwał maszynistki, mimo to zaczął od policyjnego rytuału: imię, nazwisko, imię ojca, wyznanie, urodzony. Ceremoniał pozornie zbędny, bo w końcu wiedział, z kim rozmawiał, jednak rytuał ów miał podobne zalety, jak spowiedź powszechna dla proboszcza: sączył lęk i poczucie winy, chyba że śledczy trafił na prawdziwie zatwardziałego grzesznika.

Stanowicz jednak nie wydawał się przestraszony, jedynie przybity.

– A co pan wie o jej znajomych? – zapytał w końcu Zyga.

– O znajomych? Ona była taką spokojną dziewczyną! Nie miała znajomych. Nie   t a k i c h   znajomych.

– Pan jest pewien? W końcu młoda, niebrzydka… – Maciejewski demonstracyjnie przejrzał zdjęcia z miejsca zbrodni.

– Panie komisarzu, my nie mamy dzieci – powiedział po chwili milczenia Stanowicz. – Wzięliśmy ją na służbę przeszło dziesięć lat temu, jeszcze jako podlotka. Anielcia była dla nas trochę jak własna córka. Znam ją – stwierdził z naciskiem.

– Znał pan – poprawił go Zyga.

Widział wielu takich społeczników korzystających na kryzysie, a wcześniej na sierotach wojennych. „Że niby źle jej płacę? Cóż z tego, skoro żywię i ubieram jak rodzoną?!”. Poza tym ileż takich „córek” zostawało kochankami panów, sposobionymi do tej roli od trzynastego, czternastego roku życia! Ze Stanowiczem komisarz miał tylko taki problem, że naprawdę dobrze patrzyło mu z oczu, i Maciejewski na razie nie chciał ryzykować skutków zbyt mocnego przyciśnięcia inżyniera.

– Gdy ją zobaczyłem tam, w kostnicy… – Stanowicz głośno przełknął ślinę. – Ja sobie tego nie potrafię wybaczyć.

– Że została sama w państwa mieszkaniu?

– To też – odparł pospiesznie Stanowicz – ale zostawała sama już wcześniej. I nigdy nikogo nie sprowadzała, bo powtarzam panu, była nieśmiała, taka zamknięta w sobie i nie miała żadnych znajomych. Tak, nikogo oprócz nas! – wykrzyknął histerycznie. – Nie powinienem był jej zostawiać właśnie teraz.

– Więc ma pan jakieś podejrzenia? – spytał oficjalnym tonem Maciejewski.

Inżynier rozluźnił krawat i odetchnął głęboko.

– To mogło być wymierzone we mnie – szepnął, nachylając się nad biurkiem. – Zemsta…

– Może pan sprecyzować? – Zyga powiedział to całkiem spokojnie, choć w głowie zaczęła mu wyć syrena, głośniejsza niż ta podczas niedawnego próbnego alarmu gazowego. Sprawa Biernackiej ze zwyczajnie obrzydliwej stawała się niebezpieczna. Zupełnie jak morderstwo Bindera w trzydziestym.

„To nie jest krew”, powiedział przecież doktor, kiedy już przestał się denerwować z powodu nieoczekiwanego wezwania i obejrzał plamy biegnące od obojczyków przez piersi dziewczyny. „Jakiś śluz, może ropa”, dodał, wąchając próbkę. Wtedy, przed ośmiu laty, też zaczęło się od zagadkowych śladów na ciele denata. Notabene był nim ówczesny redaktor naczelny ulubionej gazety Stanowicza…

– Amnestia sprzed tygodnia – westchnął inżynier, potwierdzając najgorsze polityczne podejrzenia Maciejewskiego. – Anielcia to kuzynka Bolesława Biernackiego. Podobno już wyszedł z Rawicza.

– Biernackiego, tego komunisty?

– Tak, panie komisarzu. Mówiłem panu, wzięliśmy Anielcię, bo sierota, a dalsza rodzina biedna i zupełnie niezaradna. Ale to porządni ludzie, bardzo religijni. Poza Bolkiem. Może pan sprawdzić, mieszkają na Rurach Jezuickich.

– Sprawdzimy – zgodził się Maciejewski, wiedząc, że akurat to nie będzie wymagało użycia żadnych sił policyjnych. Sam mieszkał na Rurach, więc wystarczy podpuścić sąsiadkę, starą Kapranową, a ta lepiej i szybciej niż wszyscy lubelscy tajniacy razem wzięci zgromadzi plotki o Biernackich do siódmego pokolenia wstecz. – Zastanawia mnie tylko, że pan inżynier mówi o nim „Bolek”.

– Bo Anielcia tak mówiła. – Stanowicz wyjął chusteczkę i przetarł nią czoło. – To zawsze była taka dobra, serdeczna istota! Kiedy jej kuzyn wrócił, nie pamiętam, chyba z Sowietów, i napisał list, że jest w Łodzi, to sami daliśmy Anielci na bilet. Rodzina to rodzina. Jednak kiedy przyjechała z powrotem i zaczęła opowiadać, co on robi, to… – Inżynier zająknął się. – To pan komisarz rozumie najlepiej, że musieliśmy o tym zameldować. Anielcia popłakała się, ale też rozumiała, że tak trzeba. Że to chodzi o Polskę, a Polska jest przed rodziną.

Zyga aż zaniemówił. Jako śledczy znał to miasto lepiej, niż znały je prostytutki czy alfonsi. Codziennie stykał się z nieszkodliwymi wariatami i groźnymi idiotami, prawicą i lewicą, a nie dalej niż w zeszłym tygodniu kleryk z lubelskiego seminarium zeznawał z przekonaniem, że pewna kurwa, agentka żydokomuny, celowo zaraziła go tryprem w imię walki z Kościołem katolickim („One tak robią. Pan komisarz nie czytał w »Rycerzu Niepokalanej«?”). Jednak faceta, który na serio mówił o Polsce w ten sposób co Stanowicz, nie spotkał od dwudziestego szóstego.

– I sądzi pan, że to mogła być zemsta?

– Tak – potwierdził z przekonaniem inżynier. – To jest możliwe.

– A zatem reasumując – Zyga zerknął do swoich notatek – panna Aniela Biernacka, zamieszkała u państwa, była osobą spokojną, religijną, niezawierającą przypadkowych znajomości. Zaś swoją cnotę pragnęła oddać jedynie przyszłemu, nieznanemu jej jeszcze mężowi – dodał, nie mogąc się powstrzymać od cynizmu. Cała ta historia, jak na jego wytrzymałość, była o wiele za słodka.

Inżynier Stanowicz jednak potaknął.

– Nie miała żadnych wrogów – kontynuował Maciejewski – poza, być może, swoim kuzynem Bolesławem Biernackim, przeciwko któremu zeznawała na policji w sprawie politycznej. Zabójstwo miało miejsce, podczas gdy oboje państwo byli w Warszawie, zaś mieszkanie, nie po raz pierwszy i z pełnym zaufaniem, powierzyli opiece panny Biernackiej. Czy coś jeszcze?

– Nie – pokręcił głową inżynier. – Choć może jedno: ten oficer z Urzędu Śledczego, który wtedy spisał nasze zeznania, zapewniał nas o dyskrecji.

– Pamięta pan może, który to był oficer?

– Taki niewysoki mężczyzna, w okularach. Bardzo oddany służbie. Tomaszewicz? Tomasiński?

– Niewysoki i bardzo oddany służbie? – wycedził Zyga przez zęby. – To może podkomisarz Tomaszczyk?

– Tak, tak właśnie! – wykrzyknął z ożywieniem Stano-wicz. – Na pewno Tomaszczyk!

Maciejewski nie zadał w końcu inżynierowi pytania, które ciągle krążyło mu po głowie: czy czasem inżynier nie przeniósł na młodą służącą uczuć innych niż niespełnione ojcowskie. Uznał, że jeszcze zdąży. Żegnając Stanowicza, myślał o notatce Fałniewicza, zakończonej jakże humorystycznie:

Ponadto wg przod. Prokopczuka, jeśli p. Kierownik rozwiąże tę sprawę, to „tu mu kaktus wyrośnie”, czego wraz ze st. przod.  Zielnym, nie możemy się doczekać.

Zyga był na siebie zły, że posłał swoich tajniaków na piwo z tym nowym nabytkiem lubelskiej policji. Sam doskonale rozumiał, że zakrawało to na paranoję z czasów, gdy przez krótki, acz bolesny okres, był kierownikiem komisariatu, ale co poradzić, już całkiem nie ufał mundurowym. Zaś do Komisariatu IV, który powstał kosztem nowych etatów dla jego wydziału, żywił szczególną urazę.

Tomaszczyk, świnia i nałogowy szpicel, byłby oczywiście szczęśliwy, mogąc dopiero co amnestiowanemu Biernackiemu przyszyć sprawę kryminalną. Pewnie, Biernacki mógł komuś zlecić mokrą robotę, mógł posłać z listem do kuzynki pospolitego bandziora, jednak taki nie zadowoliłby się cnotą dziewczyny, ale wyczyściłby mieszkanie jej państwa, więc zupełnie nie pasował. Zaś polityczni, gdy zabijają osobiście, robią to zupełnie inaczej. Kula w głowę, kosa pod żebro, nawet bomba podrzucona do mieszkania…

Komisarz wyjął z górnej szuflady biurka pustą teczkę i wielkimi kulfonami napisał: „Aniela z 9 września”.

Rozdział 1939

Monachium, 11 września 1964 roku

Garbaty żółty Volkswagen  z pociągniętą czerwonym lakierem klapą bagażnika zwolnił przy Memminger Platz. Kilku robotników spieszących z zakładów Meillera na stację Moosach prześliznęło się zmęczonym wzrokiem po samochodzie, ale tylko jeden się uśmiechnął. Może zgodnie z intencją właścicielki uznał, że auto ma wyobrażać Chińczyka pokazującego język zachodniemu światu, a może po prostu spodobała mu się siedząca za kierownicą dwudziestoparoletnia blondynka z rozpuszczonymi włosami.

Jeśli nawet, Annemarie Schlegger było to obojętne. Wrzuciła kierunkowskaz i skręciła w Rathgeberstrasse, jedną z tych podmiejskich ulic z piętrowymi domami, wziętych w kleszcze przez rozrastające się fabryki. Zaraz za rogiem stał niewielki hotelik, w którym była umówiona na wywiad.

Zaparkowała po drugiej stronie ulicy, wolała to niż wciskanie się między stłoczone auta hotelowych gości. Zarzuciła na ramię magnetofon i dla pewności jeszcze raz zajrzała do notesu. „Eugen Kraft, w związku z procesem ss-haupt-sturmführera Mohlera”, przeczytała.

– Herr Kraft nie zejdzie do pani – zapowiedziała od razu rudowłosa recepcjonistka, gdy Annemarie zerknęła w stronę hotelowego bistra. – Oczekuje u siebie.

Dziennikarka spojrzała na eksponujący dekolt bawarski strój kobiety. Idiotyczny, do Oktoberfest jeszcze miesiąc, poza tym akurat niezbyt było co eksponować.

– Jaki jest pan Kraft? – zapytała wprost.

– Drugie piętro, pokój 21 – niemal proszącym tonem odparła recepcjonistka.

Idąc po schodach, Annemarie wyobraziła sobie apodyktycznego starca, zapewne noszącego ciemny garnitur pozapinany na wszystkie guziki, jakby to był wojskowy mundur. Człowieka, który nawykł do wydawania rozkazów. Otworzył jej jednak ktoś zupełnie inny: mężczyzna rzeczywiście stary, o nawet nie siwych, ale białych jak mleko włosach. Pospiesznie zapiął górny guzik jasnokawowej marynarki i ogarnął jakby nieobecnym wzrokiem wąskie spodnie i męską skórzaną kurtkę dziennikarki.

– Fraulein Schlegger? – upewnił się. Jego oczy były teraz czujne.

– Redakteurin Schlegger. – Silnie uścisnęła mu rękę, ale uśmiechnęła się przy tym całkiem miło. – Dlaczego właśnie ze mną chciał pan rozmawiać?

– Bo pani mnie zrozumie. Proszę. – Wskazał jej krzesło przy czystym stole z kremowym obrusem i pedantycznie rozłożonymi serwetkami. Zwróciła także uwagę, że łóżko pana Schleggera było zaścielone równo jak w koszarach. – Tak sądzę… – dodał.

– Pozwoli pan, że zanim przejdziemy do sprawy Mohlera… – Annemarie zdjęła z ramienia magnetofon.

– Zanim przejdziemy do sprawy Mohlera, powie mi pani, kim był pani ojciec – przerwał jej mężczyzna. – Bo jeśli nie jest pani tą Fraulein… Entschuldigung, Redakteurin Schlegger, będę mógł jedynie zaproponować pani obiad w restauracji na dole. W ramach przeprosin. A więc?

Sprawiał wrażenie ciepłego, a zarazem twardego człowieka, zupełnie innego niż ci, którzy zazwyczaj dzwonią do Spiegla, gdy na pierwszej stronie pojawi się doniesienie o kolejnym procesie zbrodniarzy wojennych. W jego głosie nie było buty ani histerii. A jednocześnie Annemarie dostrzegła coś, co kazało jej przestać wyobrażać sobie Eugena Krafta w czarnym mundurze; teraz wydawał jej się zagubiony, obcy jak bohaterowie Camusa. Może dwadzieścia lat temu nosił raczej pasiak? Przez niego?!

– Nie pamiętam mojego ojca. – Odwróciła głowę. – Zginął na wojnie.

– Radca kryminalny Erwin Schlegger, dyrektor Kripo w dystrykcie lubelskim, Generalne Gubernatorstwo, data śmierci 11 maja 1944 roku – wyrecytował mężczyzna, z lekkim wysiłkiem schylając się po magnetofon. – Czy tak? – Postawił go na krześle i sam usiadł obok.

– Czy on…? – Annemarie przełknęła ślinę. Również rumieńce, które wystąpiły na jej policzki, były bardzo nieprofesjonalne. – Czy był zbrodniarzem jak Mohler?

– Mohlerowi sąd nie udowodnił jeszcze winy, a zatem nie mogę go tak nazwać, Redakteurin Schlegger – powiedział ze smutnym uśmiechem mężczyzna. – Zaś pani ojciec, bo pośrednio odpowiedziała pani na moje pytanie, zbrodniarzem na pewno nie był. Akcjonariuszem zbrodni… – zawahał się – jak każdy, kto miał nieszczęście żyć w owym czasie. Szkoda, że nie mogła pani przyjechać przedwczoraj, tak jak prosiłem.

– Czy to coś zmienia? – Ukradkiem dotknęła policzka. Już tak nie płonął.

– Proszę włączyć ten… aparat – przypomniał jej o magnetofonie. Przedwojenne słowo rozbawiło Annemarie, podobnie jak maniery starszego człowieka. – Dwa dni w tę czy w tamtą… – pokiwał głową pan Kraft. Jego wzrok znów stał się nieobecny. – Rzeczywiście, to nic nie zmienia, ale z wiekiem ludzie robią się niecierpliwi i sentymentalni. Przedwczoraj była dwudziesta piąta rocznica. A może dwudziesta szósta? W każdym razie wszystko zaczęło się 9 września…

I

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” cena 20 gr., 9 września 1939

(-) Po siedmiu dniach i siedmiu nocach nadludzkich zmagań, bohaterska załoga Westerplatte uległa przemocy.

*

(-) Z dniem 8 b. m. przestał obowiązywać dekret Prezydenta R. P. o wstrzymaniu wypłat przez banki. Od soboty dnia 9 b. m. wszystkie banki w Polsce przystąpią do wykonywania wypłat, oczywiście w ramach swych obecnych możliwości.

Cały plac Litewski od poprzedniego dnia był pełen ciężarówek, autobusów i aut osobowych. Nie stała wśród nich co prawda czarna, nieskazitelna limuzyna ze sztywnym proporcem Prezydenta Rzeczypospolitej, ta parkowała na Starym Mieście pod Trybunałem, ale i tak miasto zdawało się wyprężone na baczność. Wartownik w hełmie żołnierza piechoty przeszedł między samochodami, obrzucił wzrokiem kolumny uciekinierów sunące od strony Warszawy przez reprezentacyjne Krakowskie Przedmieście, wreszcie spojrzał w górę, gdzie na błękitnym niebie falowała smuga dymu. Choć obserwował ją już przeszło godzinę, teraz w namyśle ściągnął brwi i podtrzymując hełm, aby nie opadł mu na oczy, ruszył szybszym krokiem w stronę gmachu dowództwa korpusu.

Tymczasem na dziedzińcu Komisariatu i Głównego policji stał kierownik Wydziału Śledczego, komisarz Zygmunt Maciejewski. Z piętrzącego się stosu tekturowych teczek brał po jednej, czasem przeglądał, ale częściej od razu wrzucał w ogień rozpalony wprost na bruku.

– Trąbicz Jerzy – mruknął do siebie, podnosząc kolejny skoroszyt. Tym razem nawet rozsznurował tasiemki i przerzucił kartki. Dłużej zatrzymał wzrok na pochodzącym z jesieni 1930 roku maszynopisie z przesłuchania ówczesnego redaktora naczelnego „Kuriera Lubelskiego”, od paru lat szefa jednego z działów Polskiego Radia Warszawa. Zagryzł zęby i cisnął teczkę w płomienie.

Ogień nie zdążył jeszcze osmalić nabazgranego kulfonami komisarza opisu akt, gdy od strony bramy wszedł na dziedziniec podkomisarz Tomaszczyk, śledczy polityczny z pobliskiej Komendy Wojewódzkiej. Jak zwykle ubrany był w urzędniczy garnitur, upodabniający go do nauczyciela gimnazjalnego, z tych z gruntu wrednych, od łaciny albo matematyki. Ale nie miał złowieszczego grubego liniału w ręku, tylko przewieszoną przez ramię puszkę z maską przeciwgazową, która grzechotała przy każdym kroku.

– Znów był telefon – oznajmił, odsuwając maskę za plecy, jakby i do niego dotarło, jak głupio z nią wyglądał. – Co ty tu palisz, do cholery?

Ze sterty powoli płonących teczek zsunął się kolejny tom nieoficjalnych akt Wydziału Śledczego. Jeszcze było widać napis: JÓZEF ZAKRZEWSKI, BOKS – KOMUNA – POEZJA AWANGARDOWA. Zyga butem wepchnął teczkę głębiej w ogień.

– Makulaturę – burknął.

– Makulaturę? Taaak – pokiwał głową tajniak z Wojewódzkiej. – A wojsko do mnie telefonuje, że dajesz znaki dymne niemieckim lotnikom.

– Takie niby indiańskie? – Maciejewski wyprostował się i rozpiął guzik znoszonej kraciastej marynarki. – Jest dzień, rozejrzyj się. Lotnicy mają wszystko jak na dłoni. Lepiej zapytaj panów oficerów, dlaczego na Rynku stoi czarny cadillac, a prezydencki proporzec sterczy mu jak kutas. Jeśli ja wiem o tym od wczoraj, to niemiecka dywersja co najmniej od północy. Prezydent nas nie zaszczycił, więc po co ta pokazucha?

– Dla dodania ducha bojowego! – warknął Tomaszczyk.

Spod tylnych drzwi komisariatu dobiegł stłumiony śmiech.

Dwaj zaufani tajniacy Maciejewskiego, Zielny i Fałniewicz, właśnie wyszli z budynku, niosąc kolejne akta. Który się zaśmiał, tego Tomaszczyk nie zdążył zobaczyć, ale wiedział, dobrze wiedział! Marszowy krok, jakim przodownik Zielny zbliżył się do ognia, mówił sam za siebie.

– Wiesz co? – Zyga podniósł jeden z płonących papierów i odpalił sobie papierosa, po czym dmuchnął znienawidzonemu śledczemu dymem w twarz. – Ty się lepiej ewakuuj, bo ja mam jeszcze robotę. A jak jakiś szwoleżer znowu zadzwoni, zapytaj, kiedy będzie w Berlinie.

– Jak pan sobie życzy, panie komisarzu. – Tomaszczyk zagryzł zęby i poprawił okulary. – Nie będę więcej świecił za pana oczami. – Odwrócił się i znów dzwoniąc maską, wyszedł za bramę.

– No i Bogu dziękować. – Maciejewski odebrał plik teczek od Zielnego i bez przeglądania wrzucił w ogień. – To wszystkie?

– Została jeszcze dolna szuflada, panie kierowniku. – Tajniak przygładził wybrylantynowane włosy. Błyszczały tak, że też mógłby dawać sygnały świetlne nieprzyjacielskim pilotom. – Czyli w zasadzie koniec.

– W zasadzie? – skrzywił się komisarz. – To nie koniec. 9 września.

– No tak, wojna potrwa jeszcze ze trzy miesiące, na pewno – wzruszył ramionami Zielny. – Ja myślałem, że pan kierownik mówi o naszych teczkach.

– Wojna nie potrwa trzech miesięcy. – Komisarz spojrzał na niego ze złością. – Gdybym tak myślał, tobym nie niszczył dziesięciu lat pracy. Ale nie chodzi mi o wojnę, tylko o mordercę Biernackiej.

– Pan kierownik uważa, że on jednak znowu zabije? – spytał niepewnie Fałniewicz.

– A ty nie? – Maciejewski wściekle zdeptał niedopałek.

Cokolwiek mruknął tajniak, zagłuszyły to syreny, najpierw kolejowe, potem fabryczne. Maciejewski spojrzał w niebo, nie dostrzegł jednak żadnego samolotu: ani niemieckich heinkli, ani tym bardziej polskich myśliwców. Ostatni, który miał bronić Lublina, został zestrzelony w drugim dniu wojny. Jego wrak wciąż sterczał wbity nosem w trawiaste lotnisko wytwórni samolotów przy szosie na Krasnystaw. Wycofujące się tamtędy wojsko miało bardzo defetystyczny widok.

– Ale ja wciąż myślę, że pan kierownik niepotrzebnie się denerwuje. – Witold Fałniewicz przyniósł kubeł stojący pod ścianą policyjnego garażu i zagasił ogień.

Zyga Maciejewski popatrzył na niego spode łba. Niepotrzebnie się denerwuje! To była pierwsza tak poważna sprawa, która zdechła mu w rękach, zanim jeszcze nabrała tempa. Ślad palca na kalendarzu w mieszkaniu Stanowicza nie nadawał się do identyfikacji, bo sprawca działał w tych cholernych rękawiczkach. Na zdaktyloskopowanie inżyniera komisarz nie dostał pozwolenia, a jedyny podejrzany, ów komunista Biernacki, po wyjściu z więzienia przemienił się w idealnego, nudnego księgowego warszawskiej spółdzielni „Społem”. Na komisariacie meldował się co tydzień z równą skrupulatnością, z jaką zliczał sumy z faktur. Obserwację zdjęto po dwóch tygodniach i nawet komisarz Przygoda, znajomy jeszcze z czasów wspólnej służby w Zamościu, nie mógł nic poradzić.

Gdyby chociaż Prokopczuk nie wyskoczył z tą swoją teorią o imieninach! Komisarz niechętnie przyznawał: była całkiem logiczna, ale co z tego? By ją potwierdzić, czekał cały rok, aż doczekał się, tyle że bombardowania miasta! Uwierał go także ten lwowski as Urzędu Śledczego, na którego cześć Prokopczuk piał długie peany! Zyga nie miał pretensji, że jedynym sławnym Maciejewskim jest uwieczniony nawet w modnych warszawskich piosenkach kat z Mokotowa, ale nie móc nic zrobić i czuć się przez to jak impotent nienawidził. Zwłaszcza gdy widziało to pół Lublina.

– Nalot za nalotem, nawet taki zboczeniec ma teraz poważniejsze zmartwienia – ciągnął Fałniewicz. – Zresztą pewnie dostał powołanie.

– Może tak, może nie – wzruszył ramionami komisarz, rozgrzebując nogą popiół. Z niszczonych akt pozostały jedynie skrawki. – Ale jeśli nie, to właśnie dziś zabije bankowo. Sam pomyśl, Fałniewicz, ilu ludzi ucieka przez Lublin, jakie tłumy, w których można się schować. Jak spadną bomby, żaden glina nie będzie się babrał w trupowisku, szukając denatki, którą wcześniej ktoś zgwałcił.

– My jednak będziemy się babrać? – westchnął ciężko Zielny i znów przejechał dłonią po włosach. Jakoś nie zarejestrował, że w ciągu dziesięciu lat moda nieco się zmieniła i nawet kinowi amanci nie wyglądali już jak świeżo wylizani przez krowę. Ale Lublin nigdy nie był Warszawą, Jastarnią ani Truskawcem i tu więcej uchodziło. No i w kinach częściej leciały starocie niż nowości.

– Tak, my będziemy. Bo ja na jego miejscu właśnie dziś bym zabił.

9 września 1939, imieniny Anieli, myślał Zyga, idąc w stronę budynku komendy.

Żadnej Anieli nie znał, żadnej nie zamierzał składać życzeń. Przeciwnie, czekał na śmierć jednej z solenizantek, na potwierdzenie układanki, której fragmenty zestawiał ze sobą w głowie równo rok. A dzisiejszy dzień miał być co najmniej testem kontrolnym, przy odrobinie szczęścia także szansą na zdobycie kolejnego kawałka, który uzupełni obraz. Czy ta cholerna wojna nie mogła wybuchnąć za miesiąc, no dobrze, nawet za dwa tygodnie?

Schodząc do piwnicy, zwykle służącej jako dołek dla zatrzymanych, teraz za schron, myślał też o swoim archiwum, które kompletował ponad dziesięć lat, a teraz z żalem postanowił puścić z dymem. Cholera wie, kto położyłby na tym łapę: jakaś policyjna menda pokroju Tomaszczyka, II Oddział Sztabu Generalnego, Abwehra… Ktokolwiek by to nie był, nie mógł dostać haków na nieoficjalnych współpracowników Wydziału Śledczego, których komisarz poznał podczas przesłuchań, śledztw i rozrób, a którzy teraz obdarzali go zaufaniem, nieomal przyjaźnią. Maciejewski za bardzo ich potrzebował, zrośnięty z tutejszą glebą, podobno nawet urodzajną. Jeśli przeżyją.

Drzwi cel były otwarte. W pierwszej mundurowi pożywiali się pospiesznie, korzystając z nieplanowanej przerwy. Komisarza doleciał zapach obficie naczosnkowanej kiełbasy. Natomiast jego zastępca, podkomisarz Eugeniusz Kraft, nawet w schronie pracował.

– Będziemy mieli kłopot, Zyga – powiedział, podnosząc głowę znad papierów, ledwie Maciejewski zdążył usiąść na pryczy obok. – Komendy mają być ewakuowane. Trzeba będzie zorganizować straż obywatelską, bo ja wiem. Zostawisz mi jakieś zalecenia?

Zalecenia! Miał tylko jedno, niestety niewykonalne: wytelefonować Przygodę, poprosić go, żeby po starej znajomości jeszcze raz sprawdził Bolesława Biernackiego i co ten robi dzisiaj, 9 września.

– Słucham? – Potrząsnął głową. – Co ja ci mam zostawiać, Gienek?

– Mamy być ewakuowani – powtórzył spokojnie Kraft. – To znaczy ty, bo ja mam przecież rodzinę.

– Ja też nigdzie się nie wybieram – uciął Maciejewski. – A o co ci chodzi z tą strażą obywatelską?

– I tak jest nas za mało, a po ewakuacji… Sam rozumiesz. Ktoś jednak musi być na patrolach podczas tych alarmów. Pilnować budynków… Choćby teraz każdy może wejść nawet do naszego gabinetu.

Zyga pokiwał głową. W gabinecie niewiele zostało. Dolna szuflada, czyli konfidenci mało użyteczni lub przypadkowi, bieżące akta, te całkiem oficjalne. Teczka mordercy Biernackiej.

– Zielny, klucze! – przypomniał sobie komisarz.

– Klucze? – zastanowił się tajniak. – Kazał nam pan przecież zejść do schronu. Klucze zostały w zamku. – Nerwowo obciągnął marynarkę. – Dźwigałem papiery, nie mam przecież trzeciej ręki…

– Cholera jasna! – Zyga zerwał się z pryczy i wybiegł.

– Dokąd?! – zawołał za nim Kraft, jednak usłyszał tylko tupot butów na schodach.

Trzaśnięcie drzwi do piwnicy zbiegło się z głuchym, niemal bezgłośnym uderzeniem pierwszej bomby, która spadła gdzieś z dala od śródmieścia.

*

Maciejewski przeskakiwał po trzy stopnie, klnąc pod nosem. Wypadł na pusty korytarz i pognał dalej. Zatrzymał się dopiero przy załomie ściany.

Ostrożnie wyjrzał. Drzwi gabinetu były uchylone. Zyga podszedł do nich powoli i zajrzał przez szparę. Szuflady jego biurka były wysunięte, a czyjaś dłoń ładowała zawartość do skórzanej teczki, nawet nie przeglądając.

Maciejewski wyczekał na kolejny wybuch; ten był już bliższy, gdzieś w pobliżu cmentarza i klubu bokserskiego. Wpadł do środka. Całym ciałem uderzył w, jak sądził, podkomisarza Tomaszczyka, jednak mężczyzna, choć zachwiał się i chwycił odruchowo krawędzi blatu, wytrzymał zderzenie. Zyga złapał go za ubranie i pociągnął, dotkliwie uderzając się o biurko Krafta kością ogonową i rozluźniając chwyt.

Ku swemu zdziwieniu, komisarz nie miał przed sobą Tomaszczyka, ale zupełnie nieznajomego faceta, w dodatku niemal postury Fałniewicza. Natomiast Tomaszczyk pracował właśnie wytrychem nad szafą w rogu pomieszczenia. Spostrzegłszy Zygę, sięgnął do kabury.

– Ty skurwy…synu! – jęknął Maciejewski, starając się zapanować nad bólem promieniującym wzdłuż kręgosłupa. – Ten włam to twój pomysł czy samego komendan…?

Zaniemówił, widząc wymierzony w siebie rewolwer. Nie żeby to było pierwszy raz, ale takiego zagrania akurat ze strony Tomaszczyka nigdy by się nie spodziewał. Jakieś pomówienia, donosy owszem, jednak ta gnida z bronią?!

Nieznajomy mężczyzna zatrzasnął kajdanki na prawym przegubie Zygi i wykręcił mu rękę do tyłu.

– Gdzie reszta? – Poprawił chwyt.

– W schronie – burknął Maciejewski.

– Reszta twoich akt, ty… szwinio!

Powietrze przeszył świdrujący gwizd, jeden i zaraz drugi. Dwie bomby, i to blisko, zrozumiał komisarz. Podmuch niemal równoczesnych eksplozji targnął wściekle futrynami okien, z lufcika posypało się szkło. Gdyby Luftwaffe wiedziała, że w tej chwili oddaje Maciejewskiemu przysługę… Czując, że uścisk na jego ramieniu nieco zelżał, Zyga rzucił się w tył z nadzieją, że trzymający go mężczyzna zawadzi potylicą o kant biurka.

Nie miał aż tyle szczęścia. Facet uderzył tylko plecami o nogę mebla, jednak zaskoczyło go to wystarczająco, by puścił kajdanki. Zyga zaczął machać wolną bransoletą jak cepem. Raz trafił w podłogę, raz w biurko, ale też w rękę i chyba w głowę walczącego zajadle faceta.

– Szczelać! – krzyknął ten do Tomaszczyka.

– Służbowa broń, sprawdzą… – jęknął śledczy.

– Szczelać!

Nim Tomaszczyk wreszcie pociągnął za spust, Zyga zdążył przetoczyć się za swoje biurko, przy okazji tłukąc sobie łokieć

o wysuniętą szufladę. Gdy pocisk zrykoszetował w stronę maszyny do pisania, Maciejewski leżał już twarzą na wprost okna i z rewolwerem w dłoni.

Po bezchmurnym niebie sunęła dostojnie trójka heinkli. Gdzieś od strony cmentarza żydowskiego dobiegł komisarza odgłos przypominający odbijanie szmacianej piłki od ściany, głuche „pom, pom, pom” artylerii przeciwlotniczej.

– Ty, Hans czy jak ci tam! Słyszysz mnie?! – zawołał Zyga po niemiecku.

– Ja. Was, verdammt?! – zaklął tamten, czołgając się z drugiej strony biurka.

– Kto cię w Abwehrze uczył mówić po polsku? Jak spotkasz faceta, kopnij go w.

Dalsze słowa zagłuszył kolejny wizg i eksplozja, bardzo bliska, gdzieś na końcu ulicy. Komisarz w ostatniej chwili przetoczył się na brzuch. Okno zadygotało i oklejone plastrem na krzyż szyby zwaliły się na głowę i plecy Maciejewskiego.

*

Eksplozja bomby zakołysała solidnymi murami komisariatu i trzej wywiadowcy przywarli skuleni do ściany. Drzwi gabinetu, wyrwane podmuchem, niemal uderzyły Fałniewicza. Jęknęły gwoździe mocujące zawiasy, gdzieś niedaleko wypadło i runęło z brzękiem okno.

Kraft wyprostował się pierwszy. Wybuch, skoro był słyszalny, już go nie zabije.

– Cholera! – Zielny zaczął strzepywać tynk, który obsypał mu nowy letni garnitur. Przed chwilą ubranie miało kolor kawy z mlekiem, teraz raczej cieniutkiej bawarki. Jeszcze więcej białego pyłu przylepiło się do zlepionych brylantyną włosów tajniaka.

– Tss! – Fałniewicz zatkał mu usta swoją wielką dłonią. Tadek Zielny oswobodził głowę i zobaczył, że podkomisarz Kraft stoi już przy drzwiach z rewolwerem w ręce. Obaj dołączyli do niego w jednej chwili.

– No i jak będzie, Tomaszczyk? – Poznali głos Maciejewskiego. – Szczelasz czy nie szczelasz, bo wojna się skończy.

– Hände hoch! Und steh auf! – zaszczekał ktoś po niemiecku.

Kraft zajrzał ostrożnie, ale nie zobaczył komisarza. Tylko plecy Tomaszczyka i jeszcze jakiegoś faceta zachodzących biurko Zygi z obu stron.

– Dwóch na wprost przy oknie – szepnął do tajniaków. – Nie wiem, gdzie komisarz. Już!

Odciągnął bezpiecznik i wpadł pierwszy, mierząc do Tomaszczyka, w którego ręce zobaczył spluwę.

– Rzuć…

„…broń”, miał dodać, kiedy jakiś ciężar powalił go na ziemię. Wykręcając głowę, zobaczył twarz przygniatającego go Fałniewicza. A za nim nóż wbity w futrynę dosłownie metr za miejscem, gdzie stał.

Padł strzał, ktoś krzyknął. Kraft i Fałniewicz poderwali się na nogi. Na podłodze zwijał się z bólu Tomaszczyk. Lewą rękę przyciskał do uda, prawą usiłował sięgnąć po upuszczony rewolwer.

Gienek Kraft kopnął jego broń pod ścianę, widząc kątem oka, jak Zielny wali ze swojej spluwy po ścianach. Jednak Niemiec wciąż był pół kroku przed kulami.

– Żywego bierz! – krzyknął Maciejewski, wynurzając się zza biurka.

Sekundę później znów upadł na podłogę, wszyscy upadli, bo kolejna bomba rozerwała się gdzieś blisko i cały gabinet zasnuł pył sypiący się z sufitu i napływający przez rozbite okno.

Fałniewicz podniósł broń, ale nie wystrzelił. Gaz? Nie, nic go nie dusi, tylko oczy łzawią. Szlag, do kogo w ogóle mierzy?!

Mrugnął kilkakrotnie i szybko obiegł wzrokiem pomieszczenie. Kierownik wstawał, komisarz Kraft wykręcał ramię wykrzywionemu z bólu Tomaszczykowi. Ten chyba nawet krzyczał, ale Fałniewicz słyszał jedynie szum pochodzący z własnej głowy.

Pierwszym dźwiękiem, który rozerwał ciszę, był brzęk deptanego szkła. Tajniak zobaczył swojego partnera w pośpiechu ładującego rewolwer. I rosłego faceta, który jednym skokiem dostał się na parapet, po czym kucnął i zniknął mu z oczu.

Z pierwszego piętra?! Spadochroniarz, kurwa jego mać!, przemknęło przez głowę Witkowi Fałniewiczowi.

*

Maciejewski pierwszy rzucił się ku schodom i biegł, przeskakując po kilka stopni. Raz tylko musiał zwolnić, gdy wybuch kolejnej bomby rzucił nim o ścianę. Wypadł na zewnętrzny dziedziniec komisariatu i przysłonił usta, żeby nie zanieść się kaszlem. Ulicę zasnuwał gęsty dym, płynący chyba od kina „Corso” za rogiem.

– Tam! – krzyknął z okna Kraft. Wskazywał rewolwerem załom ulicy Zielonej. A może hotel „Wiktoria” przy Krakowskim Przedmieściu, który stał już w ogniu.

Minęła sekunda, nim Maciejewski dojrzał schyloną sylwetkę mężczyzny na tle kamienicy naprzeciw komisariatu.

– Stój! – Wycelował rewolwer i strzelił, ale niecelnie.

Niemiec zniknął, a Zyga Maciejewski pobiegł za nim na oślep.

Łzawiły mu oczy, nerwowo wycierał je rękawem. Starał się oddychać przez nos, ale już po chwili obydwie dziurki miał tak zatkane, jak po nocy spędzonej nad aktami i po wypaleniu paczki papierosów. Wystawiając przed siebie broń, podbiegł jeszcze kawałek w stronę płonącego hotelu.

Pod butami chrzęściły mu okruchy tynku i szkła, a manekiny z rozbitej wystawy salonu krawieckiego wystawiały się na strzał. Jednak ten facet musiał tu być, tuż obok. Komisarz pozazdrościł Tomaszczykowi maski przeciwgazowej. Kurwa, raz na dziesięć lat sam mógłby się trzymać przepisów!

Pył powoli opadał. Jest, skurwysyn! Maciejewski uśmiechnął się mimowolnie, dostrzegając w bramie przykucniętą sylwetkę. Zyga przylgnął do ściany i ostrożnie podszedł.

– Nie ruszaj się! – wycharczał, doskakując. – Nie ruszaj się, bo zastrzelę.

Niemiec nie stawiał oporu, widocznie zaskoczony. Wykręcając mu rękę, komisarz zdziwił się, że facet prawie nie ma mięśni. Maciejewski zaczął go obszukiwać, zaczynając od wewnętrznych kieszeni, ale zamiast broni albo portfela z dokumentami, poczuł pod dłonią coś miękkiego.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami drżąca ze strachu harcerka z opaską OPL-u. Po twarzy płynęły jej łzy, bała się jednak krzyknąć.

– Przepraszam, pomyłka. – Maciejewski puścił dziewczynę. – Jestem policjantem – dodał, lecz zabrzmiało to idiotycznie, zwłaszcza że z przegubu dłoni wciąż zwisały mu kajdanki. I bez tego dobrze wychowane panny zazwyczaj brały go za kryminalistę.

Powietrzem targnął kolejny huk, ale dalej, chyba za Zamkiem. Niecierpliwym gestem komisarz wcisnął w rękaw wolną bransoletę i wybiegł z bramy.

– Padnij! – usłyszał za plecami i bez namysłu rzucił się na bruk.

Tuż za nim ktoś strzelił. Zyga kątem oka dostrzegł Fałniewicza repetującego karabin. Potem znów wszystko zasłonił dym.

– Druga brama po lewej. – Tajniak dobiegł do komisarza.

– Osłaniaj, ja podejdę – rozkazał Maciejewski.

Nic nie widział. Najpierw potknął się o krawężnik, potem omal nie uderzył głową w mur kamienicy, która, był pewien, jeszcze poprzedniego dnia stała co najmniej metr dalej. Dym znów zaczął rzednąć, Zyga był już nie dalej jak dziesięć kroków od bramy, kiedy zza płonącego hotelu z wyciem motorów wynurzył się nisko lecący samolot z czarnymi krzyżami. Maciejewski nie słyszał terkotu kaemów ani nawet stukotu rykoszetujących pocisków, trudno było jednak przeoczyć odpadające fragmenty tynku, zupełnie jakby ktoś odpalał ukryte wewnątrz ściany niewielkie ładunki.

– Lotnik, kryj się! – wrzasnął komisarz, mając nadzieję, że Fałniewicz go usłyszy. Sam padł na jezdnię, przeturlał się i przytulony do krawężnika lekko uniósł głowę.

Kaemy wciąż pruły tynk, bruk i patriotyczne plakaty przylepione niemal w każdej bramie. Dywersant widocznie uznał, że to wymarzona okazja, aby zgubić pościg, bo wyskoczył zza załomu muru i przeciął na ukos ulicę. Zyga wycelował, ale nie strzelił. Nie musiał, tego dnia Luftwaffe wyraźnie było po jego stronie. Niemal przecięty serią z samolotu Niemiec zgiął się wpół i upadł. Heinkel przeleciał nad komisariatem w stronę prawie wyschniętej tego lata Czechówki.

Fałniewicz ciężko podniósł się na łokcie, potem na kolana, nie spuszczając z oczu leżącego bezwładnie ciała.

– Gdzie Zielny? – spytał Zyga.

– Rozmawia sobie z Tomaszczykiem, panie kierowniku. – Tajniak zrobił kilka chwiejnych kroków.

W rzedniejącym dymie zauważyli jeszcze harcerkę, która szybkim truchtem biegła w stronę pożaru.

Niezłe cycki, przypomniał sobie Maciejewski.

– Halo! Druhno! – zawołał za nią. Był przecież 9 września, więc jeśli nazywała się Aniela.

No to co by zrobił? Wyciągnąłby ze schronu któregoś z posterunkowych i kazał odprowadzić małą do domu, zamknąć w szafie, zabrać buty?! Zresztą morderca Biernackiej pewnie już wybrał ofiarę, może nawet od kilku godzin było po wszystkim. Bo od bomby nie zginął, niemożliwe! Maciejewski dawno zauważył, że Bóg nie miał zwyczaju współpracować z policją.

Dziewczyna zniknęła za rogiem. Zyga podszedł do nieruchomego Niemca, obrócił go kopniakiem i zaczął przeszukiwać mu kieszenie. Nic, cholera, ale niby na co liczył, na legitymację Abwehry albo komplet fałszywych paszportów?

– Trzeba by zawiadomić dwójkarzy, panie kierowniku – mruknął niepewnie Fałniewicz, przystając nad ciałem zabitego.

– Wiem, że to sprawa kontrwywiadu – syknął Maciejewski. – Ale chyba najpierw komendanta.

– Komendant podobno jest w magistracie. A telefon nie działa.

Maciejewski spojrzał w górę na dym, który ponad dachami kamienic walił od strony urzędu miejskiego i mieszał się z burymi kłębami z Krakowskiego Przedmieścia. Nie było już widać obłoczków z pocisków artylerii przeciwlotniczej. Pojedyncze eksplozje dochodziły z oddali, od uniwersytetu i koszar zachodnich.

– Pójdę, panie kierowniku – zaoferował się tajniak.

– Nie, zabierz trupa – pokręcił głową Zyga. – I przypilnuj, żeby Zielny czasem nie przesadził z przesłuchaniem. Mnie spacer dobrze zrobi na nerwy. A swoją drogą, Fałniewicz, idiotycznie wyglądasz z karabinem!

Sięgnął po papierosy i zaklął pod nosem. Chociaż rano miał prawie pełną paczkę, teraz zostały mu tylko dwie sztuki.

*

Cała tylna część magistratu i remiza straży ogniowej buchały kłębami dymu i pyłu, ale ognia nie było widać. Z przewróconego samochodu pożarniczego ze zmasakrowaną maską wypełzał wąż i niknął w oknie ratusza. Maciejewski nabrał głęboko powietrza i mrużąc oczy przed gryzącym dymem, skręcił w Świętoduską. Ludzka rzeka, która od kilku dni przelewała się Krakowskim Przedmieściem od strony Warszawy na Chełm i Zamość, gdy tylko ustało bombardowanie, znów ruszyła, oswojona już z widokiem spalonych aut, pożarów i trupów.

Na frontowych schodach urzędu leżał woźny magistracki, obejmując ramionami bombę. Palec bezwładnej prawej ręki wskazywał wejście dla interesantów. Stali tam blady jak ściana prezydent miasta oraz obsypany pyłem podinspektor Brożyński, w przeddzień wojny awansowany na komendanta wojewódzkiego policji, wraz z oficerem inspekcyjnym, podinspektorem Szeryńskim.

Trup woźnego i niewybuch, który ten przyciskał do piersi, nie interesowały ich wcale. Nikogo nie interesowały poza fotografem z „Expressu”. Zyga podszedł do zwłok i zacisnął palce na przegubie. Nie wyczuł pulsu.

– Niech pan da spokój, nie żyje! – wrzasnął dziennikarz, przekrzykując strażaków, którzy z drugiej strony placu próbowali jakoś zmieścić wóz z motopompą w zawalonej gruzem Bramie Krakowskiej. – Wyniósł bombę z magistratu i tu upadł. Pewnie zawał.

Stare Miasto paliło się w kilku miejscach. Strażacy zdołali popchnąć motopompę jeszcze parę metrów, ale osiągnęli tylko tyle, że całkiem się zaklinowała. Kilku, z wężami pod pachą, spróbowało dojść do pożaru z drugiej strony, przez gruzy kompletnie zawalonego Hotelu Centralnego.

– Chociaż twarz mu trzeba przykryć. – Komisarz znów spojrzał na woźnego i przełknął głośno ślinę. Co jest?, pomyślał. Rozklejam się jak stara baba…

– Zrobię zdjęcie, to przykryję – burknął fotograf. – Wyjdź pan z kadru!

Zyga odetchnął głęboko, wyjął z kieszeni marynarki pogniecioną gazetę i podetknął ją pod obiektyw.

– No co? – Dziennikarz, nieco zaskoczony, odsunął aparat od oka.

– Bierz! – Komisarz wcisnął mu wczorajszy „Express”. – A spróbuj nie przykryć, to cię, sukinsynu, rodzona matka nie pozna. A jeśli pomylicie w gazecie jego nazwisko…

– Coś pan? I kim pan w ogóle jest?!

Zanim Maciejewski zdążył mu odpowiedzieć, ubiegł go Brożyński.

– Panie komisarzu!

Pozostawiając fotografa ze skwaszoną miną, Zyga wbiegł po stopniach ratusza.

– Szukałem pana, panie komendancie – zaczął.

– Już prawie nie jestem komendantem. Ewakuujemy się – przerwał mu Brożynski. – Chce pan jechać?

– Jak to? Gdzie jechać? – Maciejewski nie sądził, że jeszcze coś tego dnia może go zdziwić. A jednak!

– Na przedmoście rumuńskie, za nową linię obrony.

– Nową i ostatnią – mruknął komisarz pod nosem. – To jest rozkaz?

– Nie, to uprzejmość – skrzywił się Brożynski.

– Skoro to nie rozkaz, zostaję – zdecydował Zyga. – Niech pan weźmie komisarza Krafta. On ma żonę i dzieci.

– Właśnie o to chodzi, że ma żonę i dzieci! – Komendant niecierpliwie trzasnął się w udo złożonymi rękawiczkami. – Musiałbym mieć dla niego osobny wóz, a nie mam. Jest jedno miejsce, dlatego proponuję panu. Zresztą niech pan będzie rozsądny. Kraft jest ewangelik, ma niemieckie nazwisko i łatwiej niż pan wytrzyma te kilka miesięcy.

– Jakie kilka miesięcy? – zdziwił się Maciejewski.

– Zanim tu wrócimy. Z sojusznikami. To jak?

– Czy póki co pan inspektor jest jeszcze komendantem? – spytał Zyga przez zaciśnięte zęby.

Ależ miał ochotę demonstracyjnie stuknąć obcasami, tak cholernie służbowo, jak nie zdarzyło mu się od zakończenia kursu oficerskiego. Stuknąć i zameldować o ujęciu szpiega, poprosić o skontaktowanie z kontrwywiadem wojskowym. Jednak nawet takim facetom jak on przybywa rozsądku oraz instynktu samozachowawczego, kiedy dobiegają czterdziestki. Zacisnął tylko zęby, widząc, że Brożyński wciąż spogląda na Szeryńskiego, jakby spodziewał się podpowiedzi. Właśnie na Szeryńskiego, który od czterech lat pomagał temu idiocie Tomaszczykowi wyjść cało z każdej afery! Może było ziarno prawdy w plotkach, że łączyło ich coś więcej niż tylko wspólna nienawiść do żydokomuny…

– Panie komendancie, proszę o chwilę rozmowy w cztery oczy.

– Teraz? – Podinspektor znów niespokojnie zerknął w bok.

– To zajmie tylko chwilę.

Schodząc ze schodów, Maciejewski stwierdził z satysfakcją, że fotograf spełnił jego polecenie. Nawet przycisnął rogi gazety kawałkami cegieł.

– Słucham. – Brożyński stanął obok wraku osobowego fiata po przeciwnej stronie ulicy.

– Ujęliśmy szpiega.

– Jakiego znowu szpiega?- zdenerwował się komendant. – Pan ulega panice, Maciejewski!

– Wiem, co mówię. – Zyga przyciszył głos, choć krzyki strażaków powinny ich skutecznie zagłuszyć. – Proszę nie informować zwłaszcza inspektora Szeryńskiego. Ten szpieg to jego człowiek. To podkomisarz Tomaszczyk, panie komendancie.

– Cholera, jeszcze i to! – Brożyński zsunął czapkę z czoła. Do rosnących na nim kropli potu od razu przykleiły się drobinki sadzy i brudnoczerwony ceglany pył.

– Potrzebny mi kontakt z oficerem II Oddziału Sztabu – ciągnął Zyga. – Podobno jest w mieście premier Składkowski, więc może mógłbym…

Komendant skrzywił się, jakby właśnie rozbolały go wszystkie zęby.

– Premier wyjechał godzinę przed nalotem – powiedział. – Za to jedzie do nas pułkownik Kostek-Biernacki. Pański faworyt, jeśli się nie mylę.

– Pan komendant też nie lubi Pieśni o wodzu miłym? – spytał z przekąsem Zyga. Tym słynnym dokonaniem poetyckim udzielnego władcy Berezy Kartuskiej wciąż katowano dzieci w szkołach i dorosłych przez radio.

– Niech pan sobie nie wyciera gęby Piłsudskim! Pan dobrze wie, że na to jest ustawa – warknął podinspektor. – Kostek jeszcze nie dotarł do miasta, ale już zrobił tu burdel. Premier dał rozkaz ewakuacji, a ten chce przemienić Lublin w twierdzę – westchnął.

– Brzeską? – zarechotał Zyga. – Przepraszam, odmeldowuję się, panie komendancie.

*

„Corso” wciąż płonęło, ale kiedy Maciejewski przedzierał się przez tłum uchodźców w stronę komisariatu, przynajmniej można już było rozróżnić twarze. Systemem policyjnym, po kształcie nosa, kolorze oczu i innych znakach szczególnych, bo poeta, jak choćby Jerzy Trąbicz, którego teczkę Zyga właśnie spalił, zapewne napisałby coś o masie człowieczej i tysiącach oczu o jednakim wyrazie.

Za rogiem leżał przewrócony kiosk. Mijający go mężczyźni rzucali okiem do środka, ale już dawno został wyczyszczony z papierosów i pasty do butów Bata. Na chodniku walały się tylko gazety, a te mało kogo interesowały. Maciejewski podniósł jedną, był to „Głos Lubelski”, wczorajszy. Wygrzebał z kieszeni dziesięć groszy i wrzucił monetę do pustego kiosku. Wtedy zauważył przegapioną przez złodziei paczkę papierosów. Ostatnią i rozerwaną, z nieczytelną nalepką. Miał w kieszeni jeszcze złotówkę, ale płacić tyle forsy za uszkodzoną paczkę, którą kioskarz i tak już spisał na straty?… Ukradkiem wsadził ją do kieszeni. Wtedy jego uwagę zwrócił triumfalny krzyk dobiegający z kilkunastu gardeł od Kapucyńskiej, obok wciąż palącej się „Wiktorii”.

Tuż za rogiem w jezdni ział kilkumetrowy lej, w którym strażacy zatopili trzy węże. Dwie ręczne pompy i jedna spalinowa z sykiem wysysały wodę z rozerwanej bombą rury wodociągowej. Przy pożarze uwijało się kilkunastu mężczyzn w stalowych hełmach i czarnych od sadzy drelichach, ale ogień raz po raz wybuchał mocniejszym płomieniem. Kilku kolejnych wynosiło z ruin ciała i z rzadka żywych jeszcze ludzi.

To nie oni jednak krzyczeli, nie mieli zresztą powodów do radości. Wrzask dobiegał spod kolejnej kamienicy. Zyga musiał przejść obok leja, by dym odsłonił bank Goldera, również naruszony przez bomby, chociaż nieogarnięty pożarem. Szyld opadł, do połowy zasłaniając wejście, a przez pozbawione szyb okna przeciąg co chwilę wyrzucał bilety loteryjne, reklamowe ulotki, także banknoty.

– Żydek stawia! Żydek stawia! – darł się jakiś młody facet. Nie patrzył nawet, że na jeden podniesiony los lub banknot przypada pięć zwykłych śmieci, wszystko pakował do kieszeni i za koszulę. Inni byli bardziej wybredni. Kilku uliczników, podskakując, chwytało w locie pieniądze, a jakiś starszy człowiek rozgrzebywał laską papiery pod murem banku.

Zyga rozejrzał się za mundurowym policjantem, powinni już w końcu wyleźć z piwnicy i iść na miasto. Rzeczywiście zauważył jednego, ale ten zajęty był obszukiwaniem wynoszonych z hotelu ciał i spisywaniem danych z dokumentów. Mężczyźni mieli większe szanse na imienny napis na nagrobku dzięki noszeniu portfeli w kieszeniach. Kobiety i ich torebki, podczas wybuchu odrzucone wiele metrów od ciała… Róża!

Maciejewski podbiegł do strażaków przy motopompie.

– Jak na Szpitalnej? Pali się Szpitalna?

Jak wszystkie pielęgniarki, również jego kochanka od rana do późnej nocy była na dyżurze, ale jeśli jej wypieszczone mieszkanie, jej gramofon i radio też płonęły, trzeba będzie ją do tego przygotować. Przez ostatnie dwa lata Zyga mieszkał więcej u niej niż u siebie na Rurach i miał tam sporo swoich rzeczy, ale do żadnej z nich nie czuł szczególnego przywiązania. Pod tym względem był jak cholerny grecki filozof.

– Nie, jeszcze nie. – Strażak, niski facet z wąsem absurdalnie upodabniającym go do kanclerza Rzeszy, poprawił hełm. – Ale jak pan będziesz przeszkadzał, to ogień przeskoczy no i wiadomo.

Komisarz z ulgą zapalił papierosa, dziwnym trafem za pierwszym razem natrafiając na niespaloną zapałkę. I nagle zaniósł się kaszlem, czując smak perfumowanego, damskiego tytoniu.

– Jurek! Jurek Trąbicz! – zawołał ktoś tuż obok.

Maciejewski odwrócił się, słysząc znajome nazwisko. Kilka metrów dalej, oparty plecami o słup ogłoszeniowy, siedział nieznany mu młody mężczyzna, właściwie jeszcze chłopak. W ręce trzymał potłuczone okulary, na głowie miał prowizoryczny opatrunek.

Zyga spojrzał na swojego śmierdzącego papierosa. No tak, Trąbicz właśnie takie palił.

– Jurek! Jesteś tu?!

– Znam redaktora Trąbicza. – Maciejewski kucnął obok rannego. – Jest w mieście?

– Uciekliśmy z Warszawy. Byliśmy tu u fryzjera. – Facet wskazał zbombardowaną kamienicę za ruinami „Wiktorii”.

Komisarz znów pomyślał o Róży. I o swej nieboszczce ciotce. Obie miały chyba jakiś kontrakt z fryzjerami, bo nic, tylko „Byś się ostrzygł, byś się ogolił, Zygu…”. Maciejewski niekiedy ulegał, ale czego nie przepił i nie wydał na papierosy, wolał składać na książeczce PKO. Właśnie, trzeba będzie wypłacić, skoro banki odblokowały konta. Ha, kasa Goldera uczyniła to nawet bardzo spektakularnie!

– Jak do środka wpadła bomba, to wszyscy pod ściany, a on prosto na nią. Nie wiem, jakby chciał nas osłonić albo po prostu miał już dość… Pan dziennikarz? – Młody mężczyzna zmrużył krótkowzroczne oczy w dwie mikroskopijne szparki, ale chyba i tak nie był w stanie przyjrzeć się nieogolonej gębie Zygi.

– Nie, znajomy – pokręcił głową Maciejewski. – I co, bomba wybuchła?

– Nie wiem… Chyba tak, bo nas przysypało. Okulary… Sam pan widzi… – Ranny potrząsnął oprawkami, z których posypały się resztki soczewek. – A co mam myśleć? Kiedy poczułem tego papierosa, przez chwilę miałem nadzieję…

Nadzieję! Jeśli ta bomba wybuchła, z Trąbicza nic nie zostało. Ale jeśli wybuchła w zamkniętym pomieszczeniu, to jakim cudem ten żyje?

– Czyli nie widział pan jego śmierci? – upewnił się komisarz.

– Jak miałem widzieć, skoro okulary… Ale miał w kieszeni słownik niemiecki, podpisany. Wszystkie książki podpisywał, to łatwo będzie ustalić… Boże, jak to brzmi! – Facet westchnął głęboko. – A pan, skoro znajomy Jurka, może też poeta?

To już więcej niż ślepota, to musi być szok, uznał Zyga. Właściwie co mu szkodziło w tej sytuacji powiedzieć, kim jest. Ale zrobił to za niego posterunkowy Orczak, po kolejnej scysji z Prokopczukiem przeniesiony do I Komisariatu.

– Panie komisarzu… – odchrząknął.

Maciejewski podniósł głowę. Mundurowych przy hotelu było już trzech, udało im się nawet odsunąć gapiów na drugą stronę ulicy i zrobić porządek z wariatem od losów i ulotek.

– Panie komisarzu, rozkazał pan natychmiast meldować, jakby jakaś kobieta… Tam! – wskazał palcem rząd niezidentyfikowanych ciał wyniesionych przez strażaków z hotelu.

– A co może być podejrzanego w kobiecie zabitej bombą, posterunkowy? – burknął Zyga.

Ranny chłopak podniósł się nieco i zmrużył oczy jeszcze bardziej. A może je zamknął.

– Bo zgodnie z rozkazem wszystkie dokładnie oglądałem i ona nie ma… Jakby to powiedzieć… – zmieszał się posterunkowy. – Oglądałem dokładnie, ale tylko wedle rozkazu!

– No mówcie wreszcie! – Maciejewski wstał. Chciał wyrzucić pedalskiego papierosa, ale tknięty jakimś impulsem wcisnął go w palce rannemu. Ten zaciągnął się zachłannie.

– Ona nie żyje bez majtek, panie komisarzu – wyjaśnił czerwony jak burak Orczak.

*

Róża Marczyńska nienawidziła szpitala Dzieciątka Jezus z jego ciasnymi korytarzami, ciągnącą się latami przebudową i ponurym labiryntem piwnic. Te niekiedy prześladowały ją w snach, zawsze tak samo: schodziła tam po coś jako pielęgniarka, by w pewnej chwili ze zdziwieniem odkryć, że jest chorą dziewczynką, która zawędrowała tu nie wiedzieć po co i nie potrafi znaleźć wyjścia. Niekiedy spotykała inne dzieci lub widziała ich nagie trupy w kostnicy. Budziła się z drżeniem.

Na jawie najbardziej nienawidziła szpitala latem, gdy zamiast przypadków kokluszu, zapalenia płuc, grypy pojawiały się ofiary żniw: niedawno śliczne dziewczynki, które zapracowane matki pozostawiły same w kuchni z garem gotującej się zupy, chłopcy bez palców, bez dłoni, nawet całych rąk, bo zbyt zaciekawiła ich sieczkarnia czy choćby zwykła kosa…

Od tygodnia wszystkie dzieci, oprócz zakaźnych, miały tylko jedną salę, a pozostałe kazano opróżnić dla rannych. Szpital na kilka godzin opustoszał, jakby prawie wszyscy mali pacjenci nagle pomarli. Ale już wieczorem 2 września przywieziono pierwsze ofiary bombardowań i u Dzieciątka Jezus nieraz na jednej sali leżały kobiety i mężczyźni, żydzi i chrześcijanie, co jeszcze dwa tygodnie wcześniej byłoby nie do pomyślenia.

Marczyńska siedziała przy oknie w gabinecie zabiegowym i co chwila nerwowo spoglądała na zegarek. Szary dym, który zasnuł ulicę zaraz po dziewiątej rano, teraz był już rzadszy. Zerknęła na pracujący autoklaw i drgającą lekko wskazówkę manometru. Idiotyczny wyścig: czy najpierw przywiozą kolejnych rannych, czy aparat skończy pracę! Sama nie zauważyła, kiedy do oczu napłynęły jej łzy.

Dlaczego tak miękła? Może, choć nie chciała o tym myśleć, sama coraz bardziej pragnęła dziecka, więc gdy patrzyła na te wszystkie nieszczęścia… A może tak właśnie już zawsze będzie wyglądać życie bez morfiny? Osiem lat, a pięć, odkąd uznano ją za wyleczoną z nałogu. Potem kolejne dwa szukania pracy choćby w przyfabrycznym ambulatorium. Zyga bardzo jej pomógł i wciąż miała wrażenie, że stoi nad nią jak kat nad grzeszną duszą. O, zupełnie jak kat Maciejewski z płyty Faliszewskiego! Zygę szlag trafiał, kiedy słyszał tę piosenkę. A ona przeżywała męczarnie, gdy wbijała igłę w skórę pacjenta, choćby strzykawka zawierała tylko środek wzmacniający…

Kiedy usłyszała bliskie eksplozje, gdzieś przy Krakowskim Przedmieściu, też myślała o szprycy. Wyobrażała sobie, że kolejna bomba rozrywa bruk za oknem, podmuch wpycha do środka szybę, a odłamki szkła wbijają się w plecy oddziałowej. Róża sprawdza jej puls, po czym zabiera z kieszeni klucz, ten klucz! Nawet nie myślała o zastrzyku, tylko o dziesiątkach ampułek, które upycha po kieszeniach.

– Siostro Różo! – W drzwiach dyżurki stanął bosy malec. Spod bandaży pokrywających głowę wystawał mu rudy loczek. – Ja się tego boję!

A ja to niby nie?! Miała ochotę krzyczeć, wykrzyczeć to wszystko, co właściwie powinien usłyszeć Zyga, który jak zwykle był na służbie, gdy najbardziej go potrzebowała. Jednak nie powiedziała nic, tylko przytuliła dziecko i zaniosła je na salę chorych.

– Siostro Różo, a dlaczego siostra tak drży? – zapytał naraz, już w korytarzu, z dala od okien, ulicy, jakby dalej też od wybuchów.

Bo trzymasz mnie za cycek, smarkaczu!

– Bo też się boję – szepnęła do bandaża i pocałowała chłopca. – Ale to głupie, nie trzeba. Widziałam na ulicy duuużo żołnierzy. Przyjdą i nas obronią. Nie będziemy się bać, dobrze?

Jakoś uspokoiła to dziecko, potem kolejne. Co jej strzeliło do głowy, żeby mówić o żołnierzach?! Zamiast zmieniać opatrunki, teraz musiała opędzać się przed chłopcami, wymyślać im naprędce różne głupoty o ułanach, pilotach, czołgach i innym żelastwie. Kiedyś mogła spokojnie patrzeć, jak Zyga zdejmował marynarkę, odpinał kaburę i kładł rewolwer obok łóżka. Teraz sama myśl o broni ją przerażała, dlatego nie miała dłużej siły opowiadać dzieciom o potędze polskiej armii. Uciekła przypilnować autoklawu, chociaż nic by się nie stało, jakby popracował kwadrans dłużej.

W końcu syreny obwieściły koniec alarmu lotniczego, jednak Róża nie poczuła się lepiej. Dzieci zostały pod opieką harcerek ze służby pomocniczej, a ona zeszła do sali przyjęć. Teraz była pusta, za chwilę wypełni się płaczem, krwią, rączkami i nóżkami wiszącymi na strzępie mięśnia. Albo na rękawie; rękawy czasem okazują się solidniejsze niż ludzkie ciało.

Ale nie, karetki, taksówki i dorożki skręcały do szpitala św. Wincentego po przeciwnej stronie ulicy. Mają wolne łóżka! Daj Boże, żeby mieli jak najwięcej łóżek. I niech bomby, jeśli muszą, zabijają dorosłych…

– Siostra Marczyńska! – oderwał ją od okna piskliwy głos. W drzwiach stała dziewczyna w białym fartuchu narzuconym na szary harcerski mundur. – Pani jest siostra Marczyńska? – Dwa warkocze myszowatego koloru podskoczyły idiotycznie. – Jakiś pan pani szuka. Przyprowadził rannego.

– Od tego trzeba było zacząć! – Brzuchaty, brodaty doktor Gilanowicz, co roku udający Świętego Mikołaja, zerwał się pierwszy i wypadł na korytarz.

Cuda się skończyły! Miała tylko nadzieję, że skoro ktoś przyprowadził, a nie przyniósł rannego, to nie jest tak źle.

– Gdzie jest pacjent? – usłyszała tubalny głos lekarza.

– A nie widzi pan doktor?

To burknięcie rozpoznała, zanim jeszcze znalazła się na korytarzu.

– Zyga?! – Podbiegła.

Dzięki Bogu, poobijany, brudny, ale cały i zdrowy! Musiała oprzeć się o ścianę, bo z ulgi zmiękły jej kolana. Stał przy wejściu, patrząc z góry na Gilanowicza. Na krześle w poczekalni siedział szary od pyłu mężczyzna z byle jak opatrzoną ręką.

– Niegroźne draśnięcie – ocenił Gilanowicz, kręcąc głową. – Ale kto panu założył ten, pożal się Boże, opatrunek?

– Ja – wzruszył ramionami Maciejewski.

– Aaa, to zwracam honor! – Doktor parsknął śmiechem. – Jak na policjanta pierwszorzędna robota. Siostro, proszę iść z panami do ambulatorium. – Zakasując fartuch, wsadził obie ręce do kieszeni spodni. – Widzi pan, komisarzu, ile mam tu panienek do niańczenia? – Wskazał głową kolejną harcerkę, która sprawdzała napisy na wszystkich mijanych drzwiach. – Zgubiła się druhna? Jakie nieszczęście! – Złapał dziewczynę za łokieć i pociągnął za sobą.

– Nie martw się, nasza kamienica cała. – Zyga odprowadził wzrokiem doktora. – Musisz mi pomóc. – Chwycił Różę za ramiona i obrócił ku sobie.

– Nie przeszkadzaj. Jak się pan nazywa? Może pan poruszyć palcami? – Niemal odepchnęła Maciejewskiego i kucnęła przy rannym. Znowu miała siłę, znowu czuła się pielęgniarką.

Jednak mężczyzna z zakrwawioną ręką, zamiast odpowiedzieć, spojrzał niepewnie na komisarza.

– Jest jeszcze jedna sprawa – powiedział cicho Maciejewski. – Chodź na zewnątrz. Pomoże pan, panie Rościk?

– Tyleśmy ją targali, to parę minut nie zrobi różnicy – odparł tamten chrapliwie. Musiał mieć więcej pyłu w płucach niż na włosach.

*

- Coś strasznego, proszę pani – sapał Rościk, pchając zdrową prawą ręką skrzypiący wózek. – W 1920 walczyłem pod Zamościem, to też było piekło. A tu straż przyjechała bez beczkowozu. Wrzeszczą na mnie, rannego, że skoro jestem portierem, to muszę wiedzieć, gdzie hydrant. Proszę pani, ja pracuję w „Wiktorii” od małego, ale gdzie szukać hydrantu w kupie gruzów? Jakby te skur…, przepraszam panią. Jakby kolejna bomba nie walnęła w węzeł wodociągowy, to nawet nie byłoby czym gasić.

– Tutaj – wskazała Róża i wykręcili wózkiem w prawo, za załom wąskiego piwnicznego korytarza. Zamigotała żarówka, zupełnie jak w snach. Nie, wydawało się jej! To tylko zadrżała powieka. – O co właściwie chodzi?

Rościk syknął głośno, na chwilę puszczając uchwyt. Wózek przejechał ponad metr i uderzył w ścianę. Przykryte prześcieradłem ciało poruszyło się nieznacznie.

– Boli pana? – Róża delikatnie wyprostowała jego zranioną rękę.

– Podobno przeżyję – wzruszył ramionami. – Ale względem tego, o co chodzi… Nie wiem, czy mogę. Komisarz! – szepnął, wskazując ruchem głowy wyjście.

No tak, jakżeby inaczej! Zostawił ją z rannym i trupem, a sam zniknął, bo musiał załatwić jakąś swoją pilną policyjną sprawę!

– Tyle pani powiem, że i on dobry. – Rościk sapnął. – Fakt, dzięki niemu będę szybciej opatrzony niż ci, co normalnie pojechali na pogotowie. No ale zaczęło się nieźle! Krzyczy: „Gdzie książka meldunkowa?!”. Ja, że skąd mam wiedzieć w takim, za przeproszeniem pani, burdelu. „A to pan nie wiesz, że książkę meldunkową należy chronić przed zniszczeniem? Tak stanowią przepisy”. Koniec końców żeśmy się jednak dogadali.

– Pytam o tę zabitą. – Róża wepchnęła wreszcie wózek do kostnicy. Na razie leżało tam tylko jedno ciało, pięcioletnia Miriam. Rodzice wyciągnęli ją ze stawu po pięciu minutach. Żyła jeszcze. Całe trzy dni.

– O tym właśnie chyba nie mogę pani mówić. To jakaś kryminalna sprawa. Tylko jak ja mam sobie przypomnieć, kiedy przyjechała, z kim i tak dalej? Wszystkie numery zajęte jak nigdy, i to sami lepsi goście, z Warszawy! – dodał.

– No to chodźmy, zajmę się pańską raną. – Róża czuła już pod palcami zimny ebonit kontaktu, ale musiała się zmusić, żeby wyłączyć światło. To, że nie była sama, trochę jednak pomagało.

Wrócili na parter. Musiała pilnować, czy ktoś ich nie przyłapie, ale nikogo nie spotkali. A może szkoda! Najpierw aż serce jej podskoczyło, że z Zygą wszystko w porządku, a teraz była na niego wściekła. Nie przyszedł zobaczyć, czy i jej nic nie jest. O nie, przyszedł z interesem!

– Zabiorę pana do ambulatorium. – Ostrożnie wzięła rannego pod łokieć. – Tu, te drzwi – wskazała.

Maciejewski, który zniecierpliwiony i zirytowany kręcił się po korytarzu, wszedł za nimi.

– Wiesz, gdzie znajdę doktora Krępiela? – zapytał, znowu nie dając jej zająć się rannym. – Byłem właśnie naprzeciwko, u św. Wincentego. Podobno jest w Lublinie, ale zmobilizowany.

– W szpitalu wojskowym – rzuciła, biorąc do ręki nożyczki. – Rozetnę panu rękaw.

– Później! – Komisarz przystawił jej telefon i wcisnął słuchawkę do ręki. – Wywołaj go. To bardzo ważne, Różo.

– Poczekam. – Rościk ułożył się wygodnie na leżance. – Pięć minut wte czy wewte…

Uzyskanie połączenia, a potem przywołanie do aparatu doktora Krępiela trwało jednak prawie kwadrans. Kiedy miała go w końcu na linii, Zyga niemal wyrwał jej słuchawkę.

– Doktorze, komisarz Maciejewski mówi. Mam zabitą. Co?!… Zamordowana kobieta, hotel „Wiktoria”… Nie, nie zginęła od bomby, to sprawa kryminalna. Podobne ślady wydzieliny jak u Anieli Biernackiej przed rokiem… Jak to pan nie pamięta?! No i co z tego, że dużo rannych?! Jest pan lekarzem sądowym, do chole… Rozłączył się, drań. – Spojrzał na Różę z takim zdziwieniem, jak rozpieszczony jedynak, któremu inne dziecko nagle zabrało zabawkę.

Spokojnie wyjęła mu słuchawkę z dłoni i odłożyła na widełki.

– Czy teraz już mogę być tylko pielęgniarką? – spytała jadowicie.

Nie odpowiedział, więc przeszła pod okno, do szafki z materiałami opatrunkowymi.

– Pan to mówił przy tej pielęgniarce? – szepnął niespokojnie portier Rościk.

– Ta pielęgniarka to… moja żona – burknął Zyga.