Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A jak alibi - Sue Grafton

Nikki Fife wychodzi z więzienia po odbyciu kary za zamordowanie niewiernego męża. Laurence Fife, wzięty prawnik specjalizujący się w rozwodach, był znany z łóżkowych podbojów, którymi narażał się zdradzanej żonie, zmienianym jak rękawiczki kochankom i ich oszukiwanym mężom. Nikki, niewinnie osądzona, zatrudnia niezależną, młodą i skuteczną detektyw Kinsey Millhone, zlecając jej odszukanie prawdziwego mordercy męża. W trakcie śledztwa Kinsey trafia na kilka nowych, tajemniczych wątków, wplątuje się w płomienny romans ze wspólnikiem zamordowanego i uruchamia lawinę zdarzeń, która pochłania kolejne ofiary, próbując pogrzebać prawdę i dociekliwą panią detektyw.

Czyta się jednym tchem. Oryginalne poczucie humoru i niestandardowe poczucie sprawiedliwości.

San Francisco Chronicle

Odnosimy wrażenie, że ją dobrze znamy. Kinsey Millhone to twardy orzech z miękkim środkiem; to lubiący towarzystwo samotnik.

Newsweek

Przeczytaj jeden z cyklu alfabetycznych kryminałów Sue Grafton, a nie spoczniesz, dopóki nie poznasz wszystkich pozostałych.

Los Angeles Herald Examiner

Boże, ależ ta Kinsey Millhone przypadła mi do gustu! Od lat nie natknąłem się w powieści na lepszego detektywa.

The New York Times Book Review

Opinie o ebooku A jak alibi - Sue Grafton

Fragment ebooka A jak alibi - Sue Grafton

Sue Gra­fton

a jak ali­bi

z an­giel­skie­go przełożyła Ga­brie­la Iwa­syk

Warszawa 2013

Tytuł ory­gi­nału:

”A” is for ali­bi

Co­py­ri­ght © 1982 by Sue Gra­fton

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Buch­mann Sp. z o.o., War­sza­wa 2012

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ga­brie­la Iwa­syk

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Re­dak­cja: Ita Tu­ro­wicz

Ko­rek­ta: Bo­gu­miła Jędra­sik, Pau­li­na Mar­te­la

Skład: TYPO 2

ISBN 978-83-7881-297-5

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Mo­je­mu ojcu,

Chi­po­wi Gra­fto­no­wi,

dzięki któremu podążam tą drogą

1

Na­zy­wam się Kin­sey Mil­l­ho­ne. Je­stem pry­wat­nym de­tek­ty­wem z li­cencją wy­daną przez stan Ka­li­for­nia. Mam trzy­dzieści dwa lata, dwa roz­wo­dy na kon­cie, dzie­ci – brak. Dwa dni temu kogoś zabiłam i nie jest mi z tym lek­ko. Należę do ra­czej miłych osób i nie bra­ku­je mi przy­ja­ciół. Miesz­kan­ko mam małe, ale lubię cia­snotę. Przez większość życia do­mem były mi przy­cze­py miesz­kal­ne, ostat­nio jed­nak stały się zbyt wy­szu­ka­ne jak na mój gust, więc prze­niosłam się do miesz­ka­nia z jed­nym po­ko­jem, ty­po­wej ka­wa­ler­ki. Nie mam zwierząt. Nie mam roślin do­nicz­ko­wych. Wie­le cza­su spędzam w dro­dze, a nie chciałabym, żeby zo­sta­wały w domu same. Jeśli nie li­czyć ry­zy­ka wpi­sa­ne­go w upra­wia­nie mo­je­go za­wo­du, można po­wie­dzieć, że wiodę zwy­czaj­ne, po­zba­wio­ne przygód, uczci­we życie. Dla­te­go dziw­nie się czuję z tym za­bi­ciem kogoś, jesz­cze nie przeszłam nad tym do porządku dzien­ne­go. Złożyłam już ra­port na po­li­cji, za­pa­ra­fo­wałam w nim każdą stronę, a na ostat­niej złożyłam pod­pis. Po­dob­ny ra­port sporządziłam na po­trze­by swo­je­go biu­ra. Oba do­ku­men­ty na­pi­sa­ne są neu­tral­nym języ­kiem, z użyciem for­mal­nej ter­mi­no­lo­gii i żaden z nich na­wet w przy­bliżeniu nie od­da­je tego, co się na­prawdę wy­da­rzyło.

Trzy ty­go­dnie temu Nik­ki Fife od­wie­dziła moje biu­ro. Zaj­muję mały kącik w wiel­kim biu­rowcu mieszczącym to­wa­rzy­stwo ubez­pie­cze­nio­we Ca­li­for­nia Fi­de­li­ty, dla którego kie­dyś pra­co­wałam. Te­raz nasz związek jest ra­czej luźny. Pro­wadzę dla nich pewną liczbę spraw, a oni w za­mian za­pew­niają mi dwa po­miesz­cze­nia z od­dziel­nym wejściem oraz bal­ko­nem, z którego roz­ta­cza się wi­dok na główną ulicę San­ta Te­re­sa. Ko­rzy­stam z ser­wi­su te­le­fo­nicz­ne­go – gdy mnie nie ma, połącze­nia kie­ro­wa­ne są na cen­tralę, od­bie­ra te­le­fo­nist­ka. Sama pro­wadzę swoją księgowość. Nie za­ra­biam wie­le, ale wiążę ko­niec z końcem.

Większość po­ran­ka spędziłam poza biu­rem, wstąpiłam tu tyl­ko po apa­rat fo­to­gra­ficz­ny. Nik­ki Fife stała w ko­ry­ta­rzu przed mo­imi drzwia­mi. Nie znałyśmy się oso­biście, ale osiem lat wcześniej byłam na jej pro­ce­sie. Zo­stała ska­za­na za za­bi­cie męża, Lau­ren­ce’a, zna­ne­go w mieście praw­ni­ka od spraw roz­wo­do­wych. Nik­ki miała wte­dy ja­kieś dwa­dzieścia sie­dem lat, ja­sne jak len włosy, ciem­ne oczy i nie­ska­zi­telną cerę. Jej szczupła twarz nie­co się od tam­te­go cza­su za­okrągliła, praw­do­po­dob­nie wsku­tek spożywa­nia bo­ga­te­go w skro­bię więzien­ne­go je­dze­nia, jed­nak nadal wyglądała tak ete­rycz­nie, że oskarżenie jej o mor­der­stwo wy­da­wało się ab­sur­dal­ne. Jej włosy wróciły do na­tu­ral­ne­go ko­lo­ru, brązu tak ja­snego, iż robiły wrażenie nie­mal po­zba­wio­nych ko­lo­ru. Miała ja­kieś trzy­dzieści pięć, może trzy­dzieści sześć lat, ale czas spędzo­ny w ka­li­for­nij­skim zakładzie kar­nym dla ko­biet nie zo­sta­wił na jej twa­rzy wi­docz­nych śladów.

Bez słowa otwo­rzyłam drzwi i puściłam ją przo­dem.

– Wie pani, kim je­stem – zaczęła.

– Kil­ka razy pra­co­wałam dla pani męża.

Przyj­rzała mi się uważnie:

– Jak bli­ska to była współpra­ca?

Wie­działam, o co jej cho­dzi.

– Byłam też w sądzie na pani roz­pra­wie – dodałam. – Ale jeśli pani pyta, czy na­sza re­la­cja miała cha­rak­ter oso­bi­sty, to od­po­wiedź brzmi: nie. Nie był w moim ty­pie. Bez ura­zy. Na­pi­je się pani kawy?

Kiwnęła głową; za­uważyłam, że się trochę roz­luźniła. Z dol­nej części szaf­ki na do­ku­men­ty wyciągnęłam ma­szynkę do kawy i napełniłam ją wodą mi­ne­ralną Spar­kletts, którą trzy­małam w pla­sti­ko­wej bu­tel­ce za drzwia­mi. Po­do­bało mi się, że Nik­ki nie pro­te­stu­je, iż robię so­bie za dużo kłopo­tu. Włożyłam pa­pie­ro­wy filtr, na­sy­pałam mie­lo­nej kawy i podłączyłam urządze­nie do prądu. Bul­go­ta­nie parzącej się kawy miało w so­bie coś kojącego, przy­po­mi­nało odgłos wy­da­wa­ny przez pompę w akwa­rium.

Nik­ki sie­działa bar­dzo spo­koj­nie, zupełnie jak­by swo­je emo­cjo­nal­ne bie­gi wrzu­ciła na luz. Nie miała ner­wo­wych od­ruchów, nie paliła ani nie nakręcała na pa­lec pa­sma włosów. Usiadłam na fo­te­lu ob­ro­to­wym.

– Kie­dy wyszła pani z więzie­nia?

– Ty­dzień temu.

– I jak się pani czu­je na wol­ności?

Wzru­szyła ra­mio­na­mi:

– Chy­ba nie naj­go­rzej. Ale za kra­ta­mi też dawałam so­bie radę. Le­piej, niż pani przy­pusz­cza.

Sięgnęłam w pra­wo do nie­wiel­kiej lodówki i wyjęłam z niej mały kar­ton mle­ka. Czy­ste kub­ki trzy­mam do góry dnem, więc gdy kawa była go­to­wa, odwróciłam dwa z nich i napełniłam. Nik­ki wzięła swój, mam­rocząc po­dzięko­wa­nie.

– Domyślam się, że pew­nie nie­je­den raz to pani słyszała – mówiła da­lej – ale nie zabiłam Lau­ren­ce’a. Chcę się do­wie­dzieć, kto to zro­bił.

– Dla­cze­go do­pie­ro te­raz? Mogła pani wszcząć śledz­two z więzie­nia, może oszczędziłaby pani so­bie kawałek życia?

Uśmiechnęła się bla­do.

– Od lat po­wta­rzam, że je­stem nie­win­na. Ale kto by mi uwie­rzył? W mo­men­cie gdy zo­stałam oskarżona, stra­ciłam wia­ry­god­ność. Te­raz za­mie­rzam ją od­zy­skać. I chcę się do­wie­dzieć, kto mnie wro­bił.

Jej oczy wy­da­wały mi się ciem­ne, ale te­raz do­strzegłam, że są sza­re z me­ta­licz­nym połyskiem. Robiła wrażenie zga­szo­nej, jak­by jej wewnętrzne świa­tełko przy­gasło i było bli­skie wy­pa­le­nia się. Ko­bie­ta, której nie zo­stało w życiu wie­le na­dziei. Jeśli o mnie cho­dzi, to nig­dy nie wie­rzyłam, że jest win­na, te­raz jed­nak nie wiem, skąd czer­pałam tę pew­ność. Wy­da­wała się osobą po­zba­wioną namiętności, nie po­tra­fiłam so­bie wy­obra­zić, żeby coś wzbu­dziło w niej emo­cje tak sil­ne, by pchnąć ją do mor­der­stwa.

– Opo­wie mi pani, co się na­prawdę stało?

Upiła łyk kawy i od­sta­wiła ku­bek na brzeg biur­ka.

– Byłam żoną Lau­ren­ce’a przez czte­ry lata, na­wet trochę dłużej. Zaczął mnie zdra­dzać po pierw­szych sześciu mie­siącach. Nie wiem, cze­mu było to dla mnie ta­kim szo­kiem. W końcu w po­dob­ny sposób zo­sta­liśmy parą… zdra­dzał ze mną swoją pierwszą żonę. W każdym ra­zie nig­dy się nie spo­dzie­wałam, że znajdę się na jej miej­scu, a kie­dy się zna­lazłam, wca­le mi się to nie po­do­bało.

– Zda­niem pro­ku­ra­to­ra, właśnie dla­te­go pani go zabiła.

– Proszę posłuchać, mu­sie­li kogoś ska­zać. Padło na mnie – po­wie­działa, po raz pierw­szy z pew­nym ożywie­niem. – Ostat­nie osiem lat spędziłam w to­wa­rzy­stwie różnego ro­dza­ju mor­der­czyń i, może mi pani wie­rzyć, obojętność nig­dy nie jest mo­ty­wem. Za­bi­ja się z nie­na­wiści albo w gnie­wie, albo żeby wyrównać ra­chun­ki, ale nie za­bi­ja się kogoś, wo­bec kogo jest się ab­so­lut­nie obojętnym. Już jakiś czas wcześniej, za­nim Lau­ren­ce zginął, miałam go gdzieś. Od­ko­chałam się, gdy tyl­ko od­kryłam, że za­da­je się z in­ny­mi. Chwilę mi zajęło, za­nim wy­rzu­ciłam z sie­bie to wszyst­ko…

– Dla­te­go pro­wa­dziła pani dzien­nik?

– Owszem, na początku go śle­dziłam. Opi­sy­wałam ze szczegółami każdą zdradę. Podsłuchi­wałam jego roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne. Bie­gałam za nim po mieście. Po­tem zaczął być ostrożny, a ja po­wo­li tra­ciłam za­in­te­re­so­wa­nie. Po pro­stu prze­stało mnie to ob­cho­dzić.

Za­ru­mie­niła się. Po­sta­no­wiłam dać jej chwilę, żeby ochłonęła.

– Wiem, wszy­scy myśleli, że zabiłam go z za­zdrości albo z ze­msty, ale on już wte­dy na­prawdę nic dla mnie nie zna­czył. Nim jesz­cze umarł, po pro­stu chciałam zacząć żyć po swo­je­mu. Za­pi­sać się na stu­dia, zająć się swo­imi spra­wa­mi. On po­szedł swoją drogą, a ja – swoją… – mówiła co­raz ci­szej, aż wresz­cie jej głos zupełnie rozpłynął się w ci­szy.

– Jak pani sądzi, kto go zabił?

– Na pew­no wie­le osób miało na to ochotę. Która z nich to zro­biła, to inna spra­wa. Pro­blem w tym, że mam pew­ne po­dej­rze­nia, ale żad­nych do­wodów. I dla­te­go tu je­stem.

– Dla­cze­go przyszła z tym pani aku­rat do mnie?

Zno­wu się lek­ko za­ru­mie­niła.

– Od­wie­dziłam dwie duże agen­cje de­tek­ty­wi­stycz­ne w mieście, ale nie były za­in­te­re­so­wa­ne. Na­tknęłam się na pani na­zwi­sko w sta­rym wi­zy­tow­ni­ku Lau­ren­ce’a. Pomyślałam, że byłaby w tym pew­na iro­nia, gdy­bym za­trud­niła kogoś, kogo on kie­dyś za­trud­niał. Pytałam o panią Cona Do­la­na z wy­działu zabójstw.

Zmarsz­czyłam brwi:

– To było jego śledz­two, praw­da?

Nik­ki skinęła głową:

– Tak. Po­wie­dział, że ma pani dobrą pamięć. A ja wolę nie wyjaśniać wszyst­kie­go od początku.

– A Do­lan? Czy wie­rzy w pani nie­win­ność?

– Nie sądzę. W końcu od­sie­działam swo­je, więc co go to ob­cho­dzi?

Przez chwilę uważnie się jej przyglądałam. Mówiła pro­sto z mo­stu i sen­sow­nie. Lau­ren­ce Fife był trud­nym człowie­kiem. Szcze­rze mówiąc, wca­le za nim nie prze­pa­dałam. Nie wi­działam po­wo­du, dla­cze­go – jeśli była win­na – miałaby to wszyst­ko od nowa roz­grze­by­wać. Jej ge­hen­na do­biegła końca, a tak zwa­ny dług wo­bec społeczeństwa zo­stał spłaco­ny, tyle że mu­siała jesz­cze do­trzy­mać wa­runków przed­ter­mi­no­we­go zwol­nie­nia.

– Muszę się za­sta­no­wić – po­wie­działam. – Jesz­cze dzi­siaj dam od­po­wiedź, czy biorę tę sprawę.

– Będę wdzięczna. Cena nie gra roli. Mam pie­niądze.

– Nie chcę za­ra­biać na bez­sen­sow­nym roz­grze­by­wa­niu sta­rych spraw, pani Fife. Na­wet jeżeli od­kry­je­my, kto to zro­bił, mu­si­my mieć do­wo­dy, a po tylu la­tach może z tym być ciężko. Muszę przej­rzeć akta i zo­ba­czyć, jak to wygląda.

Sięgnęła do swo­jej wiel­kiej skórza­nej tor­by i wyjęła z niej żółtawą teczkę na do­ku­men­ty.

– Przy­niosłam wy­cin­ki z ga­zet. Jeżeli pani chce, mogę je zo­sta­wić. A to nu­mer, pod którym można mnie za­stać.

Podałyśmy so­bie ręce. Jej dłoń była chłodna i smukła, ale uścisk miała sil­ny.

– Proszę mówić do mnie Nik­ki.

– Za­dzwo­nię – po­wie­działam.

Miałam w pla­nach sfo­to­gra­fo­wać dziurę w chod­ni­ku w spra­wie pew­ne­go rosz­cze­nia ubez­pie­cze­nio­we­go, więc wyszłam z biu­ra niedługo po Nik­ki i wkrótce mknęłam swo­im volks­wa­ge­nem po au­to­stra­dzie. Lubię mieć w sa­mo­cho­dach dużo rze­czy. Ten był wypełnio­ny do­ku­men­ta­mi i książkami praw­ni­czy­mi, znaj­do­wała się tam również aktówka, w której trzy­mam mały au­to­ma­tycz­ny pi­sto­let, kar­to­no­we pudła i po­jem­nik ole­ju sil­ni­ko­we­go otrzy­ma­ny od klien­ta. Dał się oszu­kać dwóm naciąga­czom, którzy „po­zwo­li­li” mu za­in­we­sto­wać dwa pa­ty­ki w swoją spółkę naf­tową. Olej był, owszem, praw­dzi­wy, tyle że nie ich – zwykłe piętna­sto­ki­lo­we po­jem­niki Se­ar­sa z na­kle­jo­ny­mi no­wy­mi ety­kie­ta­mi. Wy­tro­pie­nie cwa­niaczków zajęło mi półtora dnia. Oprócz tego ba­dzie­wia mam w au­cie również ne­se­ser spa­ko­wa­ny, na wy­pa­dek gdy­bym – w wy­ni­ku Bóg ra­czy wie­dzieć ja­kie­go nagłego wy­da­rze­nia – na­gle była zmu­szo­na spędzić noc poza do­mem. Nie wzięłabym zle­ce­nia od klien­ta, który by wy­ma­gał, abym pra­co­wała tak szyb­ko. Jed­nak świa­do­mość, że za­wsze mam pod ręką nocną ko­szulę, szczotkę do zębów i bie­liznę na zmianę daje mi ja­kieś po­czu­cie bez­pie­czeństwa. Mam swo­je małe dzi­wac­twa, jak każdy. Mój volks­wa­gen to rocz­nik 1968, je­den z tych beżowych mo­de­li z licz­ny­mi wgnie­ce­nia­mi na ma­sce. Przy­dałoby mu się pod­ra­so­wać sil­nik, ale nig­dy nie mam na to cza­su.

W cza­sie jaz­dy roz­myślałam o Nik­ki. Żółtawa tecz­ka z wy­cin­ka­mi leżała na fo­te­lu pasażera, ale tak na­prawdę nie mu­siałam jej otwie­rać. Lau­ren­ce Fife prze­pro­wa­dził wie­le roz­wodów i cie­szył się opi­nią praw­dzi­wej żyle­ty na sali sądo­wej. Był zim­ny, me­to­dycz­ny i po­zba­wio­ny skru­pułów, nie wahał się wy­ko­rzy­stać żad­nej oka­zji, jaka mu się nada­rzyła. W Ka­li­for­nii, tak jak w wie­lu in­nych sta­nach, je­dyną pod­stawą do roz­wodu są różnice cha­rak­te­ru nie do po­go­dze­nia albo nie­ule­czal­na cho­ro­ba umysłowa. Wpro­wa­dze­nie tego pa­ra­gra­fu sku­tecz­nie wy­eli­mi­no­wało wy­wle­ka­nie sfin­go­wa­nych do­wodów na zdradę, które w za­mierzchłych cza­sach były pod­stawowym narzędziem pra­cy ad­wo­katów spe­cja­li­zujących się w roz­wodach i pry­wat­nych de­tek­tywów. Oczy­wiście po­zo­sta­je jesz­cze kwe­stia po­działu majątku i praw ro­dzi­ciel­skich – dwie fun­da­men­tal­ne spra­wy, pie­niądze i dzie­ci – a Lau­ren­ce Fife po­tra­fił tu zdziałać cuda. Jego klien­ta­mi były głównie ko­bie­ty. Poza salą sądową cie­szył się re­pu­tacją twar­dzie­la in­ne­go ro­dza­ju. Wieść gmin­na niosła, że w ciężkim okre­sie pomiędzy orze­cze­niem tym­cza­so­wym a wy­ro­kiem osta­tecz­nym pocie­szył nie­jedną klientkę.

Uważałam go za człowie­ka prze­biegłego, pra­wie całko­wi­cie po­zba­wio­ne­go po­czu­cia hu­mo­ru, ale so­lid­ne­go; za człowie­ka, z którym łatwo się pra­cu­je, bo ma kon­kret­ne ocze­ki­wa­nia i płaci z góry. Jed­nak nie było ta­jem­nicą, że wie­lu lu­dzi go nie­na­wi­dziło: mężczyźni za pie­niądze, które im od­bie­rał, a ko­bie­ty z ra­cji za­ufa­nia, którego nadużywał. W chwi­li śmier­ci miał trzy­dzieści dzie­więć lat. To, że Nik­ki zo­stała oskarżona, po­sta­wio­na przed sądem, a następnie uzna­na za winną, nie było ni­czym więcej jak wy­ni­kiem splo­tu fa­tal­nych zbiegów oko­licz­ności. Jeśli nie li­czyć mor­derstw do­ko­na­nych przez ma­nia­kal­nych zabójców, po­li­cjan­ci zwy­kle przy­pusz­czają, że sprawcą jest ktoś, kogo ofia­ra znała i ko­chała. I często mają rację. Trochę to prze­rażające, jeśli właśnie sia­dasz do ko­la­cji ze swoją pięcio­oso­bową ro­dziną. Piątka po­ten­cjal­nych mor­derców wy­mie­niających się półmi­ska­mi.

Z tego, co pamiętałam, Lau­ren­ce Fife spędził swój ostat­ni wieczór, po­pi­jając drin­ki ze wspólni­kiem z kan­ce­la­rii, Char­liem Scor­so­nim. Nik­ki była na spo­tka­niu Klu­bu Ko­biet. Do­tarła do domu przed Lau­ren­ce’em, który przy­je­chał około północy. Re­gu­lar­nie zażywał leki an­ty­aler­gicz­ne, więc przed położeniem się do łóżka, jak co wieczór, połknął kap­sułkę. Nie dane mu było po­spać na­wet dwóch go­dzin. Obu­dziły go mdłości, wy­mio­to­wał, bóle brzu­cha stały się tak ostre, że nie był w sta­nie się wy­pro­sto­wać. Rano już nie żył. Sek­cja zwłok i ba­da­nia la­bo­ra­to­ryj­ne wy­ka­zały, że przy­czyną śmier­ci był star­ty na pył liść ole­an­dra, który znaj­do­wał się w połkniętej kap­sułce. Sposób nie­zbyt błysko­tli­wy, ale sku­tecz­ny. Ole­an­der to często spo­ty­ka­ny w Ka­li­for­nii krzew. Je­den na­wet rósł na podwórku za do­mem państwa Fife’ów. Na bu­te­lecz­ce od­kry­to od­ci­ski palców Lau­ren­ce’a i Nik­ki. Po­nad­to wśród jej rze­czy zna­le­zio­ny zo­stał dzien­nik, w którym między in­ny­mi szczegółowo opi­sy­wała jego zdra­dy, dawała upust wściekłości i za­sta­na­wiała się nad roz­wo­dem. Pro­ku­ra­tor okręgowy zgrab­nie przedłożył, że nikt bez­kar­nie nie roz­wo­dzi się z Lau­ren­ce’em Fife’em. Lau­ren­ce Fife miał już za sobą jed­no zakończo­ne roz­wo­dem małżeństwo i choć for­mal­nie sprawę pro­wa­dził wte­dy inny ad­wo­kat, wpływ za­in­te­re­so­wa­ne­go był oczy­wi­sty. Za­pew­nił so­bie pra­wo do opie­ki nad dziećmi, a na do­da­tek nieźle na tym wy­szedł fi­nan­so­wo. Ka­li­for­nia słynie ze skru­pu­lat­ności, z jaką dzie­lo­ny jest majątek po roz­wo­dzie, ale Lau­ren­ce Fife miał swo­je spo­so­by na ta­kie ma­new­ro­wa­nie pie­niędzmi, żeby na­wet stan­dar­do­wy po­dział pół na pół w rze­czywistości za­pew­nił mu lwią cześć. Wyglądało na to, że Nik­ki była zbyt spryt­na, by próbować się od nie­go uwol­nić za po­mocą le­gal­nych środków, i wolała wy­brać pew­niej­szy sposób.

Miała mo­tyw. Miała spo­sob­ność. Wiel­ka ława przy­sięgłych za­po­znała się z ma­te­riałem do­wo­do­wym i za­de­cy­do­wała o wnie­sie­niu aktu oskarżenia. Gdy Nik­ki zna­lazła się w sądzie, wszyst­ko spro­wa­dzało się do tego, która stro­na zro­bi lep­sze wrażenie na dwu­na­stu oby­wa­te­lach. Naj­wy­raźniej pro­ku­ra­tor okręgowy od­ro­bił za­da­nie do­mo­we. Nik­ki wy­najęła Wil­fre­da Brent­nel­la, nie­kwe­stio­no­waną gwiazdę pa­le­stry z Los An­ge­les, cieszącego się opi­nią spe­cja­li­sty od spraw bez­na­dziej­nych. W pew­nym sen­sie było to pra­wie przy­zna­nie się do winy. Cały pro­ces odbył się w at­mos­fe­rze sen­sa­cji. Nik­ki była młoda i piękna. Po­cho­dziła z zamożnego domu. Mia­sto było małe, a lu­dzie cie­kaw­scy. Prak­tycz­nie mówiąc, nie miała szans.

2

San­ta Te­re­sa to osiem­dzie­sięcio­ty­sięczne mia­stecz­ko na południu Ka­li­for­nii, zgrab­nie umiej­sco­wio­ne pomiędzy górami Sier­ra Ma­dre a Pa­cy­fi­kiem, które upodo­ba­li so­bie obrzy­dli­wie bo­ga­ci lu­dzie. Bu­dyn­ki użytecz­ności pu­blicz­nej wyglądają jak sta­re hisz­pańskie mi­sje, domy pry­wat­ne ni­czym ilu­stra­cje z ma­ga­zy­nu, pal­my nie mają brzyd­kich, brązo­wych liści, a przy­stań jest wprost ide­al­na jak ob­ra­zek z pocztówki, z błękit­no­sza­ry­mi wzgórza­mi w tle i kołyszącymi się w słońcu białymi łódka­mi. W cen­trum mia­sta do­mi­nują jed­no- i dwu­piętro­we białe bu­dyn­ki z po­kry­ty­mi czer­woną dachówką da­cha­mi, sze­ro­ki­mi, łagod­nie wygiętymi łuka­mi i kra­ta­mi ople­cio­ny­mi ja­skrawą rdzawoczer­woną bu­gen­willą. Na­wet drew­nia­ne bun­ga­lo­wy za­miesz­ka­ne przez mniej zamożnych miesz­kańców są za­dba­ne.

De­par­ta­ment Po­li­cji mieści się bli­sko cen­trum mia­sta, w bocz­nej ulicz­ce z dwo­ma sze­re­ga­mi po­ma­lo­wa­nych na miętowy ko­lor domków, ukry­tych za ni­ski­mi ka­mien­ny­mi mur­ka­mi i drzew­ka­mi ja­ka­ran­dy, ugi­nającymi się pod ciężarem la­wen­do­wych kwiatów. Zima w południo­wej Ka­li­for­nii to po­chmur­na pora roku, a jej na­dejście zwia­stu­je nie je­sień, ale pożary. Po pożarach przy­chodzą błotne la­wi­ny. A po­tem po­wra­ca sta­tus quo i życie to­czy się swo­im stałym ryt­mem. Nik­ki od­wie­dziła mnie w maju.

Pod­rzu­ciłam do zakładu film do wywołania, a następnie udałam się do wy­działu zabójstw, żeby się spo­tkać z po­rucz­ni­kiem Do­la­nem. Con jest mężczyzną gru­bo po pięćdzie­siątce. Jego wygląd cha­rak­te­ry­zują wory pod ocza­mi, kil­ku­dnio­wy sza­ry za­rost, za­puch­nięta twarz i włosy naj­pierw po­trak­to­wa­ne ja­kimś ro­dza­jem ko­sme­ty­ku dla mężczyzn, a następnie za­cze­sa­ne tak, by ukryć lśniące miej­sce na czub­ku głowy. Wygląda na fa­ce­ta, który pod mo­stem po­pi­ja ta­nie wino, a po­tem wy­mio­tu­je na własne buty. W rze­czy­wi­stości to świet­ny gli­niarz. Con Do­lan ma w głowie o wie­le więcej ro­zu­mu niż prze­ciętny złodziej. Idzie łeb w łeb z zabójca­mi. Zwy­kle uda­je mu się ich dopaść i tyl­ko od cza­su do cza­su jego do­mysły oka­zują się myl­ne. Nie­wie­lu lu­dzi po­tra­fi go prze­chy­trzyć. Sama nie wiem, dla­cze­go tak jest, chy­ba ze względu na jego umiejętność in­ten­syw­nej kon­cen­tra­cji czy też nie­zwy­kle dobrą i bez­li­tosną pamięć. Wie­dział, w ja­kiej spra­wie przyszłam, ge­stem za­pro­sił mnie do sie­bie.

Miej­sce, które Con Do­lan na­zy­wa swo­im biu­rem, gdzie in­dziej ucho­dziłoby za se­kre­ta­riat. Do­lan nie lubi sie­dzieć za za­mkniętymi drzwia­mi i ma gdzieś pry­wat­ność. Lubi pra­co­wać od­chy­lo­ny w krześle, jed­nym okiem ob­ser­wując, co się dzie­je w całym wy­dzia­le. W ten sposób zdo­by­wa wie­le in­for­ma­cji i oszczędza so­bie wie­lu nie­po­trzeb­nych rozmów ze swo­imi ludźmi. Wie, kie­dy jego de­tek­ty­wi przy­chodzą i wy­chodzą, wie, kogo przy­pro­wa­dzają na przesłucha­nie, wie również, kie­dy i dla­cze­go ra­por­ty nie są do­star­cza­ne na czas.

– W czym mogę pomóc? – za­py­tał, ale nie brzmiało to tak, jak­by na­prawdę chciał pomóc.

– Chętnie rzu­ciłabym okiem na akta spra­wy Lau­ren­ce’a Fife’a.

Jed­na z jego brwi nie­znacz­nie się pod­niosła.

– To nie­zgod­ne z po­li­tyką wy­działu. Nie pro­wa­dzi­my tu bi­blio­te­ki pu­blicz­nej.

– Nie mam za­mia­ru ich stąd wy­no­sić. Chcę je tyl­ko przej­rzeć. Wcześniej mi na to po­zwa­lałeś.

– Raz.

– A ja do­star­czałam ci in­for­ma­cji więcej niż raz i do­brze o tym wiesz – przy­po­mniałam. – W czym pro­blem?

– Ta spra­wa jest za­mknięta.

– Tym bar­dziej nie po­wi­nie­neś mieć żad­ne­go „ale”. Prze­cież nie jest to na­ru­sze­nie czy­jejś pry­wat­ności.

Jego usta roz­ciągnęły się w uśmie­chu, ale był to wy­mu­szo­ny, po­zba­wio­ny radości uśmiech. Bez­myślnie bawił się piórem. Świa­do­mość, że w każdej chwi­li może mi kazać iść w diabły, wyraźnie spra­wiała mu przy­jem­ność.

– Ona go zabiła, Kin­sey. Nic więcej tam nie znaj­dziesz.

– Po­ra­dziłeś jej, żeby się ze mną skon­tak­to­wała. Po co, sko­ro nie masz wątpli­wości?

– Moje wątpli­wości nie mają nic wspólne­go z Lau­ren­ce’em Fife’em – po­wie­dział.

– A z czym?

– Spra­wa jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż się wy­da­je na pierw­szy rzut oka – od­parł wy­mi­jająco. – Może próbu­je­my chro­nić to, co mamy.

– Czy „my” mamy ja­kieś ta­jem­ni­ce?

– Nie uwie­rzyłabyś, ile mam ta­jem­nic.

– Ja też wiem to i owo – od­pa­ro­wałam. – Po co te gier­ki?

Ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem, w którym może była iry­ta­cja, a może coś zupełnie in­ne­go. Cza­sa­mi mam trud­ności z od­czy­ta­niem jego in­ten­cji.

– Wiesz, jaki jest mój sto­su­nek do ta­kich jak ty.

– Słuchaj, Con, z tego, co wiem, je­dzie­my na tym sa­mym wózku – za­uważyłam. – Po­wiem wprost. Nie wni­kam, czy inni pry­wat­ni de­tek­ty­wi w mieście robią ci ja­kieś nu­me­ry. Ja nie wchodzę ci w drogę i sza­nuję twoją pracę. Nie ro­zu­miem, cze­mu nie możemy współpra­co­wać.

Przy­pa­try­wał mi się przez chwilę, kąciki ust opadły mu w dół z re­zy­gnacją.

– Wyciągnęłabyś ze mnie więcej, gdy­byś się na­uczyła flir­to­wać – za­uważył niechętnie.

– Nie sądzę. Uważasz, że ko­bie­ty są jak wrzód na tyłku. Jeśli próbowałabym z tobą flir­to­wać, po­kle­pałbyś mnie po głowie i od­pra­wił z kwit­kiem.

Nie połknął ha­czy­ka, ale sięgnął po słuchawkę i wy­brał nu­mer ar­chi­wum.

– Mówi Do­lan. Niech Eme­rald przy­nie­sie mi akta do­tyczące spra­wy Lau­ren­ce’a Fife’a.

Odłożył słuchawkę i po­now­nie od­chy­lił się na krześle, przy­pa­trując mi się jed­no­cześnie z na­mysłem i z nie­sma­kiem.

– Le­piej, żeby nie doszły do mnie ja­kie­kol­wiek skar­gi na two­je po­czy­na­nia w związku z tą sprawą. Jeśli od­biorę choć je­den te­le­fon od ko­go­kol­wiek – mam tu na myśli świad­ka, który po­czu­je się prześla­do­wa­ny, albo ko­go­kol­wiek in­ne­go, włączając w to mo­ich lu­dzi czy in­nych po­li­cjantów – będziesz miała prze­sra­ne. Ro­zu­mie­my się?

Posłusznie przyłożyłam do skro­ni trzy pal­ce:

– Słowo skau­ta.

– A byłaś w ogóle skau­tem?

– Hm…, przez pra­wie ty­dzień byłam zu­chem – od­parłam słodko. – Ka­za­li nam na­ma­lo­wać kwia­tek na chu­st­ce do nosa z oka­zji Dnia Mat­ki. Uznałam, że to głupie, i się wy­pi­sałam.

Nie za­szczy­cił mnie uśmie­chem.

– Możesz sko­rzy­stać z biu­ra po­rucz­ni­ka Bec­ke­ra – po­wie­dział, kie­dy przy­nie­sio­no akta. – I nie wpa­kuj się w kłopo­ty.

Poszłam do biu­ra Bec­ke­ra.

Prze­ko­pa­nie się przez górę pa­pierów zajęło mi dwie go­dzi­ny, ale zaczęłam ro­zu­mieć, dla­cze­go Con Do­lan tak niechętnie po­zwo­lił mi je przej­rzeć. Jedną z pierw­szych rze­czy, jaka wpadła mi w ręce, była se­ria te­leksów ze znaj­dującego się na za­cho­dzie mia­sta po­ste­run­ku De­par­ta­men­tu Po­li­cji Mia­sta Los An­ge­les do­tyczących dru­gie­go zabójstwa. W pierw­szej chwi­li myślałam, że to pomyłka, że pa­piery do­tyczące in­ne­go śledz­twa do­stały się przez przy­pa­dek do nie­od­po­wied­niej tecz­ki. Jed­nak rzu­ciło mi się w oczy parę szczegółów, które, jak się od razu zo­rien­to­wałam, mogły prze­sta­wić śledz­two w spra­wie zabójstwa Lau­ren­ce’a Fife’a na zupełnie nowe tory. Ser­ce zaczęło mi walić jak sza­lo­ne. Księgowa o na­zwi­sku Lib­by Glass, biała ko­bie­ta w wie­ku dwu­dzie­stu czte­rech lat, zmarła w wy­ni­ku spożycia sprosz­ko­wa­ne­go ole­an­dra za­le­d­wie czte­ry dni po śmier­ci Lau­ren­ce’a Fife’a. Pra­co­wała dla Hay­craft i McNie­ce, fir­my zaj­mującej się księgowością, z której usług ko­rzy­stała kan­ce­la­ria Fife’a. O co, do diabła, w tym wszyst­kim cho­dzi?

Przej­rzałam ko­pie ra­portów śled­czych, próbując połączyć w spójną całość la­ko­nicz­ne no­tat­ki i na­ba­zgra­ne ołówkiem stresz­cze­nia rozmów te­le­fo­nicz­nych pomiędzy De­par­ta­men­ta­mi Po­li­cji z San­ta Te­re­sa i za­chod­niej części Los An­ge­les. Z jed­nej z no­ta­tek do­wie­działam się, że w pęku klu­czy na kółku zna­le­zio­nych w szu­fla­dzie biur­ka w ga­bi­ne­cie Lau­ren­ce’a Fife’a znaj­do­wał się klucz do miesz­ka­nia Lib­by. Długa roz­mo­wa z jej ro­dzi­ca­mi nic nie wniosła. Przesłucha­no również jej byłego chłopa­ka, Lyle’a Aber­na­thy’ego, który zda­wał się być prze­ko­na­ny, że Lib­by miała ro­mans z „nie­zna­nym z na­zwi­ska ad­wo­ka­tem z San­ta Te­re­sa”, ale na tym śledz­two utknęło. Mimo wszyst­ko na­su­wało to nie­cie­ka­we sko­ja­rze­nia. Kto wie, czy mściwa i za­zdro­sna ręka Nik­ki Fife nie dosięgła oprócz wia­rołomne­go męża również jego ko­chan­ki? Tyle że nie było na to żad­nych do­wodów.

Zro­biłam no­tat­ki i za­pi­sałam so­bie ostat­nie zna­ne ad­re­sy i nu­me­ry te­le­fonów in­te­re­sujących mnie osób, choć nie li­czyłam, by na wie­le się przy­dały. Zbyt wie­le lat upłynęło. Następnie ode­pchnęłam krzesło od biur­ka i po­deszłam do drzwi. Con roz­ma­wiał właśnie z po­rucz­ni­kiem Bec­ke­rem, ale pew­nie wie­dział, o co mi cho­dzi, po­nie­waż prze­pro­sił Bec­ke­ra i prze­rwał roz­mowę. Był wyraźnie za­do­wo­lo­ny, że ryb­ka złapała ha­czyk. Swo­bod­nie oparłam się fra­mugę drzwi i cze­kałam. Pod­szedł spo­koj­nym kro­kiem, roz­ko­szując się chwilą.

– Po­wiesz mi, o co w tym wszyst­kim cho­dziło? – spy­tałam.

Wyglądał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go, ale wy­czułam również nutkę go­ry­czy.

– Nie umie­liśmy zna­leźć wspólne­go ogni­wa – rzekł po pro­stu.

– Myślisz, że Nik­ki ją też zabiła?

– Daję głowę, że tak – warknął.

– Ro­zu­miem, że dla pro­ku­ra­to­ra nie było to ta­kie oczy­wi­ste.

Wzru­szył ra­mio­na­mi, wkładając ręce do kie­sze­ni:

– Po­tra­fię prze­czy­tać Ko­deks Do­wo­do­wy Ka­li­for­nii. Odwołali mo­ich chłopców.

– To wszyst­ko, o czym jest mowa w ak­tach, to tyl­ko po­szla­ki.

– To praw­da.

Za­miast od­po­wie­dzieć, utkwiłam wzrok w rzędzie okien, którym ewi­dent­nie przy­dałoby się porządne my­cie. Ten mały zwrot ak­cji wca­le mi się nie po­do­bał, a on o tym do­brze wie­dział. Pod­niósł się z miej­sca:

– Myślę, że miałem szansę ją dopaść, ale pro­ku­ra­to­ro­wi bar­dzo się spie­szyło i nie chciał narażać swo­jej spra­wy. Ta­kie po­dejście pro­wa­dzi do­nikąd. To dla­te­go nie po­do­bało ci się by­cie gli­nia­rzem, Kin­sey. Pra­ca ze smyczą na szyi.

– Nadal mi się to nie po­do­ba – od­parłam.

– Może dla­te­go ci po­ma­gam – po­wie­dział, a w jego oczach błysnęło coś chy­tre­go.

– Kon­ty­nu­owa­liście śledz­two?

– A pew­nie, że tak. Pra­co­wa­liśmy nad wątkiem Lib­by Glass mie­siącami, ciągle to wałko­wa­liśmy od nowa. Ko­le­dzy z Los An­ge­les też nie odpuścili. Ale na nic się nie na­tknęliśmy. Żad­nych świadków. Żad­nych do­nosów. Żad­nych od­cisków palców, które by do­wo­dziły, że Nik­ki była na miej­scu zbrod­ni. Nie udało się na­wet do­wieść, że Nik­ki znała Lib­by Glass.

– A te­raz myślisz, że po­mogę ci do­pro­wa­dzić sprawę do końca?

– Hm…, tego nie wiem – przy­znał. – Może. Wierz mi lub nie, ale nie uważam cię za mar­ne­go de­tek­ty­wa. Je­steś jesz­cze młoda i cza­sa­mi masz dziw­ne po­mysły, ale, ogólnie biorąc, je­steś uczci­wa. Jeśli od­kry­jesz do­wo­dy obciążające Nik­ki, nie sądzę, żebyś za­trzy­mała je dla sie­bie, mam rację?

– Jeśli to zro­biła.

– Jeśli nie, to nie masz się czym mar­twić.

– Con, gdy­by Nik­ki Fife miała coś do ukry­cia, to po co na nowo roz­grze­by­wałaby tę sprawę? Nie może być aż tak głupia. Co by mogła na tym zy­skać?

– Ty mi po­wiedz.

– Posłuchaj – rzekłam. – Za­cznij­my od tego, że nie wierzę, aby zabiła Lau­ren­ce’a Fife’a. Więc cho­ler­nie ciężko będzie ci mnie prze­ko­nać, że sprzątnęła jesz­cze jedną osobę.

Dwa biur­ka da­lej za­dzwo­nił te­le­fon. Po­rucz­nik Bec­ker uniósł pa­lec, spoglądając na Cona. Ten, od­chodząc, ob­da­rzył mnie prze­lot­nym uśmie­chem:

– Baw się do­brze – po­wie­dział.

Jesz­cze raz przej­rzałam akta, by się upew­nić, że ni­cze­go nie prze­oczyłam, po czym za­mknęłam teczkę i zo­sta­wiłam ją na biur­ku. Con i Bec­ker zno­wu byli pogrążeni w kon­wer­sa­cji, gdy ich mijałam, żaden na­wet na mnie nie spoj­rzał. Po­ja­wie­nie się na sce­nie Lib­by Glass za­nie­po­koiło mnie, ale również za­in­try­go­wało. Może ta spra­wa to jed­nak coś więcej niż grze­ba­nie w sta­rych bru­dach, może wyj­dzie na jaw coś no­we­go. Coś, co obróci wszyst­ko o równe sto osiem­dzie­siąt stop­ni.

Do­tarłam do biu­ra piętnaście po czwar­tej, o tej go­dzi­nie za­wsze miałam ochotę na drin­ka. Sięgnęłam do mo­jej małej lodówki po bu­telkę wina cha­blis, którą otwo­rzyłam kor­ko­ciągiem. Na biur­ku ciągle stały dwa brud­ne kub­ki. Opłukałam oba i napełniłam swój wi­nem tak cierp­kim, że aż się lek­ko wzdrygnęłam. Wyszłam na bal­kon i z wy­so­kości pierw­sze­go piętra spoj­rzałam w dół na Sta­te Stre­et, ulicę biegnącą pro­sto przez cen­trum San­ta Te­re­sa, a następnie skręcającą sze­ro­kim łukiem w lewo, gdzie zmie­nia nazwę. Z miej­sca, w którym stałam, mogłam wi­dzieć hisz­pańskie mo­zai­ki, ozdo­bio­ne stiu­ka­mi łuki i rosnącą wszędzie bu­gen­willę. San­ta Te­re­sa jest je­dy­nym zna­nym mi mia­stem, w którym podjęto de­cyzję o zwężeniu głównej uli­cy, za­miast wy­ci­nać drze­wa – zaczęto je sa­dzić oraz po­sta­wio­no uro­cze bud­ki te­le­fo­nicz­ne wyglądające jak małe kon­fe­sjo­nały. Oparłam się o sięgającą mi do pasa ba­lu­stradę i po­wo­li sączyłam wino. Ota­czał mnie za­pach oce­anu i po­zwo­liłam so­bie na chwilę ab­so­lut­ne­go za­po­mnie­nia, le­ni­wie przyglądając się prze­chod­niom na uli­cy. Już wie­działam, że przyjmę zle­ce­nie od Nik­ki. Jed­nak po­trze­bo­wałam tych kil­ku chwil tyl­ko dla sie­bie, za­nim całko­wi­cie sku­pię się na po­wie­rzo­nym mi za­da­niu.

O piątej po­je­chałam do domu, wcześniej jesz­cze za­dzwo­niłam na ser­wis te­le­fo­nicz­ny.

W San­ta Te­re­sa miesz­kałam już w kil­ku miej­scach, ale dziu­pla, którą te­raz zaj­muję, jest zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza. Znaj­du­je się na małej ulicz­ce równo­ległej do sze­ro­kie­go bul­wa­ru biegnącego wzdłuż plaży. Większość domów w po­bliżu należy do eme­rytów, pamiętających cza­sy, gdy w San­ta Te­re­sa były je­dy­nie gaje cy­tru­so­we i luk­su­so­we ho­te­le. Hen­ry Pitts, który wy­naj­mu­je mi to miesz­kanko, jest eme­rytowanym pie­ka­rzem. Te­raz, w wie­ku osiem­dzie­sięciu je­den lat, utrzy­mu­je się z układa­nia skan­da­licz­nie trud­nych krzyżówek, które lubi te­sto­wać na mnie. Często zaj­muje się pie­cze­niem gi­gan­tycz­nych bo­chenków chle­ba. Cia­sto do wyrośnięcia zo­sta­wia w sta­rej kołysce na we­ran­dzie tuż obok mo­je­go po­ko­ju. Hen­ry do­star­cza chleb i inne wy­pie­ki do po­bliskiej re­stau­ra­cji, a w za­mian się u nich stołuje. Ostat­nio od­krył ku­po­ny zniżkowe do wy­ci­na­nia – chwa­li się, że jeśli tra­fi się do­bry dzień, jest w sta­nie kupić ar­ty­kuły spożyw­cze war­te pięćdzie­siąt do­larów za je­dy­ne sześć do­larów dzie­więćdzie­siąt osiem centów. Cza­sa­mi na za­ku­po­wych łowach uda mu się oka­zyj­nie ustrze­lić kil­ka par raj­stop, którymi mnie ob­da­ro­wu­je. Je­stem w nim pra­wie za­ko­cha­na.

Mój pokój ma dwa­dzieścia metrów kwa­dra­to­wych i służy mi jako sa­lon, sy­pial­nia, kuch­nia, łazien­ka, to­a­le­ta i pral­nia. W po­przed­nim życiu był garażem Hen­ry’ego i z przy­jem­nością mogę oznaj­mić, że nie jest przy­stro­jo­ny żad­nym stiu­kiem, hisz­pański­mi mo­zai­ka­mi ani też spo­wi­ty dzi­kim wi­nem. Zbu­do­wa­ny zo­stał z alu­mi­nio­wej okładzi­ny i in­nych całko­wi­cie sztucz­nych ma­te­riałów, które prze­trwają każdą po­godę i których nig­dy nie trze­ba odświeżać. Styl ar­chi­tek­to­nicz­ny – całko­wi­cie ni­ja­ki. Do ta­kiej właśnie za­cisz­nej nor­ki ucie­kam pra­wie co­dzien­nie po pra­cy i właśnie stąd za­dzwo­niłam do Nik­ki, żeby jej za­pro­po­no­wać spo­tka­nie na drin­ka.

3

Na spo­tka­nia zwy­kle uma­wiam się w po­bli­skim ba­rze U Ro­sie. To ten ro­dzaj knajp­ki, gdzie le­piej się upew­nić, czy z krzesła, na którym masz za­miar usiąść, nie trze­ba przy­pad­kiem strzepnąć okruchów. Pla­sti­ko­we sie­dzi­ska są sfa­ty­go­wa­ne i za­dzie­rają pończo­chy, a na czar­nych bla­tach stołów straszą po­wy­ci­na­ne ko­mu­ni­ka­ty typu „Cześć”. Na lewo po­nad ba­rem wisi za­ku­rzo­ny mar­lin. Kie­dy klien­tom już porządnie szu­mi w głowach, Ro­sie po­zwa­la im ce­lo­wać w nie­go gu­mo­wy­mi po­ci­ska­mi z pi­sto­le­tu dla dzie­ci. W ten sposób dają ujście agre­sji, która w in­nym przy­pad­ku mogłaby do­pro­wa­dzić do mogących się źle skończyć ba­ro­wych utar­czek.

Jest kil­ka po­wodów, dla których tak lubię bar U Ro­sie. Nie tyl­ko znaj­du­je się bli­sko mo­je­go domu, ale też nie przed­sta­wia żad­nej atrak­cji dla tu­rystów, co ozna­cza, że zwy­kle jest tu pra­wie pu­sto i można spo­koj­nie po­ga­dać. Poza tym Ro­sie chętnie eks­pe­ry­men­tu­je w kuch­ni, upra­wia ro­dzaj bez­tro­skiej twórczości z ukłonem w stronę kuch­ni węgier­skiej. To właśnie z Ro­sie Hen­ry Pitts pro­wa­dzi han­del wy­mien­ny, więc do­dat­ko­wym atu­tem jest możliwość zamówie­nia tu­taj upie­czo­ne­go przez nie­go chle­ba lub plac­ka. Sama Ro­sie prze­kro­czyła już sześćdzie­siątkę, jej nos nie­mal sty­ka się z górną wargą, czoło jest ni­skie, a włosy ufar­bo­wa­ne na rzu­cający się w oczy od­cień mie­dzi, bar­dziej wsze­la­ko przy­po­mi­nający ko­lor ta­nich me­bli z ka­li­for­nij­skiej se­kwoi. Małe oczka łypią po­dejrz­li­wie – efekt ja­kichś w zamyśle spryt­nych po­czy­nań z ołówkiem do oczu.

Nik­ki weszła do środ­ka, ob­rzu­ciła wzro­kiem salę i za­wa­hała się przez mo­ment. Jed­nak za­raz mnie za­uważyła i ru­szyła wśród pu­stych sto­lików w kie­run­ku loży, w której zwy­kle sia­dam. Wśli­zgnęła się na­prze­ciw­ko mnie i zsunęła z ra­mion żakiet. Ro­sie po­deszła osten­ta­cyj­nie wol­nym kro­kiem, mierząc Nik­ki nie­spo­koj­nym spoj­rze­niem. Ro­sie jest prze­ko­na­na, że ze względu na wy­ko­ny­wa­ny zawód za­daję się z mafią i ześwi­ro­wa­ny­mi ćpu­na­mi. Praw­do­po­dob­nie te­raz kom­bi­no­wała, do której z tych grup przy­porządko­wać Nik­ki.

– To jak, je­cie coś czy nie? – Owi­ja­nie w bawełnę nie było w sty­lu Ro­sie.

Spoj­rzałam py­tająco na Nik­ki:

– Jadłaś już ko­lację?

Nik­ki potrząsnęła głową. Oczy Ro­sie powędro­wały z Nik­ki na mnie, jak­by była głucho­nie­ma i cze­kała na tłuma­cze­nie.

– Co dziś przyrządziłaś?

– Pörkolt cielęcy. Kawałki cielęciny, mnóstwo ce­bu­li, pa­pry­ka i pa­sta po­mi­do­ro­wa. Pa­lusz­ki lizać. Za­sma­ku­je wam. To naj­lep­szy gu­lasz, jaki robię. Z bułecz­ka­mi Hen­ry’ego i w ogóle, a na ta­le­rzy­ku obok po­dam do­bry, miękki ser i kil­ka kor­ni­szonów.

Mówiła i od razu za­pi­sy­wała zamówie­nie, więc kwe­stię po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji miałyśmy z głowy.

– Na­pi­je­cie się też wina. Wy­biorę od­po­wied­ni ro­dzaj.

Gdy Ro­sie się od­da­liła, prze­ka­załam Nik­ki in­for­ma­cje do­tyczące mor­der­stwa Lib­by Glass, które zna­lazłam w ak­tach. Po­wie­działam też, że według usta­leń po­li­cji Lib­by te­le­fo­no­wała do domu Lau­ren­ce’a.

– Wie­działaś o niej?

Nik­ki potrząsnęła głową.

– Na­zwi­sko obiło mi się o uszy, ale to było już w cza­sie pro­ce­su, mój ad­wo­kat o niej wspo­mi­nał. Na­wet nie pamiętam, co dokład­nie po­wie­dział.

– Lau­ren­ce nig­dy o niej nie mówił? Nig­dy nie wi­działaś jej na­zwi­ska gdzieś za­pi­sa­ne­go?

– Żad­nych słod­kich miłosnych liścików, jeśli to masz na myśli. Był bar­dzo ostrożny w tych spra­wach. Kie­dyś z po­wo­du paru listów zo­stał współpo­zwa­nym w spra­wie roz­wo­do­wej. Od tam­tej pory uni­kał pi­sa­nia oso­bi­stych no­ta­tek. Zwy­kle do­wia­dy­wałam się, że kogoś ma, kie­dy znaj­do­wałam ta­jem­ni­cze no­tat­ki i nu­me­ry te­le­fonów na pudełkach od zapałek czy w po­dob­nych miej­scach.

Za­sta­na­wiałam się nad tym przez chwilę.

– A co z ra­chun­ka­mi te­le­fo­nicz­ny­mi? Zo­sta­wiał je na wierz­chu?

– Nig­dy – wyjaśniła Nik­ki. – Wszyst­kie ra­chun­ki były wysyłane do obsługującej kan­ce­la­rię fir­my w Los An­ge­les.

– A Lib­by Glass zaj­mo­wała się księgowością?

– Naj­wy­raźniej tak.

– Więc może dzwo­nił do niej w spra­wach za­wo­do­wych.

Nik­ki wzru­szyła ra­mio­na­mi. Była nie­co mniej wy­co­fa­na niż przed­tem, ale i tak miałam wrażenie, że nie do końca nadąża za tym, co się dzie­je.

– Na pew­no miał ro­mans.

– Skąd wiesz?

– Zni­ka­nie na całe dni. Błysk w oku – prze­rwała, naj­wy­raźniej usiłując sięgnąć pamięcią wstecz. – Cza­sem pach­niał ob­cym mydłem. Gdy mu to po­wie­działam, kazał za­in­sta­lo­wać prysz­nic w biu­rze. Używał tam tego sa­me­go ro­dza­ju mydła, które mie­liśmy w domu.

– Spo­ty­kał się z ko­bie­ta­mi w swo­im ga­bi­ne­cie?

– Za­py­taj jego wspólni­ka – po­wie­działa z odro­biną go­ry­czy. – Może na­wet je pie­przył na biu­ro­wej ka­na­pie, skąd mam wie­dzieć. Tak czy owak, cza­sem tra­fiały się dro­bia­zgi. Te­raz to brzmi głupio, ale kie­dyś wrócił do domu z od­wi­niętą skar­petką. Było lato i po­wie­dział mi, że grał w te­ni­sa. Miał na so­bie spoden­ki do te­ni­sa i fak­tycz­nie nieźle się spo­cił, ale na pew­no nie na kor­cie. Nieźle go wte­dy po­go­niłam.

– Ale co mówił, kie­dy wprost za­rzu­całaś mu zdradę?

– Cza­sa­mi przy­zna­wał mi rację. Cze­mu nie? Nie miałam do­wodów, a choćby na­wet, to w Ka­li­for­nii zdra­da nie jest pod­stawą do roz­wo­du.

Po­ja­wiła się Ro­sie z wi­nem i za­wi­niętymi w pa­pie­ro­we ser­wet­ki sztućcami. Nik­ki i ja prze­rwałyśmy roz­mowę. Gdy Ro­sie odeszła, za­py­tałam:

– Cze­mu się z nim nie roz­wiodłaś, sko­ro oka­zał się ta­kim dup­kiem?

– Chy­ba byłam tchórzem – od­parła. – W końcu pew­nie bym się z nim roz­wiodła, ale miałam wie­le do stra­ce­nia.

– Masz na myśli syna?

– Tak. – Jej podbródek uniósł się lek­ko w górę, nie byłam pew­na, czy to gest obron­ny, czy wyrażający dumę. – Ma na imię Co­lin – dodała. – Skończył dwa­naście lat. Uczy się w szko­le z in­ter­na­tem nie­da­le­ko Mon­te­rey.

– W tam­tym cza­sie miesz­kały też z wami dzie­ci Lau­ren­ce’a, praw­da?

– Tak. Syn i córka, obo­je w wie­ku szkol­nym.

– Gdzie są te­raz?

– Nie mam pojęcia. Jego była żona ciągle miesz­ka w San­ta Te­re­sa. Możesz ją za­py­tać, jeśli to ważne. Ja nie mam z nimi kon­tak­tu.

– Ob­wi­niały cię o jego śmierć?

Po­chy­liła się do przo­du, in­ten­syw­nie patrząc mi w oczy:

– Wszy­scy mnie ob­wi­nia­li. Wszy­scy uwie­rzy­li, że je­stem win­na. A te­raz, jak ro­zu­miem, Con Do­lan uważa, iż zabiłam również Lib­by Glass. Do tego zmie­rzasz, praw­da?

– Czy to ważne, co myśli Do­lan? To ja będę pro­wa­dzić tę sprawę, a moim zda­niem tego nie zro­biłaś. Jeśli już o tym mowa, to jesz­cze nie omówiłyśmy kwe­stii staw­ki. Biorę trzy­dzieści do­larów za go­dzinę plus kosz­ty pa­li­wa. Chciałabym do­stać co naj­mniej tysiąc do­larów za­licz­ki. Co ty­dzień będę ci prze­syłać szczegółowy ra­port, w którym będzie wy­li­czo­ne, ile cza­su spędziłam nad sprawą i w jaki sposób. Poza tym mu­sisz wie­dzieć, że moje usługi nie są na wyłączność. Cza­sa­mi zaj­muję się kil­ko­ma spra­wa­mi na­raz.

Nik­ki już sięgała do to­reb­ki. Wyjęła książeczkę cze­kową i pióro. Wi­działam czek do góry no­ga­mi, ale i tak za­uważyłam, że opie­wa na pięć tysięcy. Po­dzi­wiałam bez­troskę, z jaką go wy­pi­sała. Nie mu­siała na­wet przed­tem spraw­dzić sta­nu kon­ta. Po­pchnęła czek w moją stronę po bla­cie, a ja włożyłam go do to­reb­ki, tak jak­bym – jak ona – ob­ra­cała ta­ki­mi kwo­ta­mi na co dzień.

Tym­cza­sem przy na­szym sto­li­ku po­now­nie po­ja­wiła się Ro­sie, tym ra­zem przy­niosła naszą ko­lację. Po­sta­wiła przed każdą z nas ta­lerz i nie ru­szyła się z miej­sca, za­nim nie zaczęłyśmy jeść.

– Mniam, Ro­sie, prze­pysz­ne! – po­chwa­liłam.

Po­ru­szyła się nie­znacz­nie, ale nie miała za­mia­ru tak łatwo się pod­dać.

– Może two­ja przy­ja­ciółka nie jest za­do­wo­lo­na – po­wie­działa, patrząc nie na Nik­ki, a na mnie.

– Bo­skie! – wy­mam­ro­tała Nik­ki. – Na­prawdę cu­dow­ne!

– Jest za­chwy­co­na – za­pew­niłam. Ro­sie zde­cy­do­wała się zerknąć bez­pośred­nio na Nik­ki. Wresz­cie jej sa­tys­fak­cja była pełna, bo po­dziw Nik­ki mógł się równać tyl­ko z moim.

Jadłyśmy, gawędząc nie­zo­bo­wiązująco o tym i owym. Za sprawą do­bre­go je­dze­nia i wina Nik­ki jak­by od­ta­jała. Pod tą spo­kojną, niezmąconą po­wierzch­nią zaczęły się po­ja­wiać pierw­sze ozna­ki życia. Jak­by zaczęła się uwal­niać od cza­ru, który ją uśpił na wie­le lat.

– Jak myślisz, od cze­go po­win­nam zacząć? – za­py­tałam.

– Hm… sama nie wiem. Za­wsze mnie za­sta­na­wiała spra­wa jego se­kre­tar­ki. Na­zy­wała się Sha­ron Na­pier. Kie­dy ja i Lau­ren­ce się po­zna­liśmy, już dla nie­go pra­co­wała. Trak­to­wała go w dziw­ny sposób, coś tam nie grało.

– Myślisz, że miała z nim ro­mans?

– Nie sądzę. Na­prawdę nie wiem, o co w tym wszyst­kim cho­dziło. Je­stem pra­wie pew­na, że nie spa­li ze sobą, ale jed­nak łączył ich jakiś se­kret. Bywała wo­bec nie­go sar­ka­stycz­na, cze­go Lau­ren­ce ab­so­lut­nie nie to­le­ro­wał u in­nych. Kie­dy pierw­szy raz usłyszałam jakąś jej bez­czelną od­zywkę, byłam pew­na, że Lau­ren­ce ją z miej­sca wy­wa­li, ale on na­wet okiem nie mrugnął. Nig­dy nie ode­zwał się do niej ostrzej. Nig­dy nie zo­sta­wała po go­dzi­nach ani nie przycho­dziła w week­en­dy, kie­dy pra­co­wał nad dużą sprawą. A on nie na­rze­kał, po pro­stu za­trud­niał kogoś do po­mo­cy, kie­dy zaszła taka po­trze­ba. To nie było w jego sty­lu. Jed­nak kie­dy go za­py­tałam, co to wszyst­ko zna­czy, po­trak­to­wał mnie, jak­bym zwa­rio­wała, do­szu­kując się dru­gie­go dna tam, gdzie go nie ma. Sha­ron była praw­dziwą pięknością, żadna tam biu­ro­wa sza­ra mysz­ka.

– A wiesz przy­pad­kiem, gdzie może być te­raz?

Nik­ki potrząsnęła głową.

– Wte­dy miesz­kała na Ri­wie­rze Mek­sy­kańskiej, ale mu­siała się wy­pro­wa­dzić. Przy­najm­niej nie zna­lazłam jej w książce te­le­fo­nicz­nej.

Za­no­to­wałam so­bie jej ostat­ni zna­ny ad­res.

– Ro­zu­miem, że nie znałaś jej do­brze.

Nik­ki wzru­szyła ra­mio­na­mi:

– Gawędziłyśmy chwilę, kie­dy dzwo­niłam do kan­ce­la­rii, ale to były tyl­ko zdaw­ko­we uwa­gi.

– Miała ja­kichś zna­jo­mych? Ulu­bio­ne miej­sca w mieście?

– Nie wiem. Wy­da­je mi się, że żyła po­nad stan. Często podróżowała, a ubie­rała się o wie­le le­piej niż ja w tam­tych cza­sach.

– Ze­zna­wała na pro­ce­sie, praw­da?

– Nie­ste­ty, tak. Była świad­kiem paru na­szych pa­skud­nych kłótni, na pew­no mi to nie po­mogło.

– Cóż, myślę, że war­to się temu przyj­rzeć bliżej – po­wie­działam. – Zo­ba­czy­my, czy uda mi się do niej do­trzeć. Chciałabyś po­wie­dzieć mi coś jesz­cze na jego te­mat? Czy w okre­sie przed śmier­cią miał ja­kieś kłopo­ty? Jakiś spór, jakąś dużą sprawę za­wo­dową?

– Nic mi na ten te­mat nie wia­do­mo. W jego życiu za­wsze się coś działo.

– Myślę, że za­cznę od roz­mo­wy z Char­liem Scor­so­nim. Zo­ba­czy­my, co ma do po­wie­dze­nia. Po­tem pomyślimy, co da­lej.

Zo­sta­wiłam na sto­le pie­niądze za ko­lację i wyszłyśmy ra­zem. Sa­mochód Nik­ki był za­par­ko­wa­ny w po­bliżu, ciem­no­zie­lo­ny old­smo­bi­le, który lata swo­jej świet­ności przeżywał de­kadę temu. Za­cze­kałam, aż od­je­dzie, żeby na no­gach wrócić do od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o pół kwar­tału domu.

Po przyjściu nalałam so­bie kie­li­szek wina i za­brałam się do porządko­wa­nia do­tych­czas ze­bra­nych in­for­ma­cji. Mam sys­tem ka­ta­lo­go­wa­nia da­nych na fisz­kach osiem na trzy­naście cen­ty­metrów. Większość mo­ich no­ta­tek do­ty­czy świadków: kim są, jaką rolę od­gry­wają w śledz­twie, kie­dy się z nimi spo­tkałam plus in­for­ma­cje do­dat­ko­we. Niektóre fisz­ki za­wie­rają py­ta­nia na te­mat pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji, które trze­ba spraw­dzić, a na in­nych są no­tat­ki do­tyczące for­mal­ności praw­nych. Fisz­ki po­zwa­lają mi efek­tyw­nie gro­ma­dzić in­for­ma­cje, z których ko­rzy­stam, sporządzając pi­sem­ne ra­por­ty. Przy­cze­piam je do wiszącej nad biur­kiem dużej ta­bli­cy i przy­pa­truję się im, opo­wia­dając so­bie hi­sto­rię tak, jak ją w da­nej chwi­li po­strze­gam. Wte­dy na jaw wy­chodzą nie­zwykłe sprzecz­ności, nie­ocze­ki­wa­ne luki. Do głowy przy­chodzą mi py­ta­nia, których nie zadałam.

Fi­szek do­tyczących Nik­ki Fife miałam nie­wie­le, na ra­zie nie próbowałam in­ter­pre­to­wać in­for­ma­cji. Nie chciałam zbyt wcześnie sfor­mułować hi­po­te­zy, bo bałam się, że wpłynie to na cały tok śledz­twa. Było całko­wi­cie ja­sne, iż w tym śledz­twie ali­bi ma nie­wiel­kie zna­cze­nie. Jeżeli za­da­jesz so­bie trud, żeby pod­mie­nić le­kar­stwo na tru­ciznę w kap­sułce an­ty­hi­sta­mi­ny, to po­tem nie po­zo­sta­je ci nic in­ne­go, jak roz­siąść się wy­god­nie i cze­kać. Oczy­wiście jeśli się bo­isz, że nie­chcący wyślesz na tam­ten świat do­mow­ników two­jej ofia­ry, mu­sisz mieć pew­ność, iż ten kon­kret­ny lek zażywa jed­na oso­ba. Jed­nak nie jest to trud­ny do spełnie­nia wa­ru­nek, zwy­kle spełniają go ta­blet­ki na obniżenie ciśnie­nia, an­ty­bio­ty­ki, a cza­sem na­wet pigułki na sen. Ro­dzaj nie ma zna­cze­nia, ważniejszą sprawą jest dostęp do leku przyszłej ofia­ry. Sfi­na­li­zo­wa­nie może po­trwać dwa dni albo dwa ty­go­dnie, ale w końcu ofia­ra zażywa co trze­ba, a ty masz okazję ode­grać niezły spek­takl za­sko­cze­nia i żalu. Do­dat­kową za­letą ta­kie­go sche­ma­tu po­zo­sta­je to, że nie mu­sisz ni­ko­go oso­biście za­strze­lić, zatłuc, po­wie­sić lub udu­sić. Na­wet jeśli masz kon­kret­ne po­wo­dy, by zabić, pew­nie wi­dok wy­chodzących komuś z or­bit oczu nie jest naj­przy­jem­niej­szy, po­dob­nie jak wysłuchi­wa­nie ostat­nich bul­gocących dźwięków wy­da­wa­nych przez ofiarę. No i jesz­cze jed­no – jeśli za­bi­jasz własnoręcznie, za­wsze ist­nie­je nie­po­kojąca możliwość, że role się odwrócą i to ty wylądu­jesz w kost­ni­cy.

Jeśli cho­dzi o wy­braną me­todę, to „sposób na ole­an­dra” jest całkiem niezły. W San­ta Te­re­sa ten krzew rośnie wszędzie. Osiąga wy­so­kość do trzech metrów, ma różowe i białe kwia­ty oraz ele­ganc­kie, wąskie liście. Nie mu­sisz osten­ta­cyj­nie ku­po­wać trut­ki na szczu­ry w mieście, gdzie, jak po­wszech­nie wia­do­mo, nie ma szczurów. Nie mu­sisz przy­cze­piać sztucz­nych wąsów, żeby iść do po­bli­skie­go ogrod­ni­cze­go z prośbą o po­le­ce­nie środ­ka do zwal­cza­nia in­sektów, który nie zo­sta­wia gorz­kie­go po­sma­ku. Krótko mówiąc, me­toda za­sto­so­wa­na do za­bi­cia me­ce­na­sa Lau­ren­ce’a Fife’a – i naj­wy­raźniej Lib­by Glass – była nie­dro­ga, niekłopo­tli­wa i łatwa do za­sto­so­wa­nia. Na­sunęło mi się kil­ka pytań, które za­no­to­wałam przed zga­sze­niem światła. Usnęłam do­brze po północy.

4

Zja­wiłam się w biu­rze wcześnie rano, żeby prze­stu­kać na ma­szy­nie do pi­sa­nia wstępne no­tat­ki do tecz­ki Nik­ki. Opi­sałam, w ja­kim celu zo­stałam za­trud­nio­na, oraz po­twier­dziłam przyjęcie cze­ku na pięć tysięcy do­larów w for­mie za­licz­ki. Następnie za­dzwo­niłam do kan­ce­la­rii Char­lie­go. Se­kre­tar­ka po­in­for­mo­wała mnie, że szef ma wolną chwilę po południu, więc umówiłam się na piętnaście po trze­ciej, po czym poświęciłam resztę po­ran­ka szu­ka­niu in­for­ma­cji na jego te­mat. Kie­dy spo­ty­kam kogoś po raz pierw­szy, lubię coś o nim wie­dzieć, mieć coś w za­na­drzu. Wi­zy­ty w Okręgo­wym Urzędzie Re­je­stro­wym, Biu­rze In­for­ma­cji Kre­dy­to­wej oraz ar­chi­wum lo­kal­ne­go dzien­ni­ka do­star­czyły mi da­nych, dzięki którym na­szki­co­wałam so­bie w głowie por­tret byłego wspólni­ka Lau­ren­ce’a Fife’a. Char­lie Scor­so­ni był ka­wa­le­rem, po­sia­dał własny dom, re­gu­lar­nie płacił ra­chun­ki, od cza­su do cza­su udzie­lał się pu­blicz­nie w zbożnych ce­lach, nig­dy nie był aresz­to­wa­ny ani po­zwa­ny – krótko mówiąc, był ra­czej kon­ser­wa­tyw­nym mężczyzną w śred­nim wie­ku, który nie upra­wiał ha­zar­du, nie spe­ku­lo­wał na giełdzie i wiódł życie pod każdym względem spo­koj­ne i  bez­piecz­ne. W trak­cie pro­ce­su mignął mi kil­ka razy, za­pa­miętałam go jako mężczyznę z lekką nad­wagą. Kan­ce­la­ria, którą te­raz pro­wa­dził, znaj­do­wała się piętnaście mi­nut spa­cer­kiem od mo­je­go biu­ra.

Bu­dy­nek sam w so­bie wyglądał jak za­mek mau­re­tański. Jed­no­piętro­wy, z białej cegły su­szo­nej na słońcu i z pod­okien­ni­ka­mi głębo­ki­mi na sześćdzie­siąt cen­ty­metrów, za­bez­pie­czo­ny­mi kratą z ku­te­go żela­za, a także z wieżą narożną, w której praw­do­po­dob­nie mieściły się to­a­le­ty i składzik. Kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka Scor­so­ni i Po­wers mieściła się na pierw­szym piętrze. Pchnęłam ciężkie, ma­syw­ne drzwi z rzeźbio­ne­go drew­na i zna­lazłam się w małej re­cep­cji o podłodze po­kry­tej wykładziną dy­wa­nową miękką i zie­loną jak mech. Ścia­ny były białe, ozdo­bio­ne abs­trak­cyj­ny­mi akwa­re­la­mi w różnych od­cie­niach pa­ste­li. W paru miej­scach usta­wio­no rośliny do­nicz­ko­we. Pod rzędem wąskich okien stały pro­sto­pa­dle do sie­bie dwie przy­sa­dzi­ste sofy, obi­te soczystozie­lonym sztruk­sem w sze­ro­ki prążek.

Se­kre­tar­ka na oko miała nie­co po­nad sie­dem­dzie­siąt lat i w pierw­szej chwi­li pomyślałam, że zo­stała tu przysłana na zastępstwo z ja­kiejś agen­cji zaj­mującej się ak­ty­wi­zacją za­wo­dową se­niorów. Była chu­da i ener­gicz­na, o włosach obciętych na pa­zia w sty­lu lat dwu­dzie­stych i oku­la­rach re­tro ozdo­bio­nych mo­tyl­kiem z krysz­tału górskie­go w dol­nej połowie jed­nej z so­cze­wek. Miała na so­bie wełnianą spódnicę i swe­te­rek w ko­lo­rze bla­de­go wrzo­su, który mu­siała oso­biście zro­bić na dru­tach, jako że był praw­dzi­wym małym dziełem sztu­ki złożonym ze ściegów war­ko­czo­wych, źdźbeł tra­wy, wy­pukłych zyg­zaków, ple­cio­nek i gałązek świer­ku. Bezbłędnie roz­po­znałam wszyst­kie wyżej wy­mie­nio­ne – ciot­ka, która mnie wy­cho­wała, dołożyła sta­rań, żebym się za­po­znała z tego typu przy­dat­ny­mi rze­cza­mi – i na­tych­miast zo­stałyśmy przy­ja­ciółkami. Nim się która­kol­wiek z nas obej­rzała, już byłyśmy po imie­niu. Miała na imię Ruth – ład­nie i pro­sto z Bi­blii.

Ruth była małą, try­skającą ener­gią gadułą – za­sta­na­wiałam się, czy nie byłaby przy­pad­kiem ide­alną kan­dy­datką na dziew­czynę dla Hen­ry’ego Pit­t­sa. Sko­ro Char­lie Scor­so­ni kazał mi na sie­bie cze­kać, odpłaciłam mu pięknym za na­dob­ne. Wyciągnęłam z jego se­kre­tar­ki tyle in­for­ma­cji, ile się dało, nie prze­kra­czając gra­ni­cy bez­czel­ne­go wścib­stwa. Po­wie­działa mi, że pra­cu­je dla Scor­so­niego i Po­wer­sa, od kie­dy sie­dem lat temu po­sta­no­wi­li wspólnie pro­wa­dzić kan­ce­la­rię. Mąż po­rzu­cił ją dla młod­szej ko­bie­ty (pięćdzie­sięcio­pięcio­lat­ki) i Ruth, po raz pierw­szy w życiu, mu­siała ra­dzić so­bie sama. Nie wie­rzyła, że znaj­dzie pracę, bo była wte­dy ko­bietą sześćdzie­sięcio­dwu­let­nią, choć, jak sama za­zna­czyła, w do­sko­nałej for­mie. Szyb­ka, kom­pe­tent­na i, oczy­wiście, na każdym kro­ku prze­gry­wająca z ko­bietami o czter­dzieści lat młod­szy­mi, które nie były szczególnie kom­pe­tent­ne, ale za to ślicz­ne.

– Mój tyłek służy mi wyłącznie do sie­dze­nia – po­wie­działa, po czym zaśmiała się z własne­go dow­ci­pu. Scor­so­ni i Po­wers za­punk­to­wa­li u mnie za swoją da­le­ko­wzrocz­ność. Ruth ubóstwiała ich obu. Jed­nak na­wet jej pełne za­chwy­tu pie­nia nie przy­go­to­wały mnie na spo­tka­nie z mężczyzną, który przez biur­ko uścisnął moją dłoń, gdy wresz­cie – z czter­dzie­sto­pięcio­mi­nu­to­wym pośli­zgiem – zo­stałam za­pro­szo­na do jego ga­bi­ne­tu.