Wydawca: Psychoskok Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 218 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A co z prawdą? - Ewa Witkiewicz


Powieść Ewy Witkiewicz „A co z prawdą??” jest drugim tomem powieści „Ze szczęściem w ciuciubabkę”. Opisuje dalsze losy tej samej bohaterki Emmy, która tym razem w sposób ewidentny staje się ofiarą uwięzioną w pajęczynie kłamstw i tajemnic. Autorka bierze pod lupę źródło nieudanego związku. Porażki miłosne Emmy mają służyć czytelnikowi za przestrogę. Bohaterka ma problemy ze znalezieniem jakże trudnej do wychwycenia równowagi pomiędzy sztuką uwodzenia a uczciwością. Te dwa elementy pozornie sprzeczne są nieodzowne w naszych namiętnościach. Ale w jakich proporcjach? Spontaniczność i otwartość kłóci ją z dyskrecją i lojalnością. A przemilczenia są synonimem dobrych manier czy oznaką słabości? Zbyt brzemienny bagaż złych doświadczeń prowadzi ją do wewnętrznej rewolty. „Pomyśleć, że wielu zazdrościło mi, a ja tymczasem błądziłam w mrocznych zaułkach wykwintnego labiryntu”. Kobieta postanawia sama decydować o własnym losie. Zrozumiała, że szczęście zamieszkuje w jej wnętrzu, należy go tylko pielęgnować, nie afiszując je wszem i wobec.

Opinie o ebooku A co z prawdą? - Ewa Witkiewicz

Fragment ebooka A co z prawdą? - Ewa Witkiewicz

Ewa Witkiewicz „A co z prawdą?” Drugi tom powieści „Ze szczęściem w ciuciubabkę”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Anna Jędrzejczyk, Jurij Mokriszczew, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Dariusz Bębnowski – www.bebnowski.pl

ISBN: 978-83-7900-013-5

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

Ewa Witkiewicz
A co z prawdą?
Drugi tom powieści
„Ze szczęściem w ciuciubabkę”
Wydawnictwo Psychoskok 2013 Konin

-❶---- Powrót z Afryki -----*

Przez radio wpadło mi to do ucha, że dziś jest ósmy marca – Dzień Kobiet. Inaczej ten fakt, ani dzisiejsza data byłyby dla mnie bez znaczenia. Od rana, mimo wszelkich wysiłków, nie zdołałam przekonać samej siebie, żeby zejść na basen, co tutaj – w Warszawie – jest prawie odruchem bezwarunkowym. Jestem cała poobijana, wszystko mnie boli, bo na lotnisku Orly spadłam z ruchomych schodów.

Moja lodówka jest pusta, powinnam się ubrać, wyjść coś kupić. Rzecz tak normalna i prozaiczna dzisiaj, jest dla mnie trudnością nie do pokonania. Nie wiem, co mam założyć. W małej walizce, która nadal leży na środku salonu, nic nie znajdę. Nie ma w niej ciuchów, lecz kilka pamiątek z Afryki. Wszystkie ubrania podarowałam kobietom zatrudnionym w sierocińcu.

Z Ouagadougou do Paryża przybyłam dwa dni temu w letniej sukience. Na lotnisku czekała na mnie siostra Daniego – Yvette. Pożyczyła mi stare dżinsy i sweter. Tak ubrana przyleciałam wczoraj na Okęcie. Samolot wylądował późnym wieczorem. Taksówką przyjechałam tutaj. Na szczęście nikt mnie nie widział, bo w jej ubraniach prawdopodobnie wyglądałam niczym strach na wróble. Naturalnie nie założę ich dzisiaj. Wychodzę na balkon, jest bardzo zimno, pada deszcz, będę potrzebowała kurtkę i kozaczki. Znając siebie sprzed wyjazdu do Afryki, tudzież moją szwajcarską manię porządków, z pewnością gdzieś umieściłam wszystkie buty, gdzie indziej kurtki, bez najmniejszej wątpliwości znajdę wszystko inne… Myśl o ciepłych ubraniach z wełny napełnia mnie odrazą. Ostatnio żyłam w klimacie tropikalnym, codziennie ubierałam przewiewne rzeczy z lekkiej bawełny. Myśląc o tym, czuję dreszcze na całym ciele. Od dwóch dni bez przerwy się pytam: „Jak można żyć w tak niskich temperaturach?” Po maksymalnym odkręceniu kaloryferów, mój termometr pokojowy pokazuje 25 stopni Celsjusza.

Zakładam sweter i dżinsy Yvette. Należy wyjaśnić, że ona jest dużo wyższa ode mnie, na dodatek waży o 20 kilo więcej. Przeglądam się w lustrze, wyglądam okropnie, zatem nie mogę wyjść z domu. Biorę telefon, dzwonię do sklepu znajdującego się o dwa kroki od naszej kamienicy:

- Pani Zosiu, tu Emma. Pilnie potrzebuję coś do jedzenia, czy może mi pani przysłać karton w równowartości dwustu zł.

- Och! Przyjechała pani, a dozorczyni od was powiedziała, że jest pani w Afryce i przyjedzie dopiero w maju.

- Tak, przyjechałam zaledwie na kilka dni, niebawem wrócę z powrotem. Poproszę o artykuły, które zwykle u was kupuję, Karton zostawcie przed drzwiami. Pieniądze będą w kopercie pod wycieraczką.

- Czy coś się stało?

- Nie, nic! – zaczynam kłamać. – Tylko teraz muszę wyjść i nie będę miała czasu, by wpaść do sklepu.

Po dwóch godzinach słyszę szmer pod drzwiami. Odczekuję, aż mąż pani Zosi wejdzie do windy. Dyskretnie otwieram drzwi, zanoszę karton do kuchni. Jest w nim niemało dobrych rzeczy, jednak na nic nie mam ochoty. Zmuszam się, żeby cokolwiek przegryźć, następnie siadam przed komputerem, nie wiedząc, co właściwie chcę uczynić. Otwieram pustą stronę, mimo woli piszę:

„Mój najdroższy, byłam u twojej siostry w Paryżu. Rozmawiałyśmy prawie całą noc. Chociaż adopcja Benjamina bardzo ją poruszyła, nie jest w stanie mi czegokolwiek obiecać. Będzie rozmawiać z mężem, wkrótce do mnie napisze.

Te ostatnie trzy miesiące to moje najpiękniejsze doświadczenie życiowe. Dziękuję ci za wszystko, co od ciebie dostałam. Owszem wolałbyś, bym została i zajęła się Benjaminem. Przepraszam za to rozczarowanie! Po tym, co się stało, nie mogłam dłużej wytrzymać w Burkina Faso. Musiałam wrócić do źródła, aby móc się zregenerować. Chwilowo, w głębi mojej duszy, jak w pustej studni, dudni nieprzyjemne echo. W pierwszej kolejności muszę pomóc sobie samej. Wybacz. Emma”.

Długo oglądam napisany tekst. Z mgły wspomnień powoli wyłania się: atletyczna sylwetka Daniego, błyszczące oczy i spalona słońcem twarz. Słyszę jego śmiech, chichotanie Benjamina, a na końcu mój własny. Ze łzami w oczach stwierdzam: „Byliśmy razem tacy szczęśliwi! Dlaczego okrutny los nas rozłączył?”

Wstaję, bo jest mi zimno, nakładam na siebie kocyk, potem znów siadam do komputera. Na czystej stronie, piszę:

„Wspomnienia z Afryki".

Po przewiezieniu mebli do Warszawy i wynajęciu willi w Szwajcarii w drugiej połowie grudnia, poleciałam z przesiadką w Paryżu do Ouagadougou. Walizki były wypełnione całą masą prezentów dla dzieci z sierocińca, zaś torebka – oprócz dokumentów podróżnych – przechowywała w swoim wnętrzu dwie koperty. Pierwsza zawierała papiery rozwodowe Daniego, a druga – moje własne.

Po wylądowaniu, do samolotu wtargnął podmuch gorącego powietrza jakby z rozżarzonego pieca. Na lotnisku poczułam się dziwnie. Absolutnie nie przypominało ono ani tego w Genewie, ani Okęcia, do których przywykłam. Z pominięciem piekielnego gorąca w powietrzu unosił się podejrzany zapach.

- 'Mój Boże, jak ja tu wytrzymam?' – pomyślałam. – 'A jeśli Dani nie przyjedzie?'

Obawy były nieuzasadnione, mój najdroższy czekał na mnie. Był sam. Tym razem nie mogłam się powstrzymać, zaczęłam biec w jego kierunku jak szalona. On, potrącając wszystkich stojących na drodze między nami, sprężystym krokiem zbliżał się do mnie. Rzuciłam się w jego otwarte ramiona. Nasze pocałunki mieszały się z uściskami oraz wybuchami śmiechu, a łzy wzruszenia z kroplami potu.

- Witaj na czarnym kontynencie. Dobrze zniosłaś podróż? – zapytał, gdy nieco ochłonęliśmy.

- Wspaniale! Nie mogę uwierzyć, że nareszcie mogę cię dotykać i całować – odpowiedziałam radośnie, przesuwając rękę po jego twarzy.

Następnie z bagażami poszliśmy do samochodu. Był to stary jeep w stosunkowo złym stanie. Rozglądając się za jakimś lepszym pojazdem pomyślałam, że Dani dowcipkuje, proponując mi wsiąść do tego klekota. W odpowiedzi na moje zażenowanie odpowiedział wesoło:

- Jest mi niezmiernie przykro, ale musisz zapomnieć o swoim komforcie i przyzwyczaić się do tutejszych warunków. Jesteśmy w Afryce.

- Tak, widzę – próbowałam również żartować. – Nie ma problemu, już czuję się jak w domu.

Panujący upał był podobno wyjątkowy jak na tę porę roku. W czasie zimy temperatury normalnie nie przekraczają 30 stopni. Z ciekawością rozglądałam się dookoła. Przed przyjazdem tutaj w moich snach często widziałam siebie z Danim na piaszczystej plaży lub w wilgotnym lesie tropikalnym. To, że nie zobaczyłam morza, było normalne. Burkina Faso jest przecież krajem wewnętrznym, natomiast bardzo ubogą roślinnością byłam rozczarowana.

Udaliśmy się około pięćdziesiąt kilometrów na południe do małej mieściny, gdzie znajdował się sierociniec. Przejeżdżając obok Dani zatrąbił, wyciągnął ramię, pokiwał bawiącym się dzieciom. Mimo ich radosnych okrzyków powitalnych, nie zatrzymał jeepa, zawiózł mnie do najlepszego hotelu w mieście.

Przyzwyczajona sycić mój wzrok ładnymi przedmiotami, nagle poczułam się sama sierotą. „Jak ja tu wytrzymam?” – powtórzyłam w myślach pytanie. Wszystko dookoła było szare, jakby pokryte grubą warstwą kurzu. Na poduszce leżącej na moim łóżku znalazłam ogromnego owada, którego widok napawał mnie strachem i odrazą.

Moje sceptyczne rozważania przerwał Dani, ciągnąc mnie pod prysznic:

- Chodź trochę się ochłodzić! Wziąłem trzy dni wolnego po to, żeby cię godnie przyjąć.

Jeszcze przez małą chwilę miałam obiekcje, co do zaakceptowania tego prymitywnego pokoju hotelowego jako miejsca do życia. Jednak z każdym pocałunkiem i pieszczotą moje nastawienie się zmieniało. Tak, jak niegdyś w naszym miłosnym uniesieniu wzbiliśmy się wysoko ponad linię horyzontu, osiągając wszystkie możliwe stany. Po wyciszeniu, ocierając łzy szczęścia i obserwując jaszczurkę biegnącą po gzymsie starej szafy, naśladując małą dziewczynkę, krzyknęłam piskliwie:

- Dani proszę! Wyrzuć tę bestię z pokoju!

- Którą? Jest ich kilka – odpowiedział spokojnie. Później, całując mnie w policzek, dodał. – Na nic to się nie zda, zaraz przyjdą inne. Nie musisz się ich obawiać, nie są jadowite.

Od tego momentu poczułam się lepiej. Skoro mój najdroższy żyje w pokoju z tymi brzydactwami, to ja również mogę. Bardzo długo pozostaliśmy w łóżku. Musiałam mu wszystko opowiedzieć. Zdarzyło się sporo po jego wyjeździe do Paryża: przedłużenie kontraktu mojego męża, testament, zamiar kupna dawnego mieszkania Liny i stworzenia dwóch nowych na poddaszu w kamienicy na górnym Mokotowie. Zdziwiony zapytał:

- Skąd weźmiesz pieniądze na te dwa projekty? Przecież twoja ciotka podobno nie miała grosza.

- Tak, owszem nie miała gotówki, ale posiadała papiery wartościowe. Udało mi się sprzedać jej akcje Nestlé.

Mówiąc o akcjach, przypomniałam sobie o złotym zegarku Cartiera. Wyciągnęłam go z torebki i położyłam na białym prześcieradle. Polerowane złoto nęcąco zabłysnęło w smudze światła.

- Tylko czasami proszę nie powiedz, że jest to za droga rzecz i nie pasuje do twojego światopoglądu. Chcę, byś go nosił, gdyż nawet tu – w Afryce – ludzie są w stanie rozpoznać jego wartość. W razie potrzeby będziesz mógł wymienić go na samochód lub przekupić nim skorumpowanego urzędnika.

- Gdzie znalazłaś to cudo? Na strychu? – pocałował mnie w usta, z głośnym pstrykiem zapiął bransoletę na nadgarstku.

- To pamiątka rodzinna po moim wujku. Mówiłam ci, że był znanym kardiochirurgiem, co więcej, operował w całej Europie. To z pewnością prezent od jakiegoś szwajcarskiego pacjenta, któremu uratował życie.

Mimo moich obaw Dani był wyjątkowo zadowolony z zegarka. Przez dwa następne dni, jak mały chłopiec, co trzy minuty komunikował mnie o aktualnej godzinie.

Wieczorem poszliśmy do sierocińca. Był to duży parterowy budynek w formie prostokąta z dziedzińcem wewnętrznym. Tutejsi mieszkańcy dobrze znali Daniego, zaciekawieni otoczyli nas gremialnie. Przyjazny uśmiech ożywiał każdą twarz, niektóre dzieci gładziły mnie, powtarzając: „Emma! Emma!”. Wzruszona starałam się odwzajemnić ich czułe gesty. Na zewnątrz kręgu zauważyłam nieśmiałego chłopca. Był najstarszy z nich wszystkich, uważnie mnie obserwował. Ponieważ stał jak słup soli, sama zbliżyłam się do niego.

- To z tobą rozmawiałam na Skypie, prawda?

Nie odpowiadając, wziął moją rękę i włożył do niej bransoletkę zrobioną z małych błyszczących kamieni. Schyliłam się, obejmując go w ramionach. Pozostając przez kilka chwil w tym powitalnym uścisku, mimochodem spojrzałam na Daniego. Uśmiechnął się, a jego oczy zrobiły się wilgotne, dyskretnie otarł łzy.

Podeszła do nas kobieta w średnim wieku, ubrana w kolorowe boubou. Bez cackania się objęła mnie.

- Wyglądasz dokładnie tak, jak Dani cię opisał. Nazywam się Szania. Witaj!

Z jej sposobu bycia zrozumiałam, że jest bądź dyrektorką, bądź kimś odpowiedzialnym za to wszystko. Będąc dużo wyższą, położyła rękę na moim ramieniu, a potem zaczęła mnie wszędzie oprowadzać. Połowę mieszkańców sierocińca stanowiły niemowlaki. Inne miały od dwóch do czterech lat. Najstarszy był Bendżi; dziesięciolatek.

- Podobno mówisz po angielsku i niemiecku. Bardzo dobrze się składa, bo jutro przyjeżdża para niemiecka zainteresowana adopcją – powiedziała Szania.

- Tak, zgadza się, chętnie się nimi zajmę. Jakie inne obowiązki dla mnie przewidziałaś?

- Przed świętami, prawie co dzień, będziemy mieć tego rodzaju wizyty. Chciałabym, byś wzięła pieczę nad tymi ludźmi.

W ten sposób zaczęłam moje afrykańskie życie. W ciągu dnia opiekowałam się naszymi gośćmi. Kiedy nie mieliśmy wizyt, lub gdy mnie nie potrzebowano, pomagałam Szani w pracach administracyjnych. W wolnych chwilach bawiłam się z dziećmi. Wieczory spędzaliśmy razem z Danim, często towarzyszył nam Bendżi.

W rzeczywistości Dani przyjechał tutaj jako wolontariusz w ramach zalesiania doliny rzeki Nakambe, która płynie wyłącznie przez kilka tygodni w roku w porze deszczowej. Ten ogromny las tropikalny, z powodu suszy tudzież innych czynników, corocznie traci masę drzew. Międzynarodowa ekipa naukowców studiuje cały teren oraz warunki klimatyczne. Wspólnie z entuzjastycznym zespołem Europejczyków, jak również grupami paramilitarnymi, organizują sadzenie, głównie kauczukowców i chlebowców. Aby wdrożyć tubylców do tej akcji, a wręcz dać im dobry przykład, wolontariusze czasami musieli wykonywać w wioskach prace publicznie użyteczne: budowa obiektów szkolnych czy instalowanie urządzeń sanitarnych.

₪₪₪₪₪

Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy w sierocińcu. Razem z Bendżim wystroiliśmy młode drzewo moringowe kolorowymi wstążkami. W tej suchej ziemi na dziedzińcu wewnętrznym tylko to jedno było w stanie uporać się z suszą. W przezroczystych torebkach powiesiliśmy ciastka naszego wypieku. Wydobyłam z walizek prezenty przywiezione ze Szwajcarii. Wszyscy byli zachwyceni. Śpiewaliśmy i bawiliśmy się do późna w nocy. Wróciliśmy do hotelu mocno wzruszeni. Przed pójściem do łóżka, Dani wziął mnie w ramiona i czule rzekł:

- Jestem z ciebie dumny, księżniczko. Widząc twoją minę pierwszego dnia nie myślałem, że tak szybko przyzwyczaisz się do tych prymitywnych warunków.

- To dzięki tobie kochanie. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, jak mam się tutaj znaleźć, więc zwyczajnie naśladowałam ciebie.

Chwilę zastanowił się, po czym wziął moją głowę pomiędzy swoje dłonie i całując mnie co kilka słów, wyszeptał:

- Już dawno chciałem ci to powiedzieć, jedynie brakowało mi słów. Wydaje mi się, że ja tak samo starałem się iść za twoim przykładem. Odkąd się znamy, zrobiłem się lepszy, w każdym razie w ostatnim czasie bardziej się sobie podobam...”

W tym momencie przestaję pisać, ponieważ widzę nową wiadomość:

„Droga Emmo, długo rozmawialiśmy. Oczywiście chcielibyśmy przyjąć Benjamina w rodzinie, tym bardziej, że nasze dzieci są już dorosłe i rzadko je widzimy. Niemniej jednak w tej chwili mamy problemy finansowe. Ja jestem na bezrobociu, a pensja męża jest zbyt mała, aby utrzymać trzy osoby. Jeśli znajdę pracę, to owszem, z wielką radością. Całuję cię. Yvette”.

Natychmiast jej odpowiadam:

„Droga Yvette, jeżeli trudności pieniężne są jedyną przeszkodą, to znaczy, że już jesteśmy na dobrej drodze. Fundacja pokryje większość kosztów. Ja osobiście deklaruję moją pomoc ze środków prywatnych. Proszę, prześlij mi numer swojego konta, natychmiast dokonam pierwszej wpłaty. Serdecznie cię pozdrawiam. Emma”.

-❷---- Malaria -----*

Po przebudzeniu kilka minut leżę w łóżku, zastanawiam się: wczoraj zaoferowałam Yvette pomoc Fundacji i moją własną. Chyba byłam zbyt entuzjastyczna. Najpierw trzeba tę Fundację zarejestrować, potem zasilić jej konto. Część pieniędzy mam, sporą kwotę odzyskam sprzedając skarby Liny. Mam nadzieję, że nikt ich nie ukradł i ciągle znajdują się w mojej kryjówce. Nie ma sensu udawać chorą, mam masę pracy! Jak zwykle, zacznę ten dzień od basenu. Energicznie wstaję z zamiarem sprawdzenia zawartości szaf: tej z biżuterią i innych (muszę znaleźć ubrania odpowiednie na tę porę roku). Pójdę również do notariusza, potrzebuję porad odnośnie rejestracji naszej Fundacji.

Mimo moich najlepszych intencji z powrotem padam na łóżko. Kręci mi się w głowie, w dodatku mam mdłości. Z szufladki stolika nocnego wyciągam termometr, wkładam go pod pachę. To daje mi usprawiedliwienie, by pozostać spokojnie w pościeli jeszcze przez chwilę. Jednak po dziesięciu minutach wykrzykuję z przerażeniem:

- Mój Boże, zaraziłam się malarią!

Termometr wskazuje czterdzieści stopni. Potrząsam nim, ponownie mierzę, wynik jest ten sam. Teraz lepiej rozumiem wczorajszą apatię i dreszcze. Jestem ciężko chora, prawdopodobnie umrę. O dziwo, myśl ta wcale mnie nie przeraża, w dodatku nie mam ochoty nikogo spotkać, a tym bardziej opowiedzieć o tym, co stało się w Afryce.

Raptownie myślę o mailu do Yvette. Absolutnie muszę coś zrobić, żeby ułatwić adopcję Benjamina. Ale jak? W tym stanie przecież nie wyjdę nawet do lekarza, mogłabym przekazać innym tę paskudną chorobę. Biorę telefon i dzwonię do notariusza mojej zmarłej cioci:

- Dzień dobry, tu Emma. Jestem bratanicą Liny Sarowicy. Kilka miesięcy temu byłam w pana kancelarii na otwarciu jej testamentu.

- Dobrze pamiętam. Czy coś jest nie tak z jego realizacją?

- Tak naprawdę nie dzwonię w sprawie jej testamentu tylko mojego własnego.

- Jestem do pani dyspozycji. Stało się coś?

Przez moment milczę, z trudem szukam właściwych słów.

- Ostatnio byłam w Afryce i teraz jestem chora na malarię. Jak najszybciej muszę zrobić testament, gdyż boję się, że w każdej chwili mogę umrzeć.

- Skąd takie czarne myśli? W dzisiejszych czasach malarię można łatwo wyleczyć. Powinna pani najpierw iść do lekarza, a później porozmawiamy o testamencie.

- Nie mogę wyjść z domu! – odpowiadam oburzona. – Z całym szacunkiem chciałabym panu przypomnieć: nie potrzebuję porad medycznych, lecz majątkowych.

- Słucham, co mogę dla pani zrobić?

- Jestem kobietą zamężną, nie mam dzieci. Od przeszło pół roku nie zamieszkuję z mężem. Wniosłam sprawę o rozwód, jak do tej pory nie mam zgody z jego strony. Czy mimo to, w razie mojej śmierci, on jest jedynym spadkobiercą?

- Tak, do momentu wydania orzeczenia o rozwodzie spadkobiercą jest pani mąż. Skoro chce pani przeznaczyć swój majątek innym osobom, rzeczywiście trzeba będzie sporządzić testament. Jeśli pani sobie życzy, przyjdę jutro, aby spokojnie o tym porozmawiać.

- Niestety nie mogę nikogo przyjąć. Jestem chora, nie chcę pana zarazić. Napiszę propozycję i wyślę ją mailem.

- Testament powinien być napisany, jak również podpisany odręcznie. Proszę mi wysłać brudnopis, następnie zobaczymy, co dalej.

Resztę dnia pozostaję w łóżku, łamiąc sobie głowę nad inteligentnym rozdziałem majątku. Wszyscy moi bliscy, wliczając męża, są dość zamożni, właściwie nic ode mnie nie potrzebują. Jedyną osobą, której mój datek może zmienić życie, jest Benjamin. Jednak nie mogę wszystkiego mu zapisać. Byłoby to zbyt niesprawiedliwe w stosunku do moich wcześniejszych przyjaciół. Muszę chociażby ich wymienić w testamencie i coś ofiarować, jako dowód mojego przywiązania.

₪₪₪₪₪

Pod wieczór wydaje mi się, że znalazłam optymalne rozwiązanie:

• Co do willi w Szwajcarii, nie mogę jej całkowicie odebrać Pascalowi. Byłoby to zbyt krzywdzące. Wiem, jak lubi ten dom, poza tym pomagał mi w jego budowie. Gdyby mógł się zająć Benjaminem po mojej śmierci, mogłabym mu przekazać całość. Ale przecież nie powierzę opieki dziesięcioletniego chłopca chomikowi. Więc Benjamin i Pascal wspólnie odziedziczą willę, każdy po połowie. Mój mąż jest uczciwym człowiekiem, zapewne potrafi wywiązywać się ze swoich powinności. W stosunku do mnie zawsze był bardzo szczodry. Pod tym względem mam do niego zaufanie.

• Mieszkanie na Mokotowie przeznaczę Stefanowi. Mam wyrzuty sumienia, że nie będę mogła wyremontować mieszkania jego rodziców tak, aby miał przestrzeń dla siebie. Mieszkając u mnie, będzie zaledwie kilka kroków od nich i od swojego gabinetu.

• Całą powierzchnię strychu dostanie Krystyna, ta, która ma klucz od tego mieszkania. Razem studiowałyśmy, ona również jest architektem, dobrze będzie wiedziała, co należy zrobić z tym fantem. Dla innych prawdopodobnie byłby to zwyczajny kłopot.

• Gotówkę i wszystko, co można spieniężyć, przekażę na rzecz Fundacji. Jutro znajdę w Internecie jakiś portal zajmujący się licytacją biżuterii oraz innych staroci, zrobię zdjęcia do katalogu sprzedaży. Powoli opróżnię szafę ścienną, o ile jeszcze cokolwiek w niej znajdę. Później wezmę się za strych.

Biorę wieczne pióro, staram się ładnie kaligrafować. Potem przepisuję tekst na komputer, kopię wysyłam notariuszowi.

Następnego dnia, mimo ogólnej słabości wstaję, bezzwłocznie otwieram szafę z biżuterią. Wszystko jest tak, jak zostawiłam, nic nie zniknęło. Czuję lekkość w sercu, zaraz zaczynam rozkładać klejnoty na stole, celem zrobienia zdjęć. Nagłe wymioty przerywają to zajęcie na długą chwilę. Po wyjściu z łazienki wracam do łóżka zupełnie wycieńczona. O jedenastej dzwoni telefon. Nie odbieram, nie mam siły wstać, pozwalam mu dzwonić. …czwarty, piąty dzwonek, włącza się sekretarka automatyczna. Słyszę głos Stefana:

- Emma, proszę odbierz! Wiem, że jesteś u siebie. Muszę pilnie zobaczyć coś w twoim mieszkaniu. Jeśli rzeczywiście cię nie ma, to przyjdę na wieczór ze ślusarzem.

Z trudem idę do telefonu:

- Tak! Słucham cię Stefan! Co takiego musisz zobaczyć w moim mieszkaniu?

- Ach jesteś! Wiesz, dzisiaj w nocy śniło mi się, że wkrótce dostanę twoje mieszkanie. Zatem muszę go dokładnie obejrzeć.

- Chyba żartujesz! Nie po to dzwonisz! Skąd wiedziałeś o moim powrocie?

- Nie wiedziałem, zadzwoniłem tak sobie, bo mi się nudzi, a poza tym myślę o tobie. Zapraszam cię na obiad, wpadnę za godzinę.

- Nie mogę iść z tobą na obiad, jestem chora.

- To w takim razie wpadnę za godzinę cię zbadać.

- Stef, jestem chora na malarię. Nie chcę żebyś się ode mnie zaraził.

- Skarbie, musisz mieć wysoką gorączkę i majaczysz. To nie możliwe, tylko samiczka komara może przekazać człowiekowi malarię. Będę za godzinę. Pa.

Tak, on ma rację, nie pomyślałam o tych komarach, mimo to nie chcę, by przyszedł. Nie zdążyłam mu tego powiedzieć, no cóż, w tej chwili prawdopodobnie jest już w drodze. Przeglądam się lustrze, wyglądam okropnie. Moje sińce po upadku ze schodów ruchomych na lotnisku Orly zrobiły się żółte. Resztkami sił usiłuję ogarnąć mieszkanie i samą siebie. Walizkę przywiezioną z Afryki wyrzucam na balkon. Na szczęście jeszcze jej nie otworzyłam, a nuż są w niej komary. Na zewnątrz, w warszawskim klimacie nie wyżyją zbyt długo.

Niebawem zjawia się Stefan. Zaraz od progu traktuje mnie jak pacjentkę. Po krótkich oględzinach rzeczowo wnioskuje:

- Nie sądzę, żeby to była malaria. Prawdopodobnie nie zniosłaś różnicy temperatur i przeziębiłaś się. Proszę, połknij te tabletki. Za tydzień, gdy poczujesz się lepiej, zrobimy bilans zdrowia.

Pieczołowicie przykrywa mnie kołdrą, tłumaczy:

- Po tych lekach powinnaś zasnąć. Za dwie godziny przyślę tu moją mamę. Nie będziesz musiała wstawać, bo teraz wezmę twój klucz i jej przekażę.

Przez mgłę widzę, jak mnie całuje w czoło.

₪₪₪₪₪

Następne dni są identyczne. Większość czasu śpię. Zazwyczaj budzi mnie Maria, mama Stefana. Przychodzi tutaj dwa razy dziennie. Daje mi leki, robi również coś do jedzenia. Jest bardzo troskliwa, dba o mnie jak o własną córkę. W rozmowach ciągle powraca do mojego pobytu w Afryce, chce dowiedzieć się szczegółów. Nie mam ochoty się jej zwierzać, unikam wszelkich poufałości. Z grzeczności opowiadam banały na temat klimatu, jedzenia itd. Kiedyś nie wytrzymuje, zaczyna nalegać:

- Emma, kilka razy powtórzyłaś we śnie Bendżi, a także Dani. Czy jeden z nich to twój mąż?

- Och nie! – odpowiadam zmieszana. – Mój mąż ma na imię Pascal. Bendżi i Dani to dzieci ze sierocińca. – Kłamię jak z nut.

- Z jakiego sierocińca? – pyta mnie nader zdziwiona.

- Pracowałam tam w sierocińcu jako wolontariuszka. Przygotowywaliśmy dzieci do adopcji. Ponieważ byłam jedyną znającą kilka języków, przyjmowałam bezdzietne pary europejskie, które chciały powiększyć rodzinę. Bendżi był najstarszym dzieckiem, miał dziesięć lat i nikt go nie chciał, albowiem ludzie szukają przeważnie noworodków.

Jeszcze tego by brakowało, abym opowiedziała jej o Danim. Milczę, a myśli robią się klarowne. Jego imię w ustach Marii przywraca pamięć o tych nieszczęśliwych wydarzeniach. Kiedy zostaję sama, powracam do swoich wspomnień:

„...Po świętach Bożego Narodzenia nasze życie radykalnie się zmieniło. Była to zmiana na lepsze. W sierocińcu nie mieliśmy wizyt, zaś program zalesiania doliny rzeki Nakambe został odroczony. Naukowcy oraz wolontariusze wyjechali na święta Bożego Narodzenia do swoich rodzin w Europie. Z tego powodu oboje nie mieliśmy zbyt wiele obowiązków, mogliśmy dużo czasu spędzać razem. Pewnego dnia Dani powiedział:

- Wiesz, zanim tutaj przyjechałem, moja żona przysłała mi papiery rozwodowe. Byłem tak wściekły, że je podarłem. Teraz żałuję, bo gdybym je wówczas podpisał i odesłał, to w tej chwili byłbym wolnym człowiekiem, moglibyśmy się pobrać. Dobrze jest nam ze sobą? Nieprawdaż?

- Tak, jestem z tobą bardzo szczęśliwa – rzekłam. – Lecz zapominasz, że ja też nadal jestem zamężna. – Po czym śmiejąc się, dodałam. – Co za mania u ciebie? Za każdym razem jak jesteś w Burkina Faso, chcesz się żenić.

- Powiedz! W ogóle mnie nie chcesz, czy raczej marzysz o europejskim ślubie i weselu?

Bez słowa wyciągnęłam z torebki prawie zapomniane dokumenty.

- Jeśli chcesz podpisać swoje papiery rozwodowe, to nic prostszego. Są w środku.

Wziął do ręki dwie koperty, kartka po kartce dokładnie przeczytał każde zdanie.

- No tak! – po długim namyśle zauważył. – Jesteśmy bliżej celu, niż myślałem. Skąd wzięłaś moje papiery?

- Widziałam się z twoją żoną. To ona mi je dała, jak również adres do ciebie.

- Jak do niej dotarłaś? – jego twarz zmieniła się na lekko buntowniczą. – A tutejszy adres przecież ci wysłałem, nie musiałaś iść aż do mojej eks.

- Dani! Zanim cokolwiek do mnie napisałeś, wszędzie cię szukałam. Między innymi zadzwoniłam do radia, gdzie pracuje. Obiecała mi dać twój adres, jeśli zawiozę ci te dokumenty. Myślałam, że rozmawialiście ze sobą, bo wiedziała o naszej wspólnej terapii dla Anonimowych Alkoholików. Dlaczego jej o tym powiedziałeś?

- Nic jej nie powiedziałem, w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą! Ale wiem, że dzwoniła do Szani i o mnie wypytywała. A o alkoholikach musiała dowiedzieć się od Alaina – ogrodnika, pamiętasz go? Był razem z nami, to mój sąsiad. Przed przyjazdem tutaj wpadłem do niego. Dlaczego pokazujesz mi te papiery dopiero teraz?

- Nie lubię wywierać presji na ludzi. Chciałam, byś sam spokojnie dojrzał do ich podpisania.

Po tych wyjaśnieniach wkroczyliśmy w nowy etap naszej znajomości. Od tej pory zaczęliśmy być parą, a nasze plany nie dotyczyły jego czy mnie, dotyczyły nas...”

W tym momencie dzwoni telefon. Przestaję pisać, odbieram.

- Witaj Emma! Jak się czujesz? Jak moja mama sprawdza się u ciebie?

- Stef! Poczekaj, nie o wszystkim na raz. Czuję się całkiem nieźle. Już nie mam gorączki, jutro chciałabym iść na basen. A co do twojej mamy, jest cudowna. Opiekuje się mną jak własną córką. Co się z tobą działo? Przez cały tydzień nawet do mnie nie zadzwoniłeś!

- Przepraszam! – mówi nieco zażenowany. – Aktualnie moje życie nie jest łatwe. Barbara wróciła i nie przestaje mi stąpać po odciskach. Poza tym mój ojciec zachorował. Nic poważnego, ale leży w łóżku, chwilowo mama musi się o niego zatroszczyć. Dlatego nie będzie mogła do ciebie przychodzić.

- Obecnie jestem zdrowa, nie potrzebuję opieki.

- Niezupełnie. Podobno notorycznie męczą cię wymioty, to mnie niepokoi. Jutro przyjdzie do ciebie pielęgniarka, pobierze krew do analizy. Na wieczór po wszystkich pacjentach proszę, przyjdź do mnie. Będę miał wyniki, powiem ci, co dalej. A z basenem jeszcze się wstrzymaj.

Nazajutrz, zamiast pielęgniarki, znowu przychodzi Maria, to ona pobiera mi krew.

- Wiesz co? Janusz wcale nie jest chory, tak tylko udaje, bo nie chce iść ze mną pojutrze na pogrzeb.

- Jeśli chcesz to ja pójdę, już jestem zdrowa. Kto umarł? Ktoś z rodziny?

- Umarła żona notariusza Markowskiego. Ty pewnie jej nie znałaś. Od lat była chora, prawie nigdy nie wychodziła z domu. Jego powinnaś znać, był bardzo dobrym przyjacielem Liny.

- Tak, owszem, znam go, ponieważ to u niego Lina sporządziła testament. On również mi powiedział, że byli przyjaciółmi. Jakkolwiek ani razu go wcześniej nie widziałam, ani nic nie wiedziałam o jego istnieniu. Dlaczego Lina robiła z tego taką tajemnicę? I skoro był takim przyjacielem, dlaczego nie przyszedł na jej pogrzeb?

- Był, widziałam go! Do ciebie nie podszedł, trzymał się z tyłu. Zatem pójdziesz na pogrzeb jego żony?

- Tak, oczywiście. Podobno Barbara wróciła. Myślisz, że się pogodzi ze Stefanem?

- Nie sądzę, ona przyjechała po to, aby podzielić majątek. Chce wszystko spieniężać, wziąć swoją część i wrócić do Ameryki. Z kolei Stefan nic nie chce sprzedawać, nieustannie się kłócą. Dla świętego spokoju powinien zrobić tak, jak ona chce, oby szybko wyjechała. Ale nie, on stoi przy swoim. Nie rozumiem ani mojego syna, ani jego związku z tą kobietą.

-❸---- Palec boży -----*