Wydawca: Wydawnictwo Czytelnik Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A co ja mam z tym wspólnego? - Sacha Batthyany

Pod koniec marca 1945 roku hrabina Margit Thyssen-Batthyany urządza w pałacu w Rechnitz w Austrii przyjęcie pożegnalne dla miejscowego kierownictwa NSDAP, SS i Gestapo. W jego trakcie niektórzy goście wychodzą z pałacu, by rozstrzelać żydowskich robotników, przetrzymywanych w pobliżu.
Ponad 60 lat później informacja o tamtej zbrodni dociera do kuzyna hrabiny, młodego dziennikarza z Zurychu, Sachy Batthyany’ego. – A co ty masz z tym wspólnego? – pyta go pisarz Maxim Biller. Batthyany, szukając odpowiedzi, zagłębia się w historię swego rodu: udaje się na dawne Węgry, przemierza syberyjskie gułagi, w Buenos Aires spotyka ocalałą więźniarkę Auschwitz. Odkrywa tajemnicę, która odmieni jego poglądy.

Czy minione pokolenia mają wpływ na nasze życie? Czy wszyscy jesteśmy wojennymi wnukami? A przecież uważaliśmy się za ludzi nowoczesnych i niezależnych.

Książka Sachy Batthyany’ego to niezwykła historia rodziny, panorama Europy Środkowej, a zarazem psychogram pewnego pokolenia.

 

Opinie o ebooku A co ja mam z tym wspólnego? - Sacha Batthyany

Fragment ebooka A co ja mam z tym wspólnego? - Sacha Batthyany

Sacha Batthyany

A co ja mam z tym wspólnego?

Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku Dzieje mojej rodziny

Przekład Emilia Bielicka

Czytelnik

Prolog

Agnes stanęła w drzwiach swojej sypialni, umalowana, uczesana i elegancko ubrana w związku z moją wizytą. Córki towarzyszyły matce, wyraźnie dumne z jej wyglądu.

– To jest twój gość z Europy – wyjaśniły – ten wnuk.

– Kto taki? – zapytała trochę za głośno.

– To ten wnuk, przecież wiesz.

Nie, Agnes nic nie wiedziała, poznałem to po wyrazie jej twarzy.

Przywitaliśmy się, po czym usiedliśmy wszyscy wokół okrągłego stołu w rogu pokoju, gdzieś w Buenos Aires. Znałem już Agnes dzięki lekturze dziennika mojej babki, który miałem przy sobie w teczce. Obie spędziły młode lata w niewielkiej wiosce na zachodzie Węgier – jako dzieci widywały się niemal codziennie, chociaż warunki, w jakich wzrastały, były całkiem odmienne. Rodzice Agnes mieli mały sklepik spożywczy, zaś rodzice mojej babki byli właścicielami pałacu z wysypanym żwirem dziedzińcem, na którego środku rósł rozłożysty kasztan. „Pędziliśmy spokojne wiejskie życie – pisała moja babka o swoim dzieciństwie – którego rytm wyznaczały zmieniające się pory roku”. Tak było aż do nadejścia wojny.

Do owego wiosennego dnia roku 1944, kiedy to od wieków panujący w owej wsi porządek załamał się, a wraz z nim runął cały ówczesny świat. Najpierw przyszli Niemcy, a po nich Rosjanie. Dwór spłonął, rodzina mojej babki straciła cały majątek, społeczną pozycję, miejsce w swoim świecie.

Agnes dostała się wtedy do Auschwitz.

A ja znalazłem się tu przejazdem, jak wyjaśniono Agnes moje przybycie. Ponieważ w czyimś dzienniku trafiłem na wzmiankę o niej.

– A właściwie o twoich rodzicach – skomentował ktoś pewne wydarzenie sprzed siedemdziesięciu lat.

I teraz, korzystając z okazji, chciałbym ten fragment Agnes przeczytać.

– O, to wspaniale! – ucieszyła się.

Siedząc obok niej, dostrzegłem tatuaż, który strażnik w Auschwitz wykłuł na jej przedramieniu i który zaczynał już zanikać w fałdach pomarszczonej skóry. Poszczególne cyfry można było odczytać z trudem: 802…6? A może to było 8?

– Z jabłkiem czy z twarogiem? – padło pytanie.

– Słucham?

Kiedy Agnes znalazła się w Auschwitz, miała osiemnaście lat, teraz przekroczyła już dziewięćdziesiątkę. Balkonik stał tuż obok jej krzesła, w zasięgu ręki. Na wąskiej półeczce zauważyłem fotografie przedstawiające jej zmarłego męża, śluby córek, kolejne fazy życia.

– Z jabłkiem – odpowiedziałem, podając mój talerzyk.

Kiedy wszyscy zjedli już swoje porcje ciasta, zacząłem czytać: o pociągu z Budapesztu, którego zbliżanie się zapowiadała już z daleka chmura dymu – na co Agnes kiwała potakująco głową; o żurawiach przed wjazdem do wsi; o słoikach konfitur z wiśni stojących przy kasie w sklepie jej rodziców; i o jej ojcu, panu Mandlu, i jego rumianych policzkach.

– O, prawda, te jego rumiane policzki! – wtrąciła Agnes radośnie, i my cieszyliśmy się razem z nią, chociaż nie było nam zbyt wesoło na duszy. Bo przecież znaliśmy prawdę.

* * *

Czy postąpiliśmy słusznie? Zadawałem sobie pytanie nazajutrz w hali odlotów na miejscowym lotnisku. Nie licząc kierowcy pojazdu czyszczącego – który przemierzał cały terminal tam i z powrotem, pozostawiając za sobą na dywanie to jaśniejsze, to ciemniejsze smugi – nie było dokoła ani żywej duszy.

Jestem przecież tylko posłańcem, tłumaczyłem sobie, wyruszając w tę podróż. Mam w ręku coś, co jest własnością Agnes, i z tej racji znalazłem się tutaj – a jednak teraz nie byłem tego taki pewny – czy rzeczywiście odgrywałem tylko rolę kuriera?

Minęło siedem lat od chwili, kiedy wybrałem się na poszukiwanie śladów tajemnic wojennych mojej rodziny. Wiele razy jeździłem na Węgry, do Austrii, poleciałem też do Moskwy, a w końcu i do Buenos Aires – jednak, co najważniejsze, zostałem ojcem trójki dzieci, co całą sprawę ogromnie skomplikowało: uczyłem się zmieniać pieluchy i mieszać kaszki, równocześnie starając się dotrzeć do własnych korzeni; spędziłem wiele dni w miejscowości o nazwie Rechnitz, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o masakrze dokonanej na stu osiemdziesięciu Żydach; brnąłem przez syberyjskie śniegi w poszukiwaniu resztek pewnego obozu pracy, by wreszcie wylądować w Ameryce Południowej. Wszystko to omawiałem co tydzień z moim psychoanalitykiem: rozprawialiśmy o Stalinie, holokauście i masowych grobach – podczas gdy inni spokojnie jedli sobie w południe pizzę. I dopiero teraz zadałem mu pytanie: „Proszę mi powiedzieć, czy ja nie jestem chory?”. Jego odpowiedź brzmiała: „A skąd ja to mogę wiedzieć?”.

Czułem się tak, jakbym żył w jakimś wehikule czasu, gdzie przeszłość zlewa się z teraźniejszością, a ja z góry obserwuję swoją wędrówkę po własnej biografii. Siedem lat. Tyle mniej więcej wynosi przewidywalna długość życia europejskich kretów, o których naczytałem się w dzienniku mojej babki – bo ona wciąż porównywała się z tymi stworzonkami.

Siedziałem więc sobie, wyglądając przez okno i obserwując pasy startowe lądujących samolotów, czarne smugi pozostawione przez gumowe opony i rozległe brzydkie pola, bezkresne przestrzenie Argentyny.

Na pożegnanie córki Agnes wcisnęły mi do ręki cieniutką książeczkę, wspomnienia z okresu wojny, które dołożyłem do teczki z dziennikami mojej babki. Życiorysy dwóch tak różnych kobiet, które się ze sobą splotły aż po czas teraźniejszy i do których mogłem sobie do woli zaglądać. Brakuje tylko moich wspomnień, pomyślałem, wyciągnąłem mój notatnik, wygładziłem pierwszą czystą stronę i wpisałem datę na górze, w lewym rogu: październik 2013.

Co to będzie? Może list. Ale do kogo? Do mnie? Jak się coś takiego rozpoczyna?

W tej samej chwili zapowiedziano mój lot.

1

Wszystko zaczęło się pewnego kwietniowego czwartku, dokładnie siedem lat przed moją podróżą do Buenos Aires. Przygotowywałem wtedy niedzielne wydanie „Neue Zürcher Zeitung”. Było wcześnie rano, w redakcji jeszcze prawie pusto, cisza i spokój. Pisałem o jakimś holenderskim dawcy nasienia, kiedy jedna ze starszych koleżanek, z którą raczej rzadko miałem do czynienia, położyła mi na biurku wycinek z gazety, pytając: „A cóż ty masz za rodzinę?”.

Podniosłem głowę, uśmiechając się do niej, i dopiero wtedy spojrzałem na artykuł, który dla mnie wycięła. Spodziewałem się czegoś, co by się wiązało z dziewiętnastym wiekiem, jakichś wytwornych toalet, jakichś koni. Może też mostu nazwanego imieniem któregoś z moich przodków: Ádáma, Zsigmonda czy Ladislausa Batthyányego – bo moje nazwisko jest na Węgrzech powszechnie znane. Nosili je hrabiowie, książęta, dostojnicy Kościoła. Jeden z moich przodków był w roku 1848 premierem, inny, lekarz Ladislaus Batthyány-Strattmann za swe medyczne zasługi dla Rzymu został w roku 2003 beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II. Historia tej rodziny sięga wypraw przeciwko Turkom w XIV stuleciu – tutaj, na Zachodzie, o tym nazwisku mało kto słyszał, bo też na dobrą sprawę nieczęsto zdarzała się ku temu okazja. Na ogół uważa się je za nazwisko tamilskie, bo liczne igreki kojarzą się widocznie ze Sri Lanką. Do mnie zwracano się w tej sprawie z prośbą o informacje tylko podczas świąt Bożego Narodzenia, kiedy telewizja nadaje trylogię o cesarzowej Sissi, zawsze o jedenastej przed południem – i cesarzowa, grana przez Romy Schneider, tańczy z hrabią Batthyánym, wytwornym arystokratą w błękitnym mundurze i z lśniącą od brylantyny fryzurą.

Podobnie niewinnych scenek spodziewałem się, rzucając okiem na podsunięty fragment gazety – tymczasem zaskoczył mnie całkiem niezrozumiały tytuł: Gospodyni piekła, chociaż kobietę na zdjęciu rozpoznałem natychmiast. Ciotka Margit. W marcu 1945 uczestniczyła ona rzekomo w masakrze dokonanej w granicznym austriackim mieście Rechnitz na stu osiemdziesięciu Żydach. Ponoć urządziła huczne przyjęcie z tańcami i dużą ilością alkoholu, po czym około północy, dla nagłego kaprysu, przyłożywszy każdemu z nagich mężczyzn i kobiet pistolet do czoła – po kolei wszystkich wystrzelała.

Powiedziałem: „Dziękuję” – odsunąłem tekst na bok i wróciłem do migoczącego ekranu komputera. Miałem tylko dwie godziny na dokończenie artykułu o holenderskim dawcy nasienia.

Ciotka Margit? Ta z językiem jaszczurki?

Kiedy byłem dzieckiem, trzy razy w roku spotykaliśmy się z ciotką Margit na obiedzie – zawsze w najdroższych restauracjach Zurychu. Mój ojciec przez całą drogę klął okropnie, paląc w naszym białym oplu jednego papierosa za drugim, a matka coraz to poprawiała mi włosy plastikowym grzebieniem. Mówiliśmy o niej zawsze „ciotka Margit”, nigdy tylko „Margit”, jakby ta ciotka była jej tytułem. Poślubiła stryja mojego ojca – ich małżeństwo było od początku do końca istną katastrofą. Margit pochodziła z rodziny Thyssenów, słynnych niemieckich miliarderów – jej mąż był zubożałym węgierskim hrabią. Margit miała potężny korpus, ale bardzo cienkie nogi. Do tej pory pamiętam jej kostium, zawsze ten sam, zapięty pod szyję, jedwabne szaliki w końskie motywy i torebki z krokodylowej skóry koloru bordo, ze złotymi zamkami; i jak opowiadając o rui jeleni czy o podróżach statkiem po Morzu Egejskim coraz to wysuwa czubek języka niczym jaszczurka. Ja zawsze siedzę jak najdalej od niej – bo ciotka Margit nie znosiła dzieci – i dziobiąc widelcem w talerzu z drobno pokrajaną cielęcą wątróbką, co chwila zerkam, byle ułowić ten jaszczurczy język.

Po jej śmierci wspominaliśmy ją rzadko i moje emocje związane ze wspólnymi obiadami coraz bardziej się zacierały aż do chwili, kiedy przeczytałem ów artykuł dotyczący jednej miejscowości w Austrii. Rechnitz. Był tam opis pewnego przyjęcia. I okrutnej masakry. Dokonanej na stu osiemdziesięciu Żydach, którzy przed rozstrzelaniem musieli rozebrać się do naga, żeby ich ciała szybciej uległy rozkładowi. A ciotka Margit? Była tam obecna.

Zadzwoniłem do ojca i zapytałem, czy on o tym wiedział. Milczał, słyszałem tylko, jak odkorkowuje butelkę wina. Wyobrażałem sobie, że siedzi na swojej ulubionej, mocno wysłużonej kanapie w swoim budapeszteńskim mieszkaniu.

– Margit zadawała się wprawdzie nieraz z nazistami, w rodzinie nie było to tajemnicą.

– W gazecie napisali, że urządziła przyjęcie, którego główną atrakcją, tak zwanym clou programu, było spędzenie stu osiemdziesięciu Żydów do jakiejś szopy, po czym wszystkim kompletnie pijanym gościom wręczono pistolety i nakazano strzelać. Wszystkim, nie wyłączając Margit. Nazwana została „gospodynią piekła”. W gazetach angielskich pisano o niej killer countess. Zaś niemiecka gazeta „Bild” zatytułowała swoją relację: Podczas libacji z nazistami hrabina z domu Thyssen kazała rozstrzelać 200 Żydów.

– To jakaś bzdura. Niewątpliwie doszło wtedy do zbrodni, ale żeby Margit miała z tym coś wspólnego, to uważam za absurd. Ta kobieta była potworem, ale do czegoś takiego nie byłaby zdolna.

– Dlaczego Margit miałaby być potworem?

* * *

Przed ukazaniem się w prasie artykułu o Rechnitz i ciotce Margit dzieje mojej rodziny mało mnie interesowały. Zresztą nie miałem właściwie okazji, żeby się z nimi zetknąć. Gdybym się urodził na Węgrzech, wyglądałoby to zupełnie inaczej – bo tam co krok trafiałbym na miejsca i gmachy upamiętniające moich przodków. Dzieciństwo spędziłem jednak nie w Budapeszcie, ale w czteropokojowym mieszkaniu na przedmieściu Zurychu. Kiedy skończyłem osiem lat, przenieśliśmy się o sto metrów dalej, do szaroburego szeregowca w kształcie kostki Rubika, którą w latach osiemdziesiątych wszyscy w tę i we tę obracali w palcach. Mieliśmy w ogrodzie stół do ping-ponga i ogromną lodówkę w amerykańskim stylu, pozostawioną przez poprzednich właścicieli. Po otwarciu zamrażalnika niezwykle apetycznie w nim pachniało – trzeba było tylko wsunąć głowę głęboko, poza zamrożony groszek. Jeszcze lepiej pamiętam zapach stacji benzynowej, gdzie zatrzymywaliśmy się czasem, wracając późno z niedzielnej wizyty u przyjaciół rodziców. Siedziałem zawsze z oboma braćmi na tylnym siedzeniu, marząc o tym, aby ojciec musiał po drodze tankować. Opuszczałem wtedy szybę i z zamkniętymi oczami głęboko wdychałem powietrze przez nos. Zapach benzyny, wieczorny chłód i my wszyscy razem w drodze powrotnej do domu – nigdy nie czułem się bardziej bezpiecznie. Kiedy dojeżdżaliśmy na miejsce, udawałem, że śpię, aby ojciec wziął mnie na ręce i zaniósł do mojego pokoju. Jego koszula pachniała winem i papierosami, i wieczornym chłodem – to było moje dzieciństwo.

Podobnie jak wieloryby, które oczekując potomstwa, szukają jak najzaciszniejszej wodnej przestrzeni, tak i moi rodzice wyłączyli się ze świata i tutaj właśnie osiedli. Jednak w przeciwieństwie do wielorybów, których głąb oceanów ciągnie uporczywie z powrotem, moi rodzice pozostali na wybranym przez siebie skraju miasta.

Być może schowali się tutaj przed własną przeszłością. Przed wspomnieniami o Węgrzech, o wojnie, o ucieczce, o ukrywaniu się.

Zamierzali pewnie w tym nieskalanym miejscu zacząć wszystko od nowa, nie wracając pamięcią do przeszłości; chcieli w tym oddalonym od świata zakątku stworzyć sobie nowy dom. I o mały włos by im się to udało.

Szwajcaria nadaje się idealnie do tego, by zacząć wszystko od początku, by strząsnąć z siebie dawne przeżycia – bo nic w tym kraju nie przypomina ani Hitlera, ani Stalina. Obydwa totalitarne systemy: narodowy socjalizm, komunizm, obozy koncentracyjne, gułagi to tytuły rozdziałów w szkolnych podręcznikach do historii. Nie ma tu żadnych pomników ku czci wojennych ofiar, nie spotyka się rodzin – nie licząc imigrantów – które przeżyły koszmary ostatniej wojny. Nikomu nie przyszłoby do głowy pytanie: „Co robiłeś podczas wojny, dziadku?”. Nikogo stąd nie deportowano ani nie zagazowano. Nie potrzeba tu niczego „przetrawiać” ani „sobie wyrzucać”, jak to opisują w gazetach, kiedy schodzi się na temat o innych krajów. Nie ma tu mowy o żadnej „zbiorowej winie”, o żadnych kryzysach, chyba że dotyczy to banków. Szwajcaria zna tylko lata dobrobytu, ogólnego bezpieczeństwa i beztroski – dotyczy to zwłaszcza czasu mojej młodości, czyli lat dziewięćdziesiątych, kiedy wszystko stawało się coraz bardziej kolorowe, a mieszkańcy dzielnic podmiejskich wyruszali podczas weekendów na swoich rowerach nad coraz to inne jeziora, nazywając to „kołowaniem”.

Tak nieograniczona idylla musiała się udzielać, zdawałoby się. A powszechna beztroska powinna była wpływać na szczęście rodzinne. Nie wszystkich to dotyczyło.

Ani mój ojciec, ani moja matka nie czuli się w Szwajcarii, tym najbardziej rozpieszczonym z krajów Europy, naprawdę jak w domu. Nauczyli się wprawdzie szwajcarskiego dialektu, jeździli na nartach, kupili sobie toster, jak wszyscy, w zimie jedli za przykładem innych raclette, polewali kartofle płynnym serem, tyle że dodawali do sosu trochę więcej papryki. Poza tym jednak brali udział w życiu tego kraju tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Witali się uprzejmie z sąsiadami, ale najchętniej przemykali się chyłkiem do samochodu. W skrytości ducha odnosili się do Szwajcarii i Szwajcarów z lekkim politowaniem, przynajmniej ja to tak dawniej odbierałem. Zdarzającymi się od czasu do czasu ksenofobicznymi uwagami niektórych współmieszkańców na temat naszego humorystycznego nazwiska czy zdziwieniem, że jak na cudzoziemców całkiem przyzwoicie mówimy po niemiecku lub że nasze zardzewiałe auto negatywnie się tu wyróżnia – zupełnie się nie przejmowali, bo byli przekonani, że w tym kraju nigdy naprawdę nie zapuszczą korzeni. Szwajcarię uważali za państwo niepoważne, które nie znało prawdziwego życia, z dolą i niedolą, ze wszystkimi wzlotami i upadkami, z chwilami autentycznego szczęścia i autentycznego cierpienia. Bo kto nikogo z rodziny nie stracił podczas wojny, kto nigdy nie przeżył niszczycielskiego ataku obcych najeźdźców – czy to armii niemieckiej, czy rosyjskiej – ten nie ma najmniejszego pojęcia o prawdziwym życiu. Dla nich przeszłość była zawsze ważniejsza od przyszłości. To, co dawne, miało większą wartość niż to, co współczesne.

I każde z nich – tkwiąc w owym skromnym domu na przedmieściu Zurychu, tym miejscu bez przyszłości, które mój ojciec miał niebawem opuścić – marzyło pewnie na swój sposób o zupełnie innym życiu.

Dwa lata po zniknięciu żelaznej kurtyny ojciec spakował się i wyjechał do Budapesztu. Matka również opuściła Szwajcarię, wyraźnie bez żalu, czego nie miałem jej nigdy za złe. Nagle wynieśli się więc oboje, pozostawiając mnie jednak z przekonaniem, że żyję w niewłaściwym kraju.

Ja w nim jednak pozostałem, pewnie z lenistwa, i po ukończeniu, wzorem innych, wyższych studiów zostałem dziennikarzem. Pisałem o uzbrojonych gangach dziecięcych w Liverpoolu, sypiałem w przyczepie kempingowej ważnego członka Ku Klux Klanu z Teksasu, całymi dniami biegałem po jednym z przedmieść Zurychu, zbierając materiały do reportażu o zbiorowym gwałcie dokonanym na trzynastoletniej dziewczynce, wreszcie zasiadłem na kanapie holenderskiego dawcy nasienia obok dwóch lesbijek, które pragnęły mieć wspólne dziecko. Patrzyłem, jak ów dawca wręcza kobietom małe naczynko i strzykawkę, za pomocą której jedna z nich miała sobie wstrzyknąć jego nasienie.

– Wyskoczę tylko coś kupić! – krzyknął, stojąc już w progu. – A może miałybyście na coś ochotę? Na colę czy chipsy?

Obie potrząsnęły głowami zaskoczone. One czekały przecież tylko na dziecko.

Wprawdzie z Węgier pochodzili moi rodzice, ale co ja miałem z tym krajem wspólnego? Niedawno skończyłem trzydzieści lat i właśnie się po uszy zakochałem – tak że drugą wojną światową i zbrodnią dokonaną na stu osiemdziesięciu Żydach nie musiałem się specjalnie przejmować. Uważałem, że mamy tu, na miejscu, dość własnych problemów, takich jak migracja, globalizacja, totalne zagubienie – pisałem więc o rozbuchanej konsumpcji, rozbuchanej pornografii, o nadmiarze wszystkiego.

Jednak po spotkaniu z historią własnej rodziny owego poranka, kiedy to w osobie wymienionej przez autora sensacyjnego artykułu rozpoznałem ciotkę – z miejsca przystąpiłem do szukania odpowiednich źródeł, by sprawdzić wiarygodność podanej w prasie wiadomości. Zwróciłem się do dalekich krewnych w Wiedniu, Budapeszcie i Monachium. „Cześć – pisałem – nie znamy się wprawdzie, ale jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Czy czytaliście ostatnio opis pewnego wydarzenia? Czy wam coś o tym wiadomo?”. Zdobyłem wszelkie dane dotyczące ciotki Margit i jej męża Ivana, który był bratem mojego dziadka; przeczytałem wiele książek dotyczących rodu Thyssenów, historii Węgier, spędziłem mnóstwo czasu w archiwach Berlina i Brna, Budapesztu i Grazu, często także rozmawiałem z moim ojcem. Ciotka Margit stała się przyczyną mojej wyprawy w przeszłość, z jej powodu po raz pierwszy w życiu zostałem zmuszony do konfrontacji z własnym pochodzeniem.

To masakra dokonana na stu osiemdziesięciu Żydach zbliżyła mnie do własnej rodziny.

2

Pewnej wiosennej niedzieli roku 2009 wybrałem się po raz pierwszy do Rechnitz, żeby sprawdzić, co moja ciotka miała naprawdę z tą zbrodnią wspólnego. Wcześnie rano dojechałem nocnym pociągiem z Zurychu do Wiednia, skąd wynajętym samochodem ruszyłem drogą pośród lasów i winnic. Owoce winogron były jeszcze drobne i twarde. Rechnitz nie jest miejscem szczególnie urodziwym – składa się na dobrą sprawę z jednej głównej ulicy, po której lewej i prawej stronie stoją nieduże domki o wąskich oknach z nieprzejrzystymi zasłonami. Nie ma tam żadnego centralnego placu, żadnego rynku, a po zamku, który niemiecki bogacz, potężny przedsiębiorca i kolekcjoner sztuki Heinrich Thyssen, zapisał w testamencie swojej córce, a naszej ciotce Margit, nie ma już śladu. Zbombardowali go Rosjanie, wkraczając do wsi w 1945 roku, wszystkie zaś meble, obrazy i dywany zgarnęli sąsiedni mieszkańcy.

Stowarzyszenie „Refugius” obchodzi regularnie rocznicę śmierci pomordowanych Żydów. Przy wjeździe do wsi, gdzie prawdopodobnie została dokonana zbrodnia, stoi dzisiaj pomnik, wokół którego mieszkańcy śpiewają i modlą się. O tej zbrodni nie wolno zapomnieć – powtórzono to i tym razem. Stałem na uboczu – nikogo tu nie znałem – i rozglądałem się dokoła: słońce świeciło, kwitły mlecze, sięgająca kostek trawa była jeszcze lekko wilgotna, a gdzieś pod nią znajdowało się sto osiemdziesiąt czaszek. Mimo wieloletnich poszukiwań tego masowego grobu do dziś nie udało się odnaleźć.

* * *

W nocy z 24 na 25 marca 1945 roku olśniewająco świeci księżyc. Na zamku, którego panią jest Margit Batthyány-Thyssen, w miejscowości Rechnitz, w Burgenlandzie, tuż przy granicy z Węgrami, odbywa się uroczyste przyjęcie. Członkowie gestapo i lokalni nazistowscy notable, jak SS-Hauptscharführer Franz Podezin czy Josef Muralter albo Hans-Joachim Oldenburg, zajęci ożywioną rozmową z chłopcami z Hitlerjugend i z pracownikami zamku, popijają szampana. Dla narodowych socjalistów wojna jest już przegrana: Rosjanie stoją nad Dunajem – ale goście nie zamierzają psuć sobie nastroju. Jest godzina ósma wieczorem. Równocześnie na dworcu w Rechnitz czeka około dwustu Żydów, przymusowych robotników z Węgier, zwiezionych tu do budowy wału południowo-wschodniego, gigantycznej linii obronnej prowadzącej przez Polskę, Słowację i Węgry aż po Triest – jej zadaniem jest odparcie nadciągającej Armii Czerwonej. O wpół do dziesiątej wieczorem Franz Ostermann ładuje część Żydów do swojej ciężarówki, by ich przekazać czekającym niedaleko czterem członkom SA, którzy wciskają więźniom do rąk łopaty, nakazując im wykopać podłużny rów.

Węgierscy Żydzi zabierają się do roboty, ale są osłabieni i wyczerpani, a ziemia jest zmarznięta i twarda – tymczasem na zamku ciotki Margit goście ucztują i tańczą. W pewnej chwili dowódca oddziału SS Franz Podezin zostaje wezwany do telefonu. Ponieważ w salonie jest zbyt głośno, musi przejść do sąsiedniego pokoju. Rozmowa trwa krótko. Podezin mówi: „Tak, tak!” i kończy: „Cholerne świństwo!”. Po czym zleca Hildegardzie Stadler, przewodniczącej miejscowego Bund Deutscher Mädel1 skrzyknąć do osobnego pokoju kilkunastu spośród ucztujących w salonie. „Żydzi czekający na dworcu są chorzy na tyfus – oświadcza zebranym – i trzeba ich wszystkich rozstrzelać”. Nikt nie protestuje. Odpowiedzialny za broń Karl Muhr wręcza uczestnikom przyjęcia karabiny i amunicję. Jest tuż po dwudziestej trzeciej. Na dziedzińcu zamkowym czekają trzy samochody. Nie wszyscy się w nich mieszczą, część musi iść pieszo. Ale nie mają daleko.

* * *

Zadzwoniłem do ojca.

– Wiedziałeś – zacząłem – że owej nocy ciotka Margit była tam przez cały czas obecna. I wiedziałeś o tej masakrze.

– Tak, wiedziałem.

– I nie przyszło ci do głowy, że ona mogła być w to zamieszana?

– Czy to ma być przesłuchanie?

– Pytam tylko.

– Do głowy by mi nie przyszło, że między tamtym przyjęciem i ową masakrą istniał jakiś związek, co sugerują ostatnio gazety. Zaczekaj chwilę…

Usłyszałem, jak się rozkaszlał i jak wyjmuje papierosa.

– Za dużo palisz.

– Co porabia malutka?

– Rośnie jej trzeci ząb i zaczyna raczkować. Dlaczego nigdy nie rozmawiałeś z Margit o wojnie?

– O co miałbym ją pytać? Słuchaj, ciociu Margit, może jeszcze łyczek wina? A poza tym, czy ty, ciociu, strzelałaś do Żydów?

– No właśnie.

– Nie bądź naiwny. Te wizyty miały charakter czysto kurtuazyjny. Rozmawialiśmy przeważnie o pogodzie, a ona psy wieszała na wszystkich członkach naszych rodzin. Banda matołów, tak określała zarówno Thyssenów, jak i Batthyánych, uważając ich wszystkich za mocno ograniczonych umysłowo. „Banda matołów”, to było jej ulubione określenie. Pamiętasz chyba ten jej niewyparzony język?

* * *

Między północą i godziną trzecią nad ranem właściciel wypożyczalni samochodów ciężarowych Franz Ostermann odbywa siedem razy tę samą drogę od dworca kolejowego do Kreuzstadl, za każdym razem wioząc od dwudziestu do trzydziestu Żydów, których przekazuje czekającym tam czterem członkom SA. Żydzi muszą się rozebrać, złożyć swoje ubrania przed wykopanym rowem, po czym nadzy klękają na brzegu swego grobu w kształcie litery L. Podezin stoi w pogotowiu, podobnie jak Oldenburg – obaj są fanatycznymi narodowymi socjalistami. Strzelają Żydom w kark. Josef Muralter, członek NSDAP, krzyczy, naciskając spust: „Wy świnie, won do piekła! Zdrajcy ojczyzny!”. Żydzi osuwają się do wykopanego dołu i pozostają tam, spiętrzeni jedni na drugich. Tymczasem w zamku otwiera się coraz to nowe butelki szampana, ktoś gra na harmonii. Margit jest młoda i lubi wesoły nastrój, jest najpiękniej ubrana ze wszystkich. Jeden z kelnerów o imieniu Viktor zauważa, że goście, którzy o trzeciej nad ranem zjawili się znów na sali, szczególnie żywo gestykulują i mają dziwnie zaczerwienione twarze. SS-Hauptscharführer Podezin, domniemany przywódca, który przed chwilą strzelał w głowy kobietom i mężczyznom, tańczy teraz z wielkim ożywieniem.

Nie wszystkich Żydów rozstrzelano owej nocy. Osiemnastu pozostawiono jeszcze przy życiu. Polecono im zasypać dół ziemią. Mieli spełnić obowiązek grabarzy. Dwanaście godzin później, wieczorem 25 marca, na rozkaz Hansa-Joachima Oldenburga, kochanka Margit, zostali również zastrzeleni i pogrzebani w pobliżu rzeźni.

Po wojnie siedem osób oskarżono o wielokrotne morderstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem lub o ludobójstwo. Byli to: Joseph Muralter, Ludwig Groll, Stefan Beigelbeck, Eduard Nicka, Franz Podezin, Hildegard Stadler i Hans-Joachim Oldenburg. Jednakże w roku 1946 proces trzeba było przerwać, ponieważ dwaj główni świadkowie zostali zamordowani. Pierwszym był Karl Muhr, odpowiedzialny za skład broni na zamku. Owej nocy 24 marca wręczał późniejszym sprawcom karabiny, po czym musiał spojrzeć im wszystkim w twarz. Rok później Muhr leżał z kulą w głowie w lesie obok swojego martwego psa, a jego dom stał w płomieniach. Łuska naboju, zabezpieczona przez policję na miejscu zbrodni, znikła. Drugim zamordowanym był świadek naoczny Nikolaus Weiss. Przeżył masakrę ukryty w szopie należącej do stałych mieszkańców Rechnitz. Rok później jego samochód został ostrzelany na drodze do Lockenhaus, wpadł w poślizg i Weiss zginął na miejscu.

Po obu tych morderstwach mieszkańcy Rechnitz żyli w strachu przed zemstą sprawców. Nikt nie miał odwagi mówić. Powszechne milczenie trwało do dziś. W latach siedemdziesiątych miejsce to stało się symbolem sposobu, w jaki Austria obchodzi się ze swoją narodowosocjalistyczną przeszłością. Nazwa Rechnitz kojarzy się z niepamięcią.

15 lipca 1948 roku Stefan Beigelbeck i Hildegard Stadler zostali uniewinnieni. Ludwiga Grolla skazano na osiem lat ciężkiego więzienia, Josefa Muraltera na pięć lat, a Eduarda Nickę na trzy lata więzienia. Podezin i Oldenburg, dwaj główni oskarżeni, zbiegli. Policja burgenlandzka podejrzewała, że hrabina Margit Batthyány-Thyssen ukryła ich w Szwajcarii, gdzieś w górach nad brzegiem jeziora Lugano.

Wiedeński Interpol zawiadomił o tym telegraficznie władze lugańskie 28 sierpnia 1948 roku: „Istnieje podejrzenie, że dwaj oskarżeni zamierzają udać się do Ameryki Południowej. Proszę o zatrzymanie ich”. Rozkaz aresztowania obu zbiegów wysłano 30 sierpnia 1948 roku, nie odniósł on jednak skutku.

Prokurator austriacki, doktor Mayer-Maly, który dążył do wyjaśnienia okoliczności masakry, oświadczył w mowie końcowej: „Prawdziwych morderców dotychczas nie odnaleziono”.

* * *

Pod koniec sierpnia udałem się do Rechnitz po raz drugi; winogrona były już czerwone, drzewa pachniały latem. Odwiedziłem Annemarie Vitzthum – miała osiemdziesiąt dziewięć lat i była pewnie ostatnią żyjącą uczestniczką zorganizowanego przez Margit przyjęcia.

– Specjalnie się na tę okazję wystroiłam – wspominała. – Siedzieliśmy przy okrągłych stołach w małej salce na parterze, hrabina z małżonkiem też tam z nami byli. Hrabina Margit wyglądała jak jakaś księżniczka, miała przepiękną suknię.

Coraz to wchodzili tam i wychodzili jacyś mężczyźni w mundurach, ale Annemarie Vitzthum nie pamiętała ich nazwisk.

– Przez cały czas panowało okropne zamieszanie. – To samo mówiła prokuratorowi w roku 1947, podczas przesłuchania. – Wszyscy pili wino, tańczyli, ale ja nie brałam w tym udziału, byłam przecież prostą dziewczyną, pracowałam na zamku jako telefonistka.

Około północy jeden z żołnierzy odprowadził ją do domu, do tego czasu hrabina nie opuszczała zamku.

– O tych Żydach – mówiła pani Vitzthum, podczas gdy jedliśmy placek drożdżowy z kruszonką jej roboty – dowiedziałam się dopiero później. To naprawdę straszna historia.

Prosto stamtąd udałem się do Klausa Gmeinera. Był on leśniczym w służbie ciotki Margit i ostatnim człowiekiem, który widział ją żywą. Margit posiadała w Rechnitz tysiąc hektarów lasu i co roku przyjeżdżała tam na polowanie.

– Była wspaniałą strzelczynią, zdobyła ogromne doświadczenie dzięki polowaniom w Afryce. Bardzo się cieszyła, kiedy udało jej się ustrzelić jakąś zwierzynę, jelenia czy sarnę. Widziałem wtedy, że jest naprawdę szczęśliwa.

Przez wszystkie te lata ani razu nie było między nimi mowy o czasach nazizmu, zapewniał Gmeiner, który, podobnie jak wszyscy miejscowi, wielbił Margit. Z tamtą zbrodnią nie miała na pewno nic wspólnego.

– Byliśmy właśnie na podchodzie – opowiadał o ostatnim wieczorze przed jej śmiercią – kiedy ona swoim niezawodnym okiem wypatrzyła jelenia.

Zwierzę wykonało jeszcze w jej stronę dwadzieścia, może trzydzieści chwiejnych kroków, Gmeiner dokładnie to pamiętał, po czym runęło. Pamiętał też, jak się tego samego wieczoru skarżyła, że ludzie dopraszają się wciąż o pieniądze.

– To było jej ostatnie zdanie.

Następnego ranka nie zjawiła się już na śniadaniu.

* * *

– Jak tam było w Rechnitz? Dowiedziałeś się czegoś nowego? – wypytywał mnie ojciec przez telefon.

Mówił zmęczonym głosem. Parę tygodni temu przed drzwiami jego letniego domku nad Balatonem zjawił się mały piesek, zwykły kundelek, który od tamtej pory na krok go nie odstępuje.

– Co tam porabia twój kundelek?

– Jest dość męczący.

– Ale chyba go polubiłeś?

– Opowiedz lepiej o Rechnitz.

– Ludzie we wsi zwracali się do mnie per panie hrabio, a niektórzy nawet przede mną dygali.

– Straszna ta staroświecka uniżoność.

– Świadkowie twierdzą, że mąż Margit, Ivan, też był obecny na tym przyjęciu.

– W rodzinie panowało przekonanie, że tamtego wieczoru był na Węgrzech.

– Każdy opowiada tę historię inaczej. Rodzina nie chce o tym w ogóle słyszeć i o roli Margit nikt nawet nie próbował niczego się dowiedzieć; media dybią na nagłówki w rodzaju Krwawa hrabina, a mieszkańcy Rechnitz najchętniej zamietliby całą sprawę pod dywan. Dla nich ciotka Margit jest święta.

– A tobie o co chodzi?

3

Na początku moich dociekań chciałem się dowiedzieć, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Przeszukiwałem archiwa, pisałem listy, wertowałem akta sprawy Rechnitz, dotarłem do dokumentów szwajcarskiej służby ochrony państwa dotyczących osoby Margit i zacząłem się zastanawiać, który z członków naszej rodziny o tej zbrodni wiedział i dlaczego nikt o tym nie mówił. Jakże często bywałem świadkiem rozmów moich dziadków, dotyczących od dawna nieżyjących ciotek czy jakichś zdziwaczałych wujów, czy wreszcie dawnej chwały Węgier, kiedy ludzie bywali jeszcze dobrze wychowani i miewali dobry gust. Dlaczego nikt nigdy nie wspomniał o Rechnitz? Dlaczego nigdy nie było mowy o tamtym grobie? Liczyłem na to, że znajdę gdzieś jakąś wzmiankę o miejscu, w którym pogrzebano owe sto osiemdziesiąt ciał. Że ktoś zechce ze mną o tym porozmawiać, słysząc, że należę do rodziny.

I w końcu jakiegoś zimowego wieczoru doszło do przypadkowego spotkania, które rozwiązało pewne problemy. Wyszliśmy z grupą przyjaciół na miasto i w którejś restauracji spotkaliśmy znajomego siedzącego przy jednym stole z niemieckim pisarzem Maximem Billerem. Przysiedliśmy się do nich i w pewnej chwili wypłynęła historia ciotki Margit. Biller o niej słyszał, co mnie zaskoczyło, i to on pierwszy zadał mi owo pytanie: „A co to ma z tobą wspólnego?”.

Nazistowska hrabina, jak się ją w gazetach po dziś dzień określa, i ja?

Takiego pytania się nie spodziewałem. Do tamtej pory nie zadawałem go sobie, bo wydawało mi się absurdalne.

– Ściśle rzecz biorąc – odpowiedziałem Billerowi niepewnie – ona nie jest nawet moją krewną, nazwisko ma po mężu, a z domu była Thyssen. Więc co to ma ze mną wspólnego? – powtórzyłem, żeby zyskać na czasie. – Nic a nic, zresztą wszystko to działo się tak dawno.

Gdybym sobie to pytanie zadał dziś, odpowiedziałbym inaczej. Bo z czasem zmienił się sam przedmiot mojego zainteresowania. Chodziło mi coraz mniej o to, żeby się dowiedzieć, co się naprawdę wydarzyło, nie byłem już dziennikarzem, który przybywa z zewnątrz, robi notatki, gromadzi fakty i wypytuje innych. Teraz sprawa dotyczyła mnie, mnie samego.

Czytałem o stowarzyszeniach wojennych wnuków, o ludziach w moim wieku, którzy z powodu wydarzeń sprzed siedemdziesięciu lat czują się pozbawieni korzeni, zagubieni, jakby się urodzili w próżni. „Odziedziczyli po własnych rodzicach nieprzetrawione przez nich emocje – cytuję – i teraz sami usiłują się wyzwolić z więzów przeszłości”. Wielu dręczy poczucie winy za to, że nie udało im się złagodzić udręk i zagubienia własnych rodziców. Czytałem o przykładach niesłychanej surowości, z jaką moi rówieśnicy potrafią traktować samych siebie, o inscenizowaniu świata totalnej szczęśliwości, żeby zrekompensować poczucie totalnego braku. Jeden z przedstawicieli tego pokolenia napisał: „Chciałbym wreszcie odnaleźć się we własnym życiu”. Ktoś inny pytał: „Co się z nami stało przez to, że nasi rodzice tak uparcie milczeli?”. Ja sam odnajdywałem także siebie w tych wypowiedziach, chociaż nie miałem ochoty należeć do którejkolwiek z istniejących już wspólnot gromadzących towarzyszy pokrewnej niedoli. Nie szukam wsparcia żadnych grup samopomocy.

„Każde pokolenie ma swoje zadania – wyczytałem na którejś ze stron internetowych zajmujących się tym problemem. – Pokolenie rodziców zakasywało rękawy, żeby posprzątać zewnętrzne gruzy. Usuwanie gruzów duchowych to obowiązek wnuków”. Czy naprawdę tak to wygląda? Nie byłoby to zbyt proste? Żeby traumatyczne przeżycia dziadkowie zostawiali w spadku wnukom – o tym rzeczywiście czytałem, ale trudno mi było w to uwierzyć. Tak jakby grad bomb, który mój ojciec przeżył w dzieciństwie, miał usprawiedliwić moją skłonność do melancholii. I jakby dziesięć lat spędzonych przez mojego dziadka w syberyjskim gułagu było przyczyną mojego chimerycznego usposobienia. Może więc jedno z drugim miało jakiś przyczynowy związek – czy też ja sam sobie taki związek wmawiałem?

Czy to nie ja czułem się nieustannie winny temu, że mi się w Szwajcarii za dobrze powodzi? Czy nie zdarzało mi się od czasu do czasu w głębi ducha pomarzyć o jakiejś niewinnej wojence? Czy chociaż o jakimś kryzysiku? A jak często poruszałem jako dziennikarz temat migrantów? Towarzyszyłem pewnej rodzinie opuszczającej Irak, sporo czasu spędziłem w cieplarniach południowej Hiszpanii, a z uchodźcami z Bangladeszu przebywałem w ich obozowisku w Atenach. Skąd to zainteresowanie ludźmi zmuszonymi do ucieczki? Skąd współczucie dla ich cierpienia?

Wychowałeś się przecież w Zurychu, przypominałem sam sobie, z dala od pancernych moździeży i dziur po pociskach, a więc o co tu chodzi? W szkole suszyłeś rośliny – kaczeńce, tarninę – jakże dumny z zielnika był twój nauczyciel. A potem ten bekhend we wrześniu 1988. Całkiem nieoczekiwanie dzięki tobie gra wygrana, skarpetki pełne czerwonego piasku – z tego składało się twoje życie, czy było ci za mało? Tak, nigdy nie miałem dość. Zawsze czegoś brakowało. Ten niczym niezmącony świat, który mnie otaczał. Śnieżnobiały jak szorty, które wtedy nosiłem, i kołnierz, który w połowie lat osiemdziesiątych lekko stawiałem – wszystko to nigdy nie było naprawdę moje. I tym samym owo zdanie stawało się coraz prawdziwsze, im dłużej się nad nim zastanawiałem: jestem wojennym wnukiem. Mój ojciec spędził wojnę w piwnicy, dziadek został wywieziony przez Rosjan na Syberię, babka drugiego syna straciła podczas wojny, a ciotka, bratowa dziadka, ponosiła odpowiedzialność za masakrę dokonaną na stu osiemdziesięciu Żydach. Moi krewni byli więc zarówno sprawcami, jak i ofiarami, zarówno ściganymi, jak i myśliwymi, najpierw ich wychwalano, a potem nimi gardzono. Bastardzi dziejów współczesnych. Na koniec szli przez życie coraz bardziej zgarbieni, utracili szacunek dla siebie, a potem własny głos. „Byliśmy rodziną kretów – pisała w swoim dzienniku moja babka Maritta. – Wycofaliśmy się całkiem, przestaliśmy w cokolwiek wierzyć i zapadliśmy się w sobie, z głową pod ziemią, wciąż tylko upokarzani”.

A jak było ze mną?

4

Pamiętam jedną z ostatnich wizyt u babki w Budapeszcie. Musiało to być w roku 2006, o Rechnitz jeszcze wtedy nie słyszałem. Przez ostatnie lata swego życia babka była wręcz opętana myślą o spisaniu własnej biografii. W ciągu pierwszych miesięcy próbowała jeszcze stukać na maszynie – był to model z lat siedemdziesiątych, z taśmą barwiącą. Wkrótce okazało się to zbyt męczące, więc dalej pisała już ręcznie, pismem przypominającym czasy, kiedy po mieście jeździło się powozami.

– Jak ci idzie pisanie wspomnień? – zapytałem, na co ona zerwała się z fotela jak oparzona i pobiegła do kuchni znajdującej się na końcu długiego korytarza, żeby zająć się herbatą. Słyszałem, jak grzebie w szufladzie, szukając małych łyżeczek.

– Czy są już pierwsze rozdziały? – pytałem dalej, nie czekając na te wspomnienia z prawdziwą niecierpliwością – pytałem tylko z grzeczności; bo tak naprawdę nigdy nie mieliśmy wspólnych tematów do wspominania. Próbowałem tylko pokonać barierę utrudniającą nam każdą rozmowę.

Babka wyjęła mleko z lodówki i nalała je do małej filiżaneczki – musiało jej się jednak trochę wylać, bo krzyknęła: „Nem jó!” (Ojej!) Usłyszałem też, jak płaską dłonią uderza się ze złością po udzie, po czym gąbką wyciera parę wylanych kropli z podłogi – i wtedy zagwizdał czajnik. Na najniższych półkach regału stały zdjęcia krewnych, których nazwisk nie byłem w stanie zapamiętać. Musiałem się za każdym razem schylić, żeby im się przyjrzeć i przed nimi pokłonić. Kto wie, może o to tu właśnie chodziło. Na ścianach wisiały pożółkłe sztychy ukazujące w zarysach Węgry podczas ich monarchistycznej świetności, przed pierwszą wojną światową. Odkąd sięgnę pamięcią, mój ojciec i babka nie rozmawiali o niczym innym, a ja kiwałem tylko głową, chociaż ten temat nigdy mnie nie interesował. Kiedy pewnego razu zapytałem o te dawne dzieje, na przykład jak wyglądały wtedy polowania albo dlaczego Węgrzy byli antysemitami (o czym ostatnio często była mowa) – to zawsze słyszałem tę samą odpowiedź: „Nem érted”. (Ty tego nie zrozumiesz). Słowa te towarzyszyły mi od dzieciństwa i do dziś mnie prześladują.

„Ty tego nie zrozumiesz” – powtarzają dawno zmarli panowie z fotografii, które mijam, zgięty we dwoje.

„Ale ja przecież o tym wszystkim czytałem. Czego wy jeszcze ode mnie chcecie?” – tłumaczę im z irytacją.

„Wszystko to same bzdury – odpowiadają. – Daruj sobie te łgarstwa” – burczą chórem.

„Ale ja…”.

„Czy ty wiesz, co to jest cierpienie?”.

„Cierpienie?”.

„Czy wiesz, co to znaczy Grandeln?”.

„Grandeln?”.

„Czy straciłeś kiedy rodzinny dom, swoją ojczyznę, swój kraj?”.

„Ale przecież…”.

„Daj sobie spokój – przerywają mi tonem cesarsko-królewskich oficerów. – Ty tego i tak nie zrozumiesz”.

– O czym to mówiliśmy? – zapytała mnie moja babka. Wróciła z kuchni z herbatą, na tacy miała dwie białe filiżanki z ozdobnymi uszkami, mocno poobtłukiwaną cukierniczkę i dzbanuszek z mlekiem. Nie zauważyłem jej wejścia, stojąc pod oknem, z nosem przyciśniętym do zimnej szyby, patrzyłem na bramę prowadzącą do zamku, na węgierskie flagi powiewające na wietrze i skrzypka w barokowym stroju i w peruce, kwitującego ukłonem każdy datek wrzucany przez przechodzących turystów do przeznaczonej na ten cel skarbonki.

– Pytałem, czy jest już coś do poczytania z pisanych przez ciebie wspomnień – odpowiedziałem, patrząc jej w oczy. Pominęła moje pytanie uśmiechem.

– Jak ci przeszła podróż? – zapytała.

Te moje podróże trwały zwykle po trzy dni. Siedzieliśmy sobie na niebieskiej kanapie w okropnie przegrzanym saloniku, a czas dłużył się niemiłosiernie. Staraliśmy się oboje podsycać nikły strumyczek naszej konwersacji aż do ostatniego wieczoru.

– Zupa była naprawdę doskonała – powiedziałem, czując się niczym popularny emeryt występujący w austriackiej telewizji.

– Jest, oczywiście, domowej roboty – odpowiedziała.

I ta wypowiedź nie pasowała do niej, podobnie jak moja do mnie. Zupełnie jak byśmy grali role babki i wnuka.

Również nasz spacer dzień wcześniej ze zbieraniem kasztanów miał w sobie coś sztucznego: przeskakując ostrożnie z tematu na temat, poruszaliśmy się jak po polu minowym.

Na pożegnanie babka trzymała mnie za każdym razem trochę dłużej w ramionach.

– Nagyon szeretlek – szeptała mi do ucha – bardzo ciebie kocham, na co ja, równie konspiracyjnie, ściskałam jej kościste ramiona. Czyżbyśmy robili coś zabronionego? Po raz ostatni zobaczyłem moją babkę w szpitalu położonym gdzieś w śródmieściu Budapesztu. W jednym z tych olbrzymich budynków o sadzą pokrytych fasadach, po których trudno się było zorientować, czy mieści się tam opera, więzienie czy właśnie klinika. Biedna babka była bardzo chuda i jakby zagubiona w ogromnym szpitalnym łóżku. Poszedłem do małego kiosku za rogiem i kupiłem jogurt, red bulla, herbatniki i czekoladę, bo ojciec powiedział, że szpitalne jedzenie jest paskudne, a ona powinna nabrać sił. Kiedy wróciłem z moimi zakupami – a wszystkie miały bardzo kolorowe opakowania z napisami: energy i power, które zupełnie do niej nie pasowały – babka spojrzała na mnie z przerażeniem, potrząsając głową. Wyraźnie nie miała już na nic sił.

Na łożu śmierci słabym głosem zaklinała mojego ojca, żeby obiecał spalić spisane przez nią notatki. Było to jej ostatnie życzenie i ojciec trzymał ją za rękę, ale obietnicy nie dotrzymał. Babka umarła 1 maja 2009 roku, bardzo chłodnego ranka. Siedziałem wtedy w jakiejś kawiarni w Zurychu, obserwując przez okno liczne fontanny, jak co roku gotowe do akcji w związku z obchodami dnia pracy, kiedy otrzymałem wiadomość od ojca. Tylko jedno zdanie, że babka w nocy umarła. Zapłaciłem rachunek i pobiegłem, mijając po drodze młodych ludzi w palestyńskich chustach, z transparentami w rękach, domagających się śmierci banków; a także aktywistów kurdyjskich, Tybetańczyków, feministki, rozwrzeszczanych nastolatków w bluzach z kapturami, po czym otworzyłem drzwi mojego mieszkania i wyjąłem z kołyski córeczkę, która miała wtedy trzy miesiące. „Twoja prababcia nie żyje”, szepnąłem jej do uszka. Przez sen potarła oczy piąstkami, a ja żałowałem tego zdania już w chwili, kiedy je wypowiadałem.

Zamiast zniszczyć dziennik ojciec wpakował wszystkie kartki do zgniłozielonej teczki, dołożył listy i notatki, które znalazł w dolnych szufladach jej sekretarzyka, włożył wszystko do plastikowej torby i schował całość do szafy u siebie w domu. Nie przeczytał ani linijki, ani jednego słowa. Zdawał sobie sprawę, że nie spełnił jej ostatniego życzenia, ale nie miał ochoty się nad tym zastanawiać. Kiedy w dwa lata po jej śmierci wręczał mi tę torbę, nie był zbyt rozmowny. Siedzieliśmy przy stoliku w rogu w Da Lello, restauracji jego ulubionego Włocha, przy ulicy Márvány w Budapeszcie, kiedy oddawał mi bez słowa to, co pozostało po jego matce.

Dzienniki I

Maritta

Od samego rana panowało w domu ogromne podniecenie. Goga, Sophie, wszystkie pokojówki i cała pozostała służba biegała po korytarzach, niosąc świeże prześcieradła, przegotowaną wodę, owoce. Psy ujadały. Nikt nie wypowiadał tu słowa „poród”, wszyscy używali o wiele wytworniejszego francuskiego określenia l’événement, które do tego miejsca zupełnie nie pasowało – do Sárosd, węgierskiej wioski, najdalej na wschód wysuniętego krańca Europy, gdzie nie było nic oprócz paru chłopów uprawiających swoje pola przy pomocy osłów; wiecznie ciężarnych cygańskich dziewcząt, których dzieci w zimie często zamarzały na śmierć; i pałacu o grubych żółtych murach, licznych wieżyczkach i wykuszach, w którym mieszkali moi rodzice i moja starsza siostra. Nawet Peti i Zoli, stary stangret i siodlarz, który miał lewą nogę sztywną, mówili o „levenma”, z tym że w ich wersji głoska „a” miała szczególnie głębokie brzmienie, podobnie jak podczas polowania wołali „iro!” i „obak!” zamiast tire haut! i au bas! Wyciągnęli stary moździerz pancerny, który pozostał po pierwszej wojnie światowej, zapomniany wśród winorośli, zaprzęgli do niego konie i zawlekli na wysypany żwirem dziedziniec, gdzie pozostały po tej akcji głęboko wyżłobione bruzdy. Owego dusznego wieczoru 31 czerwca 1922 roku miały zabrzmieć salwy rozpędzające burzowe chmury. O godzinie wpół do ósmej nadszedł oczekiwany moment i pięć ogłuszających wystrzałów wzleciało ku niebu. I wtedy ja przyszłam na świat, otulona w najdelikatniejsze batystowe pieluszki.

Agnes

Mam na imię Agnes, ale mówią do mnie Agi. Urodziłam się w roku 1924 w Sárosd, małej wiosce na Węgrzech, gdzie mieszkało wtedy sześć żydowskich rodzin. My byliśmy jedną z nich. Miałam o dwa lata młodszego brata Sándora, mój ojciec miał na imię Imre, a matka – Gitta. Byliśmy tym, co się nazywa normalną rodziną. I klasą średnią, jakby się to dzisiaj określiło, ani bogatą, ani biedną. Mieliśmy niemiecką nianię i dzięki temu nauczyłam się trochę niemieckiego. Do szkoły powszechnej chodziłam w naszej wsi, później rodzice posłali mnie do szkoły z internatem w Budapeszcie, gdzie czułam się bardzo samotna, co dzień płakałam, tęskniąc za moim dawnym życiem. Dopiero stopniowo, mniej więcej po roku, zaczęłam przyzwyczajać się do tego internatu, a kiedy skończyłam czternaście lat, rodzice wynajęli mi pokój przy jakiejś rodzinie.

Mój brat Sándor mieszkał też w Budapeszcie, ale nie spotykaliśmy się zbyt często. Rano szliśmy do szkoły, a po południu uczyliśmy się albo pracowaliśmy. Bo ja dodatkowo odbywałam praktykę w znanej cukierni Ruszwurm w Dzielnicy Zamkowej. Moi rodzice uważali, że czekają nas trudne czasy i że powinnam nauczyć się czegoś pożytecznego. W najgorszym razie, mówili, będę musiała wyjechać do Australii, bo tam mieszka jakaś nasza kuzynka. Nie chciałam w ogóle tego słuchać. Bo co takiego złego mogło mnie spotkać?

Maritta

Kiedy mój ojciec mnie zobaczył, pokiwał głową i nawet się uśmiechnął, ściskał wszystkim naokoło ręce, zajrzał na chwilę do pokoju, gdzie stało łóżko, zobaczył plamy krwi i swoją żonę, którą opatrywały pielęgniarki, spojrzał na ścianę, gdzie wisiał stary sztych przedstawiający Jezusa z włosami do ramion i cierpiącym wyrazem twarzy. Może o rozczarowaniu lepiej tu nie mówić, ale wielkim sukcesem dla niego nie byłam.

Nigdy nie słyszałam żadnych wyrzutów, ale jedno było jasne: moi rodzice o niczym bardziej nie marzyli, jak o przyjściu na świat syna. Dziedzica. Będąc kobietą w roku 1922 na Węgrzech, i to na wsi, nie byłaś nic warta. Czy to uległo teraz jakiejś zmianie, śmiem wątpić. Tyle że mnie przypadło i tak w udziale życie uprzywilejowane. Piłam mleko od krowy specjalnie dla mnie wybranej, nosiłam, w przeciwieństwie do innych wiejskich dzieci, buty odpowiednie do panujących u nas surowych zim, a w lecie białe sukienki z falbankami, miałam własną pokojówkę, kucharzy i nauczyciela francuskiego o imieniu Louis, który mnie uczył dobrych manier.

Jednakże uprzywilejowanie nie było równoznaczne z rozpieszczaniem, nie należy tego ze sobą łączyć. Nie wyglądało to wtedy tak, jak dziś, kiedy zamożni rodzice starają się spełniać najbardziej ekstrawaganckie życzenia swoich dzieci. Nam nie było wolno niczego sobie życzyć, zakazane były wszelkie skargi, nie wolno narzekać – to stanowiło wtedy najważniejsze przykazanie. Zachowywać się z godnością. Pokój dziecinny mój i mojej siostry był urządzony iście po spartańsku, jak najmniej zabawek, ogrzewanie jak najbardziej oszczędne, słodycze tylko przy wyjątkowych okazjach. Z pieniędzmi aż do czasów młodości nie miałam w ogóle do czynienia – kojarzyły się one z czymś zabronionym, wręcz wulgarnym. Za to plan dnia należało wypełniać z precyzyjną dokładnością: posiłki, modlitwy, lektury. Nasze uprzywilejowane życie wiązało się z wygórowanymi wymaganiami, jakim trzeba było sprostać. Przede wszystkim nie wolno się było wywyższać, to należało do owych podstawowych przykazań. A także obowiązkowe umniejszanie własnych osiągnięć. Nie można było się przyznawać, że się cokolwiek lepiej od innych umie.

Na dwa lata przed moim urodzeniem, 4 czerwca 1920 roku, Węgry podpisały traktat pokojowy w Trianon. Do dziś fakt ten uchodzi za największą tragedię w dziejach tego kraju. Węgry straciły wtedy dwie trzecie swego dotychczasowego terytorium. Po pierwszej wojnie światowej alianci podzielili te tereny między sąsiednie kraje: Rumunia otrzymała Siedmiogród, Republice Czechosłowackiej przyznano teren o powierzchni sześćdziesięciu trzech tysięcy kilometrów kwadratowych, nowemu Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców przypadła dzisiejsza Wojwodina, zaś Austrii Burgenland. Potężne niegdyś Węgry zamieniły się w jakieś karłowate państewko. Trianon było dla mojego kraju potężnym szokiem. Przyjaciele i znajomi pamiętają do dziś ten czarny dzień. Przeżyty wtedy ból wspominają tak, jakby to wydarzenie, do którego doszło w pobliżu Paryża, gdzie ów traktat został podpisany, pozbawiło ich rąk i nóg.

Jeszcze w latach trzydziestych każdy dzień w szkole zaczynało się od modlitwy o odbudowę wielkich Węgier: „Wierzę w Boga, wierzę w ojczyznę, wierzę w odwieczną boską prawdę, wierzę w zmartwychwstanie Węgier”.

Doskonale pamiętam furię, jaką wszyscy odczuwaliśmy. Cały kraj krzyczał, chociaż nikt tego krzyku nie słyszał. Okaleczenie naszej ojczyzny sprawiło, że ja i moi rodacy staliśmy się węgierskimi fanatykami. Ogarnęła nas obsesja na punkcie utraconej wolności, w głębi naszych serc byliśmy smutni i zbuntowani.

Podobnie jak wiele innych rodzin, mieliśmy przytwierdzoną do ściany domu plakietkę, na której narysowana była mapa. W tle widać było delikatne kontury naszego dawnego państwa, od Krakowa aż po Triest, od południowego Tyrolu aż po Belgrad, a pośrodku, niby rana, ten żałosny ogryzek, w jaki zamienił się nasz kraj. „Czy tak ma już pozostać?”, takie pytanie widniało na dole mapy, a dalej odpowiedź: „Nem! Nem! Soha!”. Nie! Nie! Nigdy!

Podczas gdy w okresie międzywojennym w wielu częściach Europy powstawały już struktury demokratyczne, Węgry pozostawały krajem zacofanym, o ustroju na pół feudalnym, o czym świadczył podział na społeczne warstwy, z których każda miała do spełnienia konkretne zadania. Niezależnie od intelektualnej, kulturalnej i naukowej elity skupionej głównie w Budapeszcie, a złożonej przede wszystkim z Żydów, węgierskie społeczeństwo składało się z właścicieli majątków ziemskich, przeważnie arystokratycznego pochodzenia, do której to warstwy należała moja rodzina, i z setek tysięcy robotników rolnych.

Były to czasy admirała Miklósa Horthyego, niszczyciela naszego państwa, który zjawiał się w swym urzędzie na siwym koniu, podobnie jak to czynił legendarny książę Árpád. Współcześni historycy spierają się między sobą na temat antysemityzmu Horthyego, który utrudniał Żydom dostęp do studiów, jeszcze zanim wprowadzono w Niemczech ustawodawstwo rasowe. Przez długi czas walczył ramię w ramię z Hitlerem i zdystansował się od niego dopiero w drugiej połowie 1944 roku. Na jego korzyść przemawia podjęcie pod koniec wojny starań powstrzymania transportów do Auschwitz. Jeden z pociągów na rozkaz Horthyego zatrzymano na granicy i nawet udało się go zawrócić, ale odkąd Eichmann zamieszkał w Budapeszcie, Horthy był bezsilny i wtedy nie dawało się już Żydów ratować. Ja na temat Horthyego mogę tylko tyle powiedzieć: jego dwudziestoczteroletniemu panowaniu winna jestem uznanie i wdzięczność. Bo na ten okres przypadło moje cudowne dzieciństwo i beztroska młodość.

Pokolenie moich rodziców było feudalne do głębi swej duszy. Ówczesne życie na wsi można sobie wyobrazić na wzór filmów o plantacjach bawełny w południowych stanach Ameryki: z jednej strony miało się do czynienia z właścicielami plantacji, a z drugiej z ich niewolnikami. Kto miał szczęście, ten trafiał na chlebodawców życzliwie nastawionych do podwładnych. Pechowcy bywali jednak traktowani jak zwierzęta. Mój ojciec traktował swoich pracowników surowo, ale zawsze sprawiedliwie. Jak prawdziwy patriarcha. Pilnował, żebyśmy byli zawsze porządnie uczesani i schludnie ubrani. Na ścianach wisiały portrety przodków – byli to przeważnie mężczyźni w mundurach, na których widniały ordery otrzymane za wojenne zasługi, i kobiety w strojnych falbaniastych szatach. Nad drzwiami umieszczone były okazałe poroża jeleni. Co dzień trzeba było wypić na śniadanie filiżankę kawy zbożowej – my, dzieci, nie cierpieliśmy tej lury, bo była okropnie gorzka. Na moim spodku leżały zawsze dwie kostki cukru, ale nie mogłam słodzić nimi kawy, bo przecież pozwalanie sobie na przyjemności było surowo wzbronione. Musiałam więc owe kostki odkładać do stojącej pośrodku stołu cukiernicy z wygrawerowanym na pokrywce francuskim napisem: Pour les pauvres („Dla biednych”). Nie mam pojęcia, gdzie ta cukiernica się podziała i skąd się wtedy wzięła – wiem tylko, że była ściśle związana z moją młodością, tak jak lanie spuszczane mi przez nauczycieli. Kiedy cukiernica się zapełni, zapewniano nas, kostki cukru zostaną rozdane wiejskim dzieciom – tymczasem ja zauważyłam, że słodzi się tym cukrem ciasto, którym rodzice częstują w salonie swoich gości. Dzisiejsze dzieci zwróciłyby rodzicom uwagę na takie świętoszkowate, niekonsekwentne postępowanie. My pomijaliśmy to milczeniem.

„Pałac” uważano za określenie zbyt pospolite dla miejsca, w którym mieszkaliśmy, i nazywano je „zamkiem”. Była to budowla w kształcie litery U, okalająca posypany żwirem dziedziniec, pośrodku którego rósł potężny kasztan opasany drewnianą ławką. W pałacu mieściło się co najmniej trzydzieści pokoi, a na jego południowej ścianie skonstruowano sięgającą okien drewnianą kratę, wokół której wiły się pnące róże, czerwone, żółte i białe, w narodowych barwach Węgier. Zapach tych róż unosił się tam przez pół roku, a kiedy nagle znikał i w jego miejsce pojawiała się woń błota, mokrej ziemi i zgniłych liści, to już nie ulegało wątpliwości, że nadeszła jesień.

Agnes

Wszystko przebiegało jak zwykle, aż do 19 marca 1944 roku. Była niedziela, zadzwoniła do mnie przyjaciółka i zapytała:

– Słyszałaś? Niemcy zajęli Budapeszt.

Nie mogłam w to uwierzyć, bo na ulicach nic o tym nie świadczyło. Owej niedzieli byłam u pewnej znajomej na obiedzie, a potem wybierałam się z bratem do kina, co się nam rzadko zdarzało. Nieczęsto razem gdzieś chodziliśmy, ale właśnie tego dnia on zaproponował:

– Jeśli nie masz żadnych innych planów, to może byśmy poszli do kina.

Siedzieliśmy już na sali, film się właśnie zaczął, kiedy nagle zapalono światło i polecono nam opuścić kino. Bardzo im przykro, powiedzieli, ale muszą przerwać projekcję, ponieważ Niemcy wkroczyli do Budapesztu. Zaskoczeni, wstaliśmy z miejsc i wyszliśmy na ulicę. Wracając do domu, mijałam okazały budynek, w którym mieściła się siedziba strzałokrzyżowców. Już wcześniej nie lubiłam tamtędy przechodzić, ale tego dnia to uczucie się jeszcze nasiliło. Ci mężczyźni w czarnych koszulach, którzy stali przed tym budynkiem i głośno rozmawiali, budzili we mnie lęk.

Następnego dnia miał przyjechać do Budapesztu mój ojciec, chciał załatwić jakieś swoje sprawy – ale ja do niego zadzwoniłam i poprosiłam, żeby nie przyjeżdżał. Co prawda nie sądziłam, że sytuacja może być niebezpieczna, ale uważałam, że tak będzie lepiej. A nuż Niemcy zechcą bombardować tory kolejowe, podobnie jak w innych okolicach Węgier, pomyślałam.

– Dlaczego nie chcesz, żebym przyjeżdżał? – zapytał ojciec. Najwidoczniej ostatnie wiadomości jeszcze do naszej wsi nie dotarły.

– Bo tak będzie lepiej – powiedziałam. Nie chciałam, żeby się niepotrzebnie martwił. Jednak mój głos musiał dać mu do myślenia, widocznie wyczuł moje napięcie. Pamiętam, co na zakończenie powiedział:

– A co będzie z wami?

Maritta

Miałam wtedy szesnaście lat i tylko jedną pasję: moje książki. Polityka nic mnie nie obchodziła, moje życie składało się ze zwykłej codzienności. Mimo że Austria w roku 1938 zawarła sojusz z Niemcami, na Węgrzech nikt nie widział w tym nic szczególnie groźnego. A ja czytałam i czytałam dniami i nocami, i pisałam okropne wierszyki, pełne jakiejś nieokreślonej tęsknoty. O miłości nie miałam jeszcze pojęcia. I w klasztorze Sacré-Coeur, w którym spędziłam ostatnie trzy lata gimnazjum, też nie było o tym mowy. W owej fazie mojego życia postanowiłam temat damsko-męski odłożyć na bok. Moja matka była taka piękna, moja siostra miała tak wielkie powodzenie, że ja z własnej woli usunęłam się w cień i na mężczyzn zerkałam tylko po kryjomu. A jednak, zgodnie z ówczesnym obyczajem, powinnam była i ja przedstawić rodzicom ewentualnego kandydata na męża. Znalazłam się więc w kłopotliwej sytuacji, bo nie miałam pod ręką nikogo. I właśnie wtedy poznałam na balu młodego człowieka, który całkiem nieoczekiwanie wyznał mi miłość, jaką poczuł od pierwszego wejrzenia. Obietnicy, że będzie mnie zawsze kochał, miał dotrzymać przez wszystkie lata naszego małżeństwa. Feri pozostał jedynym mężczyzną w moim życiu. I nasze małżeństwo przetrwało aż do jego śmierci. Było to zresztą szczególne małżeństwo.

Mówiło się wtedy o „finansowym zapleczu” człowieka. Przy czym nie chodziło tu bynajmniej o jego majątek – decydujące znaczenie miało wychowanie, wykształcenie, sposób bycia. I język, jakim się posługiwano. Jedno słowo mogło zdradzić klasę, warstwę społeczną, z jakiej pochodziła dana osoba. Najważniejsze były osobiste wartości, jakie ktoś reprezentował, a nie to, co posiadał. Feri zdawał się odpowiednim dla mnie mężem, taką opinię słyszałam ze wszystkich stron, on nosił nazwisko Batthyány, ja – Esterházy, oboje pochodziliśmy z najstarszych węgierskich rodów. Ja nie przejmowałam się tą gadaniną, najważniejsze były dla mnie moje książki. Jeśli małżeństwo zapewniłoby mi więcej wolnego czasu na czytanie, to nie miałam nic przeciwko temu. Wkrótce po ślubie, w lutym 1942, zamieszkaliśmy w Budapeszcie i zaraz potem zaszłam w ciążę. Feri otrzymał powołanie do wojska i jego pułk został skierowany na front do Polski. Ponieważ czułam się w Budapeszcie bardzo samotna, przeniosłam się razem z moim synkiem do rodzinnego domu w Sárosd.

Podróż powrotną pamiętam tak dokładnie, jakbym ją odbywała wczoraj. Już w trakcie tej krótkiej drogi przebiegającej przy akompaniamencie turkotu kół i urozmaicanej to pojawianiem się, to znikaniem za oknami słupów telegraficznych – bladły stopniowo niepokoje o męża, który walczył gdzieś w Polsce. Rozpływały się pośród pól, łąk, rzędów topoli, kęp dzikiego bzu. Na horyzoncie tańczyły żurawie. Po czym zapowiedziano nazwę wsi, pociąg stanął, nazwa stacji znikła w czarnym dymie, który się szybko rozwiał, odsłaniając stangreta Petiego, czekającego na mnie tam, gdzie kończył się peron. Peti, z przypiętymi do kapelusza piórami dropi, machający mi ręką na powitanie, wrócił mi całą swojskość niedawnego dzieciństwa.

Już cały rok trwała rozłąka z Ferim, otrzymywałam od niego listy z frontu, walczył najpierw w Polsce, potem na Ukrainie. Biedak nawet muchy by nie skrzywdził. Feri był nieśmiałym człowiekiem, ci, którzy go dobrze znali, wiedzieli, że jest dobroduszny i naiwny jak dziecko. W listach pisał mi o swojej miłości, o tęsknocie za tym, żebyśmy znów byli razem. Mnie też go bardzo brakowało, chociaż nie mogłabym tego uczucia nazwać gorącą tęsknotą.

Agnes

Owego 19 marca o godzinie 23 wieczorem zadzwonił u mnie telefon. Odezwał się mój ojciec, który mi kazał wracać do domu pierwszym rannym pociągiem. Widocznie wiadomości o wkroczeniu Niemców zdążyły już dotrzeć do naszej wsi. Mój brat nie chciał wracać. Uważał, że bezpieczniej dla nas byłoby zostać w Budapeszcie niż jechać do Sárosd, gdzie nas wszyscy znają. Budapeszt jest wielkim miastem, w którym łatwiej jest się ukryć.

– Ja w każdym razie jadę. A potem wrócę z matką i ojcem.

– Zgoda. – I odprowadził mnie na dworzec, żeby mi pomóc dźwigać walizkę.

Na wszystkich dużych placach stali niemieccy żołnierze z psami. Policjanci węgierscy kontrolowali tramwaje. Drzwi się otworzyły, policjanci wkroczyli i kazali wszystkim Żydom wysiąść. Jeden z nich zwrócił się do mnie:

– Jeśli panienka nie jest Żydówką, to radzę szybko stąd uciekać.

Zapytałam go:

– A mój brat?

– On musi wysiąść.

– W takim razie ja też wysiadam.

I wtedy dostaliśmy się do najgorszego więzienia, jakie istniało w tym czasie na Węgrzech. Znajdowało się w Kistarcsa, niedaleko Budapesztu. Było zimno, śnieg leżał na ulicach, na drzewach i na dachach domów. Jak musieli się czuć nasi rodzice, którzy stali wtedy na dworcu i czekali na nas, a myśmy nie wysiedli? Do dziś nie mogę sobie tego wyobrazić, bo jest to zbyt bolesne.

Przed wejściem do więzienia rozdzielono nas. Kobiety wepchnięto do ciasnego pomieszczenia bez okien, a mężczyzn zgromadzono na podwórzu.

Miałam w kieszeni jabłko, które rękami przełamałam na pół, żeby się nim podzielić z Sándorem, jak się znowu spotkamy. Do tego jednak wcale nie doszło.

Parę dni później było Pesach, żydowskie święto.

Otrzymaliśmy zupę, którą dostarczyły żydowskie organizacje. Pamiętam, że nie miałyśmy ani talerzy, ani łyżek, ale nasz głód był tak duży, że nie mogłyśmy się doczekać, aż zupa wystygnie. Niektóre kobiety próbowały wlewać ją sobie do ust gołymi rękami i poparzyły się, taka gorąca była ta zupa. Miałam przy sobie puderniczkę, do której nalałam zupę. Ta puderniczka służyła mi zamiast miski. Była tak mała, że czułam się, jakbym była lalką.

Maritta

Wkrótce po powrocie do Sárosd zorientowałam się, jak bardzo mój dom się zmienił, w pewnym momencie wprowadzili się tam nawet niemieccy żołnierze. Zajęli kilka pokoi, a swoje samochody ustawili pod naszym ulubionym kasztanem z okrągłą ławką. W międzyczasie zniknął ostatni mężczyzna, który mógłby nam pomóc w gospodarstwie. Większość z nich powołano do wojska, jedni walczyli na froncie, inni zostali ranni, a jeszcze inni zdezerterowali. Brakowało siodlarza i chłopca stajennego, a także ogrodnika i jego syna. Trawnik był całkiem wyschnięty, wszystkie róże zwiędły. Nikt nie dbał o krowy, w rybnych stawach karpie wymierały, pola były całkiem zapuszczone. Mój ojciec zapytał Niemców, czy pozwoliliby mu zatrudnić Żydów mieszkających na wsi, i to pozwolenie uzyskał. Odtąd przychodziło codziennie rano około dwudziestu Żydów na podwórze. Każdy miał na ramieniu żółtą gwiazdę. Bracia Goldner pomagali przy koniach, Medakowie i Mandlowie w ogrodzie, reszta pracowała w polu. Niektórych znaliśmy, witaliśmy się z nimi i oni też się z nami witali. Ale ci, którzy nas nie znali, bali się patrzeć nam w oczy – cośmy im zawinili? Najbardziej zaprzyjaźniliśmy się z Mandlami. Byli właścicielami sklepu spożywczego, mieli też jedyną w okolicy stację benzynową; kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, wtykali nam często cukierki do kieszeni. Państwo Mandlowie mieli dwoje dzieci w moim wieku, Agi i Sándora, z którymi dawniej często się bawiliśmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Bund Deutscher Mädel (pol. Związek Dziewcząt Niemieckich) – nazistowska organizacja młodzieżowa (przyp. tłum.). [wróć]

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Und was hat das mit mir zu tun? Ein Verbrechen im März 1945. Die Geschichte meiner Familie

Originally published in the German language as Und was hat das mit mir zu tun? Ein Verbrechen im März 1945. Die Geschichte meiner Familie by Sacha Batthyany © 2016, Verlag Kiepenheuer & Witsch GmbH & Co. KG, Köln, Germany

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Agnieszka Cieślikowska

REDAKCJA: Anna Suligowska-Pawełek

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Emilia Bielicka, Warszawa 2017

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2017

ISBN 978-83-07-03420-1