Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 242 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka A chciałam być aktorką - Janina Paradowska

Pierwszy biograficzny wywiad z Janiną Paradowską, damą dziennikarstwa. To podróż przez życie inteligentki z Krakowa, opowieść o jej marzeniach spełnionych i niespełnionych, o ludziach, których poznała w trakcie kariery dziennikarskiej, o kolegach dziennikarzach. Jeśli do tej pory znaliście Janinę Paradowską jedynie jako komentatorkę życia politycznego, to teraz ujrzycie kobietę, która poznała wszystkie smaki życia.

Opinie o ebooku A chciałam być aktorką - Janina Paradowska

Fragment ebooka A chciałam być aktorką - Janina Paradowska

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

I. Szczęśliwy Kraków

Janina, Maria, Teresa, czyli ambicje mojej mamy / koszmar przyszywania guziczków / marzenia o aktorstwie / matczyna intryga zmienia bieg życia / do czego predestynuje uroda heroiny / fascynacja Wyspiańskim / pazury – moja słabość /porażka prymuski / jak zostałam barmanką

II. Przyspieszony kurs polityki

Warszawa i studia na dziennikarstwie / praca w „Kurierze Polskim” / moi koledzy powstańcy warszawscy / Marzec ’68 / pułapki antysemityzmu / polityczna ślepota / dlaczego wstydzę się pewnego tekstu / cena dziennikarskiej ambicji / prawdziwie silne kobiety

III. Dojrzewanie polityczne

Grudzień ’70, czyli strach / nadzieja w Gierku / likier Bols i schab na tackach w delikatesach / mój pierwszy samochód, czyli maluch / epoka Coca-Coli / dlaczego sławię otwarcie przędzalni czesankowej / niepokój końca lat siedemdziesiątych / koniec dolce vita / teorie spiskowe na porządku dziennym

IV. Narodziny Paradowskiej politycznej

Dlaczego uwiódł mnie Wałęsa / chwila prawdziwego dziennikarstwa / stan oszołomienia w karnawale „Solidarności” / przesłuchania na Rakowieckiej / oddanie legitymacji partyjnej / trudny czas rodzinny / kłopoty z cenzurą / walka o obsługę Okrągłego Stołu / praca na własne nazwisko

V. Dziennikarstwo i dziennikarze

Dlaczego nie podoba mi się kierunek, w jakim idą media / Monika Olejnik, Tomasz Lis, Andrzej Morozowski, czyli narodziny nowego dziennikarstwa / pampersi atakują Paradowską / wykorzystywanie dziennikarzy przez polityków / kreowanie afer / psucie życia publicznego przez tabloidy / ja a sprawa Rywina

VI. Jurek

Szczęście znalezione w drugiej połowie życia / Jerzy Zimowski, czyli fascynujący mężczyzna / urok nie do odparcia / twardy charakter / mąż w cieniu żony / ludowe kolorowe koguciki / śmierć na moich oczach / zagłuszanie emocji / puste pokoje / szafa Paradowskiej / piękne ubrania jak barwy ochronne

VII. Wśród najważniejszych polityków

Legenda Geremka / mój bohater Wałęsa / świeżość Kwaśniewskiego / ciepło Mazowieckiego / serdeczność Kuronia / Jaruzelski, człowiek dobrej woli / przemiana Kaczyńskich / inteligencja i samotność Tuska / twarda ręka Schetyny / żal do Balcerowicza / zręczność Millera / arogancja Rokity / duma Cimoszewicza

Skrzydełko

Okładka

A CHCIAŁAM BYĆ AKTORKĄ...

Z Janiną Paradowską rozmawia Marta Stremecka

Warszawa 2011

Copyright©Janina Paradowska, Marta Stremecka, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZIWICHA

Zdjęcie na okładce: Bartłomiej Molga

Redakcja Przemysław Skrzydelski

Skład Tomasz Erbel

Wydawca CzerwoneiCzarne sp.zo.o.Rynek Starego Miasta 5/7 m.5 00-272 Warszawa

Drukioprawa Drukarnia INTERDRUK ul. Kowalczyka 21A 03-193 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp.zo.o.ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

I. Szczęśliwy Kraków

I.Janina, Maria, Teresa, czyli ambicje mojej mamy / koszmar przyszywania guziczków / marzenia o aktorstwie / matczyna intryga zmienia bieg życia / do czego predestynuje uroda heroiny / fascynacja Wyspiańskim / pazury – moja słabość / porażka prymuski / jak zostałam barmanką

Wszyscy doskonale znają pani poglądy, natomiast bardzo niewiele wiadomo o pani życiu. Porozmawiajmy zatem o nim.

Tylko czy ono jest ciekawe? Myślę, że jest typowe dla przeciętnego polskiego inteligenta. Urodziłam się w Miechowie, co było zresztą dosyć przypadkowe. Moi rodzice mieszkali w niewielkiej miejscowości Tczyca, dwanaście kilometrów od Miechowa; najbliższa stacja kolejowa Charsznica, skąd sześć kilometrów jechało się furką do domu. Tam się urodzili mój brat i siostra. Ze mną były komplikacje przy porodzie, mamę zawieziono do szpitala w Miechowie. I tylko tyle, zaraz wróciłyśmy do Tczycy i tam mieszkałam od 1942 do 1947 roku. Potem jako dziecko regularnie spędzałam w Tczycy wakacje u znajomych rodziców, u mojego chrzestnego ojca, pana Wincentego Moskwy, chłopa całą gębą, wysokiego, przystojnego, z klasą, ojca czterech synów, mającego duże jak na tamte okolice, bo ponaddwunastohektarowe gospodarstwo, położone wśród szatkownicy pól, na niewielkich wzgórzach. Od tego czasu lubię te pofałdowane podkrakowskie krajobrazy. Kiedy jadąc samochodem do Krakowa krajową „siódemką”, mijam Góry Świętokrzyskie, zaczynam czuć się jak w domu – te pokrojone paskami pól wzgórza, pofałdowany krajobraz, to jest kawał mojego życia, to są krajobrazy oswojone, własne. W Tczycy, jak to na wsi, wyprowadzałam krowy. Mój rekord – sześć na raz, i to tak, że łańcuchy się nie plątały. Pomagałam przy żniwach, niezłą wprawę osiągnęłam też w wiązaniu snopków, czyli zbieraniu pokosu za idącym z kosą żniwiarzem, bo pierwsze maszyny pojawiły się później. Chodziłam zbierać stonkę, której wtedy wcale zresztą nie było, ale dorośli zajęci żniwami nie mieli czasu na takie głupstwa i dzieci się znakomicie nadawały do tego bezsensownego, ale obowiązkowego wówczas zajęcia. Ojciec, przedwojenny pracownik administracji państwowej, został sekretarzem gminy, a mama była przy mężu. Mieszkaliśmy w budynku gminy, czymś na kształt niewielkiego dworku z ogródkiem pełnym kwiatów. Pozostały mi jakieś resztki zdjęć wśród kęp astrów, bo ogród był pasją mamy. Na podwórku stała tak zwana koza, czyli miejscowy areszt, ale żadnego aresztanta jakoś nie pamiętam. Mama zasiliła krąg miejscowej inteligencji, do którego należeli ksiądz proboszcz, dyrektor szkoły i nauczyciele. Uczyła miejscowe dziewczyny szycia, trochę łaciny, którą świetnie znała z gimnazjum. Patriotycznie je wychowywała – „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły Rydz”. Szyły na wszelki wypadek maski przeciwgazowe, bo gdyby miała być kolejna wojna, to pewnie podobna do tej pierwszej. Ot, takie normalne życie.

Konfliktówwrodzinie nie było, wyjąwszy tenoimiona dzieci. Mama oczytanawliteraturze polskiej brała wzoryzpostaci literackich. Brat miał być więc Cezarym, oczywiście po „Przedwiośniu” Żeromskiego, bo to Cezary Baryka był jednymzjej ukochanych bohaterów. Ojciec uparł się, że będzie Piotr, bo to tradycja po dziadku. Stanęło na tym, że formalnie był Piotr Cezary, ale przez lata był po prostu Czarkiem, Piotra mama jakoś nie dopuszczała do świadomości. Ze mną sprawa była bardziej skomplikowana. Ojciec,abyłam jego ukochaną córką, chciał Janiny, mama nie, ale jednak okazało się, żewsprawie imion ojciec decydował. Zostałam więc Janiną, ale mama dorzuciła dumnie Maria Teresa,wrezultacie nie wiedzieć dlaczego na lata zostałam Dadą. Ta Dada ciągnęła się za mną do liceum, do dziś niektóre koleżanki ze szkoły tak do mnie mówią, czasem dalsza rodzina.ZMarii Teresy pozostała Maria, Teresa gdzieś się po drodze zagubiłainic jużzdumnej cesarzowej we mnie nie było.

W1947 roku przenieśliśmy się do Zabrza, ojciec dostał od Pawła Dubiela, pierwszego polskiego prezydenta miasta, propozycję objęcia stanowiska naczelnika wydziału finansowego. Pamiętam taki obrazekzprzeprowadzki. Jedziemy ciężarówką,wszoferce jest mamazmoją młodszą siostrą Ewą–jakoś nie pamiętam kontrowersji przy jej imieniu– ija. Ewa ma na głowie angorową czapeczkę, zrobioną na drutach przez mamę. Jak już przyjechaliśmy do Zabrza, moja siostra była całkowicie fioletowa na twarzyipotwornie się darła. Wpadłamwprzerażenie–coś strasznego sięznią stało, dopadła ją jakaś choroba, może śmiertelna. Oczywiście nie byłowtym niczego strasznego, po prostu dziecko było przegrzane, spocone,zangory puścił kolorityle.

To były ziemie odzyskane, więc ojciec mógł być zamożnym człowiekiem, bo to było miasto do szabrowania. Gdy ojciec kupował dla nas fortepian, bo tak należało wtedy dzieci wychowywać, wszyscy byli niesłychanie zdziwieni, że kupuje, zamiast po prostu wejść do poniemieckiego mieszkaniaifortepian wziąć. To było wówczas powszechne, szabrowali wszyscyiwszystko–meble, obrusy, szkło, nawet bieliznę.

Zaczęłam tam chodzić do szkoły. Ale moja matka bardzo źle sięwZabrzu czuła. Mieliśmy służącą, która się nazywała Millerowa. Powtarzała wciąż: „Pani Paradowska, pani ma małe dzieci, niech pani stąd wyjeżdża, bo jak nasi przyjdą, to lepiej, żeby pani tutaj nie było”. Taki był klimatwZabrzu pod koniec lat czterdziestych. Mama dostała nerwicyizaczęła żądać od ojca, żeby przenieść się,araczej wrócić do Krakowa, bo jeszcze przed wojną chcieli budować domekwKrakowie, ale nie zdążyliipodczas okupacji pieniądze oczywiście przepadły. Jej siostra Sabina studiowała na Akademii Medycznej, miała mieszkaniewcentrum, przy ulicy Garbarskiej 14. Ponadto zaczęłam mówić gwarą, zaciągać po śląsku. Mama wpadławprzerażenie, bała się tego, jak dzieci będą mówić. Brat, który jest ode mnie dziesięć lat starszy, już wyjechał do Łodzi na studia, zresztą razemzPiotrem Skrzyneckim, którego poznaliśmywZabrzu, gdzie mieszkałuswojej ciotki. Bardzo byłzmoją rodziną zaprzyjaźniony.Ztym że brat pojechał na politechnikę,aPiotr do szkoły dla instruktorów kulturalnych. Moja matka wymogławkońcu na ojcu przeprowadzkę do Krakowa.

Pani też marzyłaoucieczcezZabrza?

Nie, pamiętam to miasto jako krainę wspaniałego dzieciństwa, z wszystkimi przyjemnościami. Chociażby ogromne mieszkanie, spiżarnia zawsze pełna, bo robiło się zapasy na zimę, fantastyczny ogród. Jednym słowem, luksusowe warunki. A mieszkanie w Krakowie to były dwie izby w oficynie, na parterze, WC na półpiętrze. Nie było łazienki, gotowało się na kuchni węglowej, w pokoju stał piec kaflowy. Mieszkała z nami babcia, Litwinka z Kiejdan, która po śmierci dziadka została sama. Nie było miejsca na postawienie kolejnego łóżka, więc babcia spała w szafie, dosłownie, w co nikt nie chce uwierzyć. A wyglądało to tak: stała duża, trzydrzwiowa szafa. Wieczorem otwierało się drzwi, na dole, pod rzeczami, babcia miała posłanie i tam się kładła. W dzień szafę się zamykało i po sprawie. To była marna czynszowa kamienica. Dom tylko od frontu był jako tako wyremontowany, teraz jest odnowiony pięknie, nie do poznania. Z jednej strony z naszych okien widać było odrapany mur, który oddzielał inną posesję, z drugiej strony przed oknami stała drewniana szopa, na jej dachu leżały rury, po tym wszystkim biegały szczury. Wszędzie zresztą były szczury. To był standard powojenny – szczury i wszy.

Miała pani wszy?

Oczywiście, to było powszechne. Pamiętamzdzieciństwa dwie rzeczy: jak wmuszano we mnie łyżki zielonkawego tranu, który trzeba było zagryźć czarnym chlebem,ito, jak mama po każdej kolonii najpierw czymś mi obwiązywała głowę,apotem pracowicie wyłuskiwała gnidy, bo nie było środków, które je zabijały.

Zczego żyliście?

Ojciec, który dopiero po roku przyjechałzZabrza, dostał pracęwNowej Hucie.WKrakowie trudno było coś znaleźć,wHucie właśnie budował się kombinat,iotrzymał posadęwadministracji. Ojciec był już chory na stwardnienie rozsiane, więc dojeżdżanie do pracy to była męka. Zmarł bardzo wcześnie, miał pięćdziesiąt dwa lata. Mama po przyjeździe do Krakowa też wzięła się do pracy. Kim mogła zostać pani bez zawodu, po przedwojennej maturze, bez znajomościwkrakowskim towarzystwie? Została rejestratorkąwprzychodni, dlatego adres Batorego 3 jest jednymznajlepiej znanych mi krakowskich adresów. Po śmierci ojca wzięła jeszcze pracę chałupniczą. Ponieważ miała porządne panieńskie wychowanie, umiała szyćihaftować. Do dziś mam tak wielki wstręt do przyszywania guzików, że nigdy tego nie robię.Ato dlatego, że wówczaswdomu był podział obowiązków, mianowicie mama szyła dziecięce bluzeczki na maszynie Singera (kolejna najważniejsza rzeczzdzieciństwa, piękna stara maszyna Singera, dzieło sztuki, którewkońcu uszkodziło mamie kręgosłup),amnie przypadałowudziale ich wykańczanie. Musiałam przyszyć guziczkiiobrzucić szwy, powiązać nitki. Potem odwoziłam wszystko do pani, która dawała mamie tę chałupniczą robotę. Przez te lata przyszyłam tysiące guziczków. Potem trochę pomagała mi siostra.

Polubiła pani Kraków od razu?

Właściwie całe moje dziecinneimłodzieńcze życie jest związanezKrakowem.Ichociaż gdy wspominam tamte lata, wydaje mi się nieprawdopodobne, że można było tak żyćito żyć szczęśliwie: dwie izby,wnich ojciec, który właściwie nie podnosi sięzłóżka, ja, siostra, mama, od czasu do czasu wpada brat, babciawszafie. Było biednie, ale wszędzie wówczas było biednie. Taki ten Kraków był dziwny, ale bardzo rodzinny.

Garbarska 14 to jedenzważniejszych adresówwmoim życiu. Tam zaczęłam całe swoje odpowiedzialne życie.A wczasach studenckich mój dom stał się niemal klubem dla kolegów, którzy mieszkaliwakademiku. Leszek Mazan, Maciek Szumowski, Jurek Cieślak, Zbyszek Święch, Helmut Kajzar, który godzinami siedziałzmoją mamąiopowiadał jejostudiach,oliteraturze. Robiła placki ziemniaczane, potem siadała do maszynyiszyła,aHelmut na stołeczku przy niejiopowiadał. Był bardzo nieśmiałym, skromnym człowiekiem,wogóle się nie zanosiło, że potem wyrośniezniego taki świetny dramaturg. Do tych siedzących na krzesełku przy maszynie mojej mamy należał też Piotr Skrzynecki, który wrócił do Krakowa. Pamiętam jego opowieść, jak po powrocie ze szkoły instruktorów kultury pracowałwwodociągach, gdzie prowadził teatr amatorskiiwystawiał „Lekarza mimo woli”Molière’a. Ci artyści dla niego nauczyli się wszystkiego, łączniezdidaskaliami,iwciąż te didaskalia recytowali wrazztekstem sztuki. Tak więc koledzy przychodzili do mnie,ajaitak im zazdrościłam mieszkaniawakademiku. Czułam się wyłączonazżycia studenckiego. Cierpiałam, że oniwŻaczku żyją tak naprawdę, intensywnie, bawią się, gadają,aja kurczę, tylko na Garbarskiej 14i wkoło bluzeczki, bluzeczki, guziczki, guziczki.

Grzeczna panienka, a tam fajna przygoda studencka.

Grzecznaiobowiązkowa panienka, boiobiad trzeba przygotować, zanim mama wrócizpracy, węgielzzaszczurzonej piwnicy przynieść,wkuchni rozpalić, co nie było dla mnie takim prostym przedsięwzięciem. Urozmaiceniem były wizytywKrakowie Józefa Cyrankiewicza. Tak się bowiem składało, że jego ciotka, pani dr Szlapakowa, mieszkaławsąsiedniej, już bardzo wytwornej przedwojennej kamienicy, pod numerem 12,agdy Cyrankiewicz przyjeżdżałiją odwiedzał, obstawa staławnaszej bramie, co było podwórkową sensacją. Mogę więc powiedzieć, że moje pierwsze polityczne kontakty sięgały dość wysoko.

Studiowała pani polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Już wówczas zamierzała pani zostać dziennikarzem?

Tak naprawdę bardzo chciałam być aktorką.

Dlaczego pani nią nie została?

Po latach okazało się, że to była intryga mojej mamy. Jeszczewliceum dużo występowałamwmłodzieżowym domu kultury, grałam Marię Stuart wspólniezKaziem Kaczorem. Recytowałam wiersze na różnych akademiach, darłam się Majakowskim, pamiętam do dziś wiersz „Skręcały tramwaje na most przy giserni szyn wyślizganą krzywizną. Rzeka Newa wre pod mostem, Newą płyną statki, Zimowemu się nie ostać przed szturmem kronsztadzkich”. To było dobre ćwiczenie wymowy. Mój brat już robił karierę teatralną, zaczął współpracęzTeatrem Ludowym,awówczas, za dyrekcji Krystyny SkuszankiiJerzego Krasowskiego, to był ważny teatr. Potem pojechał na studia reżyserskie do warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Mieliśmy więc wielu znajomychwśrodowisku teatralnym, moją drugą bratową była Teresa Iżewska, słynna Stokrotkazfilmu „Kanał” Andrzeja Wajdy, piękna kobieta, zresztą wszystkie moje bratowe były aktorkami. Nawet chodziłam na lekcje do Anny Lutosławskiej, aktorki Teatru Słowackiego, wówczas wspaniałej Gruszyw„Kaukaskim kredowym kole” Bertolta Brechta, która miała mnie przygotowywać do egzaminu do szkoły teatralnej. Aż pewnego dnia powiedziała: „Nie powinnaś tego robić”.Idopierow1999 roku, kiedy spotkałyśmy się na pogrzebie Jerzego Turowicza, przyznała, że przekonała ją do tego moja mama.

Ale czemu?

Jest we mnie podobno pewien dysonans. Wygląd, typ urody predestynował mnie do ról heroin, natomiast głosisposób bycia do komicznych.Iona mi to uzmysłowiła, mama pewnie nie chciała sama mi tego powiedzieć,amoże był to tylko wymysł? Tę niepewność mam do dziś.Ana dodatek sama się wystraszyłam, że na egzaminie jest ostre sitoiże się skompromituję. Ponieważ byłam obrzydliwą prymuskązsamymi piątkami, więc świadomość, że mogę ponieść porażkę już na samym wstępie, być może sprawiła, że tłumaczenia Lutosławskiej do mnie trafiły. Poszłam na polonistykęzprzekonaniem, że skoro nie zostanę aktorką, toitak się zajmę teatrem, czyli będę teatrologiemirecenzentem.Awięc prymuska wystraszyła się kompromitacji, że pierwszy razwżyciu może nie być najlepsza.Atowmoim domu było niewyobrażalne. Oczywiste było, że dzieci mają się dobrze uczyć, że wprawdzie mają obowiązki, aleina fortepianie powinny grać,ipo francusku mówić.

Umie pani jednoidrugie?

Na fortepianie grać sięwkońcu nie nauczyłam, francuski już zapomniałam; jeszcze nieźle czytam, gorzejzmówieniem. Uczyła mnie Henryka Pieczkowa, żona aktora Franciszka Pieczki, która była emigrantkązFrancji. Pieczka grał wtedywTeatrze Ludowymiprzez tamtejsze znajomości mojego brata jeździłam do Nowej Huty na lekcje.

Aczas studiów na polonistyce Uniwersytetu Jagiellońskiego wspominam wspaniale. Nieustannie zajmowałam się teatrem, pracę magisterską napisałamoinscenizacjach „Warszawianki”wTeatrze Słowackiego, zresztą jako dziecko widziałam jeszcze Ludwika Solskiegowjego legendarnej roli Starego Wiarusa. Wyspiańskiwogóle mnie fascynował, tak mi zresztą pozostało. Podobnie cały romantyzm. „Grażyny” Mickiewicza kiedyś wyuczyłam się na pamięć, nie wiadomo po co.Apolonistyka to wówczas było fantastyczne towarzystwo– zjednej strony profesorowie: Kazimierz Wyka, Zenon Klemensiewicz, Wacław Kubacki, Henryk Markiewicz.A zdrugiej koledzyzroku: Maciek Szumowski, Leszek Mazan, Helmut Kajzar, Andrzej Szeląg, Ewa Bober, Zbigniew Święch, Jacek Baluch, który równolegle studiował slawistykę.

Prawie wszyscy zostali potem dziennikarzami.

Tak,ito dobrze charakteryzuje naszą grupęijej energię, bo po polonistyce szło się wtedy uczyć do szkoły. Niktznas nie poszedł tą drogą.

Jak się bawią krakowscy studenciwlatach sześćdziesiątych?

Włóczą się między Klubem pod JaszczuramiaPiwnicą pod Baranami, wpadają do Teatru 38woficynie za Jaszczurami. Zamawiają słynnego dorożkarza Jana Kaczarę, tego opisanego przez Konstantego Gałczyńskiegowwierszu „Zaczarowany dorożkarz”,ijeżdżąznim po melinach, zresztą według jakiegoś surrealistycznie dziś brzmiącego scenariusza:otakiejatakiej godzinie na ulicy Zwierzynieckiej wychodzi panzpsemizaprowadzi na melinę.Ipiją czasem wódkę na Plantach, bo na „Fenia”, czyli Feniksa, jedynejwokolicach Rynku knajpyzdansingiem,awówczas był to szczyt krakowskiej elegancji, nie było nas stać.Igadają, gadają. Nawet ja się tak od czasu do czasu włóczyłam po nocach, chociaż nie piłam, ale dla towarzystwa Cygan da się powiesić. Do dobrego tonu należało trzymać się środowiska taternikówitych bardziej zaawansowanych alpinistów, jeździćznimiwTatry albo przynajmniejwdolinkiwokolicach Krzeszowic, gdzie trenowali. Ale broń Boże nie do samego Zakopanego. To byłaby dyskwalifikacja. Prostozzakopiańskiego dworca szło się na Halę Gąsienicową (mieszkaniewszałasach) albo do Morskiego Oka.Zplecakami pełnymi wina marki wino. Na sylwestra obowiązkowo.Agdy zabrakło alkoholuitrzeba było zejść do miasta, żeby dokupić, odbywało się losowanie, któryznieszczęśników ma zejść. Może trudnowto uwierzyć, ale na Krupówkach po raz pierwszywżyciu byłam dopiero jako warszawska dziennikarka, robiłam jakiś tekst.

Wspinała się pani?

Nie, tylko chodziłam, bywałam bardziej towarzysko i chłonęłam opowieści. Szczególnie barwnie Staszek Biel opowiadał, jak w Alpach porwała go lawina, to był rzeczywiście bardzo poważny wypadek, szramy po operacjach nosił niczym ordery, i podejrzewam, że na dziewczynach robiło to ogromne wrażenie. Na mnie mniejsze, bo chyba wtedy podkochiwałam się w Andrzeju Skupieniu, dyrektorze Teatru 38. Żadnych sportów nie uprawiałam przez pazury. To moja słabość – do długich, pomalowanych paznokci. Nie wyobrażałam sobie, żeby cokolwiek mogło je zniszczyć. Ta słabość trwa do dziś.

Ale dla mniewtamtych czasach najważniejsze były Jaszczury. Ja tamwpewnym momencie właściwie niemal zamieszkałam. Polonistyka była fajna, ale wciąż czułam tęsknotę za aktorstwem.APod Jaszczurami powstawał Teatr Salamandra, który prowadził Wojtek Jesionka, mój kolega, archeologzwykształcenia. Pracowałwkopalni soliwWieliczce, potem skończył reżyserię, sporo wystawiałwróżnych teatrach, był nawet przejściowo mężem Agnieszki Osieckiej. Zostałam kierownikiem literackim,amoje ręce zagrały ręce Matki Boskiejwspektaklu według „Wita Stwosza” Gałczyńskiego, bo Wojtek miał wizję artystyczną, że zaśnięcie Matki Boskiej trzeba zilustrować teatrem rąk. Moim partnerem był mójiWojtka wielki przyjaciel, Andrzej Mróz, jedenznajzdolniejszych polskich alpinistów (nie żyje, jak większość znajomych alpinistówztamtych lat zginąłwAlpach); miał duże, sękate ręceito był kontrastzmoimi długimi palcami. Wystawialiśmy też „Krakatit” według Karela Czapkazmodnymi, bo wziętymizpomysłów Brechta songami, które pisaliśmy wspólniezWojtkiem. Pamiętam, że główny zaczynał się tak: „OKrakaticie teraz będzie song, gdy homo sapiens dostał do rąkipoczuł się jak nowy świata Bóg, bo mógł go siłą rzucić do swych stóp”. Może rymy mało wyszukane, ale nam się podobały, miała byćwnich siła.WSalamandrze debiutował Jerzy Fedorowicz, aktor, dziś poseł PO,iśmieje się, że jestem matką chrzestną jego kariery teatralnej. Przychodziły tłumy ludzi na nasze spektakle. Pewnie one były nie najwyższej próby, ale wszyscyśmy się świetnie bawili.

Aż przyszedł koniec studiów i trzeba było pomyśleć, co dalej. Już widziałam, że z recenzji teatralnych nici, bo nie było łatwo wedrzeć się do krakowskiego towarzystwa, które w gazetach obsadziło takie funkcje. Nauczycielką zostać nie chciałam, bo po praktykach studenckich w szkole w Sanoku byłam przerażona rozplotkowaniem pokoju nauczycielskiego i żadnej pasji do nauczania nie czułam. Z aktorstwem mi nie wyszło. Więc co ze sobą zrobić? Podjęłam decyzję, że będę zdawać na dwuletnie podyplomowe studia dziennikarskie w Warszawie. Wtedy moja motywacja była prosta: muszę mieć taki zawód, w którym nie trzeba rano wstawać. Za pierwszym razem nie zdałam. Napisałam jakiś tekst, mnie się wydawało, że jest to felieton, i to całkiem dobry. Ale komisja uznała najwidoczniej, że całkiem zły…

Jak prymuska przyjmuje taką wiadomość?

Było mi głupio wobec matki. Długo się jej nie przyznawałam do porażki. Jej się też nie mieściłowgłowie, że mogę nie mieć piątkizczegoś czy że mogę jakiś rok repetować, towogóle nie wchodziłowrachubę. Ale że jestem praktyczna, wiedziałam, że muszę znaleźć pracę, bowdomu jest biednie, trzeba matce pomóc. Postanowiłam, że będę próbować jeszcze raz zdawać na dziennikarstwo, że się tak łatwo nie poddam, ale muszę coś przez rok robić.Iposzłam do pracywJaszczurach.

Jako kto?

Barmanka. Zawsze co prawda marzyłam, żeby pracowaćwbarze na dole, zwanym „Żyrafą”, bo to było prestiżowe miejsce, otwarte od 17.00 do 23.00. Podawało się tam tylko wino, schodziło się lepsze towarzystwo. Przedmiotem mojej zazdrości była więc koleżanka Gosia Niewiadomska, ładna dziewczyna, która jak królowa przychodziłao17, otwierała na dole kratę,aja na górze zasuwałam od godziny 11 rano do 11 wieczorem. Parzyłam kawę, kładłam ciastka na talerzyki, nalewałam wino–tylko taki alkohol tam był.Itowbardzo ograniczonym wyborze: węgierski riesling Badacsony, pamiętam, że lampka kosztowała 7,60 złotych, Egri Bikavér, Gellala,aszczytem luksusu było greckie rodzynkowe Samos. Byłam wówczas dosyć zamożną kobietą. Do dziś tego nie rozgryzłam, jak to się działo, iż zawsze miałam superaty,anie oszukiwałam, chociażbyztego powodu, że pracowałam wśród znajomych, czasem nawet dawałam na kredyt, przeważnie niezwracalny. Powinno mi wychodzićzbutelki siedemipół lampki wina,azawsze mi wychodziło osiem.

Jakim cudem?

Nie wiem, to jest dla mnie tajemnicą. Dostawałam napiwki, rzadko bo rzadko, ale się zdarzało. Nagle zaczęłam mieć trochę pieniędzyipamiętam pierwszy mój zakup–dywan do domu, ciemnozielony,wmodne wtedy żółteiczerwone picassy.Asobie kupiłam futrozkrólików, mimo że moim marzeniem był płaszczykzkarakułów, który wisiał na wystawie sklepu przy Floriańskiej. Tylko że kosztował 16 tysięcy złotych, zabójcza cena. Dopierowzeszłym roku, gdy przypomniałam sobieomoim młodzieńczym marzeniu, uszyłam sobie podobny. Wówczas miałam czarne królikiiteż było dobrze, mogłam mamie trochę pomóc finansowo.

Stojąc za barem, przede wszystkim poznawałam niezwykłych ludzi. Bo to był wyjątkowy czas. Odbywały się pierwsze festiwale piosenki studenckiej, debiutowała Ewa Demarczyk, debiutowali Skaldowie, noijazz. Wszyscy ci artyści prędzej czy później lądowali Pod Jaszczurami. Na dodatek pojawiały się załogi samolotów LOT-u, które przylatywały ostatnimi rejsami do Krakowaiwracały wcześnie rano,apokoje dla pilotówistewardes LOT wynajmowałwsąsiedniej kamienicywRynku. Wśród nich byli piloci jeszczezczasów bitwyoAnglię.Igdywbardziej rozrywkowe dni towarzystwo chciało posiedzieć nawet do trzeciej nad ranem, to siedziało, bo przecież ja miałam kluczeija decydowałam, kiedy kończymy. To było fantastyczne.

Oczym tak gadacie po nocach? Czywogóle rozmawiacieopolityce, czy jesteście kompletnie nią niezainteresowani?

Bardzo mało, właściwie rozmówopolitycewmoim środowisku nie było. Miałam wówczas za sobą jedno przejmujące doświadczenie polityczne–1956 rok. Tylko że to było doświadczenie głównie osobiste,awłaściwie domowe.Amianowicie mama, która wyszła rano na zakupy, przez kilka godzin nie wracała do domu. Ja się potwornie denerwowałam razemzsiostrą, co się dzieje. Wreszcie mama wróciła, cała rozgorączkowanaimówi, że wzięła udziałwmarszu na rzecz Węgier. Poszła na zakupy, formował się pochód solidarnościzpowstaniemwBudapeszcieionazsiatkązzakupami zapomniała, że ma dzieci,ipomaszerowałazcałym pochodem oddać krew dla Węgrów.

Mama była rozpolitykowana?

Nie, moja rodzinawogóle nie była specjalnie rozpolitykowana. Historia obijała sięorodzinę, aleotym specjalnie się nie rozmawiało. Najmłodszy brat mojej mamy działałwAKipo tym, jak się ujawnił, został aresztowany. Mama chodziła na UB, na plac Wolności, bo tam się mieścił Urząd Bezpieczeństwa, co za szyderczy adres,ipróbowała go stamtąd wydobyć. Ponieważ mąż siostry mojego ojca siedział we Wronkach, dosyć długo rodzina jeździła do Wronek. Owszem, wspominało się czasem: ten siedzi, tamtego już wypuścili, ale raczej półgębkiem.Wdomu, jak we wszystkich polskich domach, słuchało się Wolnej Europy.Wpolskim radiu głównie „Podwieczorku przy mikrofonie”, telewizji wówczas nie mieliśmy. Na Garbarskiej pierwszy telewizor pojawił sięusąsiadów. Ona była ekspedientkąwsklepie spożywczymiuchodziła za osobę, która dobrze zarabia; wszystkim znajomym załatwiała zresztą przed świętami dostęp do dóbr luksusowych, czyli można było kupić spod lady dobre ryby czy lepszy kawałek mięsa. Cała kamienica się do nich schodziła, ale nie na „Dziennik”, tylko na Teatr Telewizji „Kobra”. Natomiast żeby polityka była przedmiotem specjalnego zainteresowania? Absolutnie nie. Jawogóle myślę, że myśmywKrakowie byli mocno od polityki odseparowani. Oczywiście gdzieś tam na szczeblu komitetu wojewódzkiego ona się toczyła, ale do nas dochodziły co najwyżej plotki, że jakiś pezetpeerowski baron załatwił sobie mieszkanie.Ityle.

Natomiast czy człowiek miałwogóle świadomość, że istnieje na ulicy Tomasza komitet wojewódzki partii? Bardzo długo nie miałam takiej świadomości. Co dopiero mówićojakichś walkach frakcyjnych. Wiedziało sięwKrakowie tylko tyle, że UB na placu Wolności to groźna instytucja,apartia jest, no bo jest. Kupowało się jedną gazetę, nie „Trybunę Ludu”, bowKrakowie czytało się „Dziennik Polski”, należący do gazet tzw. czytelnikowskich,anie partyjnych.Wdomu także nie toczyliśmy zażartych dyskusji politycznych, dużo rozmawialiśmyoteatrze, literaturze, tak samo wśród kolegów. Owszem, już nieco późniejwPiwnicy pod Baranami opowiadało się dowcipy polityczne, ale to było wszystko bardzo subtelne, takie piwniczne. „Zapomnijmy na zawszeoProtopopowych” śpiewało sięwPiwnicy tekst słynnego artykułuz„Izwiestii” po tym, kiedy słynni łyżwiarze wybrali wolnośćwSzwajcarii, alewogóle między ludźmi opowiadało się dowcipy, głównieoRuskich. Trudno to jednak nazwać rozpolitykowaniem. Mnie na przykład najbardziej urzekała Krystyna Zachwatowicz, właśniewPiwnicy śpiewała „Taka głupia to ja już nie jestem”. Czułam dreszcz emocji, kiedy Tadeusz Kwinta śpiewał „Konie Apokalipsy”. To był ten nastrój, te niepowtarzalne klimaty, takie poczucie humoru, zdystansowane, mądre mnie niezwykle odpowiadało. KrakówiWarszawa to były wówczas dwa radykalnie odmienne światy. Pamiętam taką opowieść, jak po wojnie przyjechał do Krakowa któryśzpisarzy, którzy wówczas gremialnie zjeżdżali do Krakowaimieszkaliwsłynnej kamienicy przy Krupniczej 14. Idzie tenże literatzdworca, wszystkowmieście stoi jak przed stu laty, kamienice całe, Rynek piękny, kawiarnie pełne,a wSukiennicach szczyt luksusu–czynna toaleta.Ion wzruszony ściska babcię klozetowąipyta, jak to możliwe, że tu wszystko całe, piękne,aona mu mówi tak: „Bo panie,unaswKrakowie ludzie takie spokojne...”.

No dobrze, żyjecie sobiewspokojnym Krakowie, prowadzicie życie artystycznych lekkoduchów, ale czy nie mieliście choćby dysonansu estetycznego związanegozGomułką?

Ja mam pewien problemz Gomułką, ponieważ gdy patrzę dzisiajz perspektywy lat, dla mnie Październik ’56 roku był jednak wielkim przeżyciem, mimo że miałam zaledwie czternaście lat. Był chyba pierwszym moim przeżyciem politycznym, może wówczas nie do końca to sobie uświadamiałam, ale to we mnie podskórnie wciąż tkwiło. To zdarzenie,októrym mówiłam, czyli mama idąca oddać krew dla Węgrów, potem tworzenie się równieżwKrakowie niepokornego harcerstwa, czyli Czarna Jedynka, która nam dziewczętom szalenie imponowała,iwciąż silne przekonanie, że gdyby nie Gomułka, to węgiel kubełkami do Związku Radzieckiego byśmy nosili, że on nas uniezależnił od Ruskich.Ijeszcze wybory 1956 roku, których bohateremwKrakowie był Bolesław Tejkowski–„głosuj na Tejkowskiego”, taki napis jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych można było zobaczyć na Batorego tuż przy Karmelickiej. Byłam na jakimś wiecuwRotundzie, gdzie Tejkowskiego prawie noszono na rękach. Coś więc było, tym bardziej żewMałopolscewpowiecie nowosądeckim wybory trzeba było powtarzać, bo tam kandydaci partyjni nie uzyskali tylu głosów, ile powinni. Było więc trochę podniecenia politycznegoimitu Gomułki, który trwał dosyć długo,i jeżeli niczego się nie wiedziałoograch aparatu partyjnego,a wmoim środowisku raczej się nie wiedziało, to co najwyżej dowcipyoGomułce później się opowiadało, podśmiechiwało, że zaciągał, że nieporadnie mówił. Ale to wszystko było dość łagodne, nie było to jakieś totalne odrzucenie czy nawet poważne analizowanie poczynań Gomułki.

Dopiero w 1968 roku, kiedy już byłam w Warszawie, dotarło do mnie, że coś z nim jest nie tak. Mnie szczególnie zabolał jego atak na Pawła Jasienicę, mojego ulubionego pisarza historycznego, a historia była moim wielkim hobby. Potraktowałam to być może bardziej osobiście niż politycznie, poczułam, że to obrzydliwe. Wcześniej nie miał mnie kto uświadomić politycznie. Przecież nie mama, rejestratorka w przychodni na Batorego 3, brat już z nami nie mieszkał, a w moim towarzystwie nie polityka, ale kultura nadawała ton. To był też wyjątkowy okres, zaczęliśmy mieć dostęp do literatury, do której nie było dostępu wcześniej, pojawili się egzystencjaliści, Sartre, Camus, mój ukochany bohater, doktor Rieux z „Dżumy”, potem Amerykanie, jak Caldwell, Hemingway, Faulkner. Boże, co to była za ekscytacja. Śmieszne, bo jak po latach próbowałam przeczytać „Komu bije dzwon”, nie przebrnęłam. Legendarny Marek Hłasko i jego „Pierwszy krok w chmurach”, to był temat naszych rozmów. Poświatowska, Bursa – ich trzeba było czytać i o nich się rozmawiało. I rzecz jasna, teatr nas kręcił niezwykle. To przecież czas, kiedy scenografię w nowohuckim teatrze robił Józef Szajna. To było dla nas tak nowe, świeże, wielkie. „Imiona władzy” Jerzego Broszkiewicza w scenografii Szajny, reżyserii Skuszanki to było wydarzenie oczywiście z podtekstem politycznym, bo te podteksty już zaczynaliśmy czytać, ale nie one były najważniejsze. To był czas Leszka Herdegena i Lidii Zamkow w Starym Teatrze, gdzie biegaliśmy z Leszkiem Długoszem na próby „Matki Courage” i to nas pochłaniało bez reszty. Tak, marzenie o teatrze wciąż u mnie było najmocniejsze. Ale paradoksalnie to marzenie spełniło się wiele, wiele lat później i nie w Krakowie, a w Warszawie i już w momencie, kiedy polityka stała się moją pasją.

Słynna rolawTeatrze Kwadrat jako nagroda specjalna za tytuł Dziennikarza Rokuw2002 roku.

Tak, to była fantastyczna przygoda, zagrałamwbrytyjskiej komedii „Nie teraz, kochanie”. Przez trzy wieczory wychodziłam na scenę.

Jakztremą?

Niewielka, bo byłam bardzo porządnie przygotowana. Miałam tydzień prób. Najpierwwdomu,wkuchni. Ponieważ rzecz dzieje sięwluksusowym londyńskim salonie futrzarskim, na krześle siedział mój mąż, który robił za wieszak na futro. Trzymał tekstiodpytywał mnie.Aja codziennie kułam na pamięć, aż wykułam na blachę. Jak przyszłam na pierwszą próbę do teatru, wprawiłam aktorówwzdumienie–nauczyła się roli! Uważali widocznie, że przyjdzie jakaś idiotka, która nie będzie mogła się nauczyć tekstu,ijak się okazało, że już na pierwszej próbie mam wszystko wykute, strasznie mnie pokochaliiuznali, że jestem profesjonalistką. To było wspaniałe, wchodziłam do innego świata, przez tydzień żyłam scenicznym życiem. Aktorzy byli dla mnie niesłychanie mili, chcieli mi pomóc, podpowiadali, jak zagrać, jakie tworzyć sytuacje. Myślę, że sami się denerwowali, bo przecież nikt nie wiedział, że potem to się przerodziwgłośne wydarzenie, że będą powtarzać spektakl ze mną trzy razy, bo publiczność waliła drzwiamiioknami. Nikt sobie tego nie wyobrażał, ja też nie. Chyba zespół początkowo się bał, że przyjdzie ktoś, kto im zepsuje przedstawienie.Apotem nagle okazało się, żewżyciu nie mieli takiego piaru.Aja miałam tydzień zupełnie innego życia,wogóle mnie nie interesowała redakcja, szłam na 10.00 na próbę, potem spektaklo19.00. Później do tekstu zaczęłam dodawać od siebie różne kawałki polityczne, bo uznałam, że publiczność będzie tego oczekiwać ode mnie jako dziennikarki politycznej. To się bardzo spodobało. Tam, gdzie można było wpleść jakiś wątek polityczny,wtrzech, czterech miejscach, coś takiego od siebie dodawałam, jakieś narzekania na rząd, że nam tylko podnosi podatki,anie ma gdzie auta zaparkować,otym, czy ten salon, gdzie biegają prawie nagie panienki, to dom poselski. Częśćztych wstawek utrzymaliwspektaklu wówczas, gdy ja już nie grałam.

Jaką aktorkę pani wygryzła na te trzy wieczory?

Tę rolę grała Barbara Rylska, bardzo zresztą dla mnie życzliwa. To była strasznie skomplikowana operacja, bo żeby wystąpić na scenie, trzeba mieć zezwolenie związków zawodowych. Załatwił to miesięcznik „Press”, który mi przyznał tę nagrodę.

Dostawała pani za rolę honorarium?

Nie. Dostałam za to nieprawdopodobne morze kwiatów, cała scena była zastawiona.Agazety rozpisywały się, jakie Paradowska ma długie nogi, co może nawet mnie cieszyło, ale bardziej martwiło, że nie piszą, iż dobrze zagrałam. Nawet kiedyś poskarżyłam się Wojciechowi Pszoniakowi, że tak się aktorsko napracowałam,atu nic, tylko długie nogiiczarne body. Pszoniak mi wtedy powiedział zdanie niezapomniane: pani Janko,wzawód aktora wpisane jest także cierpienie. Ale wystąpiłam także na scenie Teatru SłowackiegowKrakowie przy okazji jubileuszu stulecia mojego VII Liceum, kiedy to bardziej znanych absolwentów posadzono na sceniewławkachicoś ze sceny mieliśmy powiedzieć. Siedziałam razemzAnną DymnąiAnną Seniukimuszę powiedzieć, że pobyt na tej scenie to jest coś fantastycznego, nogi sięzwrażenia uginają, kiedy wychodzi się nieco na prosceniumizaczyna mówić. Chyba wtedy jeden jedyny raz żałowałam, że jednak poddałam sięzaktorstwem.