Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 306 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 99 dni lata - Katie Cotugno

Dwaj bracia, jedna dziewczyna i trzy złamane serca… Patrick był pierwszą miłością Molly i mieli zostać razem na zawsze… ale potem zakochała się w Gabie. Jego starszym bracie. Kiedy wszystko wyszło na jaw, całe miasto ją znienawidziło. Dlatego ostatnią klasę liceum spędziła w szkole z internatem. Teraz wraca do domu na lato. Przed nią długie 99 dni, podczas których będzie musiała zmierzyć się z dawnymi przyjaciółmi i obecnymi wrogami, prawdą i plotkami o sobie, a Gabe i Patrick nie pozwolą jej o sobie zapomnieć… Bestseller New York Timesa.

Opinie o ebooku 99 dni lata - Katie Cotugno

Fragment ebooka 99 dni lata - Katie Cotugno

Tytuł oryginału: 99 Days

Przekład: Anna Dobrzańska Redaktor prowadzący: Maria Zalasa Redakcja: Agnieszka Grzywacz Korekta: Ewa Różycka, Katarzyna Nawrocka Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Zdjęcia na okładce: Meredith Jenks Projekt okładki: Natalie C. Sousa

Copyright © 2014 by Alloy Entertainment and Katie Cotugno Produced by Alloy Entertainment, LLC. Published by arrangement with Rights People, London Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-767-9 Wydanie I, Łódź 2018

Wydawca: JK ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 tel. 42 676 49 69 fax 42 676 49 29www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Ta książka jest dla dziewczyn.

Dzień 1

Julia Donnelly obrzuca jajkami mój dom pierwszej nocy po moim powrocie do Star Lake, zatem jest jasne, że wszyscy nadal pamiętają.

– Niezłe powitanie – mówi mama, wychodząc na zewnątrz, żeby stanąć obok mnie na trawniku, skąd obie patrzymy na żółte gluty szpecące jasnofioletowy dom w stylu wiktoriańskim. Wszystkie okna usmarowane są żółtkami. W krzewach walają się skorupki. Ledwie minęła dziesiąta, a już zaczyna cuchnąć siarkowodorem. – Żeby kupić tyle jaj, musieli jechać do Costco.

– Możesz przestać? – Serce mi wali. Zapomniałam, albo raczej próbowałam zapomnieć, jak to było, zanim rok temu stąd uciekłam: sprawowane przez Julię rządy bezwzględnego terroru, których celem było ukaranie mnie za wszystkie popełnione zbrodnie. Stopy ślizgają się w sznurowanych butach. Zerkam przez ramię na senną ulicę za długim, krętym podjazdem, na wpół spodziewając się, że zobaczę ją, jak przejeżdża w zdezelowanym fordzie bronco, podziwiając swoje dzieło.

– Gdzie szlauch? – pytam.

– Daj spokój. – Mama jak zwykle jest kompletnie niewzruszona. Machnięciem kręconych blond włosów pokazuje mi, że przesadzam. Dla niej nic nie jest problemem. Sam prezydent mógłby obrzucić jajkami jej dom, albo lepiej, dom mógłby spłonąć na popiół, a jej by to nie obeszło. „To dobry materiał na historię”, mawiała za każdym razem, gdy jako dziecko przychodziłam poskarżyć się na niesprawiedliwość, która mnie spotkała: brak przerwy albo to, że jako ostatnią wybrano mnie do drużyny koszykówki. „Zapamiętaj to, Molly. Kiedyś wyjdzie z tego niezła historia”. Do głowy mi nie przyszło zapytać, która z nas miałaby ją opowiedzieć. – Zadzwonię do Aleksa, to posprząta po południu.

– Żartujesz? – Głos mam zachrypnięty. Czuję, że z nerwów na twarzy wyskakują mi czerwone plamy i mam ochotę skurczyć się do rozmiaru drobinki kurzu albo roztocza. Za nic nie pozwolę, żeby majster mojej matki zmywał z naszego domu na wpół usmażony omlet tylko dlatego, że wszyscy w mieścinie mają mnie za zdzirę i chcą mi o tym przypomnieć. – Pytałam, gdzie jest szlauch!

– Nie tym tonem, Molly. – Mama stanowczo kręci głową. Gdzieś pośród zapachu jaj i ogrodu czuję jej perfumy pachnące lawendą i drzewem sandałowym, których używa, odkąd byłam dzieckiem. Nie zmieniła się od mojego wyjazdu, nadal nosi srebrny pierścionek na każdym palcu, czarny rozpinany sweter, cienki jak gaza, i potargane dżinsy. Kiedy byłam mała, uważałam, że moja mama jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Za każdym razem, gdy wyjeżdżała na spotkania autorskie, żeby czytać fragmenty swoich opasłych powieści w księgarniach Nowego Jorku, Chicago i Los Angeles, leżałam na brzuchu w salonie domu państwa Donnellych i oglądałam jej zdjęcia na okładkach wszystkich książek.

– Nie miej do mnie pretensji. Nie ja ci to zrobiłam.

Odwracam się do niej plecami, stojąc na trawie w miejscu, do którego nie chciałam wracać, nawet za milion lat.

– W takim razie do kogo mam mieć pretensje? – pytam. Na sekundę wraca tamto lodowate, przyprawiające o mdłości uczucie, kiedy w kwietniu w trzeciej klasie liceum pierwszy raz zobaczyłam artykuł w „People”, zawierający najbardziej obrzydliwe i najbardziej pikantne fragmenty powieści i zdjęcie mamy, na którym stała oparta o biurko: Rozbitkowie, najnowsza powieść Diany Barlow, została zainspirowana skomplikowanymi relacjami córki autorki z dwoma miejscowymi chłopcami. I ta świadomość, że teraz wszyscy się dowiedzą. – No? Do kogo?

Przez krótką chwilę mama wygląda na wykończoną i starszą niż jest w rzeczywistości – elegancka czy nie, miała prawie czterdzieści lat, kiedy mnie adoptowała. Teraz zbliża się do sześćdziesiątki. Nagle mruga i wrażenie znika równie nagle, jak się pojawiło.

– Molly…

– Daruj sobie. – Podnoszę rękę, jakbym chciała ją zatrzymać. Tak bardzo, bardzo nie chcę o tym rozmawiać. Wolałabym być gdziekolwiek, byle nie tu. Upominam się w duchu, że tylko dziewięćdziesiąt dziewięć dni dzieli mnie od wyjazdu do Bostonu i spotkania informacyjnego dla studentów pierwszego roku. Oddycham głęboko i staram się nie ulec pokusie, by pobiec na najbliższy dworzec autobusowy najszybciej, jak się da – choć pewnie nie tak szybko, jak jeszcze rok temu. Muszę przetrwać dziewięćdziesiąt dziewięć dni. Potem wyjadę do college’u i tyle mnie zobaczą.

Mama stoi na trawniku i patrzy na mnie. Jest boso jak zawsze. Z pomalowanymi na ciemny kolor paznokciami u stóp i wytatuowaną na kostce różą wygląda jak skrzyżowanie Carole King1 z pierwszą damą gangu motocyklowego. „Kiedyś wyjdzie z tego świetna historia”. Uprzedziła mnie, powiedziała, co się wydarzy, tak więc nie ma co się dziwić, że po tym, jak zdradziłam jej swój najgorszy i najważniejszy sekret, ona napisała o tym książkę, która stała się bestsellerem.

– Wąż jest w szopie – odzywa się w końcu.

– Dziękuję. – Przełykam grudę w gardle i kieruję się do ogrodu za domem, wzdrygając się, kiedy czuję zimny pot, który spływa mi po karku. Dopiero ukryta w niebieskoszarym cieniu domu zaczynam płakać.

Amerykańska autorka piosenek, pianistka i wokalistka. [wróć]

Dzień 2

Następnego dnia zaszywam się w pokoju za opuszczonymi roletami i żując lukrecję, oglądam na laptopie dziwaczne dokumenty z Netflixa. Ukrywam się jak ranny zbieg w filmie Clinta Eastwooda. Vita, stara pręgowana kotka mamy, wchodzi i wychodzi, kiedy ma ochotę. Pokój wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałam: tapeta w niebiesko-białe pasy, jaskrawożółty dywanik i mięciutka szara narzuta na łóżko. Nad biurkiem wisi obrazek namalowany przez koleżankę mamy, projektantkę, kiedy byłam mała, a tuż obok tablica korkowa z grafikiem zawodów z trzeciej klasy liceum i zdjęciem zrobionym w domu wiejskim państwa Donnellych, na którym stoję uśmiechnięta obok Julii, Patricka i Gabe’a. Nawet moja szczotka do włosów wciąż leży na toaletce, ta, której zapomniałam, w pośpiechu opuszczając Star Lake po tym, jak zobaczyłam artykuł w magazynie „People”. Zupełnie jakby czekała, aż wrócę ze splątanymi, skołtunionymi włosami.

Łapię się na tym, że patrzę na zdjęcie, zupełnie jakby gdzieś z tyłu przyczepiono do niego karmiczny magnes, który ściąga moją uwagę. W końcu zwlekam się z łóżka i odpinam fotografię od tablicy, żeby lepiej jej się przyjrzeć. Zrobiono ją podczas rodzinnej imprezy po pierwszej klasie, kiedy jeszcze spotykałam się z Patrickiem. Siedzimy swobodnie na starej, zniszczonej kanapie w stodole za domem – ja i rodzeństwo Donnellych; znajdująca się pośrodku Julia mówi coś złośliwego, a Patrick obejmuje mnie w talii. Gabe patrzy prosto na mnie, chociaż dopiero po wszystkim zwróciłam na to uwagę. Trzymając zdjęcie w dłoniach, czuję, jakbym dźgała palcem bolesny siniak.

Patrick nie wrócił nawet do domu na wakacje. Wiem, bo śledzę go na Facebooku. Pracuje jako wolontariusz gdzieś w Kolorado, sprząta zarośla i uczy się gasić pożary lasu, spełniając swoje marzenia z dzieciństwa, kiedy biegaliśmy po lesie za domem jego rodziców. Nie ma szans, że go spotkam.

Pewnie nie powinnam czuć się w związku z tym rozczarowana.

Odkładam fotografię na biurko pustą stroną do góry, wracam do łóżka i na powrót zagrzebuję się w pościeli. Spycham Vitę na podłogę. Kiedy mnie nie było, ona i pies panoszyli się w pokoju, o czym świadczy zalegająca wszędzie sierść. W dzieciństwie czułam się tu jak księżniczka, zamknięta w wieży na trzecim piętrze starego, nawiedzonego domu mojej matki. Teraz, niespełna tydzień po zakończeniu roku szkolnego, czuję się podobnie – znów jestem księżniczką uwięzioną w magicznej wieży, lecz tym razem nie mam dokąd pójść.

Kiedy wyciągam z foliowego opakowania ostatnią lukrecję, Vita wskakuje z powrotem na łóżko i mości się na poduszce.

– Spadaj, Vita – rzucam. Spycham ją delikatnie i przewracam oczami, kiedy niezadowolona, machając ogonem, wymyka się przez drzwi. Jestem przekonana, że zaraz wróci.

Dzień 3

Ale Vita nie wraca.

Dzień 4

Imogen też nie wraca. Kiedy myślałam o spędzeniu lata w Star Lake, spotkanie z nią było jedyną rzeczą, która podtrzymywała mnie na duchu, ale jak do tej pory wszystkie moje wiadomości typu: „hej, wróciłam” i „wyskoczmy gdzieś” pozostały bez odpowiedzi. Czy to możliwe, że ona również mnie nienawidzi? Imogen i ja przyjaźnimy się od pierwszej klasy. Ona jedna trwała przy mnie pod koniec trzeciej klasy i towarzyszyła mi podczas lunchów w szkolnej stołówce, kiedy wszyscy inni, którzy do tej pory siedzieli przy naszym stoliku, ulotnili się, a szepty zmieniły się w coś dużo, dużo gorszego. Prawda jest jednak taka, że nie powiedziałam jej o tym, że zamierzam wyjechać ze Star Lake i ukończyć czwartą klasę w Bristol, w szkole z internatem dla dziewczyn, ukrytej niczym podziemna wyrzutnia rakietowa na środku pustyni nieopodal Tempe w Arizonie.

Choć zamiast „o wyjeździe” powinnam raczej powiedzieć „o ucieczce pod osłoną nocy”.

W ciągu dziewięćdziesięciu sześciu godzin od mojego powrotu ograniczam kontakty z ludźmi do minimum, więc gdy mama wali w drzwi, żeby poinformować mnie, że przychodzi sprzątaczka, z leżącej na podłodze sterty ubrań wyciągam czyste spodenki. Moje koszulki i bielizna nadal leżą w wielkiej płóciennej torbie. Wcześniej czy później będę musiała się rozpakować, chociaż prawdę mówiąc, wolałabym żyć na walizkach przez najbliższe trzy miesiące. Stare trampki stoją pod krzesłem i kiedy się schylam, widzę, że nadal są zawiązane od ostatniego razu, kiedy miałam je na nogach – dnia, w którym ukazał się artykuł. Zupełnie jakbym liczyła, że uda mi się wyprzedzić jego publikację. Wybiegłam z domu najszybciej, jak mogłam.

I zwymiotowałam na piaszczyste pobocze.

Uff. Robię, co mogę, by o tym zapomnieć. Chwytam zdjęcie, na którym jestem z rodzeństwem Donnellych – wciąż leży odwrócone, tak jak je zostawiłam – i wrzucam do szuflady w szafce nocnej. Sznuruję buty, wsiadam do zaniedbanego, starego passata i jadę do centrum Star Lake.

Powietrze jest na tyle rześkie, że opuszczam szyby, ale nawet przez zapach sosen rosnących wzdłuż drogi numer 4 czuję napływającą od strony jeziora, delikatną woń stęchlizny, kiedy jadę do namiastki cywilizacji, jaką jest centrum Star Lake: wąskiej, zaniedbanej głównej ulicy z tanimi restauracjami, obskurnymi sklepikami i wrotkarnią, zamkniętą od 1982 roku. Mniej więcej wtedy ostatni turyści zjechali do Star Lake. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jezioro i niekończące się połacie zieleni gór Catskill były turystyczną atrakcją, ale odkąd pamiętam, Star Lake otacza aura minionej świetności, jak gdyby człowiek trafił przypadkiem na miesiąc miodowy własnych dziadków.

Mijając pizzerię Donnellych, przyspieszam i chowam głowę w ramionach, aż dojeżdżam do French Roast, baru kawowego, w którym Imogen pracowała, odkąd poszłyśmy do liceum. W progu wita mnie zapach świeżo mielonych ziaren i płynący z radia smętny kobiecy głos. Jest późny poranek i w barze świeci pustkami. Imogen stoi za kontuarem. Kruczoczarne włosy opadają jej na oczy i gdy podnosi wzrok na dźwięk dzwonków zawieszonych nad wejściem, po jej twarzy niczym cień przemykają panika i skrucha. Zaraz jednak bierze się w garść.

– Boże – rzuca. Wychodzi zza baru, obejmuje mnie pospiesznie i odsuwa od siebie na długość ramienia, jak cioteczna babka, która nie może się nadziwić, jak bardzo urosłam. W moim przypadku słowo „urosłam” nabiera nowego znaczenia, bo odkąd wyjechałam do Arizony, przytyłam siedem kilogramów i chociaż Imogen nic nie mówi, czuję na sobie jej spojrzenie. – Wróciłaś!

– Tak – przyznaję. Mój głos brzmi dziwnie i fałszywie. Pod fartuchem Imogen ma na sobie zwiewną sukienkę na ramiączkach, a na ręce ciemnoniebieską plamę – pewnie siedziała do późna, rysując piórkiem jeden z portretów, które tworzy, odkąd byłyśmy dziećmi. Każdego roku na urodziny kupuję jej nowy zestaw mazaków – profesjonalnych, ze sklepu dla plastyków. Kiedy byłam w Tempe, kupiłam je przez internet i wysłałam jej pocztą.

– Dostałaś moje wiadomości?

Imogen robi nagły ruch głową, jakby nie mogła się zdecydować: przytaknąć czy zaprzeczyć.

– Taa, telefon mi ostatnio głupieje – mówi, dziwnie modulując głos, jakby sama nie była pewna. Wzrusza ramionami, zawsze pełna wdzięku, choć od gimnazjum nie urosła ani centymetra i wciąż ma metr pięćdziesiąt pięć wzrostu. Jakoś nigdy się tym nie przejmowała. – Znikają mi różne funkcje; muszę kupić nowy. Chodź, zrobię ci kawy. – Wraca za kontuar, mijając po drodze półkę z kubkami przeznaczonymi dla ludzi, którzy lubią przesiadywać na zapadających się kanapach, i podaje mi papierowy kubek na wynos. Nie wiem, czy chce w ten sposób dać mi coś do zrozumienia. Kiedy próbuję zapłacić, powstrzymuje mnie machnięciem ręki.

– Dzięki – rzucam i uśmiecham się bezradnie. Nie jestem przyzwyczajona do prowadzenia z nią towarzyskich rozmów. – A więc RISD, tak? – zagajam. Widziałam na Instagramie, że tam właśnie wybiera się jesienią. Wrzuciła selfie, na którym stoi uśmiechnięta w koszulce z logo Rhode Island School of Design1. Ledwie to mówię, uświadamiam sobie, jakie to dziwne, że właśnie tak się o tym dowiedziałam. Kiedyś mówiłyśmy sobie wszystko, no prawie wszystko. – Jesienią będziemy sąsiadkami. Z Providence do Bostonu jest niedaleko.

– Aha – rzuca Imogen nieco zdenerwowana. – Ale to wciąż mniej więcej godzina jazdy, tak?

– Tak, ale godzina to wcale nie tak dużo – odpowiadam niepewnie. Mam wrażenie, że jest między nami rzeka, a ja nie wiem, jak zbudować most. – Posłuchaj, Imogen… – zaczynam, ale zaraz milknę. Chcę ją przeprosić za to, że zapadłam się pod ziemię, powiedzieć jej o mojej mamie i Julii, o tym, że mam tu spędzić kolejnych dziewięćdziesiąt pięć dni i jestem przerażona, i że przydadzą mi się sprzymierzeńcy. Chcę powiedzieć jej to wszystko, ale zanim zdołam wykrztusić kolejne słowo, telefon w kieszeni fartucha Imogen charakterystycznym dźwiękiem informuje o nadejściu nowej wiadomości.

To tyle, jeśli chodzi o telefon, który ostatnio głupieje. Imogen robi się czerwona jak burak.

Oddycham głęboko.

– Dobra – mówię. Z chwilą gdy zakładam za uszy niesforne kosmyki kręconych brązowych włosów, drzwi się otwierają a do baru, trajkocząc, wchodzi grupa kobiet ubranych w stroje do jogi, gotowych zamówić bezkofeinową, nietuczącą kawę.

– Spotkamy się, okej? – pytam, wzruszając ramionami. Imogen kiwa głową i macha mi na pożegnanie.

Wracam do samochodu, który zaparkowałam przy krawężniku, i ostentacyjnie ignoruję wystawę jedynej w Star Lake, maleńkiej księgarni, której wystawa krzyczy do mnie z naprzeciwka: MIEJSCOWA AUTORKA! Miliony egzemplarzy Rozbitków w miękkiej oprawie po wyjątkowo niskiej cenie $6.99, plus moja godność. Tak bardzo staram się nie zwracać na nią uwagi, że w ostatniej chwili zauważam wetknięte za wycieraczkę menu z chińskiej restauracji z jedzeniem na wynos. Na odwrocie nabazgrane różowym markerem widnieją dwa słowa: „wredna zdzira”, dzieło Julii.

Ogarnia mnie panika, którą chwilę później zastępuje palący wstyd; żołądek podchodzi mi do gardła. Wyszarpuję ulotkę zza wycieraczki, papier wiotczeje w dłoni wilgotnej od potu.

I oto widzę go, stoi, pracując na jałowym biegu, na końcu kwartału – należący do Donnellych ford bronco z końca lat dziewięćdziesiątych, wielki i oliwkowy, z wgnieceniem w miejscu, gdzie Patrick jesienią, w drugiej klasie liceum, cofając, uderzył w skrzynkę na listy. Samochód, którym wszyscy troje uczyli się jeździć, do którego pakowaliśmy się, żeby Gabe podrzucił nas do szkoły, gdy byliśmy w pierwszej klasie. Czarne jak atrament włosy lśnią w słońcu, kiedy światło zmienia się na zielone i Julia odjeżdża z piskiem opon.

Biorę trzy głębokie wdechy, gniotę ulotkę w dłoni i ciskam papierową kulkę na fotel pasażera, oddycham głęboko jeszcze dwa razy i dopiero włączam się do ruchu. Zaciskam palce na kierownicy, czekając, aż dłonie przestaną mi drżeć. Julia była moją przyjaciółką, jeszcze zanim poznałam któregokolwiek z jej braci, może więc nie powinnam się dziwić, że z całej trójki to właśnie ona nienawidzi mnie najbardziej. Pamiętam, jak wpadłam tu na nią niedługo po tym, gdy ukazał się artykuł. Jak odwróciła się i spojrzała na mnie z kubkiem latte w dłoni; zobaczyłam czystą nienawiść malującą się na jej twarzy.

– Czemu, kurwa, wszędzie widzę twoją gębę, Molly? – zapytała. Wydawała się tak poirytowana, jak gdyby rzeczywiście chciała poznać odpowiedź, żebyśmy mogły to jakoś rozwiązać i żeby ta sytuacja więcej się nie powtórzyła. – Na miłość boską, czemu po prostu nie znikniesz?

Wróciłam do domu i tego samego popołudnia zadzwoniłam do Bristol.

Ale teraz nie bardzo mam dokąd pójść. Marzę o tym, żeby wrócić do domu, zakopać się w pościeli i obejrzeć dokument o życiu w głębi oceanu albo czymś podobnym, ale zmuszam się, żeby wjechać na stację benzynową, zatankować i kupić paczkę lukrecji, tak jak planowałam.

Nie mogę spędzić w ten sposób całego lata.

Prawda?

Wsuwam kartę do dystrybutora, kiedy czyjaś ogromna ręka ląduje na moim ramieniu.

– Wypieprzaj stąd! – Słyszę niski, głęboki głos. Odwracam się z dudniącym sercem gotowa wszcząć awanturę i nagle dociera do mnie, że to nie polecenie tylko żart.

A głos należy do Gabe’a.

– Wróciłaś? – pyta z niedowierzaniem. Na jego opalonej twarzy pojawia się szeroki, szczery uśmiech. Ma na sobie postrzępione szorty w kolorze khaki, okulary pilotki i koszulkę z logo Notre Dame. Odkąd wróciłam, chyba nikt nie ucieszył się tak bardzo na mój widok.

Nie mogę nic na to poradzić: wybucham płaczem.

Gabe nawet nie mruga.

– Hej, hej – mówi łagodnie. Otacza mnie ramionami i tuli do siebie. Pachnie mydłem i praniem suszonym na powietrzu. – Molly Barlow, dlaczego płaczesz?

– Wcale nie płaczę – protestuję, chociaż przód jego koszulki robi się mokry od moich łez i smarków. Wysuwam się z jego objęć, wycieram oczy i kręcę głową. – Boże, ja wcale nie… Przepraszam. To żenujące. Cześć.

Gabe nie przestaje się uśmiechać, choć on także wygląda na zaskoczonego.

– Cześć – mówi. Wyciąga rękę i ociera mój policzek nasadą dłoni. – Witaj z powrotem, jak się masz? Widzę, że cieszy cię powrót na łono uroczego Star Lake – wyrzuca z siebie pospiesznie.

– Aha. – Pociągam nosem i mniej więcej biorę się w garść. Boże, nie wiedziałam, że tak bardzo tęskniłam za widokiem znajomej, przyjaznej twarzy. To śmieszne. No dobra, może wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, że mi tak odbije, kiedy ją zobaczę. – Świetnie. – Sięgam do samochodu i wręczam mu zmięte w kulkę menu. – To na przykład jest kartka powitalna od twojej siostry.

Gabe wygładza ulotkę, patrzy na nią i kręci głową.

– Dziwne – mówi. Głos ma spokojny jak powierzchnia jeziora w środku nocy. – Mnie też taką zostawiła.

– Poważnie? – Otwieram szeroko oczy.

– Nie – rzuca i widząc moją minę, uśmiecha się. Nagle pochmurnieje. – Poważnie, wszystko w porządku? To, co zrobiła, jest kompletnie popieprzone i przerażające.

Wzdycham i przewracam oczami – na siebie, na sytuację, na chorą absurdalność bałaganu, który sama zrobiłam.

– To… nieważne – mówię, udając, że mnie to nie rusza, że jestem ponad tym albo coś w tym stylu. – Jakoś się trzymam. Jest, jak jest.

– Nie sądzisz, że to nie w porządku? – mówi Gabe. – Chodzi o to, że jeśli ty jesteś wredną zdzirą, to ja też.

Śmieję się. Nie mogę się powstrzymać, choć jego słowa wypowiedziane na głos brzmią totalnie dziwnie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, nawet wtedy, gdy ukazała się książka – i artykuł – a cały mój świat dosłownie się zawalił. Czy to możliwe, że Gabe z czasem przestał się tym przejmować? Choć wszystko wskazuje na to, że tylko on jeden. Bóg jeden wie, że dla mnie to wciąż poważna sprawa.

– Tak, na pewno – przytakuję. Patrzę, jak zgniata ulotkę w dłoni i rzuca ją przez ramię, próbując wcelować do stojącego przy dystrybutorze kosza. Niestety, nie trafia i papierek spada jakieś dwa metry dalej.

– To się nazywa zaśmiecanie przestrzeni publicznej – upominam go z uśmieszkiem.

– Dopisz to do listy – rzuca Gabe, najwyraźniej niewzruszony tym, że nie jest wzorowym obywatelem. W czwartej klasie był przewodniczącym rady uczniowskiej. Podczas kampanii Patrick, Julia i ja rozwieszaliśmy jego plakaty. – Posłuchaj, ludzie to dupki. Moja siostra to idiotka. A mój brat… – urywa i wzrusza ramionami. Brązowe włosy opadają lokami na jego uszy, mają barwę miodu zmieszanego z melasą i są znacznie jaśniejsze niż włosy jego brata i siostry. Włosy Patricka są niemal czarne. – Cóż, mój brat to mój brat, zresztą i tak go tu nie ma. A ty, co porabiasz? Pracujesz gdzieś?

– Ja… na razie nic – wyznaję. Nagle robi mi się mi głupio, że tak bardzo stronię od ludzi. Czuję się upokorzona na myśl, że w całym Star Lake nie ma nikogo, kto chciałby się ze mną spotkać. Odkąd znam Gabe’a, zawsze miał mnóstwo znajomych. – Głównie ukrywam się przed światem.

Słysząc to, kiwa głową.

– Jutro też masz zamiar się ukrywać? – pyta ni stąd, ni zowąd.

Pamiętam, że kiedy miałam dziesięć albo jedenaście lat, nadepnęłam na szkło nad jeziorem i Gabe zaniósł mnie na barana do domu. Pamiętam, że okłamywaliśmy Patricka przez cały rok. Czuję, jakbym miała całą twarz zapuchniętą od płaczu, jakby ktoś napchał mi do głowy kłębków bawełny.

– Nie wiem – mówię w końcu, niepewna i wbrew sobie zaintrygowana. Może wszystko przez to ciągłe uczucie osamotnienia, ale spotkanie z Gabe’em sprawia, że mam przeczucie, że coś się wydarzy. – Pewnie tak. Czemu pytasz?

Gabe uśmiecha się do mnie, jak mistrz ceremonii, jak ktoś, kto domyśla się, że potrzebuję wrażeń i zamierza mi je zapewnić.

– Wpadnę po ciebie o dwudziestej. – To wszystko, co ma mi do powiedzenia.

Amerykańska Akademia Sztuk Pięknych z siedzibą w Providence, Rhode Island. [wróć]

Dzień 5

Gabe przyjeżdża punktualnie o dwudziestej i trąbi dwukrotnie, żebym wiedziała, że czeka na mnie przed domem. Zbiegam pospiesznie po schodach. Odkąd wróciłam, nigdzie mi się tak nie spieszyło; stukot butów na drewnianych schodach niesie się po domu. Długie włosy opadają mi na plecy.

– Wychodzisz? – woła z biura mama. Wydaje się zaskoczona. Nic dziwnego, aż do dziś krąg moich przyjaciół ograniczał się do Vity, Oscara i małego netflixowego robocika, który poleca różne programy na podstawie tego, co już obejrzałeś. – Z kim?

Prawie gryzę się w język. W pierwszej chwili mam ochotę skłamać. Nie chcę znowu stać się pożywką dla Klubu Książki Oprah. Ostatecznie uznaję jednak, że nie ma to dla mnie znaczenia.

– Z Gabe’em – rzucam wyzywająco i nie czekając na jej odpowiedź, wychodzę z domu.

Kombi Gabe’a pracuje na jałowym biegu, z głośników sączy się głos Boba Dylana, niski i znajomy. Rodzice Gabe’a byli zapalonymi hippisami – Chuck nosił włosy do ramion do czasu, aż Patrick i Julia skończyli pięć lat – i oboje dorastaliśmy, słuchając takich właśnie kawałków przez zestaw stereo w jego domu.

– Witaj, nieznajoma – mówi, kiedy siadam na fotelu pasażera. – Zniszczyłaś już dziś jakieś domy?

– Jeszcze nie – zapewniam go i przewracając oczami, zapinam pas. Dopiero kiedy wypuszczam oddech (nawet nie wiedziałam, że go wstrzymywałam), dociera do mnie, że od samego rana obawiałam się tej chwili. Niepotrzebnie. Oczywiście, że niepotrzebnie: to tylko Gabe, znamy się od dziecka, Gabe, mój autentyczny wspólnik w przestępstwie. – Ale wiesz, jeszcze wczesna godzina.

Wyjeżdżamy z miasteczka i pędzimy piętnaście minut do Frank’s Franks – furgonetki z hot dogami na przydrożnym parkingu, dokąd jego rodzice zabierali nas, kiedy byliśmy dzieciakami. Ogrodzenie przystrojono lampkami świątecznymi, a stoły piknikowe lepią się od wilgoci i zbyt wielu warstw lakieru. Rodziny jedzą lody w hałaśliwych grupkach. W wózku spacerowym wierci się dziecko, chłopak i dziewczyna bawią się na drabinkach w zapadającym zmierzchu. Ramię Gabe’a ociera się o moje, kiedy stoimy w kolejce, żeby zapłacić. „Wyprzystojniał”, myślę. Jest szerszy w barach, niż kiedy widziałam go po raz ostatni – dwa lata temu, zanim wyjechał do Notre Dame. Jest niemal zdumiewająco wysoki.

Siadamy przy jednym z wolnych stolików i opieramy stopy o ławkę – moje botki obok eleganckich skórzanych japonek Gabe’a. Kupuje ogromną papierową łódkę pełną krążków cebuli. W powietrzu unosi się zapach smażonych naleśników i grilla. Czuję ciepło emanujące od Gabe’a. Nie siedziałam tak blisko chłopaka, odkąd Patrick powiedział mi, że nie chce mnie więcej widzieć. W Tempe nie chodziłam na randki.

– No to co właściwie robisz po powrocie? – pyta Gabe.

Upijam łyk napoju i odganiam komara, który krąży uparcie nad moim kolanem.

– Szkoła odpada – mówię i wzruszam ramionami. – Po zakończeniu roku nie ma dokąd pójść. Pewnie mogłabym biegać, ale…

– Nie możesz się ukrywać – dopowiada Gabe. Jego słowa brzmią niczym echo rozmowy, którą odbyliśmy wczoraj na stacji benzynowej. Uśmiecham się. Przez chwilę milczymy. Dziwnie się czuję, siedząc tak z nim. Z całego rodzeństwa Donnellych Gabe był mi najmniej bliski, zanim to wszystko się wydarzyło. Nie zdradzałam mu swoich sekretów – przynajmniej do czasu, aż między mną i Patrickiem wszystko się pochrzaniło. Nie wiedział o mnie wszystkiego. Może to dobrze, że tylko on będzie miał ze mną coś wspólnego.

Kiedy jemy hot dogi, Gabe opowiada mi o szkole w Indianie, gdzie jego przedmiotem kierunkowym jest biologia, i o tym, że latem pracuje w pizzerii, żeby pomóc mamie.

– Co u niej? – pytam, myśląc o siwych włosach Connie, ściągniętych w gruby kucyk, o jej niewymuszonym uśmiechu i o tym, jak po śmierci Chucka, zamiast zapaść się w sobie niczym łabędź origami, stała się jeszcze silniejsza. Ojciec Gabe’a, Patricka i Julii dostał zawału serca przy kuchennym stole pewnego wieczoru, kiedy akurat byłam u nich na kolacji. Gabe i Patrick kłócili się o to, czyja kolej umyć wężem ich motorówkę Sally Forth. Następnego lata Connie sprzedała łódź. Teraz sama prowadzi pizzerię.

– W porządku – odpowiada Gabe, a ja się uśmiecham. Rozmawiamy o głupotach: balu przebierańców, na którym był kilka tygodni temu, gdzie wszyscy kolesie przebrali się za swoje matki, i o tym, co ostatnio widzieliśmy w telewizji. – Wow! – śmieje się Gabe, kiedy opowiadam mu ciekawostki na temat prohibicji i kolei transkontynentalnej, których dowiedziałam się z filmów dokumentalnych. – Naprawdę brakuje ci kontaktu z ludźmi, co?

– Zamknij się – rzucam ze śmiechem, a on z miną niewiniątka częstuje mnie resztką cebulowych krążków. Krzywię się, ale i tak je biorę; w końcu wcale się nie pomylił.

– Cóż – mówi, nie przestając się uśmiechać. Jego oczy mają niebieską głębię jeziora. W drugim końcu parkingu jakiś samochód zaczyna pomrukiwać i wyjeżdża na drogę. Światła reflektorów przecinają mrok. – Cokolwiek to znaczy, Molly Brown, cieszę się, że wróciłaś.

Dzień 6

– Przepraszam, ale czy ty się uśmiechasz? – nazajutrz rano pyta mama, patrząc na mnie z niedowierzaniem zza kuchennej wyspy.

Kryję uśmiech za kubkiem kawy i nie mówię ani słowa.

Dzień 7

Budzę się wczesnym rankiem ze znajomym, choć dawno zapomnianym uczuciem. Przez chwilę leżę pod kołdrą, czekając, czy minie. Żółte promienie słońca wlewają się przez okno. Powietrze pachnie chłodem i wilgocią Star Lake. Zapadam w dziesięciominutową drzemkę. Otwieram oczy i próbuję oszacować sytuację.

Nie. Wciąż nie minęło.

W końcu zwlekam się z łóżka, wyciągam z dolnej szuflady komody stare legginsy i krzywię się, widząc, jak gumka wrzyna się w miękką, zwiotczałą skórę na moim brzuchu. Z ponurą miną zaczynam rozwiązywać roczne supły na sznurowadłach tenisówek.

Gdybym teraz przebiegła pół kilometra, padłabym trupem i skończyła na poboczu drogi jak gruby, rozjechany szop pracz.

Ale chce mi się biegać.

Kiedy docieram na dół, mama popija kawę we wnęce jadalnej, ale – rozsądnie – postanawia nie komentować mojego pojawienia się i w milczeniu patrzy, jak przypinam do obroży Oscara skórzaną smycz.

– Nie pastw się nad nim, dobrze? – To wszystko, co ma mi do powiedzenia. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu prosi kogoś, by się nad kimś nie pastwił. – Ostatnio niewiele się rusza.

– Nie martw się – mruczę. Wkładam słuchawki do uszu i idę do drzwi. Macham do Alexa, który przycina różaneczniki, i kieruję się w stronę ulicy. – Ja też.

Biegałam na bieżni przez całe gimnazjum i pierwsze trzy lata liceum. W drugiej klasie rekruterka z Bristol chciała zwerbować mnie do drużyny, zresztą tak się o tamtej szkole dowiedziałam. Ale zanim przeniosłam się do Tempe, po tym, co się stało – po najdłuższym i najszybszym biegu mojego życia – byłam skończona. Ostatnią klasę przesiedziałam na trybunach i praktycznie w ogóle się nie ruszałam. Teraz czuję się jak blady, ciastowaty ludzik, który budzi się do życia.

Wybieram skalistą ścieżkę rowerową biegnącą równolegle do drogi numer 4, która zwęża się stopniowo i przechodzi w Star Lake Road. Patrick i ja biegaliśmy tędy cały czas – kiedy było ciepło jak dziś i zimą, gdy woda w jeziorze zamarzała, a sosnowe gałęzie nad naszymi głowami oprószone były śniegiem. W drugiej klasie Patrick dostał na gwiazdkę jasnozielony sweter i pamiętam, że gdy biegliśmy, patrzyłam, jak odcinał się pośród otaczającego nas morza szarości niczym egzotyczny ptak. Nie mogłam oderwać od niego oczu, od jego szybkiego, pięknego ciała. Byliśmy wówczas zapalonymi biegaczami, choć kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że biegaliśmy wokół jeziora głównie dlatego, że chcieliśmy być sami. Potem, ubiegłej jesieni, zaczęliśmy się ze sobą spotykać, ale wszystko nadal wydawało się nowe, ekscytujące i tajemnicze, jakby nikt przed nami nie doświadczył czegoś podobnego.

– Gabe mówił, że on i Sophie Tabor jesienią kąpali się tu na golasa – powiedział Patrick po kolejnym okrążeniu, a jego dłoń sięgnęła po moją w rękawiczce.

Wsunęłam obie nasze dłonie do kieszeni kurtki, żeby było nam ciepło.

– Poważnie? – spytałam, rozkojarzona bliskością Patricka. Chwilę później skrzywiłam się. – Nie uważasz, że w powiedzeniu „kąpanie się na golasa” jest coś obrzydliwego? Coś odpychającego. Jak w słowie „wilgoć”.

– Albo „gatki”.

– Nie mów „gatki” – rzuciłam.

– Przepraszam. – Uśmiechnął się i szturchnął mnie ramieniem. Szliśmy zamarzniętym brzegiem jeziora. Słabe promienie słońca przeświecały zza zimowych chmur. – Ale myślę, że powinniśmy spróbować.

– Czego? – spytałam beznamiętnym głosem. – Masz na myśli kąpanie się na golasa? – Spojrzałam na pokrywający ziemię twardy, zmarznięty śnieg i podniosłam wzrok na Patricka. – Tak myślisz?

– Nie teraz – wyjaśnił pospiesznie, ściskając mnie za rękę. – Nie chcę kończyć liceum z odmrożonym wackiem. Ale kiedy zrobi się ciepło… Tak, powinniśmy spróbować.

Zaintrygowana przyjrzałam mu się w chłodnym, białym świetle i przeszedł mnie dreszcz. Do tej pory ograniczaliśmy się do pocałunków.

– Latem – zgodziłam się i stanęłam na palcach, żeby pocałować go w kącik ust.

Patrick obrócił głowę i ujął w dłonie moją twarz.

– Kocham cię – wyszeptał, a ja się uśmiechnęłam.

– Ja ciebie też.

Nie wiem, czy to wspomnienie, czy wysiłek sprawia, że nagle brakuje mi tchu. Tak czy inaczej, po kilkuset metrach Oscar i ja musimy się zatrzymać i odetchnąć. To kręta leśna droga i tylko od czasu do czasu przejeżdża tędy samochód. Korony drzew tworzą baldachim nad moją głową, ale powietrze szybko się ociepla i koszulkę mam przesiąkniętą potem. Kiedy mijamy zjazd do hotelu Star Lake, szarpię smycz i kieruję się ku znajomej, wysypanej żwirem ścieżce w stronę polany i starego ośrodka wypoczynkowego, widocznych w oddali gór Catskill i lśniącego u ich podnóża jeziora.

Zanim wyjechałam, pracowałam tam przez trzy kolejne lata, wydawałam ręczniki i stałam przy kasie w maleńkim sklepiku z pamiątkami w holu. Wiele osób ze szkoły robiło to samo – obsługiwali klientów sali restauracyjnej albo prowadzili lekcje nauki pływania na basenie. Patrick i Julia przychodzili tu między zmianami w pracy w pizzerii; nawet Imogen pracowała tu przez kilka miesięcy w drugiej klasie, kiedy French Roast był zamknięty z powodu remontu. Na swój sposób było tu fajnie – spłowiała wykładzina w róże i wiekowa winda, która nie działała, jeszcze zanim przyszłam na świat. Całe to miejsce wyglądało, jakby lada chwila miało zostać zamknięte i chyba w końcu tak się stało. Główny parking świeci pustkami, a trawnik przed budynkiem upstrzony jest ptasimi odchodami. Fotele bujane na popadającej w ruinę werandzie kołyszą się upiornie na wietrze wiejącym od strony wody. W środku pali się jednak światło, a kiedy otwieram drzwi, widzę pusty hol pełen tych znajomych mebli z wyblakłą, kwiecistą tapicerką.

Odwracam się i mam zamiar wyjść – to upiorne, jak bardzo opuszczone wydaje się to miejsce – kiedy chłopiec w adidasach ze świecącymi podeszwami wpada do holu, jak w przeklętym Lśnieniu, odbija się od jednej z obitych brokatem kanap i biegnie korytarzem, który prowadzi do jadalni. Z mojego gardła dobywa się stłumiony krzyk.

– Fabianie! Fabianie, chyba mówiłam ci, żebyś nie biegał! – Wysoka kobieta około trzydziestki w obcisłych dżinsach i koszulce z napisem NYPD wchodzi do holu i widząc mnie przyczajoną w drzwiach jak jakaś świruska, zatrzymuje się. – O! Jesteś nową asystentką? – pyta, oglądając się przez ramię w kierunku korytarza, gdzie chwilę wcześniej zniknął Fabian. Wydaje się poirytowana. Jej twarz okala burza sprężystych loków. – Spóźniłaś się.

– Nie, nie. To pomyłka. – Kręcę głową zawstydzona. Niepotrzebnie tu wchodziłam. Odkąd wróciłam, nie wiem, co robię. Bez przerwy pokazuję się w miejscach, w których mnie nie chcą. Zupełnie jakbym znalazła sobie nowe hobby. – Przepraszam. Kiedyś tu pracowałam. Nie miałam pojęcia, że jest zamknięte.

– Tego lata znów otwieramy – odpowiada kobieta. – Jest nowy właściciel. Mieliśmy otworzyć w Dzień Pamięci1, ale jak widać, nic z tego nie wyszło. – Taksuje spojrzeniem moje mokre od potu ubrania, buty do biegania, spocone włosy upięte w koński ogon i twarz czerwoną z wysiłku. – Co robiłaś?

Przez jedną szaloną sekundę wydaje mi się, że ma na myśli Gabe’a i Patricka – nawet zupełnie obca osoba wyczuwa poczucie winy, którym cuchnę na kilometr – ale uświadamiam sobie, że pyta o zakres moich obowiązków, kiedy tu pracowałam. Kiedy odpowiadam, patrzy na mnie z zaciekawieniem.

– Poważnie? Właśnie szukamy kogoś na stanowisko asystentki nowego właściciela. Właściwie kogoś już zatrudniliśmy, ale wygląda na to, że się spóźnia. No a ty tu jesteś. Potraktuję to jako znak. Teraz tak robię, wypatruję znaków. Strasznie irytuje to moje dzieci.

Nie mogę się powstrzymać i się uśmiecham. Z całą pewnością nie szukałam pracy – zwłaszcza takiej, w której raczej na pewno wpadnę na całą masę ludzi, którzy mnie nienawidzą – ale jest w tej kobiecie coś, co mnie przekonuje, co rozbudza we mnie tę samą niecierpliwość, którą poczułam, gdy wpadłam na Gabe’a na stacji benzynowej.

– Kto jest właścicielem? – pytam.

Kobieta posyła mi ciepły, łobuzerski uśmiech, jak gdyby miała sekret, którym chce się z kimś podzielić, i cieszyła się, że akurat jestem w pobliżu.

– Ja. – Wyciąga ku mnie szczupłą, opaloną dłoń. – Pennsylvania Jones. Mów mi Penn. Możesz zacząć od jutra?

Dzień Pamięci, święto ku czci żołnierzy poległych, obchodzone w ostatni poniedziałek maja. [wróć]

Dzień 8

Mój pierwszy dzień w charakterze asystentki spędzam głównie na zbieraniu setek list z rzeczami do zrobienia, które Penn przygotowała i porozsiewała w całym hotelu, zapisanych na serwetkach przy barze i przyklejonych do lodówki ze stali nierdzewnej w kuchni. Jedną z nich, z napisem: CHLOR, znajduję na tablicy stojącej przy basenie. Kiedy jestem niemal pewna, że zebrałam już wszystkie, moje notatki zajmują siedem kartek starej hotelowej papeterii, zapisanych obustronnie maczkiem.

– Chryste Panie – rzuca Penn, kiedy wchodzę do gabinetu i wręczam jej moje dzieło. Biurko jest zawalone zleceniami zakupu i paragonami. W jej poirytowanym głosie pobrzmiewa nowojorski akcent. Dziś rano powiedziała mi, że ona i dzieci (sześcioletni Fabian i mała córeczka imieniem Desi, która nie ma więcej niż cztery lata i odkąd weszłam do pokoju, nie odezwała się ani słowem) wiosną przeprowadzili się tu z Brooklynu. Nie wspomniała słowem o ojcu dzieci, a ja nie pytałam. – Dobrze. Rzucę na nie okiem po spotkaniu z personelem. Chodź, powiedziałam wszystkim, że spotkamy się o czternastej w holu. Miałam przynieść pączki. Mówiłam ci, czy tylko o tym myślałam?

– Mówiła mi pani – zapewniam i wychodzę za nią na ciemny, wykładany boazerią korytarz. – Odebrałam je w porze lunchu.

– Świetnie – rzuca Penny, ale nie słucham jej i staję jak wryta w wysokim, łukowatym wejściu do holu. Na krzesłach i kanapach przed masywnym kominkiem siedzi kilkanaście osób. Ich twarze wyglądają tak znajomo, że przez chwilę dosłownie nie mogę się ruszyć. Elizabeth Reese, która była sekretarzem rady uczniowskiej trzy lata z rzędu, Jake i Annie, których poznałam, jeszcze zanim poszłam do przedszkola, i którzy zaczęli być parą mniej więcej w tym samym czasie. Widząc mnie, Annie trąca Jake’a łokciem, a jej idealnie wyskubane brwi podjeżdżają niemal pod linię włosów. Chwilę później ostentacyjnie odwraca głowę.

Myślę o notce, którą znalazłam za wycieraczką – „wredna zdzira” – i czuję, że się rumienię. Wyobrażam sobie, że wszyscy ci ludzie ją widzieli, może ktoś z nich nawet ją napisał, a jeśli nie, to tak właśnie o mnie myślą. Oto jak wyglądała sytuacja przed moi wyjazdem. Julia zadzwoniła raz na nasz numer domowy i podszywając się pod pracownicę organizacji Planned Parenthood1, zostawiła wiadomość z informacją, że moje testy na choroby weneryczne dały wynik pozytywny. Pamiętam, że byłam jej wdzięczna, bo przynajmniej nie odsłuchał jej nikt oprócz mojej mamy. Zasłużyłam sobie na to. Że wszyscy odwrócili się ode mnie po tym, jak ukazała się książka i artykuł – jakbym cierpiała na jakąś wstydliwą chorobę, którą można się było zarazić. Ale nie znaczy to, że chcę przechodzić przez to jeszcze raz.

Jeśli Penn zauważa to, jak się na mnie gapią – a gapią się, szepczą między sobą i widzę, że dziewczyna, z którą w pierwszej klasie chodziłam na zajęcia z angielskiego, mówi coś, zakrywając dłonią usta – nie okazuje tego.

– Czy wszyscy dostali pączki? – zaczyna.

To krótkie spotkanie, żeby ich powitać i pokazać im, jak obsługiwać stary zegar kontroli czasu pracy. Rozglądam się, kto jeszcze przyszedł. Jest kucharz w średnim wieku i jego kumple, których poznałam rano, kiedy uwijali się w kuchni, i sprzątaczki, które otworzyły okna na oścież, żeby wywietrzyć pokoje gościnne. Widzę trzy psiapsiółki Julii z drużyny cheerleaderek, które przycupnęły na kanapie, jak ptaki na drutach wysokiego napięcia. Włosy mają uczesane w identyczne warkocze francuskie, które opadają im na kościste ramiona. Stojąc w kącie, prostuję się, żeby nie wyglądać jak przywiędła roślina, i czuję na sobie trzy pogardliwe spojrzenia. Ta, która siedzi po lewej, patrzy prosto na mnie i poruszając bezgłośnie ustami, mówi „zdzira”. Krzyżuję ramiona na piersi, bo nagle czuję się kompletnie naga. Mam ochotę wyślizgnąć się z własnej skóry.

Po spotkaniu wychodzę na tylną werandę z widokiem na jezioro, skubię pączka i próbuję wziąć się w garść. Jakaś dziewczyna na oko w moim wieku myje wężem plastikowe krzesła. Rude włosy ma upięte w niedbały kok na czubku głowy. Widząc mnie, wzdryga się wyraźnie zaniepokojona.

– Cholera – rzuca. Zerka na zegarek i znowu na mnie, i unosi jasne brwi. – Przegapiłam spotkanie? Właśnie przegapiłam spotkanie, tak? Cholera.

– Ja… Właściwie to tak – bąkam przepraszająco. – Ale to pewnie bez znaczenia. Zresztą myślę, że zostały jeszcze jakieś pączki.

– W takim razie… – Rzuca wąż na ziemię, wbiega po schodkach na werandę i wyciąga do mnie rękę. Skórę ma bladą jak alabaster. – Jestem Tess – rzuca. – Główna ratowniczka, to znaczy będę nią, jeśli ktokolwiek wejdzie do wody. Na razie jestem panienką od węża. – Marszczy nos. – Wybacz, w mojej głowie brzmiało to mniej obleśnie. Zaczynasz dziś?

Amerykańska organizacja non-profit działająca na rzecz praw reprodukcyjnych z siedzibą w Nowym Jorku. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki