9 i pół tygodnia - Elizabeth McNeill - ebook
Opis

Książka, na kanwie której nakręcono kultowy film pod tym samym tytułem, w doborowej obsadzie: z Mickey’em Rourke i Kim Basinger (po kreacjach w „9 i ½ tygodnia” okrzyknięto ich symbolami seksu!).

Ona – młoda, niezależna, wykształcona, z niezłą pracą, i on, o którym wiemy niewiele, nie znamy nawet jego imienia. Spotykają się przypadkiem na targu staroci; to mógłby być wstęp do uroczej historyjki o poszukiwaniu „tego jedynego” – lecz autorka już od pierwszych akapitów pozbawia nas złudzeń. Ta historia nie będzie urocza.

McNeill wprowadza czytelników w świat perwersyjnego seksu i sadomasochistycznych fantazji, gdzie ból staje się niezbędnym składnikiem erotyzmu, a pożądanie przeradza się w obsesję. Brutalnie szczera, budzi dreszcz fascynacji i niepokoju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elizabeth McNeill

DZIEWIĘĆ I PÓŁ TYGODNIA

Historia pewnego romansu

Wstęp: Francine ProsePrzekład: Jarosław Rybski

Tytuł oryginału: Nine and a half Weeks. AMemoir of a Love Affair

NINE AND A HALF WEEKS: A Memoir of a Love Affair by Elizabeth McNeill. Copyright © 1978 by Elizabeth McNeill. By arrangement with the Proprietor. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Jarosław Rybski, MMXV

Wstęp: Copyright © 2005 by Francine Prose

Wydanie I

Warszawa

Dedykuję HB i HR – dziękuję wam bardzo.

Wstęp

„Kiedy po raz pierwszy wylądowaliśmy w łóżku, przytrzymywał mi dłonie nad głową”.

Już w pierwszym zdaniu powieści autorka przechodzi do sedna tak szybko i skutecznie, że wraz z nim kończy się właściwie dochodzenie do istoty rzeczy. Podobnie jak narratorka wiemy, dokąd to wszystko zmierza. I choć jej przyszłość nie jest całkowicie znana, możemy podejrzewać, że ten romans nie miał szczęśliwego zakończenia.

Te niejasne złe przeczucia narastają wraz z zainteresowaniem i poruszeniem, gdy nasza bohaterka chłodno odhacza kolejne stadia płomiennej namiętności. Kiedy spotyka się z kochankiem po raz drugi, on pyta, czy może zawiązać jej oczy. Za trzecim razem doprowadza ją na skraj orgazmu i każe błagać o więcej. Za czwartym razem „…za pomocą tej samej apaszki związał mi nadgarstki. Następnego dnia rano posłał mi trzynaście róż do biura”.

Gdy to pospieszne, przekazane w telegraficznym skrócie preludium dobiega końca, jesteśmy już, wraz z bohaterką, wciągnięci w wir akcji, zastanawiając się, co będzie dalej i ile zamierza nam autorka wyjawić.

Minęło ponad trzydzieści lat od pierwszego wydania w 1978 roku książki Dziewięć i pół tygodnia, która została opublikowana pod pseudonimem Elizabeth McNeill jako jej pamiętnik. Książka ta wzbudziła niezwykłą sensację, o wiele większą, niż można się było spodziewać, szczególnie że ukazała się w trakcie trwającej od dekady rewolucji seksualnej.

Myślę, że wstrząs, jaki wywołała, miał swoje źródło po części w tym, że granica pomiędzy pornografią i pamiętnikarstwem nie uległa jeszcze wówczas tak znaczącemu zatarciu. Od przynajmniej kilkunastu lat bowiem pisarze i pisarki zdają się badać dopuszczalne granice i podnosić poprzeczkę swych wynurzeń, zwierzając się czytelnikom z coraz to bardziej intymnych szczegółów: kazirodztwa, molestowania w młodym wieku oraz niecodziennych praktyk seksualnych.

Oczywiście wcześniej tworzył Henry Miller, którego dzieła podobnie jak Joyce’a czy Nabokova wywołały skandal, mający swój sądowy finał w procesie o obrazę moralności. Ale ci pisarze – podobnie jak Frank Harris i współcześni mu kronikarze sekretnego życia – byli (nawet nie trzeba dodawać) mężczyznami. Pojawiały się także tandetne komercyjne wspominki autorstwa kobiet, takich jak Xaviera Hollander ze swoją The Happy Hooker, literacka pornografia jak Historia O oraz pamiętniki Anaïs Nin, w których wspomina ona swoje miłostki z takim liryzmem, iż jedynie garstka czytelników uznałaby je za literaturę erotyczną. Nin jednak pamiętała, aby przekonać czytelnika, że jest w nich także mnóstwo innych elementów o wiele istotniejszych od seksu: przecież poddawała się analizie, wiązała z literatami, pisała!

W odróżnieniu od tamtej książki Dziewięć i pół tygodnia niezwykle intensywnie i bez reszty koncentruje się na tym, co ma miejsce między mężczyzną i kobietą, przeważnie w jednym łóżku, na przestrzeni mniej więcej dwóch miesięcy, kiedy wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Zostało to napisane (czy też skutecznie przekonywało, iż tak właśnie jest) przez kobietę, która bynajmniej nie była „szczęśliwą prostytutką”. I podobnie jak Książka Henry’ego Robbinsata pozycja ukazała się pod szacowną egidą niezwykle szanowanego wydawcy, publikującego książki takich autorów, jak John Irving, Joyce Carol Oates czy Isaac Bashevis Singer.

Jednakże tym, co przydało tej książce jeszcze więcej złej sławy, jest fakt, że pojawiła się pod koniec epoki, w której feministki walczyły o wiele przywilejów – władzy, kontroli, autonomii, samorealizacji – z których to narratorka Dziewięciu i pół tygodnia beztrosko rezygnuje po zaledwie kilku dniach romansu z mężczyzną spotkanym na ulicznym targu na Manhattanie. Sarkazm jest tym większy, że narratorka jest, przynajmniej z pozoru, Nową Kobietą, czerpiącą wszelkie korzyści z przywilejów wywalczonych przez jej siostry aktywistki. „Zdolna kobieta interesu lubiana przez przyjaciół i doceniana przez zwierzchników” ma swoich klientów, obowiązki, „Ja z moim neseserkiem i letnią torebką, w butach na obcasie, z błyszczykiem na ustach i świeżo umytymi włosami”. Jest dobrze wykształconą, znającą świat i seksualnie wysublimowaną osobą – mówiąc krótko, posiada wszelkie zalety młodej, niezamężnej kobiety z klasy średniej, pracującej na wysokim stanowisku w Nowym Jorku. I okazuje się, że czego pragnie? Kiedy spotyka swego księcia z bajki, ku swemu zaskoczeniu bardzo szybko odkrywa, że chce jedynie być zakuwana w kajdanki, bita, poniżana, traktowana jak bezbronne dziecko, niezdolne zadbać o swoje podstawowe potrzeby.

We fragmentach streszczających, jak się okazuje, najmniej niepokojące aspekty jej związku, McNeill objaśnia podejście pary do podziału obowiązków. Pod tytułem „Co robił on” informuje czytelnika, że: „Karmił mnie. Przynosił wszystkie zakupy, gotował wszystkie posiłki, zmywał wszystkie naczynia”. Ubierał ją i rozbierał, zanosił jej buty do szewca, czytał gazety, mył, suszył i czesał włosy drogą szczotką, którą ją też bił, kupował i zakładał jej tampony, kąpał, zmywał makijaż. A pod hasłem „Co robiłam ja” jest tylko pojedyncze słowo: „Nic”. Ale jak się wkrótce przekonamy, to nie jest cała prawda. Robiła o wiele więcej niż „nic”. Pełzała po podłodze, przyjmowała sugestywne pozy na materacu, gdy kupowali nowe łóżko, i przebrana w męski strój napadła na nieznajomego, grożąc mu nożem, gdyż jej kochanek nakazał tak zrobić. Przy tym wszystkim zastanawiała się nad swym dwubiegunowym życiem: „Przez ten cały okres zasady obowiązujące za dnia w moim życiu nie ulegają zmianom: byłam osobą niezależną, zarabiałam na siebie […], podejmowałam samodzielne decyzje, dokonywałam wyborów. Zasady obowiązujące wieczorem pozostawiały mnie całkowicie bezbronną, zależną i ubezwłasnowolnioną. Nie oczekiwano ode mnie podejmowania żadnych decyzji, nie miałam żadnych obowiązków. Nie miałam wyboru. Uwielbiałam to”.

To, co zdaje się tak rewolucyjnym – czy też raczej kontrrewolucyjnym – aspektem Dziewięciu i pół tygodnia – to zapewnienie, opanowany głos doświadczenia, który przydaje wagi stwierdzeniu, że w pewnych okolicznościach i przy pewnym typie umysłowości seks triumfuje nie tylko nad polityką, ale nad wszelkimi przejawami życia.

***

Ćwierć wieku później przywykliśmy już do pamiętników opisujących grozę potężnych instynktów, wobec której jesteśmy często bezradni. Przyznaliśmy, że nasze emocje i seksualność potrafią puszczać oko do naszych zasad i etyki. Fetyszystyczne pułapki sadomasochizmu wyszły z seksualnego podziemia i trafiły na błyszczące strony magazynów, poświęconych najnowszym trendom mody. Można mieć tylko nadzieję, że książka McNeill przeżyła skażoną asocjację z kiczowatym, spłaszczonym filmem z udziałem Mickeya Rourke’a i Kim Basinger, dzieląc z nim jedynie tytuł oraz zarys intrygi. Najwyraźniej bardzo wiele zmieniło się w ciągu tych lat. Lecz w takim razie, dlaczego ten zapis sadomasochistycznego związku dwojga zdrowych na umyśle, dorosłych osób wciąż wzbudza w nas niepokój i potęguje poczucie zagrożenia?

Zaryzykowałabym twierdzenie, że to z powodu kunsztu, z jakim ta historia została napisana. Pozornej łatwości, z jaką łączy techniki narracji z autorytaryzmem pamiętnika. Książka została wydana zaledwie dwa lata po ukazaniu się zbioru opowiadań Will You Please Be Quiet, Please? („Czy możesz się zamknąć, bardzo proszę?”) Raymonda Carvera, która to pozycja wprowadziła nowy głos do literatury – krótki, urywany, bezpośredni, osadzony w czasie teraźniejszym, charakteryzujący się czymś, co nazywamy minimalizmem. Jest to jednak również styl i głos pamiętnika McNeill. Książka ukazała się dziewięć lat po Bright Lights, Big City Jaya McInerneya, wykorzystującej ten sam ton opisu rytmu odstręczającego miejskiego otoczenia, lecz to (pomijając narkotyki i przesiadywanie do późnych godzin nocnych) dotyczy również warstwy społecznej, w której osadzona jest relacja McNeill. Okrojona, eliptyczna, zredukowana powieść Dziewięć i pół tygodnia mogłaby od biedy zostać uznana za pierwszy minimalistyczny pamiętnik, choć w odróżnieniu od wielu autorów tego okresu, którzy nasączali swoje dzieła melancholią oraz nieodwzajemnioną romantyczną tęsknotą, McNeill wiedziała, że Eros składa o wiele bardziej nieodpartą i natarczywą propozycję naszej naturze.

Autorka w języku pamiętnika wystrzega się ciężkiego dyszenia towarzyszącego rozrywaniu gorsetów, fałszywej liryki romansu, dobrze znanego, śmiesznego banału konwencjonalnej pornografii. Doznania i emocje opisane są niezwykle rzeczowo, w quasi-reporterskim, niemal dziennikarskim stylu, trzymającym się ściśle faktów, wydarzeń oraz liniowej narracji opisanych zdarzeń.

Książka ta to także modelowy wręcz przykład sztuki zatajania informacji. Kiedy czytelnik dowiaduje się czegoś o kochanku, jest to opis równie enigmatyczny jak zestaw szczegółów jego garderoby – kolorów, fasonów i gatunku koszul i spodni – którą bohaterka odkrywa po raz pierwszy, przeglądając zawartość mebli w jego sypialni. Nigdy też nie pada jego imię; występuje wyłącznie jako „on”, jakby był to jeden jedyny „on” – innymi słowy, jakby był jedynym mężczyzną na świecie. Dowiadujemy się, że jej własne, porzucone mieszkanie jest magazynem pamiątek i ważnych dla niej przedmiotów, upchniętych w wielobarwną masę szczątków rozkładu jej złożonego życia, ale para skupiona całkowicie na seksie i sadomasochizmie tkwi wspólnie w pustce wyzutej z indywidualizmu, takiej jak wystrój jego mieszkania. Jego przyjaźnie są tajemnicze, nawet nieco złowieszcze, a przyjaciółka, którą narratorka obarcza odpowiedzialnością za brzemienną w skutkach wizytę na ulicznym targowisku, znika z kart powieści, kiedy tylko pojawia się na nich kochanek.

Wiemy, że kochanek McNeill uwielbia gotować, wiemy, co czyta, gdzie robi zakupy, ale nie znajdziemy tu wielu szczegółów na temat pracy obojga, ich przeszłości czy pogody – pomijając fakt, że akcja dzieje się latem – albo życia miasta, występującego jako tło. Nie znajdziemy też żadnego osądu, żadnej świadomości, żadnego poszukiwania powodów postępowania czy wyjaśnień, żadnej refleksji (bohaterka nigdy nie patrzy na swój stan w szerszym kontekście). Brak tu również prymitywnego psychologizowania i zdawkowych spekulacji na temat doświadczeń z dzieciństwa lub wczesnych wpływów, które mogłyby sprawić, że oboje zapragnęli tego rodzaju związku. McNeill nie widzi sensu w potwierdzaniu zastrzeżeń czy też uzasadnionych obiekcji zwykłego czytelnika, który już na samym początku może stwierdzić, że ten facet to niezłe ziółko.

Poprzez te wszystkie pominięcia i niedomówienia, a także z powodu obecności niemal nieprzerwanego napięcia autorka odtwarza też duszną i klaustrofobiczną atmosferę charakteryzującą ten romans oraz maluje obraz braku jakiejkolwiek obiektywnej rzeczywistości poza nim. W trakcie lektury tej książki czytelnik ma wrażenie, że brakuje mu powietrza.

Struktura jest prosta, absorbująca i pełna suspensu: sprawy przybierają coraz gorszy obrót. Na naszych oczach narratorka brnie w coraz większe upodlenie i upokorzenie, traci krok po kroku elementy swej indywidualności, przyzwalając, by moralny porządek jej osobowości zniszczyły pożądanie oraz coraz to bardziej obelżywe i wymagające zachcianki partnera. Jest tam zdarzenie z udziałem masażysty oraz sesja z prostytutką, wynajętą, aby przeistoczyć narratorkę w postać taniej kurwy. Wystrojona w perukę i plastikową minispódniczkę ta „zdolna kobieta interesu” jest zmuszona przyznać, że rozkoszy, jaką obdarza ją jej kochanek, może doznać za sprawą jakiejkolwiek kobiety odrobinę wprawionej w dziedzinie seksu. Ale najbardziej przejmująca jest sytuacja, kiedy na polecenie kochanka dokonuje rabunku z użyciem noża, ponieważ tym razem przemoc dotyka niewinnego, przerażonego, obcego człowieka, który nie został wprowadzony w zasady tej gry.

W rzadkich chwilach refleksji McNeill rozważa możliwość, co by było, gdyby ten romans toczył się dalej po równi pochyłej, do momentu aż poczułaby, że pragnie zostać zabita, a jej mężczyzna poczułby równie silny przymus zabicia jej. Ale w chwili gdy narratorka widzi własną krew, przelaną podczas aktu miłosnego, szczątkowy instynkt samozachowawczy triumfuje nad siłą wewnętrznego przymusu, wywołując napad niekontrolowanego płaczu. Przestraszony (czytelnik jest w stanie wyobrazić sobie jego zaniepokojenie) kochanek narratorki zabiera ją do szpitala. McNeill opisuje, z charakterystycznym dla siebie niedopowiedzeniem, że to, co nastąpiło później – i co stanowi też kres romansu – zamyka się w zdaniu: „Na drugi dzień rozpoczęłam kurację, która ciągnęła się przez kilka miesięcy”.

Najbardziej zaskakujące i niespodziewane, a zarazem świadczące o prawdziwej wielkości tej książki jest to, że pod jej koniec ten opis ekstremalnej i patologicznej namiętności rozciąga się niczym metafora ekstremów, do których jest nas w stanie doprowadzić każda pasja. Nie tyle dostrzegamy w niej opis klinicznego przypadku perwersji, ile uderza nas to, czym ta książka miała być w podtytule – „historią pewnego romansu”. Oczarowanie odkryciem, wzajemna absorpcja, stopniowe wymazywanie świata zewnętrznego z rzeczywistości, końcowy wymuszony powrót do normalności – to doświadczenia wspólne dla osób zmagających się z gwałtownym romansem, bez względu na to, jak bardzo byłby „zdrowy” i „normalny”. Wstrząsającą obecnie nie mniej niż w czasach, kiedy została wydana po raz pierwszy, książkę Dziewięć i pół tygodnia cechuje brak skruchy. Jest to jednocześnie ostrzeżenie przed łatwością, z jaką odurzenie miłością i seksem może zmienić naszą perspektywę spojrzenia – a może patrzenia? – na siebie oraz zmusić nas do postrzegania siebie w całkowicie innym świetle, w którym możemy dostrzec inną osobę niż ta, za którą niewinnie i naiwnie do tej pory się uważaliśmy.

– Francine Prose

Dziewięć i pół tygodnia

Kiedy po raz pierwszy wylądowaliśmy w łóżku, przytrzymywał mi dłonie nad głową. Podobało mi się to. Był humorzasty, co wtedy uznałam za cechę niezwykle romantyczną, był też dowcipny, inteligentny, był interesującym rozmówcą, a do tego dawał mi rozkosz.

Za drugim razem, kiedy się rozbierałam, zapytał z uśmiechem:

– Pozwolisz, żebym zawiązał ci oczy?

Nikt wcześniej nie zawiązywał mi oczu w sypialni. Spodobało mi się to. On sam spodobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszej nocy i szorując zęby, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Znalazłam niezwykle pomysłowego kochanka.

Na trzecim spotkaniu raz za razem doprowadzał mnie na skraj orgazmu. Gdy zatraciłam się po raz kolejny, a on znów przerwał, usłyszałam nad łóżkiem swój głos, zupełnie bezcielesny, błagający, by nie przestawał. Posłuchał. Zaczynałam się zakochiwać.

Za czwartym razem, kiedy byłam na tyle podniecona, by zanurzyć się w niepamięci, za pomocą tej samej apaszki związał mi nadgarstki.

Następnego dnia rano przysłał mi trzynaście róż do biura.

***

Jest niedziela, koniec maja. Popołudnie spędzam z przyjaciółką, która odeszła z firmy, gdzie od roku pracuję. Ku naszemu obopólnemu zdziwieniu widujemy się ostatnimi miesiącami częściej niż wtedy, gdy pracowałyśmy w tym samym biurze. Mieszka w centrum, a niedaleko jej lokum znajduje się uliczny targ. Spacerujemy, przystajemy co jakiś czas, rozmawiamy i jemy coś, a ona zdążyła kupić poobijane i bardzo piękne srebrne pudełko na pigułki na jednym ze straganów ze starymi ubraniami, książkami, dziwacznymi rupieciami, niezmiennie wystawianymi jako „antyki”, oraz olbrzymi obraz boleściwych kobiet z zaskorupiałym akrylem w kącikach różowych ust.

Nie mogę się zdecydować, czy mam wrócić pół przecznicy do stoiska, gdzie oglądałam koronkowy szal, który moja przyjaciółka określiła jako „brudny”.

– Może i był brudny – mówię na głos do jej pleców, bo wyprzedziła mnie nieco, mam też nadzieję, że mój głos przebije się przez otaczający nas gwar. – Ale nie jesteś w stanie wyobrazić go sobie po wypraniu i naprawie…

Ogląda się przez ramię, przystawia prawą dłoń do ucha i wskazuje na kobietę w bardzo dużym męskim garniturze, która z wielkim zapałem sprawdza zestaw bębnów, przewraca oczami, po czym odwraca się ode mnie.

– Wystarczy wyprać i zacerować! – krzyczę. – Nie widzisz tego? Myślę, że powinnam wrócić i go kupić, bo ma w sobie potencjał…

– W takim razie wróć – jakiś głos odzywa się blisko mojego ucha – i to szybko. Prędzej ktoś inny kupi go i upierze, niż ona usłyszy cię w tym hałasie.

Obracam się na pięcie i posyłam rozdrażnione spojrzenie mężczyźnie stojącemu tuż za mną, po czym znów się odwracam, chcąc dogonić koleżankę. Ale dosłownie zastygam w miejscu. Tłum zwalnia, zaczynając od miarowego szurania nogami w miejscu aż do całkowitego zastoju. Tuż przede mną stoi trójka dzieci w wieku przedszkolnym – wszystkie z topniejącymi, ociekającymi lodami w wafelkach, kobieta po prawej stronie ryzykownie wymachuje pitą z falafelem. Do perkusistki dołącza gitarzysta, a ich publiczność stoi jak zaczarowana, unieruchomiona jedzeniem, świeżym powietrzem i sprzyjającą chwilą.

– To jest targ uliczny, pierwszy w sezonie – mówi głos do mojego lewego ucha. – Ludzie rozmawiają z nieznajomymi, bo jakiż inny byłby tego sens? Wciąż uważam, że powinnaś wrócić i kupić to, co chciałaś.

Słońce świeci jasno, a jednak nie jest wcale gorąco, lecz wręcz błogo. Niebo lśni, a powietrze wydaje się czyste jak w jakimś miasteczku w Minnesocie. Stojące przede mną dziecko zdążyło już polizać lody pozostałej dwójki – to z całą pewnością najbardziej urocze z niedzielnych popołudni.

– To tylko złachany szal – mówię – nic specjalnego. Jest to jednak niezwykle misterna robota za jedyne cztery dolary, czyli tyle co nic, myślę, że go jednak kupię. – Ale teraz nie ma się jak ruszyć.

Stoimy twarzami do siebie i uśmiechamy się. Nie ma okularów przeciwsłonecznych i mruży oczy, a włosy spadają mu na czoło. Jego twarz staje się przystojna, gdy mówi, a jeszcze bardziej, gdy się uśmiecha – pewnie kiepsko wychodzi na zdjęciach, oceniam – przynajmniej kiedy stara się być poważny przed obiektywem. Ma na sobie postrzępioną, jasnoróżową koszulę z podwiniętymi rękawami, a spodnie koloru khaki są workowate – przynajmniej nie jest gejem, wnioskuję – obcisłe spodnie są jednym z niewielu wiarygodnych sposobów, jeśli nie jedynym, by to stwierdzić – oraz tenisówki bez skarpetek.

– Wrócę z tobą do tego stoiska – mówi. – Nie zgubisz przyjaciółki, bo cały ten rozgardiasz ciągnie się między dwiema przecznicami i prędzej czy później na siebie traficie, no chyba że postanowi stąd prysnąć.

– Nie zrobi tego – mówię. – Mieszka tu.

Przepycha się przez tłum w kierunku, z którego przyszłyśmy, i rzuca przez ramię:

– Ja też. Nazywam się…

***

Jest czwartek. Jemy na mieście w niedzielę i poniedziałek, we wtorek u mnie, a w środę na przyjęciu wydanym przez mojego kolegę z pracy zimne przekąski z Zabara. Dziś wieczór przyrządza kolację w swoim mieszkaniu. Siedzimy w kuchni, rozmawiając, a on przygotowuje sałatkę. Odmówił pomocy, którą zaoferowałam, nalał nam po kieliszku wina i właśnie kiedy zapytał mnie, czy mam rodzeństwo, zadzwonił telefon.

– No nie – mówi. – Nie, dzisiaj wieczór mi nie pasuje, naprawdę. Nie, mówię ci, ten bajzel może zaczekać do jutra… – Następuje długa cisza, podczas której krzywi się i kręci głową. W końcu wybucha: – O Jezu! Dobra już, przyłaź. Ale dwie godziny, słowo daję, że jak się nie wyrobisz w dwie godziny, to niech to szlag trafi. Mam plany na wieczór…

– A to cymbał – skarży mi się zdegustowany i potulny. – Że też nie może zniknąć z mojego życia. Ten facet nadaje się, żeby razem wychylić piwko, ale poza tym nic nas nie łączy oprócz tego, że gra w tenisa na tych samych kortach co ja i pracuje dla tej samej firmy co ja, i wciąż ma zaległości, więc co chwila na gwałt potrzebuje pomocy w zadaniach domowych, jak w ogólniaku, daję słowo. Nie jest zbyt lotny i w ogóle nie ma ikry. Przylezie o ósmej i znów będzie to samo, jakaś robota, którą powinien skończyć dwa tygodnie temu, a teraz tylko panikuje. Bardzo mi przykro. Zaprowadzę cię do sypialni i będziesz mogła tam pooglądać telewizję.

– Wolałabym raczej pójść do domu – mówię.

– Nie, nie pójdziesz – protestuje. – Nie idź do domu, tego właśnie się obawiałem. Słuchaj, zjemy i zajmiesz się czymś przez dwie godzinki, zadzwonisz do mamy, zrobisz, na co tylko będziesz miała ochotę, a kiedy sobie pójdzie, będziemy mogli przecież miło spędzić czas, bo to będzie dopiero dziesiąta, dobrze?

– Zwykle nie dzwonię do matki, gdy mam zabić czas – odpowiadam. – W ogóle to niedobrze mi na samą myśl o marnowaniu czasu, kropka. Szkoda, że nie zabrałam ze sobą pracy…

– Wybierz sobie – mówi – co tylko chcesz, czuj się jak u siebie.

Skwapliwie wyciąga w moją stronę swoją aktówkę, rozśmieszając mnie i rozbrajając tym samym.

– No dobrze – zgadzam się – znajdę sobie coś do czytania. Ale pójdę do sypialni i nie chcę nawet, żeby twój kolega wiedział, że tam jestem. Jak wciąż tu będzie siedział po dziesiątej, to wyjadę na miotle z prześcieradłem na głowie i wykonam kilka sprośnych gestów.

– Wspaniale – rozpromienia się. – I tak ci wniosę telewizor, gdybyś zaczęła się nudzić. Po kolacji pobiegnę do kiosku na rogu i przyniosę ci kilka pism, żebyś przyswoiła sobie tych kilka sprośnych gestów, których jeszcze nie znasz.

– Dzięki – mówię, na co on szczerzy zęby w uśmiechu.

Po sałatce ze stekiem pijemy kawę w salonie, siedząc obok siebie na głębokiej kanapie pokrytej niebieską, bawełnianą tapicerką, wypłowiałą na oparciach niemal do szarości i przetartą na kantach stelażu.

– Co robisz