84 000 - Claire North - ebook
Opis

Jak byś się czuł, gdyby ktoś wyznaczył cenę za twoje życie? Co byś zrobił, gdybyś mógł bezkarnie popełnić każdą zbrodnią, pod warunkiem, że odpowiednio za to zapłacisz? Theo Miller zna wartość ludzkiego życia, i to co do pensa.

W jego świecie wszystko jest definiowane poprzez swoją wartość dla społeczeństwa; nawet ludzkie życie. Można popełnić każde przestępstwo i odejść wolno, bez ponoszenia kary, o ile zapłaci się odpowiednio wysoką “stawkę”. Theo pracuje w Biurze Audytu Kryminalnego, gdzie wycenia każde przestępstwo, które przewinie się przez jego biurko i dba o to, żeby ludzie spłacali społeczeństwu swoje długi.

Kiedy zamordowana zostaje była ukochana Theo, Dani, wszystko się zmienia. Tej jednej jedynej śmierci Theo nie potrafi puścić płazem i zamienić w kolejną pozycję bilansu. Tym samym wkracza na śmiertelnie niebezpieczną ścieżkę i wchodzi w konflikt z najbardziej wpływowymi ludźmi w społeczeństwie. Bo kiedy najbogatsi ludzie świata mogą sobie bezkarnie pozwolić na morderstwo, trudno z nimi wyrównać rachunki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału 84K

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaKatarzyna Bielawska-Drzewek

Copyright © 2018 by Claire North Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9009-5

Skład wersji elektronicznej na podstawie oryginału pan@drewnianyrower.com

Rozdział 1

Na początku i na końcu wszystkiego...

Nie widziała w kartach mężczyzny o imieniu Theo, a tarot nie przepowiedział znaczenia jej czynów. Kiedy zadzwoniła na pogotowie, dyspozytor powiedział, że karetka zaraz przyjedzie. Pół godziny później w dalszym ciągu czekała nad brzegiem kanału.

Znowu zatelefonowała, lecz oświadczyli, że nie zarejestrowali zgłoszenia, i podali numer działu skarg i wniosków.

Słońce wisiało nisko nad horyzontem, a latarnie uliczne wydawały się odległe, bo stały tyłem do ścieżki flisackiej. Po drugiej stronie kanału znajdowała się dzielnica przemysłowa, gdzie niegdyś więźniowie ładowali na ciężarówki kostiumy bikini, biustonosze, poduszki, narzuty na kanapy, perkalowe kołdry, pozłacane obręcze na kostki, modne jednoczęściowe kombinezony w paski dla wybrednych klientów. Pracujący tam mężczyźni nosili na kostkach czujniki, które pilnowały, by nie chodzili za wolno albo nie przebywali za długo w toalecie, gdy poszli się odlać. Jeśli się guzdrali, mogli zostać przeniesieni do gorszego więzienia. Zawsze istnieją gorsze więzienia.

Teraz mury pokrywał osad czarnego kopciu, a w zimowym powietrzu unosił się zapach stopionego plastiku.

Na rampie załadunkowej w dalszym ciągu paliło się kilka białych lamp, których światło docierało do kanału przez wysokie ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym i tonęło w czarnej wodzie. Blask sprawiał, że śnieg na brzegu skrzył się jak oczy czarownic.

Neila zastanawiała się, czy nie zawołać o pomoc, ale zabrakło jej odwagi i sądziła, że w nocy nikt nie zareaguje. Ludzie mieli teraz własne problemy. Okręciła mężczyznę starymi ręcznikami, z którymi mogła się rozstać bez żalu; ładne i puszyste schowała pod łóżkiem. Czuła z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia i złagodziła je, przygotowując nieznajomemu gorącą herbatę, którą pił z wielkim trudem. Nie wiedząc, co robić, usiadła koło mężczyzny na błotnistym spłachciu nędznej trawy obok wrót śluzy i znów wybrała numer dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Połączenie odebrał ktoś inny i powiedział:

– Ojej, tak, oczywiście, tak, krwawiący mężczyzna nad kanałem. Ma pani adres? Brak adresu. Może kod pocztowy? Nie, nie widzę tego miejsca na mapie. Ma pani abonament premium czy standardowy? Za dodatkowe cztery funty i dziewięćdziesiąt dziewięć pensów miesięcznie można otrzymać pełne świadczenia lecznicze i rehabilitacyjne na okres... Och, nie jest pani ubezpieczona...

Rozmowę przerwano. Może zadziałał wyłącznik czasowy? Może zanikł sygnał? Po cieniutkim jak papier lodzie szła para kaczek, kołysząc się niezgrabnie. Czasem zsuwały się do wody, a czasem wchodziły na przezroczystą taflę. Niekiedy trzepotały skrzydłami, słysząc kwilenie mew niecierpliwie szukających czegoś do jedzenia. Później znów uspokajały się pod zachmurzonym brązowo-niebieskim niebem i apatycznie pływały w kółko.

na końcu i na początku Neila również pływa w kółko

– Bardzo pani dziękuję – wymamrotał mężczyzna zsiniałymi wargami. – Bardzo dziękuję. Nic mi nie jest, jestem pewien, że wszystko będzie w porządku, nic mi nie jest...

Próbował powiedzieć to wcześniej i zemdlał zaledwie na kilka sekund, a potem odzyskał przytomność i mówił dalej. Nie miała serca informować go, że zemdlał, próbując okazywać stoicki spokój, więc pozwoliła mu gadać, aż wreszcie umilkł. Siedzieli na brzegu i czekali, ale nikt się nie pojawił.

Postanowiła go zostawić.

W chwili, gdy podjęła decyzję, natychmiast zrozumiała, że tego nie zrobi. Wstrząs, który przeżyła, przypominał uderzenie rozpędzonej ciężarówki w betonową ścianę. Wszechświat pękł i eksplodował, a w samym jego środku rozległ się krzyk Neili:

– To śmieszne, kurwa! – Z trudem wstała i pociągnęła mężczyznę za wiotką rękę. – Właź do łodzi! Rusz zasraną dupę!

Pomogła mu przejść kilkanaście kroków. O mało nie uderzył głową w niskie drzwi na rufie łodzi motorowej, gdy wprowadzała go do kabiny. Padł nieprzytomny na kanapę pokrytą sztuczną skórą. Popatrzyła na plamy krwi na białym obiciu i zdjęła buty.

Rozdział 2

Czas biegnie trochę dziwnie

kiedy czujesz się tak

więc czasem się budzisz i przypominasz sobie, że będziesz starym, starym człowiekiem i że ludzie, których kochasz, umrą, i nie potrafisz się domyślić

czy oni umrą pierwsi

czy ty

co byłoby bardziej przerażające? Kto będzie silniejszy, nie mając nikogo bliskiego, samotny, pozbawiony miłości, pusty? Co jest gorsze – stracić kogoś, kogo się kocha, czy patrzeć na zgubę kogoś, kogo się kocha, bo cię stracił?

Mężczyzna na kanapie niejasno zdaje sobie sprawę – kiedy w ogóle coś do niego dociera – że uderzył się w głowę, a przez to wszystko jest trochę...

Neila wyżęła krew z najgorszej ścierki kuchennej do wiadra u swoich stóp, lecz krwawienie w dalszym ciągu nie chciało ustać. Kanał był cichy, woda była cicha.

Na początku, gdy Neila zaczęła pływać łodzią po kanałach, uważała, że będzie uwielbiać ciszę. Po kupieniu „Hectora” przez tydzień w ogóle nie spała, bojąc się, że usłyszy szepty niesione przez nieruchomą wodę. Skrzyp drewna, plusk fal, owadzi syk lodu pękającego przed dziobem płynącej łodzi, ryk generatora, miarowy warkot silnika, trzepot skrzydeł, ptaki nieprzystosowane do lotu ścigające się częściowo w powietrzu, częściowo na ziemi, szukające pożywienia, seksu albo po prostu jakiegoś zajęcia.

Kiedy pokonało ją zmęczenie, zasnęła jak kamień. Teraz rozumiała, że cisza kanału wcale nie jest ciszą. Jeśli już, to ogłuszającym hałasem irytującym w swojej uporczywości.

Nie tej nocy. Tym razem cisza wywoływała zdenerwowanie, nadmiernie pobudzała do myślenia. Neila zamieszkała na łodzi, by przestać myśleć. Kiedy przemyślało się już wszystko, co można przemyśleć, zostaje tylko cisza.

Włączyła radio i słuchała transmisji meczu piłkarskiego między Pepsi Liverpool a CheapFlightsForU Manchester, choć tak naprawdę nie przepadała za futbolem.

Rozdział 3

Na początku wszystkiego...

Mężczyzna leży na kanapie, a sny i wspomnienia zlewają się w pulsującą plamę czerwonej farby.

Może nie było żadnego początku, ale w snach czuje, że musiała istnieć chwila, gdy wszystko się zaczęło, zmieniło. Dawnej, gdy miał posadę, kiedy „posada” wydawała się czymś najważniejszym, dawniej, w Kryminalnym Biurze Obrachunkowym, nim pojawiła się zima, śnieg i krew, na początku było...

– brzmi to w tej chwili śmiesznie i banalnie, lecz może właśnie wtedy wszystko się pochrzaniło...

...na weekendowym szkoleniu.

Tym razem nieobowiązkowym.

Jeśli ktoś się nie zgłosił, potrącano mu tygodniową pensję i wpisywano do akt skrót BBA. Nikt nie miał pojęcia, co to znaczy, ale ostatnia kobieta oznakowana tymi groźnymi literami dostała pracę w kostnicy i pokazywała rodzinom trupy bliskich.

Poza tym wszyscy wiedzieli, że miłośnicy pracy zespołowej chętnie uczestniczą w nadobowiązkowych szkoleniach.

Warsztat „Psychologiczne podstawy budowy zespołu” kosztował sto siedemdziesiąt dwa funty płatne z góry. Pierwszego dnia Theo musiał włożyć do ust korek od butelki, stanąć przed grupą i streścić swoje przekonania i wartości.

– Proszę zaczynać, panie Miller! – zawołał trener, lider inspiracji w zarządzaniu. – Niech pan mówi!

Mężczyzna nazywany Theo Millerem się zawahał. Miał nadzieję, że uczestnicy szkolenia uznają palący rumieniec na jego twarzy za efekt wysiłku, by nie wypluć suchego, brązowego korka. Przygryzł go mocniej i wymamrotał:

– Uwasam ze glubi ludze zaslugujo na splawiedliwo...

– Projekcja! Pro-jek-cja! Niech pan otwiera szeroko usta, głęboko oddycha!

Nocowali w wieloosobowych sypialniach na skrzypiących metalowych łóżkach. Budzono ich o piątej rano, po czym odbywali bieg przełajowy. Theo lubił tę część zajęć. Stał na szczycie wzgórza i spoglądał na cieniutką smugę światła nad horyzontem, która stawała się coraz szersza i powoli wypełniała niebo. Podobały mu się długie, smukłe cienie drzew na ziemi, mrok cofający się pod naporem brzasku, gdy mgła znikała od gorąca. W Londynie takie widoki były zasłonięte przez budynki, a miejsca na wsi, gdzie czasem jeździł jako dziecko, opanowały darmozjady i pociągi już tam nie kursowały. Myślał przez chwilę o morzu pod klifami i wspomnienie sprawiło, że poczuł w płucach słone powietrze. Później ktoś powiedział: „Niech się pan nie leni, panie Miller!”.

Pobiegł dalej. Udawał, że jest zdyszany i że z trudem dotrzymuje kroku starszym pracownikom biegnącym na końcu grupy, choć czuł, że mógłby biec w nieskończoność. Nie trzeba się wyróżniać.

Kadra menedżerska dołączyła o dziesiątej. Kadra mieszkała przy drodze w ośrodku golfowym, ale chciała zademonstrować zdolności przywódcze i zmotywować szeregowych pracowników. Edward Witt, lat trzydzieści siedem, świeżo przeniesiony z centrali Korporacji – prywatne motto: „Daję z siebie wszystko dla siebie” – ryknął nad wysoką, rozkołysaną trawą:

– No już! Dajcie coś z siebie!

Theo Miller nie uśmiechał się, nie mrugał, lecz skupił uwagę na wizerunku człowieka namalowanym na drewnianej tarczy. Wysoko uniósł siekierę i rzucił z całych sił. Celował w głowę, ale przypadkiem trafił w jądra.

– Dalej, chłopcy! – warknął Edward, podskakując niecierpliwie na skraju pola, po którym biegał tam i z powrotem zespół dyscypliny fiskalnej. Jeden ze statystyków wisiał między dwoma innymi, trzymany pod pachami i za kostki. – Nie wolno zawieść kolegów!

Theo nie był pewien, co to wszystko ma wspólnego z jego pracą. Nie dowiadywał się niczego o prawie, finansach ani praktyce administracyjnej. Rozmawiał tylko z kolegami, z którymi i tak codziennie się widywał – drobnymi urzędnikami Kryminalnego Biura Obrachunkowego czasem pijącymi tanie wino na siódmym piętrze po wygaszeniu świateł. Nie chodzili do pubów, bo nie mogli wytrzymać hałasu.

Tak czy inaczej, taki weekend przede wszystkim wzmacniał więzy łączące biurowe koterie. Przyjaciele wspierali się wzajemnie, by znieść koszmarne szkolenie; zerkali podejrzliwie po błotnistym polu, by mieć pewność, że wszyscy cierpią tak samo, razem dostają w kość. Edward Witt krążył na skraju pola jak tygrys, zachęcając uczestników do rywalizacji, rywalizacji, walki. Kilku ochoczo posłuchało, ale Theo Miller zawsze odpadał jako trzeci i wybierano go do drużyny jako przedostatniego zawodnika.

Nie był nieudolny, a nawet nielubiany. Nie miał na tyle wyrazistej osobowości, by go kochać lub nienawidzić. Wróżka próbowała kiedyś odczytać jego aurę. Długi czas intensywnie marszczyła brwi, aż wreszcie zaczęła stękać z wysiłku i oświadczyła, że aura Theo jest ciemnofioletowobrązowa. Podobnie jak wszyscy, poczynając od uduchowionych mistyków, a kończąc na ludziach zainteresowanych wyłącznie przyziemnymi sprawami, ona również nie spostrzegła, że życie Theo to kłamstwo, że prawdziwy Theo Miller zginął piętnaście lat wcześniej i został pochowany w nieoznakowanym grobie. Tak właśnie wyglądają poplątane tajemnice wszechświata, pomyślał Theo.

Tak właśnie wygląda wszystko.

Pod koniec weekendu wsiedli do autokaru.

Autokar stał w korkach, pokonanie dwudziestu kilometrów zajmowało godzinę i dwadzieścia minut, a Theo drzemał. W pewnej chwili zauważył kobietę stojącą na pasie awaryjnym autostrady. Rozpaczliwie machała rękami w stronę przejeżdżających samochodów, błagając o pomoc, lecz nikt się nie zatrzymał. Po jej twarzy spływały łzy. Kierowcy nie lubili stawać na tym odcinku autostrady M3. Większość wyjców, darmozjadów i dzieci z okolicznych enklaw nie mogła się przedostać przez ogrodzenie, jednak billboardy Policji Korporacji przypominały wszystkim, że KAŻDY JEST ODPOWIEDZIALNY ZA SWOJE BEZPIECZEŃSTWO, i nikt ani przez chwilę w to nie wątpił. Krążyły plotki, że ludzie uchylający się od płacenia podatków przedzierają się przez zaporę, wbiegają na jezdnię, gdy samochody stoją w korkach, a potem rozbijają bagażniki i kradną wszystko, co się da, dopóki auta nie ruszą. Czasem udawało im się bezpiecznie uciec, czasem ginęli zastrzeleni na miejscu.

Po czterech godzinach drzemki przy akompaniamencie płynących z głośników mów inspiracyjnych Simona Fardella, dyrektora Korporacji, wysiedli z autokaru przy biurze w dzielnicy Victoria. Chodniki były zbyt wąskie dla zmęczonych, obwieszonych bagażami pasażerów czekających na autobusy, a z platanów opadały ostatnie liście.

Chociaż zrobiło się późno, a uczestnicy szkolenia byli zmęczeni, ubłoceni i obolali, Edward poczęstował ich kolacją złożoną z kanapek w uważanej za świętość, rzadko używanej Wielkiej Sali Prezentacji Multimedialnych, do której zwykle miała wstęp tylko kadra menedżerska szczebla 2A i wyżej. Kiedy żuli cienkie plasterki ogórka umieszczone między wilgotnymi kromkami białego chleba, przygaszono światła i Edward przedstawił prezentację w PowerPoincie: „Kluczowe Wnioski Ze Szkolenia i Co Dalej”, wraz z komicznym montażem filmów nakręconych podczas weekendu, które przedstawiały ludzi padających w błoto, upuszczających siekiery i skręcających sobie kostki. Chodziło o to, by rozluźnić atmosferę i podnieść morale zespołu.

Po zakończeniu prezentacji znów zapalono światła

pojawiły się małe różowe pojemniczki deseru Angel Delight z połówką truskawki na wierzchu i

Dani Cumali.

Na kanale mężczyzna o imieniu Theo stęka przez sen i ściska koc, a Neila siedzi z głową w dłoniach i zastanawia się, co, kurwa, w ogóle zrobiła

W snach

i wspomnieniach

obserwuje go Dani i właśnie wtedy wszystko się rozleciało.

W przeszłości

Wydaje się trochę zamglona, ale Theo myśli, że tak, to się stało w przeszłości, nie odległej przeszłości, tylko niedawnej przeszłości, mniej ważnej, lecz bardziej intensywnej, która jest

(Neila zastanawia się, czy powinna mu zrobić transfuzję, ale od czego, kurwa, miałaby w ogóle zacząć, skoro wszystko jest takie, jakie jest?)

Dani Cumali stanęła w drzwiach Wielkiej Sali Prezentacji Multimedialnych w Kryminalnym Biurze Obrachunkowym, spojrzała na Theo Millera i cały świat się zmienił.

Czarne włosy ostrzyżone na grzybka odsłaniały uszy, nie nosiła makijażu, miała zmarszczki wokół ust, cienkie, szare zmarszczki na powiekach, jej twarz przypominała pajęczynę. Króciutkie paznokcie i granatowy jednoczęściowy kombinezon firmy kateringowej

i popatrzyła na Theo

a on popatrzył na Dani

i natychmiast się poznali, bez słowa.

Na ekranie leciał film z weekendu, gdy Theo dostał cios pięścią w twarz w trakcie treningu samoobrony, obficie krwawił mu nos, czy to nie śmieszne, że nasz Theo Miller podał tamtemu rękę

wszyscy klaskali

a Dani zobaczyła i zrozumiała prawdę.

Wiedziała, że może go zniszczyć, zburzyć konstrukcję złożoną z kłamstw, oszustw i fałszerstw, jaką wokół siebie zbudował, wokół swojego fałszywego nazwiska, wokół szkoleń z psychologicznych podstaw budowy zespołu, sprawozdań, ewaluacji postępów, planów emerytalnych, kaucji przy wynajmie i

wszystkich kłamstw swojego pieprzonego życia.

Mogła je zniszczyć jednym słowem.

W jej oczach płonął ogień prawości i miecza.

Na początku.

Rozdział 4

Kiedy zlikwidowano prawa człowieka, mężczyzna, który przybrał nazwisko Theo Miller, miał dwadzieścia dwa lata. Rząd twierdził, że jest to niezbędne w celu zwalczania terroryzmu i zapewnienia stabilnych rządów w kraju. Theo głosował na opozycję i był bardzo dumny z siebie, częściowo z powodu wrażenie, że postąpił moralnie słusznie, a częściowo dlatego, że gdy wylegitymowano go w lokalu wyborczym, uznano jego nowe nazwisko za prawidłowe.

Oczywiście opozycja nie miała żadnych funduszy, a wszyscy wiedzieli, że Korporacja popiera zwycięzców. Theo czuł przelotne rozczarowanie, kiedy opozycja poniosła druzgocącą klęskę i premier oświadczył: „Nasi wrogowie zbyt długo ukrywali się za prawami człowieka! Nie wolno ich stosować wobec wszystkich!”, jednak pocieszył się tym, że jego tożsamość wytrzymała próbę. Głosował jako Theo Miller, niczego to nie zmieniło i nikt nie zdemaskował oszustwa.

Już wcześniej przeczuwał, że się uda.

Gdy zamykano gazety za publikowanie artykułów o korupcji i brudnych transakcjach, podpisywał listy protestacyjne.

Kiedy zamykano uniwersytety za rozpowszechnianie ostrzeżeń przed nadciągającą katastrofą społeczną i ekonomiczną, zastanawiał się, czy nie chodzić na wiece, ale się nie zdecydował, ponieważ w biurze prawdopodobnie by się to nie podobało, a poza tym pojawiali się tam ludzie, którzy robili zdjęcia uczestnikom i publikowali je w internecie, nazywając ich sabotażystami i wrogami ludu. W tamtym miesiącu dużo padało i chciał mieć wolne ranki.

Wtedy oczywiście było już trochę za późno na protesty. Pracownicy Korporacji kandydowali do Izby Gmin, gazety Korporacji wychwalały ich pod niebiosa, stacje telewizyjne Korporacji relacjonowały ich obietnice wyborcze i twierdziły, że są wspaniali. Naturalnie kandydaci Korporacji wygrywali, a po siedmioletniej kadencji wracali do banków i firm ubezpieczeniowych, zadowoleni, że spełnili obywatelski obowiązek. To wszystko. Plakaty reklamowe głosiły, że tak jest najlepiej. Tak działa demokracja, interesy korporacyjne i publiczne wreszcie współgrają dla dobra ogółu.

Później uchwalono prawo o obowiązku noszenia dokumentów tożsamości: certyfikowany dokument kosztował trzysta funtów, a grzywna za poruszanie się bez niego pięćset. Theo zdawał sobie sprawę, że to niesprawiedliwość, która sprawiła, że tysiące ludzi trafiło do więzień – nie stać ich było na kupno dowodu ani zapłacenie grzywny. Kiedy głosowanie bez dokumentów stało się niemożliwe, zrozumiał, że żyje w tyranii, ale wtedy nie miał już pewności, jak należy protestować. Nic mu się nie stanie. Dopóki nie będzie się wychylał. Da sobie jakoś radę.

Nie pamiętał dokładnie, kiedy Izbę Gmin przemianowano na Forum Zaangażowania Społecznego, ale pamiętał, że logo wydało mu się bardzo ładne.

Rozdział 5

W Kryminalnym Biurze Obrachunkowym Dani Cumali sprząta resztki kanapki z ogórkiem.

Philip Arnslade patrzy na półprzytomną, zaślinioną matkę w dworze odziedziczonym po przodkach i mówi gwałtownie: „Cóż, wreszcie jest szczęśliwa!”.

W łodzi na kanale Neila jest zadowolona, gdy odkrywa, że nie robi się jej słabo na widok ran głowy.

Na brzegu oceanu mężczyzna, który może być ojcem albo nie, z wściekłością tłucze pięściami fale.

W przeszłości człowiek o imieniu Theo wraca na rowerze do domu po szkoleniu z podstaw budowy zespołu i jest przerażony twarzą, którą niedawno widział. Nie próbował rozmawiać z Dani. Po pierwszym szoku nie spojrzał jej znowu w oczy. Uciekł bez słowa z opuszczonym podbródkiem i kamienną miną. Pobiegł truchtem do roweru i odjechał, nawet nie wsunąwszy spodni w skarpetki.

Kolejki przed bramką na moście Vauxhall okazały się krótsze, niż się obawiał. Na elewacji elektrowni Battersea zobaczył olśniewającą feerię barw oświetlających chmury. Reklamowano nowy reality show w telewizji, w mroku wydymały usta gigantyczne umalowane twarze.

Pojechał dłuższą drogą, obok wielkich szklanych wież nad rzeką, a następnie na południe, w stronę domów, które stawały się coraz niższe i coraz bardziej zaniedbane. Zachwaszczone ogródki od frontu, pralnie samoobsługowe z burymi podłogami z linoleum, kościoły w szopach o spadzistych dachach głoszące przybycie nowego Jezusa, pana ognia i odkupienia, krzyżujące się nieczynne linie kolejowe, tanie bary z kebabami i siłownie dla mężczyzn o byczych karkach i mikroskopijnych główkach.

Kilka razy okrążył budynek, po czym zatrzymał się przed solidną czarną bramą w odrapanym murze z czerwonej cegły. Nie pamiętał, co ostatnim razem powiedziała pani Italiaander, gospodyni hodująca fuksje, gdy wszedł tędy do domu – coś mówiła, a on odpowiedział, może nawet prowadzili rozmowę – ale natychmiast o wszystkim zapomniał.

Usiadł w nogach łóżka, rozejrzał się po pokoju i po raz pierwszy w życiu zauważył, że jest zupełnie pozbawiony charakteru.

Drewniana figurka tańczącej kobiety.

Obraz przedstawiający świt nad zamglonym morzem.

Kilka filmów z lat pięćdziesiątych, gdzie wszyscy wiedzieli, co powiedzieć i jak powiedzieć.

Paprotka, która nie chce uschnąć.

Miał przed oczami twarz Dani Cumali i wszystkie te przedmioty wydały mu się nagle trywialne, żałosne. To olśnienie sprawiło, że o mało się nie roześmiał, jakby człowiek tkwiący gdzieś w głębi Theo Millera, ciągle mętnie pamiętający prawdziwe nazwisko, jakie nosił w chwili urodzenia, i nadzieje, które żywił jako dziecko, spoglądał na stworzoną przez siebie groteskową iluzję Theo Millera i rozumiał, że wszystkie jego wysiłki, by zachować anonimowość, doprowadziły do utraty osobowości. Przez pół minuty zanosił się od śmiechu, a później równie nagle umilkł i znów zaczął się gapić w przestrzeń.

Siedział w zabłoconym ubraniu na końcu łóżka, z rękami na kolanach, i czekał na aresztowanie. W sąsiednim pokoju Marvin, nastoletni syn pani Italiaander, marzący o zostaniu gwiazdą rocka, sławnym aktorem filmowym, prywatnym detektywem, mistrzem sztuk walki, kimś ważnym w nieludzkim świecie, straszliwie głośno puszczał z odtwarzacza bębny i basy, zastanawiając się, czy mama zauważyła, że zwędził jej z portmonetki pięćdziesiąt pensów.

Piętro niżej Nikesh, inny lokator, który pracował dla Korporacji w dziale ubezpieczeń albo jako aktuariusz – nigdy nie potrafił tego jasno wytłumaczyć – przyrządzał straszliwie pikantne kurczaki i słuchał ściszonego radia, tak że nie dawało się zrozumieć słów. Lubił dźwięk ludzkich głosów, ale nie interesowała go treść audycji.

Po jakimś czasie – po upływie pierwszych dwudziestu minut, gdy nie nastąpiło aresztowanie – Theo położył się na dwuosobowym łóżku, w którym prawie zawsze spała jedna osoba, i popatrzył w sufit. Jego pokój o wymiarach pięć na sześć metrów był luksusowy jak na obecne standardy. Theo mieszkał w nim blisko trzy lata. Wcześniej wynajmował pokoik w Streatham, ale współlokator dostał lepiej płatną pracę i prawo zamieszkania w Strefie Pierwszej, po czym wyprowadził się wraz ze swoją dziewczyną. Urzędnicza pensja Theo nie pozwalała na zaciągnięcie kredytu hipotecznego i zakup mieszkania, nie przy obecnych cenach. Nie w obecnych czasach...

...poza tym nie miał zezwolenia na mieszkanie w Kensington, Chiswick albo innych luksusowych dzielnicach, nie miał również gotówki, więc musiał się zadowolić Tulse Hill, gdzie w domu przeznaczonym dla trzech osób mieszkała właścicielka, jej syn i dwóch lokatorów. Pani Italiaander nigdy nie podniosła Theo czynszu. Była zadowolona, że raz w miesiącu czyści piekarnik, i podobała jej się zainstalowana przez niego nowa poręcz w kabinie prysznicowej. Był miłym, spokojnym lokatorem, to wyjątkowa rzadkość.

Theo uważał za prawdopodobne, że za trzy lata będzie leżał w tym samym łóżku, w tej samej pościeli, spoglądając na to samo pęknięcie w suficie biegnące w stronę plafonu w kształcie róży. Czuł przez to...

...właściwie nic nie czuł.

Stał się mistrzem nieodczuwania czegokolwiek. Właśnie to robił najlepiej. Ćwiczył tę sztukę prawie od piętnastu lat.

Po raz piąty sprawdził stan swojego konta bankowego w nadziei, że coś na nie wpłynęło.

Zastanawiał się, dlaczego jeszcze nie przyszli po niego policjanci.

Zrozumiał, że nie ma pojęcia, jaki właściwie jest sens jego życia i co, do cholery, powinien teraz zrobić.

Nie wiedząc, co ze sobą począć, zrobił to, co zawsze, i w poniedziałek rano pojechał do pracy.

Zdziwił się, że ochrona go wpuściła. Siedział przy swoim biurku w Kryminalnym Biurze Obrachunkowym i cierpliwie czekał, aż zakują go w kajdanki. Kulił się prawie dwadzieścia minut, ściskając palcami krawędź biurka, patrząc prosto przed siebie niewidzącym wzrokiem. Czekał.

Nikt się nie pojawił.

Po dwudziestu pięciu minutach na ekranie komputera automatycznie pojawiło się ostrzeżenie. Jego wydajność się zmniejszała i za dziesięć minut otrzyma naganę.

Spoglądał ze zdumieniem na wiadomość na monitorze. W ciągu blisko dziewięciu lat pracy w Kryminalnym Biurze Obrachunkowym nigdy nie widział niczego podobnego. Zażył paracetamol, powoli i ostentacyjnie z powodu kamerki nad ekranem monitora, i zabrał się do pracy.

Policjanci nie przyszli.

Przez okno nie wpadli mężczyźni w czarnych garniturach.

Dani Cumali nie śmiała się jak upiór, gdy wleczono go na parter. Nie pokazywała go palcem i nie wyła z radości z powodu kłamstwa, które tylko ona mogła zdemaskować.

Nic się nie zmieniło, więc Theo wykonywał swoją pracę.

Codzienna dieta Theo Millera:

morderstwo

kradzież

oszustwo

włamanie

gwałt

Wytyczne dotyczące gwałtu zależą od tego, czy przed aktem penetracji kobieta była ubrana prowokująco lub zachęcała sprawcę do podjęcia czynności seksualnych. Nieskromnie ubrana kobieta częściej pada ofiarą gwałtu i w rezultacie zalecamy odszkodowanie w wysokości trzydziestu tysięcy funtów jako punkt wyjścia do oceny...

szpiegostwo na szkodę Korporacji

zniesławienie

oszczerstwo

gwałtowny zamach na Korporację

działalność mająca na celu ograniczenie zysków Korporacji

Działając przeciwko interesom Korporacji, jednostka okazuje całkowite lekceważenie społeczeństwa i szkodzi wszystkim, nie tylko nielicznym. Rozsądna kwota odszkodowania, od której można rozpocząć negocjacje, to czterysta tysięcy funtów...

rozruchy

wdarcie się na teren prywatny

protest

Kiedyś Theo słuchał wyjaśnień ministra odpowiedzialności obywatelskiej: „W naszym systemie przestępstwa pociągają za sobą ogromne koszty. To słuszne, że skutecznie, w dynamiczny sposób szacujemy ich wartość, co przywraca społeczeństwu kierowniczą rolę”.

Theo dobrze pamiętał ten zwrot – „przywraca społeczeństwu kierowniczą rolę” – ponieważ kompletnie go nie rozumiał.

„Pora stworzyć kult osobistej odpowiedzialności!”.

Kryminalne Biuro Obrachunkowe powstało mniej więcej siedem lat przed uznaniem praw człowieka za passé. Jego poprzednikiem był przestarzały monolit Prokuratury Królewskiej. Było to w czasach, gdy Korporacja w dalszym ciągu działała pod wieloma różnymi szyldami, udzielała pożyczek, inwestowała, zaciągała długi, miała wiele zarządów. Już wcześniej zainteresowała się bezpieczeństwem. Więzienia to wyjątkowo nieefektywny sposób resocjalizacji przestępców, zwłaszcza ze względu na to, że wielu z nich nie rokuje nadziei na poprawę. Mimo prywatyzacji systemu penitencjarnego pozostał nierozwiązany problem przeludnienia więzień i recydywy. Najlepsza, naukowo uzasadniona metoda resocjalizacji kryminalistów to praca pozwalająca krzewić pozytywne wartości społeczne. Kiedy Theo miał siedem lat, otwarto pierwszy instytut reform handlowych i pierwsze więzienne wytwórnie mięsa na hamburgery.

Czy pójdziemy w więzieniu ciąć drób? Moja miła przysięgła być mi wierną po grób. Dziś w więzieniu dzień cały tnę drób.

Theo nuci pod nosem piosenkę zapamiętaną z dzieciństwa, nie zwraca uwagi na jej słowa, czyta raport.

Odkryto obecność spermy, jednak ofiara nie chciała zapłacić trzystu piętnastu funtów za badanie DNA, więc nie zdołaliśmy ustalić, czy to nasienie podejrzanego. Z tego względu sugerujemy lżejsze oskarżenie o napastowanie seksualne.

Theo sprawdził bazę danych. Napastowanie seksualne miało różne podkategorie, ale za pierwsze przestępstwo tego rodzaju mógł co najwyżej wyznaczyć odszkodowanie w wysokości siedmiuset osiemdziesięciu funtów.

Na początku system odszkodowań wzbudzał entuzjazm wielu ludzi, lecz później okazało się, że zyski ze ścigania przestępstw są prawie w całości pożerane przez koszty administracyjne firm wynajmowanych do prowadzenia spraw.

Policja Korporacji, znacznie sprawniejsza niż maleńka, kadłubowa Policja Obywatelska dostępna dla nieubezpieczonych i działająca dzięki funduszom organizacji charytatywnych, musiała brać pod uwagę interesy swoich udziałowców i ograniczać koszty śledztw. Telewizja zawsze pokazywała efektowną stronę pracy policji, a nie codzienną rutynę – badania kryminalistyczne były kosztowne i prowadzono je tylko w najbardziej zyskownych sprawach.

Korporacyjne ośrodki rehabilitacyjne miały podobny problem. Kiedy firmy wykupywały całe miasta i zamieniały je w prywatne ośrodki rekreacyjne, na przykład Winchester Ogród Duszy albo Bath Spa Deluxe Zdrowe Życie, pod ich kontrolą znalazły się lokalne sądy. Doprowadziło to do ogromnych oszczędności i wszyscy byli zachwyceni, z wyjątkiem darmozjadów, którzy nie byli w stanie zapłacić lokalnego podatku korporacyjnego, nie wspierali społeczeństwa, a zatem nie mogli oczekiwać od niego wsparcia.

Wzrost ceny morderstwa proporcjonalnie do inflacji...

...rabat ze względu na obiecujące perspektywy kariery w Korporacji...

Dodatkowe opłaty: czterysta osiemdziesiąt funtów za zabicie kota sąsiada.

Czterdzieści osiem tysięcy dziewięćset dwanaście funtów za pierwsze przestępstwo, obniżone do trzydziestu ośmiu tysięcy siedmiuset pięćdziesięciu funtów za szybkie uregulowanie należności...

Okazało się, że ofiara nielegalnie przebywała na terenie kraju, gdyż przekroczyła granicę na podstawie wizy studenckiej, a zatem odszkodowanie powinno zostać zmniejszone o cztery tysiące pięćset funtów, gdyż była to napaść na cudzoziemca, a nie obywatela Zjednoczonego Królestwa.

Przebicie widłami ogrodniczymi zwiększyło koszty leczenia szpitalnego...

Theo kalkulował koszty morderstw, okaleczeń i zniszczeń, a kiedy nadchodziła piąta piętnaście po południu, jechał na rowerze do domu w promieniach zachodzącego słońca. Potem przygotowywał makaron zapiekany z sosem serowym, jadł go w swoim pokoju i słuchał przez ścianę bębnów i basów Marvina. Czekał, aż przyjdą go zabrać.

Nikt się nie pojawił.

Po pierwszych trzech dniach Theo zaczął się lekko irytować, że wszechmocne władze nie są w stanie wreszcie go aresztować. Kiedy życie człowieka może lada chwila się załamać, przynajmniej ma prawo oczekiwać, że stanie się to szybko, a nie trwać w zawieszeniu.

Nikt nie przychodził.

Minął tydzień, potem dwa.

Później trzy.

Przez jakiś czas wyobrażał sobie, że Dani Cumali tylko mu się przyśniła.

Pod koniec czwartego tygodnia był przekonany, że nic mu nie grozi, absolutnie nic, bo brak reakcji władz oznaczał, że nie wiedzą. W piątym tygodniu we wtorek Dani go odszukała.

– Cześć.

– Cześć, Dani.

Stali za gmachem Kryminalnego Biura Obrachunkowego w miejscu, gdzie przypinano łańcuchami rowery. Raz widział szczura biegnącego między pojemnikami ustawionymi na zapleczu budynku. Latem zauważył pod wieczór lisa. Zwierzę siedziało i patrzyło na niego, on również je obserwował i długi czas w ogóle się nie poruszali. Ani Theo, ani lis nie czuli strachu. Po prostu patrzyli, próbowali się zrozumieć. Kiedy lis się znudził, wstał i szybko odszedł. To wszystko, co się wydarzyło.

Dani czekała przy rowerze Theo. Zauważył ją zbyt późno, by udać, że jej nie widzi, i nie miał ochoty rozstać się z rowerem. Pomyślał, że gdyby uciekł, byłoby to po prostu głupie.

Kiedy podszedł do roweru, znalazł się nieco bliżej Dani, niżby chciał. Odwrócił twarz, by nie znajdowała się w polu widzenia kamery monitoringu, i oparł dłoń na siodełku, jakby się obawiał, że Dani ukradnie mu rower. Miała na sobie spłowiały niebieski płaszcz przeciwdeszczowy i białe płótniaki. Uśmiechnęła się leciutko i jej wargi przybrały kształt półksiężyca.

– Więc... – wypowiedziała to słowo z namysłem, jakby wymagało zmierzenia się z ciężarem wszechświata, analizy jego powolnego ruchu wirowego wokół ognia płonącego w centrum. – Więc... – powtórzyła, dokonując przeglądu nowych idei, obserwując jego twarz. – Teraz nazywasz się Theo?

– Tak.

– Aha.

Stali przez chwilę naprzeciwko siebie. Theo przypomniał sobie lisa i prawie poczuł ulgę, że wkrótce wszystko się skończy.

Przestąpiła z nogi na nogę, a on oparł się o ścianę. Milczeli niemal minutę.

– Widziałam cię w sali – rzekła w końcu. – Nie wiem, co to było.

– Szkolenie z budowy zespołu.

– Tak, właśnie.

Wahali się, unikając swojego wzroku.

– Jesteś... – wymamrotał po chwili Theo, spoglądając na lewo od czoła Dani w miejsce odległe o setki kilometrów.

– Pracuję w firmie kateringowej.

– Rozumiem.

– Firma kateringowa wykupiła mi przedterminowe zwolnienie.

– Byłaś...

– Moja zmiana zaczyna się o dziewiątej wieczorem w pobliżu Sloane Square. To normalna transakcja. Sprzedają przedterminowe zwolnienia ładnych dziewcząt bogatym staruszkom. Pokojówki, sprzątaczki, opiekunki do dzieci. Takie rzeczy. Jeśli ktoś jest bogaty, płaci mniejsze podatki, działając jako firma, i może wykupić przedterminowe zwolnienie jakiejś dziewczyny. Chodzi o seks. Właśnie dlatego... Ale ja zajmuję się tylko kateringiem. Po prostu myję kieliszki.

– Jasne.

Poruszyła głową w górę i w dół jak zaciekawiony kot, który nie wie, czy to, co widzi, to smakołyk, czy źródło zagrożenia. Im bardziej Theo próbował pochwycić wzrok Dani, tym twardszy był wyraz jej oczu, aż wreszcie spojrzała prosto na niego. Zmarszczyła brwi.

– Musimy pogadać – powiedziała chłodno i beznamiętnie. – Tak teraz wygląda życie. Na wypadek, gdybyś się zastanawiał. To... tak teraz wygląda życie.

Usiłował odwrócić wzrok, nie mógł, skinął głową i z wyschniętym gardłem poszedł za Dani.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.