7 dni - Eve Ainsworth - ebook
Opis

Jeden prześladowca, jeden cel, dwie ofiary…

Jess jest otyła, nosi niemodne ubrania, jest nieśmiała i nie chce rzucać się w oczy. Kez to jej przeciwieństwo – przebojowa, atrakcyjna i jedna z najbardziej popularnych dziewcząt w szkole. Ich drogi krzyżują się pewnego popołudnia, a Kez zaczyna zamieniać życie Jess w piekło, dręcząc ją i upokarzając. Cała sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna jakby się wydawało, ponieważ z pozoru idealna Kez, za fasadą pewności siebie, ukrywa bolesną tajemnicę…

Książka skonstruowana jest na zasadzie równoległych narracji, z perspektywy dwóch głównych bohaterek. Akcja rozgrywa się na przestrzeni tygodnia - 7 dni, w szybkim tempie, nawiązując w pewien sposób do stylu życia nastolatków na portalach społecznościowych.

Niektóre rozdziały poprzedzają wpisy na facebooka wraz z komentarzami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 196

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału: 7 DAYS
Tłumaczenie: MARCIN MORTKA
Redaktor prowadzący: JUSTYNA WARDA
Redakcja: TERESA ZIELIŃSKA
Korekta: MARTYNA ADAMSKA, NATALIA GALUCHOWSKA
Skład i łamanie: BERNARD PTASZYŃSKI
Opracowanie graficzne okładki i layoutu: MARTA ŻURAWSKA-ZARĘBA
Text copyright © Eve Ainsworth, 2015 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2015 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy. Wulgaryzmy, kolokwializmy i inne elementy charakteryzujące język młodzieżowy (najczęściej używane w portalach społecznościowych) zastosowano w tej książce celowo.
ISBN 978-83-7983-652-9
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Tacie. Na zawsze.

Jeśli to czytacie, oznacza to, że mi się udało. Uff, wreszcie zrobiłam coś tak jak należy.

Od dawna się nad tym zastanawiałam, więc nie myślcie sobie, że była to nagła decyzja. Powstrzymywało mnie tylko to, że tak naprawdę jestem strasznym tchórzem, ale w końcu jakoś się przemogłam. W sumie nie jest to takie trudne, gdy człowiek jest przywiedziony do ostateczności. A ja chyba jestem, wierzcie mi.

W sumie to wszystko, o czym mogę napisać, przynajmniej Wam. Zresztą... przeczytacie to w ogóle?

Przeczytajcie, a będziecie wiedzieli, dlaczego to zrobiłam. Wszyscy będą wiedzieć.

Czasem trzeba pogrążyć się w ciemności, by zacząć widzieć wyraźnie. W ten sposób doszłam do następujących wniosków:

1. Szkolni dręczyciele to żałosna hołota.

2. Rodzina powinna być gotowa do pomocy, jeśli będziesz tego potrzebować.

3. Jestem słaba. Zasługuję na to.

Mam nadzieję, że wszystko szybko się skończy. Mam nadzieję, że będzie jak we śnie, tylko bez tych idiotycznych majaków.

Mam nadzieję, że ją znajdziecie i opowiecie jej, co zrobiłam.

X

.

Kez Walker:

5 godzin temu

Jezu, niektórzy ludzie w ogóle nie dbają o wygląd, nawet poza budą...

Lubię to! · Komentarz · Udostępnij

Lois: ??

Kez: LOL. Stara, widziałam dziś Oblecha... Ja nie mogę. Myślałam, że mi oczy pękną.

Marnie: Kogo? Ach dobra... Już wiem. Razem ją widziałyśmy.

Kez: Te włosy... Kurna, czy ona się myje?

Lois: ;o)

Marnie: Kez, ale pojechałaś!

Kez: Powaga, Oblech to mało powiedziane. Widziałaś jej buty? Z darów je ma czy co?

Marnie: Mogę się założyć. Ubiera się jak pojechana.

Kez: Mógłby ktoś jej powiedzieć, że straszy wyglądem.

Kez: W ogóle trzeba by ją objechać!

Hannah: Jesteście nie fair. Jess jest w porzo.

Marnie: Skąd wiesz, że Kez pisze o naszym Oblechu?

Kez: LOL! A znasz jakieś inne?

Hannah: Dajcie spokój. Ona jest OK.

Kez: Taa, jasne. Tylko Ty możesz coś takiego palnąć.

Marnie: Ale śmieszne!

Kez: Nieważne. Oblech się doigra. Głowa mi pęka, jak na nią patrzę.

Marnie: Serio? Kiedy?

Kez: Wkrótce...

Poniedziałek

.

Nie potrzebuję już budzika. Pomogła mi w tym Hollie, która wylała na niego sok. Mój stary budzik z wróżką w brokacie jest już do niczego. Na wyświetlaczu pozostała ciemna plama przypominająca siniak. Tysiąc razy próbowałam ją domyć mokrą szmatką, ale choć staję na głowie, plama nadal jest lepka. Nie wywalę jednak tego budzika za nic w świecie. Tata kupił mi go cztery lata temu i gdzieś na plastiku pewnie nadal są jego odciski palców. Jakaś część ojca nadal jest ze mną. I co z tego, że budzik nie działa? Stoi obok mojego łóżka przy szklance wody, a nieprawidłowa godzina migocze niczym latarnia morska we mgle. Nie potrzebuję budzika, bo mam już własny sposób na budzenie się. Ze snu wyrywa mnie bowiem nieznośna, dołująca świadomość, że choruję. Przechodzę przez to co rano. Rozchylam powieki, a ciało już wie, gdzie jestem. Mój żołądek skręca się i wywraca, nogi mam jak z waty, a w gardle czuję ścisk. Każda część mojego ciała, każde włókno, nerw i mięsień walczą z narastającym przerażeniem. To dlatego, że wiem, że zaraz przyjdzie mi zmierzyć się z kolejnym dniem. Dziś wcale nie jest inaczej. Przez krawędź łóżka przerzucam nogi, dwa wielkie balerony, które dygoczą z każdym ruchem. Nienawidzę patrzeć na to, jak się marszczą. W ogóle nienawidzę ich widoku – mam wrażenie, że spoglądam na rozdęte wałki tłuszczu, które lada moment eksplodują. Ściągam T-shirt w dół, chcąc zakryć fałdę na brzuchu, i wstaję. W pokoju panuje bajzel, co wkurza mnie na maksa. Hollie nie ma pojęcia, czym jest porządek, i pozostawia po sobie kompletne pobojowisko. Wszędzie widzę książki, lalki i te śmieszne plastikowe potworki z dziwnymi twarzami. Muszę uważać, gdzie stawiam stopy, by niczego nie przydepnąć. Kopię jakiegoś trolla i patrzę, jak odbija się od szafki z książkami. Ląduje na głowie, ale nadal łypie na mnie paciorkowatymi ślepiami.

– Spadaj – mówię do niego, ale ten tylko gapi się i szczerzy kły.

Hollie śpi na małym łóżeczku przy oknie, jak zwykle w najdziwniejszej pozycji pod słońcem. Jej nóżki zwisają z materaca, a rączki trzyma pod głową. Wygląda dziwnie. Śpi z otwartymi ustami, a wilgotne kosmyki włosów kleją się tu i ówdzie do jej twarzy. Ma jedno oko otwarte. Ciekawe, co jej się śni.

– Hollie! – mówię i trącam ją łagodnie. Dziewczynka z jękiem zwija się w kłębek. – Dalej, śpiochu. Wstawaj do szkoły.

– Nieee... Jeszcze tylko dziesięć minut – odpowiada i naciąga na siebie kołdrę, kopiąc naokoło.

– Przykro mi, nie ma czasu. Dalej, pędź do łazienki i wskakuj w mundurek.

Rozglądam się po pokoju, ale mama niczego nie zostawiła. Z podłogi obok łóżka Hollie podnoszę rzeczy, rzucone tam wczoraj wieczorem. Sprawdzam, czy ich nie zabrudziła, ale nie wyglądają źle. Odkrywam jedynie plamkę farby na bluzie i zdrapuję ją paznokciem. Rajstopki są już przyciasne, więc rozciągam je, by łatwiej było je założyć. Mam wrażenie, że wykonuję jakieś głupie ćwiczenie gimnastyczne.

– W mojej bluzce jest dziurka – mówi Hollie, wstając powoli. – Jack powiedział mi wczoraj, że głupio wyglądam.

– To powiedz mu, że sam jest głupi.

Hollie uśmiecha się szeroko. Wciąż ma luki w uzębieniu, a włosy nadal kleją jej się do buzi.

– Śmieszna jesteś – mówi.

Biorę ją za rękę i prowadzę do łazienki, usiłując zignorować swoje odbicie w lustrze. Tak, jestem śmieszna, ale inaczej niż ona myśli.

***

Wsypuję resztkę płatków ryżowych do naszych misek, kiedy przez frontowe drzwi wchodzi mama. Na dworze pada deszcz i włosy poprzyklejały się jej do zaczerwienionej, chudej twarzy. Krople wody nadal ściekają z końca jej nosa. Potrzebna jest jej nowa parasolka. Pamiętam, że ostatnia wygięła się na lewą stronę, gdy mama szła do sklepu. Mama walczyła z nią długo, zanim przeklinając, wrzuciła ją w końcu w pobliskie krzaki.

Ciekawe, czy nadal tam jest.

– Zostało dla mnie trochę mleka? – pyta, otrzepując płaszcz przeciwdeszczowy i rzucając torbę w kąt kuchni. Jej oczy są ciemne i przymknięte, tak jakby miała zaraz zasnąć na stojąco. Nie mogę długo na nią patrzeć, znów odzywa się we mnie troska. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio się uśmiechała.

– Jest trochę – odpowiadam. Sama miałam ochotę na małą szklaneczkę mleka, ale to nieważne, ona najwyraźniej potrzebuje go bardziej. Nastawiam czajnik i rozglądam się za czystym kubkiem. W zlewie piętrzą się brudne naczynia. Naprawdę nie mam ochoty wkładać ręki do śliskiej zimnej wody, zalegającej w talerzach z poprzedniego wieczoru. Na szczęście znajduję kubek z napisem „Kocham Anglię” przy pojemniku na chleb i wrzucam do niego torebkę herbaty. Widzę paczkę biszkoptów schowanych za starym chlebem. Otwieram ją i wpycham sobie ciastko do ust. Widzę, jak mama patrzy na mnie, jej oczy zwęziły się z rozczarowania.

– Wczoraj paczka była pełna – mówi.

Odwracam się. Moja twarz płonie.

– Jesteś bardzo zmęczona, mamusiu? – pyta Hollie, zajadając płatki i patrząc na mamę swoimi wielkimi oczami.

– Tak – odpowiada mama. Siada na krześle po przeciwnej stronie stołu, ostrożnie, jakby jej kości były naprawdę ciężkie. Skopuje buty z nóg i rozprostowuje stopy. Ma na sobie rajstopy, których końcówki są przemoczone. Wzdycha. – To było kilka ciężkich godzin.

Mama zwykle wymyka się po tym, jak pójdziemy spać. Najczęściej wraca do domu po kilku godzinach, ale w ten weekend pracuje na podwójne zmiany, bo inna sprzątaczka jest chora. Numer telefonu do miejsca, gdzie właśnie pracuje, jest przypięty na lodówce, w razie czego. Nie mogę jej powiedzieć, że samo myślenie o tym, co się może wydarzyć, wywołuje we mnie jeszcze większą panikę. Przypięty numer i wymamrotane słowa „w razie czego” tylko potęgują to uczucie.

– Czemu nie śpisz wtedy, gdy my? – pyta Hollie, dziobiąc swoje płatki łyżką.

– Dobrze wiesz czemu. – Odpowiedzi matki są ostre, pozbawione współczucia. Wpatruje się w ścianę. – Muszę pracować. Sprzątanie to jedyna robota, jaką udało mi się znaleźć. Prześpię się, jak pójdziecie do szkoły.

Wiem, że kłamie, bo nieraz wracałam ze szkoły wcześniej i widziałam, że siedzi w Internecie. Pisze coś na różnych forach. Często ją zastajemy przed komputerem. Ze mną nie rozmawia, tylko tysiące niewidzialnych cyberprzyjaciół wiedzą, o czym myśli. Przypomina kufer ze skarbami, starannie zamknięty i pilnie strzeżony. Chciałabym wiedzieć, o czym nam nie mówi.

Podaję jej herbatę i siadam do miski z suchymi płatkami. Nie nakładam sobie tyle co Hollie. Wsypuję tylko trochę resztek z dna. Hollie jest szczęśliwa i je szybko, aż mleko ścieka jej po brodzie. Słyszę jedynie głośne mlaskanie oraz tykanie zegara w sąsiednim pokoju.

– Hollie musi się w coś ubrać. Nie zrobiłaś prania – mówię.

– OK. – Matka kiwa głową.

– Zostało trochę proszku?

Marszczy brwi.

– Eee... Nie wiem. Może zostało. A może nie. Muszę sprawdzić.

Pociera skronie, marszcząc przy tym skórę.

– Słuchaj... Od dawna nie robiłaś już żadnych zakupów.

Wtedy odwraca się do mnie i wreszcie na mnie patrzy. Jej oczy migoczą niczym kryształy.

– To dlatego, że nie mamy pieniędzy, Jessica.

Urywa, ale wiem, czego nie usłyszałam. Niewypowiedziane słowa wiszą między nami, mogę niemalże wyciągnąć rękę i ich dotknąć.

„Bo bez przerwy jesz, Jess...”.

Matka nadal na mnie patrzy, jakby chciała rzucić mi wyzwanie. Oczywiście nie jestem w stanie się jej sprzeciwić, a ona dobrze o tym wie.

W mojej głowie roi się od rzeczy, które chcę jej przekazać. Chcę opowiedzieć jej o wszystkich złych myślach, które w sobie tłamszę. Chciałabym jej powiedzieć, jak trudno jest być mną.

Spoglądam w jej zmęczone oczy i nie otwieram ust.

Zanosi się na kolejny identyczny tydzień.

Idę do szkoły razem z Hollie. Przestało już padać i słońce usiłuje przebić się przez chmury. Hollie biegnie przodem. Krzyczę, by nie skakała po kałużach. Boję się, że jej buty przemokną. Sama stąpam ostrożnie, próbując uniknąć wszelkich pęknięć w chodniku. Kiedyś mama opowiadała mi, że mieszkają w nich krokodyle, które mogą złapać mnie zębami za palce u stóp. Ale to głupie. Jak ja mogłam w to wierzyć? Jak niby miałyby się tam pomieścić? Jak mogłyby przeżyć między płytami chodnikowymi? No dobra, ale mam czternaście lat i nadal nie lubię stąpać po szczelinach. Tak na wszelki wypadek. Chyba nadal wierzę w to, że coś złego się stanie, jeśli choć musnę którąś stopą.

„Może jeśli uda mi się uniknąć wszystkich szczelin, wszystko poukłada się dziś inaczej. Choć dzisiaj. Niczego więcej mi nie trzeba”.

Słyszę wrzask Hollie, a gdy podnoszę głowę, widzę, jak leży na chodniku. Pewnie się przewróciła. Zachowuje się teraz jak małe dziecko podczas ataku złości i uderza nogami o ziemię. Wrzeszczy tak głośno, że ludzie po przeciwnej stronie ulicy spoglądają na nas z uniesionymi wysoko brwiami. Starsza pani z plastikową siatką na zakupy zatrzymuje się kilka kroków przede mną, kręci głową i mruczy coś pod nosem. Gdy przechodzi obok mnie, odsuwa się nieco, jakby bała się mnie dotknąć. Patrzę na jej pomarszczoną twarz, a potem podbiegam do siostry.

– Hollie, przecież nic się nie stało!

Obejmuję ją, ale nie jest to łatwe, bo Hollie to już duża dziewczynka i trudno mi ją przytrzymać, gdy kopie i krzyczy z bólu. Próbuję ją podnieść, ale jest zbyt ciężka. Szepczę do niej cicho, chcąc ją uspokoić. Boję się, że zadaję jej ból, pomagając wstać. W końcu przestaje się szamotać i mogę ją wreszcie objąć. Widzę, że ma rozdarte rajstopy i nieco krwi na kolanie. Hollie spogląda w tym samym kierunku i wpada w panikę.

– Krwawię! Chcę iść do domu! Chcę do mamy!

Już sobie wyobrażam minę matki na widok Hollie wracającej do domu o tej porze.

– Mama musi odpocząć, Hol. Spójrz, to tylko małe skaleczenie. – Dotykam go delikatnie palcem. – O, trochę magicznego pyłku i od razu poczujesz się lepiej. Mam go całe mnóstwo.

– Mama ma go więcej! – szlocha Hollie. – I jej działa lepiej!

Czuję na sobie płonące spojrzenia gapiów. Dlaczego są tacy podejrzliwi? Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu wszyscy ludzie w okolicy tak się zachowują. Gdziekolwiek się udam, wydaje mi się, że wszyscy mnie osądzają. Nie chcę spędzić tu zbyt dużo czasu. Czuję już krople potu na czole i wilgoć pod pachami. Muszę się stąd ruszyć.

– Dalej, chodźmy do szkoły. Mają tam specjalne plastry.

Wstaję i zauważam, że mam brudne kolana. Próbuję je obetrzeć, ale tylko bardziej rozsmarowuję pył. Hollie łapie mnie za rękę i ruszamy razem. Moja wielka, spocona dłoń ściska jej małą, lepką rączkę. Nadal szlocha, ale już ciszej. Czuję narastające napięcie, jakby w moim żołądku obracały się coraz szybciej ostrza blendera. Gdy docieramy do głównej ulicy, już wiem, co mi dolega. Boję się, że zauważy mnie ktoś ze szkoły. Boję się, że ktoś zobaczy mnie brudną i spoconą. Jestem jeszcze bardziej obrzydliwa niż na co dzień. Mam coraz mniej czasu. Zaraz pojawią się tłumy. Muszę działać szybko.

Niemalże wlokę siostrę na drugą stronę drogi, co sprawia, że jęczy jeszcze głośniej.

– Przestań mnie ciągnąć! Ręka mnie boli. Chcę do domu!

– Cicho, już wszystko OK. Nie chcemy się chyba spóźnić, co?

Southwood Primary School znajduje się przy niedużej drodze bocznej. Chodnik jest wąski i trzeba się przeciskać obok rzędów zaparkowanych samochodów, by dostać się do środka przez główne wejście. Furtka otwiera się i zamyka. Kilku chłopaków kopniakami złamało zamek i nikt do tej pory go nie naprawił. Idę ze spuszczoną głową. Włosy zasłaniają mi twarz.

Plac zabaw przypomina wielkie, puste jezioro. Bez uganiających się po nim dzieci wydaje się zadziwiająco zimny. Znowu jesteśmy spóźnione. Ze środka wychodzi kilka matek pogrążonych w rozmowie. Nie zauważają nas, jak zwykle. Nawet gdy to mama odprowadzała Hollie do szkoły, pozostałe trzymały się od nas z daleka i stały w swoich ciasnych grupkach. Mama zazwyczaj nazywała je podwórkowymi panterami. Twierdziła, że nie ma nic przeciwko nim, ale wiedziałam, że nie mówi szczerze, bo przygryzała wówczas wargę. Zawsze tak robi, gdy kłamie.

Mama nie ma chyba przyjaciół. Przynajmniej my nigdy żadnych nie poznałyśmy.

W szkole jest ciepło i pachnie farbą. Ze ściany spogląda na nas jeden z barwnych rysunków Hollie. Mam wrażenie, że to miał być pies, ale ma sześć nóg.

Przy drzwiach sali pierwszej klasy czeka na nas pani Matthews. Uśmiecha się, gdy wchodzimy do środka, ale wtedy dostrzega twarz Hollie.

– Och, kochanie! Dlaczego płaczesz?

– Przewróciła się – mówię, wskazując na jej rajstopki. – Ma pani jakiś plaster?

Pani Matthews uśmiecha się. Ma łagodną, pulchną twarz, która przypomina mi placek. Nigdy nie zadaje wielu pytań i skądś zawsze wie, co robić.

– Oczywiście, że mam. Chciałabyś jakiś ładny, prawda? I na pewno znajdę jakieś zapasowe rajstopy.

Szeroki uśmiech Hollie sprawia, że panika w moim sercu przycicha. Całuję jej mokre od łez policzki i zerkam na wielki, czerwony zegar. Zamieram.

Teraz to już naprawdę jestem spóźniona.

Spóźnienie się do Perryfield High to koszmar. Nie ma nic gorszego, nawet gdy Kez, Lois i Marnie stoją i gapią się na twoje wysiłki.

Biegnę spocona i spanikowana. Boję się, że natknę się na dyżur pana Ramona, który wyłapuje spóźnialskich i odsyła ich do kozy. O, są. Stoją przy głównej bramie i palą papierosy. Na ich cwanych twarzyczkach malują się paskudne uśmieszki.

Próbuję prześlizgnąć się obok nich, udając, że nic się nie dzieje. Akurat. Przecież właśnie widziały, jak gnam po chodniku, usiłując zmusić moje tłuste nogi do większego wysiłku. Sapię i rzężę niczym staruszka i jest mi niedobrze. Po skoku do kadzi z gorącą wodą prezentowałabym się lepiej.

– Nieźle wyglądasz – mówi Kez i unosi idealnie wyskubaną brew.

Ignoruję ją i przechodzę obok. Nie mam ochoty na takie sprzeczki.

– Słuchaj, czy ten Oblech właśnie cię dotknął?

Nie wiem, która to powiedziała, chyba Marnie. Czuję ścisk w żołądku. Nie chcę mieć na pieńku z Kez, a już na pewno nie teraz.

Odwracam się powoli. Kez podchodzi bliżej i staje twarzą w twarz ze mną. Mierzy mnie wzrokiem, na jej twarzy powoli pojawia się złośliwy uśmiech. Nienawidzę tego, że jest taka ładna. To niesprawiedliwe. Ma piękne włosy z czerwonymi pasemkami, które upina wysoko w koński ogon. Wielkie, niebieskie oczy starannie obwodzi cienką kreską. Byłyby również piękne, gdyby nie połyskiwał w nich lód.

– Nie powinnaś mi czegoś powiedzieć? – pyta łagodnie, niemalże słodkim głosem.

Mrugam zaskoczona. Po plecach ścieka mi pot, serce wali mocno w klatce piersiowej.

– Ja... Ja nie wiem, o co ci chodzi.

– Potrąciłaś mnie. Myślę, że powinnaś coś powiedzieć.

– Nie potrąciłam – mówię. – Nawet cię nie dotknęłam.

– Ależ tak. – Marnie podchodzi bliżej. Jest niższa, ma długie jasne włosy oraz ściągnięte rysy twarzy. Przypomina psa oblanego pomarańczowym podkładem. – Przecisnęłaś to swoje spocone cielsko obok nas.

– Fuj – mówi Lois, która stoi nieco dalej i się przygląda. Czasami jest wobec mnie w porządku, ale tylko czasami. Jest równie ładna jak Kez, ale jej uroda jest inna, bardziej naturalna. Ma piękne rude loki, które opadają falami.

– Nie dotknęłam nikogo – mamroczę, ale nie jestem w stanie wykrztusić tych słów głośno. Widzę, że Kez robi się wściekła. Mruży oczy i przestaje się uśmiechać. Nie powinnam była się jej przeciwstawiać.

– Dotknęłaś mnie i tyle! – podchodzi bliżej. – A ja sobie nie życzę, byś się przy mnie kręciła! Zrozumiano?

Wyciąga palec i odpycha mnie, jakbym była niczym. Nienawidzę tego.

Kiwam głową i wbijam wzrok w czubki butów. Chcę się zapaść pod ziemię.

– Czy ty w ogóle jej słuchasz? – wrzeszczy Marnie. – Masz ją przeprosić!

Przeprosić? Za co? Za to, że jej nie dotknęłam? Kiedy życie stało się takie niesprawiedliwe? Z jakiego powodu akurat ona może mnie dźgać swoim paluchem?

– Przepraszam – szepczę.

– Co? – pyta Kez, szczerząc się. – Nie usłyszałam.

– Przepraszam. Przepraszam, że cię dotknęłam. Przepraszam, że w ogóle ośmieliłam się podejść bliżej do ciebie.

– Powtórz to na kolanach – mówi Marnie.

Patrzę na nie błagalnie. „Proszę, nie zmuszajcie mnie do tego”. Kez i Marnie nadal się uśmiechają. Lois nie patrzy, zajęta pisaniem SMS-a.

– Dalej – oznajmia Kez i zaciąga się papierosem. – Na ziemię. W brudzie czujesz się chyba najlepiej, co?

Cóż, robię to, czego chcą. Powoli klękam na twardym, zimnym betonie. Jestem niżej od nich, pod nimi. Fatalne wrażenie. Czuję się jak zwierzę bądź coś jeszcze gorszego, jak robak, którego mogą rozgnieść obcasem. Tuż obok siebie widzę zeschniętą psią kupę oraz sznureczek mrówek. Mój gniew płonie, pulsuje, grożąc rychłym wybuchem. Wbijam wzrok w ziemię, gdyż dzięki temu nie muszę patrzeć na tych, którzy przechodzą obok mnie. Nie chcę wiedzieć, kto staje się świadkiem mojego upokorzenia.

– Przepraszam – mówię. – Możecie już mnie puścić? Proszę, jestem spóźniona.

Wiem, że trafię do kozy, a przecież muszę odebrać Hollie. Mała wkurza się, gdy się spóźniam.

– Puścić cię? – śmieje się Kez. – To oznaczałoby, że wejdziesz do szkoły razem z nami. Już mówiłam, Oblechu, że nie chcę cię widzieć blisko siebie.

Nie odpowiadam. Skupiam uwagę na sznureczku mrówek idących po chodniku. Jedna z nich niesie zeschnięte, żółte ziarenko. Ich szereg jest idealnie prosty i zsynchronizowany.

– Masz tu zostać, póki nie wejdziemy, kapujesz? – mówi Kez.

– Tak.

– To dobrze. – Kez trąca sportowym butem moją nogę. – Powinnaś chyba schudnąć, skarbie. Taki tłuszcz kiepsko wygląda, wiesz?

Wiem, zgadzam się. Odchodzą, chichocząc między sobą, rozdeptując mrówki.

.

Mój telefon, który leży na łóżku obok mnie, brzęczy cicho, ale ignoruję go. Dlaczego ona nigdy nie czyta wiadomości? Może powinnam odebrać i wrzasnąć: „Lalala!” do słuchawki? Może wtedy głupia krowa wreszcie by się zamknęła? Nie śpię już od godziny i czuję się, jakbym w ogóle nie zmrużyła oka.

Marnie siedzi przy lustrze i dokładnie przygląda się swemu odbiciu. Myślę, że wygląda fatalnie. Ostatnio używa zbyt wiele podkładu, choć nie mam zamiaru jej tego mówić. Patrzę, jak wciera sobie go jeszcze więcej. Jej twarz emanuje pomarańczowym kolorem. Ohyda.

– Mama? – pyta, nie odwracając się.

– Taaa – odpowiadam, mając nadzieję, że telefon wkrótce ucichnie. Po chwili zapada cisza. Uświadamiam sobie, że wstrzymuję oddech.

Marnie ma w pokoju największy bałagan, jaki widziałam. Jej wszystkie rzeczy leżą na podłodze albo zwisają z krzesła. Gdy mieszkała tu jej siostra, wszystko było bardziej uporządkowane, ale po tym jak Jodie się wyprowadziła, miejsce dosłownie eksplodowało. Przynajmniej jej łóżko było zadbane. Nie lubię nieświeżej pościeli. Czuję swędzenie nawet na widok najmniejszych śladów brudu.

Komórka znów brzęczy. Matka nie odpuszcza. Pewnie znowu ma te swoje humory. Niechętnie otwieram SMS.

Musimy pogadać. Nie możesz nie wracać do domu. Następnym razem dzwonię na policję.

Akurat. Już widzę, jak dzwoni po gliny. Na pewno tylko marzy o tym, by opieka społeczna zaczęła się wokół nas kręcić.

– Nie jest zadowolona – mówię do Marnie. – Głupia krowa. Mówiłam jej, że zatrzymuję się u ciebie. Pewnie zapomniała i teraz świruje.

– Wie, gdzie jesteś. – Marnie wzrusza ramionami. – Denerwuje się i tyle.

– To nie moja wina, że mnie nie słucha.

Telefon w mojej dłoni znów brzęczy. Chętnie walnęłabym tym rupieciem o ścianę, gdybym go tak bardzo nie potrzebowała.

Dziś wieczorem mamy naradę. Tylko nasza trójka.

– Jeszcze się nie wyszykowałaś? – parskam do Marnie i wsuwam telefon do torby. Teraz matka może sobie dzwonić do woli. Nie usłyszę jej i na pewno nie odbiorę.

– Chyba tak. Choć wyglądam obrzydliwie – wzdycha Marnie i odsuwa dolną powiekę. – Popatrz, jakie czerwone. Ohyda. Cholera, nienawidzę poniedziałków.

– Jesteś niewyspana. Całonocna gadanina o Benie to chyba był kiepski pomysł.

Marnie pokazuje mi język i obie chichoczemy. Skądś dobiega brzdęk patelni oraz szum odkręcanej wody.

– Mama już wstała. Zjemy coś?

Nie jestem głodna, ale podnoszę się i wychodzę wraz z nią. Boli mnie całe ciało i język mi spuchł. Czuję się, jakbym miała w ustach ogromną ćmę. Podaję jej lusterko i widzę przez moment własną twarz, bladą jak u trupa. Jestem zaskoczona. Pod oczami malują się wielkie, ciemne plamy, a skóra wydaje się sucha jak papier.

Coraz bardziej ją przypominam. Coraz bardziej wyglądam jak matka. Odwracam głowę. Nienawidzę tego uczucia.

Marnie mieszka na rogu osiedla Macmillan (znanego też jako Mac albo po prostu Osiedle) w bloku B, wielkim gmachu przyćmiewanym jedynie przez nieco ciemniejszego kuzyna, blok A. Zeszłej nocy weszłyśmy na sam dach. Wspaniale było ujrzeć całe miasto, rozciągające się u naszych stóp jak gigantyczna plansza do gry. Mogłabym przez wieczność wpatrywać się w światła samochodów – pary malutkich czerwonych kropek, umykających z tego nieszczęsnego bagna. Nie mam nic do Osiedla. To przypuszczalnie moje ulubione miejsce. Nie potrafię tego opisać, ale wyczuwam tu coś wolnego i szczerego. W przeciwieństwie do reszty miasta nikt tu nie udaje, że jest kimś innym. W domu mam wrażenie, że wręcz się duszę. Kiedyś ucieknę. Od dawna sobie to obiecuję.

Tak, kiedyś to zrobię.

Marnie lubi tu mieszkać. Żyje razem ze swoją matką, Julie, i dobrze się dogadują. Julie to fajna babka. Pracuje w pubie po drugiej stronie ulicy i mogłaby śmiechem obudzić umarłego. Jest wyluzowana na maksa, przymyka oko nawet na to, że Marnie pali.

Rzuca jej jakieś drobniaki i całuje ją w policzek.

– Kup sobie coś dobrego na lunch – mówi, uśmiechając się do mnie przez cały czas.

To dziwne, ale zawsze czuję się trochę niezręcznie przy Julie. Siedzi przy nas w jedwabnej koszuli nocnej, nie kryjąc długich opalonych nóg. Marnie ma naprawdę fajne układy z matką, zupełnie jakby były kumpelami. To chyba stąd Marnie czerpie pewność siebie. Nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Nigdy nie widziałam, by była rozdrażniona czy poruszona. Jestem pewna, że jest twarda jak kamień. Zazdroszczę jej tego.

– Co u mamy, Kez? – pyta Julie. Nie je i przegląda jakieś czasopismo, aż zatrzymuje się na historii pewnej kobiety, której ramię uwięzło w okienku McDrive. – Rany, widziałyście to? Chciała tylko kupić ciacho i proszę!

– Masakra – mówi Marnie, krzywiąc się. – Musisz pokazywać mi takie rzeczy, kiedy jem?

– Przepraszam, kochanie. – Julie zrzuca czasopismo na podłogę. – Ludzie mają smutne życie, doprawdy. No to co u twojej mamy, Kez?

Mama Marnie uśmiecha się życzliwie, a ja usiłuję nie dać po sobie poznać, że skóra mi cierpnie. Przecież nie próbuje mi celowo dokuczyć.

– Wszystko OK – mówię i popijam sok pomarańczowy. Próbuję zignorować narastające we mnie poczucie winy. Wiem, że będzie się martwić, a to nie w porządku.

– A tata? Też wszystko OK?

Zerkam na Marnie. Powiedziała jej coś? Ta jednak tylko wzrusza ramionami i nadal ogryza tosta. Jest zadumana, co oznacza, że zapewne znów myśli o Benie.

– Tak, jasne – odpowiadam. Część mnie zamyka się. Nie chcę, by mnie przepytywano. Skupiam się na skubaniu paznokci, w nadziei że Julie zrozumie sygnał.

– Znalazł jakąś pracę? Wiem, że nie ma lekko – mówi, muskając brzeg filiżanki długim, świeżo wypolerowanym paznokciem. – W pubie przesiaduje natomiast sporo.

Wstaję. Gest okazuje się nieco dramatyczniejszy niż chciałam, a krzesło przesuwa się z głośnym zgrzytem. Marnie unosi wzrok, gotowa coś powiedzieć. Julie mruga szybko oczami. Otwiera i zamyka usta niczym zdychająca złota rybka.

– Zaraz się spóźnimy do szkoły – mówię. – Dziękuję, Julie, że mogłam u was przenocować.

Ta kiwa sztywno głową.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Podnoszę torbę, tulę ją mocno i wychodzę z pokoju. Mój płaszcz wisi w korytarzu. Zdejmuję go i zakładam niezdarnymi palcami. Mieszkanie nagle wydaje mi się ciasne i małe. Muszę jak najszybciej odetchnąć świeżym powietrzem.

Wracam, by sprawdzić, czy Marnie jest już gotowa, i niespodziewanie słyszę ciche głosy z kuchni.

– ...ale ja tylko powiedziałam, że... – odzywa się Julie, ale Marnie jej przerywa:

– No to lepiej nic nie mów. Ona tego nie potrzebuje.

– Biedactwo. Ja próbowałam jedynie...

Wkraczam do pomieszczenia i rozkoszuję się ich minami. Oczywiście obie usiłują udawać niewiniątka, ale płonące policzki Marnie zdradzają, że wie, że została przyłapana.

– Chodź już – mówię. – Mamy kupę roboty.

Idziemy