50 lat życia w tajdze - Jurij Jankowski - ebook

50 lat życia w tajdze ebook

Jurij Jankowski

0,0
37,56 zł

lub
Opis

Autor był synem Michała Jankowskiego – powstańca styczniowego zesłanego na Syberię, który osiedlił się na rosyjskim Dalekim Wschodzie gdzie odkrył wiele gatunków fauny i flory. Na cześć tego zasłużonego przyrodnika półwysep Sidemi przemianowano na Półwysep Jankowskiego. Jurij kontynuował dzieło ojca. Jego książka opowiada o licznych przygodach w tajdze – od polowań na tygrysy w wieku młodzieńczym po ochronę jeleni przed kłusownikami.

Do polskiego wydania książki zostały dołączone wspomnienia o rodzinie Jankowskich napisane przez szwedzkiego podróżnika Svena Bergmana oraz amerykańskiego misjonarza Donalda Clarka, którzy mieli możliwość poznać osobiście tę niezwykłą rodzinę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 242




Jurij Jankowski, Władywostok 1919–1920

Ród Jankowskich

Na początku lat dwudziestych w Seulu rozeszła się wieść, że w górach Korei, w pobliżu granicy z Mandżurią osiadł wielki rosyjski łowca tygrysów. Ci, którzy odwiedzili jego siedzibę, przynosili relacje jako żywo przypominające perypetie Robinsona szwajcarskiego. Tym razem jednak chodziło o „białego” uchodźcę rosyjskiego, który nazywał się Jankowski i miał ze sobą rodzinę i pomocników. Jankowscy utrzymywali słabe kontakty z nierosyjskimi mieszkańcami Korei, toteż otaczał ich nimb tajemniczości.

Rodzina ta uciekła przed bolszewikami w roku 1922, opuszczając majątek położony w pobliżu Władywostoku i znajdując schronienie u japońskich władz kolonialnych w Korei. Ich nowa siedziba, o nazwie Nowina, stała się znana jako baza wypadowa dla łowców grubego zwierza, i to z krajów tak odległych jak Szwecja. Nowina przyciągała także rosyjskich ludzi teatru z Harbinu i Szanghaju. U szczytu sezonu letniego często przebywało tam nawet sto osób.

Założycielem klanu był Michał Iwanowicz Jankowski, polski szlachcic aresztowany w roku 1863 i zesłany na Syberię. Na mocy konwencji pekińskiej z roku 1860 Rosji przypadł kawałek wybrzeża mandżurskiego i Jankowski stał się jednym z pierwszych europejskich osadników na tamtym obszarze.Podjął współpracę z fińskim kapitanem wielorybnictwa Fridolfem Gekiem i stał się właścicielem majątku o powierzchni ośmiu tysięcy akrów1, położonego, patrząc od strony Władywostoku, po drugiej stronie Zatoki Amurskiej. Majątek został nazwany Sidemi (Siedziba). Jankowski rozpoczął tam hodowlę jeleni sika, których poroże jest bardzo cenione w medycynie chińskiej. Najął koreańskich i chińskich pracowników i dzięki sprzedaży poroży stał się bardzo zamożnym człowiekiem.

Wrogami Jankowskiego w Sidemi były wilki i hung hu-tze2 (rudobrodzi), których zorganizowane bandy były plagą tamtych obszarów jeszcze na początku XX wieku. Oczywiście wraz z bogactwem rosły wymogi dotyczące zabezpieczeń. System ogrodzeń i strażnic na niewiele się zdał, jeśli chodzi o obronę przed wilkami, które po prostu obchodziły ogrodzenie po zwałach lodu. Rudobrodzi także okazywali się pomysłowi, a przy tym okrutni. Na przykład razu pewnego – było to w latach siedemdziesiątych XIX wieku, kiedy Sidemi wciąż walczyło o przetrwanie – Jankowski i Gek wybrali się do Władywostoku, by zakupić niezbędne towary. W czasie ich nieobecności bandyci zamordowali żonę Geka, służbę i trzech synów, czwartego zaś uprowadzili. Jankowski natychmiast zorganizował oddział składający się z Rosjan oraz Koreańczyków i ruszył w pościg za rudobrodymi w głąb lądu. Zlikwidował, jak sądził, główny oddział w ich obozie. Czwarte dziecko Geka nie zostało jednak nigdy odnalezione. Zdruzgotany kapitan opuścił osadę i wrócił do wielorybnictwa. Jego dalsze losy są nieznane.

Z czasem w sąsiedztwie Sidemi pojawili się inni osadnicy. Jednym z nich był Julius Iwanowicz Bryner, który później stał się ważną figurą przy zagospodarowaniu pogranicza koreańsko-mandżurskiego. W roku 1896 udało mu się zdobyć lukratywną koncesję na wyrąb drzew nad rzeką Yalu. Małżonki Jankowskiego i Brynera były kuzynkami, które dorastały razem w Irkucku. Po sąsiedzku mieszkał również niejaki Michaił Szeweler, który dorobił się majątku, nabywając herbatę w Hankowie, w Chinach, i wysyłając ją wielbłądzimi karawanami przez pustynię Gobi do Rosji. Jankowski, Bryner i Szeweler współpracowali ze sobą i zaczęli zatrudniać więcej ludzi przy hodowli i ochronie. Ludzi tych nazywano „poddanymi Jankowskiego”. Ze swoich „poddanych” Jankowski uformował prywatną armię. Składała się ona wyłącznie z Koreańczyków, gdyż uważał, że tylko im może ufać. Zadaniem oddziału było wyszukiwanie i likwidowanie rudobrodych. On sam wykazał się tak wielkimi umiejętnościami w tej dziedzinie, że przylgnął do niego przydomek „Czterooki” – tak bowiem bezbłędnie namierzał bandytów, iż wydawało się, że ma dodatkową parę oczu.

Jankowscy mieli trzech synów: Jurija, Jana i Pawła. Otrzymali oni staranne wykształcenie. Półwysep stanowił prawdziwe sanktuarium, toteż wszyscy trzej ulegli fascynacji krajem i jego przyrodą. Mentorem był im ojciec, który kolekcjonował rzadkie okazy fauny. W rezultacie nazwisko Jankowskiego zostało uwiecznione dzięki odkryciu nowej odmiany łabędzia Cygnus jankowskii, trznadlaEmberiza jankowskii, chrząszcza Captolabrus jankowskii oraz innych gatunków fauny, a także flory.

W roku 1900 Jankowski otrzymał kontrakt na dostawę koni dla armii rosyjskiej we Władywostoku. Wyruszył zatem koleją i psim zaprzęgiem do Omska w celu zakupu tabunu koni. Najstarszy syn, Jurij, został wysłany do Ameryki, aby tam nauczył się hodowli koni – najpierw do Teksasu, potem do Golden Gate Fields w Kalifornii. W Berkeley Jurij zaraził się bakcylem wyścigów konnych i pod koniec pobytu zakupił cztery konie wyścigowe z przeznaczeniem dla swojej nowej hodowli we Władywostoku.

Dywersyfikując biznes, Jankowscy założyli jeszcze fermę norek, a także otworzyli w Sidemi małą stocznię remontową. Michałowi zaczął jednak dawać się we znaki artretyzm. W roku 1907 udał się na leczenie do wód na Krym. Zmarł w roku 1912. Majątek odziedziczyli synowie. Jurij w międzyczasie poślubił mieszkającą po sąsiedzku Margaritę Szewiełową; ślub odbył się w głównej cerkwi Władywostoku. Przedsiębiorstwo prosperowało dzięki kontraktom rządowym. Jankowscy nabyli holownik i parę barek w celu transportowania piasku na plażę we Władywostoku.

Do roku 1917 Jurijowi i Margaricie urodziło się pięcioro dzieci – dwie córki i trzech synów. Biznes rozwinął się na skalę międzynarodową, bo oto japońskie władze kolonialne zaczęły kupować od Jankowskich konie. Ale wtedy nastąpiła rewolucja październikowa. Z początku bolszewicy wydawali się czymś dalekim i prawie nierealnym, lecz stopniowo zdobywali kontrolę nad obszarami Dalekiego Wschodu. W roku 1922 właściciele ziemscy w Kraju Nadmorskim zaczęli zdawać sobie sprawę z konieczności ewakuacji. Jankowscy także czynili w tym kierunku przygotowania, choć żywili nadzieję, że sytuacja ma charakter przejściowy. Jurij wysłał jednego z braci do koreańskiego portu Chongjin, aby tam nabył dom i pomieszczenia dla zwierząt. Tymczasem Władywostok nagle padł i stopniowa ewakuacja przemieniła się w ucieczkę. Holując stateczkiem barki, na których znajdowała się rodzina, służba, pracownicy majątku, konie tudzież jelenie, Jurij zdążył umknąć w ostatniej chwili i zainstalował się w małym koreańskim domu gospodarskim o glinianych ścianach, gdzie przyszło mu spędzić zimę.

Zagospodarowanie się w Korei było nie lada wyzwaniem. Na początek, by zdobyć jakieś środki, Jankowscy musieli sprzedać trochę chudoby; próbowali też różnych innych przedsięwzięć. Próby rozpoczęcia działalności transportowej spaliły na panewce, gdyż miejscowi przewoźnicy zaprotestowali u władz przeciwko nowemu konkurentowi. Z kolei zamiar połowu śledzi na Morzu Japońskim wywołał protesty rybaków. Aby zmniejszyć koszty, Jankowski musiał urlopować wielu swoich „poddanych”, wysyłając ich do Szanghaju, Harbinu i gdzie indziej, aby tam szukali sobie pracy.

Jankowski zdołał rozpoznać możliwości, jakie oferowała mu dzika przyroda. Znajdował się mianowicie na pogórzu Paektu-san, świętej góry Korei, którą porastał las mogący dostarczyć poroży i dziczyzny, żyły tam bowiem jelenie i dziki.

W roku 1926 Jankowski zawarł z armią japońską umowę na dostawę mięsa. Mając w ten sposób w dużym stopniu zapewniony dochód, założył kwaterę myśliwską w miejscu położonym o dwanaście mil powyżej miasta Chu-ul, na powrotnym zakręcie rzeki Chuul. Siedzibę tę nazwał Nowina (Nowe Miejsce). Nowina przetrwała dziewiętnaście lat – od roku 1926 do roku 1945. W okresie tym Jankowscy utrzymywali się z uprawy, hodowli, polowań i sprzedaży ubitej zwierzyny. Ich siedziba pełniła też rolę ośrodka wypoczynkowego. Wzdłuż rzeki pobudowali domki wypoczynkowe. Letnikami byli emigranci rosyjscy mieszkający w Szanghaju.

Z upływem czasu Nowina stała się zależna od turystów, którzy przybywali tam z powodu umiarkowanie chłodnego klimatu i malowniczości pogórza Paektu-san. W lecie Jurij Jankowski i jego dzieci organizowali wycieczki na świętą górę, a jesienią i zimą – wyprawy myśliwskie. Obszar ten słynął z obecności tygrysów syberyjskich, Jankowski zaś zasłynął jako wielki łowca tygrysów. Na urwisku wznoszącym się nad rzeką Jurij zbudował dom dla całej rodziny. Była to interesująca konstrukcja utworzona wokół pnia wielkiego drzewa, które ją utrzymywało. Powyżej zbudował jeszcze „Wieżę Przodków” będącą do pewnego stopnia repliką Sidemi, a obok – pomieszczenie, które częściowo mieściło się w jaskini i stanowiło miejsce zebrań rodzinnych. Oba brzegi rzeki połączył mostem łańcuchowym i pobudował chaty dla służby i robotników. Były tam również sady z jabłoniami i gruszami, zagony warzyw oraz ule. Pieczę nad całością sprawowali robotnicy koreańscy. Polowania dostarczały jeleniego, dziczego i bażanciego mięsa. W Nowinie wydawano suto zakrapiane wódką obiady dla nawet dwudziestu osób, które zasiadały przy wspólnym stole. Przy ognisku w jaskini snuto różnorakie opowieści.

W posiadłości odbywały się poza tym nabożeństwa, a w lecie wystawiano przedstawienia teatralne. Wielu gości Jankowskiego występowało aktorsko w Szanghaju, w Nowinie zaś lubili dawać przedstawienia dla własnej przyjemności. To właśnie owa działalność teatralna przyciągnęła tam niejaką Mary Linley Taylor, która wcześniej pracowała w Szanghaju jako aktorka, a potem stała się jedną z nielicznych osób nierosyjskiej narodowości, które przyjeżdżały do Nowiny z Seulu.

Mary dowiedziała się o Nowinie przypadkiem, dzięki swojej przyjaciółce Natalii Czirikinie. Przyszła razu jednego do Czirikinów na herbatę. W pewnym momencie do pokoju weszła smukła, gibka rosyjska nastolatka. Ubrana była w strój „indiański” z miękkiej skóry, na nogach nosiła mokasyny, jej uszy zdobiły kolczyki z tygrysimi zębami. Dziewczyna była pełna rezerwy, mówiła tylko łamaną angielszczyzną, Natalia musiała więc pełnić rolę tłumaczki. Była to „Ora”, czyli Wiktoria – druga córka sławnego łowcy tygrysów, Jurija Jankowskiego z Nowiny. Mary słuchała zauroczona historii jej rodziny. Postanowiła poznać Jankowskich osobiście, a Wiktoria obiecała ją zaprosić. Po niedługim czasie wysiadła na małej stacji Chu-ul, gdzie czekał na nią przysłany przez Jurija samochód, który zawiózł ją w górę doliny, do siedziby Jankowskich. Podczas tej i następnych wizyt Mary zgromadziła wystarczającą wiedzę o Jankowskich, by napisać o nich książkę, w której pobrzmiewają tony baśniowe.

Koreańskie przekazy mówiły nie tylko, że jest to rodzina sławnych łowców, ale także, że żyje ona w zamku wiszącym nad przepaścią, który tylko dzięki wielkiemu drzewu jeszcze nie spadł w dół. Przekaz głosił poza tym, że zamek ten ma wysoką wieżę, w której trzymany jest straszliwy smok, a to dlatego, że zakochał się w pięknej córce myśliwego. O tym, że jest to prawda, świadczą dobiegające stamtąd tęskne porykiwania! Fama głosi, że myśliwy-senior uratował życie swojej żonie, dokonując na niej operacji usunięcia wyrostka robaczkowego przy pomocy noża myśliwskiego. Można było dowiedzieć się również, że rodzina ta żyje, jedząc wyłącznie steki z tygrysiego mięsa i popijając je wódką! Ale najdziwniejsze jest to – dodawano – że Japończycy tolerują takich barbarzyńców w tym kraju i jeszcze pozwalają im wywiesić rosyjską flagę!

Prawdziwe życie mieszkańców Nowiny nie przypominało jednak bajki. Na początku piątka dzieci Jankowskich – Muza, Wiktoria, Walerij, Arsenij i Jurij – pobierała nauki od nauczyciela przybyłego z Harbinu. Najstarsza córka, Muza, skończyła osiemnaście lat w pierwszym roku pobytu w Nowinie, kiedy jeszcze nie było tam zabaw, przedstawień, muzyki ani godnych uwagi chłopców. Dwa lata później i krótko po tym, jak jakiś Japończyk po końskich zalotach złożył jej propozycję małżeństwa, rodzina postanowiła wysłać ją do krewnych ze strony matki, którzy mieszkali w Szanghaju, gdzie już dało się znaleźć jakiegoś rosyjskiego kawalera stanowiącego dobrą partię.

Natomiast Wiktoria, dwa lata młodsza od Muzy, nie zdawała się odczuwać w Nowinie braku wrażeń. Prawdziwa chłopczyca potrafiła tropić zwierzynę w górach jak najbieglejsi w tej sztuce Koreańczycy i strzelać równie celnie jak ludzie z drużyny Jankowskiego; jej tatę bardzo to radowało. W wieku dwudziestu paru lat podkreślała swój styl Tarzanki, nosząc ubiory indiańskie, charakterystyczną opaskę na głowie, ozdoby z tygrysich zębów oraz, gdy było ciepło – dwuczęściowy strój plażowy, co widać na fotografii z 1932 roku, na której stoi z karabinem u boku. Tarzanka wyznawała kult bożka Pana. Ojciec zbudował jej nad rzeką małe lokum w stylu koreańskim, gdzie Wiktoria ustanowiła mały przybytek dla Pana, ze statuetką bożka grającego na flecie. Kiedy była nastolatką, spędzała tam wiele godzin, pisząc wiersze i paląc kadzidła przed statuetką. Odwiedzający w tym czasie Nowinę wspominają, jak podkradali się do tej chatynki i słuchali Wiktorii nucącej mantrę i czytającej na głos swoje wiersze.

W roku 1936 w wieku pięćdziesięciu lat zmarła na raka Margarita Jankowska. Jurij ożenił się ponownie w roku 1939. Wiktoria nie zaakceptowała macochy. Wyszła za mąż za jednego z pracowników ojca i przeniosła się do Hsinksingu (Changchunu), w okupowanej przez Japończyków Mandżurii, gdzie jej mąż podjął pracę u dealera Forda. Macierzyństwo przyniosło jej radość i tragedię zarazem, albowiem dziecko zmarło jeszcze w wieku niemowlęcym. Drugi syn, o imieniu Orr, urodził się w roku 1944.

Nowina wraz z jej barwnymi postaciami prosperowała dzięki dobrym stosunkom Jankowskiego z Japończykami. Nawet w późnych latach trzydziestych, kiedy już zabroniono cudzoziemcom przebywać na wybrzeżu, a nawet skonfiskowano im aparaty fotograficzne, mapy i radioodbiorniki, Jankowskiemu pozwolono otworzyć dodatkowy ośrodek wypoczynkowy nad oceanem, w pobliżu Nowiny. Tocząca się wojna sprawiła jednak, że ośrodek ów funkcjonował tylko jako dom na plaży do dyspozycji Jankowskich, zaś po Pearl Harbor musieli w ogóle z niego zrezygnować. Nowina wszakże jakoś się utrzymywała dzięki dostawom mięsa i produktów roślinnych dla Japończyków.

W roku 1944, kiedy wszystko wskazywało na to, że Japończycy wojnę przegrają, Jankowski postanowił ewakuować rodzinę. Kupił gospodarstwo położone o sto kilometrów na północ od granicy koreańsko-mandżurskiej, gdzie, jak mawiał, „przecinały się światy dzików i tygrysów”. Po wojnie zamierzał się tam przenieść, a na razie posłał Walerija, aby tam zamieszkał, i namówił Wiktorię, żeby do niego dołączyła.

Tymczasem Armia Czerwona zajęła Nowinę i kolonię „białych” Rosjan. Bolszewicy mieli Jankowskiemu za złe nie tylko jego antykomunistyczną postawę, ale także współpracę z Japończykami. Jankowski wraz z synem Arsenijem zostali aresztowani i byli przesłuchiwani przez Smersz (kontrwywiad). Wkrótce jednak ich zwolniono. Synowie Walerij i Jurij zaczęli „dobrowolnie” pracować dla Armii Czerwonej jako tłumacze, Arsenij zaś pracował po części dla Smerszu, po części w sektorze zaopatrzenia Jużmoru (Południowego Obszaru Obrony Morskiej) w Chongjinie. Jednym z zadań Jużmoru było wytaczanie procesów kryminalistom, wrogom klasowym i osobom nieprawomyślnym zarówno wśród Koreańczyków, jak i Rosjan.

Kiedy sytuacja w Korei Północnej ustabilizowała się po myśli okupantów, Jankowscy zostali ponownie aresztowani. Latem 1946 roku Jurija i jego kuzynkę Tatianę, która wcześniej pracowała dla marynarki japońskiej w Chongjinie, wysłano do więzienia w Tumenie, na granicy radziecko-mandżurskiej. Następnie aresztowany został Walerij. Jego zesłano na Syberię, gdzie najpierw przydzielono mu zadanie dokonywania odstrzału wilków z samolotu, a po próbie ucieczki zesłano go do kopalni ołowiu w Magadanie. Jurij został wysłany do obozu pracy w Kazachstanie. Tam częściowo oślepiono go chlorem.

Arsenij opuścił północną strefę Korei jako ostatni. Dla Jużmoru pracował do roku 1946. Kiedy sektor zaopatrzenia został przeniesiony do Władywostoku, do akcji wkroczył Smersz i zaczęły się przesłuchania. Arsenij postanowił uciekać. Powiedział, że ma sprawę do załatwienia w Pjongjangu, gdzie udał się wraz z żoną. Z Pjongjangu pojechali oboje autobusem na południe do Sariwonu, skąd dotarli autostopem do wioski o nazwie Hakhjon-ni leżącej nad granicą (przebiegającą wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika). Granicę przekroczyli wraz z grupą przemytników nocą 11 stycznia 1947 roku, po czym zgłosili się na posterunek policji południowokoreańskiej, a następnie zostali przejęci przez komórkę amerykańskiego wywiadu wojskowego.

Najdłuższą odyseję odbyła Wiktoria. Przez dziesięć lat przebywała w Chile z mężem i synem, oczekując na wizę do Stanów Zjednoczonych. W roku 1953 rodzina dostała pracę na fermie imienia Lwa Tołstoja, będącej przystanią dla „białych” emigrantów rosyjskich. W roku 1968 przenieśli się do Kalifornii, gdzie kupili mały hotel w Healdsburgu, nad Russian River. W roku 1991, po śmierci męża, Wiktoria sprzedała hotel. Wraz z synem Orrem i wnuczką Alorą Chistiakoff zostali zaproszeni do Sidemi na uroczystość odsłonięcia szeregu pomników pionierów Kraju Nadmorskiego, spośród których najbardziej prominentny był Michał Jankowski.

Fragment książki Donalda N. Clarka: Living Dangerously in Korea.

The Western Experience 1900–1950

1 Akr – jednostka miary powierzchni równa około 0,4 ha.

2 Inaczej chunchuzi lub hunhuzi – bandyci grasujący na wschodnim pograniczu Rosji (Mandżuria, Kraj Nadmorski, Kraj Chabarowski), zwykle byli to chińscy chłopi i żołnierze oraz zesłańcy.

Spośród Europejczyków mieszkających w północnej części Korei najbardziej znany jest osiadły w wiosce Shuotsu Rosjanin o nazwisku Jankowski. Jak większość Rosjan żyjących poza ojczyzną, Jankowski miał burzliwe życie.

Ojciec jego, obecnie już nieżyjący, w młodych latach wyemigrował był z Polski i osiedlił się we wschodniej Syberii, nad Morzem Japońskim. Okazał się nie tylko przedsiębiorczym osadnikiem, ale także wielce przyczynił się do poznania fauny wschodniej Syberii. W muzeach Leningradu i Warszawy – i nie tylko – można spotkać rzadkie okazy zwierzęce, spośród których wiele było nieznanych nauce, a które zostały dostarczone przez Jankowskiego.

Jankowski miał duży majątek o nazwie Sidemi, znajdujący się między Władywostokiem a granicą koreańską. Później dobra te przejął jego syn Jurij – obecnie pięćdziesięcioośmioletni – który poświęcił się tam hodowli koni. Miał ich przeszło sześćset i były wśród nich wysokiej klasy konie wyścigowe.

Najbardziej zasłynął jednak z hodowli jeleni, których miał nie mniej niż trzy tysiące. Jelenie te (Pseudaxis dybowskii) Jankowski hodował tylko ze względu na poroże. Nowo nasadzone poroże, jeszcze pokryte scypułem, służy do wyrobu wielce poszukiwanego i bardzo kosztownego medykamentu. Szczególnie wśród Chińczyków jest on ceniony jako specyfik na przywrócenie sił witalnych. Jedna duża tyka kosztuje przeszło pięćdziesiąt funtów szterlingów3, a odrastają one jeleniom co roku.

Kiedy tamtych terenów dosięgnęła rewolucja bolszewicka, Jankowski energicznie włączył się do akcji. Zorganizował „białe” oddziały, które przez długi czas dawały odpór „czerwonym”. W końcu jednak uległ przeważającym siłom i zbiegł drogą morską do Korei, a dokładnie mówiąc – do Seishinu4. Tabuny koni przez granicę lądową przeprowadzili jego ludzie. Poza tym jednak wszystko musiał zostawić. Gdyby wpadł w ręce bolszewików, jego los byłby przesądzony – tak bardzo zalał im sadła za skórę, gdy próbowali podbić Kraj Nadmorski.

Osiadłszy w Seishinie, Jankowski znalazł się w trudnym położeniu. Najpierw sprzedał konie, następnie zabrał się za połów śledzi w morzu niedaleko Seishinu. W ciągu zimy polował na lamparty, dziki, sarny i bażanty. Dzięki przedsiębiorczości i pomysłowości wkrótce odzyskał dawny status majątkowy.

W dolinie rzeki Shuotsu, o trzydzieści dwie mile od Seishinu, Jankowski odkrył piękną, obiecująco wyglądającą okolicę. Zakupił tam kawałek ziemi i zbudował dom. Nabył konie i krowy, zajął się też ogrodnictwem i pszczelarstwem. Posiadłości nadał nazwę Nowina. Korzystając z pomocy mieszkańców, schwytał w lasach pewną liczbę jeleni należących do tego samego gatunku co te, które hodował wcześniej, i założył nową farmę jelenią.

Potem wpadł na pomysł, by latem przyjmować gości na wypoczynek. Zbudował w tym celu pewną liczbę domków. Pomysł okazał się zyskowny. Zaczął więc stawiać nowe domki i kiedy przybyłem do Shuotsu w roku 1935, przedsięwzięcie było w trakcie rozwoju. Jankowski zakupił również wąski pas piaszczystego wybrzeża, odległy tylko o pół godziny jazdy samochodem od wioski. Ten niewielki ośrodek wczasowy latem odwiedza dużo gości. Są to przeważnie emigranci rosyjscy z Harbinu i Szanghaju, ale bywają tam także Europejczycy mieszkający w Japonii, Chinach i Mandżurii. Farma jelenia również prosperuje; obecnie liczy prawie pięćdziesiąt sztuk.

W zimie Jankowski oddaje się polowaniom w towarzystwie swoich trzech synów, którzy są biegli w tym rzemiośle. Najstarszy, Walerij, jest uważany obecnie za najlepszego myśliwego w Korei. Robiłem z nim kilkakrotnie łowieckie wypady i miałem okazję podziwiać jego umiejętności. Młodszy, Arsenij, jest również pierwszorzędnym myśliwym. Jankowski senior ma dwóch braci, z których jeden także mieszka w Shuotsu. Zajmuje się tworzeniem kolekcji motyli występujących w Korei i sprzedaje je zagranicę. Drugi brat jest detektywem w służbie francuskiej w Szanghaju. Urlopy spędza w Nowinie.

– Ma pan na rozkładzie jakieś tygrysy? – zapytałem raz Jurija Jankowskiego, gdy złożył mi wizytę.

– Tak, kilka – odpowiedział. – Pierwszego upolowałem, kiedy miałem kilkanaście lat. Mój brat Aleksander i ja pewnego razu w zimie jechaliśmy konno przez tajgę. Przejeżdżaliśmy właśnie skrajem stromego skłonu, gdy nagle konie stały się niespokojne. W następnym momencie wielki tygrys ruszył na nas w ogromnych susach. Zdążyliśmy jeszcze zeskoczyć z siodeł. Tygrys rzucił się na jednego z koni. Zwierzęta stoczyły się po zboczu. Obaj z bratem strzeliliśmy do tygrysa, który jednak padł od mojej kuli. Tygrysy ze wschodniej Syberii – kontynuował Jankowski – to wyjątkowo piękne zwierzęta, o bujnym futrze. Trzydzieści lat temu w rejonie Władywostoku na polowaniach padało w ciągu roku od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu tygrysów, teraz jednakże zostały niemal wytępione. W ogóle w tamtym czasie w lasach Syberii żyło mnóstwo zwierzyny. Polowałem nie tylko na tygrysy, ale także na wilki, niedźwiedzie, lamparty, gorale i sarny, nie mówiąc o kurowatych, gęsiach, kaczkach, bażantach i co tam jeszcze. W Korei jednakże nie nadarzyła mi się ani jedna okazja upolowania tygrysa w ciągu trzynastu lat, odkąd tu jestem. Kilka tylko udało mi się zobaczyć, a raz schwytałem dwoje tygrysich młodych. Również tutaj tygrys został prawie wytępiony.

– A bandytyzm szerzył się na tych obszarach? – zapytałem.

– O, tak – odpowiedział Jankowski. – Sprawiali nam mnóstwo kłopotu. Łupili i mordowali, kiedy tylko nadarzyła im się okazja. Kilka razy musieliśmy zorganizować ekspedycje karne.

– Czy udało się panu upolować któregoś z tych ptaszków?

– Tak, kilku. Inaczej nie siedziałbym tutaj z panem. Wiele razy ich kule świstały wokół mnie. Lecz tutaj, w Korei, nie ma z nimi problemów. Są oni tylko w lasach Paiktusanu5, no i w Mandżuko, skąd wyplenić ich wydaje się niemożliwością.

* * *

Mniej więcej w połowie grudnia wybrałem się w odludne rejony północnej części Korei. Teren jest górzysty, z głębokimi dolinami i wąwozami przebiegającymi w różnych kierunkach. Góry są niezwykle wysokie i strome. Z najwyższych szczytów widać Mandżurię. Tylko południowych zboczy śnieg nie pokrywał całkowicie. Dominował tam drzewostan dębowy, gdzieniegdzie widziało się sosny i świerki. W dolinach rzek rosły rozmaite gatunki drzew liściastych.

Żyły tam tygrysy, lamparty, rysie, niedźwiedzie, dziki, sarny i mniejsze zwierzęta. Przede wszystkim chciałem zdobyć dla Muzeum Przyrodniczego w Sztokholmie okaz dzika z odmiany tam występującej, która charakteryzuje się wyjątkowymi rozmiarami.

Liczba dzików w różnych częściach Korei ulega corocznym wahaniom. Na obszarach górzystych zależy w dużym stopniu od obfitości żołędzi, będących ich przysmakiem. W ciągu lata, kiedy dziki żywią się korzonkami i pędami, a także ziemniakami i kukurydzą, które znajdują w różnych ilościach na farmach, ich rozprzestrzenianie jest bardziej równomierne, zimą wszakże ciągną na tereny obfitujące w żołędzie. Można wtedy zobaczyć, jak watahy liczące piętnaście–dwadzieścia sztuk zapamiętale buchtują w śniegu.

Zatrzymałem się w niepozornej koreańskiej chacie stojącej w głębokiej dolinie. Towarzyszyli mi Walerij i Jurij Jankowscy, którzy także wybrali się na dziki. Sjöqvist był w tym czasie zajęty czym innym. Oprócz pięcioosobowej rodziny w chacie rezydowały: byk, krowa, cielę, pies, kot i pięć kur. Ludzie i zwierzęta zajmowali kuchnię, tylko bydło oddzielone było przegrodą. Powszechny ten zwyczaj pochodzi z czasów, gdy tygrysy były tak liczne, że trzymając bydło na zewnątrz, ryzykowało się jego utratę. Wygrodzenie było niskie i gdy któryś z Jankowskich stanął do niego tyłem i pogryzał rzepę, byk nagle wysunął łeb i – ku osłupieniu Rosjanina – przywłaszczył ją sobie, posłużywszy się swoim długim, szorstkim jęzorem.

Nie groziło nam, że zaśpimy, bowiem kogut w kuchni zaczynał piać na długo przed świtem. Mieszkaliśmy w pomieszczeniu obok kuchni, dzieliło nas więc tylko parę metrów od tego niezawodnego budzika, mającego jeszcze tę zaletę, że nie słychać było pracy mechanizmu.

Rankiem 12 grudnia termometr pokazywał –22°C. Wiał bardzo silny i przenikliwie zimny północny wiatr. Niebo było bezchmurne. Pogoda nie zachęcała do wycieczki na szczyt góry – tam będzie wiało jeszcze bardziej. Jednakże suty posiłek składający się z sarniny z ryżem i dwóch kubków gorącej herbaty wpłynął dodatnio na nasz nastrój i postanowiliśmy dokonać wypadu.

Najpierw poszliśmy w górę bocznej doliny. Istniała możliwość napotkania tam watahy dzików, które przeszły tamtędy dzień wcześniej. Arsenij poszedł jedną stroną, my z Walerijem – drugą. Towarzyszył nam Koreańczyk, który niósł niewielki plecak z prowiantem na wypadek, gdyby wycieczka przedłużyła się do następnego dnia. Po dwóch kilometrach natrafiliśmy na trop watahy z poprzedniego dnia. Śnieg miał grubość trzydziestu centymetrów, trop był niemal zatarty przez wiatr. Walerij widział tę watahę dzień wcześniej i ocenił jej liczebność na mniej więcej dwadzieścia sztuk, z których dwie odstrzelił.

Trop najpierw prowadził w górę stromego stoku, później – w górę i w dół zalesionej góry. Wkrótce znaleźliśmy się o parę kilometrów od miejsca, gdzie Walerij napotkał był watahę. Po dwóch godzinach zobaczyliśmy, że wataha się rozproszyła. Widać było, że dziki już otrząsnęły się z przestrachu. Niektóre zaczęły buchtować w poszukiwaniu żołędzi, ale tylko kilku udało się coś znaleźć.

Wszędzie widniała plątanina tropów, lecz nawet świeżym tropem trudno było się poruszać, bo zaraz zacierał go wiatr. Dwukrotnie traciliśmy je zupełnie i dopiero szerokie obejście terenu pozwoliło nam je odnaleźć. W końcu dotarliśmy do zagajnika dębów, gdzie wataha zatrzymała się na dłużej – duża połać terenu była gruntownie zbuchtowana.

Niedługo potem dotarliśmy do miejsca, w którym dziki nocowały. Dziki nie kładą się byle gdzie, lecz zadają sobie trud przygotowania legowisk. Najpierw odkopują rapetami śnieg, następnie robią podłużne wgłębienie w ziemi. Jako że mają wyjątkowo grubą skórę, a pod nią warstwę tłuszczu, nie odczuwają zimna. Potrafią znosić naprawdę niskie temperatury. Czasami odnosi się wrażenie, że jest im za ciepło nawet zimą, albowiem często ich tropy prowadzą do strumieni z lodowatą wodą, w której się kąpią. Muszą w tym celu nawet skruszyć lód. Razu jednego dziczy trop doprowadził mnie do płytkiego strumienia, gdzie dzik wytarzał się w błocie, po czym otrząsnął się kilka razy, tak że dookolny śnieg upstrzony był błotnistymi plamami. Widać z tego, że nie należy się martwić losem dzików żyjących w surowych warunkach klimatycznych.

Szliśmy z Walerijem tropem tak szybko, jak pozwalały nam na to siły, i wkrótce tropy zaczęły wyglądać na świeższe. Wataha regularnie rozpraszała się w dębniakach, by oddać się poszukiwaniu pożywienia. Czasem dziki rozchodziły się po dość rozległym terenie i wtedy trudno było je tropić. Musieliśmy wówczas zataczać szerokie kręgi.

W jednym miejscu skruszyły lód w strumieniu i zaspokoiły pragnienie, do wody wszakże nie weszły. Może uznały, że siarczysty mróz i silny północny wiatr mimo wszystko kąpieli nie sprzyjają, chociaż z drugiej strony dziki są tak wielkimi amatorami zimowych kąpieli – przynajmniej na tamtych terenach – że jedną z dolin miejscowi myśliwi nazwali „Dziczą Łaźnią”, gdyż zwierzęta te odwiedzają ją regularnie w tym właśnie celu.

Trop zawiódł nas w bardzo gęste zarośla, gdzie miejscami widoczność ograniczała się do paru metrów. O godzinie 14.30 zorientowaliśmy się, że wataha znajduje się niedaleko przed nami. Przykazaliśmy Koreańczykowi, by został na miejscu i się nie ruszał. Niemożliwością było posuwać się cicho przez tę gęstwinę, lecz silny północny wiatr, który wiał nam wprost w twarz i szarpał krzewami, nieco maskował hałas.

Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się. Zaczęliśmy nasłuchiwać i staraliśmy się przeniknąć otoczenie wzrokiem. Nagle zdało nam się, że jakiś ciemny kształt porusza się w odległości około pięćdziesięciu metrów. Prawdopodobnie był to dzik. Jako że nie dało się podejść bliżej, postanowiliśmy strzelać, nabrawszy pewności, że mógł to być tylko dzik.

Kiedy gruchnął strzał, gąszcz gwałtownie się ożywił. Zewsząd dobiegał odgłos łamanych gałęzi. Kula sięgnęła celu, najpierw przebiwszy cienkie drzewo. Trafiony dzik ruszył prosto na nas, lecz padł od drugiego strzału. Mój towarzysz powalił drugiego dzika, gdy ten przebiegał koło nas. Reszta watahy nam umknęła, podszyt bowiem był tak gęsty, że nie dało się go przeniknąć wzrokiem.

Mieliśmy jednak na rozkładzie dwie sztuki i to nas satysfakcjonowało. Dokonaliśmy oględzin upolowanych dzików – które miały skóry niemal czarne – i wypatroszyliśmy je. W Korei myśliwi polujący na dziki przywiązują wielką wagę do dziczego woreczka żółciowego. Zostaje on wysuszony i starty na proszek, następnie jest dodawany do sake albo innego napoju alkoholowego. Specyfik taki podaje się kobiecie zaraz po urodzeniu przez nią dziecka, co ma pomóc matce powrócić do sił i zapobiec poporodowym komplikacjom. Woreczek żółciowy dzika kosztuje w Korei przeciętnie pięć– sześć szylingów6.

Nasz koreański pomocnik znów do nas dołączył i rozpalił ognisko, my zaś w tym czasie zajęliśmy się tuszami dzików. Oba osobniki były co prawda duże, ale nie wyjątkowo, toteż uznałem, że żaden z nich nie nadaje się na eksponat muzealny.

Wkrótce spożywaliśmy posiłek i popijaliśmy herbatę. Miło było nieco odetchnąć przy ogniu. Od czasu wyruszenia na łowy odpoczywaliśmy może przez pięć minut, a tymczasem zrobiła się godzina trzecia.

Walerij postanowił dalej tropić watahę, abyśmy wiedzieli, gdzie rozpocząć tropienie następnym razem. Wraz z Koreańczykiem obwiązaliśmy obie tusze sznurami i ściągnęliśmy je w dół do najbliższej halizny; tam zasypaliśmy je śniegiem i przyłożyliśmy je gałęziami. Zamierzaliśmy przysłać po nie woły z saniami następnego dnia.

Nim skończyliśmy opisane czynności, zaczęło zmierzchać. Zdołaliśmy jednak jeszcze dotrzeć do ścieżki, którą doszliśmy do doliny, zanim zrobiło się całkiem ciemno. Resztę drogi odbyliśmy przy świetle gwiazd i stale wzmagającym się wietrze. Jakże miło było wreszcie znowu mieć dach nad głową, choć w tej prostej chałupinie tylko papierowe drzwi oddzielały nas od zimna na zewnątrz. Koreańczycy bezzwłocznie zajęli się ogniem, a ponieważ kany7 przebiegały pod klepiskiem w całej chacie (co jest typowe dla tych chatynek), wkrótce siedzieliśmy w miłym cieple. Noc była bardzo mroźna. W ciągu następnych dni w dolinie czterech Koreańczyków zamarzło na śmierć.

Po dwóch dniach znowu wyruszyłem na dziki. I tym razem towarzyszył mi Walerij i ten sam Koreańczyk. Naszym celem była dość odległa dolina, musieliśmy więc wyruszyć jeszcze przed pieniem naszego koguta, czyli jakąś godzinę przed świtem. Pogoda pozostała taka sama. Niebo było bezchmurne, temperatura wynosiła –27°C.

Najpierw szliśmy wzdłuż doliny o długości sześciu kilometrów, następnie wspięliśmy się na grzbiet górski, skąd przelornetowaliśmy wąwozy i pobliskie doliny. Dziki były łatwiejsze do znalezienia na południowych stokach, śnieg był tam bowiem mniej głęboki, a miejscami grunt był zupełnie odsłonięty. Nie wypatrzyliśmy jednak niczego. Przecinaliśmy kolejne głębokie doliny i znajdowaliśmy wiele śladów, ale nic więcej. W zagajnikach dębowych widzieliśmy liczne buchtowiska. Bez wątpienia przez dłuższy czas przebywała tam duża wataha.

O godzinie pierwszej w odległości półtora kilometra dojrzeliśmy dużego dzika. Ciągnął przez teren, przez który niedawno przeszliśmy. Kilka głębokich synklin oddzielało nas od niego. Zdawał się czarny jak węgiel i wielki jak niedźwiedź. Oddalał się od nas w linii prostej, a jako że wiatr wiał wprost od nas ku niemu, próba podchodu zdałaby się na nic. Przyjemność sprawiało obserwowanie go przez lornetkę. To się zatrzymywał i buchtował, to zaczynał biec. Był grudzień – dla dzików okres rui. Samotne odyńce wędrują wtedy od watahy do watahy. Zachowują się wówczas dość ekscentrycznie. Widzi się, jak odyniec pilnie oddający się buchtowaniu w poszukiwaniu żołędzi raptem zrywa się i biegnie w tym czy innym kierunku. Może myśl jego nagle polatuje ku jakiejś poznanej wcześniej w tej okolicy loszce i to przyprawia go o przyspieszone bicie serca?

Pojedynki toczone przez odyńce mają przebieg bezwzględny. Ich szable są bardzo groźną bronią. Walerij widział kilka takich walk i twierdził, że są one prowadzone aż do unicestwienia rywala. Bywało też, że upolowane przez niego dziki miały na tuszy liczne blizny. Owe wielkie odyńce nie znają uczucia strachu. Ranny dzik jest gotów zaatakować myśliwego. Każdego roku w Korei kilku myśliwych traci przez nie życie. Wielkimi szablami rozpruwają brzuchy swoich przeciwników. Podobno nawet tygrysy omijają duże odyńce.

Doszedłszy do wniosku, że skoncentrowanie wysiłku na zaobserwowanej sztuce i tak nie przyniosłoby rezultatu, ruszyliśmy ku innym dolinom i czekały nas następne strome podejścia. Po godzinie znów dostrzegliśmy przez lornetkę dzika, który również buchtował za żołędziami. Znajdował się na stromym stoku w odległości tysiąca metrów od nas. Oddzielające nas od niego synkliny były wyjątkowo głębokie i trudne do pokonania, postanowiliśmy zatem odsapnąć przed rozpoczęciem podchodu. Nie odpoczywaliśmy ani chwili, odkąd opuściliśmy naszą kwaterę, a była już godzina druga. Zaparzyliśmy więc herbatę i sięgnęliśmy po prowiant.

Z przypływem sił weszliśmy w pierwszą dolinę. Stok był tak stromy, że nie zdołalibyśmy nim zejść, gdyby nie to, że tu i ówdzie rosły tam krzewy, których się przytrzymywaliśmy. Od razu rozpoczęliśmy podejście na następny grzbiet górski.

Osiągnąwszy szczyt, zobaczyliśmy, że dzik wciąż znajduje się w tym samym miejscu. Nie było czasu do stracenia, weszliśmy zatem w kolejną synklinę, którą pokonać było o wiele łatwiej. Od dzika dzieliło nas w przybliżeniu pięćset metrów. Poruszał się teraz pośród gęstych krzewów i chwilami zupełnie znikał nam z oczu. Postanowiliśmy wejść na wierzchołek z drugiej strony i stamtąd, gdyby dzik pozostał na miejscu, mielibyśmy go na osiemdziesięciometrowy strzał.

Nie