50 broni, które zmieniały sposób prowadzenia wojen - William Weir - ebook
Opis

Od czasów prehistorycznych wojna jest nieodłącznym elementem dziejów ludzkości. Człowiek nieustannie poszukuje lepszych, szybszych i skuteczniejszych sposobów zabijania. Od barbarzyńców po wysoko rozwiniętą cywilizację, od miecza do międzykontynentalnych rakiet balistycznych – każda epoka niesie ze sobą nowe rodzaje broni.
Oto w przybliżonym porządku chronologicznym 50 rodzajów broni, które na przestrzeni dziejów dokonały największych przemian w sztuce wojennej:
• Od włóczni i łuku po pistolet i karabin maszynowy
• Od ognia greckiego po napalm
• Od rydwanu po czołg
• Od taranów oblężniczych po Grubą Bertę i działa samobieżne
• Od galer po okręty podwodne i lotniskowce
• Od prochu po bombę atomową

Ta książka – wypełniona mnóstwem fascynujących anegdot i nieznanych ciekawostek – opisuje ich działanie, zastosowanie i to, w jaki sposób przyczyniły się do odmienienia oblicza wojny: poczynając od krwawych rzezi dokonywanych na przestrzeni stuleci za pomocą broni ręcznej po nigdy nie użytą, ale budzącą powszechny lęk bombę termojądrową, którą stworzono wyłącznie z myślą o unicestwieniu milionów ludzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący serii Wojna i Militaria

Zbigniew Foniok

Redakcja stylistyczna

Mieczysław Remuszko

Korekta

Halina Lisińska

Ilustracje na okładce

© Foster & Foster, Inc.

Tytuł oryginału

50 Weapons that Changed Warfare

50 WEAPONS THAT CHANGED WARFARE © 2005 William Weir.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6565-0

Warszawa 2017. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Wstęp

Przez ostatnich kilka tysięcy lat toczono wojny, posługując się bronią. Nie zmieniała się ona przez całe epoki. Na przykład gładkolufowe muszkiety z zamkiem skałkowym stanowiły podstawowy oręż piechoty przez ponad 100 lat. Gdy na początku XIX wieku ich miejsce zajęły gładkolufowe muszkiety z zamkiem kapiszonowym, żołnierze dostali do rąk broń znacznie bardziej niezawodną, nie musieli jednak zmieniać taktyki walki. Nieco później otrzymali broń z zamkiem kapiszonowym i gwintowaną lufą. Broń ta wyglądała prawie tak samo jak poprzednia – miała identyczny zamek i nadal była ładowana odprzodowo. Niemal jedyną różnicę stanowił gwint wewnątrz lufy. Dowódcy nie widzieli więc powodu, by wprowadzać jakiekolwiek modyfikacje w taktyce. Dlatego właśnie wojna secesyjna była najbardziej krwawą z wojen w historii Stanów Zjednoczonych.

Większość typów broni, której pojawienie się zmienia oblicze wojny, w końcu wędruje do lamusa. Nowy sprzęt może spowodować kolejne zmiany w sposobie prowadzenia wojen – lub nie zmienić nic. Strzelby ładowane odprzodowo zostały wkrótce zastąpione jednostrzałową bronią odtylcową, a ta z kolei – bronią powtarzalną. Dzięki strzelbom odtylcowym znacznie łatwiej było prowadzić ogień z ukrycia, piechota przeciwnika musiała więc poruszać się szybciej i mniejszymi oddziałami. Była to zmiana o zasadniczym znaczeniu. Gdy broń powtarzalna zajęła miejsce broni jednostrzałowej, żołnierze nadal mogli strzelać z ukrycia, robili to jednak znacznie szybciej. Oznaczało to, że piechota przeciwnika powinna przemieszczać się jeszcze szybciej i jeszcze mniejszymi oddziałami. Wojska biorące udział w II wojnie burskiej i wojnie rosyjsko-japońskiej doświadczyły tej zmiany na własnej skórze, lecz większość europejskich dowódców na początku I wojny światowej nie wyciągnęła żadnych wniosków z lekcji, jaką była wojna secesyjna. W Wielkiej Wojnie użyto po raz pierwszy na dużą skalę karabinów maszynowych jako broni o ogromnym znaczeniu. Wynalazek Hirama Maxima spowodował konieczność wprowadzenia radykalnych zmian w taktyce. Karabin maszynowy znajduje zastosowanie także na współczesnym polu bitwy, jednak w związku z pojawieniem się czołgów, nie odgrywa już roli decydującej. Broń pancerna i jej powietrzny odpowiednik – bombowce nurkujące – dominowały na początku II wojny światowej, ale wkrótce pojawiły się nowe rodzaje broni, które miały powstrzymać Blitzkrieg: miny przeciwczołgowe oraz kumulacyjne pociski rakietowe i artyleryjskie.

Jednym z rodzajów broni, który odmienił oblicze wojny był ogień grecki. W wiekach: VII, VIII i IX stanowił on najgroźniejszą broń marynarki wojennej. Potem zaginął w mrokach dziejów. Jednak właśnie dzięki niemu ocalało Cesarstwo Bizantyjskie, co miało istotny wpływ na historię Europy i świata.

Większość rodzajów broni, które zmieniły sposób prowadzenia wojny, stosowano przez dłuższy czas. Jedna z nich została użyta tylko dwukrotnie, ale na długi czas zmieniła sposób myślenia o wojnie i jej prowadzeniu. Trudno przewidzieć, czy odstraszające działanie broni jądrowej się utrzyma. Wielu jednak ma taką nadzieję.

Tak jak w mojej poprzedniej książce, 50 bitew, które zmieniły świat, starałem się przyjrzeć z bliska najważniejszym starciom wojskowym w historii, ta książka analizuje 50 rodzajów broni, które zmieniły sposób prowadzenia wojny. Każdy z jej rozdziałów opowiada i wyjaśnia, w jaki sposób dany typ oręża zmienił technikę prowadzenia wojny, zazwyczaj ukazując, jak stosowano go w bitwie. Znajdują się tam również przystępne opisy działania prezentowanej broni. Nowe uzbrojenie przedstawione jest w porządku mniej więcej chronologicznym – mniej więcej, ponieważ w wielu przypadkach trudno określić, kiedy dokładnie zaczęto jakiejś broni używać. O ile bowiem w przypadku czołgów można ustalić, że po raz pierwszy posłużono się nimi 13 września 1916 roku, o tyle jeśli chodzi o łuk i strzały, da się jedynie stwierdzić, że używano ich już 9000 lat przed naszą erą, a prawdopodobnie wynaleziono je wiele tysięcy lat wcześniej. Zresztą nawet z czołgami sprawa nie jest taka prosta. Należą one do szerszej kategorii pojazdów opancerzonych, choć niewątpliwie są najbardziej śmiercionośne spośród nich. Otóż pojazdy opancerzone pojawiły się już podczas wojen husyckich w XV wieku, jeśli nie wcześniej. Kiedy jednak będziemy omawiać pojazdy opancerzone, zaczniemy od I wojny światowej, ponieważ właśnie wtedy zaczęły mieć one trwały wpływ na sposób prowadzenia wojny. To samo dotyczy opancerzonych okrętów, którymi po raz pierwszy posłużył się koreański admirał Yi Sun Shin w 1592 roku. Opancerzone okręty admirała powstrzymały japońską inwazję, później jednak nie odegrały roli w historii wojen. Tak więc o pancernych okrętach – do których zaliczają się krążowniki, pancerniki i lotniskowce – będziemy mówić, opisując epokę, kiedy to C.S.S. „Virginia” oraz U.S.S. „Monitor” dokonały przewrotu w sposobie prowadzenia wojen morskich. Pięćdziesiąt rodzajów broni dobrano właśnie pod względem ich wpływu na oblicze wojny. Na przykład pojawia się wśród nich rewolwer, pominięto natomiast pistolet samopowtarzalny, choć większość współczesnych użytkowników broni ręcznej zgadza się co do tego, że jest to broń skuteczniejsza. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, iż rewolwer na zawsze zmienił sposób prowadzenia działań bojowych kawalerii, tymczasem gdy pistolet samopowtarzalny wszedł do użytku, sama kawaleria była już przestarzałym rodzajem broni.

Na końcu książki zamieściłem „listę honorową” rodzajów broni, które nie znalazły się w doborowym gronie 50 najważniejszych, wraz z wyjaśnieniem, dlaczego je pominąłem.

1. Ostrze na drzewcu WŁÓCZNIA

Afrykańska tarcza ze skóry słonia i różne odmiany włóczni. Włócznia wciąż jest jeszcze używana w niektórych odległych zakątkach globu.

Pierwsi wojownicy przypuszczalnie posługiwali się taką bronią, jaka leżała na ziemi w zasięgu ręki. Aby unicestwić przeciwnika, sięgali po gałęzie, kamienie i kości. Prawdopodobnie dość prędko zaczęli udoskonalać znalezione przedmioty. Jednym z najwcześniej stosowanych, a z pewnością najgroźniejszym rodzajem broni stworzonym przez człowieka, była włócznia. Maczuga zapewne pojawiła się wcześniej, niewiele jednak dało się zrobić, by udoskonalić jej działanie. Podczas walki miała takie samo zastosowanie jak zwykła nieobrobiona gałąź.

Dawno temu jakiś wojownik spostrzegł, że nadpalony kij ma zaostrzony koniec – ogień najpierw pochłania zewnętrzne warstwy drewna. Potem zauważył, że jeśli usunąć zwęgloną warstwę, kij jest jeszcze bardziej zaostrzony i twardszy niż zwykłe drewno. Jeśli weźmie się dostatecznie długi kij – prostą gałąź lub pień młodego drzewa – naostrzy go za pomocą ognia i zedrze zwęgloną warstwę, otrzyma się znakomitą broń. Jakiś czas temu taki właśnie oręż znaleziono między żebrami szkieletu słonia, zachowanego w bagnie na terenie Niemiec.

Mniej więcej w tym samym czasie gdy powstały pierwsze włócznie, ludzie zaczęli rozbijać kamienie, by uzyskać ostre krawędzie, służące do rozcinania mięsa i czyszczenia skór. Szybko zorientowali się, że najlepiej nadawał się do tego krzemień lub obsydian – twarde, szkliste minerały, które po rozłupaniu dawały wyjątkowo ostrą krawędź. Kiedy technika łupania kamienia rozwinęła się, ludzie mieli do swej dyspozycji groty cienkie i ostre jak igła. Wówczas ktoś wpadł na pomysł, żeby umocować takie ostrze na końcu kija, tworząc w ten sposób nową i jeszcze groźniejszą odmianę włóczni. Oczywiście kolejnym wielkim krokiem naprzód było zastosowanie metali – najpierw miedzi, potem brązu, wreszcie żelaza – służyły one do wyrobu broni i narzędzi. Włócznie z brązowym grotem pojawiły się na Bliskim Wschodzie około 3500 roku p.n.e. i odtąd, aż do końca XVII wieku, włócznie o metalowych ostrzach pozostawały najważniejszą bronią większości armii.

Dzieje włóczni sięgają tak daleko w prehistorię, że nie sposób określić, jak po raz pierwszy posłużono się nią podczas wojny. Najbardziej pierwotne ludy, badane przez współczesnych antropologów, zwykle używały jej jako broni miotanej. Podobnie jak pradawni oszczepnicy, ludzie ci zdobywali znaczną część pożywienia, polując. Człowiekowi trudno zbliżyć się do zwierzyny na tyle, by można ją było zabić pchnięciem włóczni. Rzut taką bronią daje dużo lepszy skutek. Kiedy więc myśliwi wybrali się na wojnę, posługiwali się swymi włóczniami tak samo, jak podczas licznych wypraw łowieckich – ciskali nimi.

Sprawy przybrały inny obrót, gdy ludzie zaczęli gromadzić się w miastach, a podstawą ich pożywienia stały się produkty rolne. Liczba ludzi w stosunku do populacji zwierzyny zwiększyła się na tyle, że łowiectwo przestało być jedynym źródłem pożywienia. Mieszkańcy miast mieli więc mniejszą wprawę w rzucaniu włócznią, podejmowali za to wiele działań, które wymagały bliskiej współpracy wielu ludzi, na przykład budowanie świątyń i kopanie kanałów irygacyjnych. Rozwinęli też sposób walki odpowiadający ich stylowi życia. Na polu bitwy występowali jako ciasna gromada włóczników ustawionych w szeregi. Nacierali, utrzymując ten szyk, co pozwalało im wbić się w bardziej rozproszone formacje przeciwnika. W ten sposób powstała falanga – szyk, dzięki któremu szwajcarska piechota stała się postrachem środkowej Europy w XV wieku, a który zanikł dopiero po wynalezieniu bagnetu pod koniec XVII wieku.

Pojawienie się falangi przyspieszyło wynalezienie zbroi. Zbita grupa pieszych żołnierzy stanowiła dobry cel dla oszczepników, a zwłaszcza dla łuczników. Tymczasem okryta zbrojami falanga mogła stawić czoło przeważającej liczbie łuczników, czego dowiedli Grecy pod Maratonem w 490 roku p.n.e. Greccy falangiści stali się najbardziej cenionymi najemnikami na obszarze wschodniego wybrzeża Morza Śródziemnego. Filip II Macedoński włączył tę formację do swojej machiny wojennej, a jego syn, Aleksander, posłużył się jej potęgą, podbijając terytoria od Grecji aż po Indie.

Rzymianie udoskonalili falangę, dzieląc swoje wojska na oddziały zwane manipułami, które na polu bitwy ustawiały się w szachownicę. Pierwsze dwa szeregi żołnierzy w manipule były uzbrojone nie w długie włócznie, lecz w dwie włócznie nowego typu, służące do miotania, zwane pilum. Jedna z nich była lżejsza, druga cięższa. Rzymski legionista ciskał najpierw lżejszą włócznią, a potem, postąpiwszy kilka kroków do przodu – cięższą, odpowiednio wyważoną. Pilum miało długość około 2 metrów. Mniej więcej połowę tej długości stanowiło drzewce, drugą zaś długi żelazny pręt, zakończony niewielkim grotem. Rzecz jasna, celem rzymskich żołnierzy byli żołnierze nieprzyjaciela, jeśli jednak zamiast we wroga pilum trafiło w jego tarczę, rzut też był skuteczny. Długiej żelaznej głowicy nie dało się odrąbać, toteż pilum – zwłaszcza jego cięższa wersja – obciążało tarczę przeciwnika. Następnie Rzymianie podbiegali do nieprzyjaciela, następując nogą na włócznię wbitą w tarczę, by zmusić wroga do całkowitego odsłonięcia się, potem zaś atakowali go mieczami.

Stworzono mnóstwo odmian włóczni. Istniały włócznie ze skrzydełkami, które przeciwdziałały temu, by grot zagłębił się w ciało bardziej, niż było to konieczne do zabicia przeciwnika (jeśli włócznia weszła tak głęboko, że nie dało się jej wyciągnąć, nie można się nią było posługiwać w dalszej walce). Niektóre włócznie, na przykład japońska naginata i europejska glewia, były bronią tnącą – krótkimi, jednosiecznymi mieczami osadzonymi na drzewcu. Włócznia z głownią topora i hakiem stała się halabardą, natomiast szczególnie długą włócznię nazywa się piką. Szwajcarska falanga w czasach renesansu powstrzymywała za pomocą pik atak kawalerii nieprzyjaciela, po czym do akcji wkraczali halabardziści dobijający przeciwnika.

Była to broń piechoty. Włócznie używane przez jeźdźców nazywa się lancami lub kopiami. Aleksander Wielki (356–323 p.n.e.) wykorzystywał swoją tak uzbrojoną kawalerię do zadania ostatecznego uderzenia po tym, jak jego falangi powstrzymały napór sił nieprzyjaciela. Kopia była główną bronią europejskiej kawalerii od wczesnego średniowiecza aż po wiek XVI. Po rozpowszechnieniu się muszkietów lanca zaczęła zanikać w zachodniej Europie, jednak doskonale posługujący się nią polscy kawalerzyści zrobili tak wielkie wrażenie na Napoleonie, że zdecydował się on wprowadzić tę broń z powrotem do wyposażenia swych wojsk. Polacy i Rosjanie posługiwali się lancami jeszcze podczas II wojny światowej.

Kawaleria wykorzystywała też niekiedy włócznie służące do rzucania. Grecka konnica podczas wojny peloponeskiej posługiwała się nie lancami, lecz oszczepami. Jeźdźcy ci nie używali strzemion, a bez nich tylko najzręczniejszy kawalerzysta mógł rzucić oszczepem, sam nie wypadając z siodła. Libijska konnica w armii Hannibala była uzbrojona w krótkie, żelazne oszczepy, które jeźdźcy rzucali obiema rękami; natomiast galijska kawaleria w tej samej armii posługiwała się oszczepem przypominającym rzymskie pilum. W czasach bliższych współczesności oszczepy stanowiły główne uzbrojenie potomków libijskich kawalerzystów, hiszpańskich jinetes.

W Europie, Chinach i Afryce włócznia była podstawową i najpowszechniej stosowaną bronią wojowników – od czasów najwcześniejszych aż do momentu, gdy upowszechnił się proch strzelniczy. W środkowej i zachodniej Azji decydujące znaczenie niemal przez równie długi czas miała inna broń. Ten sam oręż, ale znacznie krócej, był też dominującą bronią w Anglii. Opowiemy o tym w następnym rozdziale.

2. Śmierć z oddali ŁUK I STRZAŁA

Łucznicy tatarscy. Mężczyzna na pierwszym planie wykorzystuje siłę nóg, by założyć cięciwę na potężny łuk. Drugi posługuje się dwiema pętlami, trenując właściwą pozycję rąk podczas strzelania z łuku.

Król Edward III najechał Francję; jego licząca 10 000 ludzi armia plądrowała bezkarnie francuskie wioski. Jedną trzecią wojsk angielskich stanowili odziani w zbroje rycerze wywodzący się ze szlachty; niemal całą resztę – piesi łucznicy. Francuski król Filip VI stanął na drodze Anglików w pobliżu miasta Crécy z armią liczącą około 12 000 ludzi, w tym 8000 rycerzy w zbrojach i 4000 genueńskich najemnych kuszników.

Gdy Anglicy znaleźli się w zasięgu kusz, Genueńczycy zaczęli strzelać. Najeźdźcy odpowiedzieli dwiema niespodziankami. Pierwszą z nich był ogień trzech bombard, które Edward przewiózł przez kanał La Manche. Te niewielkie i prymitywne armatki nie uczyniły większych szkód, jednak błysk i huk wystrzału przeraził żołnierzy, którzy nigdy przedtem nie spotkali się z bronią palną. Druga z niespodzianek spowodowała znacznie większe straty. Anglicy zasypali Genueńczyków deszczem strzał – tymczasem najemnicy sądzili, że pozostają jeszcze poza ich zasięgiem. Anglicy przewyższali Genueńczyków liczbą i byli w stanie strzelać z pięciokrotnie większą częstotliwością. Przerażeni ogniem z dział i zasypującymi ich strzałami Genueńczycy uciekli.

Francuska konnica ruszyła do ataku, przedzierając się przez bezładny tłum cofających się najemników. Celem Francuzów byli spieszeni angielscy rycerze, stojący między klinami łuczników, osłoniętych rzędami zaostrzonych pali. Francuzi uważali, że zdobędą większą chwałę, pokonując rycerzy nieprzyjaciela niż walcząc z pieszymi pachołkami. Tymczasem łucznicy zaatakowali francuskich jeźdźców.

Tylko nieliczni francuscy rycerze zdołali dotrzeć do angielskich szeregów. Szarża przerodziła się w chaos, ziemia usłana była trupami koni i rycerzy, oszalałe z bólu ranne konie zderzały się z innymi wierzchowcami. Pierwsza fala francuskiej kawalerii została niemal unicestwiona, z tyłu nadciągały jednak kolejne. Do końca dnia Anglicy uśmiercili 1/3 francuskich żołnierzy. Straty Anglików nie przekraczały 100 ludzi. Podczas bitwy pod Crécy angielski długi łuk pojawił się po raz pierwszy na kontynencie europejskim i wtedy też po raz pierwszy Anglia nabrała znaczenia jako potęga militarna.

Długi łuk

Na temat angielskiego długiego łuku napisano przypuszczalnie więcej bzdur niż na temat jakiejkolwiek innej broni, może oprócz Kentucky rifle (legendarnej w Stanach Zjednoczonych skałkowej strzelby używanej przez traperów).

Po pierwsze: długi łuk miał większy zasięg niż spodziewali się Genueńczycy, którzy nie znali takich łuków – nie większy jednak niż kusze. Genueńczycy nie zaczęli strzelać z największej możliwej odległości, ale dopiero wtedy gdy nieprzyjaciel znalazł się na tyle blisko, że można było do niego celować. Podobnie jak strzelba czy łuk, kusza osiąga największy zasięg, gdy strzela się z niej pod kątem około 45 stopni. Ze względów konstrukcyjnych łatwiej strzelać pod tym kątem z długiego łuku niż z kuszy. Na początku zeszłego stulecia sir Ralph Payne-Gallwey używając repliki średniowiecznej kuszy, wystrzeliwał z niej strzały na odległość do 411 metrów. Kilka lat później doświadczony łucznik dr Saxton T. Pope zdołał wystrzelić z kopii angielskiego długiego łuku strzałę na odległość 228 metrów.

Po drugie, siła miotająca długiego łuku nie wynikała wyłącznie z jego długości. W przypadku jakiegokolwiek łuku zależy ona od tego: a) jakiej siły trzeba użyć, żeby go napiąć; b) jak prędko łuk powraca do swego oryginalnego kształtu i c) jak dużą odległość przebywa strzała popychana przez cięciwę, zanim wyleci w kierunku celu. Staroangielskie strzały bojowe mierzyły około 70 centymetrów. Aby można było napiąć łuk na całą długość takiej strzały, on również musiał być bardzo długi. Stare łucznicze powiedzenie głosi: „łuk całkowicie napięty to w dziewięciu wypadkach na dziesięć łuk złamany”. Cisowy łuk o półkolistym przekroju, zrobiony z dwóch warstw – młodego drewna z tyłu i starego z przodu musiał mierzyć około 165 centymetrów, dzięki czemu można go było naciągnąć na długość standardowej strzały, nie łamiąc jednocześnie.

Po trzecie, siła naciągu długiego łuku nie wynosiła 70 czy 90 kilogramów, lecz 34–36 kilogramów, toteż nauka posługiwania się nim nie wymagała wieloletniego treningu. Doktor Pope sporządził dokładną replikę łuku znalezionego we wraku „Mary Rose”, angielskiego okrętu, który zatonął w 1545 roku. Drzewce łuku miało długość 195 centymetrów. Pope wykonał dokładną jego kopię ze starannie dobranego drewna cisowego, założył cięciwę i dokonał próby. Siła naciągu łuku wynosiła zaledwie 23,5 kilograma, wystrzelona z niego strzała leciała na odległość 170 metrów. Pope skrócił łuk do 183 centymetrów; teraz naciąg wynosił 28,5 kilograma, strzały leciały na odległość 207,5 metra. Po kolejnym skróceniu łuku, tym razem do długości 172,7 centymetra, naciągnięcie łuku na długość strzały (62,7 centymetra) wymagało siły równej 31,7 kilograma, a strzały leciały na odległość 224 metrów. Z doświadczeń Pope’a można było wnioskować, że przeciętny długi łuk miał siłę naciągu rzędu 30–33 kilogramów. Dzisiejsi łucznicy uznaliby, że to stosunkowo dużo, z pewnością jednak nie są to parametry wymagające poświęcenia całego życia na naukę strzelania.

Po czwarte, długi łuk nie był ani nowym rodzajem broni, ani też łukiem o szczególnie wyrafinowanej konstrukcji. Łuki niemal dokładnie takie same jak angielskie znaleziono w europejskich bagnach, datując dzięki technologii radioaktywnego węgla 14C czas ich powstania na aż 6000 lat p.n.e. Wszystko wskazuje na to, że w neolicie łuk był najbardziej rozpowszechnioną bronią w Europie, być może dlatego, że w tamtych czasach ludzie trudnili się przede wszystkim łowiectwem. Na początku epoki brązu cały kontynent europejski od Hiszpanii po środkową Europę przemierzył lud nazywany przez archeologów „ludnością kultury pucharów dzwonowatych”. Grobowce mężczyzn należących do tej kultury zawierały kościane lub kamienne osłony, noszone po wewnętrznej stronie przedramienia ręki trzymającej łuk, by uchronić je od uszkodzeń wywoływanych przez cięciwę. W tych samych grobowcach znaleziono również groty strzał wykonane z krzemienia i brązu. Jednak gdy mieszkańcy środkowej Europy przekonali się – często na własnej skórze – o skuteczności bojowej okrytych zbroją Greków, przejęli grecką tradycję frontalnego ataku. W gęsto zalesionych terenach centralnej Europy tamtych czasów była to zapewne technika bardziej efektywna niż taktyka mobilna, oparta na użyciu łuku. Tak więc następcy ludów z kręgu kultury pucharów dzwonowatych zamienili łuki na topory bojowe, włócznie, a następnie miecze.

Łuk nadal był ceniony w Skandynawii, zwłaszcza na terenie obecnej Norwegii, gdzie przemieszczano się niemal wyłącznie łodziami i statkami. Broń miotająca zawsze była istotna podczas walk na morzu. Potomkowie wikingów, Normanowie, osiedlili się we Francji, ale nie zatracili swych łuczniczych umiejętności. Łuki odegrały ważną rolę w zwycięstwie księcia Wilhelma pod Hastings, gdzie pokonał Harolda Godwinssona. Król Harold zginął wówczas przebity strzałą. Siedząc na końskim grzbiecie, trudno było posługiwać się długim łukiem, toteż angielscy rycerze lekceważyli tę broń do czasu podboju Walii, gdzie łucznicza tradycja wciąż była silna. Walijskie strzały przebijały normańskie zbroje, a nawet zamkowe wrota z sezonowanego dębu, grube na 10 centymetrów. Osiągnięcia walijskich łuczników spowodowały, że łuk znów wrócił do łask angielskiej piechoty.

Angielski długi łuk należy do najprostszego typu, jest zrobiony z jednego kawałka drewna. Jego konstrukcja była jednak o tyle wyrafinowana, że dbano o to, by od strony grzbietu drzewca (łęczyska), czyli powierzchni znajdującej się po odwrotnej stronie niż łucznik, znalazła się warstwa bardziej giętkiego, młodego drewna (bielu), dzięki czemu łuk nie łamał się podczas silnego wygięcia. Bardziej złożone konstrukcje łuków to: łuk warstwowy, zrobiony z kilku sklejonych ze sobą kawałków drewna; łuk z warstwą ścięgien zwierzęcych od strony grzbietowej, przeciwdziałających łamaniu się i zwiększających sprężystość; łuk kompozytowy, w którym cienki drewniany rdzeń jest pokryty od strony grzbietowej ścięgnami zwierzęcymi, a jego brzusiec – czyli powierzchnia od strony strzelającego – jest wykonana z rogu.

Łuk kompozytowy

To dzięki łukom kompozytowym Hyksosi podbili Egipt, Rzymianie nie zdołali podbić państwa Partów, wyprawy krzyżowe zakończyły się całkowitym niepowodzeniem, a wojska Czyngis-chana zwyciężyły wszystkich swoich nieprzyjaciół.

Produkcja łuku kompozytowego była złożonym procesem, trwającym często rok albo dłużej i wymagała wielkich umiejętności. Najpierw drewniany rdzeń wyginano w strumieniu pary w stronę przeciwną do kierunku naciągania. Grzbiet takiego łuku pokrywano ścięgnami z końskiego lub byczego karku namoczonymi w kleju zwierzęcym albo rybim, ściśle przylegającymi do rdzenia. Do brzuśca łuku przyklejano paski uprzednio wygiętego rogu. Po okresie sezonowania nakładano cięciwę, co było operacją trudną, ponieważ niektóre łuki przybierały kształt niemal kolisty – wygięte były w kierunku odwrotnym od brzuśca. W ten sposób powstawał krótki łuk, który był jednak na tyle giętki, że pozwalał miotać bardzo długie strzały.

Łuk kompozytowy został wynaleziony w Azji Środkowej i stanowił główne uzbrojenie tamtejszych ludów wędrownych. Dzięki niemu Scytowie, Hunowie, Mongołowie, Turcy i inni azjatyccy nomadzi dziesiątkowali piechotę i kawalerię nieprzyjaciela – od Chin po Galię. Do czasu wprowadzenia prochu strzelniczego była to najgroźniejsza broń ręczna.

Zgodnie z nakazem tradycji wszyscy tureccy sułtani musieli nauczyć się jakiegoś rzemiosła wymagającego pracy rąk. Większość z nich wybierała właśnie umiejętność budowy łuków. Angielski długi łuk zmienił sposób prowadzenia wojny w Europie Zachodniej na około 100 lat. Łuk kompozytowy miał wpływ na oblicze wojny na terenie Azji przez co najmniej cztery tysiąclecia. Opowiemy o nim więcej w rozdziale 6.

3. Symbol wojny MIECZ

Różne odmiany broni białej. Od góry: turecki jatagan, filipiński kris moro, francuski tasak marynarski, japoński miecz oficerski, indyjski tulwar, amerykański pałasz kawaleryjski wzór 1913.

Mistrzów miecza nazywamy strategami. Jeśli chodzi o inne sztuki walki, mistrzów łuku zwiemy łucznikami, mistrzów włóczni – włócznikami, mistrzów muszkietu – strzelcami, a mistrzów halabardy – halabardnikami. Nie nazywamy jednak mistrzów drogi długiego miecza „szermierzami” i nie mówimy o „towarzyszach miecza”. Dzieje się tak dlatego, że łuki, muszkiety, włócznie i halabardy są wyposażeniem wojownika i z pewnością częścią strategii. Jednak opanowanie sztuki długiego miecza oznacza kontrolę nad światem i samym sobą – toteż długi miecz jest podstawą strategii.

Są to słowa Miyamoto Musashiego napisane w 1645 roku. Musashi był roninem, kimś w rodzaju japońskiego błędnego rycerza – i mistrzem długiego miecza. Na krótko przed śmiercią napisał dzieło zatytułowane Księga pięciu pierścieni: podręcznik strategii. Musashi był najsłynniejszym japońskim fechtmistrzem, człowiekiem, który dosłownie żył z uprawiania „drogi miecza”, toteż można by uznać, że przeceniał nieco znaczenie swej ulubionej broni. Jednak jego rodacy byli tego samego zdania. Nie zmienili opinii przez następne trzy stulecia – jeszcze w XX wieku nazwali jego imieniem największy okręt wojenny, jaki dotychczas wybudowano (i prawdopodobnie największy, jaki kiedykolwiek zostanie wybudowany).

Miecz zajmował szczególną pozycję pośród broni u bardzo wielu narodów. Miał symboliczne znaczenie w kulturze islamu, kulturze hinduistycznej i kulturze Zachodu. Był jednym z regaliów afrykańskich królów, w Europie stanowił nieodłączny atrybut szlachcica aż do zarania epoki współczesnej.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest fakt, że zawsze była to broń niezwykle kosztowna. Tylko najmożniejsi (a w najdawniejszych czasach jedynie władcy) mogli być posiadaczami miecza. W epoce brązu do wyprodukowania takiej broni zużywano mnóstwo tego cennego metalu – taką ilość, z której mogłoby powstać wiele włóczni, toporów czy sztyletów albo grotów strzał. W epoce żelaza, zanim kuty metal przerodził się w skuteczną broń, wymagał specjalnego przygotowania. Trwało to długo i wymagało od kowala znacznych kwalifikacji. Samo hartowanie długiego kawałka żelaza lub stali było niełatwym procesem. Europejscy i hinduscy kowale wypracowali technologię polegającą na skuwaniu ze sobą pasm twardej stali i miękkiego żelaza w celu uzyskania głowni wystarczająco twardej, by mogła być ostra i na tyle giętkiej, aby nie skruszyła się od silnego uderzenia. Japońscy kowale uzyskiwali podobne wyniki przez rozgrzewanie żelaza na węglach, rozkuwanie go na cienką blachę, którą następnie składano i znów kuto. Robili to wielokrotnie, głownia miecza składała się aż z 4 000 000 warstw stali. Następnie podlegała specjalnemu procesowi hartowania, dzięki czemu ostrze i sztych były twardsze niż reszta brzeszczotu. Choć godzina pracy kowala nie kosztowała wiele, wykucie miecza trwało tak długo, że był on niezwykle kosztowną bronią. Również z tego powodu miecze przekazywano z ojca na syna.

Samuraje płacili bardzo wysoką cenę za miecze, ponieważ taka broń, nie miała sobie równej w bezpośrednim starciu. Miecze były znacznie dłuższe niż sztylety, na tyle jednak krótkie, że łatwiej się nimi walczyło niż włócznią. Stosowano je do cięć, pchnięć i parowania ciosów.

Najwcześniejsze długie miecze z brązu miały wąskie i obosieczne głownie; nadawały się przede wszystkim do pchnięć, ponieważ brzeszczot nie był wystarczająco mocno połączony z rękojeścią. Tego typu miecze z początków epoki brązu znaleziono podczas wykopalisk w najrozmaitszych miejscach, od Krety po Irlandię. Później pojawiła się broń o szerszej głowni, z trzpieniem biegnącym przez całą długość rękojeści. Późniejsze miecze z żelaza były konstruowane w podobny sposób, służąc zarówno do cięć, jak i do pchnięć.

Miecz to oręż ważny dla nobilów mykeńskiej Grecji, ale Grecy epoki klasycznej posługiwali się nim w ostatniej kolejności. Sięgali po niego dopiero wtedy, gdy włócznia została złamana i wojownik nie mógł posłużyć się ani jej częścią z grotem, ani jej okutym u dołu drzewcem. Tymczasem Rzymianie uczynili z miecza broń o znaczeniu największym. Kiedy legionista cisnął swoje oba oszczepy we wroga, pozostawał mu gladius, krótki miecz noszony przy prawym boku, za pomocą którego rozprawiał się z przeciwnikiem.

Zwycięstwa, które odnosiły greckie i rzymskie wojska, ukształtowały w całej Europie tradycję taktyki opartej na frontalnym ataku i bezpośrednim starciu. Różniła się ona diametralnie od wojny podjazdowej, prowadzonej przez wojowników na rydwanach, a później od wojny konnych łuczników rodem z azjatyckich stepów. Europejscy barbarzyńcy – zarówno wojujący pieszo Frankowie i Alemanowie, jak i dosiadający koni Goci – przejęli taktykę uderzeniową. Pośród tych ludów, od hiszpańskich Celtów po teutońskie plemiona Skandynawii, miecz był uważany za broń najważniejszą. Lanca przydawała się podczas pierwszego kontaktu konnicy z nieprzyjacielem, ale potem miecz odgrywał największą rolę.

Miecz cieszył się także wielkim poważaniem pośród azjatyckich konnych łuczników. Hunowie rozpoczynali walkę, strzelając z łuku, ale gdy ich wrogowie byli już osłabieni i gasł w nich duch oporu, nacierali z mieczami w dłoniach. Szczególnie Turcy mieli zamiłowanie do szermierki, co sprawiło im sporo kłopotów w konfrontacji z ciężkozbrojnymi krzyżowcami. Miecz był też podstawową bronią w Afryce – w Sudanie i na Saharze – stosowaną zarówno przez wojowników wielkich królestw Sahelu, jak i przez ludy wędrowne, na przykład Tuaregów. Pod koniec XIX wieku tubylcy nacierali z szablami w dłoniach na brytyjskie i francuskie wojska kolonialne, witające ich ogniem z karabinów maszynowych.

W średniowieczu miecz był niemal tak nieodzownym atrybutem rycerza, jak w czasach Musashiego i innych samurajów. Również piechota posługiwała się mieczami. Gdy włócznia lub halabarda uległa zniszczeniu, trzeba było mieć u boku broń sieczną. Jeszcze w połowie XVIII wieku żołnierzy piechoty wyposażano w różne rodzaje broni białej, choć mieli oni też muszkiety i bagnety. Kiedy piechotę uzbrojono w muszkiety i piki, zachodnioeuropejska kawaleria używała pistoletów zamiast lanc, nie zrezygnowała jednak z broni siecznej. Gustaw Adolf, wybitny szwedzki dowódca z czasów wojny trzydziestoletniej, polecał swej konnicy ograniczenie użycia pistoletów do minimum – do rozprawy z przeciwnikiem miała służyć broń biała. Bohater Amerykańskiej Rewolucji „Lekkokonny” Harry Lee, powiedział: „(…) ogień prowadzony przez kawalerię jest w najlepszym razie nieszkodliwy, zwłaszcza w szybkim natarciu (…). Siła i ruchliwość konia, dokładność i prędkość poruszeń, zręczność jeźdźców pędzących strzemię w strzemię oraz ostrze szabli (…) stanowią wielką siłę, która tak często ma decydujące znaczenie w dniu bitwy”.

W dzisiejszych czasach szabla lub szpada ma znaczenie wyłącznie dekoracyjne i nosi się ją jedynie do mundurów paradnych niektórych jednostek. Wyjątkiem jest maczeta, wciąż przydatna podczas walki w dżungli – jako narzędzie i jako broń. Jednak przez tysiące lat, od czasów przedrzymskich do wojny secesyjnej i czasów późniejszych, miecz był bronią o podstawowym znaczeniu. Najdłużej pozostali mu wierni głoszący kult miecza Japończycy. Podczas II wojny światowej wielokrotnie odnotowano, że japońscy oficerowie nacierali z mieczami w rękach.

4. Pierwszy okręt wojenny GALERA

Starcie galer pod Lepanto; była to ostatnia wielka bitwa, w której wzięły udział galery.

Trzynastego września 1569 roku wyleciała w powietrze prochownia weneckiego arsenału. Arsenał stanowił centrum militarnej potęgi Wenecji. Prochownia stanowiła tylko jego część; ponadto odlewano tam działa, budowano okręty wojenne i dokowano galery; służył też jako skład wszelkiego rodzaju broni. Wenecja była jedną z dwóch największych potęg wschodniego obszaru Morza Śródziemnego. Wszystko wskazywało na to, że po tym wybuchu republika w jednej chwili stała się bezbronna.

Dla Wenecjan była to rzeczywiście katastrofa, tymczasem druga z morskich potęg tego obszaru uznała to zdarzenie za niezwykle szczęśliwy traf. Panujący w Turcji sułtan Selim o wdzięcznym przydomku Pijak zaczął zajmować kolejne przyczółki weneckiego imperium. Chrześcijańskie potęgi zjednoczyły się wobec tureckiego zagrożenia, gromadząc ogromną flotę. Poza okrętami, które pozostały Wenecji, przyłączyły się do niej galery państwa kościelnego, Austrii, Neapolu, Sycylii i przede wszystkim galery hiszpańskie. Hiszpański król Filip II wykorzystał złoto i srebro zdobyte w amerykańskich koloniach do opłacenia połowy kosztów całej wyprawy. Następnie uczynił jej dowódcą swego młodszego brata przyrodniego, Don Juana de Austria.

Don Juan dokonał reorganizacji chrześcijańskiej floty. Aby wyeliminować uniemożliwiające koordynację działań współzawodnictwo między przedstawicielami poszczególnych nacji, utworzył z nich trzy formacje mieszane. Lewym skrzydłem dowodził wenecki admirał Augustino Barbarigo. Prawym – Giovanni Andrea Doria z Genui. Głównym dowódcą sił był sam Don Juan, mający po swej lewej stronie w szyku galerę służącą pod rozkazami liczącego sobie wówczas 75 lat weneckiego doży Sebastiana Veniera, a okrętem płynącym po prawej stronie od okrętu flagowego dowodził papieski admirał Marco Antonio Colonna. Flota Don Juana składała się niemal wyłącznie z galer, jednostek wojennych stosowanych tradycyjnie na Morzu Śródziemnym. Galery – długie, wąskie okręty wiosłowe – dominowały na tym akwenie od trzech tysiącleci. Don Juan włączył też do swej floty dwa mniej tradycyjne okręty, a mianowicie galeasy. Były to okręty żaglowe o wysokich burtach. W razie konieczności mogły poruszać się też za pomocą wioseł, stawały się jednak wówczas powolne i niezgrabne. Don Juan wiedział, że Portugalczycy, używając podobnych okrętów o wysokich burtach, odnieśli sukcesy w walkach na Oceanie Indyjskim. Pomyślał więc, że i w tej bitwie może znaleźć się dla nich miejsce. Choć wolniejsze i mniej zwrotne niż galery, miały nad nimi dwie przewagi: ich burty były zbyt wysokie, by mogła się na nie bez trudu wspiąć załoga atakującej galery, a ponadto na ich pokładzie znajdowały się liczne działa.

W czasach starożytnych dzioby galer były zakończone ostrogami z brązu, które przebijały burty statków nieprzyjaciela. Zrezygnowano z nich po wynalezieniu armat. Tureckie galery miały po trzy działa strzelające przez dziób – każda galera chrześcijańska dysponowała czterema armatami.

Obie floty spotkały się w Zatoce Korynckiej – wąskiej i długiej, niemal przecinającej Grecję na dwie części – nieopodal miasta Lepanto. Podczas bitwy morskiej galery walczyły podobnie jak żołnierze na lądzie: szarżowały na siebie bezpośrednio, rażąc nieprzyjaciela z dział umieszczonych na dziobie. Ponieważ wzdłuż burt byli rozmieszczeni wioślarze, a część rufową zajmowali sternicy manipulujący potężnymi wiosłami sterowymi, dział nie dało się umieścić nigdzie indziej. Podobnie jak armie działające na lądzie, floty złożone z galer starały się przebić przez linię nieprzyjaciela, oskrzydlić go lub otoczyć. Chrześcijanie mieli, co prawda, więcej dział, ale Turcy więcej okrętów. Aby uniknąć ataku z flanki, Andrea Doria wysunął się ukośnie do przodu w prawą stronę, toteż jego formacja spotkała się z wrogiem później niż pozostała część floty Don Juana. Turecki admirał dowodzący muzułmańskim prawym skrzydłem, Mohammed Sirocco Pasza, próbował otoczyć chrześcijańskie lewe skrzydło. Barbarigo, który nie znał tych wód, starał się trzymać z dala od brzegu. Kiedy jednak zobaczył okręty Sirocca próbujące zajść go z boku, przekonał się, że jest w tym miejscu wystarczająco głęboko, i dokonał zwrotu, a następnie ruszył do ataku, uderzając w turecką formację z boku i od tyłu. Barbarigo zginął podczas starcia. Dowództwo przejął jego bratanek, ale i on zginął niemal w chwilę potem. Komendę objęli dwaj inni weneccy oficerowie, Frederigo Nani i Marco Quirini, którzy przyparli Turków do brzegu, zabijając lub biorąc w niewolę wszystkich żołnierzy nieprzyjaciela.

W środkowej części formacji galeasy Don Juana pokazały, ile są warte. Ogień z ich dział siał spustoszenie wśród tureckich galer. Turcy zorientowali się, że galeasy są zbyt wysokie, by móc dokonać abordażu, i rzucili się do ucieczki, łamiąc szyk bojowy. Wtedy Don Juan i głównodowodzący turecką flotą Ali Pasza wymienili ukłony i zbliżyli się do siebie. Pomimo przewagi ogniowej chrześcijan Ali doprowadził swoją galerę tuż do okrętu Don Juana; żołnierze na pokładach obu jednostek zasypywali się wzajemnie gradem strzał i kul z muszkietów. Turcy dobili do burty hiszpańskiego okrętu, ale zostali odepchnięci i z kolei Hiszpanie wtargnęli na pokład tureckiej galery. Turcy odparli ich atak, dostali się na pokład hiszpańskiego okrętu, po czym znów zostali wyparci i walka przeniosła się z powrotem na pokład tureckiej galery. Dołączyli do niej ludzie doży Veniero wraz ze swym dowódcą. Ali poległ, a jego okręt został zdobyty. Tymczasem z drugiej strony okrętu flagowego Colonna spalił turecką galerę. Środkowa formacja zaczęła zdobywać lub zatapiać tureckie galery na całej linii. Pozostałe jednostki Turków dokonały zwrotu i uciekły.

Dowodzący lewym tureckim skrzydłem Uluch Ali bezskutecznie próbował zajść z boku Andreę Dorię. Nagle zmienił kurs, wbijając się klinem między środek formacji chrześcijan a jej prawe skrzydło. Udało mu się znaleźć na tyłach Don Juana, ale hiszpański admirał odciął holowane pryzy i zwrócił się frontem do atakujących. Wzięty w kleszcze między Don Juanem a chrześcijańskimi odwodami Uluch Ali rzucił się do ucieczki w kierunku najbliższego tureckiego portu. Niektórym z jego okrętów udało się wymknąć.

W bitwie pod Lepanto Turcy ponieśli największą klęskę na Morzu Śródziemnym w swej historii. Selim Pijak stworzył nową flotę, ale składała się ona z okrętów zbudowanych ze świeżo ściętych drzew, a ich załogi z niedoświadczonych marynarzy. Od tej pory turecka marynarka wojenna skrzętnie unikała otwartej bitwy. Turcja wciąż stanowiła zagrożenie dla chrześcijan, ale od Lepanto niebezpieczeństwo to stopniowo malało. Jest to jeden z powodów, dla których bitwa ta ma historyczne znaczenie.

Drugim powodem jest fakt, że była to ostatnia wielka bitwa między galerami. Czterodziałowe galery Don Juana nie miały przed sobą przyszłości – w przeciwieństwie do wielkich, niezdarnych i potężnie uzbrojonych galeasów. Garstka portugalskich żaglowców dowiodła tego już 60 lat wcześniej, rozbijając nieopodal indyjskiego portu Diu turecko-egipską flotę złożoną z 200 galer (patrz rozdział 13). Po bitwie pod Lepanto galery nigdy już nie odegrały istotnej roli w wojnach morskich, miały jednak za sobą długą i zaszczytną karierę. Podobnie jak włócznia i łuk, galera wywodzi się z niepamiętnych czasów, owianych mgłą prehistorii. Pierwsze łodzie były zapewne pychowymi dłubankami. Potem pojawiły się łodzie lżejsze, z drewnianym szkieletem pokrytym skórą lub korą. Ktoś wpadł na pomysł, że napęd wiosłowy jest lepszy niż pychowy i przypuszczalnie w tym samym czasie ktoś inny przekonał się, że jeśli łódź zaopatrzyć w żagiel, przy pomyślnym wietrze można w ogóle nie wiosłować. Od tej chwili zbudowanie większej łodzi żaglowo-wiosłowej z drewnianym poszyciem, czyli galery, było tylko kwestią czasu.

Jedną z pierwszych wzmianek o galerze i jej załodze jest legenda Jazona i Argonautów, którzy przepłynęli z Grecji do Kolchidy nad Morzem Czarnym, w poszukiwaniu Złotego Runa. Legenda głosi, że wyprawa ta odbyła się za życia pokolenia poprzedzającego wojnę trojańską. Tim Severin, poszukiwacz przygód, idąc śladami legendarnego świętego Brendana, irlandzkiego mnicha, który ponoć dotarł do Ameryki jeszcze w mrocznych czasach średniowiecza przepłynął Północny Atlantyk w skórzanej łodzi. Postanowił też sprawdzić, czy wyprawa Jazona w ogóle mogła się odbyć, i zbudował replikę jego galery „Argo”. Po konsultacjach ze znawcami starogreckich okrętów Severin zbudował galerę takimi metodami, jakie stosowano w czasach Jazona. Okręt miał 17 metrów długości, mogło w nim zasiąść 20 wioślarzy. Severin wyruszył na czele swej załogi z Grecji do miejsca, gdzie znajdowała się starożytna Kolchida. Galera była w stanie poruszać się nawet przy przeciwnym wietrze i opierać się kapryśnym prądom Bosforu, którym uległo tak wiele nowoczesnych jednostek. Jednak wszyscy współcześni Argonauci zgodnie stwierdzili, że rejs na tego typu starożytnym okręcie to nie są beztroskie wakacje…

Z biegiem czasu antyczni budowniczowie okrętów udoskonalali konstrukcję galery. Musiała być lekka, aby szybko się poruszała, a zarazem na tyle mocna, by mogła żeglować po morzu. Istotna okazała się też wysokość – wioślarze musieli bowiem posługiwać się wiosłami pod optymalnym kątem. Wkrótce budowniczowie statków zaczęli stosować wzory matematyczne. W zasadzie, im dłuższy był okręt, tym szybszy – jednak wszystko w granicach rozsądku; jego długość nie mogła być większa niż pomnożona przez 10 odległość między burtami w najszerszym miejscu, w przeciwnym razie jednostka nie nadawałaby się do żeglowania. W swojej książce Greek and Roman Naval Warfare (O greckich i rzymskich okrętach) admirał W.L. Rodgers wyjaśnia, jak wielu obliczeń musieli dokonywać starożytni szkutnicy. Okręty stawały się coraz większe, pojawił się drugi i trzeci pokład wioślarzy. Potem każdym z wioseł poruszało dwóch, trzech, a czasami nawet pięciu ludzi. Z książki Rodgersa dowiadujemy się, że na pokładzie niewielkiej greckiej triremy z czasów wojen peloponeskich znajdowało się około 18 żołnierzy, których zadaniem był abordaż, około 162 wioślarzy, a prócz tego 20 oficerów i marynarzy. Wszyscy wioślarze byli wolnymi ludźmi (a nie niewolnikami jak w czasach renesansu), wszyscy byli uzbrojeni i brali udział w walce, jeśli dochodziło do abordażu. Długość galery wynosiła około 30 metrów, wyporność do 69 ton, a jednostka mogła osiągnąć maksymalną prędkość rzędu 7,8 węzła (ponad 14 kilometrów na godzinę).

Galery były wyjątkowo zwrotne. Gdy obsada jednej burty wiosłowała, a drugiej trzymała wiosła zanurzone w wodzie, okręt mógł skręcić niemal w miejscu. Wiosła były umieszczone w taki sposób, żeby móc w jednej chwili siąść po ich drugiej stronie i zacząć wiosłować w przeciwnym kierunku. Zwrotność miała zasadnicze znaczenie, ponieważ celem kapitana dowodzącego galerą było staranowanie okrętu nieprzyjaciela – i uniknięcie staranowania przez wrogie jednostki. Inna często stosowana taktyka w walce galer to podchodzenie do burty nieprzyjacielskiego okrętu w taki sposób, aby w ostatniej chwili wciągnąć wiosła do środka i połamać wiosła nieprzyjaciela, wciąż jeszcze znajdujące się w normalnej pozycji. Załogi galer ciskały na okręty nieprzyjaciela naczynia z substancją zapalającą oraz dzbany z rozmiękczonym mydłem, przez co pokład stawał się śliski; czasem w dzbanach znajdowały się jadowite węże, co miało spowodować zamieszanie wśród nieprzyjacielskiej załogi.