5 sekund do IO. Rebeliantka - Małgorzata Warda - ebook + audiobook
Opis

Kontynuacja losów Miki, bohaterki głośnego 5 sekund do Io. Nie milkną echa strzelaniny, do jakiej doszło w szkole dziewczyny. Policja prowadzi śledztwo, a Mika przeżywa ciężkie chwile wśród kolegów, który uważają, że skoro znała napastnika, mogła zapobiec tragedii. Na dodatek uczucie, które zakwitło między nią a Jankiem, napotyka pierwsze przeszkody, gdy na jaw wychodzą kolejne tajemnice chłopaka. Również w wirtualnym świecie jest niespokojnie – zbliża się premiera nowej interaktywnej gry rozgrywającej się na mroźnym księżycu Tytanie, która już przed premierą wzbudza euforię, ale i wątpliwości… Czy Mika zdecyduje się po raz kolejny zanurzyć w wirtualnym świecie, by ocalić nie tylko siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 0 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


Małgorzata Warda

5 sekund do IO. Rebeliantka

Podziękowania

Dziękuję moim Czytelnikom, bo to przede wszystkim dzięki Wam mogłam ponownie wejść do świata Work a Dream i poprowadzić moich bohaterów w dalszą drogę.

Fantastycznym redaktorom: pani Hannie Koźmińskiej, pani Ewelinie Angielczyk oraz panu Bronisławowi Kledzikowi, którzy od razu dostrzegli w tej książce to, czym jest – historię nie tylko o miłości i nie tylko o grze komputerowej.

Ilustratorce Ewie Beniak-Haremskiej dziękuję za piękne okładki do serii 5 sekund do Io.

Elizie Wandtke oraz całemu zespołowi wydawniczemu za wkład pracy i świetne pomysły.

Przemkowi Rudziowi, autorowi książek popularnonaukowych, za to, że zainspirował mnie opowieścią o mroźnym księżycu Tytanie.

Agentce i pisarce Manuli Kalickiej dziękuję, ponieważ kiedyś zapytała: „Nie chciałabyś napisać czegoś dla młodzieży?”.

Wyrazy wdzięczności niech przyjmą też moje przyjaciółki, zawsze mnie wspierające i dodające mi otuchy: Dorota Keller, Ilona Poćwierz-Marciniak, Agnieszka Gil, Hania Cygler, Ania Łacina, Lucyna Olejniczak, Mariola Zaczyńska, Magda Zimniak, Ania Fryczkowska, Agnieszka Sikorska-Celejewska, Ania Rajkowska.

Dziękuję również Magdalenie Zaporowskiej – Magdalena wie za co.

Również moim najbliższym: rodzicom, siostrze. Tak, Wasze modlitwy wreszcie zostały wysłuchane! Teściom dziękuję za pomoc, bez której zabrakłoby mi czasu do napisania tej książki.

I wreszcie Maćkowi – mojemu mężowi, najlepszemu przyjacielowi, pierwszemu czytelnikowi. Dziękuję Ci.

Powieść tę dedykuję dziewczynce, która z wypiekami na policzkach dopytuje się o ciąg dalszy

– mojej Sylwii

– Uważaj, o co się modlisz – odparł Callahan. – Ponieważ twoje życzenie może się spełnić.

Stephen King MROCZNA WIEŻA V: WILKI Z CALLA (TŁUM. ZBIGNIEW A. KRÓLICKI, ALBATROS 2015)

1

„W stolicy odbył się marsz milczenia” – informuje spiker w wiadomościach, które oglądam na laptopie. – „Wzięło w nim udział dziesięć tysięcy osób, z których część to uczniowie szkół ponadpodstawowych oraz studenci. Minęły dokładnie trzy miesiące, od kiedy Sebastian P. wniósł do szkoły broń i zabił oraz ranił wiele osób. Upamiętniając ten dzień, młodzi ludzie zbierają się na placu Zbawiciela i wyruszają w milczącym marszu, ze zdjęciami ofiar w rękach. Mimo mijającego czasu, policji wciąż nie udało się ustalić, czy mężczyzna, który strzelał, działał sam i skąd wziął broń”.

Na ekranie pojawia się wojskowy, trzymając w rękach karabin, którego Sebastian użył w szkole. Nie byłam na to przygotowana, więc nieruchomieję wpatrzona w broń, a wspomnienie, które od tygodni próbuję wyrzucić z pamięci, wraca. Mrugam, spycham je w niepamięć, ale migocze w kąciku oka, pojawia się między rzęsami, więc mrugam znowu i w końcu udaje mi się go pozbyć.

„Taka broń nie miała prawa dostać się w ręce młodego człowieka” – opowiada wojskowy w programie. – „Mówimy o MSBS, czyli o najnowszej broni, stworzonej w najnowocześniejszej technologii, do której dostęp w Polsce mają tylko elitarne jednostki wojskowe!”.

Przymykam powieki i jednak zaglądam w przeszłość. Przypominam sobie niewyspane oczy Sebastiana, karabin, który oparł na kolanie, pamiętam tamten moment, gdy znalazł mnie, ukrytą pod ławką w szkolnej bibliotece.

Jak z oddali dociera do mnie głos dziennikarza:

„…karabin MSBC to owoc wysiłków specjalistów od wzornictwa przemysłowego. To pierwszy taki model w historii polskiej broni palnej, więc tym bardziej szokuje fakt, że młody człowiek, nie powiązany z wojskiem, wszedł w jej posiadanie!”.

Pierwszy raz od tamtego czasu pozwalam sobie zajrzeć głębiej we wspomnienia, zastanowić się, jak to możliwe, że Sebastian kupił karabin, i to tak wyjątkowy, w kraju, gdzie posiadanie broni jest mocno reglamentowane. Skąd miał pieniądze? Przecież taka broń, sprzedawana na czarnym rynku, musiała kosztować fortunę. No i jak poznał ludzi, którzy mu ją sprzedali? Dlaczego akurat jemu? Jak to możliwe? Przecież służby by ich namierzyły! Nie ma takiego miejsca w sieci, gdzie istniałaby wolność absolutna i gdzie policja albo kontrwywiad wojskowy nie mieliby wstępu. Każda strona internetowa, każda rozmowa jest kontrolowana. Policja od trzech miesięcy prowadzi śledztwo w sprawie strzelaniny w szkole i ma niemal zerowe rezultaty!

– Nie żartuj, że chcesz iść tak? – Głos Janka wyrywa mnie z zamyślenia.

Pospiesznie zamykam klapę laptopa. Uważam, że ostatnie, czego Janek potrzebuje, to słuchać informacji o tamtej masakrze. Oboje zostaliśmy okaleczeni przez działanie Sebastiana. Ja nieustannie w snach wracam do szkoły, przemierzam jej korytarze i znajduję zwłoki w miejscach, gdzie powinni być ludzie, a Janek każdego dnia budzi się z poczuciem winy.

– Była mowa o Marcusie Feniksie i co? – Zmuszam głos do wesołego brzmienia. – Gdzie twoje przebranie?

– Będę udawać Opiekuna z Bitwy o Io, Iana. Znasz takiego?

– Chyba kojarzę gościa! – śmieję się.

Dwa tygodnie – tyle czasu minęło, od kiedy przyjechałam tutaj i usłyszałam od Janka prawdę. Staramy się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Prawie nie rozmawiamy o mojej szkole, o grze, która przyczyniła się do tragedii, o Sebastianie, o kontrakcie, który otrzymałam od firmy We Fly High – na mocy którego miałabym grać dla nich za pieniądze. Dzisiaj, w Noc Postaci z Gier Komputerowych, spadł śnieg. W starym, nieremontowanym domu Janka mróz od rana rysuje wzory na szybie i jest tak zimno, że palimy w kominku, ale to nie wystarcza, więc włączamy jeszcze ogień na kuchence. Teraz pospiesznie gaszę płomienie, wkładam rękawiczki, futrzaną czapkę, kurtkę i biegnę za Jankiem po schodach. Mamy jeszcze godzinę, żeby wmieszać się w fetujący na ulicach tłum.

– Gdybym miała się za kogoś przebrać, wybrałabym Madison Paige ze starego Heavi Rain – przyznaję zdyszana, doganiając Janka na półpiętrze. – W tamtych latach tworzono wyrazistych bohaterów, nie to, co potem…

Obraca się z błyskiem w oczach.

– Jezu, Mika, zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek usłyszę to od ciebie!

– Niby co?

– Że coś, co powstało przed Work a Dream, też było dobre. Nie do wiary, że tak powiedziałaś!

Znowu się śmieję i przebiega mi przez myśl, że zostanie tutaj mogłoby być takie proste: ja i Janek, bez reszty świata. Chodzimy przecież po ulicach, gdzie nikt nas nie zna. Nikt nie wie, że to ja byłam w warszawskiej szkole, kiedy Sebastian wniósł tam broń. Nikt nie ma pojęcia, że to Janek był powodem jego furii. Patrzę na niego, na mojego Iana z Bitwy o Io i aż boję się uwierzyć, że to może być takie proste.

Puszcza mnie przodem w drzwiach prowadzących na płaski dach. Nigdy wcześniej mnie tu nie zabierał. To jak inny świat. Śnieżyca prawie ustała, przestrzeń wydaje się biała, w tej chwili nie ma ani początku, ani końca. Srebrzą się sople lodu, a chmury powoli się rozchodzą, odsłaniając usiane gwiazdami niebo i księżyc, który w ostatnich dniach dążył do pełni i właśnie ją osiągnął.

– Najjaśniejsza dzisiaj to Antares. – Janek odkręca pokrywkę termosu, rozlewa nam do kubków gorącą herbatę z jakimś delikatnym, „procentowym” dodatkiem. – Jest w gwiazdozbiorze Skorpiona.

– A która to Wenus? – Zadzieram głowę.

– Jezu! – Janek się śmieje, zdmuchując swoje długie pasma włosów, które wysunęły się spod czapki.

– Co? Co cię bawi?

– Takie podstawy powinnaś znać! Tam ją masz, dzisiaj jest przy Saturnie.

Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności na tyle, że niebo zaczyna przypominać gęsty materiał, nakropiony miliardem cekinów. Otaczam palcami kubek, a gorąca para ogrzewa mi usta. I wtedy to przychodzi. Przychodzi, a ja po prostu wypowiadam słowa na głos:

– Nie wiem, czy mogę tak do ciebie mówić, ale jesteś dla mnie ważny.

To potężny krok, lecz Janek reaguje zupełnie nie tak, jak powinien – gwałtownie pochyla głowę i zapada się w sobie, a jego uśmiech bezpowrotnie gaśnie. Nie wiem, co zrobiłam źle, zdenerwowana pospiesznie szukam słów, które zatuszują mój nietakt.

– Przepraszam, ja… – zaczynam, ale Janek potrząsa głową.

– To nie ty. To ja, bo… bo przecież kiedyś przeglądałem międzynarodowy kodeks rozmów na dachu i nie znalazłem informacji, że nie możemy tak ze sobą rozmawiać.

Sięga po moją dłoń i wtedy czuję coś, co przypomina lot samolotem – ten moment, gdy samolot odrywa koła od pasa startowego, a człowiek jest przerażony i jednocześnie pełen nadziei, kłócą się w nim niepewność i euforia.

– Ty też jesteś dla mnie ważna. Bardzo. Bardzo… – szepcze.

Czuję jego serce bijące pod ubraniem, blisko mojego serca. Czuję ciepło oddechu Janka na moich ustach. Unoszę głowę i całujemy się. To nie jest zwyczajny pocałunek, tylko taki, od jakiego przebiegają mnie dreszcze. Biegną od dołu kręgosłupa w górę, obejmując oczy, które zamykam. Czuję drżenie nawet w koniuszkach palców, w dłoniach, które wsuwam pod rozpiętą kurtkę Janka. Przytula mnie do siebie, jakbym była teraz wszystkim, co jest dla niego ważne.

*

– Oczywiście, że to Domenic Santiago, tylko ma dużo mniej mięśni! – kłócę się z nim tej samej nocy, w centrum miasta, kiedy grupa chłopaków, cosplayerów przebranych za postaci z gier, rozpoczyna paradę z głównego placu, trzymając płonące pochodnie w dłoniach. Zafascynowana obserwuję dziewczynę w ognistej peruce, która udaje Nariko ze starej gry Heabenlu Sword. – Rozebrała się na takim mrozie! Nie mogę uwierzyć!

– Patrz tam! – Janek wskazuje nastolatkę przebraną za postać z Podwodnego świata. Fotografuje ją i wysyła MMS do Kaśki, która grała tę postać w grze komputerowej: „Xerują cię w moim rodzinnym mieście”. „Marna kopia, ale thx za fotkę!” – odpisuje Kasia po chwili.

Drużyny z gier, które są wspomnieniem starszych ode mnie czasów, takich jak Resident Evil, Silent Hill czy Tekken, rzucają się biegiem w tłumek ludzi, udając atak, więc ze śmiechem cofamy się w wąską ulicę, prowadzącą do morza. Tam Janek chwyta mnie za rękę i prowadzi do plaży.

Tuż przy ostatniej kamienicy drogę zagradza nam postawny mężczyzna, ubrany zwyczajnie w kurtkę, dżinsy, w ciepłych butach, ale z twarzą ukrytą pod gumową, realistyczną maską włoskiego mafioso z gry Assassin’s Creed. Próbujemy go minąć, ale uparcie nas blokuje.

– Przyłapałem was! – oznajmia. Coś w jego tonie nie pasuje do wesołego nastroju panującego wokół.

Zanim zdążę się połapać, skąd znam ten głos, mężczyzna uderza Janka twardą pięścią w twarz, dokładnie w kość policzkową. Nagłym poderwaniem głowy Janek uderza mężczyznę w brodę. Wpadają na siatkę ogradzającą odrestaurowywaną kamienicę. Brzęczy metal ogrodzenia, osuwają się po nim, upadają w śnieg. Krzyczę, żeby przestali, i widzę, że Janek zwalnia uścisk, a mężczyzna go odpycha. Obaj głęboko dyszą.

– Pojebało cię, człowieku?! – woła Janek, przyciskając ręce do krwawiącego nosa.

Ledwie się podnieśli, mężczyzna łapie Janka za gardło i popycha go na ścianę. Mój chłopak chwyta jego ręce, ale udaje mu się odsunąć je tylko o tyle, żeby nabrać głębszego oddechu. Zdumiewa mnie łatwość, z jaką obcy człowiek go obezwładnia – robi to z taką wprawą, jakby…

Rozpoznaję go i wtedy robi mi się gorąco. Stoję jak ogłuszona, rozdygotana, niezdolna by zareagować, by w ogóle cokolwiek zrobić. Bezradnie patrzę, jak mężczyzna puszcza Janka, a ten uderza tyłem głowy o fasadę kamienicy. Moment, gdy Janek przyciska ręce do bolącego miejsca, mężczyzna wykorzystuje, by spojrzeć mi w oczy. Zsuwa maskę i czytam z ruchu jego warg słowa: „Za godzinę przy molo!”. Bez trudu znika w tłumie innych postaci.

Wiem, co się wydarzy dalej. W mojej szkole zginęło przecież tyle osób! Tak wielu ludzi zostało rannych! Jeśli powiem policji prawdę, jeśli połączą Janka z osobą Sebastiana i wezwą go na przesłuchanie w sprawie strzelaniny, a jego zeznania zostaną podane do publicznej wiadomości, ci ludzie, którzy przeżyli albo stracili w szkole kogoś bliskiego, będą przychodzić tutaj, by wywrzaskiwać Jankowi w twarz, że to się stało przez niego. Będą wybijać mu szyby w oknach, wrzucać do domu kamienie. Rozpocznie się ponowny dyskurs o szkodliwości gier komputerowych stworzonych w technologii Work a Dream – konkurencja We Fly High wykorzysta swój czas, przeciwnicy gier dostaną do ręki łatwe narzędzie do walki, a dla Janka wszystko się skończy.

O tym myślę, gdy godzinę później specjalnie gubię go w zamieszaniu i kieruję się do wejścia na plażę, przeciskając się w ciasnym korowodzie ludzi. Z trudem pokonuję zaspy śniegu, które dzielą mnie od Czaplińskiego, czekającego przy molo.

– Mógłbym go aresztować nawet teraz! Jesteś nieletnia. Nieletnia! – Ostatnie słowo wujek powtarza z takim naciskiem, że boję się cokolwiek odpowiedzieć.

Patrzę na jego spuchnięty podbródek w miejscu, gdzie Janek go uderzył. Śnieg osiada mi na rzęsach i sprawia, że cały świat wygląda jak w szklanej kuli, którą ktoś właśnie wstrząsnął.

– Tak spędzasz tutaj czas?! – Czapliński niemal płonie z gniewu. – Całowanie się z tym chłopakiem i prowadzenie się z nim za rękę są twoim sposobem na pozyskanie informacji? Nie mogę uwierzyć, że okazałaś się tak nieprofesjonalną gówniarą! – kończy policjant.

Nie mam nic na swoją obronę. Chcę naprawić zło, które wyrządził Sebastian. Dlaczego to takie trudne? Dlaczego aby pomóc ludziom, którzy stracili w strzelaninie bliskich, muszę zniszczyć Janka? Dlaczego aby zrobić coś dobrego, muszę najpierw zrobić coś okropnego? Czy to jedyne wyjście?

– Daj mi coś!

Wiem, że Czapliński nie żartuje. Muszę mu dać konkretne informacje, inaczej odejdzie i wszystko będzie skończone.

– We Fly High wyprodukowało nową grę – odzywam się cichym, niepewnym głosem. – Na pewno wiesz, że dzisiaj w nocy odbędzie się premiera. Przysłali mi kontrakt, ale nabierze mocy dopiero po moich osiemnastych urodzinach. Jeśli miałabym grać dla was, pogotowie opiekuńcze musiałoby wyrazić zgodę na podpisanie kontraktu już teraz. Wiem, że nawaliłam, ale to się nie powtórzy. Pomogę tylko…

– Tylko? – Czapliński parska krótkim śmiechem i rusza w stronę brzegu morza. – Stawiasz warunki? Niech zgadnę: tylko w zamian mamy zostawić w spokoju twojego chłopaka?

Idę za nim z przekonaniem, że nie dam sobie rady, że Janek nie da sobie rady, jeśli scenariusz zdarzeń potoczy się tak, jak założyłam. Jak mam wytłumaczyć Czaplińskiemu, że mojego chłopaka dzieli niewielki krok od przepaści, że wystarczy tylko wzmóc Janka poczucie winy i stanie się coś okropnego?

Docieramy do miejsca, gdzie kończy się ląd. Tu znajdują się tunele i bunkry, po których w weekend chodziłam z Jankiem. To chyba właśnie wtedy, kiedy zgubiłam się w ciemności, a on mnie tam znalazł, uświadomiłam sobie, że nie chcę, aby cierpiał, że nie mogę opowiedzieć o nim Czaplińskiemu.

Teraz rozpaczliwie wyrzucam z siebie półprawdy w nadziei, że zaspokoją policjanta. Skupiam się na samej grze, a nie na związku Sebastiana z Jankiem. Ukrywałam to przed Czaplińskim wcześniej w obawie, że odbierze mi konsolę do gry, ale dzisiaj odsłaniam reguły, mówię o rzeczywistości, która nie pozostaje zamknięta w wirtualnym świecie, tylko wychodzi do realnego świata, zagrażając. Wspominam, że jeśli ktoś został zabity w grze, w prawdziwym życiu jego mózg odbierał komunikat o śmierci i zaczynał wyłączać funkcje życiowe.

– Mnie też to spotkało – przyznaję.

Zbyt późno odłączyłam się od konsoli: w wirtualnym świecie zginęłam, w realnym świecie utraciłam przytomność, przez wiele dni nie potrafiłam wrócić do zdrowia, kołysałam się w malignie, gdzie rzeczywistość mieszała się ze wspomnieniami. Każde słowo, każda myśl wydawała się wówczas niedokończona i niekompatybilna z pozostałymi. Czułam, jakbym tkwiła w pustce. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie doznałam tak okropnego uczucia.

– Posłuchaj, mogę znowu grać, poradzę sobie, nie będzie jak wtedy – przekonuję desperacko. – Teraz zdobędę więcej informacji, a Janek… – Głos więźnie mi w gardle nie tylko dlatego, że Czapliński nagle odchodzi, zostawiając mnie samą, ale też dlatego, że prosząc, by policja zostawiła Janka w spokoju, tak naprawdę blokuję śledztwo, a nie mam takiego prawa. – Poczekaj! – wołam bezradnie, ale Czapliński nie przystaje. – Proszę! Chcę pomóc!…

Obraca się i patrzy na mnie z takim rozczarowaniem, że odruchowo kulę się w sobie.

„Dzisiaj w nocy odbędzie się premiera nowej gry We Fly High Tytan, która już bije rekordy popularności!” – opowiada spiker w wiadomościach w radio, kiedy wracamy z Jankiem samochodem do domu. – „Liczba sprzedanych egzemplarzy przekroczyła szacowane wyniki. W wielu krajach toczy się dyskurs o szkodliwości gier, a tymczasem We Fly High obiecują ogromne emocje, zachwalają scenariusz Tytana, nowoczesną grafikę i mówią, że tym razem stworzyli rzeczywistość tak rozszerzoną, Augmented Reality, że z czymś takim gracze jeszcze nigdy się nie zetknęli!”.

– A to co znowu? – martwi się Janek, kiedy policjant kierujący ruchem każe mu zjechać na pobocze.

– Pan jest właścicielem tego pojazdu? – pyta funkcjonariusz, pochylając się do okna, które Janek otworzył.

– Tak. Coś się stało?

Oczywiście Janek nie wygląda na właściciela jeepa, którym się porusza. Nie wiem, ile najnowszych wranglerów jeździ w Polsce, ale na pewno niezbyt dużo. Policjant zerka na jego podniszczoną kurtkę parkę, wełnianą czapkę i rękawiczki. Pewnie uzna go za złodzieja albo za handlarza narkotykami. Tak też się chyba dzieje, skoro włącza latarkę i obiega światłem tylną kanapę w jeepie.

– A pan gdzie pracuje? – pyta z zaciekawieniem.

Spoglądam na samochody, które nas mijają, i nie rozumiem, dlaczego policja zatrzymała tylko nas. Czy to jest efekt mojej nieudanej rozmowy z Czaplińskim? Czy to w ogóle możliwe, żeby tak szybko zadziałali?

– Mam bogatych rodziców. – Janek pochyla głowę, starając się ustawiać ją tak, by policjant nie widział śladów po pobiciu. Snop światła z latarki w tym czasie biegnie po mnie.

– Niech pan wysiądzie – nakazuje policjant ostrzej.

Janek nie odpina pasa i nie cofa dłoni z kierownicy. Zacisnął na niej ręce tak mocno, aż pobielała mu skóra.

– Dlaczego? Jaki jest powód tej kontroli?

– Ma pan rozbity policzek i wygląda pan, jakby potrzebował pomocy lekarskiej. Sprawdzę pana alkomatem i narkotestem. – Funkcjonariusz przez chwilę nie spuszcza ze mnie oczu. – Muszę wiedzieć, czy jest pan w stanie prowadzić.

Janek opieszale sięga do klamki w drzwiach. Na dworze jest tak zimno, że nad jego ustami unosi się para.

– Aresztuje mnie pan? – Wydaje się coraz bardziej zdezorientowany. – Dlaczego? O co chodzi? Miałem włączone światła, nie przekroczyłem prędkości…

– Dlaczego miałbym pana aresztować? To rutyna. Zatrzymuję co któryś samochód, teraz padło na pana. Proszę dmuchać… I jeszcze badanie narkotestem.

– To bez sensu – protestuje Janek, ale wykonuje polecenia.

Pochylam głowę i wpatruję się w swoje dłonie. Głośno wali mi serce. Nagle czas, który mieliśmy dla siebie z Jankiem, zaczyna się kurczyć. Uświadamiam sobie, jak bardzo, jak nieprzytomnie pragnę jeszcze dzisiaj wrócić do jego domu, być z nim jutro, pojutrze.

– Wynik jest pozytywny – dobiega mnie głos policjanta, więc prędko wysiadam, teraz tak zdenerwowana, że drżą mi dłonie.

– To jakaś bzdura! – oponuje Janek. – Niczego nie brałem! Nie zażywam narkotyków… Powtórzmy badanie. Mam chyba takie prawo?

– Powtórzymy badanie na komisariacie – informuje policjant, wskazując drogę do radiowozu.

Janek wciąż stoi w miejscu, chyba porażony myślą, że na komisariacie policjant łatwo sprawdzi jego pracodawcę, a co za tym idzie, przekieruje Janka na warszawski komisariat, na rozmowę z detektywami badającymi sprawę strzelaniny w szkole. A reszta potoczy się jak w moim czarnym scenariuszu zdarzeń.

– Dlaczego nie możemy powtórzyć testu tutaj? – protestuje.

– A czemu panu tak zależy, żeby nie znaleźć się na komisariacie? Tak się składa, że nie mamy tutaj więcej…

Zanim zdążę Janka powstrzymać, wkłada rękę do kieszeni kurtki, a reszta dzieje się w ułamkach chwil.

– Ręce do góry! – Ścina mi się krew, kiedy patrzę na broń w rękach policjanta.

Mam wrażenie, jakby nastąpił wyłom w czasoprzestrzeni. Już nie jestem tutaj, teraz znowu kryję się pod biurkiem w mojej warszawskiej szkole, widząc karabin w rękach Sebastiana…

– Eeej, spokojnie, to tylko portfel! Chcę jej dać pieniądze na taksówkę! – tłumaczy Janek. – Niech pan do mnie nie celuje! Chryste!

Znowu czuję duszący smród dymu unoszącego się z okien szkoły. Słyszę huk strzałów. Przypominam sobie oddział antyterrorystyczny biegnący po placu przed budynkiem. A potem sięgam do najgorszego wspomnienia – do bibliotekarki umierającej na moich oczach. Sebastian strzelił do niej z tak bliska, że strzał niemal urwał jej głowę.

– Mika, weź pieniądze… – Janek wkłada mi banknoty do ręki, a ponieważ nie reaguję, zaciska moje palce. Przytula mnie do siebie na kilka sekund. – Nie patrz tak – szepcze. – Wszystko jest dobrze. Spotkamy się w domu.

Jestem tak wystraszona, że dopiero po jego odjeździe dociera do mnie, że nie mam telefonu, żeby wezwać taksówkę.

Maszeruję prawie godzinę, ale jest tak mroźno, że wcale nie czuję się rozgrzana. W domu pies, jakby wyczuwając mój niepokój, kładzie się ze mną na sofie. Głaszcząc go, przymykam powieki i myślę o Janku. O jego nocnych koszmarach. Chociaż nigdy o tym nie rozmawialiśmy, wiele razy słyszałam, jak obudzony ze snu krążył po mieszkaniu i zabijał nocne godziny czytaniem, oglądaniem filmów, palił światło, żeby nie tkwić w ciemności. Nie musiał mi się zwierzać, żebym wiedziała, co mu się śniło – tamci ludzie w szkole, o których śmierć się obwinia. Pozbawiając Sebastiana możliwości podpisania kontraktu z We Fly High, doprowadził go do furii, w której Sebastian kupił karabin, wszedł do szkoły i szukał Janka między uczniami, strzelając do każdego, kogo spotkał na swojej drodze.

Żeby zająć czymś ręce i skupić się na czymkolwiek innym niż rozpamiętywanie przeszłości, sięgam po magazyny leżące pod stolikiem. Niektóre pokrywa kurz, tak dawno nikt ich nie otwierał. Na okładce jednego zauważam reklamę gry Bitwa o Io, więc strzepuję kurz i kładę sobie gazetę na kolanach. „Pierwsza gra w technologii Work a Dream bije rekordy popularności i nie schodzi z czołówki Top 5 najczęściej kupowanych gier na świecie!” – czytam nagłówek.

Bezwolnie uśmiecham się do wspomnień. Od Bitwy o Io wszystko się zaczęło, to tam spotkałam Janka. Gdyby nie zdjęcie wirtualnego księżyca, pewnie nie wzięłabym magazynu do ręki. Tymczasem rozchylam strony, a ze środka wysuwa się mała fiszka. Zaskoczona schylam się po nią. Rozpoznaję pismo Janka. Napisał tylko jedno słowo. Parę liter układa się w symbol.

– MS… – czytam. – MSBS.

I świat wywraca się do góry nogami.

Chociaż siedzę na sofie, ogarnia mnie pewność, że załamała się podłoga, pękają ściany. Jak ogłuszona wpatruję się w te kilka liter, składających się na symbol broni, z której strzelał Sebastian.

– Nie śpisz? – dziwi się Janek, kiedy wraca kilka godzin później i zauważa mnie, czekającą na niego na schodach, otuloną kocem. W półmroku nie widzi moich przerażonych oczu, nie ma pojęcia, co czuję.

Przez cały pobyt tutaj nie widziałam, żeby palił papierosy, ale teraz sięga po paczkę do szuflady w przedpokoju. Z niezapalonym papierosem kieruje się do kuchni, więc podnoszę się ze schodów. Mam wrażenie, jakbym właśnie stanęła na cienkiej linii, i idę za nim.

– Drugi test nic nie wykazał. – Janek pochyla się nad kuchenką, zapalając papierosa od palnika. – Niepotrzebnie mnie tam trzymali. Oczywiście sprawdzili, gdzie pracuję i… Szkoda, że ich nie widziałaś. Patrzyli na mnie jak na muzealny okaz. Jakby nie mogli się nadziwić, że ktoś z Polski gra dla We Fly High! Od razu zadzwonili do Warszawy. Nie miną pewnie dwa dni, jak dostanę wezwanie na przesłuchanie… – Zmęczony pociera oczy i nie udaje mu się ukryć niepokoju. Wie, co zdarzy się dalej.

Bum-bum-bum – wali moje serce, bo jeśli Janek zrobił to, co myślę, to będzie to jedna z najgorszych rzeczy, jakie usłyszałam w życiu.

– Janek?

– Co, Mika? – Obraca się i marszczy brwi, zauważając moją bladą, wystraszoną twarz. – Coś jeszcze się stało?

Kładę fiszkę na blacie.

– Ty to napisałeś? – Głos mi się trzęsie, gdy zadaję to najokropniejsze ze wszystkich pytań. – Kiedy? Było w magazynie sprzed kilku miesięcy, akurat wtedy Sebastian starał się o kontrakt z We Fly High i już… już się znaliście, prawda?

„I planował kupić broń” – dodaję w myślach.

Wydaje mi się, jakby wokół zrobiło się ciemniej, ciszej. Patrzymy na siebie z Jankiem, może po raz pierwszy widzimy się naprawdę.

Czekam, żeby się obronił, niech zaprzeczy, niech wkurzy się na mnie, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy. Albo niech coś skłamie, nawet ja potrafiłabym wymyślić kłamstwo, na przykład, że zapisał ten symbol, gdy informacje o strzelaninie podano do publicznej wiadomości, a potem przypadkiem wsunął kartkę do starego magazynu.

– Nie milcz tak – proszę. – Skłam, powiedz mi cokolwiek! Uwierzę!

Ale on milczy. A kiedy tak milczy, dopowiadam w myślach resztę tej historii.

Sweter, dżinsy, szczotka do zębów – trzęsą mi się ręce, gdy wszystko pakuję do torby. Nie mogę uwierzyć, że taka jest naga, ohydna prawda o wydarzeniach w mojej szkole.

– Szlag! – wyrywa mi się, gdy suwak w torbie nie chce się odblokować. Szarpię tak mocno, że zacinam się w palec aż do krwi.

Straciłam w przeszłości rodzinę, utraciłam wiele ważnych dla mnie osób, kilka razy zmieniałam miejsca zamieszkania, przenoszono mnie z domów zastępczych do pogotowia opiekuńczego, więc kolejna strata nie powinna być bolesna. Ale jest. Boli jak diabli.

Poza tym nie mam dokąd wracać. Czapliński dał mi jasno odczuć, że moja współpraca z policją dobiegła końca. To oznacza, że mieszkanie w Gdyni, wynajęte dla mnie przez policyjną grupę operacyjno-dochodzeniową, zajmującą się rozwiązaniem śledztwa w sprawie strzelaniny w szkole, zostało zamknięte, a Barbara, z którą tam mieszkałam, pewnie właśnie wraca do swojego domu. Gdy teraz wyjdę od Janka, trafię więc prosto do pogotowia opiekuńczego w stolicy i jeśli będę miała dość szczęścia, weźmie mnie do siebie jakaś rodzina zastępcza.

– Daj… – Nie usłyszałam kroków Janka i dopiero, kiedy wyjmuje mi torbę z rąk, uświadamiam sobie jego obecność. Bez trudu rozpina zamek, na próżno jednak próbuje pochwycić mój wzrok. – Mika, posłuchaj…

Cofam się przed jego dotykiem. Słyszę swój głos, pełen wściekłości i rozpaczy:

– Byłam tam! Widziałam ludzi, którzy ginęli od jego kul! Umierali na moich oczach! Do bibliotekarki strzelił przy mnie! Ludzie leżeli w kałużach krwi!

Janek zaprzecza ruchem głowy. Mam wrażenie, że gdyby mógł, zamknąłby mi dłonią usta.

– Jak mogłeś mu pomagać?! – Jestem tak wściekła, że uderzam go w pierś, a on mi na to pozwala. – Nie wiem, jak mogłam ci zaufać, jak mogłeś w tym uczestniczyć?! Przecież wiedziałeś, że on świruje! Mówiłeś, że nikt z was nie chciał z nim pracować! A teraz się okazuje, że to ty wybrałeś broń, z której potem on zabił ludzi!

– Mika, nie było tak! Nie brałem udziału w transakcji…

– Zapisałeś symbol!

– Tak, bo chciał nabyć tę broń i prosił, żebym ją sprawdził… Boże, nie wiedziałem…

– Nie wiedziałeś, że użyje broni?! To po co ją kupował?! Masz mnie za idiotkę?!

Janek pochyla głowę i słyszę jego głośny oddech. Milczy, chyba rozumiejąc, że cokolwiek powie, dla mnie wszystko będzie jednym wielkim kłamstwem. Zbyt wiele razy mnie oszukał, a to, co stało się teraz, to już za dużo dla mnie. Dlatego nie oponuje, gdy dzwonię po taksówkę i zbieram resztę rzeczy. Dopiero, kiedy mijam go w drodze do drzwi, zaczyna mówić:

– Poznaliśmy kogoś, kto chwalił się, że ma dostęp do broni, że może ją sprzedać! Nie obchodziło mnie to, ale byłem wtedy z Sebastianem i on się zainteresował, pytał o cenę, chciał obejrzeć ten karabin, chciał… – Widzę, że trzęsą mu się ręce, którymi zaczął skręcać sznurówki bluzy. – Nie było mnie przy transakcji. Nie wiedziałem, że ponownie się spotkali. Uwierz mi! Po prostu rozmawialiśmy o karabinie. Miałem go obejrzeć w realnym świecie i zorientować się, czy jest wart swojej ceny. Wtedy właśnie zapisałem symbol broni! Powinienem dopowiedzieć to wcześniej, ale byłaś tak zdenerwowana wszystkim innym, co usłyszałaś, że nie mogłem… Dlaczego, do cholery, mi nie wierzysz?!

Mijam go i zbiegam po schodach. Wierzę mu, ale to bez znaczenia. Mnie też trzęsą się ręce, kiedy wkładam buty i kurtkę, wiążę szalik. Janek nie ma pojęcia, że zmienił wszystko tą jedną cholerną fiszką papieru. O ile wcześniej miałam jeszcze możliwość opowiedzieć o nim policji i oczyścić swoje sumienie, a co za tym idzie, dalej pracować dla nich, teraz zupełnie pozbawiłam się takiej szansy. Opowiadając o Janku, pogrążyłabym go całkowicie! Kto mu uwierzy, że nie brał udziału w transakcji, skoro rozmawiał z handlarzem o broni, z której potem zginęli ludzie? Wiedział, że ktoś nielegalnie chce sprzedać ten karabin, a nie zgłosił tego policji! Mógł powstrzymać machinę zdarzeń – gdyby to zrobił, nic złego by się nie stało! Ludzie potrzebują sprawiedliwości! Jeśli dostaną Janka, stanie się on dla nich symbolem zła i nieważne, co powie i co zrobi, znienawidzą go i zniszczą!

– Mika. – Janek staje na schodach, kiedy naciskam klamkę w drzwiach.

Czuję jakiś głuchy ból w karku. Nienawidzę siebie za to, że będę musiała Janka chronić i kłamać policji. W tej chwili czuję też złość na niego, bo nieświadomie postawił mnie w takim położeniu. Nienawidzę siebie jeszcze bardziej, bo Janek ciągle jest dla mnie ważniejszy niż policyjne śledztwo.

– Co ty narobiłeś? – pytam szeptem i wychodzę.

2

Moja nowa rodzina zastępcza: Dorota – wykwalifikowana pielęgniarka oraz jej mąż Tobiasz – doktor psychologii. Wiele o nich słyszałam, wiem, że pod ich opiekę trafiają najtrudniejsze przypadki: nastolatki, które były molestowane albo bite, często uzależnione od narkotyków albo innych używek, dzieci po bardzo trudnych przejściach. Najwyraźniej ja też jestem trudnym przypadkiem, skoro przydzielono mnie do nich.

Nowa opiekunka okazuje się ruchliwą, drobną blondynką o ładnej twarzy, a kiedy przyjeżdża po mnie do pogotowia opiekuńczego, sprawia wrażenie pewnej siebie i jednocześnie niepewnej mnie.

– Umówiłam cię z psychologiem, Miko, od jutra rozpoczniesz terapię – informuje w samochodzie, gdy przypinam się pasem.

Być może wyglądam tak samo źle, jak się czuję, albo coś we mnie alarmuje tę kobietę. Dziewczyny w moim wieku raczej się malują, modnie ścinają włosy i noszą atrakcyjniejsze stroje niż stare dżinsy, znoszone kozaki i wyświechtana kurtka. Trochę na to za późno, ale próbuję nadać kształt fryzurze, wygładzam też kurtkę i żałuję, że nie przyłożyłam się trochę bardziej do wyglądu.

– To niepotrzebne – wyjaśniam najlżejszym tonem, na jaki mnie stać. – Pewnie martwi się pani z powodu tego, co przeżyłam podczas strzelaniny w szkole, ale to już przeszłość i nie ma powodu do niepokoju…

Oczy Doroty mają odcień czystego błękitu, który przywodzi mi na myśl sprany markowy dżins. Kiedy tak na mnie patrzy, nie potrafię niczego wyczytać z jej wzroku.

– Miko, wiem o twoim uzależnieniu od gier komputerowych. – Za łagodnością jej głosu słyszę stal, która z kolei mnie alarmuje. – Od tej pory twoje zainteresowanie komputerami będzie polegało na nauce grafiki i podstawach programowania. Jeśli tym się tak interesujesz, to skanalizujemy twoje uzależnienie w coś pożytecznego i kreatywnego, ale w ograniczonym zakresie. Będziesz miała na to ściśle określony czas. Koniec z maratonami gier i wirtualnym światem!

Nie mam nic do dodania wobec takich argumentów.

Podjeżdżamy pod mój nowy dom – to wysoka willa, gdzie przebywa tęga nastolatka z domu dziecka, która obrzuca mnie zaciekawionym spojrzeniem, oraz dwoje rodzonych dzieci Tobiasza i Doroty. Zaglądam do pokoju, który będzie mój przez najbliższe tygodnie. Zauważam ściany ozdobione grafikami samochodów i plakatami drużyn piłkarskich – najwyraźniej wcześniej mieszkał tu chłopak.

– Miko, zejdź na obiad! – woła Dorota.

– Już idę! – odkrzykuję posłusznie.

Przesuwam rękoma po blacie biurka, na którym zostały wyryte czyjeś inicjały. Kiedy spoglądam przez okno, siatka ogradzająca dom wydaje mi się podejrzanie wysoka. Może to paranoja, ale zaczynam się czuć klaustrofobicznie, a dwa i pół miesiąca, które mi zostały do pełnoletności, zaczynają mi się wydawać bardzo odległe.

Robię wszystko tak, żeby tylko dali mi spokój. Kiedy Dorota prosi, żebym wyszła na spacer, ponieważ podobno wyglądam, jakbym mało przebywała na świeżym powietrzu, wkładam buty i wychodzę bez protestów. Nigdy nie miałam talentu rysunkowego, ale staram się, gdyż Tobiasz powtarza, że sztuki plastyczne same w sobie stanowią terapię. Jem zdrową żywność przygotowywaną przez Dorotę. Nadrabiam szkolne zaległości, regularnie dzwonię do mojej siostry i spędzam czas z moją nową rodziną zastępczą, chociaż nie mam już siły na angażowanie się w relacje z ludźmi, których przecież i tak zostawię, gdy skończę osiemnaście lat.

Codziennie wieczorem, przed snem, przeglądam potajemnie wiadomości w sieci i sprawdzam informacje dotyczące We Fly High. Na razie jednak nie znajduję ani słowa o zeznaniach Janka, co może oznaczać, że jeszcze nie został wezwany na komisariat. Gdyby tak się stało, Internet przecież by oszalał! Dlaczego jednak policja tak długo zwleka?

Skreślam w kalendarzu każdy miniony dzień. Zastanawiam się, co zrobię, gdy będę już pełnoletnia? Czy podpiszę kontrakt z We Fly High? A może odbiorę niewielką sumę pieniędzy, które czekają na mnie w banku od czasu śmierci taty, i spróbuję się usamodzielnić: wynajmę pokój, podejmę zaoczne studia i jednocześnie pójdę pracować gdzieś… na przykład jako opiekunka do dzieci albo kelnerka w jakimś barze? Te plany wydają mi się nierzeczywiste, im dłużej o nich myślę. Jedyne, co naprawdę potrafię robić, to grać. Trudno mi sobie wyobrazić, że miałabym przestać.

Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, z szuflady wyciągam umowę, którą przysłał mi największy na świecie producent gier komputerowych. Za taką umowę Sebastian pozabijał ludzi w szkole. O takim kontrakcie marzy chyba każdy, kto lubi i potrafi grać, więc gdybym komukolwiek wspomniała, że nie jestem pewna, czy przyjmę propozycję We Fly High, patrzyliby na mnie jak na wariatkę.

Ale umowa z producentem to nie tylko dobre pieniądze i kontrakt marzeń. W podpunktach aż roi się od obostrzeń i kar grożących za ujawnienie warunków kontraktu albo podanie do publicznej wiadomości jakiegokolwiek podpunktu umowy.

Wysuwam papiery z koperty i przebiegam spojrzeniem znajomy druk. Czuję, jakbym dotykała czegoś ciemnego i lepkiego, kiedy kolejny raz czytam, że od chwili, gdy zwiążę się kontraktem, bez zgody firmy nie wolno mi zmieniać miejsca pobytu, dokonywać zmian w swoim wizerunku, nie mogę utyć ani schudnąć, tatuować się ani barwić włosów, mam się stawiać we wskazanym miejscu na każde żądanie firmy. Będę też musiała zrezygnować z rodzinnego lekarza i przychodni, z której do tej pory korzystałam, a wraz z umową przyjmę pakiet opieki medycznej prywatnego koncernu, współdziałającego z producentem gier.

„Kto odrzuciłby takie pieniądze?” – myślę, zerkając na kwotę, którą firma mi zaproponowała. Jest niebotycznie wysoka. Dla mnie ogromna. Nigdy w życiu nie dysponowałam taką gotówką! Rozwiązałaby większość moich problemów, a na pewno finansowe – za te pieniądze mogłabym wynająć ładne mieszkanie i od razu opłacić czynsz na rok. Mogłabym ułożyć sobie życie, nie musiałabym pracować, uniezależniłabym się, a może nawet udałoby mi się przekonać sąd, żeby oddał mi pod opiekę siostrę…

Oddycham głęboko i spoglądam na inny punkt umowy. Kwota niemal dwa razy wyższa grozi mi w przypadku zerwania przeze mnie kontraktu albo złamania klauzuli poufności umowy. O tym, co się dzieje w grze, nie wolno mi rozmawiać z nikim, nawet z innymi Mistrzami Gry.

Obrysowuję ten punkt palcem i zastanawiam się, czy to dlatego Janek tak niechętnie odpowiadał na moje pytania dotyczące We Fly High?

– Dlaczego tak wiele czasu poświęciłaś grze? – pyta psycholog w gabinecie podczas naszej pierwszej sesji.

Skręcam w palcach nitkę, którą wyprułam ze szwu w swetrze, i nie decyduję się odpowiedzieć. Siedzimy naprzeciwko siebie w niewielkim gabinecie o jasnych ścianach, który sprawia wrażenie przytulnego. Psycholog jest młoda, pewnie dopiero niedawno skończyła studia. Przychodzi mi do głowy, że być może jestem jedną z jej pierwszych pacjentek.

– Miko? – ponagla. – Porozmawiaj ze mną, opowiedz mi o tej grze.

Gdybym nawet chciała to zrobić, nie wiem, jak miałabym zacząć. Nikt, kto nie spotkał się ze światem Work a Dream, nie ma pojęcia, o jak bardzo zaawansowanej technologii rozmawiamy. Myślę o świecie, gdzie odczuwa się nie tylko temperaturę powietrza, zapachy i smaki, dotyk i ból, ale gdzie można też przeżyć własną śmierć. Przypominam sobie zapach powietrza na wirtualnym księżycu Io, pod powiekami widzę skrzący szron oraz cudowny, potężny Jowisz, wiszący na niebie. Przychodzi mi do głowy moje pierwsze spotkanie z człowiekiem w Bitwie o Io – z Jankiem. Piękno jego twarzy. Ciepło palców. Wspominam głębię oczu, które jak lustro odbijały tamtą rzeczywistość…

Powtarzam sobie, że nie jestem nic winna Jankowi, nie ma już przecież chłopaka, którego poznałam w Bitwie o Io. Jego miejsce zajmuje ktoś, kto pośrednio przyczynił się do śmierci wielu osób, bez względu na to, czy zrobił to świadomie, czy nie.

– O czym teraz myślisz, Miko? – Głos psycholog wyrywa mnie z zamyślenia, uświadamiając mi, że od dłuższego czasu wpatruję się w ulotki dotyczące zagrożeń płynących z Internetu. Czerwoną czcionką zostało wypisane słowo „Darknet”.

Wydaje mi się, jakbym znalazła się blisko czegoś, czego jednak jeszcze nie potrafię dostrzec.

– Mam wrażenie, że nie zdajesz sobie sprawy z powagi twoich problemów – odzywa się psycholog, a jej ton uświadamia mi, że naprawdę jestem w tarapatach. – Poddawałaś się wyczerpującym maratonom gry, podczas gdy w realnym świecie zaniedbywałaś niemal wszystkie obowiązki. Nie zawarłaś przyjaźni w szkole, natomiast powiedziano mi, że masz wielu znajomych w wirtualnej rzeczywistości. Potrafisz mi wyjaśnić, dlaczego tak postępowałaś?

Pociągam za nitkę tak mocno, że grozi to wypruciem całego szwu.

– Miko, rozmawiaj ze mną. Tracimy czas. Zacznij, od czego chcesz, opowiedz mi o ludziach, których poznałaś w grze. Kto był dla ciebie najważniejszy?

Nerwowo wiercę się na krześle. Łatwo byłoby opowiedzieć tej kobiecie o Janku, o Zoi, o Matti, Josephie – o moich przyjaciołach z wirtualnego świata. Nie mam jednak pojęcia, czy potrafiłabym przekonać psycholog, że gra nie była dla mnie tylko wirtualnym miejscem, ale osobnym domem, światem, w którym czułam się kimś innym, wyjątkowym. Że tamto miejsce zastępowało mi realne życie, i nie ma w tych słowach przesady.

Jeszcze raz patrzę na ulotki, a kiedy od myślenia o wszystkim, co chciałabym z siebie wyrzucić, zaczyna mi się kręcić w głowie, podciągam kolana do piersi i opieram na nich brodę. I nagle przychodzi olśnienie! „Oczywiście, że istnieje wirtualne miejsce, gdzie panuje tak duża wolność, że można tam zakupić broń bez strachu o obserwację policji!” – myślę, porażona tą oczywistą prawdą.

Prostuję sie na krześle i najchętniej zabrałabym jedną z ulotek. „Darknet” – czytam jeszcze raz graficznie wyróżnione słowo.

O Darknecie opowiadał mi Czapliński, wiem, że to sieć, która działa pod innymi przeglądarkami niż te używane do znanego mi Internetu, sieć prawdopodobnie osiemset razy większa od tej, którą znam. Czapliński wspominał, że każda strona, każda zamieszczona w Darknecie informacja ulega przeobrażeniom i staje się nie do wykrycia. Można więc tam robić wszystko: handlować narkotykami, ludźmi, sprzedawać pornografię, wymieniać się informacjami. To ciemny obszar, potężna, mroczna materia, gdzie policja i rząd nie mają władzy. Jeśli więc Sebastian tam omówił zakup karabinu, nie dziwię się wcale, że policja do dzisiaj nie zebrała na ten temat więcej informacji! Ale czy Janek też tam bywa? I czemu Czapliński nie powiedział mi prawdy?

Chciałabym już wrócić do domu, zaszyć się w pokoju i przemyśleć to wszystko. Czuję potrzebę wykonania telefonu do Czaplińskiego i podzielenia się z nim wątpliwościami, ale nie mogę tego zrobić. Janek nieświadomie związał mi ręce.

– Denerwujesz się? – Psycholog dostrzega pośpiech i irytację w moich ruchach.

– Źle się czuję – odpowiadam, starając się nie patrzeć w jej oczy.

– Na pewno chodzi tylko o to?

Przytakuję.

– Boli mnie brzuch. Czy mogę już wyjść?

– Niki! – Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi siostry, dopóki nie zamykam jej w ciasnym uścisku ramion. – Tęskniłam, okropnie za tobą tęskniłam, Nikola!

Moja siostra wydoroślała, nie widziałam jej ledwie kilka tygodni, a już dostrzegam zmiany. Pachnie perfumami jak nastolatka, przechyla głowę na bok zupełnie tak, jak robił to nasz tata, a kiedy układa dłoń na biodrze, w tym ruchu dostrzegam echo nadchodzącej dorosłości. To wszystko sprawia, że tym mocniej przytulam ją do siebie. Pytam, jak długo może ze mną dzisiaj zostać.

– Mama wróci po mnie za godzinę! – Te słowa pewnie się jej wymknęły.

Czuję się zmrożona.

„Ona nie jest twoją mamą” – chcę zaprotestować, ale wydaje mi się, że od razu zepsułabym nasze spotkanie. Ignoruję więc to i biorę siostrę za rękę, jakby była małą dziewczynką. Po kamiennych schodach prowadzę ją nad rzekę.

– Gdzie byłaś tyle czasu? – dopytuje się Nikola. – Nie dzwoniłaś do mnie.

– Mieszkałam u kolegi.

– U Bartka? Tego chłopaka z pogotowia opiekuńczego?

– Nie, Niki, u kogoś innego. – Kucam, żeby sięgnąć po płaskie kamienie, którymi potrafię puszczać kaczki na wodzie.

– Czemu nie mówisz wprost? Jak ma na imię?

Przysłaniam dłonią słońce i odpowiadam najbardziej obojętnym tonem, na jaki mnie stać:

– Janek.

Kamieniem uderzam o wodę, a on odskakuje i nurkuje między falami. Czekam na pochwałę ze strony Nikoli, ale milczy. Zaskoczona obracam się.

– Czemu ciągle to robisz? – Siostra patrzy na mnie poważnym wzrokiem.

– Co robię? – zdumiewam się.

– Nie robisz nic, żeby moi rodzice cię polubili, żebyś mogła ze mną zamieszkać!

Baaaaach! Czuję, jakby uderzyła mnie pięścią w brzuch. Nerwowo wstaję, a Nikola patrzy na mnie uparcie, żądając odpowiedzi. Poruszam więc ustami, ale nie znajduję właściwych słów. Co mam odpowiedzieć? To, że nie mieszkamy razem, nie jest przecież tylko moją winą! Nie wiem, dlaczego w ogóle tak pomyślała. To przede wszystkim wina jej nowych rodziców, ale jeśli tak to ujmę, siostra uzna, że nastawiam ją przeciwko nim, że krętaczę.

W polskim prawie nie ma przepisu nakazującego rodzeństwu mieszkanie razem, a co za tym idzie, prawo nie nakazuje wspólnej adopcji spokrewnionych członków rodziny. Kiedy trafiłyśmy z Nikolą do pogotowia opiekuńczego po śmierci taty, wydawało mi się, że zawsze będziemy razem, ale rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Znaleźli się ludzie chętni, żeby zabrać do siebie moją siostrę i dać jej prawdziwy dom. Czapliński oczywiście zabiegał u Rejterów, żeby zabrali mnie razem z nią, takie rozwiązanie sugerował też psycholog z pogotowia opiekuńczego, motywując to tym, że jesteśmy bardzo zżyte ze sobą i przez długi czas miałyśmy tylko siebie. Nowi rodzice Niki zaprosili mnie więc do swojego domu, gdzie przez prawie godzinę sondowali mnie, pytali o różne sprawy, o moje poglądy na świat, o wspomnienia, jakie zachowałam z rodzinnego domu. Zrobiłam, co mogłam, żeby im się spodobać, ale jakiś czas później opiekunka pogotowia opiekuńczego przekazała mi złe wieści, że Rejterowie nie będą rozważać możliwości adopcji mnie. Pytanie „dlaczego?” nie przeszło mi wtedy przez usta. Siedziałam w gabinecie ze ściśniętym gardłem i myślałam, podobnie jak Niki dzisiaj, że chodzi o mnie, że nie jestem dość dobra, dość miła i dość interesująca, aby ktoś miał stworzyć mi rodzinę. Opiekunka jednak szybko mnie uspokoiła, wyjaśniając, że głównym problemem jest mój wiek. Mam prawie osiemnaście lat, więc Rejterowie uznali, że jestem już w pełni ukształtowaną osobą, a im zależy na dziecku, które ich pokocha i bez oporów będzie nazywać mamą i tatą. Ze mną to by nie wyszło.

– Przepraszam! – Siostra obejmuje mnie za szyję, więc zmuszam się, żeby przykucnąć, abyśmy miały oczy na tej samej wysokości. Na policzku czuję jej miękkie, ciepłe usta. – Nie chciałam tego powiedzieć. Nie psujmy spotkania!

– Wiem, w porządku, Niki. – Odwzajemniam uścisk, ale chłód pozostaje. Znam moją siostrę lepiej niż ktokolwiek inny i głowę dałabym sobie uciąć, że powiedziała dokładnie to, co chciała, żebym usłyszała. W głębi serca obwinia mnie, że mieszkamy osobno, a siebie wini za to, że już jej nie zależy na mnie tak, jak kiedyś.

– Dwadzieścia cztery zabite osoby, prawie trzydzieści rannych – opowiada dyrektorka mojej szkoły w swoim gabinecie, wodząc palcem po liście poszkodowanych uczniów. – Wczoraj w szpitalu pogorszył się stan pani Moniki Kioskowskiej. Pewnie nie wiedziałaś, że twoja nauczycielka wciąż jest w śpiączce?

– Nie nadaję się na mówcę. – Staram się, żeby głos nie zdradził moich prawdziwych emocji. – Jest tyle innych, bardziej elokwentnych osób. Dlaczego to miałabym być ja?

– Chodzi tylko o proste, szczere słowa, wypowiedziane na ceremonii odsłonięcia pomnika poświęconego ofiarom strzelaniny. – Dyrektorka uprzejmie pokazuje mi plany tego miejsca.

Pomnik stanie w szkolnym ogrodzie i kształtem będzie przypominał anioła ze złożonymi skrzydłami. Na stalowej tablicy, przymocowanej do jego sukni, znajdą się nazwiska zabitych oraz rannych. Bezwiednie zaczynam je odczytywać i nagle czuję się tak, jakby nie minęła nawet minuta, od kiedy kryłam się pod biurkiem w bibliotece.

To mój pierwszy dzień w starej szkole. Dorota, która odwiozła mnie samochodem aż pod bramę, zaskoczyła mnie pytaniem, czy ma ze mną wejść do środka, czy jej potrzebuję.

– Dziękuję, poradzę sobie – odpowiedziałam i naprawdę tak myślałam, przecież chodziłam do tego liceum jeszcze przez kilka dni po strzelaninie i nie było źle.

Jednak już w chwili, gdy wysiadłam z samochodu, zrozumiałam, że moja opiekunka miała rację. Coś się zmieniło, czułam to. Po strzelaninie nie mieliśmy jasnych informacji z mediów dotyczących sprawcy oraz samego zdarzenia. Uczniowie wiedzieli, że Sebastian pozwolił mi opuścić budynek wraz z młodszą dziewczyną, ale nikomu nie przyszło do głowy, że w jego działaniu mogło się kryć drugie dno. Kiedy wyjechałam do Gdyni, najwyraźniej ludzie próbowali zrozumieć, dlaczego Sebastian wypuścił akurat mnie. Idąc więc dzisiaj do szkoły, czułam, jakbym znalazła się na ziemi nieznanej. Każdy krok wydawał się ryzykowny. Dawni przyjaciele z klasy odwracali wzrok, miałam upiorne wrażenie, że wymieniali się porozumiewawczymi spojrzeniami za moimi plecami. Nikt się ze mną nie witał, ludzie nie pytali, co się ze mną działo w minionych tygodniach. Nikt nie zdecydował się usiąść ze mną w ławce.

Na lekcji, pod ich spojrzeniami, czułam, że płonie mi twarz. Poczucie winy podchodziło mi do gardła. Na przerwie poruszałam się korytarzami i widziałam to, czego już nie ma: krew na kaflach na podłodze, ciała zabitych, rozbitą szybę w drzwiach do biblioteki. Polonistka kazała nam wypożyczyć lekturę do przeczytania, ale dałam radę dojść tylko do drzwi biblioteki. Przerósł mnie widok sali, w której kryłam się przed Sebastianem. Przez szybę w drzwiach zobaczyłam nową kobietę, zatrudnioną po śmierci tamtej zabitej bibliotekarki. I to był koniec. Nie dałam rady zrobić ani kroku więcej. Zamiast wejść do biblioteki, uciekłam do toalety i zaszyłam się w jednej z kabin, skąd zabrała mnie dopiero dyrektorka szkoły.

Teraz siedzimy w jej gabinecie i trudno mi uwierzyć, że mogła wpaść na tak makabryczny pomysł, żebym to ja podczas uroczystości odsłonięcia pomnika ofiar przemówiła, stojąc na podium przed całą szkolną społecznością!

– Wiemy, że znałaś chłopca, który strzelał – mówi łagodnie.

Momentalnie żołądek zawiązuje mi się w ciężki supeł.

– To nieprawda. Wcale go nie znałam. – Mój głos brzmi jak głos robota, co uświadamia mi, że nie jest ze mną dobrze. – Tylko raz wcześniej z nim rozmawiałam, policja o tym wie i… Nie miałam na niego wpływu. Nie wiedziałam, co Sebastian zamierza…

– Nikt cię nie oskarża, Miko.

Nie? Więc dlaczego dyrektorka przestała na mnie patrzeć? Dlaczego gdy się do mnie zwraca, jej głos robi się bardziej oschły?

– Wiele osób uspokoiłoby się, słysząc twoją wersję zdarzeń – stwierdza, a ja czuję, jak całe zjedzone śniadanie zaczyna mi ciążyć w żołądku.

– Jaką moją wersję? – pytam tak cicho, że nie jestem pewna, czy te słowa wypowiedziałam, czy tylko pomyślałam. – Przecież moja wersja jest taka sama, jak każdego innego, kto był wtedy w szkole. Ukryłam się pod biurkiem, widziałam śmierć ludzi i…

Dyrektorka spogląda na mnie jakoś tak, że zaczynam rozumieć, co przede mną zataiła.

– Miko, ułatwisz sobie w ten sposób powrót do szkolnej społeczności! – stwierdza.

Powrót do szkolnej społeczności?! Chyba jeszcze nigdy nie odczuwałam tak silnego gniewu. Z torbą na ramieniu pospiesznie kieruję się do wyjścia ze szkoły, a kiedy jestem już na zewnątrz budynku, dobiega mnie głos:

– To ona… Patrz!

Obracam się, tknięta przeczuciem, że mowa o mnie. I mam rację. O barierki, odgradzające budynek od ulicy, opierają się dwie dziewczyny z klasy równoległej do mojej. Znam je, wiem, że jedna z nich straciła w strzelaninie brata.

– Powinnaś wtedy ostrzec ludzi! – zwraca się do mnie jej koleżanka. – Przecież znałaś tego świra!

– Naprawdę nie mogłaś go powstrzymać?! – dołącza się ta, która poniosła stratę. – Jak możesz tak po prostu tu wracać i myśleć, że wszystko jest OK?

Wydaje mi się, że to nie dzieje się naprawdę. To nie moje ręce popychają dziewczynę tak mocno, że uderza plecami o barierkę. Lądujemy na chodniku, gdzie dziewczyna rozpaczliwie się szarpie, próbując mnie odsunąć. Widzę swoją dłoń zaciśniętą w pięść. Widzę twarz dziewczyny, do której zbliża się moja ręka. W ostatniej chwili przytomnieję, zmuszam się, żeby zmienić kąt uderzenia i pięść ląduje na chodniku, skóra pęka i zalewa mnie fala bólu. Ale ten ból mnie otrzeźwia.

Zrywam się na nogi, naciągam torbę na ramię i uciekam. Biegnę tak długo, aż poczuję, że nie jestem w stanie zrobić ani jednego kroku więcej. Wówczas opieram się plecami o jakiś mur, ale to nie wystarcza, więc osuwam się w dół, siadam na chodniku i opieram czoło na kolanach.

Gdybym mogła wykręcić do kogoś numer, zadzwoniłabym do Janka. Tak bardzo go w tej chwili potrzebuję! Ale Janka, którego znałam, już nie ma i to jest jeszcze gorsze. To jest matnia.

– Wszystko w porządku? – pyta jakaś kobieta z troską, przystając nade mną.

Podnoszę głowę i zauważam radiowóz patrolujący ulicę. Pewnie się pogubiłam, sama już nie wiem, czy potrafię odróżnić dobro od zła. Może Czapliński ma rację, odbierając mi możliwość grania dla policji? Co ja właściwie robię? Zginęło tylu ludzi, a ja chronię Janka, zamiast dać policji konkretne informacje i pozwolić zamknąć śledztwo! Pozwalam, żeby rodzina Sebastiana tygodniami żyła w niewiedzy, nie rozumiejąc, dlaczego ich syn zrobił coś tak potwornego! Kim się stałam? Gdzie leży prawda o mnie i co powinnam zrobić?

– Gdzie jest mój wujek?

– Jest zajęty. Musisz wrócić do poczekalni – odpowiada funkcjonariusz policji i zamyka drzwi gabinetu Czaplińskiego.

To ten sam komisariat, na którym pracował mój tata. Znam tutaj każdy kąt, pamiętam, jak przychodziłyśmy z Nikolą do tego miejsca jako dzieci, a tata oprowadzał nas po salach, pokazywał lustro weneckie, za którym znajdował się pokój przesłuchań, zabrał nas też do bufetu, gdzie jadali mundurowi.

– Nie macie prawa! – wrzeszczy jakiś mężczyzna, więc spoglądam na funkcjonariuszy prowadzących kogoś skutego kajdankami. – Złożę na was skargę! Tak wam narobię koło dupy, że będziecie szukać roboty pięćset kilometrów stąd!

Siadam na krześle, przy kobiecie, która ściska w dłoniach zdjęcie młodego mężczyzny, opatrzone napisem „Zaginiony”.

– Miko? Szukałaś mnie? – Czapliński zatrzymuje się przy mnie jakiś czas później.

Natychmiast podrywam się na nogi, czując, że serce zaczyna mi żywiej bić.

– Tak, chcę… chcę ci coś powiedzieć. Możemy porozmawiać? – pytam niemal błagalnie.

Zaprasza mnie do gabinetu, gdzie trochę nerwowo spoglądam na fotografię stojącą na biurku, a przedstawiającą mojego ojca z czasów, gdy był partnerem Czaplińskiego w policji. Trudno mi o tym pamiętać, że to właśnie policjant okazał mnie i Nikoli zainteresowanie, gdy zginął tata i trafiłyśmy do pogotowia opiekuńczego. „Jak mogłam zapomnieć i odwrócić się od niego?” – myślę, porażona własnymi błędami.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – Wujek siada na krześle za biurkiem i opiera łokcie o stół, sondując mnie spojrzeniem pochmurnych, zmęczonych oczu.

– Mogę…

– Możesz mówić głośniej?

– Mogę wam pomóc.

– W czym, Miko?

Staram się uspokoić nerwy, ale głos mi się łamie.

– Powiem ci wszystko, co wiem, całą prawdę…

– O, a do tej pory nie mówiłaś mi całej prawdy?

Opuszczam wzrok, walcząc z uczuciem zakłopotania. Wydaje mi się, że twarz mam czerwoną od uderzeń gorąca. Myślę, że już nic nie będę w stanie powiedzieć, więc Czapliński przerywa ciszę, pytając, o jaką prawdę mi chodzi.

– Ja… już wiem, że do transakcji doszło w Darknecie – odpowiadam na jednym oddechu.

W gabinecie zapada cisza i trwa tak długo, że zdezorientowana podrywam wzrok na wujka. To dziwne, ale ma zmarszczone brwi, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi.

– Bo tylko Darknet jest miejscem, nad którym nie macie kontroli… – dodaję, ale brzmi to jak pytanie.

– Naprawdę tak uważasz? – Czapliński wydaje się zaskoczony. – Optymistka z ciebie!

Otwieram usta i zaraz je zamykam. Czekam, aż wujek mi to wytłumaczy, ale w tej samej chwili zaczynam rozumieć, że błądzę. Do transakcji doszło gdzieś indziej.

„Oczywiście, że nie chodziło o Darknet” – przychodzi mi do głowy. Jak mogłam tak uważać? Układanka, którą próbuję złożyć od trzech miesięcy, wreszcie zaczyna stanowić jedną całość!

Ostrożnie zaglądam do swoich wspomnień i znajduję wszystko, czego szukałam. Aż dziw, że wcześniej na to nie wpadłam! Oczywiście, że istnieje inne miejsce, dające równie potężną wolność jak Darknet! Ono nie działa pod przeglądarkami, to nie sieć, chociaż też zostało wykreowane w wirtualnej przestrzeni. Uderza mnie to, co umykało mi przez cały czas. Tyle razy zastanawiałam się, dlaczego policja poprosiła mnie o zagranie w Bitwę o Io. Myślałam, że chodziło o zaginionych nastolatków, a potem sądziłam, że powodem była sama gra i jej reguły, a przecież powód leżał przed moimi oczami, jasny i wyraźny od samego początku!

To Bitwa o Io była miejscem, gdzie każda przeżyta sekunda znika bez możliwości zapisania jej, gdzie nie można wnieść aparatu fotograficznego, kamery, dyktafonu, gdzie nie da się zebrać dowodów. Gra staje się więc doskonałym miejscem do nadużyć, do rozmów o sprawach, za które w realnym świecie ludzie ponieśliby karę. To w grze rozpoczęła się transakcja, której finałem była strzelanina w mojej szkole!

Wpatruję się w Czaplińskiego i próbuję zrozumieć, dlaczego wcześniej mi o tym nie opowiedział. Nie ufał mi? Uważał, że sobie nie poradzę? Jednocześnie prosił przecież, żebym grała brawurowo – zależało mu, abym ściągnęła na siebie uwagę Opiekunów, a nie zwyczajnych graczy. Policja widocznie od początku zakładała, że za karabin zapłacił ktoś z Mistrzów Gry. Słusznie kierowała się przypuszczeniem, że tylko ich byłoby stać na taką transakcję i czuliby się dość bezkarni, żeby ją przeprowadzić.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – pytam oszołomiona. – Przecież zrobiłabym o wiele więcej! Wiedziałabym, na co patrzeć, o czym rozmawiać z Opiekunami!

– Miko, mój przełożony prosił, żebym skontaktował się z tobą dzisiaj – odpowiada tak oficjalnym tonem, że zaczynam się czuć jeszcze bardziej zdezorientowana i niespokojna. – Chciałem zaraz do ciebie dzwonić, ale skoro przyszłaś, załatwmy to od razu.

Co mamy załatwić? Nie odrywam od niego wzroku, a mój umysł działa teraz na najwyższych obrotach, próbując zrozumieć, co się dzieje. Policja znowu chce, żebym dla nich grała? To niemożliwe! Co on wygaduje? Moja misja przepadła, zawiodłam zaufanie wszystkich, okazałam się koszmarnie nieudolna!

– Masz wszystkie atuty – mówi wolno, z namysłem, jakby jednak sam w to nie wierzył.

Czuję się zbyt zdezorientowana, żeby mu przerwać. Patrzę na jego palce, które wygina, wyjaśniając:

– Wdrożyłaś się w środowisko graczy, zyskałaś zaufanie Mistrzów Gry, umiesz poruszać się po świecie Work a Dream, rozumiesz, czym jest przeżycie śmierci tam i jak wiele czasu zajmuje pozbieranie się po niej w realnym życiu. Dostałaś kontrakt od We Fly High, a to więcej niż oczekiwaliśmy… Więc chociaż znalazłem już kogoś na twoje miejsce, uważamy, że nowej osobie zbyt wiele czasu zajmie rozpracowywanie układów i zbliżanie się do ludzi, którzy tobie ufają. Nie dysponujemy aż tyloma dniami. Nowa gra już się toczy. Potrzebujemy kogoś, kto będzie w środku od zaraz!

Nie jest mi zimno, ale czuję, że drżę. Czyżby policja znalazła jakiś nowy sposób na to, żeby mnie przerobić, wyszkolić i wykorzystać do pracy? Czyżby uważali, że zmądrzałam? Że teraz ich nie zawiodę? Skąd ta zmiana?

– Z pewnością miliony pytań cisną ci się na usta – zauważa Czapliński z uśmiechem, nie doczekawszy się mojej reakcji.

Milczę nadal, więc on zadaje następne pytanie. Pyta, czy chciałabym wziąć udział w operacji dotyczącej gry, której premierę niedawno spektakularnie ogłosiło We Fly High.

Wszystko, co miałam mu do powiedzenia, nagle schodzi na dalszy plan. Nie przyszłam tu po to, by otrzymać misję, tylko oczyścić swoje sumienie i zrobić krok w dobrym kierunku. Chciałam mówić o Janku, a teraz kompletnie nie wiem, co począć. Nie podważam słów Czaplińskiego, ale nachodzą mnie wątpliwości.

– Mówimy o Tytanie? – upewniam się, a policjant przytakuje. Ogarniają mnie jeszcze większe wątpliwości. – Przyszłam tu, bo myślałam, że chcecie przesłuchać Janka Kaniewicza…

Czapliński wzrusza ramionami i nagle uświadamiam sobie, co to oznacza.

Nie przesłuchają go! To dlatego tyle zwlekali z wezwaniem go na komisariat! Najwyraźniej zrozumieli, że skoro do transakcji doszło w grze, tylko w grze znajdują się ludzie odpowiedzialni za handel bronią, a… A jeśli policja przesłucha Janka i zrobi się z tego medialna afera, osoby powiązane z tamtym dramatem zatrą po sobie ślady na zawsze, rozejdą się po innych grach…

– Na tym etapie go nie przesłuchamy – oświadcza Czapliński. – Chyba że wiesz coś o jego udziale w sprawie, co zmieni nasze zdanie. Czy jest coś takiego?

Nie mogę się ruszyć z krzesła. Nie jestem w stanie patrzeć na Czaplińskiego, więc wgapiam się w uschnięte liście doniczkowej rośliny stojącej na oknie. Trudno mi uwierzyć, że wszystko zależy ode mnie, od tego, co teraz odpowiem. Nie wiem, jak to się stało, jak to w ogóle możliwe, że los jednej osoby nagle znalazł się w moich rękach. Świadomość, że mogę Janka ochronić albo popchnąć w przepaść, jest dla mnie zdumiewająca. Kilka razy zamykam oczy i je otwieram, liczę do dziesięciu, zastanawiam się, czy Czapliński odsunie ode mnie tę odpowiedzialność, gdy je otworzę. Podnoszę powieki i patrzę na wujka, a on wciąż czeka na moją odpowiedź.

– Więc jak? – ponagla mnie. – Bądź ze mną szczera, Miko. Żadnego krętactwa i brania chłopaka w obronę. Jeśli jest chociaż jeden powód, dla którego powinniśmy przesłuchać Kaniewicza już teraz, podaj mi go, zanim puszczę w ruch machinę, którą trudno będzie zatrzymać!

Głośno przełykam.

– Miko?

Mam wrażenie, jakby pod moim krzesłem zapadała się ziemia, kiedy w końcu zaprzeczam ruchem głowy.

– Nie, nie ma powodu go przesłuchiwać – bąkam.

3

Według policji skontaktuje się ze mną Borys Iwanienko – chłopak, który figuruje na liście płac We Fly High i poza graniem dla nich na kontrakcie zajmuje się też werbowaniem Opiekunów. Pogotowie opiekuńcze w porozumieniu z policją podpisało mój kontrakt, dzisiaj poszłam więc na pocztę i wrzuciłam go do zębatej szczeliny w skrzynce na listy. Powędrował w świat!

Policja twierdzi, że za dwa, trzy dni Borys zaprosi mnie na ostatni test i w zależności od tego, jak go przejdę, zostanę przyjęta albo odrzucona z grona Mistrzów Gry.

– Co to za test? – pytam zdumiona. – Myślałam, że kontrakt już mam w kieszeni?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki