5 sekund do IO - Małgorzata Warda - ebook + audiobook
Opis

W szkole Miki dochodzi do tragicznej w skutkach strzelaniny. Tylko ona widziała sprawcę. Okazuje się, że dramat w liceum mógł mieć coś wspólnego z kontrowersyjną i tajemniczą grą, stworzoną w najnowszej technologii, gdzie gracz odczuwa nie tylko temperaturę otoczenia, zapachy i smaki, ale też ból. Może tam nawet przeżyć własną śmierć. Na prośbę policji Mika wkracza w wirtualny świat stworzony na upalnym, wulkanicznym księżycu Io. Czy i ona wpadnie w pułapkę piekielnie niebezpiecznej gry?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 13 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


Podziękowania

Dziękuję paniom redaktor: Ewelinie Angielczyk i Hannie Koźmińskiej za pracę nad powieścią, entuzjazm i świetne pomysły. Tak samo dziękuję całemu zespołowi wydawnictwa Media Rodzina za wkład pracy, a pani Uli Pągowskiej za niebanalny projekt okładki.

Dziękuję:

Przemkowi Rudziowi za piękną opowieść o księżycu Io, dzięki czemu udało mi się znaleźć właściwy plener do gry.

Ilonie Poćwierz-Marciniak, mojej dyżurnej pani psycholog, za godziny spędzone na rozmowach o bohaterach mojej powieści i pomoc w zrozumieniu, jacy powinni być Mika i Ian.

Maćkowi za wsparcie i pierwszą redakcję książki. Rodzicom za nieustającą wiarę we mnie. Siostra Ola Orlita dawno temu zaraziła mnie myślą, że w każdej powieści powinna znajdować się tajemnica do rozwikłania, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Dorocie Keller pragnę podziękować za chęć wysłuchania mnie, ale też za opowieść o Mistrzach Gier komputerowych, która zainspirowała mnie do stworzenia postaci Iana.

Agnieszce Sikorskiej-Celejewskiej za rozmowy o literaturze i sposobach pisania, Magdzie Pioruńskiej – ponieważ przekonała mnie do gatunku fantastyki i wspierała wszystkie moje literackie działania, a po przeczytaniu fragmentów 5 sekund do Io stwierdziła, że idę w dobrym kierunku.

Marcinowi Lembergowi i Konstantemu Kalickiemu za znalezienie czasu na przeczytanie powieści i jej konstruktywną krytykę.

Książka na pewno nie powstałaby bez mojej agentki literackiej Manuli Kalickiej, która od początku wspierała pomysł jej napisania i zainspirowała mnie do działania. Jestem też wdzięczna pisarkom z Grupy Siedleckiej za motywację, rozmowy i mnóstwo śmiechu.

1

Dziewczyna oddycha coraz płycej, a jej spanikowane spojrzenie przykleja się do mnie. Nie znamy się, niczego o niej nie wiem. W przeszłości może raz albo dwa widziałam ją w stołówce lub w bibliotece. Już nawet nie pamiętam. A teraz jesteśmy tu i ona liczy, że zrobię coś, co nas uratuje.

– Ktoś o nas wie? – szepcze. – Policja przyjechała?

Powinni już tu być. Nie rozumiem, dlaczego ich nie ma. Minęło mnóstwo czasu, od kiedy wszystko się zaczęło, ale szkoła wciąż jest odcięta od reszty świata. Spod stołu widzę tylko fragment okna, a za nim czyste niebo. Gdyby napastnik, którego chwilę temu słyszałam w korytarzu, odszedł, może starczyłoby mi odwagi, żeby się podnieść i zobaczyć, czy pod szkołą stoją radiowozy. Jednak kroki w korytarzu zbliżają się, zamiast się oddalić.

Pomiędzy ławkami pojawia się wysoka postać, którą widzę tylko od stóp do ramion. Bezszelestnie wsuwam się głębiej pod ławkę, ze wzrokiem wbitym w broń, którą niesie. Wydaje się taki pewny siebie i tego, co robi, kiedy spokojnie się do nas zbliża. Jeden krok, drugi, trzeci… Jest już tak blisko, że mogłabym go dotknąć. Patrzę na jego białe tenisówki z kolorowymi sznurowadłami, potem wyżej, na łańcuszek na klucze, który wystaje mu z kieszeni dżinsów. „On ma jakiś dom” – myślę. Przyszedł tu dzisiaj i zrobił tak wiele złego, podczas gdy jego rodzice pewnie o niczym nie mają pojęcia. Może w tym właśnie momencie dzwoni u nich telefon. Na linii słyszą obcy głos: „Państwa syn wziął zakładników w szkole. Ma broń”.

Pod przeciwległą ławką ukrył się uczeń maturalnej klasy i teraz próbuje mi coś przekazać, wskazując wzrokiem prawą stronę. Nie chcę patrzeć, ponieważ tam leży bibliotekarka, bez jednego buta, z podwiniętą sukienką, która odsłania kolano i biegnące w rajstopach oczko.

Pamiętam, że krzyknęła, kiedy padły strzały.

– Szybko, wejdźcie pod ławki! – zarządziła.

Strzały powtórzyły się w holu, więc upadłam na kolana i szybko wczołgałam się pod najbliższy stół. Ona w tym czasie zbliżyła się do przeszklonych drzwi, a zaciekawiona gimnazjalistka stanęła za nią. Nagle zrobiło się tak cicho, że odruchowo wstrzymaliśmy oddechy. Bibliotekarka zbliżyła twarz do szyby, pewnie próbując ocenić, gdzie jest napastnik. Kolejna chwila ciszy, aż dzwoniącej w uszach, i nagle rozległ się strzał, a szyba w drzwiach pękła jak na filmach akcji. W ułamku sekundy zobaczyłam, jak biały golf bibliotekarki zmienia barwę na karmazynową, a dziewczyna leci na podłogę. To był odruch – wychyliłam się i pociągnęłam ją pod ławkę. Dostać się do bibliotekarki nie miałam szans. Przytuliłam więc małą i zakryłam jej oczy, żeby nie widziała ciała.

Chłopak znowu daje mi znak, podczas gdy adrenalina, która na jakiś czas wyciszyła strach gimnazjalistki, opada, powodując, że dziewczyna nerwowo się porusza.

W ciszy, jaka panuje, jęk brzmi jak krzyk. Nerwowo spoglądam na bibliotekarkę. Poruszyła dłonią. „Proszę, nie!” – myślę, ale jest już za późno, ponieważ tenisówki obracają się czubkami w stronę kobiety, a ona z trudem dźwiga głowę z podłogi. Nie zauważa skierowanej na siebie broni, nie widzi napastnika, ale za to dostrzega mnie i zanim zdążę zaoponować, jęczy:

– Miko…

Rozpaczliwie cofam się pod ścianę, ona jednak jest zbyt oszołomiona, żeby zrozumieć, co próbuję jej przekazać.

– Miko, pomóż mi… Coś się stało… coś…

Wtedy tenisówki zmieniają kąt, obracają się czubkami do mnie i wiem, po prostu wiem, że to koniec, ponieważ nie mam gdzie się ukryć. Jeśli wcześniej sądziłam, że uda nam się z tego wyjść cało, w tym momencie straciłam nadzieję. Przyciskam gimnazjalistkę do siebie, jakbym tym sposobem mogła ją ochronić, a napastnik kuca, opierając broń na kolanie.

Mija kilka koszmarnych chwil, nim zmuszę się, żeby oderwać wzrok od skierowanej na mnie lufy i spojrzeć mu w twarz. Kolejna upiorna chwila i poprzez otępienie, w jakie wpadłam, dociera do mnie, że go znam.

2

Dawniej

Okienna szyba jak lustro odbija moją postać – pociągłą twarz o wydatnych, dziecięcych ustach i dużych oczach, otoczonych długimi rzęsami. Jasne włosy, niedbale przewiązane gumką spadają mi na czoło i ramiona.

– Gotowi? – Pani dyrektor wstaje zza biurka i składa dłonie jak do modlitwy. – Krajowy konkurs gier komputerowych uważam za otwarty!

Dwudziestu dwóch zawodników nagle pochyla się nad testami, słychać szelest kartek, zgrzyt ołówków.

– Na rozwiązanie macie pół godziny, ale jeśli ktoś skończy szybciej, będą mu przyznane dodatkowe punkty! – woła dyrektorka.

Na pierwszej stronie, w wyznaczonym do tego miejscu, piszę: „Mika Landowska, wiek 16 lat”.

Pierwsze trzy pytania wydają się banalnie łatwe. Jaka była pierwsza gra komputerowa na świecie? Odpowiedź a) piłka nożna; odpowiedź b) tenis; odpowiedź c) rugby. Zaznaczam b) i przechodzę do kolejnego punktu. Pierwsza gra o wyścigach samochodowych, od której rozpoczęła się dyskusja o przemocy, nosiła nazwę: a) Mysterious House; b) Death Race; c) Carmageddon. To podchwytliwe pytanie, chociaż wydaje się bardzo proste. Carmageddon to gra, która powstała niewiele później od Death Race, a wykorzystano w niej pomysł poprzedniczki. Mogę się założyć, że większość osób zaznaczy właśnie ją, ponieważ była o wiele popularniejsza od prostej gierki, w której należało rozjechać jak największą liczbę przechodniów, a po każdym sukcesie na leżące zwłoki nakładało się wyobrażenie grobu. Zaznaczam b).

Ktoś po mojej prawej stronie głośno wzdycha, więc odrywam wzrok od kartki. To dziewczyna. Policzki jej płoną, a ołówek śmiga po teście w tak błyskawicznym tempie, że ciężko mi oderwać od niej wzrok.

W ławce za nią zauważam chłopaka o jasnych włosach. Właśnie się wyprostował, jakby rozbolały go plecy. Nasze spojrzenia się spotykają. Uśmiecha się, więc odpowiadam tym samym i wracam do testu. „OK, skup się!” – myślę. Kolejne pytanie dotyczy najnowszej technologii RPG, na której opierają się zawody międzynarodowe: RPG Sensor, w której gracz odczuwa chłód i ciepło otoczenia; oraz Work a Dream, gdzie wszystko jest podobno tak realne, że można dać się oszukać i uwierzyć, że to alternatywne, lepsze życie.

„Work a Dream” – powtarzam w myślach, przygryzając końcówkę ołówka. Śnienie na żywo. Śnienie w wirtualnym świecie, gdzie odczuwa się nie tylko temperaturę powietrza, ale też zapachy, smaki, a nawet ból.

Czytam kolejne pytanie: kiedy na rynek weszła pierwsza gra w technologii Work a Dream? Zakreślam odpowiedź c) – półtora roku temu.

– Dziewięćdziesiąt punktów, jesteś zaraz za mną na liście finalistów przechodzących do następnego etapu! – stwierdza jasnowłosy chłopak. W holu, gdzie czekamy na kolejny etap konkursu, zebrało się tak wielu ludzi, którzy przyjechali kibicować uczestnikom, że co chwila ktoś nas rozdziela, przeciskając się środkiem korytarza. Przepuszczam dziewczynę, a blondyn pyta: – Sama tu przyjechałaś?

Przytakuję.

– A ty?

– Z kolegą. – Szuka go wzrokiem, ale nie znajduje. – Gdzieś tu się kręci. Sebastian – przedstawia się, wyciągając do mnie rękę.

– Mika. – Ściskam jego dłoń.

Musi być starszy ode mnie o rok, może o dwa lata. Podobają mi się jego oczy w kolorze czystego błękitu i jasne włosy, sprawiające wrażenie nieuczesanych. Czekam, czy zapyta, dlaczego nikt ze mną nie przyjechał, ale na szczęście tego nie robi.

– Zauważyłem cię już wcześniej, kiedy przechodziliśmy eliminację. Myślę… – Uśmiecha się, żeby nie zabrzmiało to okropnie: – Myślę, że jesteś świetna, ale jestem od ciebie lepszy. Jeśli jednak mi się nie uda, to właśnie ty pojedziesz na zawody międzynarodowe i zagrasz w Work a Dream.

Śmieję się, mile połechtana i trochę zaskoczona.

– Chciałabym, ale nie jestem aż tak dobra!

Zastanawia mnie, czy rozpoznam go w finałowej rundzie, kiedy włożymy na siebie ciała avatarów. Wcale nie jest powiedziane, że będę dziewczyną, a on chłopakiem. W wirtualnym świecie płeć można dowolnie zmienić, możemy być, kim chcemy. Próbuję przewidzieć, jak potoczy się gra, jeśli jednak rozpoznam Sebastiana. Czy będziemy sobie pomagać, czy raczej tę rozmowę obrócimy przeciwko sobie?

– Rozpoznam cię. – Uśmiecha się w jakiś szczególny sposób, który sprawia, że uważnie patrzę mu w oczy. – Mika Landowska – powtarza, jakby chciał to zapamiętać. – Do zobaczenia po przerwie!

3

Od tamtej pory minął prawie rok. W bibliotece spoglądam na niego ze strachem i martwię się, czy Sebastian pamięta nasze spotkanie podczas konkursu. Dla mnie rozpoznanie oznacza dwie możliwości: może mnie ocalić albo zabić.

– Ciężki dzisiaj dzień, prawda? – zagaduje, jakbyśmy wciąż stali w korytarzu, czekając na finałową rundę. – Jak się masz?

Brzmi to tak idiotycznie, jak tylko może w tej koszmarnie chorej sytuacji. Nie potrafię wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi, więc Sebastian znowu przerywa ciszę:

– Grasz jeszcze?

I znowu nie wiem, która odpowiedź będzie dla mnie korzystniejsza.

– Trochę. – Wybieram unik, a on ociera pot z czoła.

– Prawie finalistka! – śmieje się ze znużeniem.

Dopiero teraz dostrzegam, jaki jest zmęczony. Na skórze błyszczy mu pot, pod oczami zgromadziły się cienie, jakby dawno nie spał. „Co ci się stało?” – myślę. Co się stało z chłopakiem, którego spotkałam w konkursie? Spoglądam na broń, którą oparł na kolanie tak, że wciąż celuje we mnie. „Skąd ją wziął?”.

– Wyszłaś, gdy tylko zaczęliśmy grać w finale! – zwraca się do mnie tonem pogawędki. – Dlaczego zrezygnowałaś?

Przeraża mnie, że wszystko jest teraz w moich rękach. Znam go, powinnam więc spróbować na niego wpłynąć i wyciągnąć nas wszystkich z tej koszmarnej sytuacji, ale nie mam pojęcia jak. Myśli rozbiegają się, gdy próbuję je pozbierać. „Myśl, proszę, myśl!” – ponaglam sama siebie. Chrząkam i zaczynam tłumaczyć:

– Musiałam wyjść…

Gubię wątek, kiedy dociera do mnie jęk bibliotekarki. Kobieta właśnie próbuje się podnieść, ślizgając się łokciami w kałuży krwi. Wpatruję się w nią bezradnie, z lękiem, czując, jak serce bije mi szybko w piersiach.

– Sebastian, ja… – Wiem, że to ostatnia szansa. Muszę szybko coś wymyślić, odwrócić jego uwagę! Rozchylam usta, ale jest już za późno. Sebastian robi szybki obrót i niewielką przestrzeń biblioteki przeszywa huk wystrzału. Jest tak głośny, że przez moment kompletnie nic nie słyszę. Widzę tylko dym, który przedostaje się do nosa i szczypie w oczy. Dziewczyna w moich ramionach niespodziewanie zaczyna się szarpać, krzyczy piskliwie i długo, a ja czuję, jak po skórze spływa mi krew bibliotekarki, która rozbryznęła się w chwili wystrzału. Siedzę jak porażona i wpatruję się w nogi kobiety. Widzę tamto oczko w jej rajstopach, splot nitek zbrudzonych krwią. Obraz ciemnieje i ciemnieje, tracę poczucie czasu i miejsca i wiem, że za moment dziewczyna wyrwie mi się z rąk, a ja upadnę na podłogę i stracę przytomność.

– Mika?

Sebastian musi powtórzyć moje imię kilka razy, żeby do mnie dotarło. Palce mam zdrętwiałe i zimne, kiedy dotykam policzka. Krew. Wszędzie krew.

– Mika, chcesz wyjść? – Głos dociera do mnie jak z zaświatów.

Patrzę na niego i nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi. Poruszam ustami, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

– Możesz iść.

Nie wykonuję najmniejszego ruchu i dziewczyna w moich ramionach też nieruchomieje. Poprzez otępienie, w jakie wpadłam, dociera do mnie, że Sebastian kłamie – jeśli wstaniemy i odwrócimy się do niego plecami, strzeli.

– W porządku. Wyjdziecie razem – ponagla nas.

Próbuję wyczytać z jego oczu, co naprawdę zamierza. Nie potrafię. Nie znam go. Niczego o nim nie wiem! W uszach ciągle słyszę huk wystrzału, pod powiekami mam zły, ciemny powidok.

– No już! Idźcie! – W jego głos wkrada się złość.

Musi mnie pociągnąć za rękę, żebym zareagowała. Wyrywam dłoń i wycieram o spodnie, nie myśląc, jak on to odbierze. Skóra dosłownie mnie pali, oddech mam szybki i płytki. Wstaję z uczuciem, jakbym robiła pierwszy krok nad głęboką przepaścią.

– Szybciej! – pogania.

Przed stopami widzę kałużę krwi. Boję się, że nie dam sobie rady, że zaraz zemdleję, więc skupiam się na gimnazjalistce. Jej ręka jest lodowato zimna, co oznacza, że dziewczyna straciła wiele krwi i szybko potrzebuje pomocy. Drży i muszę ją przytrzymywać, żeby się nie potknęła.

– Mika?

Zatrzymuję się i tak strasznie, tak okropnie boję się obrócić. Przeczuwam, że Sebastian odbezpieczył broń i celuje w nas. Największym wysiłkiem woli robię jednak powolny obrót.

Pistolet wciąż tkwi w jego ręce, ale ręka zwisa luźno wzdłuż boku.

– Mika, gram w Work a Dream.

Patrzę na niego przez dobrą minutę, zanim dotrze do mnie sens jego słów.

– Jest niesamowita! – dodaje, ze zmęczeniem pocierając oczy. – Powinnaś spróbować.

„On oszalał” – myślę. Dociera do mnie, że musimy wyjść tak szybko, jak to tylko możliwe, zanim Sebastian zmieni plany co do nas. Coś mu się stało, wygląda i mówi normalnie, ale widzę w nim szaleństwo. Nawet nie wie, co przed chwilą zrobił.

– Idź… – szepczę do dziewczyny i popycham ją przodem.

Za progiem na podłodze depczemy po rozbitym szkle. Ciężko w to uwierzyć, ale to ten sam korytarz, którym szłam dzisiaj rano, ze słuchawkami od iPoda w uszach i z tysiącem planów na dzień. Mam wrażenie, że od tamtej chwili rozpoczęłam już inne życie. Moje mięśnie się napinają, kiedy czekam na strzał oddany za plecami, który powali mnie albo dziewczynę.

Nikt jednak nie strzela.

Mijamy sale, w których pochowali się uczniowie. Widzę fragmenty ich odzieży albo wystraszone twarze wyglądające spod ławek.

Drzwi wyjściowe są już w zasięgu ręki – jasne od bijących w szyby promieni słońca. Zanim je przekroczę, zauważam wszystko, co być może widział też Sebastian. Plac przed szkołą jest aż niebieski od mundurów policyjnych. Media musiały już donieść o dramacie w szkole, ponieważ za siatką odgradzającą budynek znajdują się spanikowani rodzice uczniów.

Powinnam mieć białą chustę albo coś innego, co mogłabym pokazać przez szybę, żeby policja nie wzięła mnie za napastnika, ale niczego takiego nie mam. Ostrożnie popycham drzwi i przytrzymuję dziewczynę, żeby nie upadła. Słoneczne światło sprawia, że osłaniamy oczy rękami, a droga do radiowozu jest najdłuższą, jaką pokonywałam w życiu.

Jesteśmy gdzieś w połowie podjazdu, kiedy ciszę rozrywa huk wystrzału.

Reszta toczy się bardzo szybko – przygotowany do ataku oddział antyterrorystyczny rzuca się biegiem w stronę drzwi. Padają policyjne komendy. Jednocześnie jedno z okien na parterze, w sali, gdzie zajęcia mieli gimnazjaliści, eksploduje. Odłamki szkła wystrzeliwują na dużą odległość, któryś godzi mnie w ucho. Krzyczę i słyszę, jak w szkole wrzeszczą uczniowie. Krzyk jest ogłuszający, straszny. Mam wrażenie, jakby cały świat wywrócił się do góry nogami. Rodzice kryją się za policyjnymi radiowozami, które stają się teraz miejscem ostrzału. Ktoś woła, że strzały padły z pierwszego piętra.

W powstającym chaosie zauważam głównie dym, który wznosi się z okien pokoju biblioteki i celuje w niebo. Przypomina mi, że jeszcze przed chwilą tam byłam, myślę o maturzyście chowającym się pod ławką… Z ostrzeliwanej ziemi w górę podrywa się piach. Strzały padają z okna innej sali. Ktoś odciąga mnie za radiowóz i zmusza, żebym kucnęła. Na głowie czuję silną dłoń, która nie pozwala mi ani odrobinę się unieść.

– Nie ruszaj się! – krzyczy nad moim uchem policjant.

A potem ktoś wrzeszczy, długo i histerycznie. Brzmi to tak, jakby krzyczała jakaś dziewczyna.

4

Po wybuchu ledwo słyszę. Leżąc na noszach, czekam na swoją kolejkę, by trafić do karetki, a karetki na sygnale jeżdżą bez przerwy, do szpitala i ze szpitala.

– Ilu było napastników? – czytam z ruchu warg funkcjonariusza, który się nade mną pochyla. – Czyja to krew?

Co chwila przyciskam ręce do uszu, próbując je odetkać. Wszystko wokół przypomina film, w którym ktoś wyłączył fonię.

– Jak się czujesz? – pyta psycholog w szpitalu.

Większość słów też czytam z ruchu jej ust, chociaż powoli pewne dźwięki zaczynają do mnie docierać. Brzmią jednak dziwnie, jakby wydobywały się z głębokiej studni. Lekarze obandażowali mi głowę i stwierdzili, że ucho środkowe nie zostało uszkodzone, więc wszystkie objawy głuchoty powinny cofnąć się w ciągu najbliższych godzin.

– Gdzie jest dziewczyna, z którą wyszłam? – pytam i widzę po minie psycholog, że nie wie, o kogo mi chodzi. – Co się stało z ludźmi w szkole? – naciskam, a panika daje o sobie znać. Oczy robią mi się wilgotne, znowu trzęsą mną dreszcze. – Czy policja złapała napastnika? Wszystko już dobrze? Znaleźliście bibliotekarkę?

Na słowo „bibliotekarka” zakrywam rękami usta. Nie panuję nad tym. Wycieram rękawem nos i ze wszystkich sił staram się powstrzymać płacz.

– Nie przeżyła, prawda? – Drżę, powietrze wypuszczam drobnymi porcjami. – Zabił ją?… – Zaczynam się nerwowo kołysać.

– Jest tu ktoś z tobą? – przerywa psycholog, przesadnie poruszając ustami, żebym wszystko dobrze zrozumiała. – Musisz spróbować się uspokoić. Wiem, że wiele przeszłaś, ale policja chce cię przesłuchać. Powiedziałam im, że potrzebujesz jeszcze trochę czasu, żeby wrócili później. Powiadomiłaś rodzinę? Podaj mi numery, to zadzwonię w twoim imieniu.

Rozglądam się za moimi rzeczami. W torbie miałam telefon komórkowy, ale zostawiłam ją w bibliotece i nie mam pojęcia, czy ktoś ją tu przywiezie. Zaczynam dyktować numer Czaplińskiego, ale mylą mi się cyfry i w końcu psycholog stwierdza, żebym odpoczęła.

– Zawiadomi go policja, nie martw się – uspokaja. – I odpocznij chociaż chwilę. Zaraz poproszę lekarza, żeby dał ci środki uspokajające.

W mojej sali aż roi się od rodzin pacjentów, tylko krzesło przy moim łóżku pozostaje puste. Słuchając rozmów, dowiaduję się, że policja wkroczyła do szkoły i udało się ewakuować większość uczniów. Podczas strzelaniny zginęło jednak kilkanaście osób. Nerwowo unoszę się na łokciach. Właśnie próbuję się dowiedzieć, kto zginął, kiedy podchodzi do mnie dwóch nieznajomych mężczyzn.

– Mika Landowska? – pyta jeden z nich.

Coś mówi, ale nie udaje mi się tego usłyszeć, więc proszę, żeby powtórzył.

– Musimy porozmawiać – powtarza głośniej. – Możesz chodzić? Pójdziemy do gabinetu psychologa.

Moje ciało jakby lepiej wiedziało, co się zaraz stanie, znowu drży. Szczękam zębami i robi mi się koszmarnie zimno. Zbyt często oglądałam w domu Czaplińskiego policjantów, żeby nie dostrzec od razu, że ci mężczyźni też są stróżami prawa.

– Pomogę ci – proponuje jeden, wyciągając do mnie dłoń.

– Miko, ile masz lat?

– Za pół roku skończę osiemnaście.

– Obecnie przebywasz w domu dziecka w Warszawie, przy ulicy Mickiewicza?

– Tak.

– I to ty wyszłaś ze szkoły, wypuszczona przez napastnika?

Psycholog, która uczestniczy w rozmowie, przesiada się na fotel bliżej mnie, uważnie słuchając zadawanych pytań.

– Chciałbym, żebyś dokładnie nam opowiedziała, co właściwie wydarzyło się w bibliotece.

Ciągle źle słyszę przez obandażowane ucho, więc nagle tracę pewność, czy wszystko zrozumiałam.

– Nie wiecie tego? – dziwię się. – Nie wiecie, dlaczego wszedł do szkoły z bronią?

Policjant po mojej prawej stronie odpowiada pytaniem:

– Znałaś go, prawda?

Oglądam się na drzwi. Pewnie nie ma jeszcze powodu się bać, ale oblatuje mnie strach. Ogarnia mnie też złe przeczucie. Boję się tak bardzo, że zaczyna boleć mnie brzuch. Przyciskam do niego ręce, spoglądając to na jednego policjanta, to na drugiego.

– Znałaś napastnika? – powtarza funkcjonariusz.

Obronny instynkt każe mi zaprzeczyć. Nie słucham go, nie ma przecież powodu, dla którego miałabym kłamać.

– Miał na imię Sebastian. Poznaliśmy się w konkursie gier RPG – przyznaję.

Nie potrafię niczego wyczytać z ich twarzy. Patrzą obojętnie, jakby wszystko już wiedzieli, a jednocześnie podejrzewam, że nie wiedzą prawie nic.

– Dobrze się znaliście? – pada pytanie. – Był twoim kolegą?

– Był? – podchwytuję. Może znowu coś źle usłyszałam. – Złapaliście go?

Nie odpowiadają.

– Sebastian nie żyje? – Mocniej zaciskam ręce na brzuchu. – Zginął?

– Czy był twoim kolegą? – powtarza policjant.

Zanim zdążę odpowiedzieć, drugi z nich przypomina:

– Pozwolił ci wyjść z budynku.

Robi mi się gorąco, tak okropnie gorąco, że muszę ochłodzić skórę, przykładając do czoła zimną butelkę wody mineralnej. Chyba jeszcze nie do końca rozumiem, co się właściwie stało. Oblizuję usta, które wyschły na wiór, i bąkam:

– Znałam go tylko z konkursu. Ja się z nim nie przyjaźniłam…

Uparcie wracają jednak do faktu, że zostałam wypuszczona z biblioteki. Pytają, czy byłam przy tym, jak Sebastian zabił bibliotekarkę.

– Tak. – W mojej głowie czeka ciemny, zły obraz. Trę palcami oczy, które nieubłaganie zaczynają łzawić, a potem wycieram łzy i zauważam niewielkie, sczerniałe miejsce na blacie stołu, które wygląda, jakby ktoś wypalił je papierosem. Odruchowo dotykam go palcem.

– Jesteś wychowana w domu dziecka – kontynuuje jeden z policjantów. – Wiem, że dwa lata temu miałaś kłopoty z rodziną zastępczą, która cię do siebie wzięła. Podobno uderzyłaś syna opiekunów.

Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę.

– Dobierał się do mnie! – unoszę głos. – Co to ma do rzeczy? Jaki to ma związek ze szkołą i z Sebastianem?

Psycholog prosi, żebym się uspokoiła. Policji wyjaśnia, że wiele dzisiaj przeszłam i potrzebuję czasu, żeby uporać się z emocjami. Powinni mnie przesłuchać innego dnia…

– Nie mamy tyle czasu. Miko, czy wiesz, skąd Sebastian miał broń?

Patrzę na niego szeroko rozwartymi oczami.

– Dlaczego miałabym to wiedzieć? Powiedziałam już, że nie przyjaźniliśmy się! Poznałam go w krajowym konkursie gier RPG…

– Powiedziałaś, że Sebastian cię wypuścił – przerywa mi policjant. – Użyłaś jego imienia. Znałaś je.

Znowu oglądam się na drzwi, a serce jak szalone bije mi w piersiach.

– Przecież to nie ja strzelałam! – Nie panuję nad głosem: drży, a mnie oblewa zimny pot. – Czego ode mnie chcecie?! Co mam powiedzieć?!

– Nie denerwuj się, odpowiadaj na pytania. Dlaczego Sebastian wypuścił ciebie, podczas gdy w szkole znajdowało się wielu innych uczniów? Co dokładnie powiedział ci w bibliotece?

– To nie był mój kolega! – Teraz już właściwie krzyczę. – Nie mam pojęcia, skąd miał broń!

– Próbuję się dowiedzieć, co powiedział ci w bibliotece. Możesz nam dokładnie powtórzyć jego słowa?

Nie chciałam przy nich płakać, ale policzki znowu mam mokre od łez.

– Że gra w grę w technologii Work a Dream i że też powinnam spróbować!…

Pielęgniarka musiała podać mi środki nasenne, skoro ledwie przykładam policzek do poduszki, a już zapadam w sen. Śni mi się szkolna biblioteka. Na podłodze, tyłem do mnie siedzi gimnazjalistka, którą ukryłam pod ławką. We śnie jednak nie pamiętam, skąd się znamy ani że wydarzyło się coś złego. Po prostu czuję, że coś jest nie tak, ale nie mam pojęcia, co. Zauważam Sebastiana.

– Przywitajcie się. – Szarmanckim gestem namawia, żebym do nich dołączyła.

Kucam z uczuciem niepokoju.

– Hej! – Uśmiecham się do gimnazjalistki.

– Cześć – mruczy, spoglądając na mnie przez ramię.

– Zobacz, kogo tu zaprosiłem! – śmieje się Sebastian.

Dopiero teraz zauważam tatę.

– Cześć, tato! – Ogarnia mnie wielka radość.

Jest i bibliotekarka.

Uśmiech zamiera mi na ustach. Pojawia się silne, złe przeczucie. Zauważam jej rajstopy z długim oczkiem, biegnącym od kolana w górę. Przenoszę wzrok niżej, na stopę bez buta. Podłoga pokryta jest szkłem. Mam wrażenie, jakby ktoś zaczął bawić się obrazem: rozstraja go, nakłada na niego szary, skrzący się drobinkami srebra pejzaż…

Budzę się z krzykiem, który uciszam, przyciskając ręce do ust. Przez jedną upiorną chwilę nie pamiętam, gdzie jestem ani co się stało. Serce łomocze mi w piersiach, przesuwam palcami po włosach i czuję ból po lewej stronie. Powoli powraca świadomość. Dostrzegam inne łóżka, śpiących pacjentów, stojaki na kroplówki. Przyciągam kolana do piersi i szeroko rozwartymi oczami rozglądam się po szpitalnej sali.

Dostałam za długą pidżamę, więc przydeptuję nogawki, na bosaka pokonując korytarz. Dochodzi dwudziesta druga i mam już wypis ze szpitala, ale ciągle jeszcze nikt po mnie nie przyjechał. Z pokoju telewizyjnego dobiega głos spikerki.

– Dzisiejsze wydarzenia wstrząsnęły opinią publiczną…

Wchodzę do środka. Na ekranie telewizora właśnie odtwarzany jest moment, gdy w mojej szkole rozpoczęła się strzelanina. Operator z kamerą uciekł za radiowóz, więc obraz chwieje się i traci ostrość. Na pasku pojawiają się napisy: „Napastnik zginął na miejscu. Obecnie wciąż nie wiadomo, co było przyczyną strzelaniny…”.

„Zginął” – powtarzam w myślach. Pojawia się zdjęcie bibliotekarki z podanymi datami jej urodzin i śmierci oraz dwie fotografie z archiwum rodzinnego, gdzie kobieta znajduje się w otoczeniu bliskich. Po tej prezentacji następuje projekcja zdjęć uczniów, którzy odnieśli rany podczas strzelaniny oraz tych, którzy zginęli. Podczas gdy śledzę wzrokiem przesuwające się zdjęcia, szpitalny psycholog tłumaczy, że młodzież z mojej szkoły doznała ogromnego wstrząsu. Niewielka czcionka tekstu informuje: „Przywieziono do szpitala kilkudziesięciu rannych nastolatków. Nad każdym roztoczono opiekę, również psychologiczną”. Nie czuję się gotowa na zobaczenie zdjęć Sebastiana, więc kiedy niespodziewanie pojawiają się na ekranie, spoglądam na nie i odruchowo dotykam policzka, upewniając się, że nie ma na nim krwi. Uczucie strachu jednak nie mija. Wyróżnioną czcionką poniżej napisano, że policja wciąż szuka powodu, dla którego napastnik wkroczył do szkoły z bronią.

– Mika Landowska? – Pielęgniarka kładzie mi dłoń na ramieniu i delikatnie, ale stanowczo wyprowadza mnie z sali. – Ktoś cię szuka! Chyba przyjechał po ciebie wujek!

– Cześć. – Czapliński, stojący w korytarzu, uśmiecha się tak, jakby chciał mnie przeprosić, że zjawia się dopiero teraz. Dawno temu obiecaliśmy sobie, że nie będziemy się okłamywać w żadnej kwestii. Dzisiaj jednak wolałabym, żeby wybrał kłamstwo zamiast słów: – Nie mogłem przyjechać wcześniej, byłem zajęty w pracy. Dzwoniłem jednak do szpitala i pytałem, jak się czujesz.

Krzyżuję ramiona na piersiach i pochylam głowę.

– Jak się czujesz, Miko?

– Nie wiem. Dostałam leki, przesłuchiwała mnie policja.

– Tak, słyszałem.

Podaje mi torbę, wyjaśniając, że w środku znajdę rzeczy na przebranie.

– Dzwoniłem też do twojej przełożonej w domu dziecka. Jeśli chcesz, możesz zostać u mnie na noc. Chcesz?

Przytakuję ruchem głowy.

– Odpoczniesz, a rano odwiozę cię do pogotowia opiekuńczego.

– Dziękuję. – Zabieram torbę i ruszam do łazienki.

Miałam nadzieję, że Czapliński przywiózł moje rzeczy i to w nich wyjdę na ulicę, ale w środku znajduję obce ubrania. „Pewnie zabrał to, co mieli na komisariacie po nastolatkach” – myślę z uczuciem zawodu.

Byłam jeszcze dzieckiem, kiedy Czapliński zaczął przychodzić do domu mojego ojca. Pamiętam, jak przysiadał się do mnie i pytał z szerokim uśmiechem: „Jak tam moja mała piękność?”. Potem zawsze zamykali się z tatą w gabinecie i omawiali pracowe sprawy, o których ani ja, ani siostra nie miałyśmy nic wiedzieć. Wiele lat później, kiedy tata zginął, a ja z Nikolą trafiłyśmy do pogotowia opiekuńczego, zrozumiałam, co to naprawdę znaczyło, że Czapliński był jego partnerem w policji. Okazał się jedyną osobą z kręgu znajomych naszych rodziców, która nas odwiedzała w placówce i interesowała się naszymi sprawami. „Gdybym miał inną pracę albo chociaż żonę, zabrałbym was do siebie” – powiedział kiedyś. Ponieważ jednak mieszkał sam, żaden sąd nie przyznałby mu prawa opieki nad nami. Mimo to czułam, że się starał. Starał się bardziej niż inni ludzie, chociaż nie zawsze mu to wychodziło. Na przykład teraz nie wyszło.

„Nieważne” – myślę. „Najważniejsze, że tu jest i zabierze mnie do siebie”. Ostatnie, czego bym chciała, to wrócić do domu dziecka i odpowiadać na pytania wszystkich jego mieszkańców.

Czarną i zdecydowanie za dużą bluzę naciągam na głowę, uważając, żeby nie uszkodzić opatrunku. Nie została wyprana, materiał śmierdzi papierosami i męską wodą po goleniu. Staram się o tym nie myśleć. Bandaż jednak się odczepił i dopada mnie piekący ból. Zagryzam usta. Najostrożniej jak potrafię, odczepiam też plastry, odsłaniając zranioną tkankę ucha. Wygląda okropnie, gorzej niż sobie to wyobrażałam. Kiedy ból słabnie, delikatnie naciągam kaptur na głowę, zakrywając chore miejsce, i z zamkniętymi oczami, z dłońmi opartymi o zlew czekam, aż ból minie i będę w stanie wyjść z łazienki.

– Wiem, o co pytała policja – odzywa się Czapliński w samochodzie, ściszając radio. – Było ciężko?

– Myśleli, że skoro mieszkam w ośrodku… – urywam. Nawet nie chce mi się o tym myśleć.

Podpieram głowę na ręce i obserwuję uśpione miasto, rozciągające się za oknami samochodu. Czapliński rzuca mi krótkie spojrzenie.

– Miko, podobno znałaś nastolatka, który wszedł do szkoły z bronią – odzywa się niby obojętnie, ale wyczuwam, że zależy mu na odpowiedzi. – Opowiesz mi? Powiedzieli, że poznałaś go w jakimś konkursie. Co to za konkurs?

Nie chcę myśleć, że robi to specjalnie, na prośbę kogoś z policji. Czapliński na pewno mi wierzy, wie, że nie mam nic wspólnego z wydarzeniami, które rozegrały się w szkole. Odpowiadam więc, siląc się na spokojny ton głosu:

– Krajowe zawody w grach komputerowych. Przeszliśmy do ostatniego etapu i graliśmy razem w sieci w wiele osób… – Urywam, uświadamiając sobie, że Czaplińskiego na pewno nie obchodzi konkurs, tylko Sebastian. – Zdobył pierwsze miejsce – wyznaję, marszcząc brwi.

Według mojej wiedzy, laureat krajowych zawodów otrzymał zaproszenie do uczestniczenia w zawodach międzynarodowych, gdzie gra się w najnowszej technologii Work a Dream. Nie śledziłam tamtych zdarzeń, miałam wtedy wiele własnych problemów, ponieważ rozdzielono mnie z siostrą. Nikola trafiła do rodziny zastępczej, a ja zostałam w domu dziecka. Z tamtego czasu niewiele pamiętam. Głównie spałam, ponieważ mój organizm tak reaguje na stres. Spałam i modliłam się, żeby Niki nie została adoptowana, ponieważ w prawie polskim nie ma paragrafu, który nakazywałby dzieciom z tej samej rodziny mieszkanie razem, więc nie byłabym w stanie powstrzymać ani wpłynąć na procedurę adopcyjną.

Zapada cisza, więc na plan pierwszy wybija się dźwięk radia. Spiker właśnie podaje informacje o masakrze w szkole. Spoglądam na wyświetlacz radiowy, a Czapliński szybko zmienia stację na inną, gdzie nadawana jest muzyka. Kilka chwil nie odzywamy się do siebie.

– Rozpoznałaś go w grze w sieci? – pyta niespodziewanie.

Finał konkursu to kolejna sprawa, o której wolałabym zapomnieć. Tamtego dnia byłam podekscytowana i liczyłam na wygraną. Dobrze mi szło, miałam dużo punktów. Podłączyliśmy się do sieci, wybrałam ciało avatara – nastoletniej dziewczyny o włosach równie jasnych jak moje własne. Wcześniej zastanawiałam się, czy rozpoznam Sebastiana i czy będziemy sobie pomagać, ale w końcu okazało się to bez znaczenia. Nie ukończyłam finałowej rundy, właściwie to nawet nie pograłam dłużej niż dziesięć minut. Gra Terrible Horror, w której się poruszaliśmy, posługiwała się zjawami oraz zdarzeniami rodem z filmowych horrorów. Kiedy tylko się w niej znalazłam, postanowiłam zrezygnować i nie chodziło wcale o to, że przestraszyłam się upiorów czy mocnych scen.

– Wycofałam się już na początku – wyznaję niechętnie. – W pierwszej albo drugiej scenie mój samochód zderzył się z policyjnym radiowozem, w środku widziałam zakrwawione ciało kierowcy i… – Wcale nie muszę kończyć, Czapliński dokładnie wie, co mam na myśli. Tak zginął mój tata.

Późnym wieczorem, owinięta w szlafrok zaglądam do jego gabinetu.

– Jesteś? – pytam, wsuwając głowę do środka, ale pomieszczenie okazuje się puste.

Chwilę spoglądam na notatki rozłożone na biurku. W pokoju wciąż unosi się zapach tytoniu, co znaczy, że Czapliński był tutaj chwilę temu. Jak zawsze, gdy jestem w jego gabinecie, zerkam z zaciekawieniem na korkową tablicę, do której wujek przypina zdjęcia osób zaginionych. Większość ludzi jest mi znajomych z gazet i plakatów na mieście. Zaginione dziewczynki, chłopcy, kobiety i mężczyźni, którzy wyszli z domu tego i tego dnia, ubrani tak i tak i mieli takie a takie cechy szczególne. Skoro się tutaj znaleźli, ich zaginięcia w jakiś sposób łączą się z Internetem, ponieważ Czapliński pracuje w wydziale przestępstw internetowych.

Może się mylę, ale mam wrażenie, że od mojej ostatniej wizyty sporo ich przybyło. Na jednej fotografii dostrzegam przystojnego bruneta, sprawiającego wrażenie chłopaka z pierwszej sportowej ligi. Moją uwagę przyciąga zaniedbany nastolatek z przydługimi włosami i sennymi oczami. Przy jego fotografii znajduje się zdjęcie dziewczyny z kolczykiem w brwi i gniewnymi oczami. Bezwiednie wchodzę w głąb pokoju, zadzieram głowę i z bliska wodzę wzrokiem po zdjęciach. Chwilę przyglądam się nastolatkowi z wystylizowaną fryzurą, spadającą skośnie przez czoło aż za ucho. Dziewczynie o długich jasnych włosach, podobnej do mnie…

Niektórzy są niewiele starsi od mojej siostry, a kilka osób to moi rówieśnicy. „O co chodzi?” – myślę, podczas gdy zimny robak niepokoju pełznie mi po plecach.

5

Dawniej

Ostatni raz widzę mój dom, kiedy przyjeżdżam tam z Czaplińskim. Na furtce pośrednik nieruchomości wywiesił już duży napis „Na sprzedaż” i od kilku dni podobno przychodzą tu potencjalni kupcy.

– Większość rzeczy już spakowałem, reszta niestety zostanie przekazana na aukcje – wyjaśnia Czapliński.

Dopiero po śmierci taty dowiedziałam się o niespłaconym kredycie na dom. Pieniądze ze sprzedaży trafią więc do banku, a mnie i Nikoli przypadnie tylko kwota, która będzie stanowiła różnicę po sprzedaży domu. Czapliński twierdzi, że chociaż nie będzie to duża suma, wystarczy na rozpoczęcie nowego życia, ale dopiero, gdy skończę osiemnaście lat. Do tej pory zostaniemy z siostrą umieszczone w domu dziecka albo trafimy do rodzin zastępczych.

– Co mogę wziąć? – pytam, spoglądając na drzwi prowadzące do mojego pokoju.

– Wszystko, co chcesz.

Nie mamy wiele czasu, więc powinnam już iść, ale wciąż stoję w progu. Czapliński w końcu kładzie mi dłoń na ramieniu.

– Miko? – Głaszcze mój policzek, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił. – Miko, nie musisz przy mnie trzymać się dzielnie. Wszystko rozumiem.

Wiem. Wiem, że powinnam płakać. Tak zachowują się dzieci, które straciły kogoś bliskiego i nagle trafiły do pogotowia opiekuńczego. Dokładnie tak zachowała się Nikola, kiedy dowiedziała się o śmierci ojca. Ale ja od czasu, gdy to wszystko się stało, czuję, jakby wypełniał mnie lód. Nie umiem płakać i nawet nie potrafię się złościć. Od chwili, gdy tata zmarł, nie odczuwam żadnych silnych emocji.

Psycholog, która pracuje ze mną w pogotowiu opiekuńczym, poprzedniego dnia zapytała, czy rozumiem, co się stało.

– Tak, straciłam tatę – odpowiedziałam, a ona uniosła brwi, jakby czekała na inną reakcję.

Prawie codziennie pyta mnie: czy tęsknię za tatą? Jak się czuję? Czy próbuję hamować emocje? Czy już płakałam?

– Miko, jeśli nie uda ci się przejść żałoby, możesz mieć poważne problemy – stwierdziła na zakończenie naszej ostatniej sesji. – Musisz płakać, nie powstrzymuj się!

Ale ja nie potrafię. Naprawdę. Nawet teraz, kiedy przekraczam próg pokoju, gdzie mieszkałam przez całe swoje życie. Nawet wtedy, gdy widzę rzeczy zakupione przez tatę albo te, które łączą się z ukochanymi wspomnieniami. Płacz to za mało, więc moje oczy pozostają suche, a serce rozdziera mi ból. Czapliński mnie obserwuje, kiedy chowam do walizki zdjęcia ojca i sięgam po rzeczy, które od niego dostałam.

– Nie możesz zabrać wszystkiego – wzdycha. – Wybierz więc tylko to, co ci się przyda.

Potrzebuję pamiątek po tacie, a nie ciuchów czy książek. Wiem, że dzięki nim będę pamiętała, że był kiedyś ktoś, dla kogo ja i Niki stanowiłyśmy cały świat, i to jest najważniejsze. Wrzucam więc do walizki kolczyki – prezent od taty, i misia, którego podarował mi w dzieciństwie. Kiedy ciągnę potem walizkę na korytarz, Czapliński znowu wzdycha ciężko i mamrocze, że powinnam była wziąć coś potrzebnego.

– Nie bawisz się już przecież misiami – dorzuca z rezygnacją.

Mój pokój w pogotowiu opiekuńczym ma nie więcej niż osiem metrów kwadratowych i został urządzony tak, jakby miały w nim zamieszkać małe dzieci. Przyglądam się misiom i lalkom ustawionym na półkach segmentu oraz przypiętym do ścian wycinankom z pszczółką Mają.

– Chcę już spać – szepcze Niki, nakrywając się kołdrą po czubek głowy. – Zgaś światło i przestań hałasować!

Żeby jej nie przeszkadzać, wychodzę na korytarz, ale zaraz zawracam. Tyle tu pokoi! Na podłodze w jadalni zauważyłam małe dzieci oglądające bajkę. Nie mam odwagi pójść dalej, zajrzeć do kuchni i poszukać wody mineralnej, chociaż gardło mi wyschło na wiór. Zamykam więc drzwi sypialni, posłusznie gaszę światło i wsuwam się pod kołdrę. Oczywiście sen nie nadchodzi. Kilka chwil później wydaje mi się, że z góry, czyli z posłania Nikoli, dobiega mnie szloch. Wstrzymuję oddech. Chcę spytać: „Niki, płaczesz?”. Ale przecież wiem, że tak. Jestem od niej starsza i teraz, gdy nie mamy nikogo innego, powinnam być dla niej oparciem. Tyle że nie czuję się na siłach, wydaje mi się, że dźwigam ciężar nie do uniesienia. Szloch przybiera na sile, więc jednak łapię się drabinki i wspinam do niej na materac.

– Pomyślałam, że będzie fajnie, jeśli dzisiejszą noc prześpię z tobą – mówię, spoglądając w jej załzawione, spuchnięte od płaczu oczy.

Siostra przytakuje i z wyraźną ulgą przytula się do mnie.

Dopiero po kilku dniach zaczynam przyzwyczajać się do mieszkańców pogotowia opiekuńczego. Okazuje się, że jest nas obecnie dwanaścioro, ale właściwie każdego dnia następuje rotacja. Wszyscy czekamy na koniec procesów sądowych, dotyczących umieszczenia nas albo w domu dziecka, albo u rodzin zastępczych, albo powrotu do własnych rodzin.

Moją uwagę przyciąga niewiele starszy chłopak, który sprawia wrażenie, jakby całkiem dobrze się tu bawił. Już z rana, przed śniadaniem włącza gry komputerowe na konsoli podłączonej do telewizora i całe godziny spędza, zabijając zombie. Kiedy to robi, przyglądam się jego otoczonej długimi kosmykami włosów, pogodnej twarzy.

Pytam o niego panią psycholog podczas sesji.

– Chłopak starszy ode mnie… Ciągle gra na konsoli. Jak ma na imię?

Psycholog jest zaskoczona, że nareszcie coś zaczyna mnie interesować, więc żywo prostuje się na krześle.

– Pewnie mówisz o Bartku? Dlaczego cię zaciekawił?

Nie powiem jej, że spodobała mi się jego twarz i zaintrygowała łatwość, z jaką zabija zombie w grze. Zamiast tego pytam:

– Dlaczego tutaj jest?

Psycholog uśmiecha się ze smutkiem:

– A jak myślisz, Miko? Przecież wszyscy jesteście w podobnym położeniu. On też stracił rodziców. Niedawno przebywał w rodzinie zastępczej, ale musieli z niego zrezygnować, więc teraz czeka na nowy przydział.

– Dlaczego musieli? – nie rozumiem.

Mieszkając w pogotowiu, przyzwyczaiłam się do myśli, że rodzina zastępcza albo adopcja to najlepsze, co może nas spotkać.

Kobieta z westchnieniem spogląda w swoje notatki.

– Nie mogę ci opowiadać takich rzeczy, Miko. Nie mam do tego uprawnień. Porozmawiaj z Bartkiem, jeśli cię to ciekawi. Dobrze by było, gdybyś zaczęła otwierać się na innych ludzi i zawierać przyjaźnie. Może wtedy też wreszcie dopuścisz do głosu emocje?

Zauważam go na piaszczystej drodze, prowadzącej z ośrodka w kierunku nieczynnego lotniska pasażerskiego. Przyspieszam kroku, a ponieważ on i tak porusza się szybciej, wołam:

– Poczekaj!

Zatrzymuje się i czeka, aż zdyszana go dogonię. Czuję się trochę tak, jakby z kinowego ekranu zszedł do mnie ulubiony aktor. Jego spojrzenie tymczasem ogarnia moją twarz, podniszczone ubranie, w którym chodzę i które pewnie powinnam już wymienić na coś nowszego. Tracę też pewność, czy wie, kim jestem, ponieważ patrzy, jakby nie miał pojęcia, czego chcę.

– Co jest? – Ton głosu nie należy do najmilszych, więc zdezorientowana staję w miejscu.

Zapada cisza i już nie jestem pewna, że dobrze zrobiłam, zagadując go. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że jest sporo starszy ode mnie, może nawet chodzi już do szkoły średniej, więc na pewno nie będzie zainteresowany rozmową. Zresztą nic o nim nie wiem!

– Coś chciałaś? – Zagarnia pasmo ciemnych włosów za ucho i zamiast na twarz, spogląda na białą koszulkę, która opina moje piersi. Zaznaczają się pod ubraniem dopiero od niedawna, więc jeszcze się nie przyzwyczaiłam, że ktoś patrzy na mnie w ten sposób. Odruchowo garbię ramiona.

– Lubię patrzeć, jak grasz – wyjaśniam nieporadnie, a on się uśmiecha.

– OK. I co jeszcze?

Czuję, jak na policzkach wykwitają mi rumieńce, więc nerwowo oglądam się na drogę, którą przyszłam.

– Tylko to.

Od lotniska dzieli nas wysoka metalowa siatka. Kiedy próbuję wymyślić temat do rozmowy, Bartek niespodziewanie przerzuca swoją torbę na drugą stronę ogrodzenia. Cofam się zdziwiona i patrzę, jak sprawnie się wspina i już po chwili skacze na trawę porastającą trawnik koło nieczynnego pasa lotniczego.

– Idę się przejść – oznajmia. – Jak chcesz pogadać, chodź ze mną.

Siatka jest wysoka, ale to nie powinien być problem. Umiem wspinać się na mury, drzewa i ogrodzenia. Robiłam to nie raz, kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodziców. Teraz jednak ogarniają mnie wątpliwości.

– Jakieś problemy? – Bartek uśmiecha się trochę ironicznie. – Boisz się, że ktoś nas złapie?

Jego się boję, ale przecież tego nie powiem! Śmieję się. To pierwszy uśmiech od kilku tygodni. Czuję, jakbym odwykła od niego, i jednocześnie od razu rodzi się ta zła myśl, że nie powinnam się uśmiechać, skoro tata nie żyje. Poważnieję i pochylam głowę.

– Nie wolno tu wchodzić, będziesz miał problemy, jeśli ktoś cię nakryje – rzucam już bez uśmiechu.

– O, naprawdę? – Podnosi torbę z ziemi i rusza w stronę szerokiego, zniszczonego pasa startowego. – Co ty powiesz?

Chwilę stoję przy siatce, walcząc z uczuciem, że jestem skończoną idiotką. W końcu oglądam się na pogotowie opiekuńcze, gdzie powinnam wrócić. A potem sięgam po plecak i desperacko przerzucam go na drugą stronę ogrodzenia.

– Bartek, poczekaj! – wołam. – Już idę!

Terminal lotniska wygląda zupełnie jak w programach telewizyjnych, gdzie pokazuje się miejsca opuszczone przez ludzi z powodu katastrofy: puste automaty, w których powinna znajdować się kawa albo batony. Nieruchome wyposażenie taśmy, po której kiedyś jeździły bagaże. Przystajemy przy szerokiej, panoramicznej szybie. Dawniej ludzie obserwowali stąd start samolotów i żegnali bliskich.

– Co ci się stało w życiu, że jesteś taka śmiertelnie poważna? – pyta Bartek.

Nie wiem, dlaczego właśnie jemu mówię to, czego nie udało się wydobyć ze mnie psychologowi.

– Nie powinnam być szczęśliwa, skoro stało się tamto.

Gdybym powiedziała o tym komukolwiek dorosłemu, zaprzeczyłby i wręcz nakazał mi radość, ale Bartek odpowiada ze wzruszeniem ramion:

– Niby czemu?

Teraz, gdy zaczęłam mówić, nie potrafię przestać.

– Psycholog twierdzi, że „zamroziłam” uczucia i że powinnam wreszcie zacząć płakać – wyznaję ze wstydem.

Głupio brzmi. Nie wiem, dlaczego w ogóle decyduję się na te zwierzenia.

Przygląda mi się spod rzęs, jakby nic nie rozumiał.

– O co w tym chodzi? Jest jakiś ogólny nakaz, jak mamy przeżywać żałobę? Co za bzdura! – irytuje się.

Rusza korytarzem, naciągając na głowę kaptur bluzy. Patrzę, jak swobodnie balansuje po murku, na który wskoczył.

– Jak zginął twój ojciec? – rzuca przez ramię.

– Był policjantem.

Nie mówiłam jeszcze o tym z psychologiem, ale Bartek nie ma pewnie tyle czasu, co ona, i nie zamierza bawić się w sesje terapeutyczne, na których będę się powoli otwierać.

– Zginął w akcji? – To go zaciekawia. Przystaje i spogląda na mnie, jakbym nareszcie okazała się interesująca.

– Jechał samochodem, kiedy uderzyła w niego jakaś rozpędzona osobówka. – Głos grzęźnie mi w gardle i muszę zamilknąć.

– Nie ścigał jej ani nic takiego?

– To nie był pościg – przyznaję, na co Bartek podejmuje balans po murku.

– Masakra, co? Facet łapie przestępców, a ginie na jakimś skrzyżowaniu, zderzony z osobowym samochodem. Tamci przeżyli? Ci z osobówki?

Przystaję, nagle niepewna, czy chcę za nim dalej iść. Coraz mniej podoba mi się ta rozmowa.

– Też nie przeżyli – odpowiadam.

Zeskakuje i ląduje tuż przede mną.

– A twoja matka? Nie masz matki, prawda? Też była w policji?

Uśmiecha się, więc mijam go szybkim krokiem, czując, jak palą mnie policzki, a do oczu cisną się długo wyczekiwane przez psychologa łzy. Odwracam się przez ramię, głośno nabierając tchu.

– Mama mieszka w Kanadzie i od lat nie mamy z nią kontaktu! Zostawiła mnie i Niki, jak byłyśmy małe! Nawet teraz… nawet… Jak w ogóle możesz sobie z tego żartować?!

Jestem tak zła, że mogłabym go uderzyć, i pewnie dlatego zaciskam pięści, ale Bartek zbliża się bez strachu.

– Żartować? – dziwi się. – Jesteś przewrażliwiona, zrobiłaś sobie z tego tematu wielkie coś i napinasz się od chwili, gdy w ogóle zapytałem!

Po policzkach płyną mi łzy, więc Bartek rzuca jak żart:

– No proszę, idzie mi lepiej niż psychologowi.

Wtedy zrywam się do biegu, ale on jest szybszy. Łapie mnie za łokieć i obraca do siebie.

– Przestań, co ty?

Wyrywam rękę z jego uścisku i wycieram oczy, nagle tak wyczerpana i zrozpaczona, jakbym dopiero teraz zrozumiała, co naprawdę się stało.

– Przecież masz siostrę – przypomina łagodniej. – Ta mała jest z twojej rodziny, tak?

– Tak, i co? – Mierzę go bezradnym spojrzeniem.

– Ja mam brata. – Wzrusza ramionami. – Nawet nie wiem, gdzie jest. I wcale się nie pali, żeby mnie do siebie zabrać. Siostra przynajmniej mieszka z tobą w pokoju. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, ale facet, który w nich walnął, ciągle żyje, a ostatnio nawet wyszedł z więzienia. Podobno działał pod wpływem narkotyków, więc dostał mniejszy wymiar kary.

Pocieram nos.

– Przykro mi. – Chyba tak powinno się komentować złe wiadomości.

Bartek z irytacją wzrusza ramionami.

– A mnie nie jest przykro. Jestem po prostu cholernie wściekły, więc jeśli chcesz gadać o gniewie, to proszę, masz przed sobą specjalistę!

Jeszcze chwilę temu płakałam, a teraz śmieję się, ścierając resztki łez z policzków. Bartek w końcu też się uśmiecha.

– No proszę, humor wrócił, bo usłyszałaś o innej tragedii? Twój dramat już nie jest tak potężny?

Wieczorem opieram policzek o futrynę w drzwiach bawialni, ale nie decyduję się wejść. Nikola i młodsze od niej dzieci siedzą na dywanie przed ekranem telewizora, oglądając stary Madagaskar, a Bartek na wpół leży na kanapie z konsolą w dłoniach. To na niego patrzę. Monitor pokazuje tunel, w którym porusza się bohater gry. Tak w nim ciemno i ponuro. Zza drzwi wypada nagle wysoki, blady zombie. Ekran błyska strzałem, na ustach Bartka pojawia się uśmiech, a zombie krwawiąc, upada na podłogę. Jeszcze próbuje się podnieść, więc bohater Bartka sięga po broń i oddaje kolejny celny strzał, prosto w plecy leżącego. Na ekranie pojawia się napis Level 2.

6

Niemal dwa tygodnie po wydarzeniach w szkole Czapliński jeszcze raz zaprasza mnie do siebie i rozkłada na stole teczkę, uprzedzając moje pytania.

– To dzieciaki. Niektóre nie pokończyły jeszcze gimnazjum. Inne są w liceum. Na naszej liście poszukiwanych nastolatków znajduje się kilkanaście nazwisk, ale ja wydrukowałem ci zaledwie pięć. Rodziny szukają ich od miesięcy.

Ujmuję wydruk i przyglądam się twarzom znajomym z korkowej tablicy w jego gabinecie.

– Dlaczego mi to pokazujesz? – pytam zdziwiona.

– Ponieważ od jakiegoś czasu szukamy osoby potrafiącej się poruszać w świecie gier komputerowych. Potrzebujemy kogoś młodego, kto przetrwa w grze, z której bardzo łatwo jest odpaść. Nie myślałem o tobie, Miko, naprawdę, ale mój przełożony usłyszał o konkursie, gdzie poznałaś Sebastiana, i poprosił, żebym ci złożył ofertę.

Jeszcze przez chwilę trzymam fotografie. W końcu odkładam je na blat i spoglądam na Czaplińskiego z niepokojem.

– Jaką ofertę? Mam dla was grać? W co? Od kiedy policja werbuje graczy?

Usta Czaplińskiego drgają, ale zachowuje powagę.

– Jesteś młoda i znasz świat nastolatków – stwierdza. – Poza tym jesteś córką policjanta. – Na to wspomnienie uśmiecha się trochę smutno. – Kandydatka idealna! Gdybyś się zgodziła, musiałbym zabrać cię z domu dziecka, od dziennikarzy i policji, ponieważ to, o co proszę, to tajna operacja.

Teraz już nie spuszczam z niego zaciekawionych oczu.

– Nie żartujesz, prawda? – upewniam się.

Zaprzecza ruchem głowy.

– Składam ci prawdziwą ofertę, Miko.

– Wyjechałabym? – Nie umiem ukryć ulgi.

Od chwili, gdy wyszłam ze szpitala, o niczym tak bardzo nie marzę, jak właśnie o wydostaniu się z Warszawy. Odruchowo łączę dłonie na kolanach i zaczynam skubać skórkę przy paznokciu.

– Gdzie byś mnie zabrał? – pytam niby obojętnie.

– Umieściłbym cię u kobiety pracującej z nami, w miejscowości nad morzem. Dostałabyś nowe papiery, nowe nazwisko. Wiem, jak to brzmi, ale…

– Chcesz mi zmienić tożsamość? Dlaczego? To aż tak poważne? – Znowu się uśmiecham, teraz z niedowierzaniem.

Ale Czapliński jest śmiertelnie poważny. Dotyka wydruku i spogląda mi w oczy.

– Nikt nie może wiedzieć, kim jesteś, Miko. Jeśli zdecydujesz się dla nas grać, powinnaś mieć świadomość, że twoja rola nie ogranicza się tylko do samej gry. Wejdziesz w nowe środowisko i poznasz ludzi, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z policją. – Widzę, że ciężko mu dobrać słowa. – Miko? Policja siedzi ci na plecach, od kiedy wyszłaś cało z masakry w szkole. Wyjazd dobrze ci zrobi. Oderwiesz się od tego koszmaru i znowu będziesz robiła to, co lubisz najbardziej, tyle że zagrasz na naszych zasadach. Nikt nie może cię rozpoznać. Ludzie, których poznasz w grze, nie powinni móc odnaleźć się poza nią.

On nie żartuje, naprawdę chce mnie wywieźć z Warszawy i zmienić mi tożsamość!

– Dlaczego mieliby mnie szukać poza grą? – pytam coraz bardziej zaintrygowana.

– Na tym etapie nie mogę odpowiedzieć na twoje pytania.

Więc najpierw muszę podjąć decyzję!

– Co otrzymam w zamian?

– Zabiorę cię z domu dziecka i będę trzymał policję z daleka od ciebie.

– Jak to możliwe? Koniec przesłuchań?

– Koniec przesłuchań – potwierdza.

Wie, jak wiele to dla mnie znaczy. Potrzebuję wyjazdu, ponieważ od dnia, gdy Sebastian zabił bibliotekarkę na moich oczach, właściwie co noc budzę się spocona z nerwów i mam wrażenie wielkiego nieszczęścia. To dziwny czas, Czapliński ma rację – sytuacja, w której się znalazłam, zaczyna mnie niszczyć. W dzień ciągle jestem senna, zasypiam nawet po niewielkim wysiłku, ciężko mi skupić się na zajęciach w szkole, unikam kontaktów ze znajomymi. Za to w nocy godzinami leżę w ciemności, słysząc, jak dudni mi serce, a w głowie pojawia się natłok myśli. Mam wtedy wrażenie, że coś ciężkiego siada mi na piersiach. W nocy wszystko wygląda inaczej: cienie drzew na ścianach, blask latarni ulicznej… Wtedy naprawdę zaczynam się bać, a moje życie widzę jak przejaskrawione i umieszczone w krzywym zwierciadle. Prześladuje mnie myśl, że mogłam uratować bibliotekarkę, gdybym bardziej się postarała. Wiem, że powinnam była znaleźć właściwsze słowa, przekonać Sebastiana, żeby odłożył broń. Przecież mogłam ocalić też jego. Te myśli nie dają mi spokoju. Wszystko wydaje się przez nie złe, przytłaczające. Ulgę sprawia mi przełączanie kanałów w telewizorze, bezmyślne maratony oglądania reklam albo teledysków. Ostatnio tak długo zmieniałam programy, aż w pilocie wyczerpały się baterie! Tego jednak nie mogę powiedzieć Czaplińskiemu. Mogę za to zapytać:

– Co to za gra?

– Nowość na rynku, która już stała się hitem.

Głośno wypuszczam oddech. „To chyba nie…?” – przemyka mi przez myśl, ale w brzuchu pojawia się delikatne mrowienie.

– Grałam już w nią?

Grałam chyba we wszystko, co pojawiło się na rynku. Ale Czapliński kręci głową i wtedy w brzuchu pojawia się już nie mrowienie, a cała chmara łaskoczących mrówek.

– Nie grałaś. Nie byłoby cię stać na konsolę.

– Work a Dream – wymawiam słowa wolno, chyba sądząc, że zaprzeczy.

Nie zaprzecza.

– Mam dla was grać w Work a Dream? – Z trudem powstrzymuję emocje. – W co dokładnie?

– Po kolei, Miko. Nie wszystko od razu. Potrzebuję pewności, że się zgodzisz, zanim podam ci więcej szczegółów.

Coś w jego oczach podpowiada mi, że to jeszcze nie jest cała oferta. Czapliński robi stosowną pauzę, a potem mówi dalej, dokładnie wiedząc, jakie wrażenie wywołają jego słowa:

– Gdybyś się zgodziła, poruszyłbym niebo i ziemię, żebyś znowu zamieszkała z siostrą.

– Hej, Niki! – Głos mi się łamie, kiedy na linii słyszę Nikolę. Czapliński zabronił mi mówić jej prawdę, dawkuję więc informacje, tłumacząc, że wyjeżdżam na kilka tygodni.

– Z kim jedziesz? – Siostra od razu robi się czujna.

– Z kobietą, ma na imię Barbara, ale jeszcze jej nie widziałam.

– Chce cię adoptować?

– Niki, co ty? – poważnieję. – Dlaczego w ogóle przyszło ci to do głowy?

Świat Nikoli nie jest jak światy dzieci w jej wieku – dla niej nie są najważniejsze firmowe lalki, film popularny wśród dziesięciolatków czy gwiazda muzyki, której plakaty mogłaby rozwiesić sobie nad łóżkiem. Łatwiej niż mi przyszło jej zrozumieć, że szczęście zależy teraz od tego, jak dobrze zaprezentuje się rodzinie zastępczej albo komuś, kto szuka dziecka do adopcji. Przez ostatnie trzy lata patrzyłam, jak siostra zmienia się z ufnej dziewczynki w wyrachowaną młodą nastolatkę. Obecnie mieszka w rodzinie zastępczej, więc widuję ją tylko wtedy, kiedy ustalę to z jej opiekunami.

Nie powinnam już teraz mówić o obietnicy Czaplińskiego, ale chcę na pożegnanie dać siostrze coś ważnego. Ściszam więc głos do szeptu:

– Niki? Być może, jeśli wszystko pójdzie dobrze, potem zamieszkamy razem.

Czekam na jej radość, ale Niki dziwnie długo milczy.

– O, naprawdę? – Mam upiorne wrażenie, że na siłę pobudza w głosie zaciekawienie. – Fantastycznie, nie mogę się doczekać!

Moje nowe papiery zostały wystawione na nazwisko: Agnieszka Domańska, lat siedemnaście, urodzona w Warszawie.

Mój nowy adres: Gdynia Babie Doły, ul. Leśna 16c/12.

– Babie Doły? – dziwi się kobieta, z którą będę mieszkać. – Dlaczego nie centrum Gdyni? Rany, gdyby było lato, nawet bym się ucieszyła, ale jest jesień, a nie wiem, czy wiecie, ale nad morzem bez słońca jest okropnie! Panuje tam wilgoć, która przenika do szpiku kości… Dlaczego, do licha, Babie Doły?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki