Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 45 pomysłów na powieść - Krzysztof Varga

Dwie wczesne książki Krzysztofa Vargi – "45 pomysłów na powieść. Strony B singli 1992–1996" oraz "Bildungsroman" – wznowione w jednym tomie. "45 pomysłów na powieść" to brulion wyrafinowanych próz: są tu skończone, zamknięte narracje i początki opowieści intrygująco przedwcześnie przerwanych. "Bildungsroman" zaś to pierwsza „węgierska” książka Krzysztofa Vargi. Bogata, zmysłowa, pełna wspomnień opowieść o bogactwie doczesnego świata, historia, która "zaczyna się nigdzie i tam też się kończy".

Opinie o ebooku 45 pomysłów na powieść - Krzysztof Varga

Fragment ebooka 45 pomysłów na powieść - Krzysztof Varga

Krzysztof Varga

45 pomysłów na powieść

Strony B singli 1992–1996

Bildungsroman

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKAProjekt typograficzny ROBERT OLEŚ /D2D.PL

Copyright © by KRZYSZTOF VARGA,1998

Redakcja MAGDALENA BUDZIŃSKAKorekta ANNA BRYNKUS-WEBER /D2D.PLRedakcja techniczna ROBERT OLEŚ /D2D.PL

Skład ROBERT OLEŚ /D2D.PL

ISBN 978-83-7536-805-5

Cena: 24,90 zł

45 pomysłów na powieść

Strony B singli 1992–1996

Reading, Writing and Arithmetic The Sundays

Moja droga, tutaj czas płynie tak samo jak zawsze. Nawet nie potrafię powiedzieć, czy szybko, czy wolno. Żyję według starego, sprawdzonego schematu, tak samo jak przed twoim, przyznam to z bólem, nieoczekiwanym wyjazdem. Może dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie twoje zniknięcie, bo ja bym, jak sądzę, nie potrafił nagle uciec, rzucić wszystkiego, wymazać tych długich lat, uznać za niebyłe dawne przyzwyczajenia. Twoją nieobecność odbieram wyjątkowo intensywnie. Nieustannie tracę czas – w pracy, w autobusie, w zadymionej knajpie, gadając o niczym. Mieszkać w tym mieście to znaczy chcieć mieszkać w tym mieście. To znaczy być każdym autobusem, tramwajem, każdą budką telefoniczną z urwaną słuchawką, każdą knajpą, snobistycznym lokalem z wyściełanymi kanapami, sztywnym jak latarnia barmanem, stojakiem na parasole, wieszakiem na gazety, każdą ponurą piwiarnią, w której nigdy nie wiadomo, skąd padnie pierwszy cios. Mieszkać tutaj to znaczy jeździć nocnymi autobusami. Między jedenastą wieczorem a drugą w nocy wszyscy się w nich całują. Między drugą a piątą rano wszyscy rzygają. To też jest jakiś niezmienny obrzęd. Żyjemy tu w cudownym pogaństwie. Składamy krwawe ofiary i wielbimy duchy przodków. Powinnaś tu wrócić. Spektakularnie, przy dźwiękach orkiestry i zachwyconym jęku wiwatujących tłumów, a może skrycie, w przebraniu, zdejmując dopiero przede mną kamuflującą maskę. Przecież sama wiesz, że stąd nie da się tak naprawdę wyjechać. Być daleko to wciąż tylko znaczy być tutaj. Ci, o których pytasz w listach, też tak sądzą, choć coraz mniej z nimi rozmawiam i nawet jakoś nie chce mi się do nich dzwonić, mimo że przecież mógłbym wygospodarować na to trochę czasu, choćby teraz, ale jakoś trudno mi się na to zdecydować. Wyrzuty sumienia mnie nie zżerają, bo sądzę, że im również szkoda na to czasu, zwłaszcza że przecież jest tyle konstruktywnych rzeczy do zrobienia, a koszty utrzymania rosną i trudno już nie kalkulować, nawet wtedy, gdy pisze się poematy. Wyobraź sobie, że niedawno na jednym z alkoholowych przyjęć, na które uczęszczam z pewną regularnością, zasypiająca na kanapie od nadmiaru dymu i wina dziewczyna powiedziała mi „przykryj mnie”, a ja żałowałem, że nie powiedziała „pokryj mnie”. Czy to źle o mnie świadczy? Bo ja sam już nie wiem.

Kpisz sobie ze mnie, że zajmuję się liczeniem akcentów w wierszach i szukaniem średniówek. Ja nie śmieję się z ciebie, nawet mi to na myśl nie przychodzi. Twoi kochankowie nawet nie wiedzą, co to jest średniówka, nie wspominając już o trochejach, jambach i anapestach, akcent zaś kojarzy im się raczej z ich własnym, zdradzającym miejsce pochodzenia. Myślisz, że ślęczę po nocach, mrużąc i pocierając zmęczone oczy, wertuję grube księgi, robię notatki, starannie podkreślam cytaty. Nie, moja droga. Ja wtedy stoję na przystanku, przechodzę przez ulicę, wkraczam pewnym krokiem do sklepu nocnego i składam typowe jak na tę godzinę zamówienie. Automat telefoniczny na rogu pożera mi ostatni żeton i zastanawiam się, co zrobić z resztą darowanej nagle nocy. Być może właśnie wtedy ogarnia mnie owo (że posłużę się cytatem zaczerpniętym ze skrzydełka książki Joan Didion Graj jak się da w edycji Wydawnictwa Literackiego – swoją drogą ta seria prozatorska już się nie ukazuje) „doświadczenie ostatecznej, egzystencjalnej pustki”.

Ach, właśnie. Wyobraź sobie, że robiąc ostatniej niedzieli porządki w domu, znalazłem pokreśloną w zapamiętaniu gramatykę łacińską w pomarańczowych okładkach, z której razem się kiedyś uczyliśmy. Tabelki, odmiany, w środku luźne kartki, kolorowymi flamastrami podkreślone zaklęcia: plusquamperfecti, imperfecti, futuri exacti. Coniunctivusy i indicativusy. Nigdy nie byłem w tym dobry, od biedy potrafiłbym dzisiaj odmienić coś w pierwszej deklinacji i to wszystko. Gdzieś w zakamarkach pamięci pozostały już tylko niepotrzebne fragmenty wierszy i jakieś przemowy Cycerona. A czy ty pamiętasz coś jeszcze prócz tego tekstu, którego wszyscy uczyli się na pamięć iście panicznie, bo jego znajomość dawała upragnione zaliczenie semestru? Na przykład wielką bibliotekę, gdzie można było w sobotnie południe spotkać mnóstwo znajomych i umówić się, w trakcie pogawędki przy katalogach lub w palarni, na wieczór? Nie byłem tam od lat. Podobno nie można tam już nikogo spotkać. Więc już tam nie chodzę. Gdy naprawdę muszę przeczytać coś, czego nie zawierają moje prywatne zbiory, wybieram inną czytelnię, większą i lepiej zaopatrzoną, ale niedającą tego niepowtarzalnego uczucia, gdy zapala się lampkę nad drewnianym, ciężkim stołem, by lepiej widać było małe litery maszynowego pisma na pożółkłych stronach skryptu, lub gdy specjalnym nożem rozcina się strony dziewiczej, choć przecież pochodzącej sprzed ćwierci wieku książki.

Czasami wieczory spędzam w domu. Włączam magnetofon, tak jak teraz, muzyka zawsze przyciąga wspomnienia. Każda kaseta to kawałek życia nagrany na taśmie. Dotykam przycisków: play, rewind, stop. Rzeczywiście wtedy mój dom zamienia się w mój zamek. Odpieram kolejne szturmy i wreszcie bohatersko wysadzam się w powietrze.

Prospekt turystyczny kusi tak bardzo

Z lewej strony widać szczyty stromych gór, stoki narciarskie pokryte są solidną warstwą ubitego śniegu, więc można szusować do woli, czemu sprzyja nieograniczona przepustowość kursującego bez chwili odpoczynku wyciągu. Oto kilka atrakcyjnych wariantów do wyboru: łagodnie nachylony spadek, długa rekreacyjna trasa z odcinkami leśnej nartostrady albo krótka, lecz stroma i szybka, zdecydowanie bardziej nadająca się do preferowanego przez entuzjastów slalomu specjalnego. Wszystkie zbiegają się w jednym miejscu, w którym należy wyhamować i już spokojnie zsunąć się zgrabnym szusem w kierunku hotelu. Nonszalancko odpiąć narty, ustawić je w stojaku i przed wejściem do budynku otrzepać się ze śniegu. Już w hallu, nie zatrzymując się, zrzucić czapkę i rękawice, by iść pomiędzy fotelami, kanapami i palmami tylko w ciężkich butach narciarskich i skafandrze. Mijając secesyjną cukiernię i eleganckich, pachnących naftaliną starców z filiżankami gorącej czekolady, przejść przez oszklone drzwi i wejść już boso na gorącą, szeroką plażę. Wkroczyć pomiędzy parawany, wiklinowe kosze, rozłożyste parasole. Zaskakująco gładkie morze jest takie błogie, ciepło rozleniwia. Zadziwiające są kombinacje kremów i olejków do opalania, dziewiętnastowieczne trykoty w paski i słomkowe kapelusze ze wstążkami, legendarne bikini i opływowe stroje z materiałów kosmicznych. Na leżaku, z twarzą przykrytą gazetą, śpi wielokrotny morderca.

Niedaleko stąd, na obrzeżach wielkiego osiedla, powstały dwa nowe domy o niepokojącej architekturze z drink-barami na dachu. Zewsząd zwiesza się oranżeryjna roślinność, słońce oświetla fotele wraz z zawartością, nie grzejąc jednak zbyt natarczywie. Niebawem zamieni się w doskonale ustawione sztuczne oświetlenie, potężną armię watów obrysowujących rośliny, szklanki, stoliki. Niżej, na ostatnich kondygnacjach, puszą się swoim bogactwem ogromne pokoje, wyrafinowanie i ze smakiem urządzone podług wskazówek ze specjalistycznych pism. Dużo łóżek, kanap, tapczanów, niskie stoliki z popielniczkami i podstawkami pod szklanki. Oczywiście szumi dyskretna muzyka, trwa nieustająca nastrojowość, bez względu na porę dnia, samopoczucie gości, stan ich finansów i niepokoje społeczne. Jakie miłe przyjęcie, mówi jedna z licznie zebranych wytwornych kobiet, zwanych światowymi. Nie lubię chamstwa i obłudy, mówi druga, strzepując tytoń lub poprawiając delikatnym muśnięciem palców lakierowaną strukturę włosów. Gdzie jest wódka, mówi trzeci mężczyzna, po którego zachowaniu widać, że już wypił kilka drinków. Może gra orkiestra Glenna Millera i niektórzy czują się jak prywatni detektywi w przedwojennym Chicago, Wielki Gatsby albo zbankrutowany arystokrata w drodze do Afryki. Może śnią im się bulwary pełne zachodzących słońc, a może raczej ciepłe, księżycowe noce. Na ulicy rząd ­taksówek szczerzy kły, czekając na wychodzące nieopatrznie ofiary.

Tymczasem jest inaczej. To morze śmierdzi, a plaża jest brudna, tylko w nocy tego nie czuć i nie widać, więc stąd te nagłe uniesienia, uczuciowość i wiara w przyszłość. Hotel tak naprawdę jest żałosną ruiną, może kiedyś, o tak, w latach dwudziestych tętniło tutaj życie. Nieustające bale, kobiety w niezapomnianych kreacjach, mężczyźni potrafiący trzymać uczucia na wodzy. Wszystko było doskonale wysmakowane. Tylko cień tajemniczej zbrodni kładł się na meblach. Stare, chronione szybą zdjęcie przedstawia wszystkich gości sylwestrowej zabawy w 1927 roku. Jeden z tych mężczyzn jest mordercą. Jedna z tych kobiet jest jego namiętną aż po perwersje kochanką. Wenecja, Monte Carlo, dużo, dużo szampana, charleston, charleston, czerwony bugatti pędzi na oślep, zostawiając za sobą opadający kurz mijających dni. Wyścigi konne, loty balonowe, wielki samotny zeppelin i stada aeroplanów. Elegancka hispano-suiza cicho zbliża się do podjazdu przed pałacem. Europa otrząsnęła się już z wielkiej wojny, można by pomyśleć o jakiejś następnej.

Back to the Old House The Smiths

Granatowy autobus z wyuczonym wysiłkiem wspina się wąską drogą pomiędzy schludnymi, niskimi domami o bielonych ścianach i eleganckimi willami z balkonami, z których zwisają grona kwiatów. Mija pedantycznie przycięte trawniki i tajemnicze, zapuszczone ogrody ze spróchniałymi ławkami i zaśniedziałymi posągami imitującymi mitycznych bożków. Jest koniec sierpnia kapiącego słodkim, lepkim sokiem dojrzałych owoców, osiadającego brudnym piaskiem na liściach i chodnikach. Późne popołudnie czerwienieje, by zaraz potem zgranatowieć, upodobnić się do miejskiego autobusu. Nieduży sklep przy skrzyżowaniu dróg w górę i w dół miasta z wystawionym przed drzwi plastikowym stolikiem i trzema magicznymi krzesłami oferuje obowiązkowy zestaw składający się z zimnego piwa i papierosów, tabliczkę czekolady, sześć omszałych brzoskwiń, które za chwilę trysną sokiem wprost w twarz zbyt dociekliwego klienta. Ostatni model luksusowego samochodu stacza się bezwładnie po stromiźnie ulicy w kierunku szpitala dla nieuleczalnie chorych. Podstarzały urzędnik państwowy wraca z cotygodniowych kąpieli w uzdrowisku słynącym z cudotwórczych gorących źródeł. Tuż przed jego obwisłym od wspomnień ciałem przejeżdża na sportowym rowerze dwunastolatek kolekcjonujący zdjęcia mistrzów sportu, coraz częściej podkradający ojcu wojskową lornetkę, by tuż po północy stanąć naprzeciw studentki filozofii, którą następnego dnia spotyka w granatowym autobusie, gdy ta mruży oczy, patrząc przez szybę na równy rząd drzew wzdłuż alei wiodącej do centrum miasta. W dużej torbie ozdobionej orientalnymi wzorami nosi garść kosmetyków i gęsto zapisany notes z telefonami. Od cmentarnego Kierkegaarda woli nie mniej filozoficznego Henry’ego Millera. Zaczytuje się w Zwrotniku Raka, Zwrotniku Koziorożca i całym Różoukrzyżowaniu. Myśli o sobie „Mona”. Wie, że jest perfekcyjnym połączeniem zmysłowości z inteligencją. Kiedy zapala papierosa w śródmiejskiej kawiarni i wydmuchuje dym w kierunku sufitu, czuje, że mogłaby być najbliższą przyjaciółką Cortázara. Mogłaby z nim pić mate, rozmawiać o Mondrianie, choć kompletnie nie interesują jej południowo­amerykańskie junty wojskowe. Ale przecież Cortázar nie żyje, choć czuje jego namacalną bliskość, gdy w ogarniętym wiosną parku czyta Grę w klasy, a jesiennym wieczorem, pół leżąc, pół siedząc na tapczanie, z podciągniętymi pod brodę kolanami, zagłębia się w Książkę dla Manuela. Słucha Serge’a Gainsbourga, bo przecież Nick Cave zupełnie jakoś nie przystaje do lektury Cortázara. Trochę żałuje, że nie przyszło jej tak wspaniale rozkwitać ciałem i umysłem w schyłkowych latach sześćdziesiątych. Były takie intelektualne. Jej trafiły się późne lata osiemdziesiąte, wie, że mogła trafić gorzej. Chce pojechać do Paryża, ma gładkie ciało, mog­łaby pozować do trochę wyuzdanych fotografii, mogłaby być nawet muzą saksofonistów grających na stacjach metra, niedomytych malarzy albo obiecujących aktorów, umierających jeden po drugim na schorzenia cywilizacji. Włóczyć się całymi dniami po mieście, nocą wyruszać na niezwykłe eskapady, żywiąc się bagietkami i winem, chadzać na Père-Lachaise i do wszystkich możliwych muzeów. Nie bać się trypra, który tak prześladował bohaterów Millera. Bać się co najwyżej własnego umysłu, że może nie ogarnąć wszystkiego, co tak pięknie podaje na tacy świat, a trzeba tylko odwagi, by brać.

Na razie w zaduchu akademika, oparta o ścianę, popija białe wino z plastikowego kubka. Z łaskawym przyzwoleniem przyjmuje podawany jej przez nie do końca trzeźwego przyjaciela ogień. Pięć minut później stanowczym ruchem odsuwa jego rękę. Są przecież tylko przyjaciółmi. Od niedzielnego kina, wspólnego biletu na podmiejską kolejkę, rozmowy telefonicznej po tym, jak radio podaje wiadomość o śmierci w ekskluzywnej klinice kolejnego dobrze zapowiadającego się filmowca.

W tym czasie podstarzały urzędnik państwowy niższego szczebla przerzuca kartki pomiętych pism pornograficznych, może, popijając wodę mineralną ze świętego źródła, ogląda w telewizji ważny mecz eliminacyjny, odgradza się od wieczornego sierpniowego powietrza potrójną zaporą szyby, firanki i zasłony. Myśli o byłej żonie, o nieżyjącej od kilkunastu miesięcy córce, o niedoszłej kochance sprzed dwudziestu lat, o przyjacielu z wojska, który wyjechał na inny kontynent i jest teraz podobno nieprawdopodobnym bogaczem. Jemu zostały tylko wody lecznicze i cotygodniowe losowanie toto-lotka.

Piętnaście przystanków stąd w kwadratowym pokoju dym papierosowy miesza się z muzyką i zaczyna szczypać w oczy. Trzeba jakoś przetrwać te trzy godziny do pierwszego autobusu, zachować kontrolę, nie skusić się na nieudolną namiastkę filmowego romansu. Zostały tylko dwie butelki wina do spłukania przepalonego gardła. Przyjaciel poszedł szukać nieśmiałej dziewczyny z sąsiedniego pokoju. Pewnie niebawem wróci, wściekły, bardziej pijany. W jego głowie powstanie nieudolny wiersz, a może tylko szatański pomysł, którego nigdy nie wprowadzi w życie.

Studentka filozofii bierze z górnej półki opatrzony datą sprzed dwudziestu lat miesięcznik poświęcony architekturze. Kilka kolorowych rycin, równe kolumny zwartego tekstu, trzy fotografie, jakieś dwuosobowe pojazdy kosmiczne harcujące między palami, na których stoją przyszłościowe wysokościowce. Też dziwnym zbiegiem okoliczności sierpień. Młody architekt w kraciastej koszuli rysuje dom swoich marzeń. Piętrowy sześciokąt, kaskada orzeźwiającej wody spadającej na rozgrzaną głowę szczupłego nastolatka, dużo zieleni, karłowate drzewa, zapadający powoli zmrok, cienkie firanki odgradzające od atmosfery niedawno skolonizowanej planety. Młoda kobieta zdejmuje swój błyszczący kombinezon, podnosi szklankę z syntetycznym napojem, jej atomowy skuter przycupnięty między krzewami układa się do snu, słychać stłumioną muzykę. Tak świeże jak nigdy dotąd powietrze wypełnia kilkadziesiąt metrów kwadratowych doskonale skomponowanej przestrzeni. Pneumatyczna poczta wciąż przysyła kolejne listy miłosne od zagubionych we wszechświecie wielbicieli. Ona wie, że jest tylko projekcją chorego architekta, spokojna i dobrze wyszkolona patrzy przez ogromne okno na plastikowy trawnik, nierozdeptany jeszcze przez przypadkowych przechodniów. Niewielki wodospad szumi tuż koło jej rozrzuconych włosów – jest późny wieczór, na pewno nikt nie zadzwoni, trzeba będzie spróbować zasnąć. Gładkie szkło błękitnieje i szarzeje na przemian. Wszystko jest takie czyste i doskonałe. Za dwadzieścia lat architekt umrze śmiercią nienaturalną, mówiąc o swoich projektach, że były nietrafione.

Studentka filozofii odkłada pismo i sięga po kolejnego papierosa. Niedługo zaczną jeździć dzienne autobusy. Pół godziny powrotnej drogi, zmrużenie oczu w nagle ostrym świetle, niesmak w ustach, ssanie na dnie żołądka, kilka stopni, brzęk kluczy, przedpokój, jeszcze trzy, cztery kroki, łóżko.

Książka z popularnej seriiLiteratura faktu – niewyjaśnione zbrodnie

Dziwny upał. Powietrze stoi jak wylakierowane. Wszystko takie nienaturalnie suche. Jest rok 1961. Kwadratowe pudła tramwajów ze zgrzytem pokonują główne skrzyżowanie nieistniejącego miasta. Siedzę na brzegu kamiennego klombu, mrużę oczy, słońce kłuje mnie w głowę, mam drewniane gardło i jeszcze ponad dwie godziny, w ciągu których nic nie mogę zrobić. Zresztą co można zrobić, jeżeli się nie istnieje? Przecież urodzę się jako pierwsze dziecko jednej z trzech sióstr dopiero za siedem lat, a te wieżowce obok zaczną budować, gdy będę nastolatkiem. Kiedy wczesnym latem, trzydzieści dwa lata później, nie będę mógł znaleźć drogi do domu, ten człowiek przechodzący obok mnie będzie już od lat martwy. Umrze na serce, nim doczeka się awansu w swym nudnym biurze. Dość powszechna przypadłość. Na razie jest jednak rok 1961 i mężczyzna, przyciskając do piersi teczkę z nieważnymi papierami i drugim śniadaniem, nerwowo przebiega przez ulicę. Wstaję z klombu i rozglądam się po ulicy. Gdy trzydzieści dwa lat później będę tędy przechodził, nie będzie już takich starych autobusów ani kwadratowych tramwajów. Choć na pewno będzie ten dom po drugiej stronie skrzyżowania, jednak zmieniony, przemalowany i rozkolorowany reklamami. Tam, gdzie teraz stoją nagrzane słońcem rudery, powstanie hotel, w którym na comiesięcznych pokazach mody najpiękniejsze kobiety miasta oraz te przyjezdne z podwyższenia wybiegu zaczną rozdawać na prawo i lewo tajemne znaki, a całe sztaby deszyfrantów z poluzowanymi krawatami i podwiniętymi rękawami będą starały się wśród dymu przewidzieć kolejny krok mordercy, o którym mówi cały kraj. Następnego dnia nad ranem patrol znajdzie w krzakach nad rzeką zmasakrowane ciało nowej ofiary. Wielkie tytuły i niewyraźne zdjęcia z miejsca zbrodni rozsadzą popołudniowe wydania gazet. Strach padnie na miasto bezwładem swego ciężaru i wszystkie wolne dotąd miejsca zapełnią się podnieconymi głosami i zeznaniami kłamliwych świadków. Społeczeństwo zacznie się domagać bardziej energicznych działań organów ścigania, powoła się do życia specjalną grupę, która pijąc hektolitry kawy, będzie przecierała oczy o czwartej nad ranem, gdy morderca cicho otworzy drzwi od swego domu, wracając z kolejnej udanej akcji. Gwałtowne telefony od kilku wpływowych osobistości spowodują, że polecą głowy. Trzeba coś z tym zrobić, ludzie się boją. Poza tym ten upał doprowadza wszystkich do szaleństwa. Od tygodni ani kropli deszczu, można umrzeć, powie bardzo ważna osobistość, odkładając słuchawkę i nalewając sobie wody sodowej. Tymczasem w zatłoczonym tramwaju przecinającym skrzyżowanie stojący przy drzwiach morderca wyjmie z teczki gazetę i pobieżnie przeglądając wielki artykuł o swoich wyczynach, skupi się na kolumnie sportowej. Wysiądzie na przystanku i przyciskając teczkę do piersi, nerwowo przebiegnie przez ulicę. Przejdzie obok mnie siedzącego na klombie i zastanawiającego się, skąd znam to nieistniejące miasto.

W tym samym czasie dowódca grupy specjalnej rozluźnia krawat i wielką chustką w kratę ociera spocone czoło. Niech to szlag z tym upałem, mówi, sięgając po wodę mineralną. Żadnych motywów, żadnych podejrzanych, dokładnie spenetrowane całe środowisko przestępcze. Ciekawe, gdzie teraz uderzy, myśli, zapalając papierosa, gdy właśnie morderca przechodzi pod jego oknem, poprawiając przerzedzone włosy.

Chodzę wokół klombu i bezradnie rozglądam się wkoło, nie bardzo wiedząc, jak się stąd wydostać, a przede wszystkim jak przeskoczyć te trzydzieści dwa lata albo przynajmniej siedem, do swoich urodzin. Za dwie godziny powinien odjechać mój pociąg do niedalekiego, brudnego i może choć trochę mokrego miasta. W przedziale obok siedzi morderca, usiłując ukryć rozbiegany wzrok, patrzy przez okno i aby się uspokoić, liczy drzewa i słupy wysokiego napięcia. Wychodzę na korytarz, zapalam papierosa, kiedy to wszystko się skończy, myślę, widząc mijające pociąg stare modele samochodów, które za trzydzieści dwa lata będą tylko eksponatami muzealnymi bądź obiektem miłosnych uniesień hobbystów. Na stacji docelowej morderca wysiada, przez chwilę widzę jego źle skrojony garnitur. Musi szybko załatwić wszystkie sprawy, to przecież podróż służbowa, trzeba podbić delegację, pociąg powrotny za kilka godzin. Wkrótce na biurku szefa specgrupy wyląduje pilny meldunek, że w niezbyt odległym mieście znaleziono kolejne makabrycznie okaleczone zwłoki. Niedługo później seria okrutnych zbrodni urwie się jak gdyby nigdy nic. Zbrodniarz pozostanie nieznany, a jego tajemnica nigdy niewyjaśniona. Akta zamknięte w szafie pancernej, zostaną tylko domysły dziennikarzy. Zresztą wkrótce skończy się lato i pojawi tak bardzo upragniony deszcz.

Plan miasta

Przede wszystkim zapamiętać krój ulic, z której strony kładzie się cień, jak orzeźwia chłód bramy, dokładnie i w odpowiedniej chwili usłyszeć stukot tramwaju skręcającego pod wiaduktem. I usłyszeć wysoki dźwięk dzwonka nad otwierającymi się drzwiami ciasnego sklepu oferującego ostre przyprawy, suszone kiełbasy i wcale niestare wina w tajemniczo zielonych, nieomszałych, lecz po prostu zakurzonych butelkach. Wyraźnie poczuć ciężki zapach starych, obrośniętych pleśnią kamienic, zarejestrować pseudobauhausowską strukturę uderzająco białej willi w cichej dzielnicy, słynącej z tego, że po jej uliczkach wolno i dostojnie poruszają się samochody, które w innych dzielnicach dzierżą prym wśród piratów drogowych. Pamiętać wieczory nawracające dokładnie według opracowanych wiele lat temu reguł. Wiedzieć, że niezmienna jest, mimo historycznych zawieruch, liczba kostek w bruku tych ulic. Czuć smak przesłodzonego soku winogronowego, tytoniowych inicjacji, rowerowych eskapad w inne wymiary sąsiedniej dzielnicy, gdzie po szerokich ulicach chodzili zmutowani żywi, choć martwi, z wielkimi oczami, kołysząc bezwładnymi głowami na chwiejnych kadłubach nadzianych na szczudlaste nogi. Widzieć bistro z odrapanym szyldem na rogu, na którym spotykają się trolejbus jadący w kierunku zoo i tramwaj łączący przedmieścia z dworcem kolejowym. Wciągnąć głęboko w nozdrza zapach parzonej kawy, papierosów, kwaśnego potu.

Dwie piękne siostry o dużych czarnych, mokrych oczach jeszcze nie są grube i nie mają mężów, którym maszyny urwały po kilka palców u rąk. Nie boli ich jeszcze przeciążony dźwiganiem dodatkowych kilogramów kręgosłup. Ich koleżanka z sąsiedniej ulicy jeszcze nie uciekła z tego miasta. Wszyscy jeszcze żyją i nic nie zapowiada, że miałoby się to kiedykolwiek zmienić.

Koniecznie zapamiętać najdogodniejsze połączenia komunikacyjne i porę zamknięcia kawiarni w centrum, zapisać gdzieś, żeby nie zapomnieć, o której godzinie odchodzi ostatnie metro. Gdzie można zrobić duże zakupy za najmniejsze pieniądze, gdzie można dostać z automatu opakowaną w błyszczący papierek serię najmniejszych wzruszeń z kolorową kalkomanią jako bonusem.

Wiatr przypisany tym dniom jest zaskakujący w swych zwrotach, schizofreniczny. Słońce przygrzewa miło w plecy, później ucieka gdzieś między drzewami za te wysokie, szare bloki. Wiatr się wzmaga, wiatr opada. Niepokojący, wyrafinowanie spokojny. Dojrzałe mirabelki spadają na alejkę. Skończył się czas, gdy była pod okupacją ślimaków. Podobnie jak to się stanie z mirabelkami, przynajmniej połowa z nich została rozdeptana.

W środku jest jądro. Z niego rozchodzą się promienie. Na północy jest terra incognita. Ponoć na jej końcu rozlewa się aż po nieskończoność ogromny, czarny, gęsty ocean, w którym pławią się, pomrukując groźnie, morskie potwory. Na południu ziemia się marszczy i wydostają się z niej z sykiem złe wody. Żyją tam gnomy, trolle, strzygi, harpie i wampiry. Na wschód i na zachód rozpościerają się nieprzebyte knieje i puszcze. Zapewne można się tam natknąć na wściekłych zbójców i dziką zwierzynę. Wszędzie zatrzęsienie owadów, z których wiele jest jadowitych. Tutaj, w mieście, są za to domy. Niektóre chylą się ku upadkowi.

Trzeba dokładnie zapamiętać to miasto, z najdrobniejszymi szczegółami – wymiary ulic, kubaturę kamienic i bloków na peryferyjnych osiedlach. Trasy autobusów i tramwajów, najdogodniejsze przystanki przesiadkowe, stacje metra. Trzeba zapamiętać kawiarnie, piwiarnie, winiarnie i ciastkarnie. Zapisać w pamięci skrzyżowania ulic, wiedzieć, gdzie skręcić, w którą przecznicę wejść jak w mokrą kobietę – spokojnie, delikatnie, namiętnie. Przy którym z placów usiąść i zacząć od niechcenia palić papierosa, gryźć gorącą kolbę gotowanej kukurydzy, karmić gołębie, obserwować przechodniów, ulicznych sprzedawców słodyczy i pamiątek. Zakreślać kręgi, określać nimi miasto.

Pamiętać, że na zewnątrz są trujące bagna, a tylko w środku jest bezpiecznie. Można tu dostać naleśniki z makiem i orzechami, polane gęstą, pachnącą czekoladą, można wbić zęby w świeżo upieczonego kurczaka, którego tłuszcz spływa po brodzie, ciepły, ostry, leniwy. Byleby tylko zapamiętać drogę powrotną.

Muzeum maszyn rolniczych w Mezőkövesd

Niski, gruby mężczyzna o ciemnej karnacji i z ostrą szczotką czarnych wąsów, żywo gestykulując krótkimi rękami i szybko mówiąc, tłumaczy z zapałem zasady działania osiemdziesięcioletniej młockarni i silnika na ropę wielkości czołgu, wprawiającego w ruch jakąś dziwną maszynę, której przeznaczenia nie udaje nam się odkryć. Bardziej interesujące wydają się z początku stare traktory, stojące pod dachem chroniącym je przed deszczem. Jak zapewnia nas przewodnik, wszystkie są w świetnym stanie technicznym i jeżdżą jak za swych najlepszych lat. Jakby chcąc nam udowodnić dogmatyczność tej prawdy, uruchamia po kolei ogromne żelazne monstra i przez chwilę wydaje nam się, że to wszystko zaraz ruszy do wielkiej szarży przez uśpione letnim upałem miasteczko.

Chodząc za przewodnikiem w zdyscyplinowanym stadzie, myślimy o nadchodzącej porze obiadu. Rozglądamy się, trochę znudzeni upałem i entuzjazmem mężczyzny, obserwujemy niezapowiadające deszczu niebo. Z turystycznego obowiązku bardziej niż z ciekawości odczytujemy inskrypcje na żeliwnych zwierzętach. Na maszynie do zgniatania lnu znajdujemy wypalone jak na krowim boku niezbyt równymi literami nazwisko Lázár János i rok 1910. To samo nazwisko, lecz z datą o kilka lat późniejszą odkrywamy na innej maszynie, z której po uruchomieniu wprawną ręką przewodnika wydobywa się przez mały kominek biały dym i ktoś z uśmiechem mówi „Habemus papam”, ale my już myślimy tylko o Lázárze Jánosu, który znów nam się objawia przy okazji podziwiania wielkiego dieslowskiego silnika o zaskakująco niewielkiej mocy dwudziestu pięciu koni mechanicznych. Mężczyzna mówi, że poświęcił całe swoje życie na kolekcjonowanie starych maszyn rolniczych, ale nie dość, że brak już pieniędzy, to i sił nie starcza, choć przecież zapału ma za cały pułk huzarów, więc, jak zapewnia, z bólem serca musiał się zgodzić na przejęcie swojego, początkowo prywatnego, muzeum przez resort dziedzictwa narodowego, który płaci mu obecnie śmiesznie małą pensję. I w taki oto sposób nasz przewodnik wypadł ze światowej elity prywatnych kolekcjonerów, zbierających z religijną wręcz żarliwością śmieci historii, organiczne resztki mijającego świata.

Co jednak stało się z Lázárem, mistrzem sztuki tworzenia dziwnych maszyn, którego największa aktywność twórcza przypadła na pierwsze dwa dziesięciolecia dwudziestego wieku? Czy zestarzał się sklerotycznie lub popadł na przykład w przykrą dla otoczenia manię prześladowczą? A może zginął z przerażającym krzykiem, zmielony przez jedną ze swoich maszyn, lub urwało mu rękę, gdy usiłował, klnąc pod nosem, naprawić młockarnię? Ile lat miał w 1910 roku, czy nad wesołą kompanię w karczmie przedkładał projektowanie maszyn, które nigdy nie powstały? Czy kiedykolwiek pojechał do Budapesztu i zobaczył podziemną kolej wprawiającą w zachwyt mieszkańców miasta i przyjezdnych? Czy całe swoje życie spędził w Mezőkövesd, miasteczku bez usprawiedliwienia? Czy był katolikiem, wiernym sługą Rzymu, czy też wyznawał naukę Lutra? Czy uważał się za lojalnego poddanego cesarza Austrii i króla Węgier, czy też życzył mu rychłej, a najlepiej paskudnej śmierci? I czy miał syna, który, dajmy na to, w 1916 roku stracił nogę i skonał w jednym z okopów wielkiej europejskiej młócki, przy której to, co potrafiła maszyna Lázára, okazało się takie żałośnie nieudolne?

Zabić czas

Kierowca żółtego autobusu zza szyby szoferki podniesieniem ręki odpowiada na mechaniczne pozdrowienie przechodzącego drogą roznosiciela gazet. Znają się, choć raczej nie rozmawiają ze sobą, bo niby o czym mieliby prowadzić dysputy, nie o pogodzie przecież, tutejsza jest po prostu solidną realizacją podpisanego dawno temu meteorologicznego kontraktu. W okolicy też nic godnego większej uwagi się nie dzieje, a i świat ze swoimi telewizyjnymi sensacjami już raczej nudzi, niż przeraża. Od piętnastu lat bez emocji pokonują tę samą trasę. Ten pierwszy w łączącym okoliczne miasteczka autobusie starego typu, odjeżdżającym zawsze o ściśle określonych porach, znający wszystkich swoich pasażerów. Niektórzy z nich też go pozdrawiają, lecz raczej nie prowadzą w czasie jazdy konwersacji, tylko siedzą spokojnie na burgundowych skajowych siedzeniach i patrzą bez cienia emocji przez szyby na dobrze znane krajobrazy. Nie zagadują, bo po pierwsze, nie powinno się przeszkadzać kierowcy w jego odpowiedzialnej pracy, w dodatku reguluje to odnośna tabliczka z napisem, a po drugie – o czym tu rozmawiać, skoro od lat nic się nie dzieje? Roznosiciel gazet pokonuje swoją trasę pieszo, wytrenowanym, rytmicznym krokiem, by zbyt się nie męczyć. Doskonale go opracował, mimo przebytych kilometrów nie odczuwa bólu, choć jego małą obsesją jest ostatnio możliwość nabawienia się żylaków. Poza tym się przyzwyczaił. Mechanicznie wyjmuje z torby gazetę i wsuwa ją w przegródkę w drzwiach. Przechodząc na drugą stronę ulicy, automatycznie podnosi rękę, pozdrawiając kierowcę hałaśliwej śmieciarki.

Brzydka kobieta karmi szynszyle, jakby z obowiązku głaszcze je po futrzanych karczkach wskazującym palcem prawej ręki, potem sypie im nowe trociny. Mężczyzna, będący jej mężem, a wyglądający na psychopatycznego mordercę ćwiartującego ciała swych ofiar, przygląda się temu beznamiętnym wzrokiem. Trudno powiedzieć, jaki jest jego stosunek do szynszyli i co w tej chwili myśli o swojej żonie. Załóżmy jednak, że naprawdę kocha swoje dzieci, mimo iż czasami doprowadzają go na skraj dzikiej furii. Powstrzymuje się jednak, gdy chce się wyładować, idzie do komórki za garażem, w której trzyma narzędzia, i wtedy dochodzą stamtąd straszne odgłosy, a żona, dzieci i teściowa nawet przez chwilę nie poddają się myśli, aby mu przeszkodzić. Pod koniec tygodnia, w piątek lub sobotę, umawiają się ze znajomymi na wieczór. Kobiety rozmawiają ze sobą, a mężczyźni ze sobą. Piją piwo i zwijają skręty, które później palą bez wyraźnej przyjemności. W każdą niedzielę idą do jego rodziców.

Za oknem powoli robi się ciemno, choć to przecież jeszcze nie wieczór. Niepokojąco wzmaga się wiatr i zanosi się na deszcz. Rowerzysta spogląda z obawą w niebo, mocniej naciska pedały. Po lewej stronie drogi rozpościerają się pola warzyw i kwiatów, po prawej szeroką rzeką wylewa się aż po horyzont zboże. Prosta droga jak do zamku, oczywiście wzdłuż niej stoją w rzędzie drzewa, zwęża się perspektywa.

Pod zwodzonym mostem dostojnie przepływa pokraczna pomarańczowa pogłębiarka. Kierujący nią mężczyzna w drelichowym kombinezonie wychyla się z niewielkiej budki i podnosi prawą rękę. Taki sam gest wykonuje siedzący w swojej niewielkiej budce zawiadujący mostem. Pogłębiarka płynie szerokim kanałem, wzdłuż którego pod wielkimi czarnymi parasolami uparcie siedzą fanatyczni wędkarze. Jak w każdy wolny dzień, od zawsze. Dobra pogoda na ryby, jest chłodno, pada rzadki deszcz. Jak dobrze pójdzie, będzie praca z preparowaniem rybich głów do kolekcji, może się jednak zdarzyć, że nie uda się niczego złowić, ale przecież nie o to chodzi. Łowienie ryb to po prostu świetny sposób spędzania wolnego czasu.

Brzuchaty mężczyzna z cygarem w żółtych zębach wychodzi przed dom. Trzyma ręce na biodrach, patrzy w niebo wzrokiem zawodowego przepowiadacza pogody, później jego wzrok wbija się w idealnie gładki asfalt drogi. Z naprzeciwka jedzie samochód popularnej marki. Jak co dzień pokonuje trasę dwudziestu kilometrów tam i dwudziestu z powrotem. Jego kierowca mógłby prowadzić z zamkniętymi oczami. Zarówno drogę, jak i samochód zna równie dobrze jak swoją żonę. Przy niej też najchętniej nie otwierałby oczu. Teraz jedną ręką trzyma kierownicę, drugą wyjmuje z paczki papierosa i zapala go samochodową zapalniczką. Lubi palić w samochodzie. Radio szumi i trzeszczy w szwach, nadając prognozę pogody dla tej części kraju. Będzie coraz gorzej.

Gruby, spocony mężczyzna w kraciastej koszuli zasnął na krześle, w jednej ręce wciąż trzymając paczkę bibułek, w drugiej torebkę z tytoniem. Wstał o piątej rano, żeby czyścić świeżo przywiezione z połowu śledzie. To spotkanie zaburzyło jego normalny, codzienny cykl. Godziny przeznaczone na odpoczynek ustąpiły tym zaanektowanym przez zabawę. Na stole miska sałatki jarzynowej i taca pełna kanapek z serem i pastą rybną. Autobus zjeżdża do zajezdni. Kierowca wysiada, zabierając z szoferki czarną skrzynkę, w której, niczym zamknięte dusze pasażerów, brzęczą drobne monety, uzyskane ze sprzedaży biletów. Na moście nie ma już nikogo, ani niezdecydowanych samobójców, ani znudzonych przechodniów przystających przy barierce, żeby popatrzeć w wodę, splunąć i liczyć koła rozchodzące się na wszystkie strony.

Siedzę przed wielkim akwarium i uważnie przypatruję się dwóm rybom, czerwonej i czarnej, które płyną od lewej bocznej szyby do prawej, od prawej do lewej i od lewej do prawej.

1899

Za chwilę wszystko wybuchnie. Wielkie kapelusze ustrojone w sztuczne kwiaty i owoce, bicykle z jednym monstrualnym kołem, a drugim groteskowo małym, wagony kolei żelaznej stojące na peronie dworca pod szklanym dachem. Pędzą automobile, pierwsze sterowce grzęzną w gęstej smole powietrza, balony z machającymi w gondolach wąsatymi mężczyznami w śmiesznych nakryciach głowy odrywają się od ziemi. Piękni, smukli dekadenci z zaawansowanymi chorobami i upadłe kobiety, rzeźnie kabaretów, długie przystanki w kawiarniach. Dagerotypy cierpliwie zapisują krój ubrań, ciężką, prawie kamienną materię sukni, starannie modelowane męskie zarosty i damskie misternie rzeźbione fryzury. Przez kadry przesuwają się konne tramwaje i powozy, szyldy na sklepach przesyłają konkretne i absurdalne komunikaty.

Francuscy żołnierze wciąż noszą czerwone spodnie. Nie ma Francji i nie ma francuskiej armii bez czerwonych spodni, mówią dowódcy. Za kilkanaście lat przez czerwone spodnie od serii karabinów maszynowych zginą setki tysięcy żołnierzy. Wielu, zanim umrze, będzie godzinami rzęzić i jęczeć, leżąc w błocie. Gdyby sępy tłumnie zamieszkiwały nizinne tereny Europy, można by to nazwać Wielkim Żarciem zamiast Wielką Wojną. Na razie jednak panuje dziwny, drgający spokój. Żniwo zbiera nie karabin maszynowy, ten cudowny wynalazek znudzonej ludzkości, ale syfilis i gruźlica. Mimo pozorów święta, radosnej zabawy panuje jednak marazm i otępienie. Nie rozkwitają jeszcze przecież tak krwiożerczo sekty religijne, które za sto lat wypełnią swymi przerażającymi pomysłami strony wysokonakładowych gazet, ciągle niedziela jest dniem przypisanym leczeniu ciężkiego kacenjameru i gwałtownym nawrotom drobnomieszczańskiej religijności. Co ciekawe, drobnomieszczanie, jak się okazuje, żyją głównie w wielkich metropoliach, do ich mieszkań wpada nieodmiennie gwar ulic, krzyki uliczników, stukot kół na bruku, nieprzyjemne zapachy podwórka. W nieznanych mieszkańcom metropolii drobnych miasteczkach na prowincji dojrzewają za to neurasteniczni artyści. Czasami przyjeżdżają do dużego miasta, żeby zagnieździć się w suterenie lub na poddaszu, gdzie wypluwają z siebie krwawe tkanki. Kolej żelazna rozkwita, kiedyś będzie się o niej pisało książki, ale nie ma jeszcze podmiejskich pociągów do ­Otwocka, przez Międzylesie i Falenicę, nie ma jeszcze magnetofonu, bez którego nie ma świata, żadnego świata, poczynając od starożytności, przez duszne opary średniowiecza i pokryte grubą warstwą pudru rokoko. Bruno Schulz ma siedem lat, Kafka sześć, jeszcze nie wiedzą, że ich nazwiska tak chętnie kiedyś będzie się stawiać obok siebie. Nie ma jeszcze na świecie Márqueza, Carpentiera i Lezamy Limy, za to nie żyją już od milionów lat Safona i Villon, ich ciała zniknęły bez śladu. Właśnie rodzi się Borges, ten zgorzkniały staruch, Wielki Bibliotekarz. Tak, właśnie tu i teraz zbiegają się wszystkie linie czasu i przestrzeni, w tym punkcie zobaczyć można cały wszechświat i nawiązać dialog ze wszystkimi wcieleniami Beatriz.

Mnie nie ma w tym miejscu i o tym czasie, nigdy mnie w nim nie będzie. Na tej ulicy, gdy słychać stukot kopyt, powóz złowieszczo przetacza się po bruku i niknie za zakrętem. Wszędzie nieprzenikniona mleczna mgła, ciągła wilgoć, która przebija się przez ubranie, boleśnie wkręca pod skórę, koroduje kości. Młoda służąca o gładkim ciele i rumianej cerze, trochę przestraszona, niepewnie wchodzi do przestronnego salonu, przed sobą niesie tacę, na niej dzbanek z herbatą i ciastka, gibki, smukły oficer, który nade wszystko ceni honor, za chwilę strzeli sobie w głowę. Najważniejsze to nie splamić munduru, uzna i w tym momencie chlapnie krwią na szamerunek. Jego ciało okaże się zupełnie nieważne i wkrótce zniknie z pamięci, nie przechowując się nawet w legendzie regimentu. Nie ma powrotu, ucieczki, niemożliwa jest sprytna zamiana ról, nie ma podróży w czasie. To, co było, zostało zaksięgowane i potwierdzone niepodważalnym stemplem. Nie można niczego poprawić.

Przemijanie

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Legendarna vespa widziana na jakimś starym filmie

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Gry i zabawy plażowe

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reminiscencje

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Wakacje, których nikt nie uwiecznił na pamiątkowych zdjęciach

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Wieczorna projekcja z telewizyjnego cyklu Nieznane kinematografie

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Bossa nova

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Girlfriend in a Coma z płyty Strangeways, Here We Come The Smiths

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Going Down The Stone Roses

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Tuberkuloza zbiera potworne żniwo

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Niedzielna emisja z cyklu Stare kino

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reportaż z cykluWielkie miasta świata – Amsterdam

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Niechciana podróż

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Jadąc pociągiem ekspresowym relacji Warszawa –Kraków i czytając w gazecie relację z katastrofy samolotu na trasie Nowy Jork – Paryż

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Zapomniane filmy

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Decyduję się po latach znów posłuchać płyty TheQueen Is Dead The Smiths

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Z płytowego cyklu Kompendium wiedzy o jazzie

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Film z cyklu Słynne kochanki

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Pretty Vacant Sex Pistols

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przegląd starych filmów w nieistniejącym kinie, do którego swego czasu często chadzałem

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Oglądając w MTV teledysk, w którym wykorzystano fragmenty filmu Puszka Pandory

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Koniec sezonu

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Program z niedzielnego telewizyjnego cyklu Podróże z „National Geographic”

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Encyklopedia przyrodnicza robi oszałamiającą i niespodziewaną karierę na listach bestsellerów

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Melancholia, tęsknota, smutek, zniechęcenie

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Triumfalny powrót brzmienia manchesterskiego

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Play for Today The Cure

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Ambient, muzyka sfer

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Jumping Someone Else’s Train The Cure

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Everyday Is Like Sunday śpiewa Morrissey

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Ostatni odcinek popularnego serialu kryminalnego z wyraźnymi ambicjami artystycznymi

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Jesień średniowiecza wypożyczona z biblioteki uniwersyteckiej ginie w niewyjaśnionych okolicznościach

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Długa, długa jesień

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Długo się waham, aż wreszcie sięgam po Substance Joy Division

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Zły miesiąc

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Szczęśliwe dni

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Pamiętne przyjęcie sylwestrowe, gdy widzieliśmy się po raz ostatni

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Bildungsroman

Bildungsroman

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38­-300 Gorlice tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e­-mail: mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl,dominik@czarne.com.pl,honorata@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa tel. +48 18 351 00 70 e­-mail: redakcja@czarne.com.plSekretarz redakcji: malgorzata.kur@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00­-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48 e­-mail: agnieszka@czarne.com.pl,anna@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl,zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: katarzyna@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: irek.gradkowski@czarne.com.pl tel. 504 564 092, 605 955 550agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl ul. Morsztynowska 4/7, 31­-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 201445 pomysłów na powieść Wydanie 2 zmienioneBildungsroman Wydanie 3 zmienione Ark. wyd. 12,3