444 - Maciej Siembieda - ebook + audiobook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Dlaczego obraz Matejki przepowiadający losy świata do dziś pozostaje w ukryciu?

Sensacyjna powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach

W wypadku samochodowym ginie dziennikarz jednej z popularnych gazet. Jego auto zostaje zmiażdżone przez rozpędzonego tira na albańskich rejestracjach.

Ta śmierć udaremnia ujawnienie ważnych dokumentów dotyczących Chrztu Warneńczyka - najczęściej kradzionego obrazu Jana Matejki. Jakub Kania, prokurator IPN-u i adresat dokumentów, zostaje wciągnięty w niebezpieczną rozgrywkę o tajemnicze płótno. Trwa ona od kilkuset lat, z udziałem między innymi hitlerowskiego grabieżcy dzieł sztuki, żydowskiego antykwariusza z Krakowa oraz dyrektora warszawskiego Muzeum Narodowego. Tajemnica związana z obrazem dotyczy sekretnego proroctwa, według którego co 444 lata pojawi się szansa pojednania islamu z chrześcijaństwem. Ale jest ktoś, kto nie zawaha się przed niczym, aby udaremnić spełnienie przepowiedni. I Jakub Kania właśnie stanął mu na drodze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 23 min

Lektor: Marcin Perchuć

Popularność


Rodzicom

CZĘŚĆ PIERWSZAWypadek trzecie millenium
Rozdział 1

Tamtego przedpołudnia Paweł Włodarczyk zupełnie niepotrzebnie wymył i wywoskował samochód, ponieważ kwadrans później zginął w nim staranowany przez tira, któremu wysiadły hamulce.

Wypadek zdarzył się w centrum Warszawy, na ulicy Towarowej, którą auta z reguły jeżdżą zbyt szybko. Za kierownicą ciężarówki wyładowanej naturalnym asfaltem siedział struchlały Albańczyk z Kosowa. Nawet nie wyszedł sprawdzić, co się stało z człowiekiem w błyszczącej toyocie, na którą najechał z impetem swoich kilkunastu ton i która tkwiła teraz zmiażdżona pod jego olbrzymią chłodnicą. Policja wytłumaczy to szokiem, a gazety ujawnią, że sprawca był półanalfabetą prowadzącym kupę złomu, która badania techniczne mogła przejść tylko na wsi pod Tiraną. Sąd natomiast przychyli się do opinii biegłego, że brak reakcji Albańczyka to syndrom pewnego emocjonalnego paraliżu, jaki sprawia, że ludzie będący świadkami masowych mordów i okropieństw nie są zdolni rozpoznać traumy śmierci w wypadku samochodowym.

Nikt z autorów powyższych opinii nie mógł zauważyć dziwnego grymasu, jaki przebiegł przez twarz kierowcy tira w chwili, gdy wyprostował się po uderzeniu, spokojnie położył ręce na kierownicy i czekał na przyjazd polskiej policji – kompletnie głuchy na krzyki ludzi gromadzących się w miejscu tragedii. Tym bardziej nikt nie mógł wiedzieć, że człowiek ten się modli. Mimo różańca z krzyżykiem rozkołysanego pod sufitem kabiny nie było to Ojcze nasz z prośbą o odpuszczenie win. Albańczyk, nie poruszając wargami, żarliwie powtarzał wersety Koranu, odmawiane z wdzięczności.

Rozdział 2

Kwadrans przed śmiercią Paweł Włodarczyk czuł, że życie się przed nim otwiera. W lusterku wstecznym toyoty przesuwanej przez taśmociąg myjni z upodobaniem studiował własną twarz. Lekko zmarszczył brwi, nadając oczom wyraz skupienia, który w ułamku sekundy przekształcił się we wzrok gracza z trudem zachowującego powściągliwość na widok pięciu kart układających się w wielkiego pikowego pokera. Włodarczyk najwyraźniej triumfował.

Do wczoraj był nikim. Zużytym dziennikarzyną, wydobytym z bagna alkoholu i paroletniego bezrobocia, po czym zatrudnionym z litości w redakcji popularnej gazety. Angaż do działu dokumentacji prasowej, czyli piwnicy, w której mieściło się archiwum, podpisał syn przyjaciół. Dziś prezes wydawnictwa, dziesięć lat wcześniej poważnie zagrożony student, którego karierę na wydziale dziennikarstwa uratował niedokończony doktorat Włodarczyka pospiesznie przerobiony na pracę magisterską. Przyszły boss pogubił się podczas obrony, ale komisja egzaminacyjna doceniła skrupulatność i wnikliwość pracy, stawiając kompromisowe trzy plus.

Mimo niewątpliwej polisy emerytalnej, legitymacji prasowej z logiem znanego tytułu i pensji pozwalającej na urlopy w Turcji Włodarczyk nie był najlepszego zdania o sobie. Dobiegał pięćdziesiątki, gnieżdżąc się w dwóch małych pokojach architektonicznego koszmaru z wielkiej płyty. Dzielił je z synem, który nim gardził i którego od dawna obiecywał wyrzucić z domu, oraz żoną, której datę urodzenia bezskutecznie nakazywał sobie zapamiętać od dobrych kilkunastu lat. Poza tym miał parę dziennikarskich dokonań, o których nie pamiętał nikt poza nim i które codziennie pragnął umieścić w internecie. Ich brak wywoływał w nim frustrację, która narastała z każdym niezrealizowanym postanowieniem. Te zaś, choć łatwe, ludziom o chwiejnych charakterach nigdy się nie udają.

Jednym z tych postanowień było zajęcie się w końcu tematem życia: zagadkowym obrazem Jana Matejki o sensacyjnej historii, jaką można by obdzielić pół zawartości Ermitażu, Prado i Luwru. Po raz pierwszy Paweł Włodarczyk usłyszał ją w czasach studenckich od narzeczonej, która nabożnym szeptem wyjawiła mu rodzinny sekret. Otóż jej pradziadek znał wielką tajemnicę: przepowiednię zdolną zmienić losy świata. Proroctwo powierzył w 1881 roku Matejce, a ten namalował obraz wskazujący drogę do pojednania chrześcijaństwa z islamem. Płótno było krótko własnością rodziny, ale wkrótce stało się najczęściej chyba kradzionym obrazem świata. Dziewczyna opowiadała o tym z wypiekami na twarzy, gestykulując i podnosząc głos, a jej piwne oczy z emocji przybierały barwę dojrzałych kasztanów.

Paweł słuchał jej z uprzejmym skupieniem, po czym puścił wszystko w niepamięć. Wtedy pochłaniało go energiczne, reporterskie i koniecznie współczesne dziennikarstwo, a nie baśnie. Zresztą z narzeczoną i jej kasztanowymi oczami niebawem się rozstał, a tajemniczy obraz rozmazał się w codzienności studiów, pierwszej pracy w redakcji i setkach innych wydarzeń.

Nieoczekiwanie zetknął się z nim parę lat później, wertując w pociągu kolorowy magazyn. Na rozkładówce czasopisma redakcja zamieściła sensacyjny artykuł o Pieterze Mentenie, słynnym holenderskim esesmanie podejrzewanym o liczne zbrodnie wojenne. I o coś jeszcze. Tym „czymś” była tajna misja. Funkcjonariusz SS prowadził ją od 1940 roku w Galicji Wschodniej, a jego prawą ręką był Józef Stieglitz – antykwariusz z Krakowa, przed wojną szanowany obywatel tamtejszej gminy żydowskiej.

Włodarczyk nie mógł uwierzyć.

– Żyd? – szepnął na tyle głośno, że dwoje starszych współpasażerów spojrzało nie niego z dezaprobatą. Żyd partnerem esesmana? – kolejne pytanie zadał sobie już w duchu. Niebywałe. A jednak. Autor artykułu nie pozostawiał wątpliwości.

Zamiast opaski z gwiazdą Dawida wspólnik hitlerowskiego Hauptscharführera nosił paszport z nadrukiem: „Niezbędny dla III Rzeszy” i przechadzał się pod Sukiennicami po godzinie policyjnej. Obaj, Menten i Stieglitz, brali udział w głęboko utajnionej misji. Jej celem było znalezienie i wywiezienie z okupowanej Polski dzieł sztuki, w tym płótna Matejki, o którym opowiadała niegdyś narzeczona. Autor artykułu nie zdołał wyjaśnić, dlaczego akurat ten obraz był tak ważny dla hitlerowsko-żydowskiego duetu i wspomniał o misji zaledwie kilkoma zdaniami, ale one wystarczyły, aby reszta podróży minęła Pawłowi Włodarczykowi w stanie dziwnego letargu, pełnego natarczywych myśli.

Kilka kolejnych dni spędził w czytelni Biblioteki Narodowej. Kilka kolejnych lat – na wertowaniu archiwów i książek, na wysyłaniu listów i poszukiwaniu informatorów. Pisał nawet do Stieglitza – znalezionego przez Polski Czerwony Krzyż i mieszkającego przy Allenby Road w Tel Awiwie – ale jak nietrudno się domyślić, bez odpowiedzi. Z roku na rok rosło w nim zdumienie: wszystko, co dawna narzeczona wyszeptała o tajemniczym obrazie i proroctwie, okazywało się prawdą. Tylko kto w nią uwierzy?!

Pewnej nocy Włodarczyk postanowił, że nie opublikuje tej historii. Bał się konfrontacji. Bał się historyków bufonów, rozpartych w telewizyjnych fotelach z pobłażliwymi minami i wygłaszających głodne kawałki o dziennikarskiej fantazji. Bał się reporterów szczutych przez konkurencyjne redakcje, którzy popsują jego opowieść, węsząc wokół niej jak psy – niby szukające tropu, a tak naprawdę zadeptujące prawdziwe ślady. Bał się rozmiaru tej sprawy. Dotychczas wiedziało o niej kilku papieży, garstka największych przywódców świata arabskiego, paru najgroźniejszych terrorystów, jeden sławny polski malarz i on: Paweł Włodarczyk. Kto mu uwierzy?

Nikt. Dlatego musi odnaleźć obraz. Nie pisać o nim, ale namierzyć go, przywieźć do Polski i odsłonić w blasku fleszy. Udowodnić, że istnieje i że jego sekret jest autentyczny. Wtedy nikt go nie zakwestionuje. Tylko jak tego dokonać? Przez długi – zbyt długi – czas to pytanie ciążyło mu jak ołów, dręczyło i oskarżało o nieudacznictwo, jakby obraz miał tajemniczą moc mieszania w głowach tym, którzy się nim interesują. Wreszcie Włodarczyk zaczął unikać tematu i odłożył go do szuflady; znalazł się w przegródce z innymi marzeniami. I właśnie to jedno najbardziej nierzeczywiste marzenie dziś nabrałoby realnego kształtu. I właśnie na nie najechał rozpędzony Albańczyk, miażdżąc odmianę losu Pawła Włodarczyka w blachach toyoty pokrytej woskiem, który nie zdążył nawet stężeć.

Rozdział 3

Kilka tygodni wcześniej, w przebłysku śmiałości, zadzwonił do Instytutu Pamięci Narodowej, prosząc o połączenie z Jakubem Kanią – prokuratorem, którego dociekliwość wyzierała z wielu wycinków prasowych, zgromadzonych w piwnicznym archiwum gazety. Ten postrach przestępców z przeszłości lubił telefony z mediów, ale teraz, wysłuchawszy apelu o wszczęcie poszukiwań zaginionego obrazu Matejki, nie okazał entuzjazmu.

– Czy ja wiem, panie redaktorze... – Westchnął do słuchawki, łaskocząc Włodarczyka tytułem zarezerwowanym dla dziennikarzy z kondygnacji wyższych niż piwnica. – Do tego trzeba by zaangażować sztab ludzi i mnóstwo pieniędzy. Małe szanse. O... gdyby Matejko znalazł się na liście tajnych współpracowników służb PRL-u i trzeba by sprawdzić, czy nie malował dla SB – zażartował – wtedy tak. Wtedy z pewnością środki by się znalazły. Pan wybaczy, ale teraz to my mamy pół Polski do zlustrowania.

Włodarczyk docenił autoironię, uznając ją za zaproszenie do dalszej rozmowy.

– Ten obraz to prawdziwa sensacja – ciągnął niezrażony. – Najważniejsze jagiellońskie dzieło Matejki obok Bitwy pod Grunwaldem i Hołdu pruskiego. Szukałby pan Hołdu pruskiego, gdyby zaginął?

– No... sądzę, że... tak – prokurator zawahał się. Na szkoleniu z komunikacji z mediami trener mówił wyraźnie, aby nie wdawać się w gierki z pytaniami retorycznymi. – Ale...

– Nie ma żadnego ale – skwitował Włodarczyk. – Szukałby pan. To proszę sobie wyobrazić, że ten obraz jest jeszcze ważniejszy. Niewielu ludzi go widziało. W Zachęcie przed wojną wisiał zaledwie przez kilka dni. Potem był tylko kradziony, przemycany i ukrywany.

Niewiele osób go widziało, ale wiele przez niego zginęło – chciał zakończyć wypowiedź efektowną klamrą, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Ja to wszystko rozumiem – odparł Kania tonem, jakim uspokaja się narwańców, kładąc im dłoń na ramieniu. – Ale proszę mi wierzyć, niewiele mogę. IPN naprawdę nie ma funduszy. Zdaje pan sobie sprawę, ile pozycji liczy lista dzieł sztuki, które należałoby odzyskać dla kultury polskiej?

– To nie jest zwykłe dzieło sztuki! – nie wytrzymał Włodarczyk. – To jest szyfr! Tajemnica! Pan rozumie? Klucz do zagadki o światowym znaczeniu. Kod, proszę pana! Kod! Taki jak ten Leonarda da Vinci.

Zamilkł. Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– Ma mnie pan za wariata? – zapytał po chwili, starając się, aby jego głos brzmiał spokojnie.

– Skądże – zaprzeczył prokurator, o kilka sekund za późno. – Ale zgodzi się pan, że pańskie informacje brzmią dość fantastycznie... Oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa – dodał pospiesznie. – Zróbmy może tak... Proszę mi to wszystko opisać w mejlu. Obiecuję, że się z tym zapoznam. Ale teraz, pan wybaczy, zaczynam ważne spotkanie.

Włodarczyk usłyszał sygnał zakończonego połączenia.

– W mejlu – warknął do siebie.

Wy i wasze mejle! Jak byście poradzili sobie ze spławianiem ludzi, gdyby ktoś nagle pozbawił was mejli? Pieprz się – dodał w duchu pod adresem Kani. Taki z ciebie detektyw jak ze mnie ksiądz.

– Pieprz się – powtórzył półgłosem.

Rozdział 4

Nazajutrz rano w blokowisku Bemowa było tyle słońca i rześkości, że Paweł Włodarczyk przy śniadaniu nawet zagadnął żonę, co u niej w pracy. Z wrażenia omal nie upuściła patelni z jajecznicą.

Nocna ulewa umyła wysłużoną toyotę, co tym bardziej poprawiło mu humor. Mknąc Górczewską, na której dziś jakimś cudem nie było korka, postanowił, że jednak napisze do Kani.

– Bartek... – zaczepił w holu redakcji młodego reportera z dredami. – Gdybyś miał napisać bardzo ważnego mejla z bardzo długą historią, to jak byś to zrobił?

– Krótko, Pawełku, krótko. Tysiąc znaków maks. Bez przewijania ekranu. Kumasz? I konkret. Bez tego waszego nawijania. Jarzysz? No, bez tego – dodał na widok zdumionej miny archiwisty – jak to kiedyś nudziliście w gazetach...

Czekaj, gówniarzu – pomyślał Włodarczyk – jeszcze będziesz czegoś ode mnie chciał. Ale rady posłuchał.

Łaskawy Panie Prokuratorze! – zaczął niby staroświecko, ale z aluzją do wczorajszego zachowania Kani, który protekcjonalnie zezwolił mu na mejla. Zastanawiając się, czy prokurator rozpozna sarkazm nagłówka, podniósł do ust starą peerelowską szklankę osadzoną w metalowym koszyczku z uchwytem. Kawa – afrodyzjak pisania – smakowała mu tylko tak: sypana, bez mleka, z trzema czubatymi łyżeczkami cukru i w szklance, z której starsza cześć redakcji żartowała, a młodsza toczyła bekę. Włodarczyk junior, który wpadł do archiwum któregoś przedpołudnia, oczywiście żeby stary kopsnął trochę kaski, na widok szklanki doznał szoku:

– Dżizys, ojciec, pogieło cie? – jęknął. – Nie możesz se kupić jakiegoś spoko kubka? Jak człowiek?

– Właśnie dlatego że jestem człowiekiem – odparł Włodarczyk z godnością – nie ulegam instynktom stadnym tak jak ty. Mam pić kawę z kubka, bo wszyscy tak robią? Nie. Mnie smakuje ze szklanki i...

– Ale to obciach – przerwał mu syn, robiąc pogardliwą minę, na którą mógł już sobie pozwolić, bo wyłudzone pięćdziesiąt złotych wcisnął właśnie do kieszeni postrzępionych dżinsów.

– A branie pieniędzy od ojca w wieku dwudziestu dwóch lat to nie obciach? – rzucił Włodarczyk, ale większa część oskarżenia dotarła jedynie do zamykanych drzwi.

Na wspomnienie tamtej sceny, która nie wiadomo czemu przyszła mu teraz do głowy, pogroził synowi w duchu identycznie jak reporterowi z dredami. Zobaczycie, gnojki. Jeszcze znajdę ten obraz. Jeszcze wam wszystkim pokażę. Jeszcze będziecie się grzeczniutko pytać, gdzie można kupić taką samą szklankę do kawy.

Palce animowane adrenaliną same pobiegły po klawiaturze: W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej ponownie zwracam się do Pana Prokuratora z apelem o wszczęcie dochodzenia IPN-u w sprawie zaginionego obrazu Jana Matejki, o którym opowiadałem wczoraj. Nadmieniam, że dysponuję obfitą dokumentacją w tej sprawie. Wiele lat starannego researchu – Włodarczyk ucieszył się z przywołania słowa modnego wśród młodych dziennikarzy, choć wymagało ono sprawdzenia w słowniku – przekonało mnie, że to obraz pod każdym względem unikatowy. To bezcenny skarb naszego narodu.

Włodarczyk zamyślił się, upił łyk kawy i z niesmakiem spojrzał na ekran. Skarb? Narodu? Jezu – pomyślał – cóż to za patetyczny bełkot. Nawet w IPN-ie tego nie kupią – zganił sam siebie, po czym zaznaczył ostatnie zdanie niezgrabnym ruchem myszki i nacisnął klawisz przenoszący je w niebyt. Postanowił zagrać bardziej marketingowo: To jeden z najczęściej kradzionych obrazów na świecie – napisał – ale mam przypuszczenia, gdzie się teraz znajduje. Jego oficjalne poszukiwania mogłyby mieć kolosalne znaczenie nie tylko dla kultury polskiej, mającej szansę na odzyskanie jednego z największych dzieł Jana Matejki, ale również dla polityki zagranicznej naszego rządu. Sama próba poszukiwań zdolna jest przedstawić obecność Stanów Zjednoczonych i NATO w Iraku oraz Afganistanie w zupełnie innym świetle oraz najważniejszym uczestnikiem tych misji uczynić Polskę jako kraj od wieków pragnący dialogu i przyjaźni z islamem. Chodzi o to, że obraz Matejki zawiera przesłanie, które...

Włodarczyk z niepokojem spojrzał na zbliżający się koniec strony i przypomniał sobie przestrogę reportera z dredami. Na dokończenie historii zostały mu dwa wiersze. Przez chwilę wpatrywał się w komputer, a potem wymamrotał przekleństwo pod adresem Bartka i opisał wszystko po swojemu.

Rozdział 5

Tablica umieszczona na skraju zagajnika ostrzegała, że nielegalny wywóz śmieci będzie karany grzywną w wysokości pięciuset złotych, ale dochodzący z zarośli charakterystyczny fetor wysypiska dowodził, że dla mieszkańców pobliskiego osiedla domków jednorodzinnych nie była to dostateczna przestroga. Jakub Kania, poszukujący w podwarszawskim lesie spokoju i porządku myśli, nagle uruchomił swój detektywistyczny umysł, doszedłszy do przekonania, że w ciągu kilku godzin mógłby zidentyfikować sprawców niszczenia środowiska. Czubkiem buta trącił puszkę po świeżej seledynowej farbie do elewacji. Wokół leżało kilka identycznych. Wystarczyłoby sprawdzić, kto w okolicy tak jaskrawo wyróżnił swój dom. Konkretnym tropem były również puste słoiki z odręcznie wypisanymi nalepkami: „maliny babci Zosi”, a także plastikowe koperty przesyłek kurierskich z danymi adresatów. Banalnie proste. Tylko że IPN nie zajmuje się śmieciami. Przynajmniej nie takimi.

Prokurator uciekł z biura do lasu, aby przełknąć gorycz porażki. Niespełna pół roku wcześniej pewien bardzo znany polityk, którego ugrupowanie trzęsło instytutem, wezwał go przed swoje oblicze i przesuwając w stronę Jakuba Kani tekturową teczkę, rzekł tonem wykluczającym pytania:

– Proszę się zająć przywróceniem czci tym bohaterom. – I nie podnosząc wzroku znad podpisywanych właśnie papierów, dodał: – Mówiono mi, że jest pan nieustępliwy, kolego. Liczę na pana.

Dochodzenie specjalne, zlecone osobiście przez człowieka, któremu nie należało się sprzeciwiać, dotyczyło likwidacji latem 1945 roku oddziału Armii Krajowej, który nie złożył broni i zaszył się w konspiracji, zadając poważne straty nowej władzy. Liczne obławy nie dawały rezultatów. Wreszcie bezpieka umieściła w oddziale wyjątkowo przebiegłego agenta. Ten zorganizował zasadzkę na partyzantów, w wyniku której większość z nich zginęła.

Na podstawie relacji świadków oraz wspomnień dowódcy oddziału majora „Żbika”, któremu udało się cudem ujść z życiem, Jakub Kania wszczął śledztwo. Towarzyszyły mu kamery telewizyjne, liczni reporterzy i kompania wojsk inżynieryjnych, przez tydzień przekopująca teren ostatniego obozowiska oddziału, na którym miano pogrzebać ciała ofiar zasadzki. Saperzy uzbrojeni w wykrywacze metalu, detektory termiczne, szpadle i oskardy sprawdzili każdy centymetr lasu wskazanego przez świadków. Znaleźli jedną kość, która później okazała się „pochodzenia zwierzęcego”, oraz zardzewiały hełm, który od razu okazał się nocnikiem. Wiadomego pochodzenia. Jakub Kania się zdenerwował.

Ignorując odgórne dyrektywy gwarantujące wiarygodność dostarczonych mu zeznań, w dwa dni osobiście przesłuchał osoby, które je złożyły, uprzedziwszy o konsekwencjach prawnych grożących za poświadczenie nieprawdy. Po kilku rozmowach i wizytach w archiwum miał wrażenie, że śni. Nie tylko nie znalazł żadnego, najmniejszego potwierdzenia likwidacji oddziału, ale nawet... dowodów jego istnienia. Owszem formacja majora „Żbika” figurowała w kartotekach AK, ale tylko jako planowane uzupełnienie, tak zwany rzut alarmowy. To znaczy, że gdyby po drugiej wojnie światowej wybuchła trzecia – ze Związkiem Radzieckim – to oddział mógłby zostać sformowany i uzbrojony. Mógł, ale nie został. Co z kolei prowadziło do logicznego wywodu, że skoro nigdy go nie było, to raczej nie mógł paść ofiarą ubeckiej zasadzki.

Dzień przed spacerem w lesie prokurator IPN-u usłyszał to wszystko od wybitnego historyka, którego poprosił o konsultację.

– Ten oddział zmyślono, aby wyłudzić prawa kombatanckie dla kilku osób – oświadczył profesor – co zresztą skończyło się przegraną w sądzie. Byłby z tego nie lada skandal, gdyby nie śmierć „Żbika” parę miesięcy temu. Jeśli potrzebuje pan twardego dowodu, proszę udać się na jego grób na Powązkach.

Kania odwiedził wojskowe kwatery cmentarza tego samego popołudnia. Bohaterski major AK (na nagrobku zapomniano podać jego stopień wojskowy) w chwili zakończenia wojny był kilkunastoletnim chłopcem.

Kiedy prokurator przemierzał leśną ścieżkę, głowiąc się, jak zjeść tę żabę, w kieszeni marynarki zadrżało służbowe blackberry, anonsując kilkoma taktami Mozarta nadejście nowego mejla. Niech to szlag – zaklął w duchu, widząc, że poczta przyszła z redakcji popularnej gazety. – Już się dowiedzieli?! Jakim cudem?

Po chwili odetchnął z ulgą. Mejl wysłany został przez Pawła Włodarczyka, nawiedzonego poszukiwacza obrazu Matejki. List miał ponad trzy tysiące znaków i prokurator ani myślał go czytać. Chociaż... Przeszło mu przez głowę, że paradoksalnie mógł to być prezent od losu. Niezły pretekst, by odwrócić uwagę mediów od oddziału widma i śledztwa zakończonego nocnikiem. Zagłębił się w lekturze. Po kilku minutach dziwnie spoważniał, schował telefon do kieszeni i ruszył w stronę samochodu z takim pośpiechem, że z roztargnienia omal nie przewrócił się o puszkę po seledynowej farbie elewacyjnej.

Rozdział 6

Dyrektor Wiesław Paluch, szef departamentu śledczego IPN-u, tego dnia również spędził kilka godzin poza biurem. Po powrocie sprawdził telefon komórkowy pozostawiony w szufladzie antycznego biurka. Nikt nie dzwonił, nikt nie przysłał esemesa. Cudownie. Paluch nade wszystko cenił spokój, a brak prób kontaktu idealnie wpisywał się w te oczekiwania. Dlatego pukanie do drzwi, które rozległo się w tym właśnie momencie, zabrzmiało niemal agresywnie.

Jego sprawczynią była sekretarka, która wiedziała, że panu dyrektorowi przeszkadza się tylko w ostateczności. Przybył jednak prokurator Jakub Kania i prosi o spotkanie. Sprawa pilna.

Paluch w pierwszej chwili chciał go spławić. Nie trawił Kani. Jego inteligencję uważał za narcyzm, kompetencje za zarozumialstwo, a urodę za niezbity dowód na to, że ten „Kubuś” (jak go pogardliwie nazywał) musi być gejem. Nie miał najmniejszej ochoty widzieć Kani ani tym bardziej z nim rozmawiać, ale górę wzięła okazja skomentowania ostatniego śledztwa IPN-owskiego gwiazdora.

– Ależ naturalnie... – Dyrektor uśmiechnął się do zaskoczonej sekretarki. – Niech pani prosi pana prokuratora.

A kiedy ten stanął w drzwiach, Paluch rozpromienił się jeszcze bardziej.

– Pięknie witam drogiego kolegę!

Kuba gorączkowo próbował rozszyfrować tę wylewność, ale dyrektor go uprzedził:

– Jak tam rezultat głośnego śledztwa?

Już wie – pomyślał prokurator. – Wie i teraz sobie użyje. Nie odpowiedział ani słowem, co Paluchowi zupełnie nie przeszkodziło.

– Słyszałem, że kolega dokonał spektakularnego odkrycia – stwierdził, pozorując zaciekawienie. – Czy można wiedzieć, cóż takiego kolega wykopał?

– Nocnik – odrzekł Kuba zażenowany.

– Nocnik... – Paluch nie potrafił dłużej maskować triumfu. Udał, że się zamyśla, po czym poważnie pokiwał głową i oświadczył niby zatroskanym tonem: – To dowód... taki raczej... do dupy.

Kuba poczerwieniał. Dyrektor z lubością sycił się jego upokorzeniem. Nagle spoważniał:

– No dobrze. I co pan zamierza z tym zrobić? Media pana zjedzą.

– Nas – bąknął Kuba. – Jeśli już, to zjedzą nas.

– Nas!? – Twarz zwierzchnika w sekundę przybrała barwę piwonii.

– Nas, panie dyrektorze. Instytut, mnie, departament. Pewnie pan też będzie musiał wypowiedzieć się w tej sprawie przed kamerą.

Jakub Kania był wytrawnym graczem. Znał Palucha i wiedział doskonale, że dyrektor odsłania gardę tylko w emocjach. Spokojny był nie do trafienia. Ale teraz podniecił się drwinami z podwładnego, tokował jak głuszec, łatwo było go podejść. Strzał z mediami okazał się wyjątkowo celny. Dyrektor, podręcznikowy model lizusa, otrzymał stanowisko z namaszczenia partyjnego, a jak każdy polityk bał się dziennikarzy niczym diabeł święconej wody.

– Niech pan sobie nie żartuje, kolego – powiedział zbity z tropu Paluch.

– Ani mi to w głowie, panie dyrektorze – odparł prokurator. – Ale zdaje pan sobie sprawę, że w tej sytuacji musimy jakoś obronić reputację instytutu.

– My!? – Paluch przez moment wrócił do poprzedniego tonu, ale szybko z niego zrezygnował. – Pozwolę sobie przypomnieć – dodał rzeczowo – że to pan wszczął to dochodzenie i...

– ...i mam publicznie przyznać, kto mi to zlecił? – przerwał mu Kuba.

Paluch zbladł. Jeśli chodzi o gwałtowne zmiany kolorystyki twarzy, mieli w tej rundzie remis. Ma rację – pomyślał. – Tego absolutnie nie wolno ujawnić. Nawet za cenę przyjęcia winy na siebie. Kompromitacji. Może dymisji. Cwał czarnych myśli w jego głowie właśnie przechodził w galop. W tym samym momencie uświadomił sobie, jak łatwo Kania wybrnął z kryzysu i zyskał przewagę. Oczami wyobraźni Paluch ujrzał osobliwą scenę: nocnik rzucony w przeciwnika nagle odbił się od prokuratora rykoszetem i ugodził jego samego prosto w czoło. Niemal pożałował tamtej drwiny.

– Ale jest pan przecież poukładany z tymi pismakami – spróbował z tej strony. – Niech pan coś wymyśli.

– Właśnie z tym przychodzę – oznajmił Kuba spokojnie, jakby nie było wcześniejszej scysji, i nieproszony rozsiadł się w fotelu. – Jest pewien pomysł – rzekł tajemniczo, a potem wyciągnął w stronę Palucha wydruk mejla Pawła Włodarczyka: – Pan dyrektor zechce to przeczytać.

Rozdział 7

Bzdura – żachnął się Paluch po zakończeniu lektury, rzucając papiery na biurko.

– A jeśli nie? – spytał Kuba zagadkowym tonem. – A jeśli ten Włodarczyk naprawdę zebrał potwierdzenia proroctwa i obraz Matejki jest jednym z nich?

– Kupuje pan to? – zdziwił się dyrektor. – Wierzy pan, że tysiąc lat temu zapisano coś, co może zmienić wydźwięk współczesnych misji NATO w krajach islamskich?

– A pan by uwierzył dwadzieścia lat temu, że Polska kiedyś będzie w NATO? – Kuba odpowiedział pytaniem. I dodał filozoficznie: – O tym, że niektóre rzeczy są niemożliwe, często decyduje nasz brak wyobraźni.

Zapadła cisza. Prokurator domyślał się, że Paluch porządkuje myśli i planuje kolejne ruchy. Dyrektor w warunkach spokoju potrafił być niezłym strategiem. W końcu puchary z mistrzostw szachowych, tłoczące się w stylowej witrynie obok biurka, nie znalazły się tu przypadkowo.

– Dobrze – zawyrokował wreszcie, spoglądając na Kanię, jakby z jego twarzy chciał wyczytać prognozę powodzenia swojego scenariusza. – Spotka się pan z tym człowiekiem od obrazu. Zaprosi go pan do nas na Towarową. Do pańskiego biura. Proszę potraktować go uprzejmie, ale chłodno. Żadnych gestów na wyrost: zaciekawienia, entuzjazmu, broń Boże obietnic czy deklaracji. Na razie niech nie przynosi żadnych kwitów: notatek czy dokumentów. Proszę tylko z nim porozmawiać i wybadać, czy nie jest oszołomem. Zadziała pan jak wariograf. – Paluch wyraźnie ucieszył się z trafnego porównania, którym popisał się przed Kanią. – A jeśli test na wykrywaczu kłamstw, jakim bez wątpienia jest pańska inteligencja, wyjdzie pozytywnie, wówczas zastanowimy się, jak grać dalej.

Kuba wpatrywał się w niego badawczo, nawet nie rejestrując nieoczekiwanego komplementu.

– Sądzi pan dyrektor, że możemy dostać zielone światło? Jest szansa, że IPN zajmie się poszukiwaniem tego obrazu?

– Niech pan nie będzie naiwny, kolego. – Skrzywił się Paluch. – Przynosi mi pan tę historię jako sposób na odwrócenie uwagi mediów i w takim opakowaniu ja ten produkt kupuję. Nic poza tym. Naprawdę przyszło panu do głowy, że pójdę z tym do prezesa? Wie pan, co bym usłyszał?

– Że mamy szukać agentów, a nie krasnoludków. – Kuba potrafił idealnie naśladować ton szefa IPN-u.

– Coś w tym stylu. Zapewniam pana, że nie mam najmniejszej ochoty ani na jego złote myśli w rodzaju tej, którą pan przed chwilą wygłosił, ani tym bardziej na przywoływanie mnie do porządku. Dlatego możemy wstępnie zainteresować się tym obrazem. Podkreślam: zainteresować. Żeby w razie czego mieć co rzucić na żer sępom i hienom z mediów. Ale musimy też mieć dobry pretekst. Bo jeśli wyjdzie z tego blamaż i stary zapyta, czemu się w to zaangażowaliśmy, ten pretekst ochroni nam tyłki. Tylko co to może być? – Paluch wysunął dolną wargę.

Kuba doskonale znał tę minę. Oznaczała, że dyrektor już coś wykombinował.

– Ten pana Kucharczyk napisał...

– Włodarczyk – sprostował Kania.

– Włodarczyk. Napisał, że poszukiwaniem obrazu przez wiele lat zajmowała się Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

– To prawda. Wspomniał mi w rozmowie telefonicznej, że jeden z prokuratorów komisji pod koniec lat siedemdziesiątych mocno się w to zaangażował i był dosłownie o krok od odzyskania obrazu. Wystąpił nawet do władz w Amsterdamie o nakaz przeszukania willi byłego esesmana, który podczas okupacji wywiózł dzieło Matejki do Holandii, ale nic z tego nie wyszło. Szczerze mówiąc, nie dziwię się. Gość był urzędnikiem zza żelaznej kurtyny, a mimo umizgów, jakie rząd Gierka stroił wobec Zachodu, oni nam nie ufali za grosz. To nie miało prawa się udać.

– I to jest nasz pretekst – zawyrokował Paluch, potwierdzając swój werdykt klepnięciem dłonią w blat biurka. – Obrazu Matejki oficjalnie szukała Główna Komisja, ale jej się to nie udało, bo była instytucją państwa komunistycznego. Dlatego IPN reprezentujący demokratyczną Polskę może podjąć trop. To uzasadnia nasze zainteresowanie. Niech pan przesłucha tego Włodarczyka. Jak najszybciej. Aha, mediom na razie ani słowa. Ani o obrazie, ani o poszukiwaniach śladów oddziału AK. Niech się pan wykręci, że dochodzenie nadal trwa czy coś tam. A tym nocnikiem i tak mogą nas ośmieszyć tylko tabloidy. – Paluch nie miał już problemu z użyciem pierwszej osoby liczby mnogiej. – Gdyby naciskali, niech im pan zaproponuje premię za sklerozę: zapomną o oddziale AK, a w zamian dostaną sensacyjne proroctwo na obrazie Matejki, czym oficjalnie interesuje się IPN. Zatem do końca tygodnia wysłucha pan Włodarczyka. W poniedziałek poproszę o raport.

Rozdział 8

Paweł Włodarczyk gryzł końcówkę długopisu, wpatrując się z niedowierzaniem w ekran komputera. Nie spodziewał się tak szybkiej odpowiedzi prokuratora IPN-u. Co tu dużo mówić: w ogóle się jej nie spodziewał. A jeśli już, to nie w takim brzmieniu. Mejl wysłany ze służbowej skrzynki Jakuba Kani zapraszał jutro w południe na ulicę Towarową, do biura instytutu.

Włodarczyk odpowiedział natychmiast: Oczywiście będę niezawodnie, choć nawet po czwartym przeczytaniu wiadomości nadal nie wiedział, co o niej sądzić. Zaproszenie niby świadczyło o zainteresowaniu obrazem Matejki, ale z drugiej strony było oschłe i stanowcze. Przyszło mu do głowy, że Kania wyznaczył termin, nawet nie zapytawszy, czy Paweł jest w tym czasie wolny. Wezwał mnie jak na przesłuchanie – skomentował w duchu. – I dlaczego zaznaczył, że to rozmowa wstępna i żebym na razie nie przynosił dokumentów? Skąd ta asekuracja?

Po piątej lekturze mejla zrozumiał.

– Chce mnie sprawdzić – szepnął. – Przekonać się, czy nie jestem wariatem.

Włodarczyk znał tę obawę aż nazbyt dobrze. Wiele lat przepracował w dziale łączności z czytelnikami, do którego przychodziło mnóstwo nawiedzonych. Niemal każdy przynosił sterty papierzysk, które rozkładał na biurku i objaśniał godzinami bez względu na to, czy chodziło o zbyt niski wymiar renty, czy inwazję kosmitów. Po roku pracy Włodarczyk nauczył się bezbłędnie rozpoznawać zależność aktywności wariatów od pogody i wskazań barometru.

A teraz Kania potraktował mnie tak samo – pomyślał z irytacją, niemal przegryzając długopis, ale po chwili się uspokoił. – W porządku. Jutro ten IPN-owski celebryta się przekona. Jutro dotrze do niego, że oto trafił na najważniejszą sprawę w swojej wypielęgnowanej karierze. Nie ma sensu interpretować tego mejla i w każdym słowie doszukiwać się ukrytych znaczeń. Najważniejsze, że temat ruszył z miejsca.

Tej samej nocy Paweł Włodarczyk w keflarowej kamizelce kuloodpornej poprowadził szturm żołnierzy Gromu na willę w Bagdadzie, w której satelita namierzył cel. Olbrzymi komandos roztrzaskał drzwi taranem i wpadli do holu. Było kompletnie ciemno. Na ścianach tańczyły czerwone kropki celowników laserowych. Nagle Włodarczyk ujrzał przez noktowizor otwarte drzwi do pokoju. Uskoczył z kocią zręcznością, a potem ostrożnie wyjrzał zza futryny: na wprost jego oczu wisiał obraz Jana Matejki.

Obudził się zlany potem i długo głębokimi oddechami uspokajał pracę serca. Mimo to już nie udało mu się zasnąć.

Rozdział 9

Koszulę wyprasował sam.

– Jakim cudem przypomniałeś sobie instrukcję obsługi żelazka? – zapytała żona z wyraźną złośliwością, ale nie udało się wciągnąć go w sprzeczkę. – To może wyznasz chociaż, co to za doniosłe wydarzenie zapędziło cię do deski? – nie ustępowała.

Odpowiedział szelmowskim puszczeniem oka. Przez chwilę pomyślała, że ma kochankę, ale kiedy obrzuciła go taksującym spojrzeniem, uznała tę myśl za absolutnie niedorzeczną. No, chyba że poznał jakąś niewidomą, pozwoliła sobie na pełen sarkazm. Ale wtedy nie prasowałby koszuli.

Tymczasem Paweł Włodarczyk promieniał. Pogwizdywał przy goleniu, a po pokoju poruszał się krokiem, który przy sporej tolerancji można było uznać za taneczny. Generalnie zachowywał się jak licealista, który dziś wybiera się do szkoły po odbiór świadectwa z czerwonym paskiem, a jutro wyjeżdża na wymarzone wakacje. Z domu wyszedł trzy godziny przed spotkaniem z Kanią. Mieszkanko na Bemowie nagle wydało mu się ciasne i zapyziałe. Nie pasowało do tego, co teraz miało nastąpić w jego życiu. Toyota zaparkowana przed blokiem też wyglądała żałośnie, ale jej przynajmniej mogły pomóc aktywna piana, szczotki i woskowanie. Najdroższy program myjni. Wyjeżdżając z niej, ujrzał w lusterku wstecznym twarz człowieka sukcesu. Kwadrans później na środku Towarowej, niedaleko siedziby IPN-u, znów zerknął w lusterko, w którym zobaczył coś bardzo dziwnego. Rozpędzona ciężarówka zbliżała się jak szalona do jego tylnego zderzaka. Nie miał najmniejszych szans ucieczki na sąsiedni pas.

Kilkaset metrów dalej, z okna hotelu Kyriad Prestige, wypadek obserwował niewysoki, szczupły mężczyzna około czterdziestki, ubrany w szarą koszulkę polo, zlewającą się z kolorem elewacji budynku. Jako jedyny z kilkunastu świadków tragedii nie okazał żadnych emocji. Przez następne dwie godziny niemal się nie poruszył. Patrzył na przyjazd służb ratowniczych, blokadę ulicy i odizolowanie sporego odcinka Towarowej policyjną taśmą. W ręku trzymał lornetkę, ale przyłożył ją do oczu dopiero wówczas, gdy strażacy rozcięli blachy zmiażdżonej toyoty i ostrożnie wydobyli z niej ciało kierowcy. Kilka metrów dalej – migając niebieskimi światłami – stała karetka pogotowia, ale to nie ona zabrała Pawła Włodarczyka. Mężczyzna w hotelowym oknie odczekał, aż jeden z ratowników dosunie do końca zamek błyskawiczny czarnego plastikowego worka na zwłoki, po czym wyjął telefon komórkowy i wysłał esemesa o treści, jaką codziennie przekazują sobie miliony ludzi: „OK”.

Sekundę później wiadomość dotarła do śniadego bruneta w beżowym lnianym garniturze, pijącego miętową herbatę w lobby hotelu Hilton w Ras al-Chajma, stolicy emiratu o tej samej nazwie. Człowiek ten starannie sprawdził numer nadawcy esemesa, a następnie powoli uniósł się z fotela, położył na stoliku kilka dirhamów i wyszedł na zewnątrz, z najwyższym trudem maskując ogarniające go uniesienie. Nazywał się Raszid i był tylko posłańcem, ale dziś czekał go niebywały zaszczyt. Miał odebrać wiadomość, a następnie dostarczyć ją osobiście przywódcy bractwa Bokira – szejkowi Matarowi, który przyjął imię od jednego z władców dynastii Al-Kasimi rządzącej emiratem od niepamiętnych czasów.

Matar był świętym mężem, godnym najwyższego szacunku. Choć mógł mieć najwspanialszy pałac w dowolnym emiracie półwyspu, mieszkał w ascetycznych warunkach, zajmując wraz z garstką zaufanych ludzi niewielki dom w górach, nieopodal granicy z sułtanatem Omanu. Szejk nigdy nie postawiłby stopy w Hiltonie; było to sprzeczne z jego przekonaniami i z pewnością mogłoby uszczęśliwić służby wywiadowcze wielu państw, z CIA i Mossadem na czele. Nigdy też nie nosił europejskiego garnituru. Z domu wychodził w kefii na głowie, która osłaniała jego twarz podobnie jak nieodłączne ciemne okulary. Ubierał się w białą długą diszdaszę – tradycyjną szatę arabskich mężczyzn. Nie uznawał komputerów, telefonów i poczty. Wiadomości odbierał tylko od zaufanych ludzi, którzy szeptali mu je wprost do ucha.

Na myśl o spotkaniu i przekazaniu szejkowi radosnej wieści o usunięciu kamienia ze ścieżki Proroka Raszid spojrzał w lusterko wsteczne wysłużonego mercedesa i odsłonił w uśmiechu olśniewająco białe zęby. Właśnie wjechał na most prowadzący do dzielnicy Nachil i upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żadnych samochodów, opuścił szybę, po czym wrzucił do rzeki kupiony rano telefon komórkowy.

CZĘŚĆ DRUGAPrzepowiednia kwiecień 998 roku
Rozdział 10

Księżyc zdawał się maleć z każdą chwilą, zapisując swój comiesięczny pobyt na tablicy nieba coraz węższym sierpem, do złudzenia przypominającym łacińską literę C. Abelardo da Tarragona, leżąc na wznak na wzgórzu, na którym od dzieciństwa szukał samotności, uśmiechnął się do własnych myśli.

– Księżyc kłamca – powiedział szeptem, choć mogły go usłyszeć najwyżej trawy, granatowe wody rzeki Mondego płynącej w dolinie i duchy rzymskich legionistów, którzy przynieśli na ziemie Galisji przypowieść o luna mendax, księżycu łgarzu, choć rzadko zapuszczali się na północ od Luzytanii i nigdy nie odważyli się założyć tu swoich municipiów, bogatych i wspaniałych jak południowa Felicitas Iulia Olisipo, która kiedyś nazwana zostanie Lizboną.

Abelardo powrócił myślami do dzieciństwa, zastanawiając się, jak długo zna tę przypowieść. Miał sześć, może siedem lat. Pewnego chłodnego wieczoru nie mógł zasnąć i piastun Aurelio, znudzony opowiadaniem o smokach i ukrytych skarbach, okrył go opończą i zaprowadził do okna kamiennej komnaty w zamku ojca.

– Spójrz w niebo – rzekł. – Nauczę cię kiedyś jego mądrości, która rozjaśnia najtęższe umysły, choć sama widoczna jest tylko w ciemności. Spójrz w niebo – powtórzył. – I zapamiętaj, że dziś nie ma na nim księżyca. A teraz wróć na posłanie i zaproś do siebie sen. Jeśli tak uczynisz, jutro będziesz miał jeszcze jednego gościa: księżyc. Poznasz pierwszą tajemnicę nieba.

Abelardo był tak przejęty, że zasnął natychmiast, w obawie że księżyc go nie odwiedzi. Nie potrafił ukryć radości, kiedy następnego wieczoru ujrzał na niebie jego sierp.

– To księżyc kłamca – powiedział Aurelio z pełną powagą. – Dziś przypomina literę D, od której zaczyna się łacińskie słowo decrescit, co znaczy „zmniejsza się”. Nieprawda. Jest odwrotnie. – Aurelio odsłonił w uśmiechu białe zęby kontrastujące z czernią brody i śniadą cerą. – Kiedy księżyc wygląda jak D od decrescit, nie maleje, ale rośnie, i z każdą nocą jest coraz większy. Aż do pełni. Dopiero po niej się zmniejsza, dochodząc po kilkunastu dniach do kształtu litery C, od której zaczyna się słowo Crescit, tłumaczone jako „zwiększa się”. Czyli znów na odwrót, bo za chwilę księżyc zmniejszy się tak, że zniknie w ciemności, na krótki czas odwracając się do Ziemi swoją nieoświetloną półkulą. Właśnie tę różnicę między wyglądem księżyca w pierwszej i ostatniej kwadrze a kształtem liter symbolizujących jego rośnięcie i zmniejszanie się Rzymianie nazywali astronomicznym oszustwem, zarzucając księżycowi, że w ten sposób okłamuje ludzi. Tak będzie do końca świata.

Krócej, bo do końca życia, Abelardo gotów był pielęgnować dziecięcy zachwyt tamtą opowieścią. Co miesiąc z zapartym tchem śledził przemiany księżyca, czując się powiernikiem tajemnicy wszechświata. Wolał ją od wszystkich baśni z tysiąca i jednej nocy, które piastun znał doskonale: wiele lat temu był najwierniejszym sługą zmarłej matki Abelarda. Zanim przechrzczono go na Aurelia, nosił imię Ahmet, a od nauczycieli w miastach dawnego Bizancjum otrzymał wiedzę astronomiczną, jakiej nie mieli wszyscy razem wzięci mędrcy nad Sekwaną, Tybrem i Tagiem.

Wieczór opowieści o księżycu kłamcy dla Abelarda stał się datą graniczną: tej nocy przestał być dzieckiem słuchającym baśni. Został młodzieńcem, który poznał kosmiczną prawdę. Jutro miało dokonać się to samo. Siedemnastoletni, pierworodny syn hrabiego Rodriga da Tarragona – dziedzic terytoriów i dumy krainy, która przegnała Rzymian, Swewów i Wizygotów – jutro miał przestać być młodzieńcem i stać się dojrzałym mężem. Rano czekała go pierwsza bitwa.

Nie podnosząc się z miękkiego kobierca trawy na wzgórzu, Abelardo odwrócił głowę i spojrzał na południe. Na równinie za rzeką Mondego płonął gwiazdozbiór ognisk kolejnych najeźdźców krainy nazywanej Portucale – Maurów.

Rozdział 11

Półksiężyc odbijający się w wodach rzeki Mondego przywołał w pamięci Abelarda pewną muzułmańską historię – tajemnicę powracającą w snach i zajmującą jego myśli od wielu lat. Jej bohaterką była Arabka, której mądrość i urodę nadal wspominano w zamku hrabiego. Miała piętnaście lat, kiedy Rodrigo da Tarragona, jeden z bohaterów rekonkwisty, starł się podczas wyprawy na południe z silnym oddziałem należącym do gwardii siedmiu kuwar – muzułmańskich gmin na ziemiach dawnej Luzytanii. Arabscy wojownicy gardzili strachem, wierząc, że śmierć w walce z niewiernymi otworzy im bramy raju. Żaden z nich się nie poddał. Żaden też nie przeżył bitwy, podczas której dolina została zasłana setkami ciał. Na jej południowym krańcu, w cieniu korkowych dębów, muzułmanie rozpięli kilka podróżnych namiotów. W jednym z nich Rodrigo da Tarragona znalazł arabską dziewczynę.

Stała bez lęku, z rękami opuszczonymi wzdłuż turkusowej szaty, gotowa przyjąć los, jaki przeznaczył jej Prorok. Było w niej tyle spokoju i dostojeństwa, że hrabia, oszołomiony bitwą, niemal bezwiednie złożył jej pokłon. Nie zareagowała.

Przez trzy miesiące pobytu w jego zamku nie odezwała się ani słowem, jakby wtedy – w namiocie otoczonym makabrą bitwy – czas się dla niej zatrzymał. Całymi dniami w milczeniu wpatrywała się w nagie wzgórza za oknem, szukając w nich ładu myśli. A może wróżby? Choć mieszkała w komnacie i z rozkazu hrabiego traktowano ją łagodnie, była branką. I więźniem. Jej życie zastygło.

Została sama wśród obcych, dręczona pytaniami o przyszłość, gorszymi niż tortury. Rodrigo da Tarragona nie niepokoił jej, ale też nie wyznaczał żadnych obowiązków w niewielkim zamku, w którym wszyscy mieli jakieś zajęcia, a co najgorsze – nie wymieniał na chrześcijańskich jeńców pojmanych przez wojowników Proroka. Los Szeherezady, która przez tysiąc i jedną noc zastanawiała się, czy rankiem sułtan rozkaże ją zgładzić, mimo wszystko wydawał się lepszy w porównaniu z udręką, jaką znosiła od niemal stu dni.

Po trzech miesiącach nagle wszystko się zmieniło. W letni wieczór granie cykad w zaroślach otaczających zamek przerwał tętent koni. Grupa jeźdźców wysłanych przez Rodriga da Tarragona na cotygodniowy rekonesans wróciła po paru dniach, wlokąc na arkanie śniadego męża z brodą czarną jak skrzydło kruka. Hrabia akurat rozmawiał na dziedzińcu z jakimś mnichem, zatem rycerze zręcznie zeskoczyli z koni i pchnęli jeńca w stronę swojego pana.

– Na kolana, psie – krzyknął jeden z gorliwszych, ale Rodrigo powstrzymał go gestem dłoni.

– Ktoś ty? – zapytał pojmanego.

Ten pokłonił się z szacunkiem.

– Nazywam się Ahmet, panie – odparł, nie podnosząc oczu.

Hrabia Rodrigo bacznie mu się przyjrzał.

– Nie widzę, aby cię poturbowano – rzekł. – Poddałeś się bez walki? A może szukasz śmierci?

– Szukam życia, efendi. – Maur znów się pokłonił. – Nie noszę miecza.

– Maur bez miecza. – Tarragona przekrzywił głowę, jakby chciał rozwiązać zagadkę dziwnego jeńca, spoglądając na niego z innej strony. – Gdzieście pojmali tego odmieńca? – Odwrócił się do swoich rycerzy. – W pałacu emira? – I uśmiechnął się, patrząc na ich zakłopotane miny.

Przez kilka długich chwil panowała cisza.

– Właściwie... – przerwał ją dowódca podjazdu, ostrożnie ważąc słowa – właściwie to go nie pojmaliśmy. To znaczy, niby pojmaliśmy, wzięliśmy na rzemień i w ogóle, ale... to nie do końca było pojmanie, bo... on nie uciekał. Siedział ze skrzyżowanymi nogami opodal starego szlaku Wizygotów, jakby na nas czekał.

– Jak to wyjaśnisz, Maurze? – spytał hrabia.

Jeniec złożył trzeci pokłon.

– Nie jestem Maurem, efendi – rzekł pokornie. – Pochodzę z Konstantynopola. Podróżowałem do Jabury, którą wy, panie, nazywacie Evorą, ale słudzy zdradzili mnie, ograbili z koni i dobytku, zostawiając jeno sakwę z miksturami i przyrządami do leczenia. Jestem medykiem.

– Medykiem? – Zdumienie Rodriga rosło. – Cyrulikiem? – upewnił się.

Tym razem jeniec nie zgiął karku.

– Nie strzygę włosów – wyjaśnił z pewną hardością, co u gorliwego rycerza znów wywołało złowrogi syk:

– Milcz, psie, zważ, do kogo mówisz.

Ale gest hrabiego ponownie go uciszył.

– Nie strzygę włosów – dodał ciszej jeniec. – I nie jestem psem. Jeśli zechcesz, panie, uczynić mi tę łaskę – głęboko pokłonił się krewkiemu rycerzowi – mogę być kotem. W moim kraju koty uchodzą za mędrców.

Dziedziniec wypełniła gromka salwa śmiechu. I właśnie wtedy, w chwili gdy gromada galisyjskich zabijaków rozbawiła się niemal do łez, hrabia dostrzegł wzrok jeńca skupiony na jednym z zamkowych okien. Natychmiast spojrzał w tamtą stronę i chociaż trwało to zaledwie kilka sekund, Rodrigo da Tarragona dałby głowę, że przez twarz arabskiej dziewczyny wpatrzonej w człowieka, który nazwał się Ahmetem, po raz pierwszy od trzech miesięcy przebiegł prawie niewidoczny cień uśmiechu.

Rozdział 12

Ahmet rychło zyskał przychylność hrabiego Tarragony. Sprawnie posługiwał się językiem krainy Portucale, ale – co istotniejsze – opowiadał o rzeczach, których Rodrigo słuchał z zapartym tchem. Dla galisyjskiego szlachcica, który całą młodość spędził w siodle – choć dopiero przed rokiem dotarł nad brzeg pobliskiego oceanu – Ahmet stał się przewodnikiem po świecie i wszechświecie. Dzięki niemu Rodrigo poznał obyczaje ludów Orientu, ujrzał mapę świata kreśloną patykiem na nadrzecznym piasku oraz konstelacje gwiazd na nocnym niebie. Brał udział w wyprawach Aleksandra Wielkiego i Juliusza Cezara, poznał słowa starożytnych mędrców i tajemnice nauki lekarskiej.

Ta ostatnia przysporzyła Ahmetowi wiele popularności i wdzięczności wśród ludu przyzamkowej osady, choć mieszkający w niej mnisi sarkali, że śniady poganin to wysłannik szatana czyniący czary. Nie słuchano ich. Posłańcy piekieł nie składają kości pogruchotanych w boju, nie uśmierzają bólu i nie wypędzają gorączki – to raz. A po wtóre – przyjaźń hrabiego Rodriga była wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa i nietykalności przybłędy, nawet jeśli ci, którzy nie byli pacjentami Ahmeta, ukradkiem spluwali na jego widok przez lewe ramię i pospiesznie czynili na czole znak krzyża. Któregoś wieczoru, po udanych łowach, Rodrigo – milczący i wpatrzony w płomienie ogniska – odprawił służbę i kiedy zostali sami z Ahmetem, rzekł coś, co najwyraźniej chciał rzec od dawna:

– Jak ci pewnie wiadomo, w zamku mieszka arabska niewiasta. Jest... – Urwał nagle i cisnął w ogień kij, który od dłuższego czasu obracał w dłoniach.

Zapanowała kłopotliwa cisza. Ahmet w lot pojął, że hrabia nie potrafi ubrać w słowa tego, co kłębi się w jego duszy, dlatego nie zadał ani jednego pytania, tylko szepnął zachęcająco:

– Słucham cię, panie.

Rodrigo drgnął, jakby chciał się podnieść z kobierca rozpostartego przy ogniu i odejść, ale opanował ten odruch. To, że Maur (jak ciągle go nazywał) nie wypytywał, kim jest Arabka, skąd się wzięła i co takiego robi w zamku, przyniosło mu wyraźną ulgę. Przez chwilę porządkował myśli, uznając, że pominie wszelkie wyjaśnienia, po czym wpadł na zręczny koncept:

– Chciałbym, abyś ją zbadał – powiedział – jako medyk. Ona nigdy się nie odzywa – dodał. – Nie wiemy, czy jest niema, czy też trapi ją jakaś choroba duszy. Znasz jej język, może zdołasz się czegoś dowiedzieć.

Ahmet chciał odpowiedzieć „będzie jak chcesz, panie”, ale doszedł do wniosku, że sam ukłon złożony w milczeniu da lepsze świadectwo temu, że zrozumiał dyskrecję sprawy. Ukłonił się zatem bez słowa, dostrzegając na obliczu Rodriga da Tarragona potwierdzenie swojego przypuszczenia.

Kilka dni później Ahmet poprosił o rozmowę w komnacie hrabiego. Rodrigo okazywał obojętność, ale był kiepskim komediantem. Nie potrafił udawać.

– Dziewczyna nosi imię Muszira – rzekł Ahmet, dziękując gestem dłoni za cynowy kubek z winem. – Jest szlachetnie urodzona. Podróżowała z portu na wybrzeżu czerwonych klifów do krewnych w Al-Uszbana, którą chrześcijanie zwą Lizboną. Miała tam zostać zaślubiona człowiekowi, którego wybrała jej rodzina i który jest ważnym bejem w marchii As-Saghr al Adna, na południe od twoich ziem, panie. Dlatego wojownicy eskorty walczyli tak zaciekle. Nawet gdyby któryś z nich uszedł z bitwy cało, zostałby ścięty albo jeszcze gorzej, uduszony. Za hańbę oddania oblubienicy beja w twoje ręce, panie.

W tej samej sekundzie Ahmet pojął, że zagalopował się z tą hańbą, więc na wszelki wypadek głęboko się pokłonił. Ale Rodrigo stał nieruchomo, nie wiedząc, co uczynić z informacjami o dziewczynie, której imię poznał dopiero po trzech miesiącach, podobnie jak nadal nie wiedział, co uczynić z nią samą. Maur jak zwykle przyszedł mu z pomocą.

– Muszira moimi niegodnymi ustami dziękuje ci, panie, za to, że uszanowałeś jej cześć, i pragnie zapewnić, że jej krewni chętnie zapłacą wysoki okup. Jeśli zgodzisz się, panie, ją wysłuchać, będę tłumaczył wasze słowa.

– Nie jestem złoczyńcą porywającym ludzi dla okupu – warknął Rodrigo, ale zaraz przywołał się do porządku. – Jeśli chce rozmawiać, niech to będzie dziś przy wieczerzy. – Hrabia podniósł się z zydla, bacznie wpatrując się w medyka. – Czy prosiła cię, abyś to ty udał się do Lizbony w moim imieniu z żądaniem okupu?

– Nie rozmawialiśmy o tym, panie. – Ahmet spuścił wzrok, a przez umysł Rodriga da Tarragona przebiegła myśl, że Maur nie trafił do jego zamku przypadkowo.

Rozdział 13

Tamta wieczerza, nieoczekiwanie dla wszystkich, otworzyła nowy rozdział historii zamku i jego mieszkańców. Uczestnicy rozmawiali ostrożnie, jakby dotykali lutni, której struny zaczarowane przez złe moce mogą zostać poruszone w niewłaściwym miejscu, zabrzmieć złowrogo i zniweczyć nastrój porozumienia. Do kwestii okupu więcej nie wracano. Hrabia Rodrigo nie zgodził się na wyznaczenie ceny za Muszirę ani na wysłanie do jej krewnych poselstwa w tej sprawie. Przyrzekł natomiast, że skoro dziewczyna czuje się jak w niewoli, gotów jest zwrócić jej wolność, i kiedy tylko wojna z Maurami przycichnie, odeśle ją do krewnych pod pieczą Ahmeta i eskortą rycerzy. Najpewniej przed zimą, kiedy chłód przegania wojska muzułmańskie do siedlisk w kuwarach. Postanowił, że do tego czasu opiekunem i tłumaczem Musziry będzie Ahmet. W zamian obydwoje przysięgną na swoją wiarę, że nie będą próbowali ucieczki.

Przyrzeczenie zostało przyjęte i wszystkim zrobiło się lżej, choć Muszira nie okazała radości i uznania dla szlachetności Rodriga. Siedziała ze spuszczonym wzrokiem i prawie nic nie jadła. Ahmet udawał, że nie widzi, jak na jej widok hrabiemu płoną oczy, a policzki oblewa purpura.

A potem wydarzenia przetoczyły się przez galisyjski zamek Tarragonów jak wiosenna burza.

Po tygodniach rozmów, przejażdżek konnych, uczt i polowań Muszira najpierw odwzajemniła miłość Rodriga – trwającą od chwili, gdy ujrzał ją po raz pierwszy wtedy po bitwie – a potem podzieliła jego przekonanie, że nie mogą bez siebie żyć. Rok później, jednego dnia, przyjęła dwa sakramenty: chrzest z rąk biskupa Coimbry, a następnie małżeństwo, które ten sam duchowny pobłogosławił mocą swojego Kościoła. Piastunem syna, urodzonego po kolejnym roku, został Ahmet, przechrzczony wraz ze swoją panią, odtąd noszący imię Aurelio.

Mały Abelardo da Tarragona rósł zdrowo, karmiony mlekiem wiejskiej mamki. Cała okolica szemrała, że jest przeklęty. Chłopiec urodził się ze znamieniem na czole, w kształcie leżącej cyfry cztery tuż nad prawą brwią. Niemowlę ze zmarszczką starca, szeptano po izbach i szynkach, wieszcząc, że Abelardo ściągnie na swój ród nieszczęście.

Hrabia puszczał te pogłoski mimo uszu, ale Muszirze zatruwały one życie. Ahmet, wiedząc, jak reagują niewiasty po połogu, próbował ratować swoją panią naparami z ziół przynoszących ukojenie, ale niewiele wskórał. Ku rozpaczy jego i Rodriga Muszira znów zamilkła i godzinami wpatrywała się we wzgórza, po kryjomu żarliwie modląc się do Allaha, co było śmiertelnym grzechem, zakazanym w pierwszym przykazaniu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

Być może Bóg chrześcijan istotnie wpadł w gniew, bo z Muszirą było coraz gorzej. Jej uroda zgasła, a ciało zwiędło od postów i zgryzoty. Zmarła po kilku miesiącach, z przyczyn, których Ahmet-Aurelio nie potrafił rozpoznać, jakby wraz z imieniem i wiarą przodków wyrzekł się talentu lekarskiego. Okolica szemrała teraz o spełnieniu klątwy dwóch bogów. Znaleźli się nawet tacy, którzy widzieli nad zamkiem anioła zemsty, zstępującego na ziemię i rozkazującego żonie hrabiego wypicie trucizny.

Abelardo został sam. Ojciec cały swój ból zamienił w zapiekłą nienawiść do muzułmanów. Uznał, że żonę zabrało mu przywiązanie do religii Mahometa, i od tej pory stał się postrachem pogranicza. Do zamku zaglądał rzadko, a syna powierzył opiece Aurelia. Bóg wie, ilu Maurów wysłał do raju Proroka, zanim berberyjska włócznia nie strąciła go z konia podczas wyprawy króla Ordoneza III na Lizbonę w 995 roku. Hrabia Rodrigo przeżył, ale resztę życia miał spędzić przykuty do łoża.

Któregoś wieczoru, blisko trzy lata po ostatniej bitwie ojca, Abelardo po cichu wślizgnął się do jego komnaty, a widząc, że hrabia nie śpi, podszedł do łoża, przyklęknął i z szacunkiem ucałował jego dłoń.

Rodrigo uśmiechnął się delikatnie.

– Wyrosłeś na dorodnego młodzieńca – rzekł. – Cieszę się, że to właśnie ty wzniesiesz miecz Tarragonów nad głowami tych arabskich szakali.

Abelardo już otwierał usta, aby w młodzieńczej zapalczywości wykrzyczeć, że też jest półkrwi Arabem, ale zmilczał w porę, świadom, że sam obróciłby wniwecz prośbę, z jaką przyszedł do ojca.

– Ja właśnie w tej sprawie, panie – rzekł oficjalnie. – Chcemy jutro zastąpić drogę Maurom, którzy rankiem zamierzają przekroczyć rzekę Mondego. Przyszedłem prosić, ojcze, abyś zechciał zezwolić mi na udział w tej bitwie. Godnie wzniosę miecz Tarragonów – dorzucił ojcowski frazes, który mógł okazać się pomocny.

Ale na obliczu starego hrabiego nie było już zapalczywości sprzed kilku minut. Wydawał się zaniepokojony.

– Ilu ich jest? – zapytał.

– Zwiadowcy mówią o tysiącu, może tysiąc dwustu końskich ogonach. Sama lekka jazda. Nas jest przynajmniej półtora tysiąca. Mamy ciężką jazdę, piechotę z włóczniami, łuczników...

Rodrigo da Tarragona uciszył syna grymasem niezadowolenia.

– Nie pytam o naszą liczebność. Powiedz, kto będzie dowodził.

– Belduino Varela.

Hrabia z uznaniem pokiwał głową.

– Dobry wódz. Jaki ma plan?

– Genialny, ojcze! – Abelardo znów podniósł głos, ale zaraz przywołał się do porządku. – Kiedy zwiadowcy donieśli przed tygodniem o pochodzie Maurów kierujących się w stronę brodu na rzece Mondego, senior Varela wymyślił, że na równinie na naszym brzegu wykopiemy doły i ukryjemy w nich dwustu łuczników. Kiedy Maurowie zobaczą, że równina jest pusta, bez szyku wkroczą do rzeki, a wtedy w środku przeprawy słudzy odrzucą żerdzie z darnią maskujące kryjówki, łucznicy wyjdą i wystrzelają połowę pogan. Resztę dokończy jazda, którą zawiadomią w odpowiedniej chwili, puszczając w stronę naszego obozu za wzgórzem płonące strzały i ustępując jej miejsca do szarży.

– Nic z tego nie będzie. – Ojciec machnął ręką. – Myślicie, że oni nie mają oczu? Nie zauważą, że kopiecie doły i nie domyślą się fortelu?

– Nie mogą – odrzekł Abelardo. – Nadciągnęli nad rzekę dopiero dziś rano, a Varela rozkazał kopać kryjówki już w środę po zmierzchu. Kilkuset ludzi pracowało całą noc, a nad ranem zamaskowało w dołach łuczników i służbę, zostawiając im strawę i zapas wody. Siedzą tam od trzech dni. Nikt nie domyśli się ich obecności, choćby oczy wypatrzył z drugiego brzegu.

Hrabia zadumał się na chwilę.

– Oby było, jak przewiduje Belduino Varela. Mimo to nie zawierzyłbym losu bitwy jedynie łucznikom. Tylko że – z uśmiechem poklepał się po bezwładnych nogach – moje bitwy już odbyłem. Ruszaj, synu, i niech cię Bóg prowadzi. – Rodrigo da Tarragona przez moment zatrzymał wzrok na znamieniu Abelarda i ominął je dwoma palcami, czyniąc na czole syna znak krzyża.

Rozdział 14

Kolczuga ojca zdawała się ważyć dwa razy więcej niż podczas ćwiczeń na dziedzińcu zamkowym, kiedy Abelardo uczył się fechtunku i sztuki walki. Teraz, w obozie za wzgórzem nad rzeką Mondego, z którego lada chwila miał ruszyć atak na Maurów, kolczuga krępowała ruchy, a koń dziedzica rodu Tarragonów parskał i nerwowo grzebał kopytami. W odróżnieniu od jeźdźca, który go dosiadał, rumak bywał już w bitwach i czuł, że zbliża się groza kolejnej. Nie tylko wierzchowce okazywały zniecierpliwienie.

– Czemu oni jeszcze nie wypuszczają płonących strzał? – denerwował się Belduino Varela, którego puklerz i hełm nosiły ślady licznych wgnieceń. – Słońce jest już wysoko, poganie musieli zacząć przeprawę. A może – krzyknął, aby słyszano go w najbliższych szeregach – łucznicy wystrzelali ich co do jednego i już ucztują? Galisyjscy rycerze zatrzęśli się ze śmiechu, aż zadźwięczał ich żelazny ekwipunek.

Aurelio, którego koń niemal dotykał strzemionami rumaka Abelarda, był jednak śmiertelnie poważny. Pochylił się w stronę młodego hrabiego, wręczając mu kwadratowy kawałek metalu zawieszony na cienkim rzemieniu.

– To amulet twojej matki, panie – powiedział cicho. – Dała mi go przed śmiercią. Przysiągłem, że przekażę ci go w chwili, gdy może grozić ci niebezpieczeństwo. Weź go, panie. On cię uchroni.

Abelardo sięgnął po amulet lewą ręką, starając się mocno trzymać wodze niespokojnego rumaka. Zaskoczony, spojrzał na arabskie znaki na kwadratowej tabliczce, na chwilę zapominając o czekającej go bitwie.

Nagle znalazł się w środku piekła. Jazda Maurów wyrosła jak spod ziemi, spadając ze wzgórza na podobieństwo stada jastrzębi, i z nieludzkim wyciem runęła na chrześcijańskich rycerzy, z których wielu nie zdołało nawet dobyć miecza. Pogan było ponad tysiąc; łucznicy nad rzeką nie zatrzymali ani jednego z nich. Szarżowali w pełnym galopie, z impetem podsycanym wyraźną wizją klęski i pogromu chrześcijan. Atak był tak błyskawiczny, że konie rycerzy rekonkwisty, gwałtownie spięte ostrogami, stawały dęba, zrzucając jeźdźców, nie mając miejsca choćby na jeden krok do przodu.

Rozpęd – największy atut ciężkiej jazdy – został całkowicie udaremniony, a bez rozpędu ciężka jazda może tylko ginąć w starciu ze zwrotniejszym i szybszym przeciwnikiem. I to właśnie działo się na polu bitwy nad rzeką Mondego. Padali ludzie, konie i proporce, a bujna wiosenna łąka powoli zmieniała kolor na purpurowy. Belduino Varela płacił tragiczną cenę za pychę: przekonany o niezawodności swojego fortelu, koniecznie chcąc udać przed Maurami nieobecność wojsk na drugim brzegu, nawet nie wystawił na wzgórzu obserwatorów, którzy mogli ostrzec przed niebezpieczeństwem. Zanim krzywa arabska szabla strąciła mu hełm, a kolejna rozłupała czaszkę, nie zdążył nawet zadać sobie pytania, co mogło się stać z łucznikami.

Abelardo spadł z konia potrącony przez Maura, który atakował Belduina. Próbował odzyskać równowagę i stanąć na nogi, ale poślizgnął się w kałuży krwi. W tym samym momencie z siodła zsunął się Aurelio, chcąc pomóc swemu panu, ale zanim dotknął ziemi, włócznia wroga rzucona wprawną ręką przebiła go na wylot. Upadł na kolana. Abelardo chwycił go za ramiona w geście bezsilnej rozpaczy, ale z oczu jego starego opiekuna już znikało życie.

– Twoja matka... – wychrypiał, ale potok krwi z ust przerwał mu w pół słowa. – Ona nie... nie była... Nie dokończył. Zanim do Abelarda dotarło, że powiernik matki chciał mu przed śmiercią powiedzieć coś bardzo ważnego, poczuł na szyi chwyt arkanu. Po chwili odpłynął w niebyt.

Ocknął się wśród setki jeńców klęczących w rzędzie, z rękami spętanymi z tyłu sznurem. Za każdym stał strażnik z obnażonym mieczem, a wzdłuż szpaleru przechadzał się bogato odziany starzec, przed którym wojownicy Proroka z czcią pochylali głowy. Abelardo znał ten rytuał z opowieści rycerzy ojca. Muzułmański wódz po wygranej bitwie miał przywilej osobistego decydowania o losie jeńców. Dwóch, trzech z reguły puszczał wolno, aby wrócili do swoich i dali świadectwo klęski. Część przeznaczał na sprzedaż na marokańskich targach niewolników, resztę kazał ścinać – ku chwale Allaha i przestrodze niewiernych.

Starzec w asyście dwóch olbrzymów czarnych jak heban, którzy najwyraźniej stanowili jego straż przyboczną, z uwagą przyglądał się pojmanym galisyjskim rycerzom, aż nagle stanął oniemiały i nie wierząc własnym oczom, dotknął znamienia na czole Abelarda.

– Arba – szepnął, jakby ogarnięty lękiem, a potem rzucił kilka innych słów po arabsku.

Paru wojowników w turbanach natychmiast ostrożnie podniosło Abelarda z ziemi, przecięło mu więzy i na własnych ramionach zaniosło go do obozu Maurów, nad którym górował namiot wodza. Tu go obmyto, przebrano w czystą szatę i wskazano miejsce na poduszkach ułożonych na miękkim kobiercu. Kiedy usiadł, słudzy wycofali się schyleni w pokornym pokłonie. Został sam.

Rozdział 15

Myślał, że śni, gdy poły namiotu się rozchyliły i do wnętrza wszedł starzec – wódz Maurów. Klęknął przed Abelardem i pochylił się, dotykając czołem ziemi przed jego stopami.

– Bądź pozdrowiony – rzekł w języku krainy Portucale. – Noszę imię Al-Hakan i pochodzę z królewskiego rodu Umajjadów. Jestem emirem południowych marchii i wiernym sługą Allaha, który dziś nagrodził mnie zaszczytem odnalezienia ciebie, wysłannika prawdy i dobroci.

Twarz Abelarda musiała wyrażać bezgraniczne osłupienie, więc starzec postanowił dać mu ochłonąć, klasnął w dłonie i w namiocie natychmiast pojawili się słudzy, tym razem z tacami pełnymi jadła i dzbanami z aromatycznym naparem z suszonych owoców. Gospodarz uprzejmym gestem dłoni zachęcił młodzieńca do skosztowania poczęstunku. Po chwili usadowił się obok Abelarda na poduszkach, rozpromieniony uśmiechem przyjaźni i wdzięczności.

– Widzę, panie, że nie jesteś świadom swojego powołania – rzekł, starając się dobrze dobierać słowa. – Posłuchaj zatem: istnieje przepowiednia, znana tylko chrześcijańskim papieżom i przywódcom islamu, która mówi, że nasze religie rozdarte nienawiścią mogą się pojednać i żyć w zgodzie. Dziś, kiedy rozdziela nas święta wojna i morze przelanej krwi, wydaje się to niemożliwe, ale Bóg postanowił inaczej. Bóg, który jest jeden, choć ma wielu proroków, w tym Mahometa i Jezusa Chrystusa, dał ludziom wolną wolę, ale ludzie nie użyli jej do życia w pokoju. Dlatego proroctwo arby, czyli czwórki, mówi, że Bóg ofiaruje światu cztery możliwości pojednania chrześcijaństwa z islamem.

Może się to dokonać za sprawą czterech wybrańców, którzy począwszy od roku tysięcznego, co czterysta czterdzieści cztery lata mogą przynieść światu wieczny pokój, o ile świat przyjmie ich misję. Proroctwo arby mówi o czterech sposobnościach: w roku tysięcznym, tysiąc czterysta czterdziestym czwartym, tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym i dwa tysiące trzysta trzydziestym drugim. Pierwszą z nich otrzymałeś ty, panie. Jesteś wybrańcem Boga. – Al-Hakan głęboko się pokłonił. – Mamy rok dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy. Za dwa lata z woli Boga możesz stać się najważniejszym człowiekiem na Ziemi, sługą pojednania odwiecznych wrogów niszczących tysiące istnień w imię fanatycznej nienawiści. Jeśli się jednak okaże, że przepowiednia arby jest prawdziwa, bo pojawił się pierwszy wybraniec, przywódcy naszych światów mogą w nią uwierzyć, posłuchać jej mądrości i zaprowadzić pokój. Wyznawcy Chrystusa przekazują sobie znak pokoju. My witamy się słowami salam alejkum, co znaczy: pokój z wami. Dlaczego się zabijamy?

Abelardo słuchał w milczeniu, próbując uporządkować myśli. Nie było to łatwe, zwłaszcza dziś, w dniu, w którym zwycięska bitwa zamieniła się w pogrom, zginął Aurelio, matka z zaświatów wysłała doń kolejną tajemnicę wyrytą na płytce amuletu i zawartą w ostatnich słowach wiernego sługi, a on sam zamiast ścięcia mieczem dostąpił czci wyrażanej przez potężnego emira, bijącego przed nim pokłony i opowiadającego rzeczy, które przekraczały granice świadomości. Po długiej chwili ciszy, w której brzmiało ostatnie pytanie Al-Hakana, Abelardo powrócił do rzeczywistości.

– Czemu sądzisz, panie, że to ja jestem wybrańcem z tej przepowiedni?

Emir pokiwał głową, doceniając logikę pytania.

– Nosisz znamię arby, o którym mówi przepowiednia. Wyraźny znak arabskiej czwórki leżącej nad prawą brwią. Z proroctwa można też wyczytać, że wybrańcy będą potomkami dwóch różnych religii. Czy twoi rodzice i dziadowie, panie, wszyscy byli chrześcijanami?

Abelardo pokręcił głową.

– Nie. W zasadzie jestem półkrwi Arabem. Po matce, która zanim przyjęła chrzest, była wyznawczynią islamu.

Al-Hakan nie wydawał się zaskoczony.

– Oto kolejny dowód. Czy zechcesz, panie, opowiedzieć o matce? Jak to się stało, że została żoną niewiernego?

– Niewiele o niej wiem. – Abelardo wyraźnie posmutniał. – Umarła wkrótce po moim przyjściu na świat. Nawet jej nie pamiętam. Ale na pewno poślubiła mojego ojca z miłości. Tego jestem pewien.

– Ma sza Allah. – Stary emir się rozpromienił. – Bogu się to podobało. Jak widzisz, panie, religie nie muszą dzielić. Kim była twoja matka?

– Jak już mówiłem, nie wiem zbyt wiele. Ojciec ocalił ją z jakiejś bitwy. Mieszkała w naszym zamku. Opowiadano mi, że miała możliwość powrotu do swoich, ale zakochała się w moim ojcu i została. Potem ja się urodziłem, a ona odeszła. Miała na imię Muszira.

– Muszira – powtórzył stary emir. – Oznacza kobietę mądrą, dającą rady. Rzadko się to imię spotyka. Szkoda, że wiesz o niej tak niewiele.

– Wiem tyle, ile opowiedział mi jej wierny sługa, człowiek, który mnie wychował, a dziś zginął w bitwie.

Abelardo opuścił głowę, aby nie pokazać łez, które napłynęły mu do oczu, ale zaraz się wyprostował. Sięgnął ręką do szyi i zdjął z niej amulet otrzymany rano od Aurelia. Podał go emirowi:

– To należało do mojej matki i zostało mi przekazane dopiero dziś. Może potrafisz, panie, odczytać te znaki?

Al-Hakan wziął amulet z czcią, obydwoma dłońmi, spojrzał na niego i zbladł. Metalowy kwadrat omal nie wypadł mu z rąk.

– Wybacz – rzekł nieswoim głosem. – Wybacz staremu człowiekowi. Zbyt wiele wrażeń jak na jeden dzień. Poczułem się strudzony. Odpocznę teraz. Słudzy wskażą ci namiot, w którym i ty zaznasz snu. Niech Bóg da ci pokój i wytchnienie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ TRZECIATajemnica trzecie millenium
Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 33

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 34

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ CZWARTAWarneńczyk maj 1440 – listopad 1444 roku
Rozdział 35

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 36

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 37

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 38

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 39

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 40

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 41

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 42

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ PIĄTAWyspa trzecie millenium
Rozdział 43

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 44

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 45

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 46

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 47

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 48

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 49

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 50

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 51

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 52

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 53

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 54

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ SZÓSTAZnamię styczeń 1863 roku
Rozdział 55

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 56

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 57

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 58

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 59

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 60

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 61

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ SIÓDMAMisja trzecie millenium
Rozdział 62

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 63

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 64

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 65

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 66

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 67

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 68

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 69

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 70

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ ÓSMAObraz styczeń 1881 – maj 1893 roku
Rozdział 71

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 72

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 73

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 74

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 75

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 76

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ DZIEWIĄTAPowrót trzecie millenium
Rozdział 77

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 78

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 79

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 80

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 81

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 82

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 83

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 84

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 85

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ DZIESIĄTAChrzty wiosna 1977 – lato 1989 roku
Rozdział 86

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 87

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 88

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 89

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 90

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 91

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 92

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ JEDENASTAPancerzyki biedronek rok 2332
Rozdział 93

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 94

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 95

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 96

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 97

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 98

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 99

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 100

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 101

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG rok 2332
Post scriptum

Dostępne w wersji pełnej

Postacie występujące w powieści

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora

Katarzyna Łukasik

Redakcja

Maja Lipowska

Korekta

Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Anna Kędziorek

Copyright © by Maciej Siembieda, 2017

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-163-2

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl