41 utonięć - Agnieszka Wolny-Hamkało - ebook
Opis

Nawet najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętają takiego lata. Asfalt staje się miękki jak ciasto, na parapetach płowieje stopiony plastik, w witrynach aptek usychają kwiaty. Wrocław rozgrzany jak Nowy Orlean opanowały szczury wywlekające z kubłów kawałki pizzy. Restauratorzy wynieśli przed knajpy palmy w donicach, sprzedawcy pomidorów spryskują je wodą. Duszna, tropikalna seksualność, która rozwija się wraz z upałem, nie pozwala spać mieszkańcom. Porzucają rozgrzane bloki i ruszają w noc, żeby się kochać, kłócić, słuchać radia w taksówkach, planować śmiertelnie poważnie coś, co rano wygląda jak sen.
Wśród letnich festiwali, religijnych procesji, polityków i pijaków, ekipa Teatru Polskiego postanawia wyprodukować spektakl, w którym wszystko będzie „nowe” i „abstrakcyjne”. Ada, bezrobotna malarka, dostaje życiową szansę: zostaje zaproszona do współpracy. W dzień poznaje teatr, nocami rozmienia się na drobne spędzając czas z podobnymi do siebie rozbitkami.
Bohaterowie powieści próbują na różne sposoby radzić sobie z lękiem. Z czasem uczą się podchodzić trochę bliżej siebie, co zawsze jest niebezpieczne. Szukają świeckich religii, żeby uciec od samotności, starają znaleźć coś żywego, bezpieczne miejsce, w którym na chwilę zapomną, jak jest.
Ich złudzenia mają urok źle oświetlonych lokali, gdzie gada się do późna o sztuce i miłości, ale język więdnie od tego w ustach, staje się wszechstronnie obcy, niezrozumiały. Aż w końcu zostaje z niego proch: frazesy, etykiety, recepty bez pokrycia. A jednak bohaterowie mówią do siebie, choć nie zawsze się porozumiewają. Ale nawet ta próba to dla nich jedyna szansa na więź, której można jeszcze nadać jakieś znaczenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 197

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt ‌okładki: Łukasz Paluch

Opracowanie graficzne: ‌Janusz Barecki

Redakcja: Filip ‌Modrzejewski

Korekta: ‌Jolanta Spodar

Zdjęcie ‌autorki na skrzydełku © Krzysztof ‌Zatycki

ISBN 978-832-440-434-6

Copyright ‌© by Wydawnictwo Iskry, ‌Warszawa 2015

Copyright © by Agnieszka ‌Wolny-Hamkało

Wydawnictwo ‌Iskry

al. ‌Wyzwolenia 18

00-570 ‌Warszawa

tel. ‌22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

„Gordon ‌Craig ma ujmujący ‌ex libris. Fantastyczny, ‌z niespotykanym, przepięknym wzorem – ‌nieznany i dziwny. Nie można ‌powiedzieć, co to ‌jest, ‌ale wprawia ‌w ponury nastrój”.

RYSZARD BOLESŁAWSKI

Aktorstwo. ‌Sześć pierwszych lekcji

Podwórko ‌odjęte miastu i przyszyte ‌do starego świata, który ‌jest na zdjęciach. ‌Rosły ‌tam jeszcze ‌prawdziwe drzewa, ‌miały grube, wysokie ‌pnie, latem ‌brudziły ‌wszystko klejem i baziami. ‌Akacje, które ‌mają kwiaty jak ‌klocki lego. ‌Pranie ‌między drzewami, między ‌pniami, na sznurkach – kolorowe ‌koszulki, ręczniki w paski, ‌żorżetowa ‌marszczona ‌pościel, koszule ‌w kratę. ‌Metalowe kontenery pod ‌oknami, ‌na zardzewiałych kółkach krzywo postawione, ‌z otwartymi buziami, pełne wszelkiego ‌śmiecia i pięknych much lśniących ‌jak żuki. Musze ‌patrole nad pleśniejącą bawełną, ‌nad stożkami kapusty, nad ‌brudną gąbką. Dziewczynka przytulona ‌plecami do drzewa, spoglądająca ‌na Adę ‌i Jacka, z plastikowymi niebieskimi ‌koralikami, cała ‌w bransoletkach. Dopóki ktoś ‌jej nie ‌zawoła, nie zbije, nie ‌wykąpie ze starszym bratem. Dziecko ‌znikające jak duch. ‌„Dziewczynko, ‌jesteś ‌zmęczona?”. „Tak”. ‌„My też”.

Szczególny sposób ‌mówienia – na wdechu, ‌przez zaciśnięte usta. Jakby ‌tylko na chwilę wynurzył ‌się na powierzchnię, ‌żeby ‌z trudem wyrzucić kilka słów. ‌Może ‌po prostu ‌chciał zatrzymać ‌jak ‌najdłużej w płucach ‌dym. Siwe nici we włosach, szorstka skóra. Duże ręce zagarniające wielką powierzchnię tego, co akurat trzymał.

Podobało jej się, jak otwierał piwo zapalniczką, pocierał zapałką o szorstką draskę, jak się pierwszy raz zaciągał i jego oczy stawały się od tego jeszcze bardziej niebieskie. Jak opowiadał bez nawigacji o dalekich krajach, zmieniając wątki i myląc tropy (teraz wszyscy będą wiedzieć, że to o nim). Jak się zmieniał: był i taki, i taki, i taki. Miał swoje tajemnice, jak wszyscy w tym mieście.

Szum był właściwie przyjemny. Przypominał jej szum suszarki do włosów albo odkurzacza. Czegoś, co mgliście pamiętała jako „dom”. Ale ten dźwięk był szerokim, dominującym pasmem. A potem usłyszała klaksony, rowerowy dzwonek, a w końcu śmiech dziecka, który ostatecznie wyprowadził ją ze snu. Ze zdziwieniem odkryła, że leży na ulicy, oparta o witrynę sklepu z narzędziami „Super Majster”. Poruszyła głową i poczuła, że ma coś w ustach. Wypluła na rękę pieniążek: pięciogroszówkę. Podniosła go do oczu – niczym się nie wyróżniał, lśnił w słońcu i mrugał, jakby chciał powiedzieć: „Psikus!”. Schowała go do kieszeni i spróbowała wstać, ale słabo jej to szło. Miała sucho w ustach. Czuła bolesną rankę na podniebieniu. Badała ją zdrętwiałym, spuchniętym językiem. Niewyraźnie, jakby przez brudną szybkę, docierał do niej świat. Wokół piekliło się miasto. Pod nasypem kolejowym leżały śmieci dnia poprzedniego. Emanowały frytki, które przeżywały inwazję słońca, rozkładały się niedojedzone jabłka, konsystencję zmieniało wszystko, co organiczne. Cały Wrocław śmierdział. Upał zmiękczał donice pełne kaktusów z Ikei, plastik wyginał się i topniał, buty przechodniów zapadały się miękko w asfalcie. Wszędzie czuć było swąd smaru, gumy i opon.

– Proszę pani? – usłyszała. – Proszę pani? Wszystko w porządku?

Już tu kiedyś byłam, pomyślała pogodnie Ada. Byłam w tym miejscu i wspominam je ciepło. Miała na nosie brudne okulary przeciwsłoneczne i wszystko wokół wydawało jej się rozmazane. Ostre krawędzie były przyjemnie łagodne, architektura chwiała się niepewnie. Słońce cienkie jak wafel drżało na niebie niczym membrana.

– W porządku? Chyba... coś pani wypadło? – Podał jej telefon ze zbitą szybką. Jasnowłosy czternastolatek miał tak przestraszoną minę, że aż go polubiła. Nieczęsto widywała czternastolatków z przestraszoną miną.

– A, daj mi spokój. – Odwróciła się, jakby była we własnym łóżku, i postanowiła pospać jeszcze przez chwilę. Ale zaraz zobaczyła nad sobą jego dłonie i poczuła, że podnosi jej głowę, wsuwając pod nią coś miękkiego.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział. A potem dodał: – Wezwać taksówkę czy pogotowie?

– Nie rozśmieszaj mnie – westchnęła i jęła poprawiać spódniczkę, lecz robiła to na leżąco i spódniczka, przyduszona jej ciałem, nijak nie chciała wskoczyć na swoje miejsce.

– Dobra – powiedziała wreszcie, nie precyzując, czy godzi się na taksówkę, czy pogotowie. Chłopak wystukał numer na swoim smartfonie.

– Na hasło „Ada” poproszę. Ulica Bogusławskiego 5. Pod sklep „Super Majster” – powiedział.

– O, to daleko nie zaszłam – zamruczała do siebie. A do niego: – Skąd wiesz, że „Ada”?

– Pomogę pani wstać – podniósł ją nawet sprawnie, starając się nie dotykać jej piersi i chmurnych, rozkręconych włosów, które w upale pachniały jak słoma. Po chwili przyjechał rozklekotany mercedes, wsiadła do środka z trudem. Przy lusterku kołysały się dwa złotoczerwone proporczyki z wizerunkiem papieża. Było jej gorąco.

– A, proszę pani, dwie dychy – powiedział chłopak, wręczając jej banknot przez odsuniętą szybę. W aucie nie było klimatyzacji i Ada poczuła, że jej skóra przykleja się do skaju.

– Och, dzięki! – rzuciła lekko, przejmując banknot. – Dzięki, chłopczyku. Bardzo ładnie! – dodała. Mercedes sapnął ciężko, wyrzucił z siebie kłęby spalin, ruszył. Taksówkarz popatrzył w lusterko i obwieścił, jakby cytował dziecięcą czytankę:

– Upalne lato.

Po deszczu świat wyglądał jak świeżo wyprany. Ada stanęła w oknie i zapaliła papierosa, patrząc na park. Naprzeciw jej mieszkania stał blok i czasem w oknie widziała kilkuletnią dziewczynkę z prostymi, jasnymi włosami do ramion. Dziecko, nieruchome w ramie okna, spoglądało na Adę, przyklejając białe dłonie do szyby. Stały tak kilka minut, aż Ada uznawała to za dziwaczne i odchodziła do swoich spraw. Mała nigdy jej nie pomachała, nie było żadnego gestu, uśmiechu. Cały park, który Ada oglądała z okna, był paskiem zieleni między blokami. Czasem, idąc rano do sklepu, widziała rysunki na chodniku, rysunki kolorową kredą: koła, puste zbiory, strzałki, oko wpisane w trójkąt, ptaka. Pod murkiem ogrodzenia znajdowała kupki kamieni albo liści, ułożone w małe stożki. „Skoro tak chcesz się komunikować, dziewczynko, w porządku, dobrze”, mówiła wtedy do siebie. Jeśli znalazła tam kawałek kredy, dorysowywała coś: przedłużała albo przecinała jakąś linię. Wpisywała trójkąt w koło. Na murku ogrodzenia, na górze, nieco ponad głowami przechodniów, kwitł mech. Ada widziała go, schodząc ze schodów. Lubiła kłaść na nim rękę. Poduszki były miękkie i trochę gliniaste, z żółtymi pręcikami, wesołe i sprężyste. Kiedy głaskała mech, miała wrażenie, jakby robiła coś niestosownego: wkładała rękę do majtek albo kradła. Na osiedlu często słyszała głosy cudzoziemców: Włochów i Azjatów. Maleńkie kobiety szły zawsze zbyt szybko, z oczami wbitymi w ziemię. Ich mężowie spędzali wieczory w burdelach. Kobiety znikały wraz z dniem, po prostu ulatniały się. Nigdy nie wychodziły po zmierzchu, a głosów dzieci nie słyszała wieczorami nawet w pełni lata, nawet zza uchylonych okien na parterze. Oprócz Azjatów, Włochów i Polaków mieszkały tam jeszcze jaskółki: czasem krzyczały jak nietoperze, piskliwie i krótko. W niedzielę, gdy robiło się cicho i samochody stały w rogach osiedla, jaskółki przejmowały teren. Lubiła je: były brzydkie, latały niezbornie, zygzakiem, wydawało się, że spadają. Kiedy była mała, Ada mieszkała w Śródmieściu. Śródmieście miało inne zapachy. W Śródmieściu pachniało cieniem, sztuczną wełną, szarym mydłem i moczem. Zwłaszcza latem czuć było amoniak, jak szło się tamtędy na podwórko, do piachu, żeby zbierać kamienie. Siki i psia sierść były częścią cienia. Wielkie wilczury po spacerze w deszczu właziły po schodach i ocierały się o ściany. Kiedy głaskała psy, zimne, mokre nosy jeździły po wnętrzu jej dłoni jak dezodorant w kulce. W piasku były gwoździe, szkło i mika. Można było z nich zrobić wszystko. Wszystko zakopywało się potem pod ziemią. Jako dziecko Ada była chuda i paliła papierosy z szałwii.

Obudziło ją pukanie do drzwi. Kiedy usiadła na łóżku, przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, co jest na końcu tej ciemnej myśli, która jest taka męcząca, że nie pozwala jej wstać. Po kilku minutach uświadomiła to sobie: z końcem roku szkolnego stała się bezrobotna. Zwolniono ją z posady nauczycielki plastyki w gimnazjum. I za chwilę skończą jej się pieniądze.

Przez okno do pokoju wpadał ciężki promień pełen kurzu i kładł się na niej niczym ciężka ręka. Usłyszała tupot dzieci zbiegających po schodach, jazgot psa, a przez ścianę dźwięk fortepianu. Miasto z trudem włączało się w kolejny gorący, upiornie jasny dzień. Pukanie było natarczywe, wstała niezgrabnie i potykając się, dotarła do drzwi. Zerknęła przez wizjer. Po drugiej stronie znajdował się Roman Szpak, redaktor lokalnego ośrodka wrocławskiej telewizji, jej serdeczny przyjaciel. Przyłożył oko do wizjera i jęknął:

– No otwórz, kurwa.

– Jezu. – Ada skrzywiła się, otwierając drzwi.

Redaktor wlazł do środka i nie czekając na zaproszenie, skierował się w stronę kuchni, gdzie ze sterty brudnych naczyń wydobył szklankę i nie płucząc jej, nalał sobie kranówy. Wypił ją jednym haustem, natychmiast oblewając się potem.

– Słodki Jezu – rzekł, wybałuszając oczy. – Znowu!

– Co „znowu”? – zapytała Ada, próbując nalać wody do czajnika. Była rozczochrana i kiedy usiłowała przywrócić włosom porządek, natknęła się na gumę do żucia. Wyżutą, starą gumę, która wisiała na pozlepianych włosach jak bombka.

– Niech to się już skończy – błagał Roman, wznosząc oczy do nieba i rozkładając ręce, jakby chciał zaprezentować całemu światu pożółkłą, brudną koszulkę z napisem „Try harder”. Jego spocona twarz świeciła niezdrowo. Redaktor chrząkał, kasłał i pocierał brodę drżącymi rękami.

– Usiądź, Roman, uspokój się. – Poklepała go po plecach.

Ale on wzdrygnął się, jakby strząsał z ramienia jakiegoś owada. Oczy wyłaziły mu z orbit.

– Nalej mi – zażądał. – Nalej mi, bo na sucho nie dam rady.

Wyjęła z szafki zakurzoną butelkę martini i nalała.

– Roman, sraczka gwarantowana – ostrzegła.

– Każdej nocy kładę się w lęku – zaczął rozgorączkowany. – W strachu, że znów wpadnę w fabularny, złowrogi sen. Przedwczoraj w nocy śnił mi się jamnik w kształcie ołówka. Jamnik robił mnóstwo niebieskich, jakby plastikowych kupek. Inne psy na trawniku też waliły na kolorowo i we śnie brodziłem wśród tych neonowych kupek zdjęty grozą.

– Co dalej?

– Wczoraj ratowałem piękną prostytutkę z blizną, do której uśmiechnąłem się przy jakichś alfonsach. Od tej pory byłem przez nich bezwzględnie ścigany. Był to bardzo melancholijny sen, pełen tęsknoty za szczerą relacją z kurwą z blizną. To trwa od tygodnia. Myślałem, że już koniec, ale dziś rano śniło mi się, że pieściłem piersi pięknej aktorki i bardzo podniecony poprosiłem: „Wróćmy do łóżka, kochanie”, bo nagle się okazało, że stoimy w supermarkecie przy stoisku mięsnym, a ona na to: „Nie radzę, strasznie tam nasrałam”.

– Bardzo cię przepraszam, Romek, ale... cha, cha, cha! – Ada nie wytrzymała i zaśmiała się głośno jak dziecko, pokazując zęby i język.

– Nie rozumiesz, to mnie wykańcza. Boję się – powiedział szeptem, łypiąc załzawionym okiem – że to może już śmierć śle mi wiadomości z zaświatów. Nie mogę normalnie żyć! – jęknął.

– Nikt nie umie żyć, Roman, litości, tylko się rozejrzyj – powiedziała, wręczając mu czajnik. – Nastaw wodę, a ja idę się wysikać.

Kiedy wróciła do kuchni, na stole stały kubki pełne kawy rozpuszczalnej. Wyjęła z lodówki mleko, odkręciła i powąchała. Było w porządku. Nalała, a potem wygrzebała z dna cukierniczki dwie kostki cukru trzcinowego. Wrzuciła je do kawy i przez chwilę przyglądała się, jak znikają, tworząc na powierzchni wrzątku złote plamki. Z zewnątrz dobiegał chropowaty terkot kosiarki i niebawem kuchnia wypełniła się zapachem koniczyny.

– Pracują w sobotę? – zdziwił się przytomnie redaktor.

– Nie wiem. Chryste, przez ten upał jestem jakąś półosobą – sapnęła i wytarła czoło wierzchem dłoni. – Więc proszę bardzo: możesz dalej opowiadać mi swoje poronione sny. Będę słuchać, nie mam nic innego do roboty.

– Są złe. – Roman opadł na krzesło. – A może to alkohol? – spytał z niepokojem. – Ale wolałbym, żeby nie. Bo jednak Doktor Alkohol zawsze dobrze przytula.

– A mnie już, Roman, nie przytula, wiesz?

– Pierdolenie. – Machnął ręką.

– No – potwierdziła Ada, nalewając sobie martini.

Alkohol wypili dość szybko i wkrótce redaktor ulotnił się, słońce przeniosło swój ciężar do innego pokoju i Ada postanowiła trochę posprzątać. Spacerowała po mieszkaniu z zakurzoną miotełką, ale ruch powietrza strącał kurz i wciąż wracała do punktu wyjścia. Wieczorem stała na balkonie, obserwując żuki, które zlatywały się do wilgotnych donic. Po dwudziestej pierwszej na osiedlu było cicho. Małe dzieci miauczały jak kociaki. Koty miauczały jak ludzie. Skończyła drugi raz czytać Mistrza i Małgorzatę i zrobiło jej się bardzo smutno. Nie pamiętała, że tak to się kończy. Otworzyła piwo i zjadła kolację na balkonie, kładąc talerz na parapecie. Patrzyła na startujące samoloty. Chciało jej się palić i patrząc na ciemniejące okna sąsiadów, szukała akceptacji i solidarności. Ale na całym osiedlu nikt nie palił. I przypomniała sobie, że kiedy była mała, zasypiała na piętrowym łóżku, nasłuchując kaszlu ojca, który wracał z pracy. Wieczorem wszyscy sąsiedzi wychodzili na balkony albo wystawiali głowy przez okna, żeby nie dymić w maleńkich kuchniach. Po sznurkach piął się kwitnący groszek i schły złożone na pół prześcieradła. Ogniki papierosów pozdrawiały się, wysyłały do siebie sygnały. Przez otwarte okna słychać było dźwięki radia, letnie piosenki, kabarety, słuchowiska. Świsty i trzaski, kiedy ludzie łapali fale, jeździli czerwonym przecinkiem po skali.

Sklep zamykano o dwudziestej drugiej. Przy spożywczym spotkało się dwóch spoconych klubowiczów, którzy wpadli „po piwo i dwieście” i teraz przekomarzali się miłośnie:

– Mam prośbę: pomóż mi rozpić dwusetkę, bo w domu będę musiał jeszcze wypić dwa piwa – skarżył się jeden z nich, udając, że pochlipuje.

W sklepie obsługiwała chuda blondynka z doczepianymi włosami i tatuażem na łopatce. Na lewym uchu miała dziwną narośl. Ada rozejrzała się, udając, że ogląda cukry waniliowe i budynie. Laska wanilii w szklanej, zatkanej korkiem probówce wygląda jak wysuszone krowie jelito. Kiedyś kupowała je psu, to wie. Wyjęła z lodówki dwa tyskie i stanęła za wyperfumowaną nastolatką w ogrodniczkach.

Lubiła osiedlowe sklepiki. Miały w sobie urok czegoś prowincjonalnego: kawałek starego świata. Za ladą w plastikowych przegródkach leżały posklejane galaretki w cukrze i wedlowskie czekoladki na wagę. Nad nimi piętrzyły się rolki papieru toaletowego, butle zielonego płynu do mycia naczyń i makaron. Ale wzrok Ady przykuwały zawsze kolorowe alkohole, które połyskiwały jaskrawo jak fluorescencyjnie eliksiry, jak zabawki. Kiedy była mała, matka podczas wakacji zawoziła ją na wieś, do babci. Przy sali, którą wykorzystywano w zależności od potrzeb – a to jako kościół, a to jako kino, a to jako dyskotekę – znajdował się taki właśnie sklepik. Latem chodzili tam z dziadkiem po lody, które topiły się szybko w miękkich, gumiastych wafelkach. Przy wejściu stał zwykle głuchy Antek bez palców. „Spójrz, Aduś, dlatego nie wolno się bawić sieczkarnią”, mówił dziadek i zostawiał Antkowi trochę drobnych. Ale sieczkarnia stała w szopie na łodzie i pachniała koniczynowym sokiem. Olbrzymie koło zębate obracało się ciężko. Nie widziała niczego piękniejszego.

Blondynka przyłożyła butelkę do czytnika i popatrzyła na Adę w taki sposób, że ta postanowiła nazajutrz pójść po alkohol gdzie indziej. Będę jak redaktor, pomyślała z goryczą, trzy okoliczne sklepy odwiedzać: poniedziałki „U Basi”, wtorki „U Joli”, środy w Carrefourze. Oto, jak będzie wyglądać mój tydzień.

Chwyciła ostrożnie wilgotne butelki za szyjki, wyszła i wmaszerowała po schodach na swoje drugie piętro. Jej klatka schodowa miała dziwaczną piaskowaną lamperię, która kojarzyła się z sezamkami. Ada mieszkała trochę po studencku, nic nie leżało na swoim miejscu. I kiedy dostawała od przyjaciół jakiś obraz, rzeźbę, puszkę na herbatę czy książkę, zawsze kładła ten przedmiot na stole, łudząc się, że znajdzie dla niego jakieś miejsce. W związku z tym rzeczy leżały bezładnie na parapetach, stołach i blacie kuchennym. Obrazy stały na podłodze oparte o ścianę, brudziły się i powoli zmieniały kolor. Wciąż miała za mało pieniędzy na pracownię, więc zamknęła jeden pokój, rozkładając tam deski, blejtramy i pędzle w słoikach po zupie, którą dostawała co weekend od matki. Wszystkie ubrania Ady miały gryzący, ciężki zapach tempery. Nie pamiętała już, kiedy malowała coś figuratywnego. Od jakiegoś czasu skupiała się na redukcjach kształtów, kolorów – i w końcu doszła do czystych, dziwnie pustych abstrakcji, które tylko przywoływały realny świat. Wydawało jej się, że obrazy nie powinny szukać punktów oparcia na zewnątrz, tylko tworzyć własną, prywatną geometrię.

Pierwsze piwo wypiła duszkiem. Włączyła radio. Usłyszała przedwojenną piosenkę: „Kochana, spotkajmy się pod kasztanami, kochana, już się do ciebie spieszę przez śnieg, przez mrok, ukochana, nie gaś jeszcze światła, tyle pustych dni, jeszcze się nie kończę, jeszcze się nie kończysz, ukochana ma”. Otworzyła drugie piwo i położyła się na podłodze. Patrzyła na swoje obrazy – kokainowe kryształy, które ruszały się jak senne pszczoły. Zaczynały delikatnie drżeć, a potem wirować pod sufitem, wprowadzając Adę w długi, spokojny sen.

Miasto pozwala nieustannie się sobie przyglądać: w szybach banków, witrynach sklepów, oknach samochodów, wstecznych lusterkach, w przymierzalniach i toaletach. Niektórzy zrobili z tego grę miejską: są aktorami, którzy łapią światło, poruszają się tak, żeby odbić się jak najwięcej razy, żeby miasto mnożyło ich portret w nieskończoność. Idą zawsze blisko własnego odbicia, poprawiają włosy, oglądają swoje zęby w windach biurowców. Ale oglądają też innych: patrzą na „sceny z życia”, stream w żelbetonowych dekoracjach. Spiesząc się na ślub przyjaciół, zobaczyła swoją twarz w witrynie cukierni, nad piramidą z plastikowych pączków. Zbliżała się czternasta, ale Ada była zaspana, trochę zbyt blada, miała opuchnięte powieki. Wyglądała, jakby długo wychodziła z przeziębienia. Biegnąc przez drewniany mostek, wypluła gumę. Nad brzegiem kręcił się szczur, był wielki jak nutria. Trzymał w pysku trójkątny kawałek pizzy.

Pod Urzędem Stanu Cywilnego Cyganie grali jakieś smętne melodie jakby pogrzebowe. Spóźniła się. Para młoda wchodziła do starego, zdezelowanego dżipa z odkrytym dachem. Dżip był pełen psów. Wilczury, kundle, jamniki i stary, spasiony labrador spoglądały cierpliwie na dziwne dwunożne ssaki, które skropiły się korzennymi olejkami paczuli, podkręciły dready, zawiesiły łańcuszki na szyi. Większość z nich miała tatuaże: wielokąty, tribale, mityczne zwierzęta, cytaty z ulubionych poetów zapisane na przegubach, na karku. Do dżipa przymocowano kilkanaście białych balonów, które trzęsły się i podskakiwały na wietrze. Wszyscy zdążyli już wyciągnąć papierosy i teraz machali nimi w powietrzu, wysoko, nad głowami. Wiatr niósł od wody zapach pleśni i piwniczny chłód śródmiejskich kamienic. Przerzucał leżące w alejkach suche noski lip i liście tych drzew, które słabiej radziły sobie z upałem. Ada poczuła wibrację w kieszeni, wyjęła smartfona i przeczytała wiadomość z instagrama: „Napisy Z Drewna obserwują cię”. Jest po co żyć!, pomyślała.

– Ej, Ada! – krzyknął ktoś z tłumu. – Ada!

Schowała telefon i rozejrzała się nieprzytomnie. Najchętniej położyłaby się nad wodą, w cieniu. Przeczekała to słońce.

– Ada! No, pić idziemy, nie? Słuchaj, jakieś ploty: raki, śluby, rozwody. Będzie zajebiście! – wołał niski, rudy doktor historii sztuki. – Profesor Cieślawski ma kleszcza! – Najlepsze zostawił na koniec.

– Oho, ostateczny argument! – Ada uśmiechnęła się. – No jak profesor Cieślawski ma kleszcza, to idziemy.

Weselne przyjęcie odbywało się w klubie Caravan, którego przewodnim motywem ikonograficznym była trumna. Klub serwował ciasteczka maślane w kształcie trumienki, czarną polewkę, drinki o nazwie „Sześć stóp pod ziemią”, „Póki śmierć nas nie rozłączy”, „Czarna wdowa” i „Żałoba narodowa”, a nawet „Tupolew”. Na ścianach klubu znany artysta namalował senny marsz zombi na Urząd Miejski. W kącie postawiono otwartą trumnę. Na jej miękkim wieku goście przyczepiali pinezkami swoje refleksje i uwagi w rodzaju: „Joanna robi loda za półdarmo”, „Kocham Wrocław i tu wrócę”, „Życie jest krótkie i pełne cierpienia, a potem umieramy”. Na parapetach stały akwaria z czarną wodą, a nad barem wisiały trzy ciężkie, też czarne obrazy olejne.

– Idealne miejsce na weselny obiadek – mruknęła Ada.

W środku roiło się już od ludzi, którzy myśleli podobnie jak ona: że w naszym życiu jest zbyt mało alkoholu i muzyki. I postanowili właśnie tego wieczoru złamać wszystkie noworoczne postanowienia.

– Jednak ty i ja, kochanie, to wyjątkowe – mówił jakiś grubas w okrągłych okularach, miętosząc pośladek wystrojonej druhny. – Tak silne, tak... tektoniczne. Zderzenie hadronów. Kurczę, pierwszy raz w życiu użyłem tego słowa.

– Którego? – spytała zamroczona dziewczyna.

– „Tektoniczne”.

– Myślałam, że „zderzenie hadronów”.

– Nie, tego akurat używałem full razy.

Ada przeniosła się w głąb knajpy, dalej od okien i ulicy, przy której w potężnych, drewnianych donicach stały usychające palmy. Zobaczyła dwóch chudych, androgenicznych mężczyzn z tatuażami w formie komiksów (słynne animacje studia Pixar i Hanna-Barbera).

– Lubię plamki – mówił pierwszy, żując jaskrawozieloną słomkę. – Plamiste obrazy, w ciapki, plamki takie rozbryzgnięte, rozrzucone.

– Wolę zdecydowanie kreski, linie. One też składają się z punktów, lecz są znacznie doskonalsze – leniwie odparł drugi, nawijając na palec pasmo lśniących czarnych włosów. – Są wyższą formą plamek i zawsze dokądś prowadzą.

– Donikąd. I są oszustwem.

– Twoje plamki to lęk przed śmiercią, przed pustą przestrzenią. Obsesyjne zapełnianie kartki, płótna, ściany.

– Nie ma sztuki bez obsesyjności.

– Nie ma sztuki bez redukcji.

– Ale tak, tak bym mógł umrzeć: po prostu rozbić się na setki cząsteczek i stać się częścią czegoś większego – rozmarzył się pierwszy. Jego oczy lśniły w ciemności jak oczy kota.

– A to spoko. Tak właśnie umrzesz. Rozpadniesz się na ileś cząsteczek, pomogą ci różne miłe robaczki. A potem staniesz się częścią czegoś większego.

– Kurwa, gleby – dopowiedział ktoś z sali.

– Chodź, pójdziemy się kochać. – Nie dawał za wygraną pierwszy. – To wszystko jest takie nietrwałe. Naszemu szczęściu wciąż towarzyszy nieszczęście. Nie czujesz? Jest tuż obok, w świecie równoległym: jako zawał albo wylew. Więc lepiej popieprzmy się u mnie, zrobiłem risotto.

Ada usiadła przy stole z Niną, wysoką, długonogą pięknością z działu literackiego Teatru Polskiego. Nina poruszała się dostojnie jak lampart. Miała grube czarne włosy, które przesuwały się zawsze razem, połączone, jakby były sklejone, tworząc woalkę, zza której czasem wystawały nos, ucho, policzek lub rzęsy Niny.

– Leniwość popołudniowa, kiedy nic nie działa, z gorąca pękają balony, wysiadają akumulatory, wszystko się psuje i zacina i ludzie nie mogą sobie niczego przypomnieć – mówiła sennie Nina, sięgając po kolejny kieliszek chardonnay. Wyglądała, jakby grała w firmie noir któregoś z francuskich egzystencjalistów, i wiedziała o tym.

– Używasz jakiejś specjalnej odżywki? – Ada popatrzyła na nią z podziwem.

– Nie – odparła krótko tamta.

Rozmowa się nie kleiła, ale nikomu to nie przeszkadzało. Smutny didżej puścił You and whose army zespołu Radiohead i część osób, ci, którzy zdążyli coś wypić, nuciła cichutko Come on, come on. Na ścianie znajdował się ekran, na którym wyświetlano zapętlone wideo: usychające w przyspieszonym tempie kwiaty, nietoperze, zapadające się budynki, martwe zwierzęta przy drodze. Nina poruszyła się niespokojnie na krześle. Przez chwilę wyglądała jak żmija, która dostrzegła kogoś za szybą terrarium.

– Waszego dyrektora bronią wszystkie gazety. Marszałek chyba znów ulegnie... – Ada starała się przekrzyczeć muzykę.

– Tak, zbieramy podpisy pod petycją. Dyrektor, cóż, jest wspaniały. – Uśmiechnęła się, pokazując długie białe zęby. – W Awinionie zgarnęliśmy wszystko, w Hongkongu portale były czarne od naszych zdjęć.

– Czyja sztuka?

– Kluszczyńskiego. To teraz pupilek dyrektora. Wszystkie sztuki robi wbrew tekstowi: Shakespeare w porządku, ale przez całą inscenizację Hamlet pali blanty na plaży. Ionesco może być, ale z piosenkami Nirvany śpiewanymi przez gejowski chór z Amsterdamu.

– Ale transgresja – powiedziała Ada i trochę w tym było ironii, a trochę podziwu.

– Polecam ci Bernharda w reżyserii Krzysztofa, zajebiste: zamiast w Wiedniu wszystko dzieje się w Kopenhadze. Kolacja, o której wiemy z książki, rozgrywa się w palarni opium. Trwa pełne napięcia oczekiwanie na guru, arcypalacza, który ma wnieść nową jakość i nowe doznania, a także opowiedzieć, jak jest „po tamtej stronie”.

Muzyka ucichła i ktoś wygłosił pijacki toast, przypominając, jak to panna młoda była kiedyś lesbijką i weganką, aż jak raz spotkała tego oto młodzieńca i jej życie uległo zasadniczej zmianie.

– To znaczy co, teraz jest mięsożernym gejem? O co chodzi? Co to za dupek? – Ada wskazała na przemawiającego mężczyznę o wyglądzie alfonsa. Ale Nina była nadal w świecie teatru i znów uniosła do ust pełny kieliszek.

– Nowy sezon zacznie się właśnie od sztuki Krzysztofa. Dopiero zbiera ekipę. Chce nieopatrzonych aktorów iw ogóle całkiem nowe twarze, tak mówi. Wiesz, nie wyjadaczy z branży, tylko młodych albo debiutujących artystów. Takich jak ty. Ej, słuchaj – Nina przyjrzała jej się uważnie – wpadnij pojutrze do teatru, dyrektor gada z ludźmi, szuka kogoś dla Krzysztofa. Może mu się spodobasz? – Przez chwilę Adzie wydawało się, że zobaczyła na twarzy koleżanki dwuznaczny i wrogi uśmieszek, jakby tamta była przemytnikiem, który za chwilę ją sprzeda. Ale pomyślała, że to raczej alkohol i sine światło, które padało z ekranu.

– Dobrze – powiedziała ostrożnie Ada. – Świetnie. Właściwie to szukam roboty.

– Przyjdź po dwudziestej, dyrektor nie lubi rozmawiać z nikim rano.

– Dzięki, Nina. OK, jak dla mnie może być. Wieczór to całkiem niezła pora na rozmowy z ludźmi, nie?

Wracając nocą przez miasto, Ada czuła ciepło stygnących akumulatorów, słyszała, jak cicho strzelają przed chwilą wyłączone silniki, jak ciężko chodzą wentylatory na tyłach knajp. Wrocław wrzucał niższy bieg i turlał się przez noc jak zdezelowana taksówka, wioząca pijanych klientów Bóg wie gdzie. W jakieś miejsce, gdzie wreszcie stracą przytomność. Stacje radiowe nadawały plumkającą, plamistą muzykę: ambient i trochę przytulaśnego jazzu. Ostatni klienci opuszczali statki spacerowe i schodzili, zataczając się, na brzeg. Ktoś komuś obiecywał „całe życie”, ktoś płakał pod mostem. Przy postojach taksówek kręciły się szczury. Taksówkarze zasypiali z gazetami na twarzach, oświetleni pomarańczową latarnią.

Skręciła w Skarbowców, a potem szła przez osiedle i dotykała wskazującym palcem masek samochodów. Nie oddały jeszcze ciepła. Lekko kopnął ją prąd. Spod kół nissana wyszedł kot i zaczął prężyć ogon, mruczeć, ocierać się o jej gołe łydki. Wśród wierzb i jarzębin świeciły kuliste lampy, które wyglądały jak małe księżyce. Kiedy podeszła do swojej klatki schodowej, zauważyła, że coś leży na murku, coś aktywnego świeciło jak fluorescencyjna zabawka. Blade, zielonkawe światło tworzyło nad murkiem niewyraźne halo. Słyszała o świecącej grzybni, ale kiedy położyła dłoń na cegle, zrozumiała, że to mech. Jaka piękna halucynacja, pomyślała i udała się na swoje piętro. Hałasując kluczami, otworzyła drzwi, zrzuciła buty i wysunęła się z sukienki. Odchylając głowę do tyłu, z zamkniętymi oczami, odpięła biustonosz. W nocnym upale jej piersi pozostały chłodne, jak jakieś wodne zwierzątka. Zdjęła majtki, siedząc na prześcieradle. Czy coś na nie wylała?

Było sztywne jak blacha.

Zamknęła okno i podeszła do komputera. Od jakiegoś czasu Ada korzystała z serwisu Virtual Party. Pewnego dnia, kiedy w ciągu pół roku rozpadł się jej trzeci związek, pomyślała, że za bardzo się stara. Że powinna odpuścić, zająć się sobą. Monika, bliska jej osoba, namówiła ją na dołączenie do serwisu Virtual Party.

– To lepsze niż romans z żonatym facetem. Przynajmniej nie czujesz się jak ktoś, kto nosi narkotyki w kieszeni i zaraz zostanie nakryty.

– O co chodzi, Monika? Będę jednym z tych zboków, którzy walą konia przed kompem?

– Ada, wszyscy to robią. – Monika uśmiechnęła się z politowaniem. – Nie udawaj zaciskającej pośladki purytanki. Z serwisu korzysta raczej klasa średnia, znudzeni pracownicy korporacji, trochę inteligencji, której nie stać, by wciągnąć trochę koksu i ściągnąć majtki dla kogoś nieznajomego.

– I masa napalonych dzieciaków.

– Rejestrując się w serwisie, podajesz swoje dane. Naturalnie użytkownicy muszą mieć skończone osiemnaście lat. To raj, Ada. Wieczorem nalewasz sobie lampkę wina, podłączasz się i po prostu przenosisz do najlepszych klubów na świece w Säo Paulo, Montevideo, Budapeszcie, Rio. Także do nowojorskich knajp, które już nie istnieją. Na przykład tych w Greenwich Village, w których spotykali się bitnicy.

– I przeżywam solenny, wielokrotnie złożony romans z Jackiem Kerouakiem.

– Bo z Ginsbergiem już nie.

– To znaczy co, będę wklepywać tekst po angielsku w takim małym okienku? Chat z komiksowymi chmurkami i grafiką w stylu Second Life?

– Używasz głosowego komunikatora. Wcześniej w punkcie zewnętrznym maszyna skanuje twoją sylwetkę w 3D. I po prostu jesteś sobą. Łazisz po Monte Video i zaczepiasz śniadych tubylców.

Któregoś dnia Ada kupiła w sieci cały pakiet usług opisanych jako Virtual Party. Wkrótce przyszedł do niej e-mail z adresem budki. Znajdowała się na Żernikach koło Biedronki i wyglądała jak budka do robienia zdjęć. Wsunęła do oznaczonego gniazdka pendrive’a i wpisała kod na małym ekranie dotykowym. Stanęła prosto, z twarzą na wysokości czarnego prostokąta, odczekała chwilę, a potem przeczytała komunikat „skanowanie ukończone” i wyszła. Po kilku dniach przyszła do niej paczka z goglami i słuchawkami. Ściągnęła aplikację na smartfona i wybrała lokalizację: Berlin Kreuzberg, klub Pink Parrot, gay friendly. Czasem oglądała gejowskie porno w sieci, sądziła, że doskonale nadaje się dla kobiet. Wzruszała ją czułość facetów, to, jacy potrafią być poza testosteronowym uderzeniem i tymi wszystkimi gestami w sprawie władzy. Muślinowe, delikatne genitalia. Uważała homoseksualny seks za łagodne odejście od kanonu. Każda egzageracja, naruszenie, zwrot poza mainstream wydawał jej się intelektualnie ciekawszy, progresywny. Chociaż w rzeczywistości kręcili ją mężczyźni i lesbijski seks oglądała jedynie z nudów. Poza tym kluby gejowskie zawsze miały dobre światło i muzykę. I kiedy wspominała z nostalgią lata dziewięćdziesiąte, z rozkoszą przypominała sobie ekscytujące wieczory techno, gdzie nastukani koką didżeje wprawiali wszystkich w uwalniający emocje, wyczerpujący trans. Założyła gogle, słuchawki i po chwili na ekranie zobaczyła siebie: jasną blondynkę z włosami jak słoma, drobnokościstą kobietę u progu czterdziestki. Z wąskimi niebieskimi oczami, w letniej sukience w prążki. Wyglądała, jakby właśnie wróciła z łąki. Zawsze wyglądała, jakby wróciła z łąki, chociaż nie lubiła łąk, a nawet lasów i gór. Wolałaby wyglądać poważniej.