Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 308 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 30 sekund - Sylwia Kubryńska

Maria jest nastolatką, gdy jej chłopak żąda „dowodu miłości”. Trzydziestosekundowe doznanie niesie tragiczne konsekwencje. Wiele lat później kobieta trafia na terapię grupową, gdzie odsłania kulisy swojej traumy. To, co do tej pory wydawało się „tylko” tragedią, okazuje się przedsionkiem piekła. Piekła kobiet.

Wiktor to agresywny i pewny siebie mężczyzna. Na skutek bójki z policjantami trafia do aresztu, a następnie do ośrodka terapeutycznego. Tam odkrywa, że dotykające go problemy są konsekwencjami wyborów, których dokonał. A raczej: konsekwencjami odebrania wyboru kobietom.

30 sekund” to powieść stanowiąca zapis doświadczeń współczesnych polskich kobiet. W książce pojawiają się autentyczne fragmenty listów od tych, które zapragnęły opowiedzieć światu swoje historie. Historie, które wydarzyły się naprawdę.

Książka Sylwii Kubryńskiej jest jak uderzenie obuchem w głowę. Bardzo dziękuję za to, że trafiła do mnie pewnego dnia. Żeby jeszcze raz uświadomić, że bycie Kobietą oznacza stygmat. Książka oskarżenie. Książka przypomnienie. Uświadomienie. Dziękuję.

Krystyna Janda

Opinie o ebooku 30 sekund - Sylwia Kubryńska

Fragment ebooka 30 sekund - Sylwia Kubryńska

Copyright © Sylwia Kubryńska, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Katarzyna Gwincińska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i stron tytułowych: Ula Pągowska

Projekt typograficzny i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-675-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dorosłość dźwigałam na rowerze

Jadąc slalomem gigantem

Między moją małą mamą

A maleńkim tatą

W szklanych butelkach

Po mleku i wódce

Niesionych do skupu

Na rogu ulicy

W niezrobionych kanapkach do szkoły

Gdzie małe, jak moi rodzice, dzieciaki

Dukały czytanki

I to był ich jedyny problem

W tornistrze pełnym zgniecionych butów

Którymi rzucał tato

I niedopałków papierosów

spalonych przez mamę

W końcu ją zgubiłam

Nawet nie wiem, gdzie szukać

Nazywam się Dorosłe Dziecko

Niedorosłych Rodziców

CZĘŚĆ I. MARIA

Ciemna ulica, zupełnie opustoszała. Idę sama, skulona, trzynastoletnia. Towarzyszy mi jedynie strach, który pojawia się z niczego, z mroku, z ciszy, z opowieści, z niesłyszanego jeszcze, nie wybrzmiałego o poniszczony chodnik, ale w każdej chwili możliwego: złowieszczego stukotu. Znasz ten lęk. Te przerażające, przyśpieszone, dudniące za tobą kroki. Te wieczorne powroty, pełne ryzyka, jakby była wojna i w każdej chwili ukryty w mroku snajper chciał cię zastrzelić. I mnie, trzynastoletnią dziewczynkę też mogą zastrzelić. Mogę zaraz, przy kolejnej bramie, nie przeżyć. Albo na tej krzyżówce, gdzie na poprzecznej ulicy, za rogiem czai się morderca. Wchodzę na przejście dla pieszych, pokonuję chodnik, mijam narożną kamienicę, słyszę, jak wali mi serce, ale słyszę tylko przez moment, bo właśnie moje tętno zagłuszają kroki. Kroki za plecami, zwiastun śmierci.

Nie. To nie jest zwykła wojna. Wojny zaczynają się i kończą. Ta wojna nie kończy się nigdy. Ona trwa, jak tradycja, część kultury homo sapiens, przekazywana z pokolenia na pokolenie opowieść o niej nie niesie za sobą wcale żadnych nadziei na zakończenie.

To wojna, gdzie jesteś ofiarą tylko dlatego, że jesteś kobietą.

PIERWSZY RAZ

Olsztyn, 1993 rok

7 stycznia 1993 roku została uchwalona przez polski Sejm ustawa o planowaniu rodziny. Wejście w życie Ustawy z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży(Dz. U. z 1993 r. Nr 17, poz. 78) ograniczyło dostęp do zabiegów przerywania ciąży – odtąd można dokonywać legalnej aborcji, jeśli zaistnieje jedna z określonych przesłanek:

1. Ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej (bez ograniczeń ze względu na wiek płodu); wystąpienie tej okoliczności stwierdza lekarz inny niż dokonujący przerwania ciąży, chyba że ciąża zagraża bezpośrednio życiu kobiety.

2. Badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu (do chwili osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety ciężarnej); wystąpienie tej okoliczności stwierdza lekarz inny niż dokonujący przerwania ciąży.

3. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (do 12 tygodni od poczęcia); wystąpienie tej okoliczności stwierdza prokurator.

Trzy miesiące później nadeszła wiosna, wyjątkowo gorąca w tym roku. Początek kwietnia zachęcał do spacerów i, jak to mówią, sprzyjał zakochanym.

º º º

Jedna chustka. Druga chustka, trzecia chustka. Koszule. Koszula w kratkę, w prążki, błękitna koszula. Biała do białych. Biała poszewka, poszwa na kołdrę, prześcieradło. Najpierw pranie, potem krochmal, na końcu prasowanie. Stos prasowania, do późnej godziny, do wieczora, gdy przychodzi ojciec, lekko zawiany, zwala poukładaną bieliznę na podłogę i depcze w zabłoconych butach.

Ale na razie jest pranie. Mama układa stosiki według koloru. Jest pedantyczna, dba, żeby było wszystko świeże, czyste. Wciąż pucuje mieszkanie. Tak pedantycznie, do przesady. To potem przejdzie na mnie. To natręctwo sprzątania. Wiele rzeczy robię jak ona. Oczywiście nie chcę tego robić, ale czasem się na tym łapię, że właśnie zrobiłam dokładnie tak samo, tak samo się zachowałam, to samo powiedziałam, tak samo jak ona machnęłam ręką. Jak ja się wtedy wściekam na siebie samą!

Kurwa.

Na stos z prześcieradłem i poszwą trafia biała piżama. Moja piżama. Moje spodnie od piżamy.

– Maria!

Biegnę do łazienki, może coś trzeba pomóc, ale nie. Matka trzyma z obrzydzeniem moje spodnie i pyta, dlaczego one są takie poplamione. Nie wiem, odpowiadam, choć przecież wiem. Ale co mam powiedzieć? Tego właśnie nie wiem.

– Jutro idziemy do lekarza.

º º º

Kaśka mówi, że kalendarzyk. To znaczy, jak się to zrobi tuż przed okresem, to spoko. Ale potem może być różnie. Podobno są jakieś globulki, nie pamiętam, jak się nazywają, chyba na „p”. Ale kosztują jakieś trzysta tysięcy albo lepiej. Ja myślę, że dobra byłaby prezerwatywa, ale mój chłopak nie chce o tym słyszeć. On mówi, że najlepsza jest wstrzemięźliwość. Ale nie, że nic, tylko że on wytrzyma.

º º º

I co? To już wszystko?

Całe to wielkie zamieszanie, ta dławiąca sprawa, tysiące razy przegadana w licealnych toaletach, wymyślona na dziesiątki sposobów, nastrojów, okoliczności, to to?! To właśnie tak? Ile to trwało? Minutę? Pół?

Maria jechała autobusem do szkoły. W autobusie kuliła się jak jeż, cała napięta i czujna, żeby nikogo znajomego nie spotkać, żeby nikt nawet słowem nie zaburzył jej samotności, jedynego bezpiecznego stanu, w jakim może znaleźć się młoda kobieta. „Chcę być sama” – powtarzała w duchu, wbijając wymownie wzrok w okno, a raczej gdzieś poza nie, gdzieś wysoko, ponad lasem, nad chmurami. Często tak było, choć nigdy aż tak. Często uciekała od przypadkowych spotkań, od nic nieznaczących gadek w stylu: co słychać, niezręcznej wymiany zdań lub – co najgorsze – niekończących się wynurzeń napotkanej osoby, które ją nudziły, kłopotały, a przede wszystkim zabierały cenne minuty samotności. Tym razem to nie było zwykłe unikanie spotkań. To była paniczna, rozpaczliwa ucieczka od świata, od konfrontacji z ludźmi żywymi, nie daj Boże szczęśliwymi, ich ekstrawertycznej potrzeby opowiadania o sobie, swoich WIELKICH sprawach, co u ciotki, co u Werki, co w szkole. Kto co powiedział, komu doniósł, kto jest świnią, kto jest spoko. Nie miała siły, nie miała słów, nie miała oddechu. W ustach suchy piach, pragnienie wody, zanurzenia się, utopienia. Głowa ją bolała od rana, a raczej od tamtej chwili, pieprzonych trzydziestu sekund.

– Śpisz? – spytała go po chwili, gdy znieruchomiał.

Spał. Odleciał. Odkleił się od niej i przewrócił na plecy. Plask! Koniec zabawy. A ona leżała jeszcze długo, patrząc w czarny od rozczarowań sufit, dławiąc się łzami, obrzydzeniem i lękiem. To wszystko? Serio? Nagle cała miłość prysła, została po niej tylko śmierdząca maź między nogami i pęknięta szyba w piersiach. Tak właśnie czuła, te dwie rzeczy i nic więcej. Smród i kłucie. Aha, i jeszcze ogromną potrzebę zniknięcia spod tej kołdry, oddalenia się od tego śpiącego chłopca, któremu postanowiła na tyle zaufać, żeby ofiarować siebie. Do zera. Do pierwszej krwi.

– Śpisz? – powtórzyła w mrok, ale już nie do niego. Zapytała jakąś istotę na górze, na chmurach, między wersami wszystkich romantycznych poetów, którymi karmiła się przez całą dotychczasową młodość, do których uciekała przed bolesną prozą życia. – Śpisz, do cholery? Czy ciebie nie ma?!

I z tą złością, że zniknął jej bóg, prysły wyobrażenia, zniknęła nadzieja, wszystko szlag trafił, teraz będzie już tylko zaliczoną pindzią tego typa, do którego po trzydziestu sekundach uniesień czuje zupełnie co innego niż miłość – z tą złością spędzi kilka godzin zimnej nocy w jego pokoju, żeby z nadejściem pierwszych promieni świtu wyskoczyć jak z procy i pobiec na swój bezpieczny, codzienny, niewinny – autobus.

Tak bardzo pragnęła niewinności. Jedyne czego chciała od zawsze, od dziecka, to bycie dzieckiem. Bycie smarkulą, niedojrzałą, niewinną i zupełnie zieloną w „tych sprawach”. Ale niewinność gdzieś uleciała dawno temu, a dziś pozostał po niej lej, czarna i błotnista dziura wypełniona pustką. I ona w tej pustce, taka żadna, przeźroczysta i bezwolna bujałaby się z chęcią niczym duch, gdyby nie to, że miała to cholerne ciało. Ciało jest zawsze przekleństwem kobiety. Ciało broczy, śmierdzi, kusi, wabi, staje niezgodą między porozumieniem dusz, które przecież jest tak ważne, tak ważne, a takie nie do zdobycia. Kobieta jest wartością bez ciała, a jednocześnie, paradoksalnie, jej wartość określa ciało. Maria chciała zostać ideą, myślą, umysłem, zwłaszcza wtedy, gdy siedziała na polskim i zwijała się z bólu menstruacyjnego, a profesor od polskiego, wysoki, umny, wzniosły, jest gdzieś ponad ciałem, ponad mazią, ponad wszystkim, co przyziemne, tak straszliwie przyziemne, jak ona z tym okresem, z podpaską, z wypchanymi majtkami. Gdzie do jego wielkiego intelektu z tą ciążącą jej kobiecością? Jak można próbować o sobie myśleć wierszami, gdy nabrzmiewają piersi? Ciało jest jej więzieniem, kulą u zbyt grubej nogi, ciężarem mierzonym w zbyt wielu niutonach.

Gdyby nie ciało, już dawno byłaby wolna. Gdyby nie ciało, nikt nie zdołałby zniszczyć jej uczucia, jej wrażliwości nikt by nie roztrzaskał. Wciąż znaczyłaby wiele, jak wiele znaczy każda nieosiągalna, wyobrażona kobieta. Jak idealna żona cesarza Akbara Wielkiego, kobieta doskonała i jednocześnie niewidzialna. Albo może lepiej jak jej imienniczka, Maria, Matka Boska, niepokalana, niedotknięta, niecielesna, żywcem do Nieba wzięta. Nigdy nie dałoby się jej przestać kochać, nigdy nie dałoby się jej zniszczyć. Tymczasem to więzienie krwawi co miesiąc, wydziela jakiś zapach, zapach wabiący i zdradziecki, jak ślad dla drapieżnika.

Drapieżnik ją tropi, węszy, znajduje i rozdziera na strzępki krwawych fragmentów przeraźliwie wstydliwego profanum.

º º º

Jeszcze jej się siku chciało! Jakie to przyziemne i upokarzające, zamiast zalec w płatkach róż, zamiast latać na puchatej chmurze, zwijała się żałośnie na dywanie, bo łóżko za mocno skrzypiało. Nie mogła wyjść do łazienki, bo w chacie byli jego starzy, był jego ojciec i matka, zwykli, szarzy, dumni od tej zwykłości i szarości, podczas gdy ona cała nabrzmiała, różowa, czerwona, kobieca – po kryjomu chowała się, chciała zniknąć, przepaść pod łóżkiem, podnóżkiem. Boże, jak to się stało, że ona się zgodziła? Tak wiele spodziewała się w nagrodę za to, że się będzie przemycać i kryć. Oho. Podniebne podróże i wrota rozkoszy! Szósty czakram otwarty! Tętent serc! Żar oddechów! Wrzenie krwi! Czy to krew? Czy oddech? Czy serca? To oni jeszcze serca mają? To oni mają dusze? To oni, zatraceni w nocy, bez wstydu, bez ustanku – jedno ciało, jeden oddech, jedno serce, jedna krew? Jedność zanurzona w mroku… Tak sobie to KIEDYŚ (Boże, kiedy to było? Zdaje się, że minęła dekada, wiek! Od tamtego idiotycznego „kiedyś”) wyobrażała. Tymczasem gówno. Jedno gówno. Żadnego wrzenia krwi, żadnego nawet krwi podgrzania. Lód, mróz, gnój. Upokorzenie.

Zamknęła oczy, próbowała się wczuć, nie myśleć o niczym, o niczym takim… on już był po. Był po i od razu PO zrobił ten kategoryczny manewr, uniósł się i walnął na plecy. A ona musiała leżeć cicho, nieruchomo z tymi sikami w pęcherzu, aż starzy pójdą do pracy. A ona ucieknie do szkoły.

Jedź dziewczynko, jedź. Nie zwracaj uwagi na życie. Zobacz, nie masz szczęścia, nigdy nie masz szczęścia, właśnie do autobusu wchodzą chłopaki z klasy, Michał z Andrzejem, zaraz dołączy Darek. Śmieją się, żartują z wczorajszej imprezy. Byli nad jeziorem, chlapali się w zimnej jeszcze wodzie. Czemu wy z Mariuszem nie dołączyliście do nich? Dlaczego nie kąpałaś się w jeziorze Krzywym? Zajebiście. Właśnie tego ci trzeba. Dlaczego nie kąpałaś się w Krzywym, dziewczynko?

Gówno. Gówno. Gówno. Jesteś po uszy w gównie, nie w żadnym Krzywym. I tak już zostaniesz. Ale dziś jeszcze tego nie wiesz. Dziś jeszcze szukasz w panice jednej nieuwalanej myśli natchnionej, że może następnym razem będzie lepiej? Dziś, złamana rozczarowaniem, wstępujesz właśnie do zastępów nie-świętych męczennic, które każdym kolejnym upokorzeniem będą udowadniać światu, że może kiedyś przyjdzie taki czas, że będzie lepiej? Autobus zarzuca na zakręcie, zarzuca Marią, zarzuca jej ciałem. „Chciałabym nie mieć ciała” – myśli znów to samo i zwija się w kłębek na siedzeniu. Nie może patrzeć, jak chłopaki się śmieją, nie może znieść zazdrości tej beztroski, którą mają, tej dziecięcej, chłopięcej beztroski, której ona nie miała nigdy. Tak strasznie jej wstyd, że jest już kobietą, że w ogóle już nie jest dziewczynką, że ani trochę nie jest chłopcem. Że po jej udach spływa biała maź, której wszystko – zapach, konsystencja, ładunek agresywnych istot, które mogą zburzyć w pył jej przyszłość – napawa ją obrzydzeniem do samej siebie. I teraz cokolwiek się wydarzy, będzie miało na początku zdania te upokarzające słowa: sama chciałaś.

Czy chciała? Nie chciała. Boże, jak nie chciała. Zresztą nie. Nie myślała. Starała się CHCIEĆ. Dopasować się, nie sprawiać problemu z tym swoim „nie”. Ale gdzieś w głębi duszy nie chciała tego. Po prostu coś w niej krzyczało, że nie. Że to nie jest dobre, że to jej niepotrzebne do niczego, że gdzieś w środku, w głęboko ukrytej podświadomości ona się tego po prostu brzydzi, tak jak brzydzi się siebie.

Może chciała raczej sobie to wyobrażać, chciała do tego dojrzewać, pomału, razem z wierszami i piersiami, których rozmiar nie był jeszcze nawet trochę kobiecy. Tylko jakoś nie umiała odmówić. Nie wiedziała, jak się wykręcić, jak powiedzieć to coś, co jest jej wolą. Jej wola? Jest coś takiego? Nie, kiedy, jaka jej wola? To bezbarwne „nie”, po którym Mariusz przejechał się walcem swojego ciała? To nieme kręcenie głową storpedowane jego „Chcę!”.

– Ale ja chcę! Ja chcę. A jak ja tak chcę, to ty też musisz chcieć. Zobaczysz, będzie cudownie.

– Nie, Mariusz, jeszcze nie…

– JA chcę! Przecież cię kocham. Jak możesz mi ciągle odmawiać?

– Ale…

Sama chciałaś.

º º º

Cudownie. No wprost bajka. Ból i odrzucenie. Trzydzieści sekund. I co? Ciężar lęku na głowie. Co dalej? Co dalej z tym, że mówił, że wytrzyma? Co dalej z tym, że…?

– Nie interesuje mnie dziewczyna, która nie jest dziewicą.

To zdanie powtarzał wiele razy i teraz znów to powiedział. Przedtem, zanim to się stało, miotała się w panice, co będzie, gdy się okaże, że ona się tego dziewictwa jakoś pozbyła przez przypadek, na przykład tamponem, czy wtedy, gdy jako dziecko trafiła do ginekologa, matka siedziała obok i patrzyła w okno, a ta baba wsadziła jej długi patyk z wacikiem na końcu, żeby pobrać do badania coś, co z niej wyciekało i napawało wstrętem i przerażeniem.

Czy wtedy mogła przestać być dziewicą?

Mdlała na samą myśl, gdy słyszała słowa Mariusza, bo tak strasznie chciała przed nim wypaść uczciwie, niewinnie, romantycznie, pięknie, ale jednocześnie odsuwała tamto, jakby tego nigdy w jej życiu nie było. Wyparła samą siebie, swój kawałek, którego tak nienawidziła, za który chciała umrzeć. Wydawało się jej to tak strasznie niedorzeczne, że uznała, że to był sen, sen za snem. Jakby się nigdy nie zdarzyło, nigdy w życiu. Bo jakżeby mogła inaczej żyć? Człowiek, który uczestniczy w czymś tak absurdalnym, nie może przecież wierzyć, że to się działo naprawdę, boby zwariował. Dlatego odsuwa, niszczy w sobie wspomnienia, zniekształca świadomość. To strasznie trudna praca, walka z samym sobą, z własną pamięcią. To codzienne, żmudne zaprzeczanie i codzienna akrobacja umysłu, żeby o tym NIE MYŚLEĆ. Dlatego teraz ona rozmyśla o tamponach i wizycie u lekarza sprzed lat, a on znów mówi te słowa i patrzy tym swoim wzrokiem dyktatora, władcy rozliczającego ją z niewinności.

– Dziewczyna, która nie jest dziewicą, w ogóle mnie nie interesuje.

– To ja ciebie już nie interesuję?

– A co, masz coś na sumieniu?

ZESZYTY

Polskie prawo dopuszcza aktywność seksualną osób w wieku 15-18 lat, ale ich dostęp do lekarza, a tym samym do wykonywania badań na obecność chorób przenoszonych drogą płciową oraz do środków antykoncepcyjnych jest utrudniony. W Polsce nastolatki do 18. roku życia są pozbawione opieki ginekologicznej i urologicznej – chyba że ich prawny opiekun zdecyduje się z nimi przyjść.

Edukacja seksualna w szkołach ma formę luźnej godziny dyrektorskiej i od zarządzającego zależy, czy odbędzie się, czy nie. Równolegle w szkołach zostaje wprowadzona katecheza w wymiarze dwóch godzin tygodniowo.

W domach nie rozmawia się z dziećmi o seksie w ogóle.

Panuje przekonanie, że zapłodnienie następuje w chwili po stosunku. Fakty są jednak inne. Zapłodnienie to długotrwały i skomplikowany proces, którego przebieg warunkuje obecność hormonów i enzymów w ciele kobiety.

Po stosunku bez zabezpieczenia, w organizmie kobiety pojawia się ejakulat, ale ani nie jest on zdolny do zapłodnienia, ani nie jest w odpowiednim miejscu do zapłodnienia. Zanim plemniki dotrą do jajowodów, gdzie mają szansę na spotkanie komórki jajowej – musi minąć kilka godzin. Po tej wędrówce plemniki nadal nie są zdolne do połączenia z komórką rozrodczą kobiety. Muszą przejść tak zwaną kapacytację. Jest to pozbycie się błony lipidowo-białkowej z główki plemnika, dzięki czemu odsłania się receptor, który otwiera szczelnie zamkniętą ścianę komórki jajowej. Bez tego procesu nie ma mowy o „nowym życiu”. Proces kapacytacji trwa około siedmiu godzin i możliwy jest dzięki enzymom wydzielanym przez śluzówkę macicy, a te sterowane są przez hormon z podwzgórza przysadki mózgowej kobiety – progesteron. Ten sam hormon uwalnia komórkę jajową z jajnika kobiety.

Plemniki bez udziału hormonów kobiecych nie mają żadnych szans w jej ciele. Hormony decydują o zasadowym środowisku pH, umożliwiają plemnikom przeżycie i dalsze działanie. W 2007 roku pojawiła się na światowym rynku pigułka, która umożliwi zahamowanie wydzielania progesteronu w tym strategicznym czasie. Przyjęta zaraz po stosunku nie pozwoli na uwolnienie komórki jajowej i cały proces przygotowawczy do zapłodnienia. Będzie nazywana „antykoncepcją awaryjną”. Niestety, w Polsce zostanie potępiona przez Kościół i rząd, nawet w przypadku gwałtów czy kazirodztwa.

W walce z życiem kobiety zwyciężą plemniki.

º º º

Ta lekarka. Wyparłam to z pamięci. Wszystko mnie bolało, strasznie bolało, strasznie było mi wstyd. Mama siedziała na kozetce i patrzyła w okno. Widziałam, że kompletnie nie wie, co robić, jak się zachować. Myślę, że fajnie by było, gdyby podeszła do mnie i mnie wzięła za rękę. Ale siedziała jak obca, kosmitka, tam daleko pod ścianą i patrzyła w okno.

A ja pojękiwałam z bólu na tym dziwnym fotelu.

Potem się ubrałam i wyszłam, i czekałam na korytarzu. A one tam rozmawiały. Nie wiem, co ta lekarka powiedziała mamie, ale gdy mama wyszła, nie odezwała się do mnie ani słowem. Niczego się nie dowiedziałam. A przecież musiała coś wiedzieć.

Coś tam przecież usłyszała.

º º º

Darek woła, że po lekcjach jadą nad jezioro. Można ognisko rozpalić, jakieś piwo kupić. Tego roku jest naprawdę gorąca wiosna, w marcu dziewczyny opalały się na boisku. Wczoraj podobno Michał zgubił klucze do chaty, wbiegł w spodenkach do tej lodowatej wody, a w spodenkach klucze. Cała trójka, skręcając się ze śmiechu, łowiła patykami zgubę przez kolejną godzinę. Znaleźli! Ale Michała skostniałego trzeba było przy ogniu godzinę trzymać. Maria wychyliła się na moment ze swojego kokonu, słuchając niechętnie tej opowieści. Zrobiła to tylko dlatego, żeby ich nie zawieść, bo przecież jak ona mogłaby zawieść kogokolwiek? Andrzej jak zwykle, z tym swoim miłym, nienarzucającym się uśmiechem i dobrocią w oczach – patrzył na nią, jakby chciał ją pocieszyć, przytulić.

– Jedziesz z nami? – spytał cicho, pochylając się nad nią.

Podniosła wzrok ze swojego fotela, wyłoniła się ze swojego zawiniątka jak szczenię. Chciała coś powiedzieć, zupełnie nie wiedziała co, bo na żadną dobroć nie była przygotowana tego ranka, ba! ona na dobroć nie była w ogóle przygotowana w życiu, więc skąd miała wiedzieć, co się odpowiada na miły uśmiech, na miękkim głosem zadane zwykłe pytanie: Czy z nami jedziesz? No pewnie, wiedziałaby, co odpowiedzieć na rozkaz, na focha, na polecenie. Ale tak? Kto jej powie, co się z tym robi? Może Mariusz kiedyś tak do niej mówił, może, ale ona już nie pamięta, ona nie pamięta, czy ktoś tak do niej mówił w ogóle kiedykolwiek, ojciec, matka? No błagam. Jedziesz i koniec. Albo: nie jedziesz. Amen, zero pytań: chcesz, nie chcesz. Milczy więc, miotając się między resztkami niechęci do tego spotkania a zdumieniem, a nawet lekką złością, bo co się do cholery robi z takim „sratu-tatu”?

A on patrzy na nią i widzi, jaka jest mała. Ona jest jeszcze mała! – Coś mu krzyczy w głowie i każe się zaopiekować. Ale nie obejmuje, tylko tak stoi chwiejnie, jak się stoi w autobusie, jedną ręką trzymając uchwyt, drugą – w kieszeni.

– Jakby co, będę cię łowił. Na pewno łatwiej cię znaleźć niż Michała klucze.

To nawet zabawne, może nie takie „sratu-tatu”, myśli Maria i zaraz wpada w skrajnie inny stan, w stan rozmarzenia: jakby to było cudownie, gdyby mogła mu powiedzieć, co się stało, jakby było cudownie powiedzieć mu, jak ona się teraz czuje. Po prostu wyrzucić to z siebie i popłakać się w jego przyjacielskie ramię. Czemu ona zabrnęła w to wszystko? Czemu nie wystarczyły jej zabawy z licealistami i wyjazdy nad jezioro? Czemu musiała wpieprzyć się w to niby dorosłe życie? Zamiast zabawnej młodości przechodzić udręki „miłości”, kurwa, ZWIĄZKU. Po co jej ten związek? Po co młodej dziewczynie związek? Ktoś wie w ogóle? Na jaką cholerę wszystkie nastolatki brną w to bagno, w to udawanie, że jest się prawie żoną ze swoim prawie mężem? Po co dają się zamykać w ramach lojalności wobec jakiegoś, pożal się Boże, adoratora, któremu jeszcze pryszcze nie zeszły, a już chce dyrygować ich życiem, już zamyka je w klatce, już izoluje od świata, już coś każe, czegoś wymaga, czegoś OCZEKUJE. I tym oczekiwaniem wywiera presję, że ona musi być jakaś, że ma się jemu tłumaczyć, czemu nie jest taka, że ona ma chcieć tego, co on chce. Po co jej wieczne przekonywanie siebie, że to coś jest czegoś warte? A teraz jedzie autobusem z chłopakami, którzy przecież są zabawni, przyjacielscy i tacy nieznośnie weseli, podczas gdy jej myśli zaprząta upokorzenie, rozczarowanie i obrzydzenie sobą? Tak bardzo zapragnęła być wśród tych „kujonów”, z których się jeszcze niedawno podśmiewała, wśród tych gówniarzy, którzy emocjonują się muzyką zamiast dziewczynami. I tak bardzo potrzebuje komuś to powiedzieć, komuś się przyznać. Kurwa, zobacz, źle się stało, źle, ja nie chcę, ja tego naprawdę nie chcę, ja chcę być gówniarą i kujonką, ja chcę mieć kanapki do szkoły i dziecięce pasje, ja chcę rzucić fajki i obłożyć zeszyty, ja chcę przegrywać z wami kasety, ja chcę zjeżdżać na zjeżdżalni.

Ale przecież nic nie powie, w życiu się nie przyzna, prędzej się powiesi, prędzej się pochlasta, prędzej się utopi. I ta ostatnia myśl wybuchła jej w ustach zaskakująco skwapliwym, wręcz żarłocznym:

– Tak!

º º º

Taki bałagan, taki bałagan, że nawet nie wiadomo, co się myśli, co się czuje, czego się chce! Siedziała na lekcji biologii i obserwowała tę wojnę w swojej głowie, wojnę, która dawno temu wybuchła, ale skrywana za żelazną kurtyną, dawała się jakoś okiełznać do tej pory, a dziś pierdolnęła bombą w samym środku mózgu i zostawiła zgliszcza i chaos.

Maria przygotowywała się do matury z biologii, którą zresztą bardzo lubiła. Dziś jednak nie potrafiła się skupić, mieszało jej się w głowie, kim jest, czym jest, czy jest jeszcze dzieckiem, czy jest już dorosła, co to znaczy w ogóle być dzieckiem i czy w ogóle ona kiedyś nim była? Tu książki, zeszyty, tam noc nieprzespana, od kiedy pamięta, tak mało śpi, że miesza jej się jawa ze snem, fikcja z rzeczywistością, myśli ze słowami, marzenia ze zdarzeniami. O czym ona marzy? Czego chce? Nie ma pojęcia. Gniew z poranku gdzieś zniknął, stłumiony jak zawsze, rozmyty przez dzień. Nie ma miejsca na gniew, nie ma dla niego przestrzeni. Złość piękności szkodzi. Nie wolno tego czuć. Cholerny świat nastolatek, które muszą być papuśne i posłuszne, świat za dużych dzieci, które już dawno przestały być rozkoszne, a nadal głosu nie mają. Maria nie ma głosu. Wszystko tłumi w głowie, zgniata w milczeniu, aż powstaje gęsta papka myśli chaotycznie poplątanych i zmiażdżonych czasem, wstydem, lękiem.

Ciągle w lęku, w niepokoju, że ktoś ją wyrwie z letargu, każe coś robić, każe coś mówić, każe być taką, jaką ona nie umie być. Jej gniew więc wprasował się w inne gniewy, stał się płaski, martwy, bez pierwotnej energii, bez realnego buntu. Kiedyś to się wyleje, kiedyś to wszystko wybuchnie, ale dziś jest: bezsilność i pokora – te dwie śmierci osobowości, dwie porcje cyjanku potasu, dwa sposoby na nieżycie. Tak się to wszystko wyrównało do jednostajnej leniwej żadności, cała ona – Marysia przeźroczysta, Marysia pokorna, Marysia nijaka – wróciła i siedziała ciężko z całą tą swoją przeklętą kobiecością w szkolnej ławce. Pragnienie uwolnienia się, ucieczki zaczęło maleć, kurczyć się, jakby samo siebie się przestraszyło.

Może powinna iść z chłopakami nad jezioro? Może tamta myśl o marnowaniu życia była słuszna? Ta noc i ten poranek to był taki flashback najgorszych doświadczeń, coś od czego trzeba uciec, co trzeba przekreślić, upchnąć, zmiażdżyć, żeby móc dalej żyć.

Czy uda się i to upchnąć i zmiażdżyć? Ile jeszcze będzie trzeba upychać i miażdżyć? Może jeśli pójdzie nad jezioro, to wtedy będzie łatwiej. Ale jak ona by mogła pójść nad jezioro, jeśli nie może? Jeśli się nie da? Jeśli to nie takie łatwe?

W życiu nastolatek nic nie jest łatwe, a to przecież dopiero początek komplikacji, to dopiero preludium życia! To nie takie proste, mówią kobiety w poradniach uzależnień, lecząc się ze wpółuzależnienia od alkoholu. To nie takie łatwe, powtarzają maltretowane żony sadystów. To nie tak jak się wydaje, wy go nie znacie, to nie jest proste, tłumaczą znajomym gniew mężów.

To nie takie proste, pójść nad jezioro, gdy się ma osiemnaście lat i zazdrosnego chłopaka.

KWIATY

To nie takie proste, wyjść, pójść w swoją stronę, zacząć żyć swoim życiem. Zawsze towarzyszy ci strach. Ja się bałam od kiedy pamiętam. Bałam się ruszyć z miejsca, bałam się wyjść z domu, ale jeszcze bardziej bałam się do tego domu wrócić. Bałam się powrotów do domu z wielu powodów. Jeden to był mój sąsiad, który śledził, kiedy szłam, by dopaść mnie w klatce schodowej i wymacać. Miałam w gardle taką kulę z kolcami, nie mogłam oddychać, modliłam się, żeby nie dziś, nie dziś, żeby tylko go nie było. Ale prawie zawsze był, a ja nic nie mogłam zrobić. Wymyślałam, że będę wracać inną drogą, o innych porach, ale jakoś zazwyczaj potrafił mnie dopaść. Potem bałam się, że posunie się dalej, że może mi zrobić krzywdę…

Człowiek na wojnie wie, że jego strach nie jest iluzją.

º º º

Oczywiście, że by poszła. Poszłaby w cholerę nad jezioro z chłopakami i w nim zmyła z siebie wstyd i upokorzenie, które ją ciągle drążyły przez cały ten cholerny dzień. W dodatku tak gorąco, nieprzyjemne strużki potu zlewały się po jej nieumytych po nocy plecach. Jeszcze tylko miesiąc do matury, a jej głowa zupełnie gdzie indziej, gdzieś między łóżkiem Mariusza a plażą nad Krzywym, wiecznie wkurzoną starą i uciekaniem przed ojcem. Plemniki, o których wiedziała z biologii to i tamto, i jej ciało, którego nie znosiła najbardziej na świecie, które stanowiło dla niej zagrożenie, które było jej wrogiem produkującym właśnie znienawidzone hormony, rozpulchniające ją do galarety, napęczniałej tkanki nasiąkającej spermą.

Niedaleko szkoły rosły krzaki, zawsze kwitły właśnie o tej porze roku i czuć było od nich ten zapach. Chłopaki i dziewczyny przechodzili obok i niektórzy się uśmiechali znacząco, a ona zawsze udawała, że nie wie, o co chodzi, o kurwa, jak ona pragnęła nie wiedzieć, o co chodzi! A teraz ten zapach ją oblepiał z podwójną mocą i ten upał, który, zdawało się, zasuszał na niej warstwę potu i spermy, i jeszcze czegoś, czegoś, czego nie mogła ze strachu nawet wymówić. Tak bardzo pragnęła wskoczyć do zimnego jeziora, zanurzyć się i nigdy już nie wypłynąć.

º º º

Przyszedł z kwiatami. Stał przed bramą szkoły, cały jakiś taki uroczysty i gniewny. Maria wyszła ze szkoły chwilowo wolna, jednak niemal natychmiast zauważyła Mariusza i uśmiech zniknął z jej twarzy. Poczuła lęk, stres, jak na egzaminie. Jak się teraz zachować? Przyniósł kwiaty. Wcześniej nie przynosił. To coś znaczy. Jakieś oczekiwania. Ale może też coś więcej? Może jednak się zmienił? Ta noc go zmieniła? Poranek? Jakaś myśl mu się zagnieździła, przełamała go z tego cynicznego egoisty, którego w nim niedawno odkryła, na powrót we wrażliwego człowieka, który ma jedynie tatę w policji, a wcześniej w milicji. On sam w sobie jest dobry, kochany, życzliwy i przede wszystkim: kocha ją? Jasne, kocha aż do bólu, ale jej bólu. Zawsze taka miłość do bólu boli najbardziej ukochaną. On ją kocha do bólu. Dlatego podchodzi do niej i zamiast pocałunku, dzień dobry, czegokolwiek miłego, trzyma te kwiaty na bezpieczną odległość, żeby jeszcze nie były jej. Wyciąga papierosa, choć wie, że ona chętnie też by zapaliła, ale tu przed budą nie może. Maria czuje już to upokorzenie, tę bezsilność i pokorę, co zawsze, ale nie wie jeszcze, co ją czeka, jak wielkie upokorzenie, jak wielka bezsilność i jak olbrzymia pokora. Próbuje mu pokazać wzrokiem, żeby gdzieś stąd poszli, bo patrzą nauczyciele i znajomi, ale on stoi jak posąg, pewnym wzrokiem ją świdruje i, paląc papierosa, wydmuchuje dym w jej twarz. I wreszcie, po niekończących się minutach tego przedstawienia zadaje pytanie:

– Czy ja byłem pierwszy? Kto był pierwszy?!

Boże, Boże. Ten chłopiec był tak skupiony na sobie, że nie wie, nie pamięta, nie zauważył? I teraz, przypomniawszy sobie o tym, że to było NAJWAŻNIEJSZE – wraca i robi scenę z kwiatami. Dałbym Ci, ale nie wiem, czy zasłużyłaś. Ale Maria odpycha tę myśl, omija cisnące się do głowy odpowiedzi na jego pytania, nie obraża się, nie ucieka.

Nie rzuca się biegiem przed siebie, jak te wyzwolone, zbuntowane i kapryśne dziewczyny na amerykańskich filmach. Nie odpycha Mariusza, nie wyrywa mu kwiatów z dłoni i nie rzuca nimi o szkolny płot. Stoi nieruchomo, potem spuszcza głowę i odpowiada cicho:

– Nikt.

A potem powolnym krokiem oddala się od dziedzińca szkolnego, idąc w kierunku domu. Obok, nadając rytm jej krokom, nadając jej tempo, bo przecież ona nie może do cholery pójść swoim tempem, jakaś niewidzialna lina trzyma ją w jego pobliżu, więc on idzie obok z tymi cholernymi kwiatami. Mariusz. Jej pierwsza miłość. Jej narkotyk. Jej zguba. Kiedyś ona przeczyta taką książkę o kobietach, które kochają za mocno i będzie płakać w poduszkę przez całą samotną noc. A teraz patrzy na niego spod rzęs i błaga w myślach, żeby to się już JAKOŚ skończyło. Jakkolwiek.

A on idzie i zastanawia się, jak by tu się najlepiej obrazić, jak wywołać w niej poczucie winy i późniejsze wielogodzinne przeprosiny. Wreszcie rzuca kwiaty w uliczny kosz i wybucha:

–