27 śmierci Toby’ego Obeda - Joanna Gierak-Onoszko - ebook

136 osób właśnie czyta

Opis

Dlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła? Co ukryto pod mozaiką kulturową? Joanna Gierak-Onoszko kreśli obraz Kanady, który burzy nasze wyobrażenia o tym kraju.

To też jest Kanada: siedem zapałek w słoiku, sny o czubkach drzew, powiewające na wietrze czerwone suknie, dzieci odbierane rodzicom o świcie. I ludzie, którzy nie mówią, że są absolwentami szkół z internatem. Mówią: jesteśmy ocaleńcami. Przetrwaliśmy.

– Zniszczono cały nasz naród. Nigdyśmy się nie podnieśli. W Europie ekscytujecie się modą na Kanadę, bo patrzycie na nią przez kolorowe skarpetki naszego nowoczesnego premiera. Ale prawda mniej się nadaje do lajkowania – powiedział autorce jeden z bohaterów tej książki.

Joanna Gierak-Onoszko spędziła w Kanadzie dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką.

27 śmierci Toby’ego Obeda” to reporterska opowieść o winie i pojednaniu, zbrodni bez kary i ludziach, którzy wymykają się przeznaczeniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Joanna Gierak-Onoszko 27 ŚMIERCI TOBY’EGO OBEDA,
wydanie pierwsze, Warszawa 2019
Copyright © by Joanna Gierak-Onoszko, 2019
Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2019
REDAKCJA
Olga Gitkiewicz
KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA
Justyna Tomas, Paweł Wielopolski
REDAKCJA MERYTORYCZNA
dr Tomasz Soroka
PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI
Magdalena Wdowicz-Wierzbowska
ADAPTACJA PROJEKTU OKŁADKI
Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/
www.behance.net/OneOnes
SKŁAD I ŁAMANIE
Michał Wysocki
GRAFIKI NA OKŁADCE
Flatcat, Macro Icon, Top Vectro Stock, lana rinck/Shutterstock
OPRACOWANIE TECHNICZNE
Czarne Na Białym
ISBN 978-83-65970-34-3
REDAKTOR NACZELNA WYDAWNICTWA
Julianna Jonek-Springer
Wydanie elektroniczne 2019
Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
dowody@instytutr.pl, promocja@instytutr.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
1. 27 ŚMIERCI TOBY’EGO OBEDA

Kiedy Toby Obed wreszcie się budzi, jest już wiosna.

Leży na wznak w niekrochmalonej pościeli, nie poznaje sufitu i ścian dookoła. Jeszcze przed chwilą spał spokojnym, farmakologicznym snem, a teraz jego neurony świecą do białości, usiłując poradzić sobie ze wszystkimi informacjami naraz.

Gdzie jestem? Dlaczego boli? Czy w końcu przestanie?

Toby rozgląda się, szuka widoku za oknem, jakiegoś punktu zaczepienia. Ale jego wzrok wciąż ucieka na środek łóżka. To miejsce, gdzie powinny być teraz jego nogi i stopy, ale przykrywająca Toby’ego kołdra leży płasko.

Toby myśli, że ma halucynacje – tak się czasem zdarza po większym piciu. Chce przetrzeć powieki, podnosi do oczu ręce.

Ale poniżej lewego łokcia nic już nie ma.

Patrzy w prawo. To, co zostało z drugiej dłoni, jest zawinięte w gruby bandaż.

– Chwileczkę! Gdzie się podziały moje nogi? I coście, kurwa, zrobili z moimi rękami?!

Nad łóżkiem pochyla się kobieta w białym fartuchu.

– Tak się cieszę, że się obudziłeś! Nie byliśmy pewni, czy się uda. Toby, jesteśmy w szpitalu w St. John’s, w stolicy Nowej Fundlandii i Labradoru. Już marzec. Niedawno były twoje dwudzieste drugie urodziny. Powiem ci, że naprawdę masz co świętować.

Ale Toby nie zgadza się ani na marzec, ani na nowe, okrojone ciało. Nie pamięta, żeby ktoś z nim te zmiany ustalał.

Ostatnie, co pamięta, to impreza w Happy Valley-Goose Bay, ponad tysiąc sześćset kilometrów na północ od jego łóżka, które od dziś będzie zawsze wydawać się za długie.

***

Goose, jak mówi się o nim na co dzień, to miasteczko na półwyspie Labrador – w tej części Kanady, która jednocześnie sięga na wschód, do Atlantyku, i na północ, w stronę Arktyki. Mieszka tu dziś nieco ponad osiem tysięcy ludzi. Goose powstało z połączenia dwóch miejscowości: Szczęśliwej Doliny i Zatoki Gęsi, ale sielska nazwa miasteczka jest myląca. Bo powodem jego istnienia jest wojna.

W latach czterdziestych gazety pisały, że w Morzu Labradorskim pojawiają się wieżyczki niemieckich U-Bootów. Od kiedy do wojny przystąpiły USA, było jasne, że w tym rejonie musi jak najszybciej powstać silna baza wojskowa, by bronić kontynentu. Do Goose na budowę ściągano mężczyzn ze wsi rozsianych po całej labradorskiej ziemi. Pracowali na kilka zmian. Aprowizacja liczyła, że dziennie potrzebowali od czterech do pięciu tysięcy paczek papierosów.

Robotnicy dostawali ułamek wynagrodzenia ludzi pracujących w głębi kraju, ale nie narzekali. Żalili się tylko na jedno – żeby przenieść się do pracy na budowie, musieli pozamykać domy. A to oznaczało tyle, że przed wyjazdem musieli pozabijać swoje psy.

W 1943 roku Goose było uznawane za największe lotnisko na świecie. Po wojnie zostało ważnym skrzyżowaniem, przez które biegną lotnicze, asfaltowe i morskie ścieżki Labradoru. W czasach pokoju szkoliły się tu jednostki NATO, a zarządzane przez wojsko tereny miały być zapasowym lądowiskiem dla pojazdów kosmicznych NASA.

Ale Goose na zawsze zostało miastem zapasowym. Ominęła je wojna, nie wylądował tu żaden prom kosmiczny, a oddziały NATO wycofały się z bazy w 2010 roku. Dziś przyjeżdża się tu po telefony satelitarne – można je wypożyczyć za darmo, nim wyruszy się w trasę po okolicy, co ma ułatwić pracę policji i ekipom poszukiwawczym, gdyby turysta zabłądził. Połykając kilometry w drodze przez Labrador, można wpaść do Goose na kiełbaski z mięsa karibu albo na panierowane dorszowe języczki. Kiedyś było to jedzenie biedoty, a dziś elegancka przystawka w cenie trzynastu dolarów[1] za porcję.

W Goose robi się też duże zakupy – to stąd łodzie, skutery śnieżne i lądujące na wodzie samoloty wiozą zapasy w kierunku maleńkich miejscowości położonych w mało gościnnych fiordach i zatoczkach Labradoru.

Mieszkańcy tej krainy mówią, że nigdzie na świecie nie jest się tak daleko od życia jak tutaj. Można znaleźć ścieżki, po których nikt wcześniej nie stąpał. Góry, których nikt nie zdobył. Widoki, którymi nie miał się kto zachwycać. To właśnie jest Labrador, Wielka Kraina. Tu słychać, jak rusza się Ziemia, powiadają.

Ale miasteczko, które nazywa się Szczęśliwą Doliną i Zatoką Gęsi, nie przyniosło Toby’emu Obedowi szczęścia. To tutaj Toby umarł po raz dwudziesty szósty.

Było to tuż przed dwudziestymi drugimi urodzinami, osiemnaście lat po pierwszej śmierci.

***

Kiedy mieszka się w maleńkiej osadzie wielorybników na dalekim Labradorze, wyprawa do Goose jest wielką odmianą. Toby wybrał się tam, żeby odwiedzić kuzyna. Dawno się nie widzieli, otworzyli butelkę. Potem przyszedł kolega:

– Co tam słychać, no to się może napijemy.

Napili się.

Resztę dopowie pielęgniarka.

– Policjanci znaleźli cię w śniegu dopiero następnego dnia. Byli przekonani, że nie żyjesz.

Toby trafił do Miller Center, placówki dla weteranów wojennych, gdzie chirurdzy, rehabilitanci, psycholodzy i protetycy holują okaleczonych ku życiu. Lekarze utrzymywali Toby’ego w śpiączce farmakologicznej przez dwa miesiące, próbując go wyciągnąć z głębokiej hipotermii.

– Udało się, ale musieliśmy cię amputować – powie nad łóżkiem pielęgniarka.

– Nie wiem, co ty do mnie mówisz, kobieto. Oddajcie mi moje nogi! Oddaj mi natychmiast moją rękę!

– Jesteś dzieckiem szczęścia, Toby. Bardzo ci współczuję.

***

Od tamtej nocy minęło ćwierć wieku. Wiosną 2018 roku Toby Obed ma czterdzieści siedem lat, a jego lustrem jest pięciuset Inuków z Wioski Nadziei.

Zanim przybyli tu Europejczycy (w tym portugalski władca ziemski, czyli lavrador), na tych ziemiach mieszkały rdzenne społeczności, takie jak Inuici oraz Innu. Jedni drugich przezywali „Eskimosami”: eskimo to zjadacz surowego mięsa. Termin ten przejęli biali antropolodzy i archeolodzy, dla których Eskimosi to zbiorcza, pojemna nazwa ludzi Północy: od Labradoru przez kanadyjską Arktykę i Alaskę aż po Kamczatkę.

W Europie nadal tak się mówi. Za to w Kanadzie tego języka już nie wypada używać, bo jest narzucony, dyskryminujący, krzywdzący. Mieszkańcy północnych prowincji nazywani są tu teraz tak, jak sami sobie życzą. W ich języku, czyli w inuktitut, Inuk oznacza człowieka, istotę ludzką, a inuit – ludzką społeczność.

I tak właśnie widzi ich i siebie Toby Obed – nie jak eksponaty, lecz jak ludzi.

Garnie się do nich, bo są jednocześnie jego lustrem i dowodem tożsamości, ważniejszym od kanadyjskiego paszportu.

– Cieszę się, gdy któryś sąsiad wtrąci tak przy okazji: och, Toby, zrobiłeś dokładnie taką samą minę jak twoja matka. Albo: chodzisz zupełnie jak twój ojciec, z daleka można by was pomylić. Jestem wtedy taki szczęśliwy! Bo to znaczy, że oni jednak byli – a teraz zostałem po nich ja.

Najważniejsze dla Toby’ego słowa: „Ty to jesteś cała matka”.

Kiedy Toby chce zobaczyć mamę, sięga prawą ręką do policzka. Gładka, napięta skóra, bez porów, bez jednej zmarszczki. Wysokie, mocne kości policzkowe. Nad nimi głęboko osadzone, wąziutkie oczy schowane pod grubymi, czarnymi brwiami. Włosy Toby’ego to pieprz i sól. Czarne i lśniąco białe, nic pośrodku. Gęste i sztywne, długie aż do drobnej, trójkątnej brody.

Czy takie właśnie, druciane włosy miała mama? Czy takie oczy, małe, czarne, że aż trudno odróżnić źrenicę od tęczówki?

Tego Toby nie wie.

– Nie mam żadnego zdjęcia. Nie pamiętam, jak wyglądała. Nie wiem więc, skąd jestem i po co.

***

Imię Tobijahu w języku hebrajskim oznacza „Jahwe jest mym skarbem”. To słowo pocieszenia dla kogoś, kto stracił wszystko i nie ma nadziei. W tradycji Starego Testamentu Tobiasz ślepnie i umęczony błaga Boga o śmierć. Ale Bóg ma wobec niego inne plany. Święta księga uczy, że wielkie cierpienie Tobiasza nie stanowi dla niego kary, lecz życzliwą próbę. Kochający Bóg najpierw zsyła męki, lecz za posłuszeństwo i lojalność przewiduje w swoim czasie nagrodę. To opowieść dydaktyczna – ciosy od losu trzeba rozumieć jako znaki od miłosiernego Boga.

Prorocze imię dała Toby’emu matka.

Dzieci miała pięcioro. Trudno było im wytrzymać w domu. Rodzice nie za dużo się nimi zajmowali. Pili. Emily i Sonny, czyli Syneczek, byli starsi mniej więcej o dziesięć lat od reszty dzieci. To oni opiekowali się maluchami: Sarą, Eliasem i Tobiasem.

Skąd w odległej wielorybniczej osadzie takie imiona?

Kiedyś to miejsce nazywało się Arvertok, co w języku Inuitów oznacza Miejsce Wielorybów. Na wieloryby polowano tu w miesiącach zimowych – Inukowie mieszkali wtedy w domach ukrytych głęboko w surowej, niegościnnej ziemi, częściowo tylko widocznych ponad jej powierzchnią. Chowali się tam przed dojmującym wiatrem, a z wiosną, gdy kończył się sezon na wieloryby i foki, przenosili się w głąb lądu. Brali ze sobą namioty z foczej skóry, szli polować na mięsodajne karibu. Schylali się po owoce, które oszczędnie wydzielała tundra, i szykowali się do przetrwania kolejnej zimy.

Ten rytm zaburzyli mieszkańcy Starego Kontynentu, pochodzący z Moraw niemieccy menonici, misjonarze z protestancką etyką pracy. Przygnał ich tu imperatyw pomnażania majątku i zapełniania kościelnej scholi. Nie rozumieli ludzi podążających niespiesznie za cyklem natury. Żarliwie pragnęli harować w trudnych warunkach w imię handlu – Europa miała wielki apetyt na naturalne, ciepłe futra. Na tym wyrosły fortuny, o których dziś mówi się w Kanadzie „stare pieniądze”. Morawscy osadnicy zachwycili się płytkimi wodami pełnymi fok i gęstymi lasami pełnymi lisów. W 1782 roku przemianowali Miejsce Wielorybów na niemieckie Hoffenthal, Wioskę Nadziei.

Przywieźli to samo, co zazwyczaj brali ze sobą ci, którzy mówili, że odkrywają nowe lądy: słowo Boże, narzędzia, broń, warzywa i choroby. Do tej pory Inukowie jedli zwierzęta – żuli surowe mięso, wysysali z kości szpik, zjadali wątrobę, nerki oraz przede wszystkim żołądki wraz z lekko nadtrawioną, zazwyczaj roślinną zawartością. Ich dieta była wysokobiałkowa, wysokotłuszczowa, pełna witamin i właściwie pozbawiona cukru. Ale pojawili się Europejczycy z marchwią, burakami i ziemniakami. Z sypkim cukrem i białą mąką. Mieszkańcy Labradoru zaczęli tracić zęby i chorować. Cukrzyca, miażdżyca, nowotwory – to też były dary, jakie przywieźli ze sobą biali osadnicy. Do dziś Labrador się po nich nie podniósł. Do dzisiaj żyje się tu średnio dziesięć lat krócej niż w innych częściach Kanady.

Menonici zdobywali te ziemie waltornią i puzonem. Biorąc Haydna i Bacha na sojuszników, wierzyli, że Inuici zachwycą się barokowymi mszami i otworzą dusze na obcego Boga. Do dziś w najmniejszej nawet osadzie można znaleźć orkiestrę dętą, grającą kantaty Bacha na pustkowiu kanadyjskiej tundry.

Misjonarze z radością dzielili się nutami, ale mówili, że ich Bogu nie podoba się, jak sypiają ze sobą gospodarze: bez sakramentu, w kilkoro, przy dzieciach. W lokalnej tradycji życiowy partner czy życiowa partnerka byli właśnie tym: wspólnikiem, osobą, dzięki której życie było znośniejsze albo w ogóle możliwe. Rodzina była przedsiębiorstwem do spraw przetrwania – a kochać ludzie chcieli się z tymi, którzy im się podobali, niekoniecznie z tymi, z którymi współpracowali, by przeżyć. Czasem pod jednym dachem mieszkało kilka rodzin, nie trzeba było chodzić daleko, by sięgnąć po ciepło i seks.

Misjonarze z Moraw przypłynęli, by oznajmić gospodarzom, że żyją oni w grzechu i obrażają Boga, który wiódł swój naród w upale przez piaszczystą pustynię. Mieszkańcy tych ziem nie rozumieli, co znaczy grzech, nie widzieli nigdy piaszczystej pustyni.

Dziś niemieckich osadników już tu nie ma – przegrali wojnę o futra z imperium handlowym Kompanii Zatoki Hudsona (Hudson’s Bay Company, HBC) i opuścili Wielką Ziemię. Zostały po nich kamienne groby, resztki drewnianych zabudowań menonickiej misji i zwyczaj nadawania biblijnych imion inuickim dzieciom. Z czasem, gdy tą częścią świata zawładnęła brytyjska monarchia, zmieniono nazwę – z Hoffenthal na Hopedale.

Niewiele więcej się tu zmieniło.

Dziś, kiedy wpływa się do Hopedale od strony zatoki, widok jest właściwie taki sam jak dwieście lat temu: niewielkie parterowe domki skupione wokół surowych, mało gościnnych wybrzeży Atlantyku. Osada leży na niemal jałowych skałach, ozdobionych gdzieniegdzie roślinnością tundry. Daleko od brzegu zaczyna się las, choć to nieodpowiednie słowo. Za Hopedale rozciąga się gęsta świerkowa puszcza, pełna zwierząt nieznających zapachu człowieka.

Nie zmienił się też taniec świateł. Tańczące Zorze, Aurorae Borealis, Światła Północy. Czasem widać je także w Hopedale. To firany, kolorowe kurtyny, wielkie migoczące płachty na niebie. Naukowcy twierdzą, że burza słoneczna rozpędza w kosmosie cząsteczki, które zderzają się z górną warstwą atmosfery, wyzwalając reakcje w polu magnetycznym Ziemi. Od długości fal zależy spektrum i barwa – zorze są tu zielone, turkusowe, żółte, czasem nawet liliowe.

Mieszkańcy mówią, że to po prostu jasność, na co dzień uwięziona w skałach Labradoru, próbuje wydostać się na świat. Kiedy na świat próbował wydostać się Toby, jasność była już na powrót zamknięta w kamieniach.

Jego matka prawdopodobnie klęczała wtedy na materacu, bo tak rodzi się tu dzieci, zgodnie z instynktem i grawitacją. Rodziła prosto na ręce położnej. Położne mają tu zresztą swoje sposoby: obwiązują rodzącą pasem foczej skóry, masują nim brzuch, i umiejętnie zaciskając, pomagają wypychać dziecko na szczycie każdego skurczu.

Toby z wielką wdzięcznością myśli o kobiecie z foczym pasem i z wytatuowanymi w czarne wzory dłońmi.

– Niech Bóg ma w opiece duszę tej, która sprowadziła mnie na świat, wprost na posłanie mojej matki. To pierwsza dobra myśl o moim życiu, wiele więcej ich nie mam.

Pierwsze wspomnienie Toby’ego: czerwone sukno munduru i równo przyszyte, błyszczące złote guziki. To wspomnienie nadal silne, bardzo żywe, jak uderzenie w brzuch. Zaczęło się zresztą od uderzenia, od walenia pięściami w drzwi.

Potem do domu weszły obce kobiety i oficer policji konnej RCMP[2]. Widuje się ich na kartkach z Kanady, tych stylowych, robionych na vintage. A tu nagle policjant z pocztówki stanął na progu w czerwonym mundurze i powiedział:

– Dzieci, przyszła opieka społeczna, musimy was zabrać.

Rodzice byli zaskoczeni, bo tamci przyszli bez uprzedzenia. Nie było jak się pakować, nie było jak się żegnać.

– Poszliśmy tak, jak staliśmy. Potem dowiedzieliśmy się, że w takich sytuacjach rodzice raczej nie mieli wyjścia. Za niewydanie dzieci groziły kary, w tym areszt i odebranie prawa do zasiłku, z którego żyła większość rodzin w okolicy. Czy stawialiśmy opór? Nie pamiętam. Czy płakaliśmy? Płakaliśmy wszyscy. Emily miała trzynaście lat, Sonny piętnaście, a ja tylko cztery lata. Wtedy, w 1975 roku, na progu koło butów konnego policjanta umarłem po raz pierwszy. Wsiedliśmy do małego samolotu, który mógł lądować na wodzie. Polecieliśmy jakieś dwieście kilometrów na południe, do North West River. Najpierw zabrali nas do szpitala. Tam zbadano, czy nic nam nie jest. Rutynowe oględziny: czy nie ma aktywnej infekcji, pasożytów, niedożywienia. I czy nie było krzywdy.

Nieopodal szpitala, w malowniczym świerkowym lesie, stała szkoła. Nazywała się Yale. Niektórzy studenci słynnej amerykańskiej uczelni chcieli wspierać wyprawy naukowe i badawcze na subarktyczne wybrzeża Labradoru. Czasem nawet przyjeżdżali jako „wopy”, workers without payment, pracownicy bez wynagrodzenia, albo posyłali pieniądze. To z wdzięczności za ich datki szkołę w lesie nazwano imieniem wielkiego uniwersytetu. Do dziś na stronie amerykańskiej uczelni można znaleźć informację o sponsorowaniu szkoły w North West River.

W odróżnieniu od większości kanadyjskichresidential schools, czyli szkół z internatem, ta była świecka. Nigdy by nie powstała, gdyby nie misja brytyjskiego lekarza, Wilfreda Grenfella, który postanowił otoczyć mieszkańców Labradoru opieką medyczną – nowoczesną i według europejskich standardów. Zakładał punkty pielęgniarskie i proste przychodnie zarówno w trudno dostępnych osadach na lądzie, jak i na łodziach kursujących między topniejącymi krami. Czasem maszerował do pacjentów przez zamarznięte morze, wioząc ekwipunek psim zaprzęgiem. Nazywano go bohaterem, „muskularnym chrześcijaninem”, zbawcą Północy. Dostał za to szlachecki tytuł i założył dobroczynne stowarzyszenie swego imienia.

Słynne już wówczas Międzynarodowe Towarzystwo Grenfell (International Grenfell Association, IGA) poszerzało swoją działalność – w północno-wschodniej części dzisiejszej Kanady inwestowało nie tylko w ochronę zdrowia, ale i w edukację. W 1926 roku w malowniczej miejscowości North West River, w samym sercu Labradoru, obok szpitala postawiono także szkołę.

O pieniądze na działalność starał się sam sir Wilfred. Choć misje działały także w Nowej Fundlandii, nazwę tej wyspy skrzętnie omijano, bo tamtejsze warunki życia były za bardzo zbliżone do tych w USA, a przez to mało egzotyczne. Więcej znaczyło hasło „Labrador”, dlatego Grenfell niestrudzenie je eksponował. Chętnie pozował do fotografii w futrzanych rękawicach i mufkach oraz w wielkich, wyszywanych zimowych butach (choć zimy spędzał zazwyczaj w ciepłym domu w Vermont albo odwiedzając znakomitych sponsorów w wielkich amerykańskich metropoliach). Był porywającym mówcą, opowieściami o biedzie Inuitów zapełniał Carnegie Hall w Nowym Jorku i Massey Hall w Toronto. W sprawie pieniędzy występował nawet dwa razy dziennie.

Na spotkaniach z przyszłymi sponsorami pokazywał fotografie inuickiego dziecka chodzącego o kulach podpisane: „Biedna osierocona kaleka z Labradoru” albo zdjęcie chłopca z zabandażowaną głową i z napisem: „Nie zapomnij ty o mnie”. Inuici i księża pracujący na miejscu protestowali: to krzywdzące i niesprawiedliwe. Ale w oczach Grenfella służyło sprawie, bo poruszało serca i otwierało portfele.

Jego organizacja zaczęła wkrótce uchodzić za plaster na wyrzuty sumienia amerykańskiej burżuazji. O szkole, do której trafi potem Toby i jego rodzeństwo, „New York Times” napisał, że to „przedsiębiorstwo miłosierdzia”. Fundusze na misje Grenfella miłosiernie zbierano na rautach w Metropolitan Opera, lunchach w najwytworniejszych nowojorskich restauracjach i podczas przyjęć ogrodowych wydawanych przez kobiety dysponujące czasem i pieniędzmi.

Wkrótce tradycją rodzinną wielu elitarnych, zasobnych domów stało się wysyłanie dorastających dzieci na wopskie misje do Labradoru – robił tak między innymi John D. Rockefeller. Ale poza pracą i czekami amerykańscy sponsorzy oferowali także pomoc materialną. Towarzystwo opłacało kosztowny transport lotniczy, a potem pracownicy misji rozpakowywali dary. Jak zanotuje w pamiętniku jedna z działających w North West River kobiet, znaczna część darowanej pościeli była w takim stanie, że ze względów sanitarnych nadawała się już tylko do spalenia.

Co do ubrań, to często po prostu wietrzono szafy. Wiele darów było nadjedzonych przez larwy i mole, zarobaczonych i spleśniałych. Na potrzeby szpitala, gospodarstwa i pracujących przy wyrębie lasu robotników dobroczynne Amerykanki słały na drugi koniec kontynentu muślinowe bluzki, pończochy, pantofle na obcasach, wiązane babcine czepce i ozdobne kapelusze. Jeśli były w wystarczająco dobrym stanie, część ubrań przerabiano na patchworki albo szyto z nich szmaciane chodniki. Ale najczęściej po prostu rozpalano ognisko.

W zamian za dary sponsorzy oczekiwali dowodów wdzięczności. Korzystający z pomocy oraz obdarowywani byli zobowiązani do świadczenia pracy (IGA uważało, że pomoc bez zapłaty jest dla korzystających upokarzająca). Z Labradoru do USA i Kanady wędrowało więc rękodzieło, zdobione makaty, futrzane rękawice, kurtki i futra.

Dobroczyńcy oczekiwali informacji, co dzieje się z ich datkami. W latach 1903–1981 towarzystwo Grenfell wydawało kwartalnik „Pomiędzy Rybakami Głębokich Mórz”, w którym informowało sponsorów o swej działalności w północnych ziemiach dzisiejszej Kanady. W 1941 roku szkołę Yale położoną w świerkowym lesie z dumą opisano tam w następujący sposób: „Jest to instytucja najwyższej klasy. (...) Uczniowie z internatu mieszkają w chatach, jednej dla chłopców i jednej dla dziewcząt. (...) Każda chata ma kury i ogródek na czas wiosny i zimy, istnieje więc współzawodnictwo. Ci, którzy odwiedzają Northwest[3] River oraz Hamilton, są pod ogromnym wrażeniem najlepszych manier oraz widoku ożywionych, rozpromienionych dzieci. To w ogromnej mierze zasługa szkoły”.

Uwagę gości zwracało bardzo wydajne gospodarstwo powiązane ze szkołą, które „daje odpowiednio dużo warzyw, by zaspokoić potrzeby szpitala, szkoły, a także niektórych [innych naszych – J.G.-O.] stacji w Labradorze. Latem pani Paddon razem z miejscowymi kobietami robią przetwory – z ryb, zielonych warzyw, jagód – na potrzeby szkoły i szpitala w miesiącach zimowych”.

Kto pracował na grządkach i w polu, kto pracował w chlewie i w oborze – tego się już czytelnicy nie dowiadywali.

Wkrótce z okazji półwiecza misji towarzystwo Grenfell pochwali się, że uczy inuickie dzieci „czystości, higieny, pewnych wystarczających podstaw akademickich oraz tego, jak żyć, odnosząc sukcesy w swej ojczyźnie. Dziewczęta dowiadują się, jak prowadzić gospodarstwa domowe i opiekować się dziećmi, jak odpowiednio zaplanować jadłospis; chłopcy zaś uczą się rzemiosła, rolnictwa dopasowanego do warunków Północy, poznają łodzie, maszyny, sprzęt etc., co będzie im przydatne w życiu w społecznościach subarktycznych. Internaty są prowadzone tak, jak domy, a dzieci wykonują w nich tyle pracy, ile to tylko możliwe”.

Kiedy Toby i jego rodzeństwo trafili do szkoły dumnej z pracy dzieci, mieszkało tam prawie trzystu uczniów.

Szkoła to już nie były dwie chaty, tylko trzy osobne budynki mieszkalne. W pierwszym domu umieszczano dzieci małe, od noworodka do sześciolatka. Maluchów było niewiele, trzydzieścioro, czasem czterdzieścioro.

W domu juniorów mieściło się jakieś sto, sto dwadzieścia łóżek. Mieszkały tam dzieci szkolne, między siódmym a piętnastym rokiem życia. Na dawnych fotografiach widać niezbyt okazały budynek, ledwie dwupiętrowy. Dwa skrzydła po nie więcej niż cztery okna każde. Odebrane dzieci musiały się tam jakoś stłoczyć.

Nieopodal stał jeszcze dom dla najstarszych uczniów. Tych było najwięcej, bo prawie półtorej setki. Dopiero po przejściu domu dla seniorów, jak mawia Toby, i po skończeniu szesnastu lat zezwalano na opuszczenie szkoły.

Ale do tego droga jeszcze daleka.

Na razie jest rok 1975, a mali Obedowie po badaniu fizykalnym, bez rodziców i bez prawa do zadawania pytań stoją przed osobnymi wejściami do budynków, w których zostaną zamknięci na najbliższych pięć lat.

– Oczywiście rozdzielili nas, moje rodzeństwo było z innej kategorii wiekowej. Nie rozumiałem tego. Jeszcze rano miałem rodzinę, a teraz nagle zostałem sam, choć miałem tylko cztery lata. Wszystkiego, co wiem o życiu, nauczyłem się tam, w internacie, w domu dla juniorów w North West River. To były lekcje obowiązkowe, których nie chciałem. Arytmetyka czy gramatyka były najmniej istotne, przede wszystkim trzeba było się w miarę szybko nauczyć i orientować, kto jest przyjacielem, a kogo należy unikać. Dokąd i którędy chadzać, a za jakie drzwi przenigdy nie zaglądać. Co wolno powiedzieć, a o czym całymi latami milczeć. Byłem przedszkolakiem, kiedy zrozumiałem, że tak jak bezwiednie i automatycznie oddycham, tak samo muszę bezustannie i odruchowo upewniać się, czy jestem bezpieczny. Bez przerwy sprawdzałem, czy nic mi nie grozi. W takich okolicznościach alarm wyje w głowie przez cały czas.

Toby Obed, Kanadyjczyk z Labradoru, nie mówi o sobie, że jest absolwentem szkoły Yale, prowadzonej w North West River przez organizację charytatywną Grenfell.

Mówi:

– Jestem ocaleńcem. Przeżyłem, utrzymałem się przy życiu.

***

O tym, co działo się w szkole, Toby opowiada, jakby odskoczyła jakaś sprężyna, jakby otworzyła się szuflada z teczkami puchnącymi od policyjnej dokumentacji. Mówi i mówi, spokojnie, metodycznie, jakby relacjonował coś, co zdarzyło się komuś innemu. Nie przestaje przez blisko dwie godziny.

W przedszkolno-szkolnych wspomnieniach Toby’ego Obeda niewiele jest ćwiczeń z kaligrafii, nauki budowania łodzi albo nawet obowiązkowej pracy w oborze. Powtarzają się za to następujące słowa klucze:

świst, wizg, trzask (tak śmigał bat);

język, akcent, bicie (za mówienie w inuktitut należało się lanie);

komórka, ciemność, głód (triada, która obezwładni każde dziecko, bez wyjątku).

Dowiaduję się od Toby’ego, że posikać się ze strachu to żadna przenośnia.

W jego wspomnieniach wyróżnia się jedna wiodąca osoba: nauczycielka, Miss Devil, Panna Diabeł.

– Kazała nam patrzeć – mówi Toby. – Nie chciałem, ale żadnemu dziecku nie wolno było odwrócić buzi.

Swoje szkolne lata Toby podsumowuje tak:

– Dorośli na zewnątrz wiedzieli. Nic z tym nie zrobili.

***

Kiedy Toby wspomina szkołę, opowiada obrazami pełnymi szczegółów – choć to wszystko zdarzyło się ponad czterdzieści lat temu. Opowiada o poszczególnych dniach, konkretnych nocach, ale też o tym, co wyniósł w dorosłość ze szkoły Yale.

– Wciąż się bałem, co znów mi zrobią. Potem już całe życie wyczekiwaliśmy, skąd padnie cios. Całe życie na czworakach, skuleni.

Szkoła minęła, ale skulenie nie.

Do dziś Toby zadaje sobie pytanie, czy przypadkiem nie zasłużył na karę. Czy odgadł, czego się od niego wymaga? Czy robi, co mu każą? Czy odezwał się, jak trzeba, czy odszedł w porę, czy może znów sobie z czymś nie poradził?

Co teraz ze mną zrobią? Co mnie za to spotka? – te pytania zapierały dech w piersi i wtedy, w szkole, kiedy Toby miał cztery lata – i na łóżku, w białej pościeli, kiedy pielęgniarka powiedziała, że go amputowano.

To, co działo się w drewnianych ścianach Grenfell, było straszne – z czasem stało się jednak normą. Ale nie dawało się przywyknąć, że wokół nie ma nikogo, komu można by o tym opowiedzieć. I kogo można by poprosić nawet nie o ratunek, nie o interwencję, bo na to dzieci już nie liczyły, ale choćby o otuchę.

Toby nie wiedział, że jego imię zawiera pocieszenie dla tych, którzy nic nie mają. Czekał zmiłowania, które latami nie nadchodziło. Nie miał też poczucia, żeby był dla kogokolwiek skarbem.

– Masz cztery lata, potem sześć, dziesięć i wiesz, że nikogo, ale to nikogo nie obchodzisz.

Rozumiał tyle, że jest niepotrzebny i urodził się na marne. Że nikt go nie uratuje, że nie da się dla niego nic zrobić i musi być, jak jest.

***

Wtedy dzieciom wydawało się, że od szkoły prowadzonej przez towarzystwo dobroczynne nie ma wybawienia. Ale pewnego lata skończyły się pieniądze i placówkę zamknięto. Było to w 1979 albo 1980 roku, źródła nie są zgodne.

Jak dziś podaje na swojej stronie towarzystwo Grenfell, pod koniec lat siedemdziesiątych koszt opieki zdrowotnej znacznie przekroczył możliwości organizacji. Finansowanie misji w ogromnej części wzięło na siebie państwo. Od 1949 roku Labrador należał już do Kanady, która nie jest państwem jednolitym, ale federacją prowincji i terytoriów dołączających do niej w różnym czasie.

To ważne.

W latach osiemdziesiątych Grenfell wycofało się z dotychczasowej działalności. Majątek towarzystwa przekazano rządowi prowincji za symbolicznego dolara. Nowe władze przejęły sprzęt, ale weszły w obowiązki po organizacji dobroczynnej. Grenfell skupiło się zaś na fundowaniu grantów i stypendiów i działa aktywnie do dziś.

Ale choć Międzynarodowe Towarzystwo Grenfell wycofało się z prowadzenia misji, a szkoła Yale została zamknięta, to historia dzieci na tym się nie kończy. Nie można ich było rozpędzić, nie można też było odesłać ich do domów. Wielu rodziców było niewydolnych wychowawczo.

***

W Kanadzie nie ma domów dziecka, jakie znamy. Dlatego rozwiązaniem były rodziny zastępcze, do których posyłano dzieci prosto ze szkolnej bursy. Oczywiście nie biorąc pod uwagę pokrewieństwa.

Rodzeństwo Obedów nie miało szans być razem. Kto chciałby zająć się kilkorgiem złamanych inuickich dzieci?

Rozdzielono je po raz kolejny, tym razem na lata. Kontakt między dziećmi całkowicie się urwał. W tamte wakacje straciły już wszystko, zerwały się ostatnie sznurki. Ze swoją siostrą Sarą Toby spotkał się dopiero po trzydziestu siedmiu latach.

– Rozwalili naszą rodzinę do samego końca – mówi Toby. – Miałem osiem lat, kiedy moje życie skończyło się po raz kolejny.

Były to czasy zimnej wojny. W kanadyjskich lasach lokowano oddziały, szpikowano ziemię radarami, umacniano bazy. Nieopodal rozbudowywano placówkę Goose Bay, gdzie stacjonowali żołnierze. Wielu z nich miało już żony, ale jeszcze nie dzieci. Mogli zaopiekować się wychowankami ze szkoły w świerkowym lesie.

Kiedy Toby trafił do pierwszej rodziny zastępczej, miał osiem lat i myślał, że to koniec poniewierki – teraz będzie dom. Ale zamiast tego przenosili go od jednych opiekunów do drugich.

– W ciągu następnych ośmiu lat mieszkałem w dwudziestu domach. Przeprowadzałem się, a raczej przeprowadzano mnie z miejsca na miejsce średnio co cztery i pół miesiąca. Czego ja chcę, jak mi z tym jest, nie pytali. Byliśmy traktowani jak meble, jak zawalidrogi, jak worki ze śmieciami.

W tabelach i formularzach wypełnianych ręką opieki społecznej wszystko się zgadzało, system działał – bo chłopak nieprzerwanie był pod czyjąś formalną opieką. Co to oznaczało w praktyce, tego tabele nie pokazywały.

– W każdym domu było inaczej, ale chyba we wszystkich mnie bili – wspomina Toby. – Nie byłem już maluchem, nie należała mi się żadna ochrona. W końcu chodziłem do drugiej klasy, więc można mi było porządnie przyjebać. Zresztą zasługiwałem na to: nie rozumiałem, co się do mnie mówi. Nie wiedziałem, jak ich zadowolić. Starałem się odgadywać, starałem się dopasować, ale byłem bezradny.

W końcu przywykł. Było więc rutynowo: jedzenie, spanie, szkoła, bicie. Niematki i nieojcowie bili pasem i bili ręką za wszystko i za nic. Jak unikać ciosów, jak przetrwać, uczyło Toby’ego dwudziestu świetnie wyszkolonych, wysportowanych mężczyzn, wspieranych przez dwadzieścia zapobiegliwych, oddanych im żon.

Organizm Toby’ego jest silny, pozwolił mu wytrzymać. Umysł chłopaka też był dla niego łaskawy, o większości tych domów pozwolił mu zapomnieć. Toby wie, że one gdzieś tam są, ma je w sobie jak zrosty, jak blizny, jak raka. Ale głowa go od nich odcięła. Na co dzień ich nie widzi, można powiedzieć, że nie stwierdza się ognisk choroby. Ale Toby wie, że wciąż czynią szkodę jak nieoznaczone jeszcze w badaniu zmiany.

Ze wszystkich dwudziestu Toby potrafi przywołać może pięć, sześć rodzin. Niektóre wspomina dobrze. Wierzy, że się starali. Na przykład kilka niematek. Czasem były miłe, gotowały, chciały czesać sztywne, grube włosy Toby’ego.

– Pierdolę to, mówiłem im, zostawcie mnie w spokoju. To nie ty, ale moja rodzona matka powinna teraz głaskać mnie po głowie. Spierdalaj więc ode mnie jak najdalej, mówiłem. Także i niektórzy nieojcowie się starali. Zdarzało się, że miewali dla mnie czas. Próbowali tłumaczyć, że sam sprowadzam na siebie kłopoty. Że wagary i ucieczki w niczym mi nie pomogą. Ale nie chciało mi się tego słuchać.

Dla Toby’ego to już było za późno, on już był na wiecznej, przegranej wojnie.

– Nie winię ich. Nie byłem dzieckiem, które można pokochać, bo i za co?

Jako ośmiolatek Toby opanował podstawowe umiejętności z dziecięcego elementarza przetrwania: kłamał, zdradzał, oszukiwał i kradł. Dużo się bił. Szkoła, do której chodził wtedy w Goose, była dla niego jednym wielkim ringiem. Bił się cztery, pięć razy dziennie dzień w dzień. I nigdy nie przegrywał, to zawsze on tłukł innych do krwi. Nie przestawał, dopóki nie był pewien, że tamci naprawdę cierpią. Dzieci w szkole mówiły, że Toby jest niebezpieczny. Odpowiadało mu to. Bicie to była ta szczelina, ten błysk, kiedy przez moment był silny i coś od niego zależało. Obezwładniało go wtedy szczęście. Nie czuł bólu, bo to inni cierpieli. Cierpieli, bo on tak zadecydował.

To pozwalało mu uzbroić się na popołudnie i wieczór. Bo po szkole, wiadomo – wracał do rodziny zastępczej i wtedy to już on był lany.

Ale kar było więcej, takich codziennych, zwyczajnych. Najczęściej po prostu kazano mu się zamknąć i iść do swojego pokoju. Odprawiali go, nie dostawał wtedy jeść. To niby tylko niedogodność, żadna tortura.

– Wiesz, raz czy drugi bez problemu możesz się obejść bez kolacji. Ale nawet jeśli wiadomo, że jesteś najgorszym, niegodnym dzieckiem, to jednak nie chcesz być ciągle głodny. Z dzieckiem można zrobić wszystko. Wystarczy nie dawać za dużo jedzenia.

Toby wiele wie o mechanizmach psychologii dziecięcej. Na przykład to, że dziecko będzie znosić kary cierpliwie, zawsze mając nadzieję, że ciosy kiedyś ustaną, że ktoś się wreszcie zlituje.

Ale wtedy nie nadszedł jeszcze moment na nagrodę dla Tobiasza. Wtedy jeszcze dobry Bóg ciągle zsyłał mu kolejne lekcje i doświadczenia.

Kiedy żołnierze zmieniali jednostkę albo zdanie na temat dziecka, Toby skakał z radości. Skończy się bicie, skończy się chodzenie spać bez kolacji! Do domu, myślał, wreszcie będę mógł wrócić do domu.

Ale to się nigdy nie wydarzyło.

– Miałem wielką nadzieję dwadzieścia razy i dwadzieścia razy umierałem z rozpaczy.

Latami był przekonany, że jest najgorszy, że nie zasługuje na to, żeby go nie bić, nie karać. Potem dotarło do niego, że żołnierze często musieli się przeprowadzać. Przychodziły rozkazy i zostawiało się przygarnięte dzieci i ich sprawy za sobą. Wtedy nikt tego dzieciom nie tłumaczył. Były więc przeświadczone, że porzuca się je ciągle na nowo, bo są tyle warte, co niepasujące i zużyte kapcie.

Powrót do mamy i taty był poza zasięgiem. Lata mijały, a rodzice nie przestawali pić. Władze nie godziły się na powrót dzieci do domu, ale też niewiele robiono, żeby wesprzeć rodziców. Odebrać dzieci – to była radykalna i najprostsza, właściwie jedyna metoda terapii.

– Wtedy, całe dzieciństwo i wiele lat potem, byłem zły. Agresywny. Czułem się skrzywdzony i odtrącony. Dlaczego inni mogą być z mamą, a ja nie? Dlaczego inni mogą mieć normalne życie, tylko nie ja?

Wtedy Toby’emu nie śniło się nawet, że dzieci takich jak on jest w okolicy ponad tysiąc.

***

Toby opowiada mi to wszystko spokojnie, bez emocji, czystą angielszczyzną, choć to przecież jego drugi język. Ale co jakiś czas przychodzi moment, kiedy jego miękki głos cichnie i słychać tylko głuche uderzenia. Toby Obed bije się w piersi ręką, której brakuje palców.

– Szkołę mogę wybaczyć, domy mogę wybaczyć. Z jednym nie mogę się pogodzić: że nikt mnie nigdy nie kochał.

Toby już to mówił. To skarga, z którą stanął przed Sądem Najwyższym Nowej Fundlandii i Labradoru, by pozwać swoją ojczyznę – rząd federalny i rząd prowincji oraz towarzystwo Grenfell w takiej właśnie kolejności.

– Nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem ważny, że jestem potrzebny. Nikt mnie nigdy nie pochwalił, nie pogłaskał po głowie, mówiąc: dobra robota, chłopcze.

Dopiero dziś czasem ktoś mu to mówi. Tak normalnie podczas polowania, przejażdżki skuterami śnieżnymi po Wielkiej Ziemi albo kiedy Toby sędziuje na turnieju siatkarskim: „No, chłopie, dobra robota!”.

Toby nie potrafi tego przyjąć. Instynktownie odpowiada wtedy od razu: „A weź się pierdol!”.

Nie wie, jak przyjmować komplementy. Wytrzymywał bicie, a nie umie wytrzymać, gdy ktoś go pochwali. Nie ma pojęcia, co z tym zrobić. Więc jest, jak jest. Ktoś mówi mu coś dobrego, a on irytuje się i krzyczy: „Fuck you, głupku jeden! To jakieś pierdolenie. Nie kłam, nie jestem taki!”.

– Nie wiem, co to znaczy, jak cię akceptują. Jak nie chcą zrobić ci krzywdy. Można powiedzieć, że ja zbytnio nie nawykłem do dobra.

***

Toby przeżył szkołę, przeszedł przez dwadzieścia domów, do których wysłała go opieka społeczna. Pomocna dłoń państwa cofnęła się, kiedy chłopak skończył szesnaście lat.

Co miał ze sobą zrobić? Gdzie się podziać? W 1987 roku wrócił do Hopedale, gdzie był kiedyś jego rodzinny dom.

Ale wtedy domu już nie było.

Rodzice Toby’ego zmarli w tym samym roku. Czy wybuchła wtedy jakaś epidemia? Czy jedno zmarło, a drugie, jak to często bywa, nie dało rady żyć dłużej samo i odeszło wkrótce potem?

– To żaden tragiczny zbieg okoliczności, żadna magia miłości i przywiązania – mówi mi Toby. – To było ich najstarsze dziecko.

Najstarszy syn, Sonny, Syneczek, wrócił do domu. On także spędził lata w szkole, potem tułał się po świecie. Była w nim jakaś przepaść, jakaś dziura, która pożerała go od środka. Czasem Sonny niby siedział z pozostałymi, niby rozmawiał, ale widać było, że tak naprawdę go nie ma.

Widzieli to, ale jak człowiek chce iść w stronę tańczącej zorzy, to co można zrobić?

Syneczek nigdy z nikim otwarcie nie rozmawiał i nie miał nikogo. Był bardzo zmęczony, wykończony tym zapadaniem się do środka. Toby mówi, że życie brata było jak jego własne, a może nawet gorsze, bo Sonny był starszy i więcej rozumiał.

Oczywiście Sonny bardzo dużo pił. Tego dnia przyszedł, żeby jak zawsze pić razem z mamą i tatą. Pokłócili się nie wiadomo o co i Syneczek wyciągnął pistolet. Najpierw zastrzelił mamę, potem tatę, a na koniec samego siebie.

Wtedy Toby mieszkał w Goose, u zastępczych. Na progu domu pojawił się ksiądz i dwie dalekie ciotki. Chłopak ucieszył się na ich widok, a oni podeszli i od razu powiedzieli: „Słuchaj, Toby, ich już nie ma”.

– I już wiedziałem. Był ósmy marca 1984 roku, miałem dwanaście lat, kiedy umarłem po raz dwudziesty czwarty.

Syn Obedów był nieletni, zgodę na jego przyjazd do Hopedale, na pogrzeb, musieli wydać opiekunowie. Toby usłyszał: „Absolutnie, nigdzie nie jedziesz”.

– Do dziś nie wiem, gdzie leżą kości moich rodziców. Starszyzna z Hopedale wie, ale nie chce mi powiedzieć. Mówią, że tego nie uniosę. Że jak pójdę na grób matki, to przepadnę. Że i przede mną otworzy się ta dziura. Powiadają: połączenie z matką złamie twego ducha, Toby. Mówią, że może kiedyś mi powiedzą, jak już będę gotów. Oczywiście boli mnie to, ale nie mam wyboru. Nauczyłem się, że być posłusznym to jedyny sposób, by utrzymać się przy życiu. Mam czterdzieści siedem lat. Tęsknię za mamą, odkąd miałem cztery.

Jestem cierpliwy. Uważam, że dla mnie to czekanie na mamę musi jeszcze potrwać.

Myślę, że wytrzymam.

Han-na Mar-cus, Hanna Marcus. Powtarzam sobie czasem jej imię przed snem, próbuję sobie wyobrazić jej twarz. Dotykam policzków, nosa. Może mama miała takie same. Hanna Marcus, Han-na Mar-cus. Ale te słowa to tylko ładna melodia, nic za nimi nie ma. Twarz mojej matki jest wielką, czarną pustką.

Rodzie zawsze byli nieosiągalni, toczyli swoje walki, mieli swoje cienie. Z cieniem nie wygra żadne, najśliczniejsze nawet dziecko. Nie miałem szans, by zdobyć miłość mojej mamy.

***

Do Hopedale nie prowadzi żadna droga, asfaltowa czy żwirowa. Czasem pojawia się highway, autostrada. Tak nazywa się tu zamarznięte morze. To droga ucieczki z Wioski Nadziei w świat. Kiedy lód skuwa zatokę, można rozpocząć wędrówkę i na białą taflę wyskakują skutery śnieżne, ski-doo. Tak bywało przez sześć miesięcy każdego roku.

Ale klimat się zmienia i odcina Hopedale od świata. Pojawiła się nowa, długa pora roku – mówią tu na nią: „między lodem a wodą”. To pora chlapy, pękającego lodu i załamujących się kier. Za ciepło, by bezpiecznie jeździć po zamarzniętym morzu. Zresztą skutery coraz częściej się psują. Zahaczają o kamienie, które wystają spod źle ubitego, niezmrożonego śniegu. Trzeba zamówić nowe części, zapłacić za ich transport samolotem. Kogo na to stać?

Zimą samoloty za często tu nie latają, więc skuter czeka na pomoc, a człowiek razem z nim, uziemiony i zdany na łaskę sąsiadów. Ze skuterami jest jeszcze jeden problem – kiedy je projektowano, był inny klimat. Nowe, ekologiczne maszyny miały do chłodzenia silnika wykorzystywać śnieg, po którym pędziły. Ale tu ludzie nie wątpią w globalne ocieplenie, bo sami tego doświadczają: śnieg się zepsuł i jest go coraz mniej. Nowoczesne skutery się grzeją, bo nie są prawidłowo chłodzone i jazda robi się niebezpieczna. Niektórzy wycinają jeszcze bloki śnieżne i montują je w maszynach, ale to topniejąca proteza. Co będzie dalej, lepiej nie myśleć.

Życie w maleńkim Hopedale jest bardzo drogie, a ceny – wielkomiejskie. Zapasy są zazwyczaj dostarczane samolotem z Goose Bay, ale transport lotniczy kosztuje. Latem, kiedy morze topnieje, uruchamia się prom, więc samoloty kursują rzadziej. Kiedy na wiosnę próbuję wybrać się do Toby’ego, z Toronto trudno jest zaplanować podróż. Z dużych kanadyjskich miast da się łatwo dolecieć do Goose, ale potem można tam utknąć na wiele dni. Jeśli pogoda nie pozwala, małe samoloty linii Borealis czy North nie dostają zgody na lądowanie. Nikt nie ryzykuje latania w niepewnych warunkach. Można jeszcze próbować przeprawić się przez zatokę – podróż jest malownicza, ale ryzykowna, bo do końca nie wiadomo, czy autostrada puściła i prom się przeciśnie.

Robi się coraz cieplej, jest koniec maja, więc Toby może jeździć skuterem śnieżnym bez czapki. Z czasem będzie jeszcze więcej słońca i dostawy przez wodę staną się częstsze, choć wcale nie tańsze. Najwięcej kosztuje jedzenie. We wsi jest gospoda, Amaguk Inn. Można się tu przespać i coś zjeść. W ofercie kanapka z indykiem i frytkami – trzynaście dolarów. Pieczony kurczak z ziemniakami i warzywami korzeniowymi przeceniony z dwudziestu na osiemnaście. Dopiero kiedy lód jest stabilny, można próbować przedzierać się na ski-doo, ale podróż trwa osiem godzin w jedną stronę, a bagażnik nie jest wielki.

Hopedale jest wdzięczne do badania – jak w kropli wody wszystko widać tutaj w powiększeniu. Próba badawcza niewielka, trochę ponad pięćset osób. Dzieci rodzi się mało. Częściej niż gdzie indziej ginie się tu z własnej ręki.

Co czeka młodzież z Wioski Nadziei? Przy odrobinie szczęścia – robota w przetwórniach ryb. Można też myśleć o pracy przy wydobyciu uranu, bo ziemie są tutaj dość bogate. Można jeszcze pójść w lokalną politykę, bo Hopedale jest siedzibą parlamentu Nunatsiavut, autonomicznego inuickiego regionu, ale to szansa raptem dla kilkunastu osób.

Można też marzyć o wyjeździe do Goose albo dalej, żeby zobaczyć swoją ojczyznę, która przoduje w rankingach najlepszych krajów świata, a do której na co dzień nie ma jak się przedrzeć.

Toby Obed, który przeżył szkołę w North West River, chciał domknąć figurę. Żeby to zrobić, postanowił wpisać się na nowo w cykl, z którego go wyrwano, gdy patrzył na buty i czerwony mundur konnego policjanta.

Postanowił odnaleźć nieprzejezdną drogę do domu. Ale w Hopedale żadnej nadziei dla niego nie było.

***

Mówi się dziś, że Kanada jest dumna ze swojej wieloetniczności, mozaikowej wielokulturowości. Ale Toby rozumie to inaczej: wtedy powrót do domu, choć znajdował się w tej samej prowincji, to było zderzenie kultur.

Na przykład w domu Obedowie mówili tylko w inuktitut. Potem w szkole gorliwie wybijano z dzieci ten język pasem i batem. Musiały nauczyć się mówić i myśleć po angielsku; zgodnie z oczekiwaniami systemu. Kiedy skończyła się szkoła, pierwszego języka właściwie już nie było.

Po powrocie do domu Toby musiał przypomnieć sobie wyparte słowa. Musiał połączyć się na nowo ze wszystkimi krewnymi duchowo i uczuciowo. Mapy nie było. System nie przewidywał pomocy dla takich straceńców jak dzieci ze szkoły z internatem.

Można powiedzieć, że jeśli ocalejesz, to jest to już wyłącznie twój problem.

Poza tym nie była to tylko podróż duchowa. Kiedy Toby mieszkał z żołnierskimi rodzinami w Goose i okolicach, zobaczył, jak może wyglądać proste, ale wygodne życie. Miał telewizję, bieżącą wodę, prąd, który dawał i światło, i ogrzewanie. Tutaj, w Hopedale, to wszystko było luksusem.

Niby ten sam kraj, ta sama prowincja – a jednak przepaść.

– Jak chciałem kupę, to musiałem szukać plastikowego wiadra, do którego zazwyczaj w sezonie zbiera się miód albo jagody. Ale nie było bieżącej wody i po wszystkim nie miałem co z tym wiadrem zrobić. Wiem, że wy, Polacy, w latach osiemdziesiątych masowo uciekaliście do Kanady w poszukiwaniu lepszych warunków, godności. W tym samym czasie my tu sraliśmy do wiadra i pozwalaliśmy krzywdzić dzieci.

Dlatego wtedy, po powrocie do Hopedale, życie Toby’ego zatrzymało się po raz dwudziesty piąty.

Zaczął pić. Poszło łatwo, bo nie brakowało ani powodów, ani towarzystwa.

– Przez moment myślałem, żeby wrócić do Goose Bay, do cywilizacji. Ale ty jesteś głupi, Toby, powiedziałem sobie po zastanowieniu. Co ty w ogóle pierdolisz? Całe życie jęczałeś, że chcesz do domu. To właśnie jest twój dom, musisz z tym jakoś żyć.

Toby zamieszkał u dalekiego wujka, który miał siedmioro swoich dzieci. Chciał się przydać, łapał dorywcze prace we wsi. Bardzo pragnął poczuć, że gdzieś pasuje – i do kogoś. Próbował przestać się bić, skończyć z piciem, zacząć ufać.

Nie szło.

Patrzył na białą autostradę przykrywającą zatokę i czuł jednocześnie ulgę i przerażenie, podniecenie i lęk. Zadawał pytania, ale znad zamarzniętej zatoki nie przychodziła żadna odpowiedź. Pomagał sobie butelką, spędził z nią kolejnych sześć lat.

Aż przyszedł początek 1993 roku. Umarł wtedy po raz dwudziesty szósty, umarł wtedy naprawdę.

W szpitalu stwierdzili zgon.

***

Tej nocy w Goose Bay było minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Sprawdzam na stronie rządowej agencji monitorującej klimat w Kanadzie. Według danych historycznych najniższa temperatura w Goose w styczniu 1993 roku to minus trzydzieści dwa stopnie.

Skąd różnica? Odpowie ci wiatr, the answer is blowing in the wind.

W Kanadzie gazety drukują prognozę pogody w dwóch kolumnach – w jednej rubryce wartość odnotowywaną przez termometry, a obok tę ważniejszą, na którą wszyscy patrzą. To Wind Chill Index, wskaźnik wiatru, który pokazuje, jaką temperaturę będzie odczuwało ludzkie ciało. Dlatego minus trzydzieści może znaczyć dla człowieka tak naprawdę minus pięćdziesiąt.

W okolicy wspominają, jak kilka lat temu parę kroków od domu znaleziono zlodowaciałe ciało kobiety. Wykluczono działanie osób trzecich. Nie był to zawał ani udar. Szukano we krwi śladów alkoholu, ale kobieta była trzeźwa. Nie przejechał jej samochód, nie poślizgnęła się na lodzie i nie umarła od zatoru płucnego po złamaniu nogi.

Po prostu nie była zbyt dobrze ubrana, nie była szczelnie zapięta. Przechodziła przez jezdnię z jednego budynku do drugiego. Ile to, minuta, może dwie? Tyle wystarczyło, żeby zamarzła.

Jak mówi Toby, to była najgorsza z zim, jaką człowiekowi może zesłać Bóg. Wszechogarniająca, przenikająca, potworna.

– Najgorszy był wiatr. Starasz się iść szybko, żeby nie zlodowacieć, a wtedy łapczywie chwytasz powietrze. Wpada ci do płuc, pęcherzyki nie wytrzymują i pękają. Płuca zalewa krew, topisz się we własnych sokach. To jakby dobry Bóg chciał cię wykończyć swym miłosiernym oddechem pędzonym w ciebie prosto z kosmosu.

***

Toby pomieszkiwał wtedy w Happy Valley-Goose Bay. Spał na kanapie u kuzyna, który pozwolił mu trochę u siebie pobyć, odpocząć od dzwoniącej ciszy Hopedale. Był wieczór, osiemnasta trzydzieści. Pili we dwóch, a kiedy przyszedł kolega, ruszyli do baru. Zaroiło się od znajomych. W pewnej chwili usłyszeli: „Już wam więcej nie poleję, ledwie trzymacie się na nogach”.

– Powiedziałem tej kurwie za barem, że ja akurat mam życzenie się jeszcze napić i że się jeszcze napiję. Wściekłem się. Wziąłem z jakiegoś stolika butelkę, trzasnąłem drzwiami. Zszedłem po kilku stopniach przed bar, stanąłem na parkingu. Padał śnieg. Pamiętam, piłem duszkiem. Miałem na sobie cienką kurtkę. Pamiętam jeszcze, jak wyszedłem z parkingu w ciemność. I więcej już nic.

Minus trzydzieści czy minus pięćdziesiąt – ciało Toby’ego, ocaleńca ze szkoły Yale w North West River, leżało w śniegu i robiło to, do czego nawykło. Ze wszystkich sił walczyło, by zostać przy życiu.

***

Rano Toby’ego Obeda znalazła policja konna, ta sama, która przed osiemnastoma laty zabrała go z domu. Myśleli, że nie żyje. Kto się zorientował, że to może jeszcze nie koniec, nie wiadomo.

Zabrali go śmigłowcem do szpitala ponad tysiąc pięćset kilometrów na południe od zaśnieżonego parkingu, do miejsca, które mogło dać cień szansy na ratunek. Lekarze ze szpitala w St. John’s, stolicy Nowej Fundlandii i Labradoru, nie mieli złudzeń: wątroba i nerki Toby’ego były zamrożone. Obrażenia tkanek były nieodwracalne, musieli amputować obie stopy, lewą rękę poniżej łokcia i palce prawej dłoni. Ale mózg się nie poddawał.

Żeby spróbować ocalić Toby’ego, lekarze na dwa miesiące wprowadzili go w śpiączkę farmakologiczną. Aż przyszedł dzień, w którym Toby otworzył oczy i zrozumiał, że obok łóżka nie postawi już swoich butów.

– Co jest, kurwa, pytałem doktorów. Oddajcie mi moje nogi, dlaczego ja już nie mam nóg? Nie przyjmowałem żadnych wyjaśnień. Poprosiłem, żeby mnie znów uśpili. Tłumaczyli mi, że to cud, że żyję. Mój organizm się wyłączył jak system komputerowy. Wygasił się sam. W szpitalu stwierdzili zgon. Tak mi przynajmniej opowiedziano. Tak ja to przynajmniej opowiadam.

Toby wspomina, że mieli go chować, ale w kostnicy otworzył nagle oczy i zaczęła się reanimacja.

Bardziej prawdopodobne jest, że to jakiś policjant konny uparł się, żeby złapać za rękę chłopaka, który wymykał się do śmierci.

– Walczyli przez dwanaście godzin, żeby przywrócić krążenie, tyle zrozumiałem. Kiedy mnie ratowali, zakładali, że nawet jeśli się wybudzę, to będę jak kłoda, nigdy się nie podniosę. Ocalili mnie, znów ktoś zdecydował w moim imieniu. Nie miałem wyboru, musiałem żyć. Byłem wtedy dorosłym mężczyzną w wieku niemowlęcym. Na nowo uczyłem się jeść, ubierać, poruszać się. Najpierw czołgałem się po podłodze w szpitalu na jednej ręce. Potem dali mi wózek, ale uparłem się, że będzie tak, jak chcę. Że pierwszy raz w życiu będzie tak, jak ja sobie, kurwa, tego życzę. Z czasem chodziłem o kulach, a raczej upadałem i podnosili mnie z podłogi. Czepiałem się ścian, barierek i poręczy. Potem dali mi chodzik, a teraz patrz. Nie potrzebuję niczego. Mam swoje protezki, mogę na nich pomykać, dokąd tylko zechcę.

Kiedy jesteś niemowlęciem, wszyscy klaszczą i cieszą się z twoich sukcesów. Każdy upadek leczy się całusem kochającej matki, tak przynajmniej wyobraża to sobie Toby. Tutaj, w szpitalu dla okaleczonych przez wojny, wypadki i mróz, Toby stał sam, dorosły i bez nikogo. Trząsł się jak w delirium. Rehabilitanci uspokajali, że napięcie mięśniowe, że mięśnie się muszą przystosować, że to normalny proces. Ale on wiedział, że to nie mięśnie, tylko strach. Trząsł się ze strachu, czy przeżyje i na jakich zasadach.

Holowanie ku życiu trwało wiele miesięcy – był koniec lata, kiedy Toby opuścił oddział. Potem wracał z przepustek, żeby kontynuować rehabilitację. Uczył się ufać, opierać na chodziku, manewrować wózkiem. Do dyspozycji miał prawą rękę z kilkoma odjętymi palcami.

Był jeszcze brzuch. Dializy trwały rok, ale w końcu nerki ruszyły i podjęły pracę. Lekarze mówili, że po tym wszystkim musi być ostrożny, nie może pić alkoholu, ale Toby nie był w stanie się z nimi zgodzić.

Próbował terapii, by pozbierać się po szkole, rodzinach zastępczych i po amputacji. Nic nie pomagało – tylko butelka.

– Przestanę pić, dopiero jak zechcę. Na razie jeszcze nie mam takiego życzenia.

***

Z czasem lekarze zdecydowali się opowiedzieć o Tobym, dziecku szczęścia, cudzie medycyny. Toby stał się sławny. Do szpitala w St. John’s przyleciały ekipy telewizyjne, by nakręcić materiały o człowieku z lodu. Inuku, który wstał z martwych. Feniksie, siłaczu, bohaterze.

Wtedy, w 1993 roku, Kanada usłyszała o Tobym po raz pierwszy – ale jeszcze go nie doceniła.

W 2008 roku premier rządu federalnego Stephen Harper publicznie powie ocaleńcom ze szkół z internatem: „Przepraszam”. Ale przeprosiny nie będą dotyczyć wszystkich – zostaną z nich wykluczone dzieci z Labradoru i Nowej Fundlandii.

Wtedy serce Toby’ego Obeda zatrzyma się, dwudziesty siódmy raz.