25 polskich wynalazców i odkrywców, którzy zmienili świat - Andrzej Fedorowicz, Irena Fedorowicz - ebook
Opis

Każdy człowiek ma indywidualną, niezmienną przez całe życie grupę krwi, którą dziedziczy po przodkach – do takiego wniosku doszedł Ludwik Hirszfeld, analizując badania nad krwinkami psów. To przełomowe odkrycie uratowało życie milionom ludzi, pozwalając na bezpieczne przetaczanie krwi.
Jako mała dziewczynka projektowała ubranka dla lalek. Stefania Chwałek, znana lepiej na świecie jako Stephanie Kwolek, wynalazła kevlar, materiał wykorzystywany do produkcji hełmów, nart, rakiet tenisowych, masztów i jachtów.
Dziś nie wyobrażamy sobie bez niego pracy biurowej. Mało kto jednak wie, że spinacz wymyślił pianista i kompozytor Józef Hofmann, zainspirowany kształtem… klucza wiolinowego. Wśród jego setki opatentowanych pomysłów znalazły się też wycieraczki samochodowe.
Początki telemedycyny datuje się na początek XX wieku, kiedy udało się zarejestrować pierwszy fonokardiogram nienarodzonego dziecka. Patrycja Wizińska-Socha zbudowała urządzenie zdalnie monitorujące czynności serca dziecka. Jej wynalazek został nazwany Pregnabitem, uzyskał certyfikat jakości i został dopuszczony do sprzedaży w Europie.
W 25 porywających opowieściach Andrzej Fedorowicz prezentuje geniusz, upór i pracowitość niezwykłych przedstawicieli i przedstawicielek inżynierii, medycyny, budownictwa i chemii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


OkładkaMarta Górska

Redakcja i korektaMartyna Posłuszna

Dyrektor projektów wydawniczychMaciej Marchewicz

Skład, łamanieTekst Projekt

ISBN 978-83-8079-153-4

Copyright © Andrzej Fedorowicz i Irena FedorowiczCopyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2017

WydawcaFronda PL, Sp. z o.o.ul. Łopuszańska 3202-220 WarszawaTel. 22 836 54 44, 877 37 35Faks 22 877 37 34

e-mail:kontakt@wydawnictwofronda.plwww.wydawnictwofronda.plwww.facebook.com/FrondaWydawnictwowww.twitter.com/Wyd_Fronda

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

WSTĘP

Nasza książka nie opowiada o wynalazkach i eksperymentach naukowych. To historie o wyjątkowych Polakach, którzy – wbrew wszystkiemu i wszystkim – postanowili przełamać zastane schematy myślenia i zmienić świat. Cel, który sobie wyznaczyli, był o wiele trudniejszy do realizacji, niż w przypadku wynalazców i odkrywców innych narodowości. Życie ludzi trwale zmieniających naszą cywilizację nigdy nie było łatwe, ale w przypadku Polaków skalę trudności trzeba podnieść co najmniej do potęgi drugiej.

Wielu naszych bohaterów działało w czasach, gdy polskie ziemie były wyjątkowo zacofane: bez przemysłu, uczelni, tradycji badań naukowych, know-how i politycznego wsparcia, o pieniądzach na wynalazki nie wspominając. Taki jest już urok bycia polskim wynalazcą lub odkrywcą, że zawsze ma on pod górkę. Praca naszych bohaterów nie była spacerkiem intelektualisty. Była walką gladiatorów.

Wygrywali najlepsi i najsilniejsi. O nich właśnie jest ta książka. Oprócz 25 ukazanych w tej książce Polaków setki rodaków długi czas brało udział w światowym wyścigu naukowców i wynalazców, nadawało mu tempo, a bywało, że przez pewien czas nawet prowadziło stawce. Zdarzyło się, że na ostatnich metrach ktoś ich wyprzedził. Z różnych powodów. Kto wie – może gdyby nie nieuleczalna choroba Jana Szczepanika, to właśnie jego technologia nagrywania kolorowych filmów zdominowałaby kina XX wieku, a nie amerykański Technicolor? Albo gdyby Mieczysław Wolfke był mniej wszechstronnym naukowcem, znalazłby czas nie tylko na stworzenie teoretycznych podstaw holografii, ale doprowadziłby do jej wdrożenia w życie? I to on zostałby laureatem Nagrody Nobla za wynalezienie telektroskopu?

Biografie takich ludzi, chociaż z żalem, pominęliśmy. Byliby świetnym materiałem na kolejną książkę. W niniejszej publikacji skupiliśmy się na zwycięzcach, dwudziestu pięciu gladiatorach i gladiatorkach, którzy swoimi wynalazkami i odkryciami trwale zmienili cywilizację i życie ludzi na naszej planecie. Co nimi kierowało? Co ich napędzało? Jak pokonywali przeszkody? Czy wiedzieli, jakie znaczenie będą miały ich dzieła? Na te pytania szukaliśmy odpowiedzi, analizując fascynujące biografie Polaków, historie ich odkryć i wynalazków.

Równie interesujące było ponowne odkrywanie świata, który istniał w ich czasach. Zupełnie innego niż ten, który dziś znamy. Świata, w którym lekarze diagnozowali choroby „na oko”, ludzie cierpieli na dolegliwości deformujące ich ciała i nikt nie wiedział, dlaczego. Samoloty nie potrafiły latać z dużymi prędkościami bez narażenia się na katastrofę, nie istniała żadna ochrona przed kulami zamachowców i skrytymi w ziemi minami. Czołgi były jeszcze tylko ślepymi „bunkrami na kółkach”, ropę naftową traktowano jako darmowy i mało przydatny „olej ziemny”, przetaczanie krwi uznawano za śmiertelnie niebezpieczne, a filmy mogły być jedynie pozowanymi – jak w teatrze – przedstawieniami.

Ten stan zmienili Polacy. Odkrycia Kopernika czy Marii Skłodowskiej-Curie, wywracały do góry nogami współczesny im światopogląd. Wynalazki innych naszych krajanów wpływały na jedną dziedzinę życia, ale zmieniały ją trwale i na zawsze. Bez tych 25 Polaków świat nie byłby taki, jaki znamy dzisiaj.

Zdarzały się w historii Polski momenty, w których odkrywców i wynalazców pojawiało się szczególnie wielu. Tak było na przełomie XIX i XX wieku. Chociaż Polska znajdowała się pod zaborami, to właśnie wtedy Polacy stali się czołowymi postaciami w inżynierii i organizacji pracy i to pomimo faktu, że na ziemiach polskich nie było w tych czasach ani jednej technicznej uczelni, jednocześnie demonstrując narodową dumę i ambicję. W okresie międzywojennym wykształceni już w odrodzonej Polsce inżynierowie i naukowcy, w ciągu zaledwie kilkunastu lat, od zera, stworzyli polski przemysł lotniczy i wznieśli go na poziom światowy. Najprawdopodobniej gdyby nie wojenna katastrofa, to Rzeczpospolita a nie inne kraje, stałaby się liderem w przemyśle lotniczym, budowie pojazdów terenowych czy telefonów bezprzewodowych.

Z talentów naszych rodaków korzystała cała cywilizacja. Polak, Mieczysław Bekker, skonstruował pierwszy pojazd poruszający się w terenie pozaziemskim. Henryk Magnuski stał się pionierem łączności mobilnej. Jerzy Dąbrowski swój talent konstruktora bombowca „Łoś” wykorzystał do zaprojektowania kabin pierwszych promów kosmicznych.

Wiedza o tych osiągnięciach z trudem przebija się do publicznej wiadomości. A przecież Polska ma długą i bogatą historię genialnych odkryć i wynalazków, które trwale zmieniły świat. Mamy się do czego odwoływać i na czym oprzeć. Dziś młodzi ludzie, szukający pomysłów na innowacyjne technologie, praktycznie w każdej dziedzinie nauki i techniki mogą znaleźć polskiego patrona. I tak jak dawniej, wnieść się na światowe wyżyny. Niech ta książka będzie hołdem dla tych, którzy przetarli szlak i inspiracją dla tych, którzy są gotowi pójść nim dalej.

JÓZEF KOSACKI(1909–1990)Wykrywacz min

Niepozorne urządzenie uratowało życie tysięcy żołnierzy i cywilów. Zmienił sposób prowadzenia wojen. Wynalazek porucznika Kosackiego ze względu na jego osobiste bezpieczeństwo długo pozostawał dziełem anonimowego twórcy. Wykrywacz min powstał dzięki wiedzy i talentowi polskiego inżyniera-elektronika oraz tragicznemu wydarzeniu, które zmotywowało go do działania.

Początek 1941 roku. Kontynentalna Europa uległa już Hitlerowi, walczy jedynie Wielka Brytania. Na jej terytorium stacjonują ewakuowani z Francji polscy żołnierze z I Korpusu. W okolicach Carnoustie, pomiędzy miastami Dundee i Arbroath, został ulokowany 14 Pułk Ułanów. To żołnierze, którzy w czasie kampanii wrześniowej dzielnie walczyli pod dowództwem pułkownika Maczka, a później przeszli szlak bojowy we Francji. Teraz zabezpieczają kilkudziesięciokilometrowy odcinek wschodniego wybrzeża Szkocji.

Wielka Brytania żyje w strachu przez spodziewaną inwazją. Szerokie plaże wokół Carnoustie to w czasie odpływu doskonałe miejsce do lądowania dla wrogich wojsk. W minionych wiekach najeźdźcy wielokrotnie rozpoczynali podbój właśnie tutaj. Polscy saperzy mają więc mnóstwo roboty przy zabezpieczaniu plaż. Oprócz wielkich betonowych bloków ustawianych nad brzegiem morza zakopują też w piachu tysiące min przeciwpancernych.

Wykrywacz min model Mark Iw użyciu podczas podczas bitwy o Caen – 19 czerwca 1944 roku.Zdjęcie: sierżant Gordon Midgley

Według zapewnień producenta nie są one niebezpieczne dla ludzi – sprężyny uruchamiające zapalniki min są na tyle twarde, że powinny zadziałać dopiero pod naciskiem ciężkiego sprzętu. Niebawem jednak okazuje się, że to tylko teoria. Sprężyny szybko tracą swoje właściwości, czemu sprzyja wilgoć i sól z pobliskiego morza. Dochodzi do pierwszych wypadków. Ofiarami są początkowo Szkoci, którzy wchodzą na plaże szukać piłeczek golfowych, a Carnoustie słynie z pięknych pól do gry w golfa. Są tam doskonałe warunki do uprawiania tego sportu. Wkrótce dojdzie do dramatu, który wstrząśnie polskimi żołnierzami w Szkocji.

W nocy z 2 na 3 kwietnia 1941 roku 32-letni rotmistrz Stanisław Górski prowadzi ćwiczenia swojej kompanii. Żołnierze zaliczają forsowne marsze przedzielone krótkimi chwilami odpoczynku, zwiadowcy i kurierzy krążą między dowódcą a wyznaczonymi przez niego punktami. Po północy wszyscy słaniają się już na nogach, jednak słynący z żelaznej dyscypliny rotmistrz nie przerywa ćwiczeń. Idąc na czele plutonu z adiutantem – 27-letnim kapralem Stanisławem Stasiakiem, postanawia skrócić drogę przez plażę.

Wtedy następuje wybuch. Eksplozja zawierającej 8 kilogramów materiału wybuchowego miny dosłownie rozrywa na strzępy rotmistrza Górskiego, jego żołnierze znajdą tylko hełm i fragmenty zakrwawionego munduru. Kapral Stasiak jest ciężko ranny w obie nogi. Kolegom uda się go wynieść z pola minowego, ale umrze jeszcze tej samej nocy. Dwa dni później rotmistrz Górski i kapral Stasiak zostają uroczyście pochowani na cmentarzu Shanwell w Carnoustie.

Wiadomość o tragedii roznosi się wśród polskich żołnierzy w Szkocji. Dociera też do porucznika Józefa Kosackiego, rówieśnika zabitego rotmistrza. Kosacki przebywa w tym czasie w odległym o 40 kilometrów uniwersyteckim miasteczku St Andrews, gdzie służy w Centrum Wyszkolenia Łączności. Jest inżynierem-elektrykiem i specjalistą od telekomunikacji, ale osiem lat wcześniej przeszedł kilkumiesięczny kurs w Szkole Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. Ma więc pojęcie o minach, które począwszy od pierwszej wojny światowej stają się coraz groźniejszą bronią. Niestety, także dla żołnierzy własnej armii.

Pierwsze „profesjonalne” miny reagujące na nacisk pojawiły się już w czasie wojny secesyjnej w USA w 1862 roku. W maju tamtego roku miał miejsce pierwszy śmiertelny wypadek, gdy pędzący koń wpadł niedaleko Yorktown na minę i zginął na miejscu razem z jeźdźcem. W kolejnych latach liczba ofiar zaczęła iść w setki, a później w tysiące. Miny stosowane były w latach 80. XIX wieku przez brytyjskie wojska w Afryce i w czasie wojny rosyjsko-japońskiej w latach 1904–1905. Na masową skalę zaczęła używać ich niemiecka armia pod koniec I wojny światowej.

Powodem było wprowadzenie czołgów na pole walki. Niemcy nie dysponowali żadną skuteczną bronią przeciwko coraz doskonalszym brytyjskim i francuskim maszynom. Początkowo minowano pola w spodziewanych miejscach pancernych ataków za pomocą zakopywanych na sztorc pocisków artyleryjskich. Metoda nie okazała się skuteczna. Szybko rozpoczęto więc produkcję specjalnych min przeciwczołgowych.

Tropem tym poszły wkrótce inne armie. Produkcja min – broni typowo defensywnej – była tania, a możliwość ich wykrycia niewielka. Podstawową metodą poszukiwania zamaskowanych min było nakłuwanie gruntu za pomocą cienkich metalowych prętów. Czterej saperzy, klęcząc obok siebie, nakłuwało skośnie grunt co 15–20 cm i posuwało powoli do przodu. Dwaj klęczący po brzegach ciągnęli białe taśmy wyznaczając bezpieczną drogę. Kiedy jeden z saperów znajdował minę, powoli ją rozbrajał, a pozostali wycofywali się na bezpieczną odległość. Pracując w taki sposób w ciągu godziny można było oczyścić przejście dwumetrowej szerokości o głębokości zaledwie kilkudziesięciu metrów.

Wkrótce pojawił się inny sposób, zwany przez Brytyjczyków „Bangalore torpedo”. Zaczęto używać wypełnioną materiałem wybuchowym stalową rurę, którą wsuwano na pole minowe i odpalano ładunek. Wybuch „torpedy” powodował detonację ukrytych w ziemi min. Metodą tą można było już oczyścić w ciągu godziny przejście o długości nawet 200 metrów, jednak miała ona poważne wady. Po pierwsze – metoda wybuchowa nie nadawała się do zastosowania w przypadku ataku planowanego z zaskoczenia. Po drugie – „Bangalore torpedo” słabo sprawdzały się na terenie górzystym, kamienistym czy miejskim, gdzie zresztą metoda nakłuwania też była mało skuteczna.

Metoda mechaniczna i wybuchowa okazały się mało efektywne, po rozwiązanie problemu trzeba sięgnąć do nowej dziedziny wiedzy – elektroniki. Na niej Józef Kosacki znał się doskonale. Absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej, już jako 25-latek rozpoczął pracę w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym na stanowisku Kierownika Wzmacniaków Telefonicznych. Pracował tam przez pięć lat, aż do wybuchu wojny.

Na początku września 1939 roku zgłosił się jako ochotnik do wojska i otrzymał przydział do grupy technicznej przy Oddziale Specjalnym Łączności. Jego priorytetowym zadaniem było zapewnienie działania radiostacji Polskiego Radia – wówczas najważniejszego kanału komunikacji między administracją a ludnością walczącego państwa. Po zniszczeniu nadajników Pierwszego Programu Polskiego Radia w Raszynie i uruchomieniu przez Niemców fałszywej radiostacji podszywającej się pod ten program, ciężar informowania o przebiegu działań wojennych musiała wziąć na siebie rozrywkowa dotąd stacja Warszawa II. Jej nadajnik znajdował się na terenie silnie ostrzeliwanego Fortu Mokotowskiego. To właśnie zapewnienie nieprzerwanego działania radiostacji było zadaniem Józefa Kosackiego i jego kolegów z oddziału. Warszawa II jako jedyna polska rozgłośnia nadawała do końca września.

Po ewakuacji z Warszawy Józef Kosacki przedostał się na Węgry, gdzie został internowany. W grudniu 1939 roku uciekł z obozu używając fałszywego paszportu na nazwisko „Lewandowski”. Dzięki pomocy konsulatu RP w Budapeszcie przedostał się do Włoch, a następnie Francji, skąd trafił do Szkocji. W Centrum Wyszkolenia Łączności nikt nie wymagał od niego, by zajął się wymyśleniem wykrywacza min. Porucznik sam – w tajemnicy przed przełożonymi – postanowił rozpocząć prace nad wynalazkiem. Chciał po prostu pomóc stacjonującym w pobliskim Carnoustie polskim żołnierzom i zapobiec w przyszłości tak tragicznym zdarzeniom, jak śmierć rotmistrza Górskiego i kaprala Stasiaka.

Zadanie, które wziął na swoje barki było proste i trudne zarazem. Proste, ponieważ inżynier Kosacki doskonale znał zjawisko zakłócenia pola magnetycznego przez przedmioty. Konstruując przed wojną wzmacniacze telefoniczne niejednokrotnie obserwował, jak generowany przez nie sygnał zmieniał częstotliwość, gdy wynalazca miał przy sobie metalową papierośnicę. Nie było to zresztą nic nowego – oparte na tej zasadzie wykrywacze metalu próbowano konstruować już pod koniec XIX wieku.

W 1874 roku paryski inżynier Gustave Trouve wynalazł urządzenie do wykrywania pocisków w ludzkim ciele. Siedem lat później, Alexander Graham Bell za pomocą podobnego gadżetu próbował zlokalizować kulę, którą trafiony został prezydent James Garfield. Nie udało się, ponieważ generowany przez wykrywacz sygnał był zakłócany przez… metalowe sprężyny łóżka, na którym leżał ranny prezydent. Również po I wojnie światowej we Francji skonstruowanych zostało kilka urządzeń do wykrywania niewypałów, których na dawnych terenach bitew pozostały w ziemi miliony. Urządzenia te miały jednak wiele wad – były ciężkie, trudne w obsłudze i błyskawicznie rozładowywały niezbędne do ich zasilania baterie.

I to była właśnie najtrudniejsza część pracy nad wynalazkiem. Kosacki musiał skonstruować urządzenie na tyle proste, by do jego obsługi można było łatwo przeszkolić niemającego pojęcia o elektronice sapera, a do tego stosunkowo lekkie i na tyle oszczędne, aby zasilające je baterie mogły wystarczyć na kilka godzin pracy. A przede wszystkim – niezwykle precyzyjne, gdyż od skuteczności jego działania zależeć miało życie wielu ludzi.

Józef Kosacki nie był pierwszym Polakiem, który podjął się tego zadania. Przed wybuchem wojny zlecenie na opracowanie podobnego urządzenia otrzymał kapitan Tadeusz Lisicki z Biura Badań Technicznych Wojsk Łączności. Wykrywacz ten miał służyć m.in. do wyszukiwania niewybuchów na poligonach. Powstał prototyp, a produkcję sprzętu miała rozpocząć współpracująca z wojskiem słynna warszawska Wytwórnia Radiotechniczna AVA – ta sama, w której skonstruowano pierwszą kopię niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma oraz urządzenia do jej dekryptażu. Prace przerwała wojna. Po klęsce wrześniowej kapitanowi Lisickiemu nie udało się przedostać na Zachód. Porucznik Kosacki musiał więc rozpoczynać od zera.

Na szczęście znalazł zdolnego pomocnika – był nim plutonowy Andrzej Garboś, technik i „złota rączka” w Centrum Wyszkolenia Łączności w St Andrews. Razem przystąpili do pracy nie wiedząc jeszcze, że nad podobnym wynalazkiem pracuje już sześciu brytyjskich konstruktorów. Mimo to narzucili sobie imponujące tempo – pierwszy prototyp urządzenia powstał w ciągu zaledwie trzech miesięcy. Mało który wynalazek ujrzał światło dzienne w tak krótkim czasie i to od razu w gotowej do użycia formie.

Na początek konstruktorzy musieli znaleźć sposób, by z wykrywacza można było korzystać w różnych pozycjach ciała – stojącej, klęczącej, a nawet leżącej. Wiadomo, saperzy są narażeni – może nawet bardziej niż inni żołnierze – na ostrzał przez wrogich snajperów. Dlatego część wykrywacza, która miała znajdować się w rękach, musiała być maksymalnie lekka, tak, by można ją było bez wysiłku trzymać przed sobą nawet czołgając się. Pomysł podsunęły… wędki i odkurzacze.

Porucznik Kosacki postanowił skonstruować coś, co przypominałoby skrzyżowanie tych dwóch urządzeń. Na końcu bambusowego, lekkiego kija o długości 2 metrów osadził grubą na 2 centymetry końcówkę wykrywającą w kształcie elipsy. Był to talerz o wymiarach 25 na 42 cm składający się z dwóch warstw ebonitu czyli tzw. twardej gumy, wytwarzanej w wyniku wulkanizacji kauczuku. W talerzu znajdowały się dwie cewki elektryczne, umieszczone jedna nad drugą. Wychodzące od każdej z nich kable biegły wewnątrz wydrążonego bambusowego kija. Nad talerzem znajdowała się niewielka skrzynka regulacyjna, służąca do nastrojenia wykrywacza. Ta część konstrukcji ważyła nie więcej niż 4 kilogramy.

Najcięższa część urządzenia – generator fal akustycznych i baterie, znajdować miały się w metalowej skrzynce umieszczonej w brezentowym plecaku o wymiarach 32 x 20 x 13 cm. Skrzynka wyposażona była w lampkę sygnalizującą włączenie zasilania i pokrętło do regulacji wzmacniacza. Ostatnim elementem wykrywacza były słuchawki. Kable biegnące od cewek przyłączone były do generatora fal, słuchawek i baterii. O wykryciu miny lub innego metalowego przedmiotu sapera miał informować sygnał akustyczny. Cały wykrywacz ważył zaledwie 14 kilogramów, z łatwością mógł być więc obsługiwany przez jednego żołnierza.

Zasada jego działania jest prosta – cewki wytwarzają pole elektromagnetyczne, które przenika przez przeszukiwany grunt. Wszystkie obiekty metalowe w zasięgu tego pola ulegają wzbudzeniu i wytwarzają własne pole. Cewki odbierają te „obce” fale elektromagnetyczne jako zakłócenie i przekazują je kablem do generatora fal, który zamienia je na sygnał akustyczny. W słuchawkach pojawia się wtedy dźwięk alarmu, informującego o wykryciu metalowego obiektu. Aby urządzenie pracowało właściwie, za pomocą skrzynki regulacyjnej i śrub należało nastroić obie cewki na tzw. punkt ciszy czyli stan, w którym ich wzajemna indukcyjność jest zbliżona do zera, a pole elektromagnetyczne znajduje się w równowadze.

Najtrudniejsze, jak zwykle, okazało się stworzenie dla nowego urządzenia prostej instrukcji obsługi. Nawet dziś zasada działania wykrywacza min brzmi dla technicznego laika dość tajemniczo. Ale spróbujmy sobie wyobrazić urodzonego na początku XX wieku żołnierza, który przez całe życie nie obsługiwał żadnego urządzenia elektrycznego skomplikowanego bardziej niż włącznik do światła. Z tym wyzwaniem polski inżynier również poradził sobie doskonale.

Gdy we wrześniu 1941 roku brytyjskie Ministerstwo Zaopatrzenia odpowiedzialne za sprzęt dla wojska ogłosiło konkurs na opracowanie wykrywacza min, konstrukcja porucznika Kosackiego i plutonowego Garbosia była już gotowa. I – jak się wkrótce okazało – nie miała sobie równych. Zadanie polegało na znalezieniu kilkudziesięciu monet, rozsypanych na trawniku Centrum Wyszkolenia Saperów w angielskim Ripon. Rozstrzygnięcie, które nastąpiło pod koniec jesieni było bezlitosne dla licznej brytyjskiej konkurencji. Tylko Kosacki znalazł je wszystkie i to najlepszym czasie. Decyzja ministerstwa była błyskawiczna – już pod koniec roku wynalazek oznaczony jako „Detector Mine (Polish) Amplifier” czyli „polski wykrywacz min ze wzmacniaczem” został skierowany do masowej produkcji, a polski inżynier do jej nadzoru.

Pierwsze egzemplarze wykrywacza min trafiły do polskich saperów w Szkocji pod koniec lutego 1942 roku. Ze względu na konstrukcję urządzenia nazwano je „odkurzaczami”. 5 marca na plaży w Carnoustie został przeprowadzony test, początkowo „na sucho”, polegający na wykrywaniu min bez zapalników. W miarę jak saperzy nabierali wprawy, zaczęli się też zabierać za wyszukiwanie uzbrojonych ładunków. Tempo pracy z nowym urządzeniem było imponujące – pozwalało na oczyszczenie pasa drogi dla czołgów od dwóch do czterech razy szybciej, niż dotychczasowe metody i do tego przy wykorzystaniu o wiele mniejszej liczby żołnierzy.

W tym czasie z afrykańskiego frontu dotarły już do Wielkiej Brytanii informacje o nowych pomysłach niemieckich saperów. Zaczęli oni zakładać wokół pól minowych z dużymi ładunkami przeciw czołgom także małe, trudne do wykrycia miny przeciwpiechotne. Ich celem było początkowo spowodowanie strat wśród brytyjskich saperów. Zdarzało się bowiem, że po usunięciu min przeciwczołgowych wykorzystywano je powtórnie przeciw Niemcom. Miny przeciwpiechotne miały więc stanowić ubezpieczenie ciężkich min przeciwczołgowych, szybko jednak okazało się, że doskonale nadają się też do samodzielnego stosowania w celu spowolnienia ataku nieprzyjacielskiej piechoty. Straty brytyjskich wojsk w Afryce rosły – wynalazek porucznika Kosackiego pojawił się więc w doskonałym momencie.

Pierwszy duży test bojowy polski wykrywacz min miał w czasie drugiej bitwy pod El-Alamein na przełomie października i listopada 1942 roku. I natychmiast przyczynił się do pierwszego w tej wojnie brytyjskiego zwycięstwa. Planując operację „Lightfoot” – atak na siły pancerne Afrika Korps generała Rommla – generał Bernard Montgomery zamierzał utworzyć dwa korytarze przez pola minowe nieprzyjaciela. A były one potężne – spodziewający się ataku Niemcy i Włosi zakopali w pasie o szerokości 10 kilometrów aż 451 tysięcy różnego rodzaju min.

Tworząc plany ataku Montgomery od początku brał pod uwagę użycie polskich wykrywaczy min, bez których cała operacja nie miałaby szans powodzenia. Miał co prawda do dyspozycji czołgi z przeciwminowymi walcami, jednak ich użycie zdradziłoby jego plany. Tymczasem dziewięciu wyposażonych w wynalazek Kosackiego saperów było w stanie po cichu oczyścić przejście dla dwóch czołgów na głębokość 400 metrów w ciągu zaledwie godziny. A Montgomery dysponował pół tysiącem „polskich wykrywaczy” i wyszkolonych saperów.

W ciągu całej wojny wyprodukowano ich kilkaset tysięcy, a może nawet ponad milion. Ile – nikt dokładnie nie wie. Kierując się względami zarówno wojskowymi, jak i politycznymi, premier Winston Churchill postanowił nieodpłatnie przekazać dane o konstrukcji polskiego wykrywacza min zarówno Amerykanom, jak i Rosjanom, którzy nie mieli żadnych tego typu urządzeń. Miał to być brytyjski wkład w zwycięstwo, ale także forma spłaty wojskowej pomocy, udzielanej Wielkiej Brytanii przez Stany Zjednoczone. W ciągu kolejnych lat wojny konstrukcja Kosackiego stała się obowiązkowym wyposażeniem jednostek saperskich wszystkich alianckich armii, dając im przewagę nad przeciwnikami z państw Osi.

A jak potoczyły się losy samego wynalazcy? Józef Kosacki do końca wojny pracował w Wielkiej Brytanii, w Wojskowej Wytwórni Łączności w Londynie jako konstruktor sprzętu i kierownik kontroli. Ponieważ miał w okupowanej Polsce rodzinę, jego prawdziwe nazwisko zostało utajnione w obawie przed niemieckimi represjami, które mogły spotkać bliskich i znajomych wynalazcy. Dlatego nawet w powojennych pracach naukowych Józef Kosacki pojawiał się jako Kos, Kozacki lub Kozak. Pod zmienionym nazwiskiem „Adam Galb” występował również jego pomocnik Andrzej Garboś. Po wojnie Kosacki pracował w dziale badawczym brytyjskiej poczty, projektując systemy telekomunikacyjne.

Afryka Północna w 1944 roku i brytyjscy saperzy.Konstrukcja Józefa Kosackiego była tak dobra, że w unowocześnionej wersji armia brytyjska używała jej jeszcze do… 1995 roku.

Zapewne pozostałby w Wielkiej Brytanii, gdyby nie inny wielki polski elektronik, profesor Janusz Groszkowski. To właśnie on w czasie wojny rozpracował dla brytyjskiego wywiadu system radiowy, kierujący pociskami V-2, z których jeden zdobyła i wysłała do Londynu Armia Krajowa. Groszkowski opracował też na potrzeby łączności AK proste nadajniki stabilizowane kwarcem. W 1948 roku został członkiem zespołu powołanego przy ministrze obrony narodowej w celu rozpoczęcia budowy… pierwszego polskiego komputera.

Józef Kosacki wrócił do kraju w kwietniu 1947 roku. Rozpoczął pracę tam, gdzie ją skończył – w Państwowym Instytucie Telekomunikacji na tym samym stanowisku Kierownika Działu Wzmacniaków. Po 1956 roku rozwinęła się jego kariera naukowa – został profesorem Wojskowej Akademii Technicznej. Jednocześnie pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku pod Warszawą, gdzie projektował skomplikowane – i pracujące do dnia dzisiejszego – urządzenia pomiarowe i sterujące. Nikt nie miał pojęcia, że skromny profesor jest autorem jednego z jej najważniejszych wynalazków, które zapewniły aliantom zwycięstwo w II wojnie światowej. Józef Kosacki zmarł w 1990 roku.

Wynalazek przeżył własnego twórcę. Polski wykrywacz min był używany przez większość armii świata bez większych konstrukcyjnych zmian aż do 1995 roku. Wymieniono co prawda bambusowy kij i ebonitowy talerz na bardziej nowoczesne materiały, jednak zasada działania pozostała niezmieniona. Polish Mine Detector przeszedł na zasłużoną emeryturę po ponad pół wieku służby, co w przypadku techniki wojskowej jest rekordem. Brał udział we wszystkich toczonych w tym czasie wojnach. Gdyby inżynier zapewnił sobie patent, z pewnością zostałby jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Zrzekł się go jednak dla dobra żołnierzy wszystkich alianckich armii. Jako nagroda wystarczył mu list z podziękowaniami od króla Jerzego VI i brytyjski Defence Medal (Medal Obrony), przyznany za udział w II wojnie światowej.

LUDWIK HIRSZFELD(1884–1954)Oznaczenie grup krwi i odkrycie praw ich dziedziczenia

Przetaczanie krwi to dziś jeden z najważniejszych zabiegów ratujących życie. Trudno uwierzyć, że jeszcze 150 lat temu była to metoda w wielu krajach zakazana. Powód stanowiły śmiertelnie niebezpieczne powikłania, których przyczyny nie potrafiono wyjaśnić. Stan ten zmieniły dopiero badania młodego polskiego naukowca Ludwika Hirszfelda oraz jego przyjaciela i mistrza, profesora Emila von Dungerna.

Wiosną roku 1910 na przechadzkę dwukilometrowym urokliwym traktem zwanym Drogą Filozofów wybrali się dwaj naukowcy z oddziału serologii Instytutu Badania Raka. Młodszy miał 26 lat i nazywał się Ludwik Hirszfeld. Osiem lat wcześniej wyjechał z Łodzi na studia w Niemczech razem ze swoją ukochaną Hanną Kasman. Ślub wzięli w Berlinie, a po zrobieniu przez Ludwika doktoratu na temat zlepiania się krwi i uzyskaniu posady asystenta w Heidelbergu przenieśli się do tego pięknego miasta, położonego nad brzegiem rzeki Neckar.

Szefem i mistrzem Ludwika Hirszfelda został starszy o 16 lat profesor Emil von Dungern. Była to postać niezwykła. Pochodzący ze starego rodu baronów o rosyjsko-niemieckich koligacjach przez pewien czas był szambelanem na dworze księcia Luksemburga, jednak znudzony dworskim życiem porzucił je dla naukowej kariery. Oprócz bakteriologii i serologii – nauki badającej m.in. obecność antygenów i przeciwciał w surowicy krwi – studiował też filozofię, był kolekcjonerem sztuki. Von Dungern należał do odchodzącej już wówczas rasy „arystokratów ducha”, ludzi o nieograniczonych horyzontach badawczych i twórczych. Uwielbiał rzucać niezobowiązujące, ale głębokie myśli, które później rozwijały się w głowach jego rozmówców. Tego dnia von Dungern i Hirszfeld szli rozmawiając o transfuzjach krwi.

Ludwik Hirszfeld zdjęcie z lat trzydziestych XX wieku.

Przetaczanie krwi jako sposób leczenia fascynowało medyków już od starożytności. Uważane było jednak za metodę skrajnie niebezpieczną. Pierwsze wzmianki na ten temat można spotkać już w „Metamorfozach” Owidiusza, nie wiadomo jednak, ile jest w nich prawdy, a ile mitów. Pierwszą opisaną transfuzją krwi między ludźmi był przypadek przetoczenia jej ciężko choremu papieżowi Innocentemu VIII w 1492 roku. Zabieg jednak nie powiódł się – zmarł zarówno papież, jak i trzech dawców.

Chociaż w kolejnych wiekach naukowcy coraz więcej dowiadywali się o układzie krwionośnym, właściwości samej krwi wciąż pozostawały tajemnicą. Mimo to po ponad 150 latach od zgonu Innocentego VIII naukowcy powrócili do tematu transfuzji. Początkowo eksperymentowano na zwierzętach, przetaczając krew psom. Wiele z tych zabiegów było udanych, więc w połowie XVII wieku miały miejsce pierwsze transfuzje między ludźmi. Badacze spierają się dziś, komu należy się palma pierwszeństwa. Niektórzy twierdzą, że mógł to być włoski lekarz Francesco Folli, który w 1654 roku miał przetoczyć krew bezpośrednio od człowieka do człowieka, jednak inni kwestionują ten fakt.

O wiele dokładniej opisane jest wydarzenie z 15 czerwca 1667 roku. Tego dnia Jean-Baptiste Denis, profesor matematyki i filozofii z Paryża przy pomocy asystenta Paula Emmereza przetoczył krew jagnięcia 15-letniemu chłopcu, osłabionemu na skutek dwudziestu upustów krwi (była to wówczas popularna metoda leczenia). Chłopiec o dziwo wyzdrowiał, co skłoniło Denisa do sformułowania fałszywego wniosku o wartościach leczniczych krwi zwierzęcej. Jego zdaniem była czystsza niż ludzka z powodu właściwej ludziom „rozwiązłości i nieumiarkowania w jedzeniu i piciu”. Kolejne transfuzje profesora kończyły się niestety śmiercią pacjentów, co doprowadziło go do przegranego procesu sądowego. W wielu krajach przetaczanie krwi zostało zakazane na kolejne 150 lat.

Temat powrócił ponownie na początku XIX wieku. Medycyna, a w szczególności chirurgia, były już o wiele bardziej zaawansowane, więc z technicznego punktu widzenia transfuzja nie była zabiegiem tak niebezpiecznym, jak wcześniej. Traktowano ją jak ostateczną metodę ratunku zarówno dla ciężko rannych żołnierzy, jak i wykrwawionych w porodach kobiet. Jak wynika z relacji zachowanych z tamtych czasów uratować w ten sposób udawało się zaledwie co czwartą osobę, jednak w sytuacji zagrożenia życia traktowano to jako dobry wynik. Jedną z pierwszych udanych transfuzji przeprowadził w 1825 roku polski lekarz Ludwik Bierkowski, ratując życie ciężko rannemu w pojedynku mężczyźnie. Dawcą krwi był… rywal i sprawca zranienia.

Wciąż jednak brakowało odpowiedzi na pytanie, dlaczego część transfuzji kończy się śmiercią pacjenta, którą poprzedzają objawy przypominające ciężkie zatrucie lub zakażenie – wymioty, zawroty głowy i opuchlizna. Wielu naukowców i lekarzy przypisywało to obecności w przetaczanej krwi bakterii lub pasożytów. Pod koniec XIX wieku badania naukowe gwałtownie przyśpieszyły i w 1901 roku Karl Landsteiner, 33-letni wówczas austriacki lekarz patolog i immunolog odkrył, że w krwinkach czerwonych występują dwa antygeny, które warunkują zjawisko zlepiania się krwinek zwane aglutynacją. Zlepiają się one w zetknięciu z przeciwciałami obecnymi w osoczu krwi o odmiennej strukturze antygenowej. Na podstawie tych obserwacji Landsteiner wyróżnił trzy grupy krwi – A, B i C. Każda z nich miała mieć inny antygen, uniemożliwiający przetoczenie jej biorcy z odmienną grupą krwi.

Było to przełomowe odkrycie, tłumaczące powody, dla których niektóre z transfuzji udawały się, a inne nie. A jednak – wśród lekarzy i naukowców przeszło ono całkowicie niezauważone. Zresztą nawet sam Landsteiner nie do końca rozumiał znaczenie swoich badań dla diagnostyki medycznej. Ba, nie wiedział nawet, czy odkryte przez niego grupy krwi są indywidualną cechą człowieka, taką samą przez całe życie, czy też mogą się zmieniać pod wpływem różnych czynników.

Kiedy dziewięć lat później Hirszfeld i von Dungern spacerowali po Drodze Filozofów, odkrycie austriackiego lekarza było już nieco zapomniane. Ich samych bardziej interesują w tym czasie praktyczne eksperymenty związane z przetaczaniem krwi między zwierzętami. W czasie luźnej rozmowy profesor rzuca: „wiecie kolego, przypominam sobie, że Erlich i Morgenroth (niemiecki bakteriolog i jego asystent – przyp. aut.) wstrzykując krew kozy kozom otrzymali surowicę, która nie zlepia krwinek u wszystkich, lecz tylko u niektórych kóz. Właściwie warto to sobie obejrzeć, jest to chyba jakaś cecha indywidualna”. Pojedyńcze zdanie zdecydowało o naukowym odkryciu, które zmieniło historię i to nie tylko medycyny.

W Instytucie Badania Raka nie hodowano kóz, ale trzymane są psy, służące jako zwierzęta doświadczalne dla pracowni parazytologii. Hirszfeld i von Dungern zaczynają badać cztery z nich, oznaczając je literami A, B, C i D. Surowice zawierające przeciwciała wytworzone pod wpływem ich krwi opisują jako anty-A, anty-B, anty-C i anty-D. Ludwik Hirszfeld zadaje sobie pytanie: „Dlaczego surowica psa B zlepia krwinki psów A i C, ale nie D?” Początkowo sądził, że popełnił jakiś techniczny błąd, jednak dalsze badania prowadzą go do odkrycia faktu, że u psów występują dwie różne grupy krwi – A i B. Kiedy przy lampce wina w gospodzie przy Drodze Filozofów komentują tę obserwację z profesorem von Dungernem, przypominają sobie zapomniane prace Landsteinera. Zaczynają je studiować i ze zdumieniem odkrywają, że badając psy dokonali tego samego odkrycia grup krwi, co on. To jeszcze bardziej utwierdza ich w przekonaniu, że są na tropie nie tylko specyficznych właściwości krwi, ale z jednego z wielkich, nieodkrytych dotąd praw natury o kluczowym znaczeniu dla biologii i medycyny.

Tym odkryciem okaże się teoria o indywidualizmie grup krwi oraz prawach ich dziedziczenia. Badacze przeczuwają to, co umknęło ich poprzednikowi – że każdy człowiek ma indywidualną, niezmienną przez całe życie grupę krwi i jest ona dziedziczona po przodkach. Aby udowodnić tą tezę, trzeba jednak wykonać badania na ludziach. Jako „króliki doświadczalne” służą tym razem rodziny 72 pracujących na uniwersytecie w Heidelbergu naukowców. Ludwik Hirszfeld ma już świadomość, jakie mogą być praktyczne konsekwencje tych badań – jeśli jego hipoteza o dziedziczeniu grup krwi potwierdzi się, a z eksperymentu wynikną jakieś niezgodności grup krwi między dziećmi i ich ojcami, będzie to dowód na małżeńską zdradę. Dlatego każde badanie poprzedza dyskretny wywiad na temat „rodzinnego szczęścia” poddawanych tej analizie.

Eksperyment nie tylko potwierdza, ale także rozszerza wyniki badań Landsteinera. Hirszfeld i von Dungern odkrywają, że u ludzi występują cztery grupy krwi. Dwie są zasadnicze – A i B. Pierwsza jest „uczulona” na krew grupy B – i odwrotnie. To właśnie przetaczanie krwi między nimi prowadzi do największych powikłań. Zdarzają się też ludzie, których krew zawiera cechy charakterystyczne dla obu tych grup. Zaliczono ich do grupy AB, co oznacza, że nie są oni „uczuleni” ani na krew grupy A, ani B. Są również tacy, których krew pozbawiona jest obydwu tych cech – tych oznaczono jako grupę „zero”. Ich krew pozbawiona antygenów A i B była najbardziej „uniwersalna”, gdyż można przetaczać ją wszystkim pozostałym grupom.

Skutki powtórnego odkrycia i oznaczenia grup krwi wykraczały jednak daleko poza medycynę. Na podstawie badań Hirszfeld i von Dungern doszli bowiem do wniosku, że grupy krwi podlegają stałym prawom dziedziczenia określonym przez Grzegorza Mendla. Prawa te w odniesieniu do krwi zostały skonsultowane przez Ludwika Hirszfelda z matematykiem Feliksem Bernsteinem i w ten sposób powstał najlepszy ze znanych modeli genetycznych, który można zawrzeć w jednym zdaniu – dziedzicząc grupę krwi dziecko bierze po jednej literze od każdego z rodziców. Jeśli rodzice mają grupy krwi A i 0, dziecko będzie miało grupę krwi A, jeśli A i B, będzie miało grupę AB, a jeśli oboje mają 0, dziecko też będzie taką miało. Grupa krwi A lub B nie mogła występować u potomstwa, jeśli nie była obecna przynajmniej u jednego z rodziców. Takich praw według Ludwika Hirszfelda można było sformułować znacznie więcej.

Chociaż opublikowane przez Hirszfelda i von Dungerna już w 1910 roku wyniki spowodowały ogromny wzrost zainteresowania badaniami nad grupami krwi, zaproponowane przez nich oznaczenia nie od razu przyjęły się w medycynie. Kolejni badacze wprowadzali własne kody, m.in. za pomocą cyfr rzymskich, na świecie panował więc przez wiele lat nazewniczy chaos. Dopiero w 1927 roku zaproponowane przez Polaka oznaczenie zostało uznane przez Komitet Higieny Ligi Narodów jako jedyne oficjalnie obowiązujące. Tak pozostało do dziś. W 1937 roku środowisko medyczne ostatecznie zaakceptowało je na Międzynarodowym Kongresie Przetaczania Krwi w Paryżu. Kiedy dwa lata później wybuchła II wojna światowa, transfuzje były już robione rannym żołnierzom zgodnie z jednym, międzynarodowym standardem nazewnictwa.

Zanim jednak oznaczone przez Ludwika Hirszfelda grupy krwi przyjęły się w medycynie, ratując życie milionom ludzi, znalazły wcześniej zastosowanie praktyczne w badaniach nad ustalaniem ojcostwa, a także w antropologii i kryminalistyce. Pozwalały bowiem na wykluczenie ojcostwa w niektórych sytuacjach nawet bez badania grupy krwi matki. Tak było m.in. w sytuacji, gdy dziecko ma grupę krwi 0, a domniemany ojciec – AB. Z kolei gdy matka ma grupę krwi A, a dziecko B, niemożliwe jest ojcostwo mężczyzny z grupą krwi A lub 0.

Równie ciekawe były wyniki badań grup krwi, pozwalające na określenie geograficznego zróżnicowania w występowaniu poszczególnych cech. Ludwik Hirszfeld prowadził je w czasie I wojny światowej na Bałkanach, gdzie razem z żoną pojechał jako lekarz, by walczyć z panującą w serbskiej armii epidemią tyfusu. Zwrócił się wtedy do władz wojskowych o zgodę na pobieranie krwi do analizy przy okazji prowadzonych przez siebie szczepień. Obecność na Bałkanach armii ze wszystkich niemal kontynentów pozwoliła zebrać niezwykle ciekawy materiał. Okazało się, że grupa krwi A jest typowa dla Europy, podczas gdy B jest częsta u ludzi z Azji i Afryki. Ludwik Hirszfeld postawił wówczas tezę, że te dwie zasadnicze grupy krwi ukształtowały się na dwóch krańcach świata, uległy przemieszaniu w trakcie trwających tysiące lat wędrówek ludów i obecnie, chociaż w różnych proporcjach, występują na całej planecie.

„Badając krew różnych narodów możemy odcyfrować ich odległą przeszłość” – pisał Hirszfeld w opublikowanym już po wojnie artykule. Wyniki jego pracy wzbudziły ogromne zainteresowanie i dały impuls do rozwoju badań antropologicznych w oparciu o analizę grup krwi.

Bez odkryć Ludwika Hirszfelda nie pojawiłoby się na świecie honorowe krwiodawstwo. Najbardziej ofiarni krwiodawcy potrafią w ciągu lat oddać ponad 100 litrów tzw. pełnej krwi, ratując życie dziesiątkom osób.Zdjęcie: Radosław Drożdżewski

Oznaczanie grup krwi i praw ich dziedziczenia, stworzone przez Polaka, zrobiło wielką karierę w kryminalistyce. Prowadzone w okresie międzywojennym badania Ludwika Hirszfelda i jego asystentki Róży Amzel pokazały, że własności grupowe można odkryć nie tylko na podstawie analizy samej krwi, ale także śliny i innych płynów ustrojowych. Ślady pozwalające na ustalenie grupy krwi można znaleźć na ubraniu już po kilkudniowym noszeniu, a także na chusteczkach do nosa, niedopałkach papierosów czy butach. Pozwoliło to wielu w przypadkach na ustalenie sprawców zabójstw, a sam Ludwik Hirszfeld wielokrotnie był powoływany przez polskie sądy jako biegły, m.in. w słynnym procesie Rity Gorgonowej.

Chociaż Ludwik Hirszfeld swojego najważniejszego, zmieniającego świat odkrycia dokonał w wieku zaledwie 26 lat, jego wpływ na międzynarodową naukę nie skończył się na tym jednym osiągnięciu. Próbując dociec razem z żoną, lekarzem pediatrą, przyczyn poronień i śmierci noworodków już w 1924 roku sformułował hipotezę, że za patologię ciąży i występowanie wad rozwojowych płodu odpowiada również czynnik we krwi. Hirszfeld twierdził, że przyczyną tzw. choroby hemolitycznej noworodków jest konflikt immunologiczny między przeciwciałami wytwarzanymi przez matkę a antygenami krwinek płodu. Został wówczas wręcz zakrzyczany przez innych naukowców. Hipoteza ta znalazła jednak potwierdzenie w 1940 roku, gdy Karl Landsteiner i Alexander Wiener, pracujący już w USA, odkryli czynnik Rh.

W czasie spotkania w Nowym Jorku w 1946 roku jeden z wątpiących w hipotezę Hirszfelda naukowców, Philip Levine, powie mu: „powinniśmy pana przeprosić za to, że przez 15 lat nie wierzyliśmy w realność przewidzianego przez pana konfliktu serologicznego między matką a płodem”. Uwzględnienie czynnika Rh jako uzupełnienia grup krwi umożliwiło radykalne zmniejszenie liczby poronień i śmierci noworodków, a także liczby powikłań przy transfuzjach. Jednym z pionierów wprowadzających te odkrycia do polskiej medycyny po II wojnie światowej był właśnie Ludwik Hirszfeld i jego żona Hanna.

Zanim to jednak nastąpiło, Hirszfeldowie przeżyli piekło wojny, okupacji, getta i ukrywania się przed eksterminacją. Z getta udało się im uciec, jednak niedługo po tym zmarła ich jedyna córka. Gdy sformułowana przez Ludwika hipoteza dotycząca przyczyn konfliktu serologicznego znalazła ostateczne potwierdzenie, po wojnie, razem z żoną z zapałem zaangażowali się w rozwiązywanie problemów związanych z chorobą hemolityczną. Stworzony przez Ludwika Hirszfelda Ośrodek Badania Patologii Ciąży we Wrocławiu jako jeden z pierwszych zastosował jako metodę leczenia wymienne przetaczanie krwi noworodków. Kobiety z przewidywanym konfliktem Rh były kierowane do ośrodka jeszcze przed porodem, aby transfuzję krwi dziecka można było wykonać zaraz po jego przyjściu na świat. Dzięki tej metodzie Polska stała się jednym z pierwszych krajów, w którym śmiertelność noworodków z powodu choroby hemolitycznej spadła z 80% do 20%.

Ludwik Hirszfeld zmarł w 1954 roku, Hanna przeżyła go o 10 lat. Mimo wielokrotnych nominacji nie doczekał się Nagrody Nobla. Poza naukowymi odkryciami pozostawił po sobie wiele aforyzmów. Jeden z jego ulubionych brzmiał „Jest jedyna forma nieśmiertelności, o którą warto zabiegać, a jest nią ludzka życzliwość”.

WITOLD ZGLENICKI(1850–1904)Platforma wiertnicza

Bez platform wiertniczych zapewniających 1/3 całego wydobycia ropy naftowej nasza cywilizacja nie przetrwałaby nawet miesiąca. Zasługę ich wynalezienia przypisują sobie Amerykanie, jednak prawda jest zupełnie inna. Historia podmorskich wierceń zaczyna się 1896 roku w Baku nad Morzem Kaspijskim od pomysłu 46-letniego polskiego inżyniera, Witolda Zglenickiego. Kim był i jak się tam znalazł?

Urodzony w biednej szlacheckiej rodzinie w Wargawie Starej na Mazowszu, Witold ukończył studia na jednej z najlepszych wówczas europejskich uczelni technicznych – Instytucie Górniczym w Petersburgu. Jego wykładowcą był słynny tam chemik Dymitr Mendelejew. Jako jeden z najlepszych studentów Zglenicki został inżynierem w służbie rosyjskiego państwa i sam miał prawo wybrać przyszłe miejsce pracy.

W czasie studiów zafascynowało go wydobycie ropy naftowej. Był rok 1876, minęły już 23 lata od kiedy Ignacy Łukasiewicz zbudował lampę naftową i 19 lat od momentu uruchomienia przez niego pierwszej na świecie rafinerii w Klęczanach. Teraz w Galicji było już kilkaset szybów naftowych i kilkanaście rafinerii. Jednak Galicja to zabór austriacki, a Zglenicki był poddanym rosyjskiego cara i państwowym urzędnikiem. Jego wybór padł więc na Zagłębie Staropolskie, w którym podwaliny polskiego przemysłu kładli kilkadziesiąt lat wcześniej Stanisław Staszic i Ksawery Drucki-Lubecki.

Naftowe marzenia musiały zaczekać. W ich realizacji pomoże szczęście, przypadek, znajomości i… ludzka zawiść.

Pomnik Witolda Zglenickiego znajdujący się przy refinerii PKN Orlen w Płocku.Zdjęcie: Adam Kliczek

Młody inżynier, zainspirowany wizjami wielkich poprzedników, przystąpił do modernizacji Mroczkowa – zaniedbanej państwowej huty w osadzie nad rzeką Kamienną. Rok po jego przybyciu zakłady zaczynają pracować pełną mocą. Idąc za ciosem Zglenicki kupuje za 3 tysiące rubli dwie inne państwowe kuźnice. Rosyjskim władzom łączenie funkcji w carskiej administracji i biznesie nie przeszkadza, jednak sukcesy odnoszone w Mroczkowie budzą zawiść kierowników sąsiednich zakładów. Na podstawie Zasad Korpusu Górniczego, zabraniających urzędnikom prowadzenia działalności gospodarczej i nabywania udziałów w przedsiębiorstwach prywatnych, składają donos na Zglenickiego do rosyjskiego Ministerstwa Skarbu.

Chociaż Zasady są od dawna martwym prawem – zostały uchwalone ponad sześć dekad wcześniej – formalnie wciąż obowiązują. Oskarżony o przywłaszczenie dóbr państwowych Zglenicki zostaje odwołany z Mroczkowa i zawieszony w pełnieniu obowiązków urzędnika. Osiem lat walczy o przywrócenie do służby. Udaje się to w 1890 roku, ale tym razem nie ma możliwości wyboru miejsca pracy. Zostaje skierowany na podrzędne stanowisko pełnomocnika w urzędzie probierczym w Rydze.

Ryga to trzecia po Petersburgu i Moskwie metropolia Rosji. Często bywa tam jeden z największych przemysłowych magnatów imperium, hrabia Aleksander Benckendorff. Panowie poznają się w urzędzie probierczym, gdzie Zglenicki wycenia przyniesione przez hrabiego kosztowności. Benckendorff ceni wiedzę i fachowość Polaka, ma też udziały w przemyśle wydobywczym ropy naftowej. Chciałby mieć tam zdolnego inżyniera.

Zglenicki zdążył już dostać inną propozycję – objęcie stanowiska głównego inżyniera w wyrastającym na wielki ośrodek przemysłowy Zagłębiu Donieckim. To wyjątkowa oferta, oznaczająca wielkie pieniądze i ostateczny koniec kilkuletniego „urzędniczego zesłania”. Ku zdumieniu władz Polak odmawia. W carskiej Rosji taka urzędnicza krnąbrność nie była do pomyślenia. Skutek może być tylko jeden – zesłanie do pracy w najbardziej zapadłe zakątki Rosji. Ale o to właśnie chodziło.

Opinię „piekła na ziemi”, gorszego od Syberii, ma położone nad Morzem Kaspijskim Baku. Pod koniec XIX wieku stosowane tam metody wydobycia ropy naftowej w niczym nie przypominały tych znanych obecnie. Miasto otaczał las prymitywnych wież wiertniczych. Wytryskująca spod ziemi ropa dosłownie lała się po ziemi, w rozgrzanym do 50 st. Celsjusza powietrzu unosi się jej wszechobecny zapach. Awarie, wybuchy i pożary były na porządku dziennym. „Wśród wież naftowych przyciskały się do ziemi zbudowane z rdzawych i szarych nieociosanych kamieni długie, niskie koszary robotnicze, podobne do siedzib prehistorycznych ludzi. Strasznie było patrzeć na półnagie dzieci, które mięsiły nogami zielony, tłusty śluz w kałużach” – opisywał to miejsce rosyjski pisarz Maksym Gorki.

Chociaż w Baku wyrosły już naftowe fortuny, m.in. braci Nobel, miasto wciąż przypominało biedną, muzułmańską osadę. Gliniane domy w labiryncie ślepych uliczek, bez skrawka zieleni i odrobiny czystej wody, którą trzeba było sprowadzać z odległych rejonów… Jednak dla Zglenickiego praca tam była niczym wygrana na loterii. Przy wparciu Benckendorffa w 1891 roku inżynier został skierowany do pracy w urzędzie probierczym w Baku, gdzie po godzinach mógł oddać się zajęciu, o którym marzył od czasów studiów u Mendelejewa. Było to poszukiwanie złóż ropy naftowej i wymyślanie nowych metod jej wydobycia.

Odtąd rytm życia Zglenickiego wyznaczała jego geologiczna pasja. Praca w urzędzie do 16.00 i ani minuty dłużej. Po niej błyskawicznie zmieniał się w poszukiwacza. Z mapami i sprzętem penetrował wrzynający się w Morze Kaspijskie Półwysep Apszeroński. Na badania wydawał większość urzędniczej pensji, sam żył niezwykle skromnie. Urlopy wykorzystywał na wyprawy w roponośne rejony Kaukazu.

Wiele nocy inżynier spędza samotnie w łódce na Morzu Kaspijskim, obserwując aktywność podwodnych gazowo-błotnych wulkanów. Dochodzi do wniosku, że wyznaczają one miejsca dużych roponośnych złóż. Na naniesionych na mapy wysepkach i skałach zaznacza zmiany poziomu wody uzależnione od wydzielającego się spod dna gazu. W wyniku tych obserwacji Zglenicki formułuje tezę, że o wiele bogatsze niż na lądzie złoża ropy kryją się w zatoce Bibi-Ejbatskiej. Tak przychodzi mu do głowy pomysł zbudowania pierwszej na świecie morskiej platformy wiertniczej. 29 lipca 1896 roku składa w Urzędzie Bogactw Państwowych Guberni Bakijskiej podanie o przydzielenie dwóch morskich działek w celu rozpoczęcia podwodnych poszukiwań.

Prośba jest tak niezwykła, że urzędnicy nie wiedzą, jak na nią zareagować. Najchętniej uznaliby Polaka za wariata, jednak Zglenicki wyrobił już sobie w Baku markę jako zdolny inżynier. Jest aktywnym członkiem miejscowego Towarzystwa Technicznego, zasłynął też jako konstruktor prostych, ale przydatnych wynalazków. Takich jak urządzenie do pomiaru krzywizn szybów, dzięki któremu znacznie spadła liczba wybuchów w czasie wierceń i spowodowanych nimi pożarów, śmiertelnych wypadków i niebezpiecznych skażeń. Jego prośby nie można zignorować, urzędnicy domagają się więc wyjaśnienia, jak taki szyb naftowy na morzu miałby wyglądać i działać. Dwa miesiące później dostają szczegółowy projekt.

Platforma wiertnicza Witolda Zglenickiego to zbudowany na wbitych w morskie dno palach, wodoszczelny, metalowy pomost, wystający około 5 metrów ponad poziom wody. Znajdować się na nim mają urządzenia wydobywcze oraz zbiornik na ropę. Odbiór paliwa miał odbywać się za pomocą barek-cystern, a w przypadku dużych wytrysków także wielkich żelaznych tankowców o nośności 33 tysięcy ton. Obecność takich statków nie była wówczas w Baku niczym niezwykłym. Pierwszy na świecie tankowiec przepłynął Morze Kaspijskie już w 1877 roku. W Stanach Zjednoczonych pojawią się one dopiero 11 lat później. Nic dziwnego – pod koniec XIX wieku to właśnie roponośny rejon Półwyspu Apszerońskiego zapewniał największe na świecie wydobycie tego surowca. Stany Zjednoczone były dopiero na drugim miejscu, a na trzecim… polska Galicja.

Zglenicki zakładał, że początkowo platformy będą budowane w miejscach, gdzie głębokość morza nie przekracza 10 metrów. Dla zabezpieczenia urządzeń wydobywczych proponował stworzenie systemów falochronów, które nie tylko chroniłyby je przed zniszczeniem przez wichury i przypływy, ale też docelowo obniżały poziom wody. Polak argumentował, że wszystkie prace zabezpieczające i wiertnicze przy platformie są możliwe do wykonania w ciągu zaledwie roku.

Początkowo, ze względów technicznych, Zglenicki proponował wydobycie ropy spod dna tylko w płytkich akwenach, a sporządzone przez niego mapy obejmowały również podwodne działki roponośne do głębokości aż 460 metrów. Inżynier zakładał, że ich eksploatacja także będzie niedługo możliwa. Na początek proponował przekazanie 15 eksperymentalnych działek morskich prywatnym przedsiębiorcom, którzy zobowiążą się do rozpoczęcia wydobycia w określonym czasie. Wśród nich widział także siebie.

Dla urzędników z Baku wydobycie ropy spod dna morza wciąż jednak pozostawało pomysłem ze sfery fantazji. Ostatecznie bakijski Urząd Bogactw Państwowych uznał się za niekompetentny do podejmowania takich decyzji i przekazał sprawę wyżej. Ponieważ pomysł Zglenickiego miał poparcie przedsiębiorców-nafciarzy, którzy też zauważyli, że położone bliżej morza szyby dostarczały ropę lepszej jakości niż te w głębi lądu, Kaukaski Zarząd Górniczy zdecydował o powołaniu specjalnej komisji. 29 lipca 1900 roku inżynier wystąpił przed nią z referatem, w którym szczegółowo tłumaczył metodykę swoich morskich badań oraz metody eksploatacji podwodnych działek.

Niestety, komisja, której przewodniczył geolog Mikołaj Lebiediew, uznała pomysł Polaka za „zbyt śmiały”. Zamiast platform na palach zaproponowała zasypanie ziemią 330 hektarów zatoki Bibi-Ejbatskiej i zbudowanie wież na sztucznym lądzie. Dla Zglenickiego było to marnotrawstwo czasu i pieniędzy. Mimo oporu władz nie zamierzał się poddawać.

Jeszcze zanim doszło do posiedzenia komisji, która miała zaopiniować projekt platform wiertniczych, Rada Zjazdu Bakijskich Naftowców zaprosiła Zglenickiego do prac przy wydzieleniu 100 działek, które zostałyby przekazane do eksploatacji przez prywatnych przedsiębiorców. Miało to związek z ogłoszeniem przez władze Rosji planu sprzedaży państwowych terenów roponośnych. Nafciarze spodziewali się, że stworzenie mapy zajmie Polakowi wiele miesięcy, a może nawet lat. Inżynier zaskoczył jednak wszystkich, publikując już dwa tygodnie później, 4 sierpnia 1900 roku, w piśmie „Nieftianoje Dieło” dokładny plan i opis 165 działek, które wyznaczył w czasie samotnych wypraw.

Opracowanie Witolda Zglenickiego jest do dziś podstawą wydobycia ropy naftowej w Azerbejdżanie. Dla rozwoju Baku miało kolosalne znaczenie – już w 1901 roku region dostarczał 95% całej naftowej produkcji Rosji i 50% globalnego wydobycia. W nagrodę za wykonaną pracę Ministerstwo Ziemi i Bogactw Państwowych Rosji przydzieliło mu roponośną działkę w Karaczchuri. Zglenicki zostanie jeszcze właścicielem pięciu pól roponośnych w guberni bakijskiej i dwóch poza nią.

Rok później spełnia się jego marzenie – dostaje w końcu działkę morską nr 29 w Zatoce Bibi-Ejbatskiej. Może przystąpić do podmorskich wierceń, uruchamia więc wszystkie znajomości w celu znalezienia równie odważnego jak on wspólnika i odpowiedniego kapitału. Jest na dobrej drodze, by stać się pierwszym człowiekiem, który rozpocznie wydobycie ropy spod dna morza. I wtedy nieoczekiwanie dowiaduje się, że jest chory na nieuleczalną wówczas cukrzycę. Umiera 6 sierpnia 1904 roku.

Jeszcze przez wiele lat żaden z przedsiębiorców nie będzie na tyle odważny, by zaryzykować wydobycie ropy spod dna morza za pomocą platform. Podmorskie działki będą eksploatowane, ale dopiero po utworzeniu, jak w Baku, sztucznego lądu lub – jak w Kalifornii – za pomocą wrzynających się w morze długich stalowych pomostów z szybami naftowymi. Twórcą tej ostatniej metody będzie Amerykanin Henry L. Williams, jednak pozwoli ona wydobywać ropę tylko z działek znajdujących się nie dalej, niż 120 metrów od brzegu. Platformy wiertnicze będą też powstawały na bagiennych terenach amerykańskiej Luizjany oraz w płytkich zatokach Kalifornii.

Pomysł inżyniera Zglenickiego na wydobycie ropy na pełnym morzu nie umarł w Baku razem z nim, chociaż długo musiał czekać na realizację. To właśnie 100 kilometrów od obecnej stolicy Azerbejdżanu i 55 kilometrów od najbliższego brzegu zostanie zbudowana w 1949 roku pierwsza pełnomorska platforma wiertnicza – Neft Daslari. Wydobywać będzie ropę z głębokości 1100 metrów pod dnem Morza Kaspijskiego. Amerykanie odpowiedzą na to wyzwanie w 1954 roku, budując platformę Mr. Charlie na wodach Zatoki Meksykańskiej.

Wydawać by się mogło, że to koniec historii wynalazcy i inżyniera-wizjonera. Tak jednak nie było. Zglenicki należał do tych ludzi, których wpływ na świat nie ograniczał się wyłącznie do ich profesjonalnych zainteresowań i wynalazków. I nie kończył wraz ze śmiercią.

Inżynier, wiedząc, że zostało mu niewiele życia, zaprosił 3 lipca 1904 roku do swojego mieszkania czterech przyjaciół, by przekazać im ostatnią wolę. Chciał, by przyszłe dochody z jego roponośnych działek zostały przeznaczone na wsparcie polskiej nauki. Wzorem jest sporządzony dziewięć lat wcześniej testament Alfreda Nobla, wynalazcy dynamitu.

Starszy o 17 lat Szwed razem z braćmi Ludwikiem i Robertem był współwłaścicielem największej spółki naftowej w Baku i dobrym znajomym Zglenickiego. Spotykali się wielokrotnie. Obaj byli samotnikami i pedantami, ale też wizjonerami, którzy chcieli, aby zdobyty przez nich majątek służył dobru ludzkości. Pierwsze Nagrody Nobla zostały wręczone w 1901 roku, gdy Witold Zglenicki snuł plany swoich podmorskich wierceń. W dziedzinie fizyki otrzymał wówczas Nagrodę Nobla Wilhelm Roentgen. Dwa lata później za odkrycie radu uhonorowana została Polka, Maria Curie-Skłodowska.

Do skromnie umeblowanego mieszkania przy ulicy Perskiej w Baku przychodzą czterej przyjaciele Zglenickiego z pracy w urzędzie probierczym. Trzej z nich to Polacy. Ostateczną wersję testamentu spisuje Józef Wojewódzki. Ósmy punkt brzmi: „Sumy wolne zapisuję «Kasie imienia Mianowskiego» w celu utworzenia kapitału żelaznego, z zastrzeżeniem, by procenty od tego kapitału były przeznaczone na wydawanie nagród, według uznania Zarządu «Kasy», za najlepsze dzieła dotyczące ogólnoeuropejskiej literatury, sztuki i nauki, w rodzaju noblowskich nagród”. Mężczyźni składają podpisy pod ostatnią wolą inżyniera. Nie wiedzą jeszcze, że są świadkami największej darowizny, jaką otrzymała polska nauka w swojej historii.

Czym była Kasa im. Józefa Mianowskiego? Gdy Witold Zglenicki dyktował w Baku swój testament, istniała już od ponad dwóch dekad. Utworzyli ją wychowankowie Józefa Mianowskiego, rektora Szkoły Głównej, który po powstaniu styczniowym ochronił przed represjami dziesiątki studentów. Założycielom, na których czele stanął słynny lekarz i taternik, Tytus Chałubiński, a w skład komitetu weszli m.in. Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz, przyświecała myśl, by Kasa wspierała rozwój polskiej nauki, kultury i sztuki.

Życie naukowe na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim było wówczas w opłakanym stanie. Z jednego podręcznika uczyło się nawet kilka pokoleń studentów, a w nauczaniu przedmiotów ścisłych rodzime uczelnie były spóźnione wobec Europy o 20–30 lat. Przyczynę stanowił brak środków na badania i publikacje. W efekcie uczelnie reprezentowały dramatycznie niski poziom. Jeśli ktoś chciał skończyć dobre studia i poznać naukową elitę epoki, nie miał czego szukać w Warszawie. Musiał jechać do Berlina, Paryża lub, jak Witold Zglenicki, Petersburga.

Ten dystans do świata założyciele Kasy chcieli nadrobić dzięki wypłacaniu stypendiów, pochodzących z prywatnych darowizn i składek. Wpływy były jednak znacznie mniejsze od potrzeb. To właśnie chciał zmienić Witold Zglenicki, przekazując Kasie dochody ze swoich roponośnych pól w Azerbejdżanie.

Realizacja testamentu nie była jednak prosta. Kasa im. Józefa Mianowskiego, jako instytucja działająca według carskiego prawa i zgodnie ze swoim statutem, nie mogła wspierać naukowców, pisarzy i artystów spoza ziem pod zaborem rosyjskim – ani polskich, ani innych. O drugiej Nagrodzie Nobla mowy więc być nie mogło. Wątpliwości beneficjentów budziła też forma darowizny. Dotąd Kasa otrzymywała pieniądze bądź majątek, który mogła sprzedać. Tymczasem Zglenicki zapisał jej trudne do oszacowania dochody z pól roponośnych. Oddalone o tysiące kilometrów działki miały być eksploatowane przez spółki, z których z każdą należało podpisać osobne umowy. Problemów piętrzyło się tyle, że zarząd Kasy rozważał rezygnację z darowizny. Szczęśliwie jednak ją przyjął.

W 1906 roku na konto Kasy zaczęły trafiać z Baku pierwsze kwoty. Początkowo niewielkie, rzędu kilku tysięcy rubli. Przyczyną były zarówno kosztowne formalności urzędowe i sądowe związane z realizacją testamentu, jak i fakt, że w pierwszej kolejności miały zostać wypłacone spadki dla rodziny Zglenickiego, jego konkubiny Marii Winogradow, ich syna oraz wskazanych towarzystw dobroczynnych. Gdy jednak ta część ostatniej woli inżyniera została zrealizowana, z najbogatszej w ropę działki nr 8 do Warszawy w 1910 roku zaczął płynąć ogromny potok pieniędzy od eksploatującego ją Towarzystwa Kaspijsko-Czarnomorskiego Alfonsa Rotschilda.

Do grudnia 1911 roku na konto wpływa 186 tysięcy rubli. Rok później jest to już ponad 472 tysiące rubli. W ciągu kilkunastu miesięcy Kasa dostaje tyle pieniędzy, ile zebrała dotąd przez wszystkie lata istnienia. Kwota stypendiów wypłacanych rocznie polskim naukowcom i twórcom rośnie niemal sześciokrotnie. Pieniądze trafiają też potajemnie do zaboru austriackiego.

Po raz pierwszy i jedyny w historii polska nauka ma więcej pieniędzy, niż jest w stanie wydać. Do lipca 1915 roku dochody z nafty przynoszą Kasie ponad 1,77 mln rubli, równowartość 2,4 mln dolarów w złocie. To niemal półtora raza tyle, ile wynosiły aktywa Fundacji Nobla. Za zapisane przez inżyniera dochody z nafty zostaje wydanych ponad 600 polskich dzieł z nauk przyrodniczych, techniki, rolnictwa, filozofii, historii, medycyny, matematyki, prawa, ekonomii, literatury i wielu innych dziedzin. W tym kanoniczne dziś publikacje Kolberga, Aszkenazego, Karłowicza, Tatarkiewicza czy Konopnickiej. Testament Zglenickiego stał się źródłem niebywałego rozkwitu polskiej nauki, literatury i kultury w pierwszych latach XX wieku.

Jakie były późniejsze losy Kasy im. Józefa Mianowskiego? Zachęceni wielkimi sukcesami jej zarządcy nie zamierzali poprzestać na dochodach z jednej działki. Już w czasie pierwszej wojny światowej Kasa wynajęła adwokata, który zgłosił w Baku kolejne roszczenia do dochodów z eksploatowanych przez różne kompanie roponośnych pól Zglenickiego. Ich realizacja uczyniłaby z Kasy prawdopodobnie najbogatszą na świecie fundację naukową.

Uniemożliwił to wybuch bolszewickiej rewolucji i nacjonalizacja pól naftowych nad Morzem Kaspijskim. Negocjacje z sowieckimi władzami w sprawie realizacji testamentu Witolda Zglenickiego nie przyniosły rezultatów. Kasa im. Józefa Mianowskiego, działająca w II RP jako Instytut Popierania Nauki, była już cieniem tej instytucji z czasów największej świetności. Jej polskie aktywa przepadły w wyniku wojen światowych, kryzysów i inflacji. W 1952 roku została zlikwidowana, a resztki jej majątku przekazano Polskiej Akademii Nauk.

A same działki? Wartość należących do polskiego inżyniera pól roponośnych nad Morzem Kaspijskim wyceniana jest dziś na 2–3 mld dolarów. Pozostają one jednak własnością Republiki Azerbejdżanu.

Witold Zglenicki nie został drugim Noblem, jednak znaczenie jego testamentu wykraczało daleko poza naukowy czy literacki świat. To właśnie z dzieł napisanych i wydanych za pieniądze z kaspijskiej ropy uczyli się późniejsi twórcy odrodzonej Rzeczypospolitej. Szybka odbudowa polskiej państwowości i integracja podzielonego przez 123 lata kraju była możliwa także dzięki platformom wiertniczym – rewolucyjnej wizji polskiego inżyniera-patrioty.

KAZIMIERZ PRÓSZYŃSKI(1875–1945)Ręczna kamera filmowa ze stabilizacją obrazu

Dziś miniaturowe kamery filmowe noszą przy sobie miliardy ludzi. Każdy może filmować wykorzystując swój smartfon. Do sieci i na twarde dyski komputerów trafiają każdego dnia tysiące godzin wykonanych nimi nagrań. Możliwość rejestrowania zdarzeń w ruchu była od tysięcy lat marzeniem ludzi. Już naskalne rysunki wykonywane w paleolitycznych jaskiniach przez naszych przodków sprzed tysięcy lat były wyrazem tej tęsknoty. Jednak pierwsze nagrania małą, ręczną kamerą liczą sobie niewiele ponad stulecie. A pierwszy wykonał je, rozpoczynając nową erę w historii komunikacji, inżynier z Warszawy.

Historyczny mecz na Wembley, linia frontu pod Verdun i nad Sommą, próba lotu samolotem dookoła świata, a także pierwsza koronacja angielskiego króla w dwudziestym stuleciu – wszystko to, i dużo, dużo więcej zostało utrwalone na celuloidowej taśmie przy pomocy pierwszej na świecie ręcznej kamery filmowej – aeroskopu. Wynalazł i opatentował to urządzenie w 1910 roku Kazimierz Prószyński.

22 czerwca 1911 roku, czwartek, Londyn. Żołnierze w najrozmaitszych uniformach. Konni Hindusi. Spieszeni marynarze. Cztery działa, które w stosownym momencie wystrzelą. Korpus dyplomatyczny. Europejscy władcy z cesarzem Wilhelmem II. Królewska kareta zaprzężona w osiem koni w specjalnym uroczystym rynsztunku. I najważniejsi uczestnicy – 44-letni książę Yorku, który za chwilę zostanie królem JerzymV, wraz z małżonką Marią. Do City of Westminster wjeżdżają odkrytym powozem, królowa otrzymuje piękny bukiet kwiatów, wymieniane są ukłony i honory. Na The Mall i Whitehall słychać wiwatujące tłumy, powiewają girlandy i chorągiewki. Konne wozy strażackie w pędzie wyglądają jak rydwany. Dwie orkiestry – jedna na siwych, druga na karych koniach. Może to nawet gniade konie, ale czarno-biały film nie pozwala precyzyjniej domyślić się ich maści. Został nakręcony pierwszą na świecie ręczną kamerą filmową. Parę tygodni temu przywiózł ją do Londynu wynalazca z Warszawy.

Kazimierz Prószyński.

Kazimierz Prószyński zamiłowanie do obrazu odziedziczył po przodkach. Jego dziad, Stanisław Antoni Prószyński, otworzył w Mińsku zakład fotograficzny już w 1839 roku, tuż po wynalezieniu fotografii przez Louisa Daguerre. Zesłany za działalność patriotyczną na Sybir, zarabiał na utrzymanie rodziny prowadząc w Tomsku… zakład fotograficzny.

Konrad Prószyński, ojciec wynalazcy, z wykształcenia prawnik, z zawodu wydawca (pseudonim „Promyk”) i popularyzator oświaty, fotografią zajmował się amatorsko. Propagował nauczanie pisania i czytania metodą obrazkową. To on napisał i wydał pierwszy polski elementarz. Jego warszawski salon przy Nowym Świecie 26 tętnił życiem.

Wychowany w twórczej atmosferze Kazimierz podążył drogą ojca. Chciał wiedzieć jak najwięcej i dzielić się swoją wiedzą z innymi. Od dziecka interesował się utrwalaniem obrazu. W latach szkolnych został członkiem Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego. Razem z kolegą, Mieczysławem Karłowiczem, eksperymentowali ze światłem i lustrami, urządzali „przedstawienia magiczne” i seanse fotograficzne.

„Pewnego dnia, przechodząc Nowym Światem, zauważyłem na miejscu budowanego dzisiaj gmachu państwowego (na rogu Al. Jerozolimskich), na niedawno zburzonym domu narożnym, reklamę żywej fotografii Anschutza z Berlina. Wejście kosztowało 20 kopiejek. Pokazywano w zupełnie ciemnej salce obraz na kliszy o wielkości 9x12 cm silnie naświetlony z tyłu za pomocą rurki Geisslera. Widziałem np. jeźdźca konnego, biorącego przeszkodę. Jeden ruch powtarzał się tam i z powrotem, a składały się nań 24 klisze, umieszczone na obwodzie koła i przechodzące kolejno przed oświetloną ramką. (…) Pokaz ten nasunął mi od razu myśl o poważniejszej fotografii żywej, o kinematografie” – pisał wiele lat później Prószyński w artykule „Ze wspomnień wynalazcy”, opublikowanym w tygodniku „Kinoświat” w 1929 roku.

Jego marzeniem stało się stworzenie polskiej kinematografii – z własnym sprzętem do nagrywania i odtwarzania, z producenckimi i profesjonalnymi wytwórniami filmowymi.

„Wynalazek to tylko jeden procent natchnienia, a dziewięćdziesiąt dziewięć procent to mozolna praca” – mawiał Thomas Alva Edison. Prószyński całkowicie się z nim zgadzał. Po ukończeniu gimnazjum, w 1894 roku, rodzice wysłali go do Liége, na politechnikę, na otwarty niedawno wydział kinematografii. Najprawdopodobniej był pierwszym studentem rodem z Polski, który studiował ten kierunek. Tam też ujawnił swój talent wynalazcy.

Już na pierwszym roku niespełna 20-letni Kazimierz zaprojektował „ekspedytor uniwersalny” – przyrząd do składania papieru i gazet w drukarni. Prototyp skonstruował przy pomocy warszawskiej fabryki Rudzki i S-ka, a w 1897 roku uzyskał nań patent w Berlinie. Pierwszym beneficjentem wynalazku był ojciec Kazimierza, wydawca „Gazety Świątecznej”, której ekspedycję do czytelników znacznie ten przyrząd uprościł.

Podczas pobytu za granicą Kazimierz z pewnością widział prototypowe aparaty, które miały służyć do utrwalania ruchomych obrazów. Był wśród nich szybkowidz Anschütza, kinetoskop Edisona, bioskop Maksa i Emila Skladanowskich, bio-phantascope Friese-Greena i chronofotograf Mareya. Żaden z nich nie nadawał się jednak do tego, by nagrać i odtworzyć choćby krótki film bez istotnych zakłóceń.

Prószyński przerwał studia i po pierwszym roku wrócił do Warszawy. W 1895 roku, opierając się na zdobytych za granicą doświadczeniach, dokończył konstruowanie rewolucyjnego w owym czasie urządzenia, które nazwał pleografem. Nazwa była połączeniem dwóch greckich słów: pléon – „więcej” oraz gráphō – „piszę”. Był to aparat jednocześnie zdjęciowy i projekcyjny, pierwsze skonstruowane w Polsce urządzenie do rejestracji i odtwarzania obrazu. Datę jego powstania przyjmuje się za początek polskiej kinematografii.

W pleografie Prószyński zastosował perforowaną taśmę celuloidową z klatkami o rozmiarach 45 x 38 mm. Miała ona otwory perforacyjne w środku, między klatkami, a nie – jak u Edisona – po brzegach. Prószyński nakręcił pleografem kilka krótkometrażowych filmów, dokumentujących życie codzienne w Warszawie, m.in. „Ślizgawka w Łazienkach”, „Ulica Franciszkańska”, „Aleja Ujazdowska”, „Przed pomnikiem Mickiewicza” oraz „Kurier Warszawski”, obraz dokumentujący ruch uliczny przed redakcją gazety i rozbiegających się po mieście sprzedawców.

Pleograf Prószyńskiego powstał na kilka miesięcy przed ogłoszeniem patentu braci Lumière, powszechnie uważanych za twórców światowej kinematografii.

„Ślizgawka w Łazienkach” jest uznawana za pierwszy polski film.Do dzisiaj zachowały się jedynie drukowane w ówczesnej prasie cztery kadry.

Ówczesne aparaty miały podstawową wadę: migotanie światła i drganie obrazu. Łzy lały się podczas projekcji strumieniami. Kazimierz Prószyński udoskonalał więc pleograf i już w 1898 roku „Kurier Warszawski” napisał, że w nowej wersji urządzenia obrazy nie migają, aparat nie hałasuje jak poprzedni a jednocześnie pozwala wyświetlać obrazy ponad dwa razy szybciej niż u Edisona.

Prószyński od początku szukał praktycznego zastosowania dla pleografu. Nie chciał, by służył on wyłącznie rozrywce, planował zastosowanie wynalazku do potrzeb nauki, szkolnictwa i na użytek filmowców. Pisał, że pleograf obmyślił i szczegółowo narysował w jedną noc, ale konstruowanie prototypu zajęło mu kilka miesięcy, a kolejnych kilka lat – udoskonalanie detali urządzenia.

W 1899 roku powstał biopleograf – stacjonarny aparat projekcyjny z dwoma obiektywami i dwiema wstęgami taśmy przesuwającymi się naprzemiennie. Obraz nie drgał, a światło prawie nie migotało. Na całkowite wyeliminowanie tych uciążliwości trzeba było czekać jeszcze jedenaście lat.

Prószyńskiemu Polska zawdzięcza również pierwszą wytwórnię filmową. Można za nią uznać Towarzystwo Udziałowe „Pleograf”, które powstało w 1901 roku i przez dwa lata produkowało w Warszawie filmy. Ich pokazy cieszyły się dużą popularnością. Pojawiły się pierwsze próby scen fabularnych: „Mazur kostiumowy” (czyli „Mazur w cztery pary”), „Polewanie kwiatów przez ogrodnika”, „Pan Twardowski”. W „Przygodzie dorożkarza”, obrazie zapisanym na dwudziestu metrach taśmy, śpiącemu dorożkarzowi konia podmieniono na osła. Pasażerem dorożki był młody, nieznany szerokiej publiczności aktor, Kazimierz Junosza-Stępowski.

W końcu XIX wieku Prószyński skonstruował też telefot – aparat do przesyłania filmów i zdjęć na odległość. Do analizy obrazu wykorzystał selen, a do syntezy – elektromagnesy i system luster. Wynalazca nie opatentował urządzenia z powodu braku funduszy na opłacenie procedury. Telefot przekazywał obraz dobrej jakości, ale był zbyt skomplikowany, by go upowszechnić. Można jednak przyjąć, że to jeden z pierwowzorów telewizji. Co ciekawe, prace nad podobnym urządzeniem prowadził w tym samym czasie, w zaborze austriackim, inny polski wynalazca, Jan Szczepanik (piszemy o nim w innym rozdziale). Do dziś trwają spory, który pierwszy wpadł na ten pomysł – czy mieszkający w Galicji Szczepanik, czy pochodzący z Kongresówki Prószyński.

Kazimierza Prószyńskiego z pewnością można też uznać za prekursora mappingu – pokazów łączących obraz, światło i dźwięk. 24 lutego 1903 roku w Teatrze Wielkim odbyła się sensacyjna wówczas w skali światowej premiera opery Wagnera „Walkiria”. Na tle dekoracji ukazały się lecące w obłokach walkirie. W ich role wcielili się czerkiescy żołnierze, których pułk stacjonował nad Wisłą. Odpowiednio ustawiony projektor emitował film, umiejętnie skomponowany ze scenicznymi dekoracjami, który dawał złudzenie cwału skandynawskich bogiń na nieboskłonie. Pomysł i realizacja przedsięwzięcia były autorstwa Prószyńskiego.

W latach 1906–1908 Kazimierz Prószyński kontynuował studia inżynierskie w Belgii. Po uzyskaniu w Liege dyplomu inżyniera Ecole Superieure Politechnique wyjechał do Paryża. W czerwcu 1909 roku entuzjastycznie przyjęto tam kolejny jego wynalazek. Był to aparat z mechanizmem do bardzo szybkiego wyświetlania obrazów – 150 klatek na sekundę – z tak dobranymi przerwami między obrazami, by obraz nie drgał, a światło rzucane na ekran nie migotało. Była to najdoskonalsza wersja pleografu, który liczył już sobie 15 lat. Prószyński zastosował w nim obturator – trójlistkową migawkę, praktycznie znoszącą migotanie obrazu.

Polski dziennikarz Marian Dąbrowski, uczestnik paryskich pokazów pleografu, relacjonował wypowiedziane tam słowa Louisa Lumière o Kazimierzu Prószyńskim: „Panowie, ten człowiek jest pierwszym w kinematografii, ja jestem drugi”. Urządzenie weszło do produkcji i zrobiło karierę w branży kinowej. Największa francuska wytwórnia filmowa braci Pathé, startująca w 1897 roku z kapitałem miliona franków, w 1912 roku, po wprowadzeniu pleografu, wyceniana już była na 30 milionów.

O człowieku, któremu zawdzięczali swoją potęgę, właściciele Pathe jednak nie wspominali. Biograf Prószyńskiego, prof. Władysław Jewsiewicki, filmoznawca, przywołuje fragment wypowiedzi wynalazcy dla tygodnika „Świat” z 1911 roku: „Sława moja własna? Ach, Panie, mogę Pana zapewnić, że żaden posiadacz mego obturatora, którym posługują się w świecie, nie słyszał o moim nazwisku”.

Po tym, kiedy umożliwił komfortowe oglądanie filmów, Prószyński zajął się konstruowaniem kolejnego wynalazku – przenośnej kamery ze stabilizacją obrazu. Nazwał ją aeroskop. Nazwa wzięła się stąd, że do napędzania mechanizmu przesuwającego taśmę Polak użył zbiorników ze sprężonym powietrzem. Była to rewolucyjna w owych czasach idea. Kamerę można było bowiem „doładować” za pomocą zwykłej… pompki rowerowej. W czasach, gdy nie wynaleziono jeszcze sprawnych i lekkich baterii był to milowy krok na drodze do budowy lekkiej kamery, której można było używać praktycznie w każdych warunkach.