23 rzeczy których nie mówią Ci o kapitalizmie - Ha- Joon Chang - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Czy lepiej opłacany dyrektor osiągnie lepsze wyniki?

A. Tak B. Nie

Czy ludzie w krajach rozwijających się nie są przedsiębiorczy?

A. Tak B. Nie

Czy reputacja gospodarki planowej runęła wraz z komunizmem?

A. Tak B. Nie

Jaki wynalazek miał większy wpływ na gospodarkę?

A. Internet B. Lodówka

Jeśli na wszystkie te pytania udzieliliście odpowiedzi „A”, nie mieliście racji. Koniecznie sięgnijcie po tę książkę, zaskoczy was bardziej niż inwazja Marsjan. Jeśli wybieraliście poprawne odpowiedzi, gratulujemy. W 23 rzeczach znajdziecie jeszcze wiele innych dowodów na to, że to wy macie rację, a mainstreamowa ekonomia nie.

 

To książka dla tych z nas, którzy dekadę czy dwie temu uwierzyli, że ekonomia jest nauką ścisłą, po czym zajęliśmy się swoimi sprawami, potulnie uznając w sferze gospodarczej monopol ekspertów od wolnego rynku. Teraz czujemy, że coś tu nie gra, że trzeba było lepiej pilnować interesu. Ta książka, napisana ze swadą, humorem i całą masą barwnych przykładów, pokazuje jak bardzo zostaliśmy zmanipulowani i wzywa do samodzielnego myślenia o rynku. Mamy prawo mieć na kapitalizm inne poglądy od neoliberałów, co nie znaczy, że staniemy się  przeciwnikami samego kapitalizmu.

23 rzeczy polecam też feministkom – jest tu rozdział poświęcony kobietom (choć dla niepoznaki ma w tytule pralkę i internet). Jest też wyjaśnienie, dlaczego mikrokredyty (rzekomy dowód na to, że wolny rynek służy kobietom) okazały się niewypałem.

Agnieszka Graff

 

Ha-Joon prosto, zabawnie i zrozumiale mówi, co medialni ekonomiści owijają w bawełnę, dlaczego to robią i jak świat naprawdę się kręci. Dzięki niemu nie będziecie już więcej bezradni wobec głupstw, które wmawiają nam wyznawcy neoliberalizamu.

Jacek Żakowski

 

Książka jest swoistym vademecum, które powinno stać się orężem w dyskusji myślącego czytelnika z wyznawcami neoliberalnej wersji turbo-kapitalizmu. Przez główny nurt będzie czytana z wypiekami na twarzy w poszukiwaniu luk w rozumowaniu, których tam nie ma. Pozycja dla każdego – potrzebne jest tylko logiczne myślenie.

Piotr Kuczyński

 

Autor sprytnie obala największe mity na temat światowej gospodarki.

Observer”

 

Ważna książka przekonująca do bardziej świadomej globalizacji.

Financial Times”

 

Wyrazista, odważna i coraz bardziej wpływowa książka, która w świecie finansjery wywołuje nieżyt żołądka.

The Guardian”

 

Ha-Joon Chang to nowa gwiazda ekonomii.

Independent on Sunday”

 

 

O AUTORZE
Ha-Joon Chang (1963) – ekonomista, docent na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Cambridge.
Autor popularnych książek ekonomicznych: Kicking Away the Ladder: Development Strategy in Historical Perspective (2002) i Bad Samaritans: The Myth of Free Trade and the Secret History of Capitalism (2008). W tym roku znalazł się na osiemnastym miejscu renomowanej listy Światowych Intelektualistów (World Thinkers) Magazynu Prospect.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ha-Joon Chang, 23 rze­czy, któ­rych nie mó­wią ci o ka­pi­ta­li­zmie

War­sza­wa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu: 23 Things They Don’t Tell You Abo­ut Ca­pi­ta­lism

Co­py­ri­ght © by Ha-Joon Chang, 2010

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej, 2013

Wy­da­nie pierw­sze

Prin­ted in Po­land

ISBN 978-83-63855-48-2

Prze­kład: Bar­ba­ra Sze­le­wa

Re­dak­cja: Prze­my­sław Le­szek

Współ­pra­ca re­dak­cyj­na: Ja­kub Bo­żek, Ma­ciej Kro­piw­nic­ki

Ko­rek­ta: Ur­szu­la Ro­man

Pro­jekt okład­ki: Han­na Gill-Pią­tek

Układ ty­po­gra­ficz­ny, skład: Ka­ta­rzy­na Bła­hu­ta

Sup­por­ted by a grant from the Open So­cie­ty Fo­un­da­tions.

Książ­ka uka­zu­je się przy wspar­ciu Open So­cie­ty Fo­un­da­tions.

Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej

ul. Fok­sal 16, II p.

00-372 War­sza­wa

re­dak­[email protected]­ty­ka­po­li­tycz­na.pl

www.kry­ty­ka­po­li­tycz­na.pl

Książ­ki Wy­daw­nic­twa Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej do­stęp­ne są w sie­dzi­bie głów­nej Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej (ul. Fok­sal 16, War­sza­wa), Świe­tli­cy KP w Ło­dzi (ul. Pio­trow­ska 101), Świe­tli­cy KP w Trój­mie­ście (Nowe Ogro­dy 35, Gdańsk), Świe­tli­cy KP w Cie­szy­nie (ul. Zam­ko­wa 1) oraz księ­gar­ni in­ter­ne­to­wej KP (www.sklep.kry­ty­ka­po­li­tycz­na.pl), a w ce­nie de­ta­licz­nej w do­brych księ­gar­niach na te­re­nie ca­łej Pol­ski.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Au­tor spryt­nie oba­la naj­więk­sze mity na te­mat świa­to­wej go­spo­dar­ki.

„Ob­se­rver”

Waż­na książ­ka, prze­ko­nu­ją­ca do bar­dziej świa­do­mej glo­ba­li­za­cji.

„Fi­nan­cial Ti­mes”

Wy­ra­zi­sta, od­waż­na i co­raz bar­dziej wpły­wo­wa książ­ka, któ­ra w świe­cie fi­nan­sje­ry wy­wo­łu­je nie­żyt żo­łąd­ka.

„The Gu­ar­dian”

Ha-Joon Chang to nowa gwiaz­da eko­no­mii.

„In­de­pen­dent on Sun­day”

Hee-Je­ong, Yunie i  Jin-Gyu

7 sposobów czytania 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie

Spo­sób 1. Je­śli nie je­steś do koń­ca pe­wien tego, czym jest ka­pi­ta­lizm, prze­czy­taj:

Rze­czy 1, 2, 5, 8, 13, 16, 19, 20 i 22

Spo­sób 2. Je­śli my­ślisz, że po­li­ty­ka to stra­ta cza­su, prze­czy­taj:

Rze­czy 1, 5, 7, 12, 16, 18, 19, 21 i 23

Spo­sób 3. Je­śli za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go nie po­pra­wia się ja­kość two­je­go ży­cia po­mi­mo wciąż ro­sną­cych do­cho­dów i co­raz bar­dziej roz­wi­nię­tej tech­no­lo­gii, prze­czy­taj:

Rze­czy 2, 4, 6, 8, 9, 10, 17, 18 i 22

Spo­sób 4. Je­śli uwa­żasz, że nie­któ­rzy lu­dzie są bo­gat­si od in­nych, po­nie­waż są zdol­niej­si, le­piej wy­kształ­ce­ni i bar­dziej przed­się­bior­czy, prze­czy­taj:

Rze­czy 3, 10, 13, 14, 15, 16, 17, 20 i 21

Spo­sób 5. Je­śli chcesz się do­wie­dzieć, dla­cze­go bied­ne kra­je są bied­ne i jak mo­gły­by się wzbo­ga­cić, prze­czy­taj:

Rze­czy 3, 6, 8, 9, 10, 11, 12, 15, 17 i 23

Spo­sób 6. Je­śli są­dzisz, że świat jest nie­spra­wie­dli­wy, ale nie­wie­le da się z tym zro­bić, prze­czy­taj:

Rze­czy 1, 2, 3, 4, 5, 11, 13, 14, 15, 20 i 21

Spo­sób 7. Prze­czy­taj ca­łość w na­stę­pu­ją­cej ko­lej­no­ści…

Podziękowania

Pi­sząc tę książ­kę, ko­rzy­sta­łem z po­mo­cy wie­lu osób. Mój agent li­te­rac­ki, Ivan Mul­ca­hy, któ­ry ode­grał za­sad­ni­czą rolę w przy­go­to­wy­wa­niu mo­jej po­przed­niej książ­ki, Bad Sa­ma­ri­tans [Źli sa­ma­ry­ta­nie] – opo­wia­da­ją­cej o świe­cie kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się – nie­ustan­nie na­ma­wiał mnie do na­pi­sa­nia ko­lej­nej, o po­sze­rzo­nej te­ma­ty­ce. Pe­ter Gin­na, mój re­dak­tor w ame­ry­kań­skim wy­daw­nic­twie Blo­oms­bu­ry, nie tyl­ko prze­ka­zał mi waż­ne re­dak­tor­skie uwa­gi, ale tak­że ode­grał za­sad­ni­czą rolę, je­śli cho­dzi o cha­rak­ter tej książ­ki: gdy ja pra­co­wa­łem nad jej kon­cep­cją, on wpadł na po­mysł ty­tu­łu – 23 rze­czy, któ­rych nie mó­wią ci o ka­pi­ta­li­zmie. Wil­liam Go­odlad, mój re­dak­tor w Al­len Lane, wziął na sie­bie głów­ną re­dak­cję i wy­ko­nał ka­wał do­brej ro­bo­ty, dzię­ki cze­mu wszyst­ko wy­glą­da jak na­le­ży.

Wie­le osób czy­ta­ło po­szcze­gól­ne czę­ści książ­ki i do­star­czy­ło mi po­moc­nych ko­men­ta­rzy. Dun­can Gre­en prze­czy­tał wszyst­kie roz­dzia­ły i prze­ka­zał mi uży­tecz­ne wska­zów­ki za­rów­no do­ty­czą­ce tre­ści, jak i spraw re­dak­cyj­nych. Przez wie­le roz­dzia­łów prze­brnę­li Geoff Har­co­urt i De­epak Ny­y­ar, udzie­la­jąc mi bły­sko­tli­wych rad. Dirk Bez­e­mer, Chris Cra­mer, Sha­ila­ja Fen­nel, Pa­trick Imam, De­bo­rah John­ston, Amy Klatz­kin, Bar­ry Lynn, Ke­nia Par­sons i Bob Row­thorn prze­czy­ta­li róż­ne roz­dzia­ły i po­dzie­li­li się ze mną war­to­ścio­wy­mi ko­men­ta­rza­mi.

Nie mógł­bym zgro­ma­dzić wszyst­kich dro­bia­zgo­wych in­for­ma­cji, na któ­rych opie­ra się treść książ­ki, bez wspar­cia ze stro­ny mo­ich zdol­nych asy­sten­tów na­uko­wych. Dzię­ku­ję, w ko­lej­no­ści al­fa­be­tycz­nej, Bhar­gav Ad­hva­ryu, Has­sa­no­wi Akram, An­to­nio An­dre­oni, Yuren­drze Ba­snett, Mu­ham­ma­do­wi Ir­fan, Ve­eray­ooth Kan­cho­ochat i Fran­ce­sce Re­in­hardt za oka­za­ną mi po­moc.

Chciał­bym rów­nież po­dzię­ko­wać Seung-il Je­ong i Buhm Lee za to, że do­star­czy­li mi trud­no do­stęp­ne dane.

Na ko­niec pra­gnę po­dzię­ko­wać mo­jej ro­dzi­nie, bez mi­ło­ści i wspar­cia któ­rej nig­dy nie uda­ło­by mi się ukoń­czyć tego tek­stu. Hee-Je­ong, moja żona, nie tyl­ko udzie­li­ła mi wiel­kie­go emo­cjo­nal­ne­go wspar­cia w cza­sie pra­cy, ale tak­że prze­czy­ta­ła wszyst­kie roz­dzia­ły i po­mo­gła sfor­mu­ło­wać ar­gu­men­ty w spo­sób bar­dziej spój­ny i przy­stęp­ny. Z wiel­ką przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wa­łem re­ak­cje mo­jej cór­ki, gdy – po tym, jak dzie­li­łem się z nią nie­któ­ry­mi mo­imi prze­my­śle­nia­mi – od­po­wia­da­ła z za­ska­ku­ją­cą, jak na czter­na­sto­lat­kę, in­te­lek­tu­al­ną doj­rza­ło­ścią. Mój syn Jin-Gyu do­star­czył mi wie­lu cie­ka­wych po­my­słów i bar­dzo mnie wspie­rał. Im troj­gu de­dy­ku­ję tę książ­kę.

Wstęp

Świa­to­wa go­spo­dar­ka wali się w gru­zy. Choć fi­skal­ne i mo­ne­tar­ne pa­kie­ty sty­mu­la­cyj­ne, za­sto­so­wa­ne na nie­spo­ty­ka­ną wcze­śniej ska­lę, za­po­bie­gły prze­ro­dze­niu się kra­chu fi­nan­so­we­go z 2008 roku w cał­ko­wi­te za­ła­ma­nie świa­to­we­go sys­te­mu go­spo­dar­cze­go, to i tak jest on dru­gim – po Wiel­kim Kry­zy­sie – naj­więk­szym go­spo­dar­czym kry­zy­sem w hi­sto­rii. I choć gdy pi­szę te sło­wa (ma­rzec 2010 roku), nie­któ­rzy lu­dzie ogła­sza­ją już ko­niec re­ce­sji, to trwa­łe od­bi­cie się go­spo­dar­ki w żad­nym wy­pad­ku nie jest pew­ne. Nie wpro­wa­dzo­no re­gu­la­cji ryn­ku fi­nan­so­we­go, a luź­na po­li­ty­ka pie­nięż­na i fi­skal­na do­pro­wa­dzi­ła do po­wsta­nia no­wej bań­ki fi­nan­so­wej. Jed­no­cze­śnie re­al­na go­spo­dar­ka pil­nie po­trze­bu­je pie­nię­dzy. Je­śli nowe bań­ki pęk­ną, glo­bal­na go­spo­dar­ka wpad­nie w po­now­ną re­ce­sję [do­uble-dip re­ces­sion]. Je­że­li na­wet od­bi­cie się utrzy­ma, to i tak na­stęp­stwa kry­zy­su będą od­czu­wal­ne jesz­cze przez wie­le lat. Fir­mom i go­spo­dar­stwom do­mo­wym może za­jąć kil­ka lat, za­nim od­bu­du­ją rów­no­wa­gę w swo­ich fi­nan­sach. Ogrom­ne de­fi­cy­ty bu­dże­to­we spo­wo­do­wa­ne kry­zy­sem zmu­szą rzą­dy do znacz­ne­go ogra­ni­cze­nia in­we­sty­cji pu­blicz­nych oraz uszczu­ple­nia upraw­nień so­cjal­nych, co bę­dzie ne­ga­tyw­nie wpły­wać na wzrost go­spo­dar­czy, po­głę­bi bie­dę i nie­sta­bil­ność spo­łecz­ną – moż­li­we, że przez kil­ka de­kad. Część z tych, któ­rzy w cza­sie kry­zy­su stra­ci­li miej­sca pra­cy i za­miesz­ka­nia, być może już nig­dy nie tra­fi do głów­ne­go nur­tu go­spo­dar­ki. To na­praw­dę nie­po­ko­ją­ca per­spek­ty­wa.

Ka­ta­stro­fie tej win­na jest ide­olo­gia wol­no­ryn­ko­wa, któ­ra rzą­dzi świa­tem po­cząw­szy od lat 80. ubie­głe­go wie­ku. Po­wie­dzia­no nam, że ryn­ki po­zo­sta­wio­ne sa­mym so­bie za­pew­nią naj­bar­dziej spra­wie­dli­we i sku­tecz­ne roz­wią­za­nia. Sku­tecz­ne, bo jed­nost­ki wie­dzą, jak wy­ko­rzy­stać za­so­by, któ­ry­mi dys­po­nu­ją; spra­wie­dli­we, bo kon­ku­ren­cja na ryn­ku spra­wi, że wszy­scy będą na­gra­dza­ni w za­leż­no­ści od wy­daj­no­ści swo­jej pra­cy. Po­wie­dzia­no nam, że biz­ne­so­wi na­le­ży za­pew­nić mak­si­mum swo­bo­dy dzia­ła­nia. Fir­my – jako że znaj­du­ją się naj­bli­żej ryn­ku – wie­dzą naj­le­piej, co jest dla nich naj­ko­rzyst­niej­sze. Je­śli po­zwo­li­my im ro­bić to, co chcą, wy­twa­rza­nie bo­gac­twa osią­gnie swo­je mak­si­mum i w re­zul­ta­cie przy­nie­sie po­zy­tyw­ne skut­ki rów­nież resz­cie spo­łe­czeń­stwa. Po­wie­dzia­no nam, że in­ter­wen­cja rzą­du na ryn­kach tyl­ko zmniej­szy ich efek­tyw­ność. Tego ro­dza­ju in­ter­wen­cje są czę­sto pro­jek­to­wa­ne w celu ogra­ni­cze­nia moż­li­wo­ści wy­twa­rza­nia zy­sku w imię źle po­ję­te­go ega­li­ta­ry­zmu. A na­wet je­śli nie w tym rzecz, to rzą­dy i tak nie są w sta­nie po­pra­wić ryn­ko­wych wy­ni­ków, po­nie­waż bra­ku­je im in­for­ma­cji i mo­ty­wa­cji nie­zbęd­nych do po­dej­mo­wa­nia do­brych de­cy­zji biz­ne­so­wych. Pod­su­mo­wu­jąc, ka­za­no nam w peł­ni za­ufać ryn­ko­wi i po pro­stu zejść mu z dro­gi.

Sto­su­jąc się do tej rady, więk­szość kra­jów wdro­ży­ła w cią­gu ostat­nich trzy­dzie­stu lat wol­no­ryn­ko­we re­for­my: pry­wa­ty­za­cję pań­stwo­wych firm fi­nan­so­wych i prze­my­sło­wych, de­re­gu­la­cję sys­te­mu fi­nan­so­we­go i prze­my­słu, li­be­ra­li­za­cję mię­dzy­na­ro­do­we­go han­dlu i in­we­sty­cji oraz ob­ni­że­nie po­dat­ków do­cho­do­wych i świad­czeń so­cjal­nych. Roz­wią­za­nia te, jak przy­zna­li ich zwo­len­ni­cy, mogą stwa­rzać tym­cza­so­we pro­ble­my, na przy­kład w po­sta­ci ro­sną­cych nie­rów­no­ści do­cho­do­wych, ale w koń­cu przy­nio­są ko­rzyść wszyst­kim, bo dzię­ki nim spo­łe­czeń­stwo sta­nie się bo­gat­sze i bar­dziej dy­na­micz­ne. Na wez­bra­nej fali wzno­szą się wszyst­kie ło­dzie – oto ja­kiej me­ta­fo­ry uży­wa­no.

Kon­se­kwen­cje tej po­li­ty­ki znaj­du­ją się na dru­gim bie­gu­nie tego, co obie­cy­wa­no. Za­po­mnij­my na chwi­lę o za­pa­ści fi­nan­so­wej, któ­ra po­zo­sta­wi po so­bie rany na naj­bliż­sze dwa­dzie­ścia lat. Za­nim jesz­cze na­stą­pi­ła, po­li­ty­ka wol­no­ryn­ko­wa więk­szo­ści kra­jów przy­nio­sła – cze­go więk­szość lu­dzi nie jest świa­do­ma – skut­ki w po­sta­ci spo­wol­nio­ne­go wzro­stu go­spo­dar­cze­go, więk­szych nie­rów­no­ści i wyż­szej nie­sta­bil­no­ści. W wie­lu bo­ga­tych kra­jach pro­ble­my te zo­sta­ły ukry­te pod ma­ską ogrom­nej eks­pan­sji kre­dy­to­wej. W re­zul­ta­cie uda­ło się wy­god­nie za­ka­mu­flo­wać utrzy­mu­ją­cą się w USA od lat 70. sta­gna­cję płac i wy­dłu­ża­ją­cy się czas pra­cy za za­sło­ną gwał­tow­ne­go, na­pę­dzo­ne­go kre­dy­tem bo­omu kon­sump­cyj­ne­go. Spra­wy wy­glą­da­ły wy­star­cza­ją­co źle w kra­jach bo­ga­tych, ale sy­tu­acja była jesz­cze po­waż­niej­sza w świe­cie roz­wi­ja­ją­cym się. W Afry­ce Sub­sa­ha­ryj­skiej na prze­strze­ni ostat­nich trzy­dzie­stu lat stan­dard ży­cia utknął w miej­scu, na­to­miast Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa do­świad­czy­ła w tym cza­sie spad­ku do­cho­du per ca­pi­ta o dwie trze­cie. Wśród kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się ist­nia­ły ta­kie, któ­re w tym okre­sie roz­wi­ja­ły się szyb­ko (choć szyb­ko ro­sły w nich rów­nież nie­rów­no­ści), jak Chi­ny i In­die, tyle że na­le­żą one wła­śnie do gru­py tych państw, któ­re – choć czę­ścio­wo się zli­be­ra­li­zo­wa­ły – to od­mó­wi­ły wpro­wa­dze­nia u sie­bie roz­wią­zań wol­no­ryn­ko­wych w peł­nym za­kre­sie.

Za­tem to, co po­wie­dzie­li nam wol­no­ryn­kow­cy – albo, jak czę­sto się ich na­zy­wa, eko­no­mi­ści neo­li­be­ral­ni – w naj­lep­szym wy­pad­ku było tyl­ko czę­ścio­wą praw­dą, a w naj­gor­szym w ogó­le nią nie było. Jak po­ka­zu­ję w tej książ­ce, „praw­dy“ roz­po­wszech­nia­ne przez ide­olo­gów wol­ne­go ryn­ku – na­wet je­śli nie czy­nią oni tego z my­ślą o wła­snym in­te­re­sie – opar­te są na zbyt uprosz­czo­nych za­ło­że­niach i ogra­ni­czo­nym świa­to­po­glą­dzie. Moim ce­lem jest prze­ka­za­nie czy­tel­ni­ko­wi pew­nych fun­da­men­tal­nych prawd o ka­pi­ta­li­zmie, o któ­rych wol­no­ryn­kow­cy mil­czą.

Nie pi­szę jed­nak an­ty­ka­pi­ta­li­stycz­ne­go ma­ni­fe­stu. Kry­ty­ko­wa­nie ide­olo­gii wol­no­ryn­ko­wej nie ozna­cza sprze­ci­wu wo­bec ka­pi­ta­li­zmu. Mimo swo­ich ogra­ni­czeń, ka­pi­ta­lizm jest moim zda­niem i tak naj­lep­szym sys­te­mem go­spo­dar­czym, jaki wy­my­śli­ła ludz­kość. Moja kry­ty­ka do­ty­czy szcze­gól­nej wer­sji ka­pi­ta­li­zmu, któ­ra do­mi­nu­je na świe­cie od trzy­dzie­stu lat – czy­li ka­pi­ta­li­zmu wol­no­ryn­ko­we­go. Nie jest to je­dy­ny spo­sób, w jaki ka­pi­ta­lizm może funk­cjo­no­wać i z pew­no­ścią nie naj­lep­szy, o czym świad­czą wy­ni­ki go­spo­dar­cze z ostat­nich trzech dzie­się­cio­le­ci. Ta książ­ka po­ka­zu­je, że są spo­so­by na to, jak po­win­no się i jak moż­na uczy­nić ka­pi­ta­lizm po pro­stu lep­szym.

Choć kry­zys z 2008 roku spra­wił, że wie­lu z nas po­waż­nie za­czę­ło wąt­pić w taki spo­sób za­rzą­dza­nia go­spo­dar­ką, to nie za­da­je­my py­tań, bo są­dzi­my, że to za­da­nie dla eks­per­tów. Do pew­ne­go stop­nia rze­czy­wi­ście tak jest. Udzie­le­nie do­kład­nych od­po­wie­dzi wy­ma­ga wie­dzy na te­mat szcze­gó­łów tech­nicz­nych, z któ­rych wie­le jest tak skom­pli­ko­wa­nych, że na­wet wśród eks­per­tów nie ma co do nich zgo­dy. Za­tem to na­tu­ral­ne, że więk­szość z nas po pro­stu nie ma cza­su lub od­po­wied­nie­go przy­go­to­wa­nia do tego, by — przed wy­gło­sze­niem wła­snej opi­nii na te­mat efek­tyw­no­ści TARP (Tro­ubled As­set Re­lief Pro­gram), ko­niecz­no­ści ist­nie­nia G20, sen­sow­no­ści na­cjo­na­li­za­cji ban­ków czy ade­kwat­ne­go po­zio­mu wy­na­gro­dze­nia me­na­dże­rów — za­głę­biać się w tech­nicz­ne szcze­gó­ły. A je­śli cho­dzi o ta­kie pro­ble­my jak bie­da w Afry­ce, dzia­ła­nie Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Han­dlu albo za­sa­dy do­ty­czą­ce współ­czyn­ni­ka ka­pi­tał–ak­ty­wa Ban­ku Roz­ra­chun­ków Mię­dzy­na­ro­do­wych, to więk­szość z nas już zu­peł­nie się gubi.

Nie mu­si­my jed­nak ro­zu­mieć wszyst­kich tech­nicz­nych szcze­gó­łów, żeby po­jąć to, co dzie­je się w świe­cie i prak­ty­ko­wać coś, co na­zy­wam „ak­tyw­nym oby­wa­tel­stwem go­spo­dar­czym”, do­ma­ga­jąc się od­po­wied­nich dzia­łań od lu­dzi znaj­du­ją­cych się na sta­no­wi­skach de­cy­zyj­nych. W koń­cu for­mu­łu­je­my prze­cież opi­nie na te­mat roz­ma­itych in­nych kwe­stii mimo tego, że nie mamy eks­perc­kiej wie­dzy. Nie mu­si­my być epi­de­mio­lo­ga­mi, żeby wie­dzieć, że w fa­bry­kach żyw­no­ści, rzeź­niach i re­stau­ra­cjach po­win­ny być za­cho­wa­ne stan­dar­dy hi­gie­ny. For­mu­ło­wa­nie opi­nii na te­mat go­spo­dar­ki ni­czym się od tego nie róż­ni: jak już znasz pod­sta­wo­we za­sa­dy i fak­ty, mo­żesz wy­ra­żać ugrun­to­wa­ne opi­nie bez zna­jo­mo­ści de­ta­li. Je­dy­nym wy­mo­giem jest chęć zdję­cia tych ró­żo­wych oku­la­rów, któ­re neo­li­be­ral­ni ide­olo­go­wie chcie­li­by na co dzień wi­dzieć na two­im no­sie. Przez te oku­la­ry świat wy­glą­da pro­sto i ład­nie. Zdej­mij je jed­nak czy­tel­ni­ku i spójrz na sza­rą rze­czy­wi­stość. Gdy już zo­ba­czysz, że nie ma na­praw­dę cze­goś ta­kie­go jak wol­ny ry­nek, nie dasz się na­brać lu­dziom, któ­rzy po­tę­pia­ją re­gu­la­cje, twier­dząc, że „znie­wa­la­ją” one ry­nek (zob. Rzecz 1). Kie­dy do­wiesz się, że sil­ne i ak­tyw­ne rzą­dy mogą na­pę­dzać, a nie tłu­mić dy­na­mi­kę go­spo­dar­czą, zo­ba­czysz, że roz­po­wszech­nio­ny brak za­ufa­nia do pań­stwa jest nie­uza­sad­nio­ny (zob. Rze­czy 12 i  21). Świa­do­mość tego, że nie ży­je­my w post­in­du­strial­nej go­spo­dar­ce opar­tej na wie­dzy spra­wi, że pod­dasz w wąt­pli­wość umniej­sza­nie war­to­ści prze­my­słu czy na­wet dys­kret­ną ra­dość, z jaką nie­któ­re rzą­dy po­wi­ta­ły kur­cze­nie się sek­to­ra prze­my­sło­we­go kra­ju (zob. Rze­czy 9 i  17). Kie­dy zdasz so­bie spra­wę z tego, że eko­no­mia ska­py­wa­nia [tric­kle-down eco­no­mics] nie dzia­ła, zo­ba­czysz wów­czas, czym na­praw­dę są ulgi po­dat­ko­we dla bo­ga­tych – po pro­stu zwy­kłą re­dy­stry­bu­cją do­cho­du na rzecz bo­ga­tych, a nie spo­so­bem na to, by­śmy wzbo­ga­ci­li się wszy­scy, jak nam wma­wia­no (zob. Rze­czy 13 i  20).

To, co przy­da­rzy­ło się świa­to­wej go­spo­dar­ce, ani nie sta­ło się przy­pad­kiem, ani nie było skut­kiem dzia­ła­nia nie­unik­nio­nych sił hi­sto­rii. Nie z po­wo­du ist­nie­nia ja­kie­goś że­la­zne­go pra­wa ryn­ku pła­ce więk­szo­ści Ame­ry­ka­nów sta­ły w miej­scu przy wzro­ście licz­by go­dzin pra­cy, pod­czas gdy naj­wyż­si me­na­dże­ro­wie i ban­kie­rzy nie­po­mier­nie pod­nie­śli swo­je do­cho­dy (zob. Rze­czy 10 i  14). Nie tyl­ko z po­wo­du nie­moż­li­we­go do za­ha­mo­wa­nia po­stę­pu w tech­no­lo­giach ko­mu­ni­ka­cyj­nych i trans­por­cie je­ste­śmy wy­sta­wie­ni na dzia­ła­nie wzma­ga­ją­cych się sił mię­dzy­na­ro­do­wej kon­ku­ren­cji i mu­si­my mar­twić się o przy­szłość za­trud­nie­nia (zob. Rze­czy 4 i  6). Wca­le nie był prze­są­dzo­ny co­raz więk­szy roz­rost sek­to­ra fi­nan­so­we­go – na prze­strze­ni ostat­nich trzy­dzie­stu lat po­stę­pu­ją­cy w ode­rwa­niu od re­al­nej go­spo­dar­ki – co osta­tecz­nie do­pro­wa­dzi­ło do eko­no­micz­nej ka­ta­stro­fy, któ­rej dzi­siaj do­świad­cza­my (zob. Rze­czy 18 i  22). Za­zwy­czaj nie z po­wo­dów zwią­za­nych z ja­ki­miś nie­pod­da­ją­cy­mi się kon­tro­li czyn­ni­ka­mi na­tu­ral­ny­mi – jak tro­pi­kal­ny kli­mat, nie­szczę­śli­we po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne czy zła kul­tu­ra – bied­ne kra­je są bied­ne (zob. Rze­czy 7 i  11).

Wy­ja­śnię, że to ludz­kie de­cy­zje, zwłasz­cza po­dej­mo­wa­ne przez tych, któ­rzy wład­ni są usta­na­wiać za­sa­dy, spra­wia­ją, że dzie­je się to, co się dzie­je. Choć ża­den de­cy­dent nie może być pe­wien tego, że jego dzia­ła­nia za­wsze będą pro­wa­dzić do po­żą­da­nych wy­ni­ków, to w pew­nym sen­sie de­cy­zje, któ­re zo­sta­ły pod­ję­te, nie były ko­niecz­ne. Nie ży­je­my w naj­lep­szym z moż­li­wych świa­tów. Gdy­by de­cy­do­wa­no in­a­czej, świat był­by po pro­stu inny. Bio­rąc to pod uwa­gę, mu­si­my za­dać py­ta­nie, czy de­cy­zje po­dej­mo­wa­ne przez bo­ga­tych i po­sia­da­ją­cych wła­dzę opar­te są na so­lid­nym uza­sad­nie­niu i do­wo­dach. Do­pie­ro gdy to zro­bi­my, bę­dzie­my mo­gli żą­dać od­po­wied­nich dzia­łań od kor­po­ra­cji, rzą­dów i or­ga­ni­za­cji mię­dzy­na­ro­do­wych. Bez ak­tyw­ne­go oby­wa­tel­stwa go­spo­dar­cze­go za­wsze bę­dzie­my ofia­ra­mi lu­dzi, któ­rzy mają więk­sze moż­li­wo­ści po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji i wma­wia­ją nam, że rze­czy się dzie­ją, bo tak być musi i dla­te­go nie mo­że­my zro­bić nic, żeby je zmie­nić, nie­za­leż­nie od tego, jak nie­przy­jem­ne i nie­spra­wie­dli­we mogą się one wy­da­wać.

Książ­ka zo­sta­ła przy­go­to­wa­na z my­ślą o tym, by jej czy­tel­nik mógł zro­zu­mieć, jak na­praw­dę funk­cjo­nu­je ka­pi­ta­lizm i co moż­na zro­bić, by dzia­łał le­piej. Nie jest to jed­nak pod­ręcz­nik z „eko­no­mii dla opor­nych” – usi­łu­ję w niej za­ofe­ro­wać czy­tel­ni­ko­wi rów­no­cze­śnie spo­ro mniej niż ta­kie książ­ki, a za­ra­zem dużo wię­cej.

Ofe­ru­ję mniej niż eko­no­mię dla opor­nych, bo nie wcho­dzę w wie­le tech­nicz­nych szcze­gó­łów, któ­re mu­sia­ły­by zo­stać ob­ja­śnio­ne na­wet w pod­ręcz­ni­ku do pod­staw eko­no­mii. Nie igno­ru­ję ich jed­nak dla­te­go, że uwa­żam, iż moi czy­tel­ni­cy nie by­li­by w sta­nie ich zro­zu­mieć. 95 pro­cent eko­no­mii to zdro­wy roz­są­dek, któ­ry ktoś skom­pli­ko­wał, a na­wet w od­nie­sie­niu do po­zo­sta­łych 5 pro­cent za­sad­ni­cze ro­zu­mo­wa­nie, choć nie wszyst­kie tech­nicz­ne szcze­gó­ły, moż­na wy­ja­śnić w pro­sty spo­sób. Wie­rzę po pro­stu, że naj­lep­szym spo­so­bem na po­zna­nie za­sad eko­no­mii jest wy­ko­rzy­sta­nie ich do zro­zu­mie­nia pro­ble­mów, któ­re naj­bar­dziej in­te­re­su­ją czy­tel­ni­ka. Dla­te­go wpro­wa­dzam tech­nicz­ne szcze­gó­ły tyl­ko wte­dy, kie­dy są istot­ne, a nie w sys­te­ma­tycz­ny, pod­ręcz­ni­ko­wy spo­sób.

Jed­no­cze­śnie książ­ka ta, choć przy­stęp­na dla czy­tel­ni­ka nie­bę­dą­ce­go spe­cja­li­stą, sta­no­wi za­ra­zem coś wię­cej niż eko­no­mię dla opor­nych. Tak na­praw­dę się­ga ona znacz­nie głę­biej niż wie­le ksią­żek do eko­no­mii na po­zio­mie za­awan­so­wa­nym, po­nie­waż kwe­stio­nu­je wie­le uzna­nych teo­rii eko­no­micz­nych i fak­tów trak­to­wa­nych przez te pod­ręcz­ni­ki jako oczy­wi­stość. Choć może to brzmieć znie­chę­ca­ją­co dla czy­tel­ni­ka nie­bę­dą­ce­go eks­per­tem – mia­no­wi­cie proś­ba, by za­kwe­stio­no­wał teo­rie wspar­te przez „eks­per­tów” i fak­ty, któ­re ak­cep­to­wa­ne są przez więk­szość pro­fe­sjo­na­li­stów z tej dzie­dzi­ny – to prze­ko­na się on, że jest to tak na­praw­dę znacz­nie ła­twiej­sze, niż się wy­da­je, kie­dy tyl­ko po­rzu­ci się za­ło­że­nie, że to, w co wie­rzy więk­szość eks­per­tów, musi być praw­dą.

Więk­szość pro­ble­mów, któ­re oma­wiam w tej książ­ce, nie ma ła­twych roz­wią­zań. W wie­lu przy­pad­kach wła­śnie o to mi cho­dzi, że – wbrew temu, w co każą ci wie­rzyć wol­no­ryn­ko­wi eko­no­mi­ści – nie ma pro­stych od­po­wie­dzi. Do­pó­ki jed­nak nie zmie­rzy­my się z tymi trud­no­ścia­mi, do­pó­ty nie bę­dzie­my w sta­nie po­jąć tego, jak świat fak­tycz­nie funk­cjo­nu­je. A je­śli to nam się nie uda, nie bę­dzie­my po pro­stu w sta­nie bro­nić wła­snych in­te­re­sów, nie mó­wiąc już o dzia­ła­niu na rzecz do­bra wyż­sze­go, jako ak­tyw­ni oby­wa­te­le – pod­mio­ty go­spo­dar­ki.

Rzecz 1 Wolny rynek nie istnieje

Co ci mó­wią

Ryn­ki mu­szą być wol­ne. Gdy rząd in­ter­we­niu­je, aby na­rzu­cić uczest­ni­kom ryn­ku to, co wol­no im ro­bić, a co nie, za­so­by nie mogą swo­bod­nie prze­pły­wać w kie­run­ku ich naj­efek­tyw­niej­sze­go wy­ko­rzy­sta­nia. Je­śli zaś za­bro­ni się lu­dziom ro­bić rze­czy, któ­re uzna­ją za naj­bar­dziej zy­skow­ne, tra­cą mo­ty­wa­cję do in­we­sto­wa­nia i wpro­wa­dza­nia in­no­wa­cji. Dla­te­go w sy­tu­acji, gdy rząd na­kła­da ogra­ni­cze­nia na wy­so­kość czyn­szu, wła­ści­cie­le miesz­kań tra­cą mo­ty­wa­cję do utrzy­my­wa­nia swo­ich nie­ru­cho­mo­ści i bu­do­wa­nia no­wych. Albo je­śli rząd na­kła­da re­stryk­cje na sprze­daż nie­któ­rych pro­duk­tów fi­nan­so­wych, to dwie ukła­da­ją­ce się stro­ny – ma­ją­ce szan­sę sko­rzy­stać na udzia­le w in­no­wa­cyj­nych trans­ak­cjach skut­ku­ją­cych za­spo­ko­je­niem ich spe­cy­ficz­nych po­trzeb – nie mogą za­wrzeć umo­wy i ze­brać jej po­ten­cjal­nych owo­ców. Lu­dziom po­win­no się po­zo­sta­wić „wol­ny wy­bór“, jak gło­si ty­tuł słyn­nej książ­ki wi­zjo­ne­ra wol­ne­go ryn­ku, Mil­to­na Fried­ma­na.

Cze­go ci nie po­wie­dzą

Wol­ny ry­nek nie ist­nie­je. Każ­dy ry­nek rzą­dzi się ja­ki­miś za­sa­da­mi i funk­cjo­nu­je w pew­nych ra­mach, któ­re ogra­ni­cza­ją wol­ność wy­bo­ru. Ry­nek wy­da­je nam się wol­ny tyl­ko dla­te­go, że tak bez­wa­run­ko­wo ak­cep­tu­je­my re­stryk­cje, któ­rym on pod­le­ga, że na­wet ich nie za­uwa­ża­my. Nie moż­na obiek­tyw­nie zde­fi­nio­wać tego, jak bar­dzo ja­kiś ry­nek jest „wol­ny” – to okre­śle­nie ma­ją­ce cha­rak­ter po­li­tycz­ny. Zwy­cza­jo­we twier­dze­nie po­wta­rza­ne przez wol­no­ryn­ko­wych eko­no­mi­stów o tym, że pró­bu­ją oni bro­nić ryn­ku przed po­li­tycz­nie mo­ty­wo­wa­ną in­ge­ren­cją rzą­du, jest fał­szy­we. Rząd jest za­wsze w grze, a wspo­mnia­ni wol­no­ryn­kow­cy po­sia­da­ją po­li­tycz­ne mo­ty­wa­cje, tak samo jak wszy­scy inni. Oba­le­nie mitu, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak obiek­tyw­nie zde­fi­nio­wa­ny „wol­ny ry­nek”, jest pierw­szym kro­kiem w kie­run­ku zro­zu­mie­nia ka­pi­ta­li­zmu.

Pra­ca po­win­na być wol­na

W 1819 roku w bry­tyj­skim par­la­men­cie zo­sta­ła przed­sta­wio­na usta­wa re­gu­lu­ją­ca dzia­łal­ność fa­bryk ba­weł­ny. Jak na współ­cze­sne stan­dar­dy usta­wa ta była nie­wia­ry­god­nie „ła­god­na”. Za­ka­zy­wa­ła za­trud­nia­nia ma­łych dzie­ci, tych po­ni­żej 9. roku ży­cia. Star­sze dzie­ci (mię­dzy 10. a 16. ro­kiem ży­cia) nadal mo­gły­by pra­co­wać, tyle że ogra­ni­czo­no licz­bę go­dzin ich pra­cy do 12 dzien­nie (no tak, bar­dzo ła­god­nie je po­trak­to­wa­no). Nowe za­sa­dy mia­ły za­sto­so­wa­nie tyl­ko do fa­bryk ba­weł­ny, bo uzna­no, że pra­ca w nich jest szcze­gól­nie nie­bez­piecz­na dla zdro­wia pra­cow­ni­ków.

Pro­po­zy­cja wy­wo­ła­ła ogrom­ne kon­tro­wer­sje. Prze­ciw­ni­cy uwa­ża­li, że na­ru­sza ona świę­tość, jaką jest swo­bo­da za­wie­ra­nia umów, nisz­cząc w ten spo­sób sam fun­da­ment wol­ne­go ryn­ku. Pod­czas dys­ku­sji nad tym prze­pi­sem nie­któ­rzy człon­ko­wie Izby Lor­dów sprze­ci­wia­li się mu, ar­gu­men­tu­jąc, że „pra­ca po­win­na być wol­na”. Ich tok my­śle­nia był na­stę­pu­ją­cy: dzie­ci chcą (i mu­szą) pra­co­wać, na­to­miast wła­ści­cie­le fa­bryk chcą je za­trud­niać – w czym więc pro­blem?

Dzi­siaj na­wet naj­bar­dziej za­go­rza­li obroń­cy wol­ne­go ryn­ku w Wiel­kiej Bry­ta­nii i in­nych bo­ga­tych kra­jach nie wpa­dli­by na to, żeby przy­wró­cić pra­cę dzie­ci w ra­mach pa­kie­tu re­form li­be­ra­li­zu­ją­cych ry­nek, któ­re­go tak bar­dzo pra­gną. Jed­nak jesz­cze w koń­cu XIX i na po­cząt­ku XX wie­ku, kie­dy wpro­wa­dza­no pierw­sze po­waż­ne re­gu­la­cje do­ty­czą­ce pra­cy dzie­ci w Eu­ro­pie i Ame­ry­ce Pół­noc­nej, wie­lu sza­no­wa­nych oby­wa­te­li uwa­ża­ło, że re­gu­lo­wa­nie pra­cy dzie­ci jest nie­zgod­ne z za­sa­da­mi wol­ne­go ryn­ku.

Tak wi­dzia­na „wol­ność” ryn­ku jest jak pięk­no: za­le­ży od tego, co się komu po­do­ba. Je­śli są­dzisz, że pra­wo dzie­ci do nie­wy­ko­ny­wa­nia przy­mu­so­wej pra­cy jest waż­niej­sze niż pra­wo wła­ści­cie­li fa­bryk do za­trud­nie­nia każ­de­go, kogo tyl­ko uzna­ją za sto­sow­ne, to nie bę­dziesz po­strze­gał za­ka­zu pra­cy dzie­ci jako na­ru­sze­nia wol­no­ści ryn­ku pra­cy. Je­śli zaś uwa­żasz od­wrot­nie, bę­dziesz wi­dzieć „znie­wo­lo­ny” ry­nek w oko­wach źle po­ję­tych re­gu­la­cji rzą­do­wych.

Nie mu­si­my co­fać się o dwa wie­ki, by do­strzec nor­my, któ­re uzna­je­my za oczy­wi­ste (i ak­cep­tu­je­my je jako „szum w tle” wol­ne­go ryn­ku), a któ­re – w mo­men­cie ich wpro­wa­dza­nia – po­waż­nie kwe­stio­no­wa­no jako pod­wa­ża­ją­ce wol­ny ry­nek. Kie­dy kil­ka­dzie­siąt lat temu po­ja­wi­ły się re­gu­la­cje zwią­za­ne z ochro­ną śro­do­wi­ska (na przy­kład do­ty­czą­ce emi­sji spa­lin przez sa­mo­cho­dy czy fa­bry­ki), wie­lu lu­dzi sprze­ci­wia­ło się im, twier­dząc, że na­ru­sza­ją one na­szą wol­ność wy­bo­ru. Prze­ciw­ni­cy re­gu­la­cji py­ta­li: sko­ro lu­dzie pra­gną jeź­dzić sa­mo­cho­da­mi bar­dziej za­nie­czysz­cza­ją­cy­mi śro­do­wi­sko, albo je­śli fa­bry­ki uzna­ją, że bar­dziej zy­skow­ne są me­to­dy pro­duk­cji, któ­re wią­żą się z jego więk­szym ska­że­niem, to dla­cze­go rząd miał­by za­po­bie­gać ta­kim wy­bo­rom? Dziś więk­szość lu­dzi uzna­je tego typu re­gu­la­cje za „na­tu­ral­ne”. Wie­rzą oni, że dzia­ła­nia krzyw­dzą­ce in­nych, choć­by w spo­sób cał­ko­wi­cie nie­za­mie­rzo­ny (jak w przy­pad­ku za­nie­czysz­czeń śro­do­wi­ska), po­win­ny być po pro­stu ogra­ni­cza­ne. Ro­zu­mie­ją też, że roz­sąd­nie jest ostroż­ne ko­rzy­stać z za­so­bów ener­gii, bo wie­le z nich ma cha­rak­ter źró­deł nie­od­na­wial­nych. Może im się rów­nież wy­da­wać słusz­ne ogra­ni­cza­nie ludz­kie­go wpły­wu na zmia­ny kli­ma­tycz­ne.

Sko­ro ten sam ry­nek bywa przez róż­nych lu­dzi po­strze­ga­ny jako cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się od­mien­ny­mi stop­nia­mi wol­no­ści, to na­praw­dę nie ma obiek­tyw­ne­go spo­so­bu zde­fi­nio­wa­nia tego, jak bar­dzo jest on wol­ny. In­ny­mi sło­wy, wol­ny ry­nek to złu­dze­nie. Je­śli pew­ne ryn­ki  w y d a j ą  s i ę   wol­ne, to tyl­ko dla­te­go, że do ta­kie­go stop­nia za­ak­cep­to­wa­li­śmy re­gu­la­cje, na któ­rych są one opar­te, że prze­sta­je­my je za­uwa­żać.

Stru­ny od pia­ni­na i mi­strzo­wie kung-fu

Jak wie­lu in­nych chłop­ców, w dzie­ciń­stwie fa­scy­no­wa­li mnie po­ko­nu­ją­cy siłę gra­wi­ta­cji mi­strzo­wie kung-fu z fil­mów pro­du­ko­wa­nych w Hong­kon­gu. I by­łem głę­bo­ko roz­cza­ro­wa­ny – po­dej­rze­wam, że jak wie­le in­nych dzie­ci – gdy do­wie­dzia­łem się, że ci mi­strzo­wie tak na­praw­dę wi­sie­li na stru­nach od pia­ni­na.

Wol­ny ry­nek dzia­ła tro­chę po­dob­nie. Ak­cep­tu­je­my pra­wo­moc­ność pew­nych re­gu­la­cji tak bar­dzo, że ich po pro­stu nie za­uwa­ża­my. Kie­dy przyj­rzy­my się ryn­kom uważ­niej, wy­cho­dzi na jaw, że dzia­ła­ją one w opar­ciu o pew­ne za­sa­dy – i to bar­dzo licz­ne.

Weź­my na po­czą­tek sze­ro­ki za­kres ogra­ni­czeń do­ty­czą­cych tego, czym moż­na han­dlo­wać. I nie cho­dzi tu­taj o za­kaz han­dlu ta­ki­mi „oczy­wi­sty­mi” rze­cza­mi jak nar­ko­ty­ki czy ludz­kie or­ga­ny. W no­wo­cze­snych go­spo­dar­kach nie są na sprze­daż gło­sy wy­bor­cze, sta­no­wi­ska pra­cy w ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej – przy­najm­niej nie otwar­cie, choć w więk­szo­ści kra­jów w prze­szło­ści nimi han­dlo­wa­no. Za­zwy­czaj nie wol­no sprze­da­wać miejsc na uni­wer­sy­te­cie, choć w nie­któ­rych kra­jach da się je ku­pić za pie­nią­dze – pła­cąc (nie­le­gal­nie) lu­dziom pro­wa­dzą­cym re­kru­ta­cję albo (le­gal­nie) do­tu­jąc uczel­nię. Wie­le kra­jów za­ka­zu­je han­dlu bro­nią pal­ną czy al­ko­ho­lem. Le­kar­stwa, za­nim tra­fią na ry­nek, za­zwy­czaj mu­szą uzy­skać od rzą­du li­cen­cję, przy­zna­wa­ną po wy­ka­za­niu tego, że są one bez­piecz­ne. Wszyst­kie te re­gu­la­cje są po­ten­cjal­nie kon­tro­wer­syj­ne – po­dob­nie jak przez pół­to­ra wie­ku kon­tro­wer­sje bu­dził za­kaz sprze­da­ży lu­dzi (han­del nie­wol­ni­ka­mi).

Ist­nie­ją rów­nież re­stryk­cje do­ty­czą­ce tego, kto może uczest­ni­czyć w ryn­ku. Re­gu­la­cje do­ty­czą­ce pra­cy dzie­ci dzi­siaj za­bra­nia­ją mło­do­cia­nym wcho­dze­nia na ry­nek pra­cy. W przy­pad­ku za­wo­dów ma­ją­cych istot­ny wpływ na ludz­kie ży­cie, jak le­karz czy praw­nik, wy­ma­ga­ne są li­cen­cje (cza­sem mogą być one wy­da­wa­ne przez sto­wa­rzy­sze­nia grup za­wo­do­wych, a nie rząd). Wie­le kra­jów po­zwa­la na za­ło­że­nie ban­ku tyl­ko tym fir­mom, któ­re dys­po­nu­ją okre­ślo­nym ka­pi­ta­łem. Na­wet gieł­da, któ­rej nie­do­re­gu­lo­wa­nie było przy­czy­ną świa­to­wej re­ce­sji w 2008 roku, okre­śla, kto może na niej han­dlo­wać. Nie mo­żesz po pro­stu wpaść na No­wo­jor­ską Gieł­dę Pa­pie­rów War­to­ścio­wych [New York Stock Exchan­ge – NYSE] z wor­kiem ak­cji i za­cząć je sprze­da­wać. Fir­my mu­szą speł­nić wy­ma­ga­nia do­ty­czą­ce wej­ścia na gieł­dę i przez okre­ślo­ną licz­bę lat spro­stać ry­go­ry­stycz­nym stan­dar­dom au­dy­tu, za­nim będą mo­gły za­ofe­ro­wać na sprze­daż swo­je udzia­ły. Han­del ak­cja­mi pro­wa­dzo­ny jest je­dy­nie przez li­cen­cjo­no­wa­nych ma­kle­rów i tra­de­rów.

Wa­run­ki han­dlu tak­że są okre­śla­ne. Jed­ną z rze­czy, któ­re za­sko­czy­ły mnie, kie­dy prze­pro­wa­dzi­łem się do Wiel­kiej Bry­ta­nii w la­tach 80., była moż­li­wość za­żą­da­nia zwro­tu peł­nej sumy za­pła­co­nej za (nie­wa­dli­wy) pro­dukt, któ­ry nam się nie spodo­bał. W Ko­rei nie moż­na było wów­czas tego ro­bić, chy­ba że było się klien­tem naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych do­mów to­wa­ro­wych. W Wiel­kiej Bry­ta­nii pra­wo kon­su­men­ta do zmia­ny zda­nia po­strze­ga­no zaś jako waż­niej­sze od pra­wa sprze­daw­cy do unik­nię­cia kosz­tów zwro­tu nie­chcia­ne­go (choć spraw­ne­go) pro­duk­tu. Ist­nie­je jesz­cze wie­le in­nych za­sad re­gu­lu­ją­cych róż­ne aspek­ty pro­ce­su wy­mia­ny: od­po­wie­dzial­ność pro­du­cen­ta za pro­dukt, nie­do­star­cze­nie pro­duk­tu na czas, zwło­ka w spła­cie po­życz­ki i tak da­lej. W wie­lu kra­jach wy­ma­ga­ne są rów­nież ze­zwo­le­nia na otwar­cie skle­pu w da­nym miej­scu – na przy­kład ogra­ni­cze­nia dla han­dlu ulicz­ne­go albo prze­pi­sy za­ka­zu­ją­ce pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści ko­mer­cyj­nej w dziel­ni­cach miesz­ka­nio­wych.

Ist­nie­ją tak­że re­gu­la­cje cen. Nie cho­dzi mi tu­taj je­dy­nie o tak po­wszech­ne zja­wi­ska jak ogra­ni­cze­nia wy­so­ko­ści czyn­szu czy pła­ce mi­ni­mal­ne, nad któ­ry­mi uwiel­bia­ją się pa­stwić wol­no­ryn­ko­wi eko­no­mi­ści.

W bo­ga­tych kra­jach wy­so­kość za­rob­ków jest w więk­szym stop­niu de­ter­mi­no­wa­na przez ogra­ni­cze­nie imi­gra­cji niż przez co­kol­wiek in­ne­go, wli­cza­jąc w to usta­wo­daw­stwo do­ty­czą­ce płac mi­ni­mal­nych. W jaki spo­sób usta­la się imi­gra­cyj­ne mak­si­mum? Nie robi tego „wol­ny” ry­nek pra­cy, któ­ry, je­śli po­zo­sta­wić go sa­me­mu so­bie, w koń­cu za­stą­pi­ły­by 80–90 pro­cent ro­dzi­mych pra­cow­ni­ków tań­szy­mi i czę­sto wy­daj­niej­szy­mi imi­gran­ta­mi. Spra­wę imi­gra­cji w du­żym stop­niu re­gu­lu­je po pro­stu po­li­ty­ka. Je­śli za­tem po­zo­stał w to­bie jesz­cze, czy­tel­ni­ku, cień wąt­pli­wo­ści, co do ogrom­nej roli, jaką rząd od­gry­wa na wol­nym ryn­ku, roz­waż to, że wszyst­kie pła­ce są w grun­cie rze­czy okre­śla­ne po­li­tycz­nie (zob.Rzecz 3).

Po kry­zy­sie fi­nan­so­wym w 2008 roku ceny kre­dy­tów (je­śli mia­ło się zdol­ność kre­dy­to­wą albo kre­dyt o zmien­nej sto­pie) w wie­lu kra­jach zna­czą­co spa­dły dzię­ki nie­ustan­ne­mu cię­ciu stóp pro­cen­to­wych. Czy sta­ło się tak, bo lu­dzie na­gle stra­ci­li za­in­te­re­so­wa­nie kre­dy­ta­mi i ban­ki mu­sia­ły ob­ni­żać ich ceny, żeby to zmie­nić? Nie, był to sku­tek po­li­tycz­nych de­cy­zji, któ­re mia­ły na celu wzmoc­nie­nie po­py­tu przez ob­cię­cie stóp pro­cen­to­wych. Na­wet w nor­mal­nych cza­sach sto­py pro­cen­to­we usta­la­ne są w więk­szo­ści kra­jów przez ban­ki cen­tral­ne, co ozna­cza, że w tych de­cy­zjach za­war­ty jest ja­kiś po­li­tycz­ny na­mysł. In­ny­mi sło­wy, sto­py pro­cen­to­we rów­nież okre­śla­ne są przez po­li­ty­kę.

Je­śli pła­ce i sto­py pro­cen­to­we są (w znacz­nym stop­niu) okre­śla­ne po­li­tycz­nie, to rów­nież po­zo­sta­łe ceny są za­leż­ne od po­li­ty­ki, jako że te pierw­sze wpły­wa­ją na wszyst­kie po­zo­sta­łe.

Czy han­del jest uczci­wy?

Do­strze­ga­my ist­nie­nie okre­ślo­nej re­gu­la­cji wów­czas, gdy nie zga­dza­my się z war­to­ścia­mi mo­ral­ny­mi, ja­kie za nią sto­ją. Ogra­ni­cza­ją­ce wol­ny han­del wy­so­kie cła, na­kła­da­ne przez fe­de­ral­ny rząd USA w XIX wie­ku, wy­wo­ły­wa­ły obu­rze­nie wśród wła­ści­cie­li nie­wol­ni­ków, któ­rzy jed­no­cze­śnie nie wi­dzie­li ni­cze­go złe­go w han­dlu ludź­mi na wol­nym ryn­ku. Z per­spek­ty­wy tych, któ­rzy uwa­ża­li, że lu­dzie mogą sta­no­wić czy­jąś wła­sność, za­ka­za­nie han­dlu nie­wol­ni­ka­mi było rów­nie god­ne sprze­ci­wu, jak wpro­wa­dze­nie ogra­ni­czeń w han­dlu pro­duk­ta­mi wy­two­rzo­ny­mi. Ko­re­ań­scy sprze­daw­cy z lat 80. pew­nie uzna­li­by wy­móg „bez­wa­run­ko­we­go zwro­tu” to­wa­ru za uciąż­li­wą rzą­do­wą re­gu­la­cję ogra­ni­cza­ją­cą wol­ność ryn­ku.

To star­cie war­to­ści leży rów­nież u pod­staw współ­cze­snej de­ba­ty: wol­ny han­del kon­tra spra­wie­dli­wy han­del [free tra­de vs fair tra­de]. Wie­lu Ame­ry­ka­nów uwa­ża, że Chi­ny bio­rą udział w han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wym, któ­ry może i jest wol­ny, ale nie jest spra­wie­dli­wy. Ich zda­niem, pła­cąc pra­cow­ni­kom nie­wia­ry­god­nie ni­skie staw­ki i zmu­sza­jąc ich do pra­cy w nie­ludz­kich wa­run­kach, Chi­ny kon­ku­ru­ją nie fair. Chiń­czy­cy na­to­miast mogą na to od­po­wie­dzieć, że jest rze­czą nie do przy­ję­cia, by bo­ga­te kra­je, po­pie­ra­jąc wol­ny han­del, jed­no­cze­śnie chcia­ły na­rzu­cić sztucz­ne ogra­ni­cze­nia dla eks­por­tu Chin, na­kła­da­jąc re­stryk­cje na im­port pro­duk­tów wy­two­rzo­nych przez przed­się­bior­stwa, któ­re skraj­nie wy­zy­sku­ją swo­ich pra­cow­ni­ków. Wy­da­je im się nie­spra­wie­dli­we, że nie po­zwa­la im się eks­plo­ato­wać je­dy­ne­go za­so­bu, któ­ry mają w wiel­kich ilo­ściach, czy­li ta­niej pra­cy.

Trud­ność po­le­ga oczy­wi­ście na tym, że nie ist­nie­je obiek­tyw­ny spo­sób, by zde­fi­nio­wać to, czym są „nie­wia­ry­god­nie ni­skie pła­ce” albo „nie­ludz­kie wa­run­ki pra­cy”. Bio­rąc pod uwa­gę ogrom­ne mię­dzy­na­ro­do­we zróż­ni­co­wa­nie po­zio­mu roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go i stan­dar­du ży­cia, jest rze­czą na­tu­ral­ną, że to, co ucho­dzi za gło­do­wą pen­sję w USA, bę­dzie cał­kiem przy­zwo­itym wy­na­gro­dze­niem w Chi­nach (prze­cięt­nie wy­no­si ono 10 pro­cent ame­ry­kań­skie­go), a w In­diach for­tu­ną (prze­cięt­na pła­ca sta­no­wi tam 2 pro­cent ame­ry­kań­skiej). Tak na­praw­dę więk­szość ame­ry­kań­skich rzecz­ni­ków spra­wie­dli­we­go han­dlu nie ku­pi­ła­by dóbr wy­pro­du­ko­wa­nych rę­ka­mi ich wła­snych dziad­ków, któ­rzy pra­co­wa­li po wie­le go­dzin dzien­nie w nie­ludz­kich wa­run­kach. Jesz­cze na po­cząt­ku XX wie­ku śred­ni ty­dzień pra­cy w USA trwał oko­ło 60 go­dzin. W tym cza­sie (do­kład­niej, w 1905 roku) był to kraj, w któ­rym Sąd Naj­wyż­szy za nie­zgod­ne z kon­sty­tu­cją uznał pra­wo sta­nu Nowy Jork ogra­ni­cza­ją­ce dzień pra­cy pie­ka­rzy do dzie­się­ciu go­dzin, bo „po­zba­wia­ło ono pie­ka­rza swo­bo­dy pra­cy tak dłu­go, jak so­bie tego ży­czył”.

Z tego punk­tu wi­dze­nia de­ba­ta o spra­wie­dli­wym han­dlu jest w za­sa­dzie spo­rem na te­mat war­to­ści mo­ral­nych i de­cy­zji po­li­tycz­nych, a nie dys­ku­sją ty­po­wo eko­no­micz­ną. Choć do­ty­czy kwe­stii go­spo­dar­czej, to jed­nak eko­no­mi­ści – ze swo­imi tech­nicz­ny­mi na­rzę­dzia­mi – nie są w ja­kiś szcze­gól­ny spo­sób upraw­nie­ni do tego, by się wy­po­wia­dać na jej te­mat.

Nie ozna­cza to, że mu­si­my za­jąć sta­no­wi­sko re­la­ty­wi­stycz­ne i po­go­dzić się z tym, że ni­ko­go nie moż­na skry­ty­ko­wać, bo i tak wszyst­ko przej­dzie. Mo­że­my (i ja tak wła­śnie ro­bię) mieć po­gląd na te­mat stan­dar­dów pra­cy pa­nu­ją­cych w Chi­nach (albo w ja­kim­kol­wiek in­nym kra­ju) i pró­bo­wać coś z tym zro­bić, nie twier­dząc przy tym, że ci, któ­rzy wy­zna­ją inny po­gląd, mylą się w ja­kimś ab­so­lut­nym sen­sie. Choć Chin nie stać na ame­ry­kań­skie pen­sje czy szwedz­kie wa­run­ki pra­cy, to na pew­no mogą one pod­nieść pła­ce i po­pra­wić wa­run­ki pra­cy swo­ich pra­cow­ni­ków. Wie­lu Chiń­czy­ków rze­czy­wi­ście nie ak­cep­tu­je ist­nie­ją­cych stan­dar­dów i do­ma­ga się su­row­szych re­gu­la­cji. Jed­nak teo­ria eko­no­mii (przy­najm­niej eko­no­mia wol­no­ryn­ko­wa) nie po­wie nam tego, ja­kie po­win­ny być w Chi­nach pła­ce i wa­run­ki pra­cy.

My chy­ba już nie je­ste­śmy we Fran­cji

W lip­cu 2008 roku, kie­dy upa­dał sys­tem fi­nan­so­wy kra­ju, rząd USA za­in­we­sto­wał 200 mld do­la­rów w fir­my Fan­nie Mae i Fred­die Mac, któ­re udzie­la­ły kre­dy­tów hi­po­tecz­nych, po czym je zna­cjo­na­li­zo­wał. Re­pu­bli­kań­ski se­na­tor Jim Bun­ning z Ken­tuc­ky za­re­ago­wał na to słyn­nym oskar­że­niem, że coś ta­kie­go mo­gło­by się zda­rzyć tyl­ko w kra­ju „so­cja­li­stycz­nym”, ta­kim jak Fran­cja.

Już po­rów­na­nie do Fran­cji było wy­star­cza­ją­co strasz­ne, ale 19 wrze­śnia 2008 roku uko­cha­ny kraj se­na­to­ra Bun­nin­ga zo­stał prze­mia­no­wa­ny – przez li­de­ra jego wła­snej par­tii – na samo Im­pe­rium Zła. Zgod­nie z ogło­szo­nym tego dnia przez pre­zy­den­ta Geo­r­ge’a W. Bu­sha pla­nem, któ­re­mu na­stęp­nie nada­no na­zwę TARP (Tro­ubled As­set Re­lief Pro­gram) – rząd USA miał wy­ko­rzy­stać przy­najm­niej 700 mi­liar­dów do­la­rów po­cho­dzą­cych z kie­sze­ni po­dat­ni­ków na wy­kup „tok­sycz­nych ak­ty­wów” du­szą­cych sys­tem fi­nan­so­wy.

Pre­zy­dent Bush jed­nak nie wi­dział tego w ten spo­sób. Jego zda­niem pro­gram nie miał nic wspól­ne­go z „so­cja­li­zmem”, a ra­czej był po pro­stu po­chod­ną ame­ry­kań­skie­go sys­te­mu wol­nej przed­się­bior­czo­ści, „opar­te­go na prze­świad­cze­niu, że rząd fe­de­ral­ny po­wi­nien in­ter­we­nio­wać na ryn­ku, tyl­ko je­śli to ko­niecz­ne”. Tyle że we­dług nie­go, na­cjo­na­li­za­cja wiel­kiej czę­ści sek­to­ra fi­nan­so­we­go była wła­śnie jed­ną z ta­kich ko­niecz­nych in­ter­wen­cji.

Oświad­cze­nie pana Bu­sha jest, rzecz ja­sna, naj­lep­szym przy­kła­dem sto­so­wa­nia po­li­tycz­nych po­dwój­nych stan­dar­dów – jed­na z naj­więk­szych in­ter­wen­cji pań­stwa w hi­sto­rii ludz­ko­ści przed­sta­wio­na zo­sta­ła w ten spo­sób jako zwy­kły prze­jaw ryn­ko­wych pro­ce­sów. Czy­niąc to, pan Bush ujaw­nił sła­bość fun­da­men­tów, na któ­rych stoi mit wol­ne­go ryn­ku. Jego oświad­cze­nie wy­raź­nie po­ka­za­ło, że o tym, co jest ko­niecz­ną in­ter­wen­cją pań­stwa, de­cy­du­je czy­jaś opi­nia. Nie ma na­uko­wo okre­ślo­nych gra­nic wol­ne­go ryn­ku.

Je­śli obec­ne ogra­ni­cze­nia ryn­ku nie są żad­nym sa­crum, to wy­sił­ki po­dej­mo­wa­ne ce­lem ich zmia­ny są rów­nie za­sad­ne, co pró­by ich obro­ny. Hi­sto­ria ka­pi­ta­li­zmu to w isto­cie cią­gła wal­ka o gra­ni­ce ryn­ku.

Wie­le spo­śród rze­czy, któ­re dziś znaj­du­ją się poza ryn­kiem, zo­sta­ło z nie­go usu­nię­tych na mocy de­cy­zji po­li­tycz­nych, a nie przez dzia­ła­nie pro­ce­sów ryn­ko­wych: lu­dzie jako przed­mio­ty han­dlu, miej­sca pra­cy w ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej, gło­sy wy­bor­cze, de­cy­zje są­dów, miej­sca na uni­wer­sy­te­tach albo le­kar­stwa bez cer­ty­fi­ka­tów. Wciąż po­dej­mo­wa­ne są pró­by han­dlu przy­najm­niej nie­któ­ry­mi z nich albo w spo­sób nie­le­gal­ny (prze­ku­py­wa­nie urzęd­ni­ków, sę­dziów czy wy­bor­ców), albo le­gal­nie (ko­rzy­sta­nie z usług dro­gich praw­ni­ków, by wy­grać pro­ces, do­ta­cje dla par­tii po­li­tycz­nych i tak da­lej). I cho­ciaż ru­chy te od­by­wa­ły się w obu kie­run­kach, to wy­stę­pu­je ten­den­cja do mniej­sze­go uryn­ko­wie­nia.

W sto­sun­ku do rze­czy, któ­re nadal po­zo­sta­ją przed­mio­tem han­dlu, z bie­giem cza­su wpro­wa­dza­no co­raz wię­cej ob­ostrzeń. W po­rów­na­niu do sy­tu­acji sprzed choć­by kil­ku de­kad, dziś mamy dużo su­row­sze re­gu­la­cje do­ty­czą­ce tego, kto i co może pro­du­ko­wać (na przy­kład cer­ty­fi­ka­ty dla pro­du­cen­tów sto­su­ją­cych na­tu­ral­ne me­to­dy upra­wy, czy prze­strze­ga­ją­cych re­guł spra­wie­dli­we­go han­dlu) i wa­run­ków sprze­da­ży (na przy­kład za­sa­dy met­ko­wa­nia pro­duk­tów czy zwro­tu to­wa­rów).

Poza tym pro­ces po­now­ne­go usta­na­wia­nia gra­nic ryn­ku prze­bie­gał cza­sem – co od­zwier­cie­dla jego po­li­tycz­ną na­tu­rę – pod zna­kiem kon­flik­tów z wy­ko­rzy­sta­niem prze­mo­cy. Ame­ry­ka­nie wal­czy­li w woj­nie do­mo­wej o moż­li­wość swo­bod­ne­go han­dlu nie­wol­ni­ka­mi (choć wol­ny han­del do­bra­mi, kwe­stia ceł, były rów­nie waż­ne)1. Bry­tyj­ski rząd wal­czył w woj­nie opiu­mo­wej z Chi­na­mi o moż­li­wość swo­bod­ne­go han­dlu tym środ­kiem odu­rza­ją­cym. Pra­ca dzie­ci na wol­nym ryn­ku – o czym wspo­mnia­łem wcze­śniej – zo­sta­ła pod­da­na re­gu­la­cjom tyl­ko dla­te­go, że za­bie­ga­li o to re­for­ma­to­rzy spo­łecz­ni. Po­wstrzy­my­wa­nie wol­no­ryn­ko­wych prak­tyk w miej­scach pra­cy ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej, czy w sto­sun­ku do gło­sów wy­bor­czych, spo­tka­ło się z opo­rem par­tii po­li­tycz­nych, któ­re ku­po­wa­ły gło­sy i roz­da­wa­ły rzą­do­we po­sa­dy, by wy­na­gro­dzić lo­ja­li­stów. Z prak­ty­ka­mi tymi skoń­czo­no w re­zul­ta­cie tego, że wy­stą­pi­ła pew­na kom­bi­na­cja czyn­ni­ków po­li­tycz­nych – uchwa­lo­no re­for­my pra­wa wy­bor­cze­go i wpro­wa­dzo­no zmia­nę za­sad za­trud­nia­nia w ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej.

Je­śli uzna­my, że gra­ni­ce ryn­ku są nie­wy­raź­ne i nie da się ich okre­ślić w spo­sób obiek­tyw­ny, to po­zwo­li nam zro­zu­mieć, że eko­no­mia nie jest na­uką, tak jak fi­zy­ka czy che­mia, lecz prak­ty­ką po­li­tycz­ną. Eko­no­mi­ści wol­no­ryn­ko­wi będą chcie­li, że­byś uwie­rzył w to, że wła­ści­we gra­ni­ce ryn­ku moż­na okre­ślić na­uko­wo. Ale to nie­praw­da. Je­śli bo­wiem nie da się okre­ślić w spo­sób na­uko­wy gra­nic tego, czym się zaj­mu­jesz, to zna­czy, że nie jest to na­uka.

Opie­ra­nie się no­wym re­gu­la­cjom ozna­cza za­tem stwier­dze­nie, że sta­tus quo, jak­kol­wiek nie­spra­wie­dli­wy wy­da­wał­by się nie­któ­rym lu­dziom, nie po­wi­nien zo­stać zmie­nio­ny. Twier­dze­nie, że ist­nie­ją­ce re­gu­la­cje na­le­ży wy­eli­mi­no­wać, to do­ma­ga­nie się po­sze­rze­nia do­me­ny ryn­ku, co ozna­cza więk­szą wła­dzę dla tych, któ­rzy mają pie­nią­dze, bo ry­nek kie­ru­je się za­sa­dą: je­den do­lar za je­den głos.

Kie­dy więc wol­no­ryn­ko­wi eko­no­mi­ści mó­wią, że nie po­win­no się wpro­wa­dzać pew­nej re­gu­la­cji, bo ogra­ni­czy­ła­by ona „wol­ność” na ja­kimś ryn­ku, to po pro­stu wy­ra­ża­ją po­li­tycz­ną opi­nię o tym, że od­rzu­ca­ją pra­wa tych, któ­rych pro­po­no­wa­ne ogra­ni­cze­nie mia­ło­by bro­nić. Za­kła­da­ją ide­olo­gicz­ną ma­skę, któ­ra ma nas prze­ko­nać, że pro­wa­dzo­na przez nich po­li­ty­ka nie jest tak na­praw­dę po­li­tycz­na, ale sta­no­wi obiek­tyw­ną eko­no­micz­ną praw­dę, pod­czas gdy po­li­ty­ka in­nych lu­dzi jest po­li­tycz­na. A tak na­praw­dę wol­no­ryn­ko­wi eko­no­mi­ści są w rów­nym stop­niu po­li­tycz­nie mo­ty­wo­wa­ni, co ich opo­nen­ci.

Ze­rwa­nie z ilu­zją obiek­tyw­no­ści ryn­ku jest pierw­szym kro­kiem w kie­run­ku zro­zu­mie­nia ka­pi­ta­li­zmu.

Rzecz 2Firmami nie powinno się zarządzać, stawiając na pierwszym miejscu interesy ich właścicieli

Co ci mó­wią

Udzia­łow­cy są wła­ści­cie­la­mi firm. Za­tem fir­ma­mi po­win­no się za­rzą­dzać tak, żeby chro­nić ich in­te­re­sy. I nie jest to po pro­stu ar­gu­ment na­tu­ry mo­ral­nej. Udzia­łow­cy nie mają za­gwa­ran­to­wa­ne­go wy­na­gro­dze­nia, w od­róż­nie­niu od pra­cow­ni­ków (któ­rzy mają sta­łe pła­ce), do­staw­ców (któ­rym pła­ci się okre­ślo­ną cenę), ban­ków udzie­la­ją­cych kre­dy­tów (któ­re do­sta­ją pie­nią­dze w po­sta­ci usta­lo­nych stóp pro­cen­to­wych) oraz in­nych pod­mio­tów za­an­ga­żo­wa­nych w dany biz­nes. Do­cho­dy ak­cjo­na­riu­szy za­le­żą od wy­ni­ków fir­my, co mo­ty­wu­je ich do dba­nia o jej po­myśl­ność. Je­śli fir­ma zban­kru­tu­je, udzia­łow­cy tra­cą wszyst­ko, pod­czas gdy po­zo­sta­łe za­an­ga­żo­wa­ne stro­ny coś przy­najm­niej do­sta­ją. Ak­cjo­na­riu­sze po­no­szą więc ry­zy­ko, któ­re­go nie po­no­szą inne oso­by za­an­ga­żo­wa­ne w dzia­łal­ność fir­my, co mo­ty­wu­je ich do dba­ło­ści o jak naj­wyż­szą jej wy­daj­ność. Kie­dy za­rzą­dzasz fir­mą, sta­wia­jąc na pierw­szym miej­scu in­te­res udzia­łow­ców, jej zysk (to, co zo­sta­je po opła­ce­niu wszyst­kich sztyw­nych kosz­tów) jest mak­sy­ma­li­zo­wa­ny, co ozna­cza tak­że mak­sy­ma­li­za­cję wno­szo­ne­go przez fir­mę spo­łecz­ne­go wkła­du.

Cze­go ci nie po­wie­dzą

Udzia­łow­cy może i są wła­ści­cie­la­mi kor­po­ra­cji, ale – po­dob­nie jak naj­bar­dziej mo­bil­ni „in­te­re­sa­riu­sze” – czę­sto naj­mniej dba­ją o przy­szłość fir­my w dłuż­szym okre­sie (chy­ba że są tak wiel­cy, że nie mogą sprze­dać swo­ich udzia­łów bez szko­dy dla biz­ne­su). Zwłasz­cza ci mniej­si udzia­łow­cy, choć nie wy­łącz­nie oni, pre­fe­ru­ją stra­te­gie, któ­re mają na celu mak­sy­ma­li­za­cję zy­sku w krót­kim okre­sie – za­zwy­czaj kosz­tem in­we­sty­cji za­kro­jo­nych na dłu­żej – i mak­sy­ma­li­za­cję dy­wi­dend z tych zy­sków, co jesz­cze bar­dziej osła­bia dłu­go­ter­mi­no­we per­spek­ty­wy fir­my, bo ob­ni­ża kwo­tę, jaką moż­na po­now­nie za­in­we­sto­wać. Pro­wa­dze­nie fir­my tak, by słu­ży­ło to in­te­re­som ak­cjo­na­riu­szy, czę­sto zmniej­sza jej po­ten­cjał wzro­stu w dłuż­szym okre­sie.

Ka­rol Marks bro­ni ka­pi­ta­li­zmu

Pew­nie za­uwa­ży­li­ście, że wie­le firm w an­glo­ję­zycz­nej czę­ści świa­ta ma w na­zwie li­te­rę L – PLC, LLC, Ltd. i tak da­lej. Ozna­cza ona „ogra­ni­czo­ny” [li­mi­ted], co sta­no­wi skrót od „ogra­ni­czo­nej od­po­wie­dzial­no­ści”, wy­stę­pu­ją­cy w na­zwach: pu­blicz­na spół­ka z   o g r a n i c z o n ą   od­po­wie­dzial­no­ścią (PLC), spół­ka z   o g r a n i c z o n ą   od­po­wie­dzial­no­ścią (LLC) albo po pro­stu spół­ka ka­pi­ta­ło­wa [li­mi­ted com­pa­ny] (Ltd.). Ogra­ni­czo­na od­po­wie­dzial­ność wska­zu­je na to, że jej in­we­sto­rzy, je­śli fir­ma zban­kru­tu­je, stra­cą tyl­ko to, co za­in­we­sto­wa­li (swo­je „udzia­ły”).

Jed­nak może nie zda­wa­li­ście so­bie spra­wy z tego, że sło­wo na L, czy­li ogra­ni­czo­na od­po­wie­dzial­ność, umoż­li­wi­ło roz­wój współ­cze­sne­go ka­pi­ta­li­zmu. Dziś ta for­ma or­ga­ni­za­cji przed­się­bior­stwa uzna­wa­na jest po pro­stu za oczy­wi­stą. Ale nie za­wsze tak było.

Za­nim wy­my­ślo­no spół­kę z ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią w XVI-wiecz­nej Eu­ro­pie – albo kom­pa­nię ak­cyj­ną, jak po­cząt­ko­wo ją okre­śla­no – biz­nes­me­ni za­kła­da­ją­cy przed­się­bior­stwo mu­sie­li ry­zy­ko­wać wszyst­kim. Kie­dy mó­wię wszyst­kim, to mam na­praw­dę na my­śli wszyst­ko. Nie tyl­ko wła­sność oso­bi­stą (nie­ogra­ni­czo­na od­po­wie­dzial­ność ozna­cza­ła, że biz­nes­men, któ­re­mu po­wi­nie się noga, mu­siał sprze­dać całą oso­bi­stą wła­sność, by spła­cić wszyst­kie dłu­gi), ale tak­że oso­bi­stą wol­ność (przed­się­bior­ca mógł pójść do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków, gdy­by nie uda­ło mu się spła­cić dłu­gów). Bio­rąc to pod uwa­gę, na­le­ży uznać nie­mal za cud to, że w ogó­le ktoś chciał wów­czas za­kła­dać biz­nes.

Nie­ste­ty na­wet po tym, jak wy­my­ślo­no ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­ność, w prak­ty­ce bar­dzo trud­no było ją sto­so­wać aż do po­ło­wy XIX wie­ku – aby za­ło­żyć spół­kę z o.o. po­trzeb­ny był wów­czas akt kró­lew­ski (lub rzą­do­wy w re­pu­bli­ce). Uwa­ża­no, że oso­by pro­wa­dzą­ce taką spół­kę po­win­ny być jej stu­pro­cen­to­wy­mi udzia­łow­ca­mi, bo w prze­ciw­nym ra­zie, ry­zy­ku­jąc po czę­ści nie swo­imi pie­niędz­mi, będą mia­ły skłon­ność do po­dej­mo­wa­nia nad­mier­ne­go ry­zy­ka. Rów­no­cze­śnie in­we­sto­rzy w spół­ce z o.o., któ­rzy jej nie pro­wa­dzi­li, byli – jak są­dzo­no – mniej uważ­ni w nad­zo­rze dzia­łań me­na­dże­rów, jako że ich ry­zy­ko było ogra­ni­czo­ne (do tego, co za­in­we­sto­wa­li). Adam Smith, oj­ciec eko­no­mii i pa­tron wol­no­ryn­ko­we­go ka­pi­ta­li­zmu, sprze­ci­wiał się ogra­ni­czo­nej od­po­wie­dzial­no­ści z tych wła­śnie po­wo­dów. Jego słyn­na wy­po­wiedź mówi o tym, że „dy­rek­to­rzy [kom­pa­nii ak­cyj­nych – przyp. au­to­ra] za­wia­du­ją ra­czej cu­dzy­mi pie­niędz­mi niż wła­sny­mi, za­tem nie moż­na się spo­dzie­wać, aby dba­li o te fun­du­sze z taką samą sta­ran­no­ścią, z jaką trosz­czą się o wła­sne fun­du­sze wspól­ni­cy w spół­ce pry­wat­nej [to jest z nie­ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią – przyp. au­to­ra]“2.

Dla­te­go pań­stwa za­zwy­czaj udzie­la­ły pra­wa do dzia­łal­no­ści z ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią je­dy­nie wy­jąt­ko­wo du­żym i ry­zy­kow­nym przed­się­wzię­ciom, któ­rym przy­pi­sy­wa­no zna­cze­nie dla in­te­re­su na­ro­do­we­go. Na­le­ża­ły do nich ta­kie fir­my jak za­ło­żo­na w 1602 roku Ho­len­der­ska Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska (i jej naj­więk­szy ry­wal, Bry­tyj­ska Kom­pa­nia Wschod­nio­in­dyj­ska) czy Bry­tyj­ska Kom­pa­nia Mórz Po­łu­dnio­wych, o któ­rej było gło­śno z po­wo­du bań­ki spe­ku­la­cyj­nej na­pom­po­wa­nej w 1721 roku na jej ak­cjach, i któ­ra na po­ko­le­nia okry­ła złą sła­wą spół­ki z ogra­ni­czo­ną od­po­wie­dzial­no­ścią.


Katastrofie tej winna jest ideologia wolnorynkowa, która rządzi światem począwszy od lat 80. ubiegłego wieku. Powiedziano nam, że rynki pozostawione samym sobie zapewnią najbardziej sprawiedliwe i skuteczne rozwiązania.