1989. Barwy zamienne - Marek Migalski - ebook
Opis

W wypełnionym robotami i inteligentnymi maszynami świecie przyszłości ludzie mogą spędzić ostatni rok swojego życia w dowolnej rzeczywistości. Możliwości hiperrealistycznej symulacji komputerowej są nieograniczone. Największą popularnością cieszą się rajskie scenerie, gwarantujące rok pełen doznań i cielesnych uciech. Mich-27X71, który przed Wielką Wojną był znany jako Michał, decyduje się jednak na przeniesienie do swojej młodości – Polski w 1989 roku. Świat ultranowoczesnych technologii zamienia szarzyzna bloków z wielkiej płyty i niepewność towarzysząca zbliżającej się przemianie systemowej. Michał przygląda się z boku sobie, swoim moralnym wyborom i wydarzeniom, które zmienią nieodwracalnie losy świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1989. Barwy zamienne

Copyright © 2019 by Marek Migalski

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © 2019 for this edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Artur Wiernicki

Wykonanie okładki: AdBigFish

Redakcja: Wojciech Górnaś / Redaktornia.com

Korekta: Marta Aleksandrowicz / Redaktornia.com, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-938-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Dwa robotele uwijały się wokół Mitcha-18III71. Jeden z nich odpowiedzialny był za utrzymanie funkcji jego ciała w należytym porządku. Nie było to łatwe – wiotkie i pergaminowobiałe, ważące obecnie nie więcej niż 40 kilogramów, wydawało się łatwe do uszkodzenia. Zanurzone było w roztworze o temperaturze 37 stopni, tylko głowa wystawała ponad powierzchnię i oparta była na specjalnej półeczce. Nogi, ręce i korpus Mitcha-18III71 lekko unosiły się na powierzchni roztworu, jakby już były martwe. Jedynie szeroko otwarte oczy świadczyły o tym, że Mitch-18III71 jeszcze żyje i utrzymuje pełny kontakt ze światem.

Drugi robotel przygotowywał się do wgrania w jego mózg programu odejścia. Podłączył już wszystkie potrzebne elektrolinki, wszedł do ciała migdałowatego i czekał na ostateczną decyzję Mitcha-18III71. Gdyby był człowiekiem, można by nawet powiedzieć, że się nudzi. On swoją robotę wykonał już dawno i teraz oczekiwał na wyraźną komendę do dalszych działań. Ta jednak nie nadchodziła. Włączył więc opcję „w gotowości” i przeszedł w stan oczekiwania. Zasygnalizowała to pulsująca na jego panelu głównym zielona dioda.

Pierwszy robotel, po dokonaniu wszystkich koniecznych zabiegów, poszedł jego śladem. Wcześniej wstrzyknął do ciała Mitcha-18III71 środki znieczulające, a także leki konieczne do wprowadzenia go w stan przygotowania do odejścia. Następnie szybko sprawdził podstawowe funkcje życiowe powierzonego jego pieczy ciała – jak na organizm liczący sobie 126 lat nie było ono w złym stanie. Oczywiście, mięśnie znajdowały się już prawie w całkowitym zaniku, większość organów wewnętrznych dawno albo wymieniono, albo zrekonstruowano, ale mózg był w niezłej formie. Ogólna ocena: 7,8 w dziesięciostopniowej skali Cartosjana. Nie było zatem zagrożenia, że zabieg uśmiercenia, poprzedzony ostatnią podróżą, mógłby się nie udać. Wszystko było przygotowane i pierwszy robotel także przeszedł w stan gotowości.

W sali zapanowała cisza. Mitch-18III71 popatrzył w górę: na suficie wyświetlał się obraz oceanu. Niebieski, zimny, falujący. Po prawej stronie widział zegar. Wskazywał godzinę 9.56 czasu światowego. 2097 roku. Żadnej symboliki, żadnych wskazań czy magicznych związków, nic z kabały. Po prostu: 9.56 rano w 2097 roku. Początek końca.

Wiedział, że robotele czekają na jego sygnał. I czekać tak będą do końca dnia. Jeśli nie otrzymają komendy, same zaczną realizować wybrany wcześniej przez niego program dokładnie o północy. Mógł zatem trwać tak jeszcze ponad czternaście godzin. Tylko po co? Jeśli nie chciał już żyć, to czy tych kilkanaście godzin wartych było jego uwagi? Wiedział, że odpowiedź jest negatywna. Chciał jak najszybciej zacząć swoje odejście. Ale nie o jakiejś 9.56. O, teraz nawet 9.57. To byłoby jakieś kalekie, niepełne, zupełnie pozbawione sensu. Gorzej – klasy. Postanowił więc, bawiąc się tą myślą, że rozpocznie kończenie swojego życia o pełnej godzinie. O dziesiątej.

„Tak, równo o dziesiątej…” – pomyślał i uśmiechnął się swoimi fioletowymi ustami.

Czekał więc spokojnie, patrząc na zegar. Widział, jak ukazały się najpierw 9.58, a potem 9.59. O niczym nie myślał, niczego nie żałował, nie rozpamiętywał. Cieszył się na myśl o nadchodzącym ostatnim roku swego życia. Życia, które wybrał. Nie martwił się tym, że to koniec. Przeciwnie – świadomość tego faktu sprawiała mu wyraźną radość. Przecież to była jego decyzja. Mógł wszak żyć jeszcze kilkadziesiąt lat, może jeszcze trochę dłużej. Ale jakiś czas temu zdecydował, że to koniec. Pozamykał swoje sprawy i od kilkunastu tygodni czekał na umówiony wcześniej termin skorzystania z Terminala Odejścia. Wreszcie nadszedł ów dzień i z radością poddał się koniecznym przygotowaniom. Teraz oczekiwał już tylko, by zegar wybił dziesiątą.

„Wybił – pomyślał. – Piękny anachronizm, który przetrwał w języku”. Wszak wybijających godziny zegarów nie było w jego świecie od dziesięcioleci.

„Ale ukryły się w słowach”. Uśmiechnął się do siebie.

Popatrzył na zegar. Była 10.00.

– Odjeżdżamy – wypowiedział na głos umówiony sygnał.

Oba robotele natychmiast się uruchomiły. Zaszumiały delikatnie i zabrały się do pracy. Poczuł uderzenie lekkiego narkotyku i od razu zrobiło mu się błogo. Prawie natychmiast stracił przytomność. Wszystko działo się zgodnie z planem i procedurami. Robotel odpowiedzialny za program odejścia wprowadził do jego przysadki mózgowej właściwy i wybrany przez Mitcha-18III71 program. Jego ciało zareagowało na to delikatnym wstrząsem, po którym nastąpiło całkowite rozluźnienie. Program zaczął działać. Mitcha-18III71 czekał rok życia. Wybrany przez niego. Rok, w którym chciał się dowiedzieć, kim był. I dlaczego tak rzadko bywał szczęśliwy.

Styczeń

– Szczęśliwego nowego 1989 roku! – krzyknęła Ewa.

– Szczęśliwego! – wyryczeli wszyscy pozostali.

Cała gromadka na raz wychyliła do dna swoje kieliszki z szampanem. Lub raczej tym, co określało się tym mianem. Rosyjskie wino musujące miało bowiem z prawdziwym szampanem, które jako Mitch-18III71 piłem w swoim życiu po wielekroć, niewiele wspólnego. Może jedynie temperaturę. Choć i to nie za bardzo, bo przez cały wieczór stało na balkonie w kilkunastostopniowym mrozie i było zbyt zimne. Ale nikt się tym nie przejmował. Zabawa sylwestrowa trwała w najlepsze i ostatnim, czym balowicze by się przejmowali, była temperatura ruskiego wina musującego.

– Na zdrowie! – wyrzucił z siebie jeden z imprezowiczów.

– Na zdrowie! – odkrzyknęli wszyscy gromko.

Stałem oszołomiony. Nie mogłem dojść do siebie. Patrzyłem wokół zupełnie zdumiony.

„A więc się udało – pomyślałem. – To naprawdę działa”. Program jest tak realistyczny, tak doskonały, aż trudno uwierzyć, że jest tylko grą wyobraźni, procesami uśpionego już prawie mózgu, jego wyładowaniami elektrycznymi pobudzanymi przez jednego z roboteli. Miałem wrażenie, że naprawdę przeniosłem się do 1989 roku, ponad sto lat w przeszłość, do swojej młodości. Wrażenie realności było tak dojmujące, że zrobiłem najbardziej banalną rzecz, jakiej mogłem się po sobie spodziewać. Uszczypnąłem się w przedramię. Zabolało.

Wszyscy goście zaczęli sobie składać życzenia. Podchodzono także do mnie. Słyszałem jakby z oddali to, co mówiłem, jak odpowiadałem na życzenia, jak odwzajemniałem uściski. W pewnym momencie stanąłem naprzeciwko swojego ojca. Wyglądał na czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Szybko obliczyłem w myślach: jeśli był 1989 rok, to musiał mieć czterdzieści siedem lat.

– No, szwagier, wszystkiego najlepszego – usłyszałem i poczułem jego pocałunek na policzku.

Jego ciepło i wilgoć wstrząsnęły mną. Były absolutnie realne! Nie doznałem bliskości innego ciała już od wielu lat. A teraz to, co poczułem, było całkowicie rzeczywiste. Także odór alkoholu wydobywający się z ust ojca, którego teraz nazywałem „Jankiem”, szwagrem.

Byłem oszołomiony. Na szczęście Janek szybko skierował się do innych gości. W tym momencie podeszła do mnie moja matka, Ewa. Po prostu stanęła przede mną z kieliszkiem szampana w ręku, uśmiechnęła się, objęła mnie i pocałowała prosto w nos.

– Szczęśliwego nowego roku, braciszku.

Stałem jak zamurowany. Ewa pachniała tak, jak pachniało moje dzieciństwo i moja wczesna młodość. Była taka, jak ją zapamiętałem z tamtych czasów. Miała wówczas czterdzieści jeden lat. I choć moje wspomnienia utrwaliły ją przede wszystkim w okresie, gdy była już staruszką, to przecież pamiętałem ją także z tamtego okresu. Jako dorosłą, ale jeszcze nie starą kobietę. Wciąż jeszcze atrakcyjną, choć nigdy nie piękną.

– Szczęśliwego nowego roku – usłyszałem swój głos.

Ewa uśmiechnęła się i jeszcze raz mnie pocałowała. Pogładziła mnie po policzku i już chciała odejść, gdy złapałem ją w ramiona i mocno uścisnąłem.

– Co się z tobą dzieje? – zapytała zaniepokojona. – Wszystko w porządeczku?

Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Jeszcze mocniej ją objąłem i pocałowałem w policzek. Czułem, jak z oczu wypływają mi łzy. Nie mogłem, nie chciałem tego powstrzymywać. Wdychałem jej zapach i czułem jej ciepło. Tyle lat jej nie widziałem. Tyle lat miałem ją tylko we wspomnieniach. A teraz trzymałem ją w swoich ramionach i całowałem.

– Ho, ho, ho – zaśmiała się – ktoś tu przeholował z alkoholem i czułościami.

Nie potrafiłem przestać płakać i jej całować. Cały drżałem. Spokojnie objęła mnie i powiedziała:

– Już wszystko dobrze. Już jest dobrze.

W tym momencie zza jej ramion zobaczyłem siebie. Michała. Osiemnastoletniego Michała. Stał w kącie pokoju i patrzył na mnie. Osunąłem się na podłogę i zacząłem tracić świadomość. Kątem oka zobaczyłem, że Michał ruszył w moim kierunku, chcąc widocznie podtrzymać mnie i nie pozwolić zwalić się na ziemię. Ostatnim, co zarejestrowałem, był jego cichy okrzyk:

– Wujku!

Obudziłem się koło południa. W swoim mieszkaniu. Było oddalone o niecały kilometr od domu Ewy, Janka i Michała. Od mojego domu.

„A więc tak to działa – pomyślałem. – Bardzo realistyczne. Hiper”.

Czułem kaca. Czułem ból głowy. Czułem swoje ciało. Najbardziej, jak to było możliwe. Wiedziałem, że to tylko praca mojego mózgu i że moje prawdziwe ciało leży tam, trzy kilometry pod ziemią, w zacisznym laboratorium Terminala Odejścia, w roztworze o nieznanym mi składzie. Że czuwają tam nade mną dwa anioły. Dwa sprawne i świetnie działające robotele. I że moje ciało nie jest tym, co teraz widzę i czuję, ale tamtym słabym i wiotkim kawałkiem materii o wadze nieprzekraczającej pięćdziesięciu kilogramów. I wieku stu dwudziestu sześciu lat.

Ale moje zmysły mówiły mi coś innego: że jestem czterdziestolatkiem, że mam ciało sprawne i sprężyste, że jest 1989 rok i że leżę w swoim mieszkaniu w R. Że wczoraj była zabawa sylwestrowa u moich rodziców, na której wystąpiłem jako brat mojej matki, szwagier mojego ojca, wujek samego siebie. Wiedziałem także, że mam przed sobą rok życia. Że zakończę je dokładnie 31 grudnia 1989 roku. Bo w tym właśnie momencie, gdy moje dwanaście miesięcy tutaj dobiegnie końca, dwa robotele tam, w realnym świecie, zaprzestaną swojej pracy i zakończą moją ludzką egzystencję.

Wszystko było jasne: program, który sam wybrałem, da mi poczucie rzeczywistego życia w wybranym przez siebie miejscu i czasie. Ja wybrałem właśnie tak: swoje życie i swoje dawne miejsce urodzenia. Resztę zrobiły algorytmy Terminala Odejścia. Ściągnęły wszystkie wspomnienia z mojego mózgu i uzupełniły danymi ze wszystkich dostępnych portali mających dostęp do wiedzy o Polsce w 1989 roku. W ten sposób skonfigurowały produkt tylko dla mnie. Ja musiałem jedynie wybrać rolę, w jakiej się pojawię w tej prerzeczywistości. Zdecydowałem się na rolę wuja, co bardzo mnie rozśmieszyło.

„Mów mi wuju” – tak właśnie chciałem się zwrócić do siebie po rozpoczęciu programu.

Najwyraźniej mi się nie udało. W chwili gdy się zobaczyłem, po prostu zemdlałem. Nie wytrzymałem emocjonalnie. To nie było jednak tak łatwe, jak sądziłem. No i to spotkanie rodziców. Nie wszystko przewidziałem, a już najmniej swoją słabość. Ale nie martwiłem się tym w tej chwili. Miałem rok, dokładnie rok na to, by przeżyć raz jeszcze swoje życie. Z pozycji obserwatora, ale jednak blisko.

Gdy konfigurowałem swój program, z centrum Terminala Odejścia dwukrotnie skierowano do mnie pytanie, czy aby na pewno chcę spędzić przynależny mi rok akurat w swoim życiu. Wyraźnie nie rozumiano moich intencji. I nie chodziło o złożoność tego życzenia – nie z takimi zapewne problemami przychodziło im sobie radzić. Ich zdziwienie wynikało raczej z tego, że zamiast zafundować sobie rok na jakiejś słonecznej wyspie, w towarzystwie powolnego mi haremu, wśród palm, kokosów i sług wszelakich, ja chcę cofnąć się o ponad wiek, i to do własnego życia. Że gdy mam okazję, to nie chcę pożyć życiem króla, miliardera, playboya, czempiona sportowego, religijnego guru czy wybitnego pisarza lub gwiazdy pop, lecz upieram się przy kognitywistycznym wysłaniu mnie do swojej przeszłości. I to w czasy nie najmilsze przecież.

A ja właśnie tego chciałem. Pragnąłem zobaczyć siebie. Młodego. Osiemnastoletniego. W przeddzień matury. Z czasów, gdy kochałem Olę. I o coś mi w życiu chodziło. Chciałem przypomnieć sobie siebie z okresu, gdy świat miał sens i moje życie miało sens. Taki kaprys.

Podniosłem się z łóżka. Kac był dojmujący. Wspaniały, bolesny, realny. A więc naprawdę czuję! Naprawdę żyję! To jest fantastycznie realne. Jakże zaskakujące to odczucie, jak wspaniałe. Chciało mi się krzyczeć, chciało mi się skakać z radości. Zatem pragnąłem czegoś, czego nie doświadczyłem przez ostatnie kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt lat. Niewiarygodne doznania! Sztuczna inteligencja programująca dla Terminala Odejścia wykonała porządnie swoją robotę. Byłem dumny, że akurat jego usługi wybrałem.

Poszedłem do łazienki: bojler, lekko odrapana wanna, suszące się na sznurze – rozciągniętym między wystającymi ze ścian rurami – skarpetki i majtki. I lustro. A w nim ja: czterdziestoletni, lekko szpakowaty, niebrzydki facet. Zbliżyłem twarz do swojego odbicia – prawie bez zmarszczek, z niewielką liczbą kurzych łapek, z nieprzerzedzoną czupryną i dwudniowym na oko zarostem. Ja.

Dłuższą chwilę przypatrywałem się sobie w lustrze – by przyzwyczaić się do swojego wyglądu, ale także by podziwiać pracę fachowców z przyszłości. Świetna robota. Zachowałem swoje rysy z młodości, byłem trochę podobny do Ewy, trochę podobny do Michała. Czyli do swojej matki i do siebie. A obecnie do swojej siostry i siostrzeńca. Dotykałem własnego ciała – było w pełni sił, naprężone, lekko umięśnione, niezwiotczałe. Ciało czterdziestolatka. Moje nowe ciało. Studwudziestosześciolatek w ciele czterdziestolatka szpiegujący osiemnastolatka – oto kim miałem być przez najbliższe dwanaście miesięcy. Faustowsko-freudowski był to zaiste plan. Mój ostatni głupi żart.

Odkręciłem kran – poleciała rdzawa woda. Gazowy piecyk zaczął miarowo szumieć.

„Gaz w mieszkaniu – pomyślałem. – Szaleństwo. Proszenie się o nieszczęście”.

Ale nie było innej możliwości wzięcia ciepłego prysznica. Wykąpałem się więc, wytarłem szorstkim ręcznikiem (kolejne dziwne, od dawna nieznane doświadczenie) i skierowałem się do szafy, by coś na siebie włożyć.

– Ja pierdolę! – Wybuchnąłem głośnym śmiechem.

W szafie były ubrania z epoki. W nocy, zapewne pod wpływem silnych emocji, nie zwróciłem uwagi na stroje uczestników zabawy, ale teraz moim oczom ukazał się cały zestaw ciuchów z tamtego czasu. Czego tu nie było – dwurzędowe marynarki (jedna zielona, druga w kolorze łososiowym), dekatyzowane dżinsy, dwa tureckie sweterki, kilka flanelowych koszul, dwie wyglądające na bardziej eleganckie, pięć krawatów – jeden brzydszy i szerszy od drugiego.

– Ja pierdolę – powtórzyłem i zacząłem się przebierać w kolejne cuda.

Wciąż się śmiejąc, wkładałem na siebie nowe „kreacje”. Najbardziej spodobałem się sobie w seledynowej koszuli i łososiowej marynarce.

– Apollo – oceniłem swoje odbicie w lustrze łazienkowym, jedynym w całym mieszkaniu. Mieszkaniu, które składało się właśnie z łazienki, małej kuchni bez okna (ślepej – tak się kiedyś mówiło), przedpokoju jeden metr na jeden i pokoju, który miał nie więcej niż piętnaście metrów kwadratowych. Wszystko zajmowało taką powierzchnię jak pomieszczenie z kolekcją reprodukcji Botera w moim ostatnim domu.

W jednej szafie mieściła się cała garderoba. Wszystkie ubrania na cztery pory roku (wtedy jeszcze było coś takiego jak pora roku) skompresowane w szafie o wymiarach dwa metry na metr.

„Jak to w ogóle możliwe?” – zapytałem się w duchu. Czy naprawdę pięć par skarpet i kilka majtek może mi wystarczyć?

Odrębną sprawą była jakość materiałów. Były jakby… plastikowe. Trzy pary skarpet wisiały w łazience, jedna była w szufladzie, a ostatnia leżała przy łóżku. W dotyku wszystkie wydawały się zrobione z jakichś obrzydliwych tworzyw, zupełnie niewchłaniających potu.

Na półce w łazience znalazłem „kosmetyki”: pastę do zębów Pollena, szczoteczkę do zębów z końskiego włosia oraz perfumy Old Spice.

„Na bogato” – uśmiechnąłem się w myślach.

Nie zauważyłem antyperspirantu, żadnego sztyftu pod pachy.

„Czyżby naprawdę wtedy nie było czegoś takiego w Polsce?” – po raz pierwszy zastanowiłem się nad niedogodnościami najbliższego roku. Dobrze przynajmniej, że widziałem rolkę papieru obok muszli klozetowej.

Moje mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, w bloku wybudowanym w latach siedemdziesiątych, więc stosunkowo niedawno. Wyjrzałem przez okno – całe podwórko było jednym wielkim trawnikiem z trzepakiem, śmietnikiem i brudną piaskownicą pośrodku. Przed blokiem liczącym cztery klatki schodowe po piętnaście mieszkań stało pięć aut: jeden wartburg, jeden trabant, skoda, duży fiat i mój maluszek – pomarańczowy fiat 126p.

„Elita” – pomyślałem.

Samochody należały do lekarza, dyrektora pewnej małej firmy w R., właściciela sklepiku na ulicy Odrzańskiej oraz do handlarza zieleniną. No i do mnie – adiunkta na oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów od R. uniwersytecie.

W rzeczywistości naprawdę tam pracowałem, tylko że dwie dekady później, na przełomie wieków. W programowaniu mojego ostatniego roku zażądałem jednak, bym znalazł się w tym samym miejscu, ale już w 1989 roku, w momencie przemian. Bym zobaczył siebie w innych okolicznościach i mógł sprawdzić, jak zachowałbym się w innych warunkach. Byłem więc wykładowcą uniwersyteckim, młodszym pracownikiem naukowym, doktorem socjologii na uczelni w K. Bezpartyjnym, ale jednak akceptującym po cichu ówczesny porządek społeczny. Bo niby jak inaczej? Czy wróg ludu mógłby nauczać młodzież? I deprawować ją zachodnimi ideami?

Postanowiłem wyjść za zewnątrz. Ubrałem się ciepło, nałożyłem czapkę, opatuliłem się szalikiem. Na klatce schodowej uderzyła mnie jej brzydota – lamperie były odrapane, a te fragmenty farby, które się zachowały, były bezmyślnymi bohomazami. Kiedyś widziałem, jak malarze je robili – maczali szmatę w farbie, po czym obracali ją, przyciskając do ściany. W ten sposób upiększali szarozielone lub gównianobrązowe lamperie klatek schodowych.

Gdy otworzyłem drzwi na podwórko, uderzyła mnie fala mrozu. Od dziesiątków lat nie czułem go na twarzy. To uczucie było obezwładniające – jak pierwszy haust powietrza w płucach noworodka. Postąpiłem kilka kroków dalej i upadłem na kolana. Wziąłem w dłonie śnieg i zbliżyłem go do twarzy. Był zimny i suchy. Taki, jakim go zapamiętałem. Wtarłem go sobie w policzki. Powoli topniał mi na twarzy. Patrzyłem, jak na moich dłoniach zamienia się w wodę. Płakałem.

– Dzień dobry, panie Adamie – usłyszałem nad sobą.

Podniosłem wzrok. Obok stał postawny mężczyzna. Zapewne sąsiad.

– Chyba pan wczoraj przesadził ze świętowaniem – powiedział bez ironii, raczej z troską. – Szczęśliwego nowego roku.

– Wzajemnie – wydobyłem z siebie. – Wzajemnie, panie… sąsiedzie.

Zdałem sobie sprawę, że algorytmy z Terminala Odejścia skonstruowały także jakieś postaci, których nie pamiętałem lub nie znałem ze swej realnej przeszłości. I dobrze. Będzie ciekawej. Bardziej prawdziwie. Im mniej bowiem nasze wspomnienia mają wspólnego z realną przeszłością, tym bardziej wydają się prawdopodobne.

Wstałem, otrzepałem śnieg z kolan i ruszyłem w stronę pobliskiego parku. Chciałem na chwilę gdzieś usiąść, bo czułem, że nadmiar wrażeń może znowu spowodować omdlenie, czego wolałem uniknąć. Po kilku zaledwie minutach dotarłem do parku i usiadłem na pierwszej z brzegu ławce. Dupą wprost na pokrywającym ją śniegu. Nie dbałem o to, czy spodnie mi przemokną. Chciałem jedynie odpocząć i głęboko oddychać.

Wszystko mnie oszałamiało – powietrze, drzewa, nieliczni ludzie, zmarznięte ptaki… Przecież od wielu lat nie miałem z nimi kontaktu. Zamknięty w swoim blokhausie, trzy kilometry pod powierzchnią ziemi, odseparowany od innych humanusów, prowadziłem wspaniałe i bezpieczne życie, ale jednak bez kontaktu z tym wszystkim, co zginęło przed laty. A teraz miałem to na wyciągnięcie ręki, na wciągnięcie w nozdrza. Nawet przemakające powoli spodnie dostarczały mi niesamowitych wrażeń. Byłem jak ktoś wydobyty z czasów Bacha i wrzucony na koncert TSA. Ogrom bodźców był przytłaczający. Uderzały mnie z całą swoją nieuświadamianą mocą.

Nawet rzadko przechadzający się ludzie byli dla mnie czymś niezwykłym. To był 1 stycznia, więc dzień, w którym ulice były zawsze najbardziej wyludnione, bo wszyscy odsypiali sylwestrowe zabawy lub leczyli kaca, ale i tak to, że co jakiś czas mijał mnie człowiek lub nawet kilkoro ludzi, oszałamiało mnie. Ostatni raz żywego człowieka widziałem kilka lat temu. A tu przechodzili obok, zostawiali swój zapach, ślady na śniegu.

W uszach słyszałem ciągły szum, a oczy bolały mnie od jasnego światła.

„Dobrze, że nie wybrałem jednak lipca, i to na Sycylii, jako pierwszego dnia mojego ostatniego roku – pomyślałem. – Chyba nie zdołałbym wyjść na zewnątrz przez kilka dni”.

Dlaczego przypomniała mi się Sycylia? Może dlatego, że spędziłem tam wspaniały tydzień z jedną z ostatnich kobiet w moim życiu. Palermo, Agrigento, Etna… Zwłaszcza wejście na Etnę zrobiło na nas wrażenie. Myśleliśmy, że po prostu wejdziemy na górę i popodziwiamy stamtąd widoki, ale okazało się, że przewodnik dopuścił nas nad krawędź krateru, z którego przez cały czas wydobywały się gazy i para wodna. Oczywiście, o wybuchach lawy nie było mowy, ale i tak ten księżycowy widok zrobił na nas ogromne wrażenie.

– Tak musiała wyglądać Ziemia jeszcze parę milionów lat temu – powiedziała.

– Tak wyglądała kilka miliardów lat temu i tak wygląda również dzisiaj – odpowiedziałem.

Tego samego wieczora, gdy siedzieliśmy już w hotelu przy kolacji, dodałem:

– Każdy wulkan jest dowodem na nieistnienie Boga. Przecież co on oznacza? Co oznacza każdy jego wybuch? Że płytko pod skorupą ziemską kryją się biliony ton lawy, gotowe w każdym momencie do wydostania się na zewnątrz, zatem rację ma nauka, twierdząc, że żyjemy na powierzchni gorącej, ledwo ostygłej planety, która jeszcze niedawno była jedynie ognistą i spowitą gazami kulą. Że geologia ma nam coś do powiedzenia, a nie religia. Bo ta druga to bzdura.

– Łatwo ci tak mówić dzisiaj, kiedy to wszystko już wiemy – przerwała mi.

– Masz rację – potwierdziłem. – Co więcej, jaki paradoks! Teraz sobie uświadomiłem, że właśnie kiedyś takie wybuchy wulkanów przyczyniały się do wzrostu religijności, bo przecież kto, jak nie Bóg lub bogowie, wyrzucał ten ogień w powietrze, prawda? Te miliony ludzi przed nami mogły w to święcie, tak: święcie wierzyć. Ale właśnie dzisiaj ten sam wulkan obala myślenie religijne, bo obecnie wiemy, że uaktywnia się on nie w wyniku gniewu bóstw, lecz wskutek oczywistych i nawet w miarę przewidywalnych procesów fizycznych i chemicznych. Podobnie z uderzeniem pioruna, gradobiciem czy powodzią: setki lat temu ludzie mogli widzieć w tym rękę Boga i dowód na jego istnienie, ale w dwudziestym wieku, a już szczególnie w obecnym stuleciu, wiemy, że te zjawiska mają inną, niemetafizyczną przyczynę. Zatem każdy przewidziany wybuch wulkanu, burza lub trzęsienie ziemi powinny redukować liczbę wierzących.

– To dlaczego tak się nie dzieje? – wtrąciła.

– Nie wiem – przyznałem się do bezradności.

Wtedy naprawdę wydawało się to dziwne i jeszcze przez kilkadziesiąt lat ludzie wierzyli w różne gusła, zabobony i tego typu „prawdy”. Dopiero potem, po Wielkiej Wojnie, wszystko stało się jasne. Ale do niej było jeszcze wówczas, w czasie naszego pobytu na Sycylii, bardzo daleko.

Siedziałem na ławce już dobre dwie, trzy godziny. Byłem coraz bardziej przemarznięty. W końcu, w strachu przed zachorowaniem, podniosłem się i wróciłem do domu. Tkwiłbym tam jeszcze dłużej, aż do zmroku, ale naprawdę bałem się o swoje zdrowie. Przecież od lat nie czułem zimna. Niczego nie czułem. Więc tego typu doznania mogłyby się dla mnie skończyć bardzo szybko i w dodatku bardzo źle.

Bo program, w którym uczestniczyłem, był na wskroś realny – uprzedzono mnie o tym na długo przed jego ostateczną realizacją. Dwanaście miesięcy, które oferował mi Terminal Odejścia, wcale nie musiało trwać tak długo. Regulamin jasno opisywał warunki uczestnictwa – życie w zaplanowanej rzeczywistości jest hiperrealne, co oznacza możliwość śmierci. Wprowadzając się do wybranego przez siebie świata, akceptowało się także warunki w nim panujące – więc również szybsze zakończenie programu w wyniku śmierci. Wówczas w prawdziwej rzeczywistości, w obecności roboteli, życie kończyło się poprzez reset i odcięcie funkcji życiowych. Ginąłeś w wybranym przez siebie świecie? Okej, ale w tym samym momencie robotele kończyły twoje życie tam, w 2097 roku.

Było to dla mnie jasne i akceptowalne. Więcej nawet – było to pożądane. Nie chciałem żyć przez rok w świecie odrealnionym, a taki byłby, gdybym w tym czasie mógł skakać z dachów wieżowców czy wbijać sobie nóż w serce. Wartość tych dwunastu miesięcy na tym właśnie miała polegać – na ich hiperrealności, na odczuwaniu bólu, rozkoszy, cierpienia, radości, przykrości i przyjemności. Tylko wówczas mogło ono przypominać prawdziwą egzystencję. Żywot supermena, odpornego na wszystkie kule i pociski świata, mnie nie pociągał. Nigdy nie lubiłem takich filmów, nudziły mnie. O wiele bardziej interesowały mnie te, które zakładały kruchość bohatera.

W ofercie Terminala Odejścia, podobnie zresztą jak i innych podobnych firm, wyraźnie ostrzegano przed wyborem jakichś ekstremalnych scenariuszy. Programiści potrafili stworzyć każdy świat, ale warunkiem przeżycia roku była zdolność utrzymania się w nim. Wyraźnie zaznaczano, chyba nawet posługując się przykładem wyboru życia faraona, że może się ono zakończyć już pierwszego dnia. Jeśli bowiem inne postaci, z konieczności umieszczone w scenariuszu, na przykład kapłani, synowie, wojownicy, dostrzegą jakiś błąd w naszym zachowaniu, jakąś słabość, to mogą skrócić nas o głowę. Podobnie jak przy wyborze bycia szefem mafii, Cezarem czy Napoleonem – za cenę poczucia się przez chwilę wyjątkowo można było bardzo szybko zapłacić śmiercią w programie i w rzeczywistości.

Ale tego typu ostrzeżenia nie działały na wszystkich. Sam czytałem na forach deklaracje tych, którzy właśnie na takie scenariusze się decydowali. Według ich buńczucznych manifestów lepiej przez chwilę być królem, niż całe życie spędzić jako niewolnik. Jednak przecież można było wybierać nie tylko między tymi dwoma opcjami i nie rozumiałem dlaczego wielu z humanusów tak bardzo zawężało sobie pole manewru. Po co z nieograniczonej palety kolorów decydować się albo na biały, albo na czarny? Co motywuje ludzi do tak wąskiej perspektywy?

Nigdy nie rozumiałem tych, którzy skorzy byli do ryzykowania własnego życia – tych wszystkich himalaistów, skoczków spadochronowych, kierowców rajdowych, nurków głębinowych i tak dalej. Po co im był ten skok adrenaliny? Czy życie samo w sobie nie było wystarczająco fascynujące? Oczywiście w tamtych dawnych czasach, gdy mieszkaliśmy na powierzchni Ziemi i cała natura była nam oddana. Przecież życie było tak piękne, że grzechem wobec niego wydawało się igranie ze śmiercią.

Dlatego nigdy nie żałowałem tych wszystkich, którzy ponosili śmierć w czasie swych wyczynów – gdy odpadali od ścian, nie wynurzali się z głębin, zderzali się z drzewami czy ginęli na ringu. Miałem nawet jakąś satysfakcję wyrażającą się w krótkim: „Dobrze im tak”. Jedynie żal mi było ich bliskich, ale – jak sobie to tłumaczyłem – to także po części ich wina, jeśli chcieli żyć z kimś takim i nie wymogli na nim zaprzestania gry ze śmiercią. Zwłaszcza że gdy takim herosom się jeszcze udawało, to członkowie ich rodzin grzali się w cieple ich sławy, o pieniądzach nie wspominając. Więc może w sumie zasłużyli na swój los?

To nastawienie było jednym z powodów, dla których wybrałem taki, a nie inny scenariusz – powrót do 1989 roku był jednak bezpieczniejszy niż znalezienie się w roli odkrywcy Amazonii lub astronauty na Apollo 13. Jasne – nie był to powód najważniejszy, ale nie ma co ukrywać, że relatywne bezpieczeństwo tego programu było jego zaletą, nie wadą. Raczej nie groziły mi w nim najazdy Hunów czy zamknięcie w getcie warszawskim. Mimo wszystko jednak na zdrowie musiałem uważać – głupio byłoby zakończyć życie zaraz po rozpoczęciu programu, i to w dodatku w wyniku zapalenia płuc. Nawet kilkutygodniowego pobytu w szpitalu byłoby mi szkoda.

Dlatego zebrałem się z parku i wróciłem do mieszkania. Zrobiłem sobie gorącą kąpiel i poszedłem spać. Pierwszy dzień ostatniego roku mojego życia właśnie dobiegł końca. Banalnie. Jak ono całe.

Przez kilka następnych dni chodziłem po mieście. Wybrałem się także na dłuższą wyprawę do okolicznych lasów. Nie miałem odwagi, by skontaktować się z domem i zobaczyć Michała. Choć po to tu wszak przybyłem, nie potrafiłem jeszcze zdecydować się na odwiedzenie swojego rodzinnego domu, spotkanie ojca, matki i wreszcie – siebie samego. Nie za bardzo wiedziałem, dlaczego tak się dzieje, dlaczego brak mi tej determinacji. Ciągle sobie powtarzałem, że przecież mam na to jeszcze cały rok. A może tylko chciałem oddalić jak najbardziej moment, dla którego się tu znalazłem? Może pragnąłem jeść torcik bez spałaszowania zaraz na początku wisienki na jego środku? A być może po prostu bałem się tej konfrontacji moich wspomnień z rzeczywistością?

Tak czy inaczej – zwlekałem z tym. Czasami tak się dzieje: zamiast od razu ruszyć do celu, krążymy wokół niego bez jasnej przyczyny. Czyż miłość nie jest tego świetnym przykładem? Albo po prostu seks? Lub śmierć?

Spędziłem zatem tych kilka pierwszych dni stycznia na włóczeniu się. Może słowo „włóczenie” nie jest najbardziej adekwatnie użyte, włóczęga bowiem kojarzy się raczej z bezkresnymi przestrzeniami, Syberią, Salingerem, karawanami na pustyni czy hipisami, a ja krążyłem po R. i w jego najbliższych okolicach, ale nie o zakres i zasięg wędrówki mi idzie, lecz o cel i tempo. Włóczyłem się, to znaczy, poruszałem się bez celu i niespiesznie raczej. Całymi godzinami spacerowałem po niewielkim w sumie mieście lub udawałem się na jego peryferie, cały czas jednak zachowując w zasięgu wzroku najwyższe kominy miejskich fabryk. Dymiły całą swą fordowską mocą, na czarno plamiąc niebo. Były jak strzykawki podające śmiertelną, acz bezbolesną iniekcję. Nikt wtedy nie zdawał sobie sprawy, czym są te kłęby czarnego dymu nad ich miastem; że to w istocie dymy nad krematorium, zapowiedź zagłady.

Nie przejmowałem się tym jednak – przecież przybywałem już stamtąd, z przyszłości, spoza Wielkiej Wojny. Wiedziałem, jak to się wszystko potoczy, jak skończy, jak dokona swego żywota. Nie w mojej mocy było ratowanie świata. Nigdy tak naprawdę nie miałem takich ambicji i byłoby doprawdy śmieszne, gdyby nagle przyszło mi to do głowy już po wszystkim. W dodatku we własnym śnie, w narkotycznym transie. Bo przecież, bądźmy szczerzy, taki był mój obecny status – żyłem w programie załadowanym mi do ciała migdałowatego przez maszyny. Jasne, był on przeze mnie wybrany i to ja go przeżywałem, jednak faktycznie moje ciało było daleko stąd, a to, co widziałem przed sobą, było jedynie połączeniem bitów, danych dostarczanych przez jednego z roboteli, z moją wyobraźnią. Niczym więcej. Jakże zatem miałbym się przejmować losem takiego świata, jeśli rzeczywisty nigdy mnie tak naprawdę nie obchodził? No, może poza pierwszymi dwudziestoma laty, do których właśnie wróciłem. By dowiedzieć się, o co mi wtedy szło, dotrzeć do czasów, gdy mi na czymś zależało, gdy kochałem, byłem kochany i uważałem, że o coś chodzi w życiu poza nim samym.

Nie potrafiłem odpowiedzieć na pytanie o sens moich działań – ani teraz, ani wtedy, gdy decydowałem się na taki, a nie inny program Terminala Odejścia. Tak samo jak nie do końca byłem pewien, dlaczego wciąż unikam tego, po co tu przybyłem. Pozostawało zatem dostosować się nie do tego, co uważam (bo nic nie uważałem), ale do tego, czego chcę i czego pragnę.

„Czyli tak jak prawie zawsze w moim życiu” – pomyślałem.

A czego teraz chciałem? Włóczyć się. Spacerować. Krążyć bez celu po R. i jego okolicach. Chciałem oddychać mroźnym powietrzem, czuć na twarzy jego podmuchy, dotykać drzew, obserwować ludzi, słuchać nielicznych i przemarzniętych ptaków. Chciałem także cieszyć się swoim czterdziestoletnim ciałem – wciąż jeszcze w miarę sprawnym, nieschorowanym, dbającym o siebie bez interwencji z zewnątrz i bez pomocy maszyn. Jakaż wspaniała odmiana w porównaniu z poprzednimi dekadami. Nie mogło mnie to nie cieszyć. Nie mogłem nie odnajdywać w tym radości.

Być może trwałoby to dłużej, gdyby nie telefon któregoś ranka. Do tej pory prawie nie zauważałem jego obecności w miniaturowym przedpokoju. Telefon typu Bartek stał na małej półeczce przy drzwiach do mieszkania.

„Ciekawe usytuowanie” – pomyślałem. To były czasy, gdy telefon był dobrem rzadkim i służył do wypowiadania w miarę ważnych komunikatów, dlatego przewidziano dla niego tak niewygodne miejsce jak przedpokój. Coś jakby pomiędzy na zewnątrz i wewnątrz. Ktoś dzwonił, podnosiło się słuchawkę, nie wiedząc, kto zacz, po czym wymieniano się w miarę istotnymi informacjami: przyjdę, nie przyjdę, Andrzej umarł, Zosia przyjeżdża. Dopiero potem telefon przejął inne zadania, wśród których przekazywanie sobie ważnych komunikatów było jednym z najmniej istotnych.

Teraz jednak Bartek darł się wniebogłosy.

– Wniebogłosy – uśmiechnąłem się. – Fajne. Jakże nieaktualne.

Darł się i darł, jakby ktoś mu robił krzywdę. Miał okrągłą tarczę – numer wybierało się na nim nie poprzez wciskanie guziczka, lecz przekręcając tarczę. Wzruszyłem się – wcześniej jakoś tego nie zauważyłem. Podszedłem do niego i przez chwilę przyglądałem się, jak domaga się mojej uwagi – jak płaczące dziecko, jak nieco późniejsza chyba zabawka tamagotchi. Podniosłem słuchawkę. Bartek przestał się drzeć.

– Słucham…

– Adam? – ktoś niby to spytał, niby stwierdził. – Jesteś tam?

– Tak, jestem – mechanicznie odpowiedziałem, nie do końca rozpoznając głos.

– Tu Ewa – usłyszałem w słuchawce. – Może wpadłbyś do nas na obiad w najbliższą niedzielę?

– Bardzo chętnie. A kiedy to?

– Żartowniś – zaśmiała się. – Jeśli dziś jest piątek, to wynikałoby, że za dwa dni, ale może pan doktor jednak uważa inaczej. Wszak w świecie nauki nic nie jest proste i oczywiste, prawda?

Lubiłem jej ironię i poczucie humoru. Oraz wrodzoną dobroć.

– Prawda? – zdziwiłem się. – Czymże jest prawda? Czyż nie o to toczy się najdłuższa z ludzkich dyskusji, siostro? Przybędę zatem podebatować o tejże już w dzień następujący po jutrze. Azaliż to dobra decyzja?

– W rzeczy samej, mądry i zacny człowieku – podjęła grę Ewa. – Oczekiwać cię będziemy zatem w dzień święty, aby móc przy suto zastawionym mięsiwami stole toczyć ową dysputę.

– Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe – uśmiechnąłem się.

– To o drugiej? – Ewa przeszła na bardziej rzeczowy ton.

– Jasne, o drugiej, jak zawsze – zaryzykowałem.

– No to pa.

– Pa.

„A więc stanie się”. Tak właśnie wówczas pomyślałem. Stanie się to, po co tu przybyłem. Już pojutrze. Czy powinienem się jakoś do tego przygotować? Czy przemyśleć wcześniej swoje zachowanie? Gdy planowałem swój ostatni rok, perspektywa zobaczenia siebie w wieku osiemnastu lat była mało konkretna. Jakbym nie myślał obrazowo. Ale od tego momentu, gdy zobaczyłem siebie kilka dni temu, gdy potem zemdlałem, była ona już całkiem zmaterializowana. Była oczekiwaniem na zetknięcie się z kimś bardzo konkretnym. A to nieco zmieniało sprawę i czyniło ją bardziej problematyczną. To już nie były majaki rozrzedzonej fantazji, tylko spotkanie oko w oko z kimś całkiem realnym. Przynajmniej w mojej świadomości.

Nie wiedziałem, czego się spodziewać po niedzielnym obiedzie. Nie miałem pojęcia, jak zareaguję na widok matki i ojca w wieku czterdziestu kilku lat. No i co będę czuł, gdy zobaczę siebie. Co ja mówię: „zobaczę”? Przecież ja będę ze sobą rozmawiał, będę mógł się nawet dotknąć. Objąć. Powąchać. Czy znów nie wytrzymam emocjonalnie i stracę zmysły? Pocieszająca była jednak moja rozmowa z mamą – choć wyraźnie słyszałem, że to jej głos, choć byłem stremowany i przejęty, to przecież rozmawiałem z nią prawie normalnie, niemal naturalnie. Może więc wszystko odbędzie się lepiej i sprawniej, niż się obawiałem? Oczywiście, czym innym jest rozmowa telefoniczna, a czym innym ich obecność tuż obok mnie, ale pocieszałem się, że jeśli dałem radę przed chwilą, to i za dwa dni może pójdzie mi dobrze.

– Wszak po to jest ten cały cyrk – powiedziałem prawie ze złością do siebie. – Mam się obawiać własnych snów? To jakiś absurd. Będzie, co będzie.

Tą nieco tautologiczną, choć jakże pomocną konstatacją zakończyłem zamartwianie się perspektywą niedzielnego obiadu. Było w niej coś ożywczego. Jakiś fatalizm, ale także trafne odczytanie mojej sytuacji. Mogłem w swym realnym życiu martwić się o konsekwencje swoich działań, bo miały one poważne i bolesne czasem skutki, ale tutaj, w programie zarządzanym przez robotele?! Najwyżej zemdleję. Przecież i tak wiem, że to się nie dzieje naprawdę.

– Będzie, co ma być – powtórzyłem nieco zmodyfikowaną mądrość życiową.

Przez chwilę się zastanowiłem nad oboma wersjami tego zdania i nagle, dla zabawy zapewne, zacząłem rozważać ich dwojakie znaczenie. Bo o ile pod pierwszym zdaniem, tym, że będzie, co będzie, mogłem się podpisać bez zastrzeżeń, o tyle drugie – owo: będzie, co ma być – było mi na wskroś wstrętne. Bo zakładało jakiś nawet nie fatalizm, ale determinizm, jakąś celowość. Coś miało być i dlatego się stawało. Przyjmowano więc w nim rozumność dziania się i jego teleologiczny status. Coś będzie, bo ktoś/coś o tym przesądza. Zatem przyszłość jest zdeterminowana, a nawet jasno przewidywalna. Jedynie od sprytu czy wtajemniczenia wypowiadającego te słowa zależało, czy odgadnie zapisaną gdzieś w gwiazdach przyszłość. Lub że uwierzy, iż ona tak właśnie wygląda i tak się ma wydarzyć. Wobec zdania „będzie, co ma być” można było jedynie paść na kolana i prosić o łaskę. Na nim zbudowana była każda religia i każda władza. Wymuszały one od swych wiernych i poddanych zaufanie, że ich kapłani i wodzowie znają przyszłość i że doprowadzą swe trzódki do szczęśliwego końca, jeśli tylko owieczki będą za nimi karnie i pokornie podążać.

W jakimś sensie przeciwieństwem tego podejścia było stwierdzenie, że „będzie, co będzie”. Jasne, w powszechnym odbiorze mogło znaczyć prawie to samo co zdanie poprzednie, ale jeśli się w nie dobrze wczytać, a właśnie na to miałem teraz ochotę i czas, to przecież sugeruje ono jedynie to, że coś się stanie w przyszłości, ale co, to już nie za bardzo wiadomo. Co będzie? To, co będzie. Nie to, co ma być, co ktoś sobie ubzdurał albo zaplanował, a jedynie to, co będzie. Bez determinizmu, starożytnych mitów o Fortunie, Ananke, Losie czy Fatum; bez głupotek o przyszłości zapisanej w księgach i przepowiedniach; bez ludzkiej pychy, udającej boskie wtajemniczenie. Wobec tego drugiego zdania odczuwać zacząłem pewną sympatię. Może dlatego, że była ona zbliżona do mojego naukowego modus operandi, do tego, w czym byłem zanurzony od lat i co prowadziło mnie przez realne życie? Kto wie, czy sporu między ludźmi nie da się najprościej opisać jako starcia tych, którzy uważają, że będzie, co ma być, z tymi, którzy sądzą, że będzie, co będzie? Ci pierwsi przegrali – to wiedziałem. Ale teraz byłem w ich świecie. Zabawne. Choć trochę irytujące, bo dobrze pamiętałem, ile czasu zajęło ośmieszenie ich mniemań i wybicie z łbów uzurpacyjnych aspiracji. I ile kosztowało to ofiar.

Przez następne dwa dni nic specjalnego nie robiłem. Nie przygotowywałem się także do spotkania. Uznałem bowiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Nie muszę przecież grać tam głównej roli i mogę przyjąć rolę obserwatora bardziej niźli aktywnego aktora. Widz, nie uczestnik – tak to sobie wymyśliłem.

Tymczasem nadal cieszyłem się swoją cielesnością. Raz nawet zrobiłem sobie dobrze. Dreszcze, których wówczas doznałem, zaskoczyły mnie – to było jednak o wiele lepsze niż wrażenia, które przez ostatnie lata odczuwałem w swym coraz bardziej schorowanym ciele. Tam, w przyszłości. Tu miałem siłę i jurność czterdziestolatka i miło było sobie przypomnieć, co to oznacza. Znów byłem mężczyzną. Znów odczuwałem żądze i mogłem być obiektem pożądania. Żyłem.

Nieuchronnie zbliżyła się niedziela. Przed wyjściem ubrałem się najbardziej elegancko, jak tylko pozwalała zawartość mojej szafy. Nie było to łatwe – zielona marynarka nijak nie komponowała się z beżowymi spodniami z mankietami. Nie miałem jednak wyboru. To znaczy, miałem: mogłem włożyć dekatyzowane dżinsy, ale w nich wyglądałbym jeszcze bardziej idiotycznie. Pocieszałem się tylko, że nikt nie zwróci uwagi na tę moją kreację, bo przecież taka dziś moda i to się nosi.

W drodze do domu rodziców chciałem wstąpić do sklepu i kupić wino, ale zapomniałem, w jakich znalazłem się czasach. Wszystko było pozamykane na głucho. Jedyne, co mnie uratowało przed całkowitą klęską towarzyską, to fakt, że przypomniałem sobie o prywatnej kwiaciarni czynnej w tamtym okresie w R. Była własnością badylarzy, którzy mieszkali przy miejskim parku. Prawie biegiem dotarłem tam i zadzwoniłem do bramy. Po dwóch minutach jakaś starsza kobieta wpuściła mnie do środka. Badylarze mieszkali nad kwiaciarnią i schodzili, gdy kogoś dopadła romantyczna potrzeba wręczenia bliźniemu kwiatów. Kobieta na odpierdol zrobiła mi wiązankę bez ładu i składu – widać było, że nie kończyła kursu ikebany w Tokio, a moją obecność u siebie w niedzielę w porze obiadowej uważa za naruszenie jej najświętszych ludzkich praw. Zapłaciłem bez dawania napiwku. Jak Kuba Bogu…

Kwadrans po czternastej byłem pod drzwiami swego rodzinnego mieszkania. Serce biło mi jak szalone – ta wyświechtana fraza najlepiej opisywała mój stan. Może był to skutek marszobiegu, który uskuteczniłem w drodze od kwiaciarni, a może jednak podekscytowania na myśl o czekającym mnie spotkaniu. Na sekundę przed zapukaniem w drzwi pomyślałem:

„Spotkam się z dwojgiem zmarłych i w sumie najbliższych mi osób. Właściwie to z trojgiem”.

Zapukałem do drzwi. Ze środka doszedł mnie głos mamy:

– No wchodź, przecież otwarte.

Nacisnąłem klamkę i uchyliłem drzwi. Moje nozdrza zaatakował zapach rosołu. Znajomy zapach. Tylko mama potrafiła tak go przyprawić, że owa woda z kurczakiem i makaronem tak pachniała.

„Magdalenka” – przebiegło mi przez głowę i już widziałem, że dam radę, że będę potrafił się zdystansować, że będę na chłodno obserwował. Że będzie tak, jak zawsze było w moim życiu. Prawie zawsze.

– Kwiaty? – zdziwiła się. – Chyba nie dla mnie?

– Dla ciebie – wydusiłem.

– Ależ miło! – prawie wykrzyknęła. – To naprawdę bardzo miło z twojej strony. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio dostałam kwiaty.

Popatrzyła wymownie na mojego ojca, który siedział w fotelu i nawet nie miał zamiaru się ruszyć. Nie wychwycił chyba także pretensji w głosie swej żony. Nadęty buc nawet nie wiedział, kiedy się go obraża. Co ona w nim widziała przed dwudziestu laty? Nie był ani specjalnie przystojny, ani mądry, ani dobry. Przeciętny typ. Nie był złym człowiekiem, nie bił jej za często, nie pił ciągami, pensję przynosił do domu, nie szwendał się z koleżkami.

„Może dlatego, że nie miał koleżków – pomyślałem złośliwie. – Na to jednak trzeba być kimś: zbójem, chujem, chuliganem. A on był kwintesencją banalności, nijakości i przeciętności. Kto by się chciał z nim kumplować? Gdybyż jeszcze był jakimś potworem, sadystą, wrednym skurwielem. Ale on był tylko konformistyczny i nijaki. Mój ojciec”.

– Cześć, szwagier – rzucił w moim kierunku.

– Cześć – odpowiedziałem, ukrywając niechęć.

Był inżynierem, pracował w największym zakładzie w R. na jakimś kierowniczym stanowisku, choć nie wysokiego szczebla. Wiódł najbardziej banalną egzystencję, jaką można sobie wyobrazić – wykonywał swój zawód bez zaangażowania, ale też bez niechęci czy na odwal się; uprawiał działkę na obrzeżach miasta, ale bez specjalnej zapalczywości; utrzymywał rodzinę, ale nie wyglądało, by sprawiało mu to jakąś radość. Był człowiekiem, którego egzystencja była doskonale banalna i nieistotna dla świata. Gdyby nagle zniknął, nic by się nie stało. Być może nawet on by tego nie zauważył. Życie się nim nie interesowało, a on nie interesował się życiem. Był chodzącym trupem. Najgorsze cechy mojego charakteru miały zawsze jego znamiona, jego pieczęć, glejt. Przez całe życie chciałem zmyć z siebie tę maź, którą ubrudził mnie w dzieciństwie i młodości, ale chyba nigdy mi się to nie udało. Byłem synem swego ojca, jego nasieniem zostawionym w szlamie ludzkości.

– A dla mnie nic nie masz? – zapytał, nagle się ożywiając. – Może jakaś flaszeczka?

– I co byś z nią zrobił? – Bez trudu znalazłem w sobie odpowiedni ton. – Wypiłbyś przy niedzielnym obiadku z rodziną? Przecież jutro do roboty idziesz, prawda? W formie trza być!

Popatrzył na mnie bez sympatii. Ktoś ośmieszał go w jego domu. W jego, kurwa, domu! Na tych trzydziestu sześciu metrach kwadratowych to on przecież był panem i władcą. To on był kierownikiem tej klatki i nikt nie powinien z niego kpić. Zwłaszcza w żywe oczy. Zwłaszcza w obecności żony. Udał jednak, że nie wychwycił ironii w moich słowach, i wrócił do lektury sobotniej „Trybuny Robotniczej”. Tak było wygodniej, a dla niego jedynie to się liczyło.

Mama usadziła mnie za stołem i zaczęła serwować obiad. Janek dosiadł się po chwili. Nie było Michała. Nie śmiałem się o niego wprost zapytać, ale Ewa chyba wyczuła moje zainteresowanie i powiedziała:

– Młody się trochę spóźni.

„Młody” – tak właśnie czasami mnie nazywała w przypływie dobrego humoru. „Młody, weź się ogarnij”, „młody, posprzątaj ten bajzel”… Lubiłem to. Wtedy jakoś skracał się między nami dystans, jakbyśmy byli znajomymi, a nie synem i matką. „Młody” zbliżał nas do siebie. Cała reszta, nieuchronnie i mechanicznie, oddalała.

– Rosół! Wspaniale! – Aż klasnąłem w dłonie.

– Smacznego – powiedziała i zaczęliśmy jeść.

Na początku w milczeniu, ale po chwili nawiązała się jakaś rozmowa. Janek opowiadał o pracy, o jakichś planach i niedoborach; Ewa od czasu do czasu o coś pytała. Udawała zainteresowanie banalnym życiem swego męża. Dzielna kobieta. Sprawiała wrażenie naprawdę przejętej nudną opowieścią o kłopotach w dostawie prądu, które – tu historia wydobywająca się z Janka osiągała swój punkt kulminacyjny – spowodowały dwugodzinną przerwę w produkcji. Koniec wstrząsającej relacji. Oklaski. Aplauz.

Jak jej się udało przeżyć z tym dupkiem tyle lat? Nie widziała jego nijakości? Nie chciała jej dostrzec? A może to wszystko z mojego powodu – pragnęła, by „dziecko miało ojca i pełną rodzinę”? No ale potem, po moim odejściu, przecież została z nim, nie zostawiła go. Z przyzwyczajenia? Ze strachu przed samotnością? Z obowiązku wobec małżonka? Wytrzymała z tym dupkiem prawie pół wieku. Bez wyraźnego powodu? Tak też mogło być – ludzie podejmują wiele decyzji, a potem w nich trwają całymi dekadami, bez specjalnych przyczyn. Takie jest życie. Takie było życie.

Wreszcie usłyszałem otwieranie drzwi. Siedziałem tyłem do nich, ale wiedziałem, że wszedł Michał. Na plecach poczułem pot, skuliłem się w sobie, spiąłem. Słyszałem jak ściąga kurtkę i zdejmuje buty, jak wchodzi do pokoju.

– Cześć – rzucił od niechcenia. – O, wujek, cześć. Nie wiedziałem, że będziesz. Mama nic nie mówiła.

– Cześć – odpowiedziałem. – To ja.

– No przecież widzę, że ty. – Roześmiał się i przysiadł do stołu.

Był kilkadziesiąt centymetrów ode mnie, po mojej lewej stronie. Na wyciągnięcie ręki. Ostatkiem sił powstrzymywałem się, by go nie dotknąć, nie chwycić w ramiona.

– Nie chcę zupy – powiedział do Ewy. – Poczekam na drugie.

Tak się przecież wtedy mówiło: pierwsze, drugie i kompot. Dopiero po latach zmieniło się to na te wszystkie startery, mejnkorsy, aperitify i przystawki. Wtedy było pierwsze, czyli zupa, drugie, czyli mięcho, i kompot. Prosto i treściwie.

Nie mogłem oderwać od niego oczu. Janek coś gadał, Ewa zniknęła w kuchni, a ja siedziałem i wciąż ukradkiem patrzyłem na niego. Miał niecałe osiemnaście lat. Ubrany w koszulkę z napisem „Republika” i spodnie moro, wykupione latem nad morzem od żołnierza za dwa litry wódki. Republika była wówczas moim ulubionym zespołem, choć minęło jeszcze dobrych kilkanaście lat, nim byłem w stanie zrozumieć, o czym jest Biała flaga. Zrozumieć i przeżyć.

Wtedy, gdy byłem fanem Republiki, chyba ostatni raz czułem potrzebę przynależności. Wówczas także identyfikowałem się z ruchem „Solidarności” i zakładałem z chłopakami Grono Młodzieży Niezależnej w R. Ale potem już nigdy nie odczuwałem tej przemożnej u innych chęci bycia częścią większej całości. Nie rozumiałem tekstów Grzegorza Ciechowskiego, ale wykrzykiwałem je z całych sił, jeździłem na koncerty Republiki, miałem w pokoju jej plakaty z „Razem” i innych gazet, ubierałem się w sweter w biało-czarne pasy. A za pogardliwą układankę słowno-muzyczną „Biała flaga, czarne pasy, Republika to kutasy” potrafiłem dać w ryja. Piękne, stare czasy.

Michał był obcięty prawie na jeżyka. Jeszcze kilka lat wcześniej, w 1983–1984 roku, miałem bujną grzywkę sięgającą ust, w stylu poppersa, ale potem, gdy zacząłem trenować karate, ściąłem się prawie na łyso. Nie tylko dlatego, że to ułatwiało treningi, ale także z tego powodu, że był to wówczas wyraz porzucenia okresu głupich zabaw i ruszenia drogą bushido. Tak wtedy myślałem – chciałem zostać wojownikiem, prawdziwym karateką, następcą Masutatsu Ōyamy. Grzywka godna bywalca dyskotek zupełnie do tego nie pasowała. Podobnie jak picie alkoholu czy palenie papierosów.

Dlatego przez kilka lat to właśnie był mój styl, to była moja droga. Trenowałem każdego dnia, po kilka godzin dziennie. Zresztą w tamtym czasie, w połowie lat osiemdziesiątych, niczego innego w R. nie można było robić. Wcześniej czy później każdy chłopak trafiał do sekcji karate. Alternatyw po prostu było niewiele. Ale prawdą jest także i to, że niewielu zostawało po kilku miesiącach morderczych treningów. Ja zostałem i szybko zdobywałem kolejne kyu. Dobrze się uczyłem, ale tak naprawdę karate stanowiło istotę mojej ówczesnej egzystencji. Aż do czasu wejścia w konspirację, w młodzieżowe knucie przeciw komunie.

Ewa podała drugie danie, a po nim kompot i budyń. Czekoladowy – mój ulubiony. Usiedliśmy przy mniejszym stoliku, zwanym jamnikiem. Na pierwszym programie leciała powtórka serialu emitowanego na początku lat osiemdziesiątych Kobieta za ladą. To była czechosłowacka produkcja o śmieszącej wszystkich oryginalnej nazwie Žena za pultem. Oglądaliśmy go i trochę rozmawialiśmy. Coraz bardziej przyzwyczajałem się do tej dziwnej sytuacji. O omdlewaniu nie było już mowy. Po raz kolejny akceptowałem to, co przynosiły mi wydarzenia. Tak jak przez całe życie. Jak wówczas, gdy umierali mi najbliżsi, ukochane zwierzęta, mój świat. Przywykałem.

W pewnym momencie rozmowa zeszła na politykę. Janek lubił sobie o niej poperorować, zwłaszcza w obecności żony. Był członkiem PZPR, i to raczej ideowym. Nie chodziło o miłość do komunizmu, ale raczej o akceptację władzy. Tej władzy. Każdej władzy. Lubił, gdy był porządek. Nie zaprzyjaźniłby się z Kropotkinem.

– A ty myślisz, że oni się dogadają? – zwrócił się do mnie.

– Oni, czyli kto? – byłem nieco zbity z tropu.

– No oni, partia i ci z „Solidarności” – wytłumaczył nieco zirytowany.

– Nie wiem – odpowiedziałem, bo nie miałem ochoty na gadanie o polityce. Zwłaszcza że przecież wiedziałem dokładnie, co się stanie.

– Świat nauki nie ma w tej sprawie niczego do powiedzenia? – zdobył się na ironię, nie traktował bowiem poważnie mojej dyscypliny. Uważał, że nauka to tylko te jego inżynierskie specjalności: fizyka, chemia, biologia. Reszta to „pięknoduchowskie bzdety”, jak się kiedyś był wyraził.

– Świat nauki? To jakiś nowy miesięcznik dla inżynierów z prowincji? – odgryzłem się.

– Ale ja serio pytam – odezwał się pojednawczym tonem. – Co sądzisz? Będzie jakaś zmiana? Jakieś porozumienie?

Naprawdę nie za bardzo chciałem o tym gadać, ale w tym momencie dostrzegłem, że Michał przestał oglądać serial i popatrzył na mnie, jakby był ciekaw mojej opinii.

– Myślę, że tak – zacząłem. – Musi dojść do jakiegoś przełomu. Pewnie siądą przy jakimś kulatym stole, przy błogosławieństwie Kościoła, i się dogadają.

Użyłem słowa „kulaty”, bo tak po czesku brzmi „okrągły”, i właśnie przed chwilą w telewizji padło to słowo.

– No ale jak, z Wałęsą będą gadać? – zaoponował Janek. – Przecież on i cała ta banda z podziemia są skompromitowani. Z kim tu gadać?

– No właśnie, z kim innym tu gadać? – wtrąciłem. – Z Miodowiczem się mają komuniści układać? Z PAX-em? Jeśli ktoś może dać im wiarygodność społeczną, to tylko „Solidarność”.

– Wiarygodność? Chyba żartujesz! – oburzył się Janek. – Oni mieliby niby być wiarygodni?

– A może te twoje komuchy są godne zaufania, co? – odezwał się niespodziewanie Michał. – Może oni mają wiarygodność? Nikt ich już nie popiera, utrzymują się u władzy tylko dzięki Ruskim i takim jak ty.

– Michał! – wykrzyknęła Ewa. – Nie odzywaj się w ten sposób do ojca.

– Dlaczego nie? – odpowiedział Michał. – Przecież to prawda. Gdyby tylko mogły odbyć się wolne wybory, toby naród skopał tyłki komunistom.

– Może masz rację, Michał – próbowałem załagodzić sytuację, choć sam nie wiem dlaczego – ale pamiętasz zeszłoroczne strajki w maju i sierpniu?

Wiedziałem, że to był dobry strzał. Byłem w sierpniu 1988 roku na demonstracji we Wrocławiu i widziałem na własne oczy, jak słaby był to protest. W całym kraju stanęło zaledwie kilka zakładów pracy, a reszta zignorowała apele przywódców podziemia o strajk generalny w rocznicę porozumień sierpniowych. Na manifestacji poparcia dla tych nielicznych, którzy posłuchali wezwania liderów „Solidarności”, prawie nie było robotników. Większość uczestników stanowili uczniowie i studenci. Gdy szliśmy wtedy ulicą Grabiszyńską i krzyczeliśmy „Jutro strajk, jutro strajk!”, jakiś przechodzień rzucił w naszą stronę z przekąsem: „Szkolny, kurwa?!”.

– Pamiętam – odpowiedział bez entuzjazmu.

– Nie ma pary w kotłach opozycji – ciągnąłem. – Ale ty, Janek, też się nie ciesz, bo w tych twoich kumplach z różnych komitetów wojewódzkich też jej nie ma. No i Gorbaczow ciśnie z Kremla na jakieś reformy. A nasi czerwoni nie zwykli ignorować życzeń Moskwy. Więc jakiś układ będzie. Będą rozmowy.

– A niby o czym? – zapytał Janek, ale raczej już nie konfrontacyjnie, tylko z niejakim zaciekawieniem.

– O podzieleniu się władzą i odpowiedzialnością za ten cały syf – odpowiedziałem, ale nudziła mnie ta dyskusja i chciałem już ją zakończyć. – Zresztą pożywiom, uwidim, jak mawiają nasi przyjaciele Moskale, prawda?

– Prawda – rzuciła szybko Ewa, chcąc wykorzystać ten retoryczny zwrot do uciszenia burzy, która rysowała się na horyzoncie. Wiedziała, że dyskusje polityczne między jej mężem, który był zaprzysięgłym zwolennikiem rządów PZPR, a synem, który w zeszłym roku był zatrzymany za domaganie się uwolnienia więźniów politycznych, nigdy nie kończą się dobrze i zawsze wywołują kilkudniowe cisze domowe. Chciała tego uniknąć. Tak naprawdę wszyscy chcieli tego uniknąć, każdy bowiem miał te kłótnie za zbędne i nic niewnoszące. Michał uważał po nich swego ojca za podlizującą się władzy świnię, a Janek swego syna za nic nierozumiejącego ze świata idiotę. Obaj zresztą mieli rację. Mnie także ta rozmowa była nie w smak.

Prawie rok wcześniej, 1 maja 1988 roku, w czasie pochodu wywiesiłem na jednym z budynków okalających rynek w R. transparent o treści: „Uwolnić więźniów politycznych”. Towarzyszył mi kolega z Grona Młodzieży Niezależnej, podziemnej organizacji, którą założyliśmy rok wcześniej. Zatrzymano nas i spędziliśmy noc na dołku. Przesłuchano mnie, troszkę poturbowano. Wszystko zakończyło się kolegium do spraw wykroczeń, na którym skazano mnie za zakłócanie porządku publicznego i zaśmiecanie miasta, bo nie dość, że wywiesiliśmy transparent, to jeszcze rozsypywaliśmy z dachu ulotki informujące o działalności GMN. 2 maja wyszedłem na wolność. Ojciec był wściekły.

– Jak mogłeś mi to zrobić?! – przywitał mnie w progu.

– Tobie, ty tchórzliwy chuju?! Tobie?! – rzuciłem mu wówczas w twarz. – Nie zapytasz się nawet o to, czy mnie tam nie przecwelono? Nie zapytasz o to, jak się czuję? Jedyne, o co dbasz, to jak wpłynie to na twoją karierę, pierdolony tchórzu!?

Stał jak zaklęty. Przepuścił mnie w drzwiach. Spakowałem swoje rzeczy i wybiegłem z domu. Kilka dni spałem u Benka, współzałożyciela GMN, który dysponował własną chatą. Gdy wróciłem pod koniec tygodnia do domu, stary nic nie powiedział, słowem nie odniósł się do tego, jak mu nawrzucałem. Od tamtego czasu obaj unikaliśmy tematów politycznych. Ja go uważałem za koniunkturalistę, a on mnie za nieodpowiedzialnego szczeniaka.

Obiad dobiegał końca. Zrozumiałem, że czas na mnie. Podziękowałem za zaproszenie i skierowałem się do drzwi. Ucałowałem Ewę, uścisnąłem dłoń Janka. Na końcu pożegnałem się z Michałem krótkim „cześć”.

Wróciłem do domu. Było niedzielne popołudnie, najgorsze kilka godzin w tygodniu. W R. zwyczajem było, jeśli tylko pozwalała na to pogoda, że o tej porze ludzie wylegali na ulice i przechadzali się. Nazywano to spacerowaniem, choć – zaiste – ktoś, kto wymyślił to słowo, chyba nie taką czynność miał na myśli. Obywatele R. wypełzali na jedną z dwóch głównych ulic i wolno poruszali się tam i z powrotem. Nie za szybko, bo ulica nie była zbyt długa i jeśliby ruszyć raźnym krokiem, to w dziesięć minut można by ją przemierzyć tam i nazad. Trzeba było zatem dozować wysiłek i delektować się każdym stawianym krokiem. W uprzywilejowanej sytuacji znajdowały się rodziny z wózkami – ich wolne tempo było niejako wymuszane przez okoliczności zewnętrzne: nierówny chodnik, zdezelowany wózek, konieczność poprawiania kocyka berbeciowi. Pary bez dzieci musiały imać się innych sposobów rozciągnięcia w czasie niedzielnej przechadzki. Na pomoc pospieszył im gdzieś w połowie dekady pewien biznesmen. Był pół-Romem, więc miał nieco śniadą twarz. Rozpuścił wieści po mieście, że tak naprawdę jest Włochem, i otworzył na rynku lodziarnię. Nazwał ją, a jakże, „U Włocha”.

Mówiąc szczerze, lody były koszmarne – zbyt wodniste, bez smaku, ale on w odpowiedzi na te zarzuty nazwał je „lodami sorbetowymi” i tym samym zamknął ryje krytykom. Od tego momentu ktoś narzekający na wodnistość i bezsmakowość produktu Cygana uważany był za chama, który nie potrafi docenić wykwintnego smaku sardyńskiego sorbetu.

To właśnie lodziarnia „U Włocha” okazała się wybawieniem dla mieszkańców R., mogli bowiem przedłużać niedzielne spacery o wizytę w tym przybytku i delektować się Słońcem Rzymu, Śmiercią w Wenecji czy Porankiem w Neapolu – bo tak wyszukane nazwy nadał swym produktom zapobiegliwy Cygan.

Po wyjściu z domu rodziców poszedłem oczywiście do „Włocha”, kupiłem puchar syfiastych lodów i bawiłem się obserwowaniem ludzi. Choć była zima, obywatele nie zawiedli, nie opuścili posterunków, krążyli po swym spacerniaku. Poruszali się w zwolnionym tempie. Przez chwilę nawet pomyślałem, że może jeden z roboteli zrobił sobie chwilę przerwy, ale nie – oni naprawdę tak właśnie się przemieszczali. Z godnością monarchów, z powolnością głów państw. Każda chwila musiała być wydłużona w nieskończoność, bo tylko tak można było jakoś dotrwać do wieczora, i do nocy, i do jutra. Tylko tak można było uciekać życiu – rozciągając maksymalnie chwile, uciec od wieczności. Do wieczności.

We wtorek pojechałem do pracy. Uniwersytet w K. nie był może największą, a już na pewno nie najlepszą uczelnią w kraju, ale trzymał poziom. Znany był ze swej komunistycznej ortodoksji i przywiązania do linii partii. Założony w 1968 roku, dawał po wielekroć dowody, iż zaufanie, którym obdarzyły go ówczesne władze, nie będzie zawiedzione. Liderzy PZPR mieli prawo do zadowolenia z kadry, która świetnie zdawała sobie sprawę, jakie jest nasze położenie geopolityczne i jakie naszą ojczyznę obowiązują sojusze.

Jak wynikało z założeń Terminala Odejścia, pracowałem tam, doskonale zdając sobie sprawę z pewnych uwarunkowań – za prawo do uczenia młodzieży i prowadzenia badań społecznych płaciłem cenę w postaci niekrytykowania partii, uczestniczenia w obrzędach, które urządzała ona na swoją cześć, i ogólnego niewtrącania się do spraw, na które nie miałem wpływu. Chętnie korzystałem z tego zawartego między mną a państwem układu. Pozwalał mi on na w miarę wygodne życie w zamian za kilka gestów, które musiałem od czasu do czasu wykonać w stronę kapłanów komunistycznej religii, udając, że wierzę w ich bóstwa.

Kapłani owi, w postaci szefa