Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka 18 procent szarości - Zachary Karabaszliew

Ostra muzyka, miłość, Kalifornia, wielka sztuka i worek marihuany. Zachary Karabaszliew kreśli niesamowitą, nostalgiczną powieść drogi, w której przegląda się współczesna Ameryka, jakiej nie znajdziecie na pierwszych stronach gazet.

To nie jest kolejna historia emigranta, który nie potrafi odnaleźć się za Wielką Wodą. To proza dla tych, którzy – jak Zack i Stella – nie potrafią pogodzić się z tym, że codzienność ma stać się czymś przeraźliwie nudnym.

„18% szarości” napisałby dziś Jack Kerouac, gdyby przyjechał do Stanów Zjednoczonych z pokomunistycznej Bułgarii, znał Nietzschego, historię malarstwa i uwielbiał fotografować.

Opinie o ebooku 18 procent szarości - Zachary Karabaszliew

Fragment ebooka 18 procent szarości - Zachary Karabaszliew

Zachary Karabaszliew

18% szarości

Przełożyła: Hanna Karpińska

Wrocław 2015

Spis treści

18% szarości

Podziękowania dla

Bo też i nie zna człowiek swego czasu,

jak ryby, które się łowi w sieć zdradliwą,

i jak ptaki w sidła schwytane.

Jak one, tak uwikłani zostaną ludzie w złej chwili,

gdy spadnie na nich znienacka

Księga Koheleta, 9,121

1 Cytaty z Biblii według Biblii Tysiąclecia (Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Poznań 2002) (przyp. tłum.).

Nie ma jej od dziewięciu ranków.

Żaluzje w sypialni są szczelnie zaciągnięte, ale dzień nieubłaganie daje o sobie znać ogłuszającym warkotem śmieciarki. To znaczy, że jest środa. To znaczy, że jest ósma piętnaście. Czy istnieje bardziej ogłuszający hałas niż warkot śmieciarki o ósmej piętnaście rano?

Zwlekam się z łóżka, przechodzę do pokoju dziennego i padam na kanapę. Chłód skórzanego obicia nie pomaga mi zapaść ponownie w drzemkę, a i śmieciarka jest coraz bliżej. Wstaję, rozchylam listwy żaluzji i parzący słoneczny promień smaga mnie po twarzy. Skupiam całą energię i próbuję spowodować awarię ryczącego zielonego potwora. Wysiłek doprowadza jedynie do tego, że całkiem odechciewa mi się spać.

Patrzę na frezje w wazonie na szklanym stoliku. Martwe frezje i zmętniała woda, ślad po niej.

Otwieram prawą szafkę kuchenną i ze stosu słodyczy wybieram toblerone’a. Podnoszę z podłogi porzuconą tam wczoraj koszulę, włączam żelazko, jedną ręką prasuję, podczas gdy drugą odłamuję i wsuwam do ust czekoladowe trójkąty, wkładam koszulę, zawiązuję krawat, robię kawę rozpuszczalną, oblewam sobie rękaw, grzebiąc w poszukiwaniu kluczy, wciągam szarą marynarkę i zatrzaskuję drzwi.

Na dworze jarzy się kolejny upalny południowokalifornijski dzień. Włączam silnik toyoty. Skręcam w ulicę Jeffersona i wyjeżdżam na autostradę.

Pięć kolumn samochodów w jednym kierunku, pięć w drugim. Korek. Warczą motory, dygoczą zderzaki, lśnią maski – jak przed bitwą.

W pracy myślę o niej, wyobrażam sobie, że rozmawiamy – nie da się z tym skończyć tylko dlatego, że jedno z nas po prostu zniknęło. No bo jak?

Dobrze, od tego momentu nie będę o niej myśleć. Nie będę o niej myśleć. Nie będę o niej myśleć, nie będę o niej myśleć, nie będę o niej myśleć, nie będę.

Będę ćwiczył jogę, otworzę sobie czakry, będę powtarzał mantry, aż całkowicie oczyszczę mózg, będę jadł ryż rękami, zapuszczę brodę, będę stał na głowie…

Ommm.

Ommmmam dość myślenia o niej.

Ommmmmmam dość myślenia o niej.

Ommmmmmmmam dość myślenia o niej.

Podczas porannej odprawy dyrektor Scott przedstawia kolejne zmiany struktury wydziału, na stole stoją otwarte pudełka z pączkami, jest sok pomarańczowy, paruje kawa… Badania kliniczne… Czemu ta klimatyzacja jest taka mocna? …na ostatnim etapie… Ommmmm… po ustaleniu pewnych… Czemu ta kawa jest słaba i kwaśna? …każdy powinien zwrócić uwagę na protokół… Ommmm… Formularz 1574… w ośrodkach szpitalnych… Ommmm… proszę, by wszyscy jeszcze raz przed zakończeniem przejrzeli kwestionariusze IRB… Co ja tutaj robię? …ścisłego przestrzegania procedur przez personel medyczny… Co to za ludzie? Scott rozdaje wszystkim ich osobiste plany na następny kwartał, w oczach ma tyle życia, ściska nam energicznie dłonie, jak umieją robić to tylko niscy mężczyźni, moją przytrzymuje dłużej. Gdzie ja jestem?

Potem wszyscy kierują się do swoich jasnoszarych boksów, podczas gdy Scott gestem zaprasza mnie do własnego ciemnoszarego gabinetu. Biurowy minimalizm: biurko, monitor, mały osobisty ekspres do kawy i pojemnik z biurową wodą, nad którym wisi plakat z długą łódką (kanoe? kajak?) wprawianą w ruch przez wioślarzy. Pod zdjęciem widnieje napis: „Teamwork”.

Scott coś do mnie mówi zatroskanym głosem. Patrzy na mnie tymspojrzeniem. Nie słyszę, co mówi, tylko kiwam głową i zbiera mi się na wymioty. To spojrzenie. Nie pamiętam, jak mija reszta dnia. Chyba obrzydliwie.

Kiedy wracam z pracy, akurat w godzinie szczytu, przy światłach na rogu Jedenastej Ulicy i Broadwayu potok samochodów zwalnia i się zatrzymuje. Gdzieś z przodu policjanci przekierowują ruch, widzę ich pomarańczowe kamizelki, gesty, przenośne znaki STOP. Dostrzegam na środku jezdni białe cielsko leżącej na wznak ciężarówki. Jest gorąco. Próbuję w ostatniej chwili zmienić pas i sprytnie przedostać się w górę Cedar Street, ale nie udaje mi się – drań z prawej nie chce mnie puścić. To znaczy, że będę musiał stać w korku jak wszyscy. Patrzę na lewo: mężczyzna po pięćdziesiątce, siwe włosy, sucha kalifornijska opalenizna i zmarszczki, dłubie w nosie i próbuje obserwować samolot ciągnący w górze czerwoną wstęgę z jakimś napisem. Też próbuję zobaczyć, co jest tam napisane, i łapię się na tym, że również dłubię w nosie. Patrzę na samolot na niebie, patrzę na mężczyznę z prawej. Lewy łokieć na opuszczonej szybie, prawy palec wskazujący w nosie, włosy siwe. Będę wyglądał tak samo za dwadzieścia kilka lat. Moje rozważania przerywa króciutki klakson z tyłu. Ze złością wciskam sprzęgło, żeby wrzucić pierwszy bieg. Pedał nagle się zapada. Wciskam mocniej, popycham i pociągam drążek biegów, ale się nie rusza. Widzę, jak siwy mężczyzna z palcem w nosie oddala się ode mnie. Wciąż jeszcze mam zielone światło, ale wiem, że nie będzie to trwać wiecznie. Szarpię mocniej drążek (hop – żółte), słyszę za sobą coraz bardziej niecierpliwe klaksony. Niesamowicie upalny dzień (zapala się czerwone), o wiele dłuższy od innych (jaskrawoczerwone). Czuję, jak cały gniew pracujących od siódmej rano księgowych, adwokatów, radnych miejskich, sekretarek, urzędników bankowych, hotelarzy, programistów, kelnerów, inżynierów, agentów nieruchomości, jak cała robocza moc tej ulicy skupia się na moim samochodziku. Gdyby ktoś umiał zespolić ich myśli, to zestrzelonym w jedno spojrzeniem mogliby mnie cisnąć w dół, w okolice portu – do bezdomnych i narkomanów.

Zaczynam szukać świateł awaryjnych, ale nie wiem, gdzie się je włącza. Z tyłu trąbią na mnie coraz liczniejsi dranie, anonimowi w swoich pojazdach. W lusterku widzę ich pozornie obojętne twarze, ale wiem, że ręce naciskają klaksony. Pocę się. Nie widzą, że mam awarię? Czy nie rozumieją, jak okropnie się czuję? Ci bardziej inteligentni włączają lewy kierunkowskaz i wymijają mój nieruchomy samochód. Pozostali nie chcą jednak dostrzec, że jestem w biedzie. Ludzka bezduszność zawsze uderza mnie w najczulsze miejsca. Mam je pod pachami. Gdy przeżywam silny stres i przy dusznej pogodzie, takiej jak dzisiaj, oblewam się potem pachnącym duszoną cebulą. Jeśli rozzłoszczą mnie jeszcze trochę, to wysiądę z samochodu, rozłożę ręce jak pomnik nad Rio i przegonię ich samym zapachem. Przegonię w diabły! Będą w panice wyskakiwać z samochodów i z zatkanymi nosami uciekać gdzie oczy poniosą – jak w filmie z Godzillą. I w końcu na skrzyżowaniu Jedenastej Ulicy i Broadwayu zostanę tylko ja, z rozłożonymi rękami, i ich porzucone samochody z otwartymi piskającymi drzwiami. Będą piskać pi, pi, pi jak kurczęta – pi, pi, pi, ja zaś będę kroczył jak zwycięzca i śmiał się głośno i złowrogo. Niespodziewanie znajduję włącznik świateł awaryjnych, naciskam go resztką sił i wyskakuję, na wpół uduszony własnym zapachem. Powietrze na zewnątrz jest gorące i suche. Robię ku stojącym za mną pojednawcze gesty, koszulę mam mokrą od potu, rozluźniam krawat, uśmiecham się przepraszająco, rozkładam ręce (każdemu może się zdarzyć), podczas gdy w myślach torturuję na śmierć przyjaciół i krewnych tych padalców, którzy teraz unikają mojego spojrzenia. A niech ich jasny szlag.

Z automatu dzwonię do jakiejś firmy, żeby przyjechali i coś zrobili.

Zjawia się człowiek z wietnamską twarzą i lawetą, która przewiezie samochód do warsztatu. Chce osiemdziesiąt dolarów.

Pytam go, na jakie nazwisko wypisać czek. Kręci głową – nie chce czeku. Ja też wielu rzeczy nie chcę!

– Cash – domaga się. – Cash.

– Aha, cash. Skąd ci mam wziąć cash, kiedy nie mam?! – Wypisuję czek na osiemdziesiąt dolarów, podaję.

– Nie. – Głowa chodzi mu jak na sprężynie. – Cash, cash.

– Cash, w dupę mi właź.

– Co? – Marszczy brwi, nie rozumie, co mówię.

Ja też nie rozumiem, dlaczego Stelli nie ma, ale… Wietnamczyk widzi, że nic nie ugra, i postanawia przyjąć czek, ale na wyższą sumę.

Wypisuję nowy czek na dziewięćdziesiąt dolarów.

– Jakie imię wpisać?

– Haua.

– Haua?

– Nie.

– Hauar?

– Nie.

– Howard?

– Haua.

– Dobrze, Howard. – Ależ ci ludzie z Azji gustują w wypasionych imionach. Nie spotkałem ani jednego, który miałby na imię Bill albo Bob. Niech będzie Howard. Piszę „Howard Stern” i podaję mu czek.

– Nie, nie! – krzyczy. – Nie Howard Stern! – Drze czek. – Haua!

– Howard jaki?! – złoszczę się. Wietnamczyk wyrywa mi książeczkę czekową i sam wpisuje swoje imię. – Hau Ua.

– Oooo! – rozpogadzam się i poklepuję go po ramieniu. – Znam wielu Wietnamczyków, Hau. To dobrzy ludzie.

Hau patrzy na mnie, nie reagując.

– Dobrzy ludzie – ciągnę – …są z Wietnamczyków.

– Ja z Laos – mówi Hau i odwraca się plecami. Jestem pewien, że w warsztacie zedrą ze mnie skórę. Niech tam.

Biorę taksówkę i wracam do domu. Cicho i ponuro. Podlewam kwiaty w ogrodzie – one nie są niczemu winne. W drzwiach pojawia się kot sąsiadów, dyskretny i pomarańczowy. Chce się z kimś pobawić. Ja też chciałbym się pobawić, ale nie mam z kim. Pytam go: „Brakuje ci Stelli?”. Miauczy, co znaczy, że tak. Stella kupowała mu kocie konserwy. Twierdziła, że najbardziej smakują mu te z sandaczem oceanicznym. Znajduję puszki pod umywalką, wyjmuję jedną i otwieram. Wynoszę miseczkę na dwór i stawiam pod sztalugami z jej porzuconym ostatnim obrazem przykrytym poplamionym na niebiesko prześcieradłem. Przez chwilę obserwuję, jak kot je łapczywie. Te sztalugi podarowałem jej na Gwiazdkę pięć lat temu. Unoszę brzeg prześcieradła, patrzę. Nic z tego nie rozumiem. Jedyny jej obraz w tym domu (cała reszta jest w pracowni lub w magazynie), a i tak niedokończony. Może powinienem wyrzucić go na śmietnik?

Jestem głodny. Odwracam się i niechcący zawadzam nogą o jeden ze słoiczków z niezaschniętą farbą i sterczącymi pędzlami. Przewraca się, pojawia się obrzydliwa w kolorze i kształcie plama. Kopię słoik ze złością, rozbija się na drobne kawałki. Kopię też kilka pozostałych. Również rozbijają się na kawałki.

W lodówce są tylko stare jarzyny sprzed jej wyjazdu i nowe piwo, w które zaopatrzyłem się później. Od pewnego czasu moje życie dzieli się na dwie części: przed i po. Ta druga obejmuje dziewięć dni samotności. Samotności najdotkliwszej zwłaszcza o tej porze między dniem a nocą, która jeszcze nie jest wieczorem, a już nie jest dniem. Wtedy czuję się najbardziej samotny. Wszyscy odprężają się po pracy, a mnie aż ściska z powodu jej nieobecności. Sam jak yeti – wędruję wśród swoich myśli i nie ma, nie ma schronienia…

„Musisz pobyć trochę sam. Zdecydować, co zrobić z życiem…”. Milczałem. Oglądałem CNN i milczałem. (Jakie wtedy nadawano wiadomości?). Co mogłem powiedzieć?

W pudle na chleb znajduję połówkę suchej bagietki. Wącham – jeszcze nie czuć pleśni. Wyjmuję konserwę, na której widnieje kolorowe sombrero i napis „El Cowboy”, przekładam jej zawartość do rondelka, stawiam na maszynce. Od czasu do czasu mieszam. Zaczyna pachnieć fasolą i meksykańskimi przyprawami. Ona nie lubi fasoli. Nie lubi też meksykańskich przypraw. Idę wybrać coś do posłuchania. Grzebiąc w płytach, słyszę puff. Fasola wykipiała i rozlała się na kuchenkę. Zaczynam ją wycierać gąbką, zanim zaschnie. Nagle, wnętrzem dłoni, tam gdzie skóra jest najcieńsza, dotykam niechcący gorącego garnuszka. Nawet nie krzyczę z bólu – na co mi krzyczeć, pieprzyć tę rękę! Pieprzyć tę rękę! Pieprzyć tę rękę?

Nagle myśl o porno przestaje mi się wydawać taka bezsensowna jak w ciągu ostatniego półtora tygodnia. Po tym piekącym daniu zafunduję sobie deser w postaci spokojnej robótki ręcznej.

Nakrywam stół obrusem. Układam sztućce i serwetkę. Wyjmuję słoik z ostrymi papryczkami peperoncino i stawiam na blacie. Zapalam świecę. Kładę talerz i uzupełniam nakrycie dwoma piwami. Biorę do ręki pilota i włączam odtwarzacz.

Aria Salome z opery Herodiada. Podkręcam dźwięk jak nigdy wcześniej, kiedy tu była. Wrzucam kawałki suchej bułki do talerza i siorbię wielkie, gorące kęsy, przerzucając je w ustach, póki nie podstygną. Jedzenie fasoli to rytuał. Musi być gorąca i ostro przyprawiona, inaczej jest do niczego.

Aria trwa pięć minut i dziewięć sekund. W tym czasie opróżniam talerz i słucham z zamkniętymi oczami przez trzy minuty. Wraz z ostatnim akordem rozlega się dzwonek telefonu. Nie odbieram. Nie odebrałem telefonu ani razu, odkąd Stelli nie ma.

Proszę zostawić wiadomość!

„Zack, jesteś?” – słyszę głos znajomego, który ciągle chce się ze mną zaprzyjaźnić, a od jakiegoś czasu dzwoni rano, w południe i wieczorem.

„Dzwonię do ciebie rano, w południe i wieczorem. Muszę z tobą porozmawiać. Proszę cię, zadzwoń. Ciao”.

Na wyświetlaczu sekretarki nerwowo migają trzydzieści trzy nieodsłuchane wiadomości. Ani jedna nie jest od niej.

Rozglądam się.

Wszystko w tym domu jest na swoim miejscu, bo ona tak to zostawiła. Na każdym przedmiocie są ślady jej rąk. A ja próbuję przywyknąć do myśli, że jej nie ma.

Porno jak porno. Przez chwilę na ekranie różowią się gołe ciała i w końcu wszystko się kończy w papierowej serwetce. Wyrzucam ją do kosza, razem z kilkoma starymi gazetami, kopertami od rachunków i reklamami. Przygotowuję się do snu. Starannie myję zęby i twarz, gaszę wszędzie światło. Kładę się na prawej połowie łóżka. Jej połowa, ta lewa, boli mnie jak rana.

Duszę się ze smutku.

Długo patrzę na ciemny sufit, potem się przetaczam, tam gdzie spała jeszcze dziewięć nocy temu. Kulę się do postaci niemal dwumetrowego embriona i całym ciałem przyciskam swoje serce. Moje serce jest jak kot sąsiadów – nie rozumie, co się do niego mówi. Jeszcze nie rozumie, że jej nie ma. Serce jest zwierzęciem.

***

– popatrz na mnie

– pić mi się chce

– popatrz w obiektyw

– zimno mi

– proszę

– chcę kawy…

– kończymy

– …chcę się już kochać…

– ostatni film i daję ci spokój

– ostatni?

– ostatni

***

Nagle w żołądku czuję uderzenie czegoś, co po chwili zwija się w małą twardą kulkę. Siadam na łóżku i wbijam wzrok w srebrzyste żyłki ciemności. Nasłuchuję. Odgłosy czyjejś obecności? Wstrzymuję oddech i próbuję wyczuć, czy ktoś jest w pokoju dziennym. Gotów jestem przysiąc, że tak. Ktoś JEST. Słyszę ruch rolet na tarasie. Ostrożnie wstaję. Sięgam do lampki nocnej, wyłączam ją z kontaktu, zwijam przewód i chwytam za metalową podstawkę – nada się. Wtedy uprzytamniam sobie, że jestem goły. Nie mogę wyskoczyć z sypialni i gonić złodziei po domu jak w szwedzkim filmie – to głupie. W ciemności dostrzegam trzy białe paski na rzuconych przy łóżku spodniach dresowych. Ostrożnie się w nie wsuwam, nie wypuszczając lampki z rąk, i podchodzę do drzwi. Przyciskam ucho i wytężam słuch.

Słyszę tykanie zegara. Słyszę szmer lodówki. Słyszę szum krwi w głowie. Słyszę jeszcze jakiś ledwie uchwytny dźwięk. Nabieram głęboko powietrza, gwałtownie otwieram drzwi i z wrzaskiem wpadam do holu.

Nikogo. Z tarasu dobiega mnie jednak jakiś brzęk, pędzę tam. Widzę szopa, który panicznie próbuje wspiąć się na balustradę, ale przeszkadza mu w tym łapa przytrzaśnięta pokrywką puszki po kociej konserwie. Opuszczam zaimprowizowaną broń. Głośno się śmieję.

Zachciało ci się kociego jedzonka, grubasie! Mam ochotę mu pomóc i podsadzić tłusty tyłek, ale jestem pewien, że to go tylko jeszcze bardziej wystraszy. Puszka spada mu wreszcie z łapy i toczy się pod krzesełko, a szop wdrapuje się na balustradę. Na górze zatrzymuje się na moment i rzuca mi ostatnie spojrzenie.

– Hej – mówię mu – wyglądasz jak rozbójnik z tą śmieszną czarną opaską na oczach. Ale Zorro, najadłem się przez ciebie strachu, to teraz zmiataj!

Chyba nie uda mi się szybko zasnąć po tej przygodzie. Zostaję jeszcze chwilę na tarasie. Kanion w dole szumi, palma w ogrodzie tańczy. Pojawił się wiatr. Jeden z tych wiatrów, które zsuwają się jesienią z zimnych gór, przemykają przez rozpaloną pustynię i w ciągu kilku dni wysuszają wszystko, co stanie im na drodze, by w końcu dotrzeć do Pacyfiku. Jeden z tych chorych, suchych wiatrów noszących imię świętej2.

Narzucam kurtkę, wychodzę na dwór i ruszam w lewo. Po chwili skręcam w prawo, nie wiem, dokąd idę, nie interesuje mnie to. Przytomnieję gdzieś w okolicach autostrady, na jednym z tych nowych osiedli mieszkaniowych ze sztucznym jeziorem i malowniczym małym wodospadem, z poruszaną agregatem rzeczką przepasaną drewnianym mostkiem z latarniami made in China. Maszeruję wijącą się między domami uliczką i próbuję w miarę możliwości zaglądać ludziom do okien. Przez szpary w zasłonach dostrzegam niebieskawy odblask telewizorów, ramki z fotografiami na ścianach, plakaty z gwiazdami w dziecięcych pokojach, zamknięte pianina, niezapalone świece w świecznikach, kalendarz ze starymi zdjęciami Manhattanu, reprodukcje Thomasa Kinkade’a…

Zwyczajność tej nocy mnie obraża.

Obraża mnie to, że wcześniej czy później wszyscy pogaszą ekrany, umyją zęby i zasną, potem znowu zrobi się jasno i wstanie dzień, jakby nic się nie zdarzyło. Obraża mnie to, że jutro niebo nad naszą dzielnicą będzie takie samo jak wtedy, kiedy Stella tu była.

Obraża mnie to, że kratery na księżycu będą takie same, ocean tak samo słony, tyle samo będzie oktanów w benzynie i cukru w pepsi. Niektóre rzeczy po prostu zostają takie same.

Obraża mnie także to, że ludzie będą dalej pracować w elektrowniach albo zakładach gazowniczych, że dalej będą istnieć takie zawody, jak kierowca, kwiaciarz, księgowa, listonosz czy recepcjonistka.

Obrażają mnie takie słowa, jak umywalka, dachówka, bezrękawnik, ketmia, wafel, rysunek… Obraża mnie to, że ktoś pisze teraz o tym wszystkim książkę.

Obraża mnie to, że obraża to również innych, takich jak ja.

***

Stella…

Pierwszy raz zobaczyłem ją na krótko przed wyjściem z wojska. Dostałem przepustkę i włóczyłem się przez cały dzień po mieście z tym wygłodniałym żołnierskim spojrzeniem, które każe dziewczętom przechodzić na drugą stronę ulicy. A po jakimś kolejnym numerze zostałem na dodatek wystrzyżony. Było późne popołudnie, przemierzyłem śródmieście wzdłuż i wszerz, miałem ochotę na coś do jedzenia. Wszedłem do cukierni i ją zobaczyłem. Najpierw usta? Nie – najpierw oczy, a dopiero potem usta. Później piersi – jej wysokie piersi wypychające służbowy fartuszek. Następnie fala jasnokasztanowatych włosów opadająca aż do dołeczka w policzku. Poczucie, że to zrządzenie losu. I strach, że cokolwiek bym w tym momencie zrobił, nie odniesie skutku. Była najładniejszą dziewczyną w tym mieście – musiała być czyjaś. Musiał istnieć jakiś szczęściarz, który liczy minuty do końca jej pracy. Cuda się nie zdarzają, pomyślałem i wyszedłem.

***

Wracam do domu, zgarniam kluczyki sportowego samochodu, który jej podarowałem na ostatnie urodziny, zapalam światło w garażu. Otwieram i wsiadam. Przed przekręceniem kluczyka w stacyjce zamykam oczy i odchylam głowę. Wnętrze auta, nieotwieranego odkąd jej nie ma, zachowało tak wiele z zapachu Stelli. Głośno wydycham powietrze. Odpalam. Brama garażu unosi się i w nocnej ciszy wyskakuję ze świstem opon na zewnątrz. Otwieram wszystkie okna, by przepędzić jej obecność. Z kanionu napływa zimne powietrze. Zatrzymuję się przy światłach na wjeździe na autostradę międzystanową numer 5. Godzinę drogi stąd na północ leży West Hollywood, Los Angeles. Mam tam do kogo pojechać. Mniej niż godzinę drogi na południe jest Meksyk. Tam nie mam po co jechać. Muszę się zdecydować, jaki obrać kierunek, zanim zapali się zielone.

Zielone, wciskam mocno pedał gazu.

***

– zawsze mnie będziesz fotografować?

– zawsze

– a jeśli się roztyję?

– też

– i będę miała olbrzymi tyłek?

– będzie więcej do fotografowania

– naprawdę?

– naprawdę

– spokojnie, nie roztyję się

– zobaczymy

– nie roztyję się

***

Cuda się nie zdarzają, powtarzam sobie w myśli, przecinając ulicę. Ta śliczna niebieskooka dziewczyna z dużym biustem i rozumną buzią nigdy nie zwróci uwagi na obsmyczonego żołnierza na przepustce. Od dwóch lat nie miałem do czynienia z dziewczyną. Przed wojskiem byłem podobno bardzo zabawny i miałem wielu przyjaciół, ale nie wiedziałem, jak się zachowywać wobec dziewczyn, i nie miałem się tego skąd dowiedzieć. Ciągle się wysilałem, żeby powiedzieć coś interesującego i śmiesznego, i ciągle wracałem do domu sam, podczas gdy inni, o wiele nudniejsi ode mnie, wychodząc, zgarniali jakieś dziewczyny i całowali się z nimi potem pod lipami. Sztywniak, pacan i niezguła, oto kim byłem. Maszerowałem w dół ulicy, w stronę plaży, w myślach waliłem się po gębie, a jednocześnie wiedziałem, z nieubłaganą jasnością wiedziałem, że tym razem zobaczyłem i odczułem coś całkiem innego. Oczywiście byłem podniecony tak samo jak zawsze, gdy moja rozpalona wyobraźnia skupiała się na jakiejkolwiek ładnej dziewczynie, ale teraz chodziło o coś więcej. Choć może to dziwnie zabrzmieć w odniesieniu do żołnierza, tym razem podniecone były moje myśli, mój intelekt był podniecony. Doszedłem aż do parku Morskiego i rzędu ławek, na których siedziały staruszki i staruszkowie. Znalazłem jedną wolną, z widokiem na morze, horyzont i niebo. Z lewej strony była północ, z prawej – latarnia morska na przylądku Gałata, pode mną Plaża Centralna, a za mną – miłość mojego życia.

Nabrałem głęboko powietrza, podniosłem się i poszedłem z powrotem, do niej.

***

Zatrzymuję się przed McDonaldem po stronie amerykańskiej – nie piszę się na prowadzenie samochodu w Meksyku. Granicę z Trzecim Światem przekraczam pieszo. W Tijuanie kierowcy taksówek, stojąc przy autach, rozmawiają, gryzą pestki i obserwują przechodniów, jak to kierowcy taksówek na całym świecie.

– Hola – pozdrawiam ich.

– Hola – odpowiadają ci pierwsi w kolejce. Wsiadam.

Dokąd?

Avenida Revolución. Ruszamy. W samochodzie rozbrzmiewa meksykański rap z akompaniamentem akordeonu, koło choinki przy lusterku kołysze się plastikowy krzyż z pozłacanym Chrystusem. Zatrzymujemy się przed końcem kawałka. Płacę. Wysiadam. Głęboko oddycham. Avenida Revolución w czwartkową noc huczy od dźwięków dobiegających z głośników wszystkich nocnych klubów, kusi zapachami potraw z ulicznych rusztów, chciwie obserwuje mnie oczami wszystkich co do jednego przekupniów i handlarzy, żąda pieniędzy mnóstwem wyciągniętych żebraczych rąk. Wszędzie naokoło coś się dzieje.

Stojąca na chodniku obok mnie rodzinna kapela mariachi śpiewa wniebogłosy, akompaniując sobie na wielkich rozstrojonych gitarach i nie przyciągając absolutnie niczyjej uwagi.

Pod latarnią pies rozciąga zębami przyklejoną do chodnika gumę do żucia.

Z dachu dyskoteki z szyldem „Spiderman” zwisa na linie człowiek pająk, przelatując nad głowami przechodniów z jednej strony ulicy na drugą. Naprzeciwko stoi zwisłouchy osioł pomalowany w czarno-białe paski mające upodobnić go do zebry. Zebra zaprzężona jest do kolorowego jak pisanka wielkanocna wózka. „$5 – Foto. Viva México”.

Ludzie, ludzie, ludzie… Dlatego tu jestem… Ludzie-ludzie-ludzie-ludzie-ludzie-ludzie-ludzie… Energia Tijuany pulsuje w każdej aorcie po tej stronie granicy, pączkuje w każdym mikrobie. Ta energia wysysa mnie z pustego domu nad kanionem, z szykującej się do jutrzejszej pracy Ameryki.

Wchodzę do pierwszego baru. Barman, chwalić Boga, mówi po angielsku. Pytam, czy umie robić martini.

Sí, señor.

Czy ma oliwki?

Sí, señor.

Czy umie robić brudne martini?

Sí, señor.

A więc señor poprosi teraz o brudne martini z trzema oliwkami, okej?

Sí, señor.

Trzy martini później señor się rozgląda. Przechodzi mi przez myśl, że gdybym to zrobił zaraz po wejściu, pewnie bym tu nie został. Co to za bar? Ciemno, brudno i śmierdzi. W jednym z rogów skrzynka z umieszczonym w niej odbiornikiem telewizyjnym nadającym obowiązkowy mecz piłkarski. Kilku klientów w kowbojskich kapeluszach patrzy na skrzynkę z meczem, unosząc zielone butelki piwa. Za każdym jednak razem, gdy idą reklamy, odwracają się i patrzą na mnie. Płacę i wychodzę.

Wpadam prosto w otwarte, spocone objęcia Tijuany. Krzykliwi sprzedawcy szarpią mnie ze wszystkich stron, ciągnąc do swoich dusznych sklepików.

Wchodzę do innego baru. Tym razem uważnie przyglądam się klienteli. W rogu wisi skrzynka z telewizorem nastawionym na sport. Goście mają kowbojskie kapelusze, oglądają mecz i piją piwo. Następuje przerwa na reklamy i kapelusze odwracają się ku mnie. Zostaję. Jeszcze raz to samo. Wychodząc, wybucham śmiechem na widok schodów.

Na dworze trwa pulsująca, gorąca meksykańska noc. A mnie jest już potrzebna panocha3, i to natychmiast. Dawać mi tu panochę!

Jakiś wytatuowany kark ciągnie mnie w górę świecących schodów. Dom publiczny? Nie, nie – przywlekli mnie do dyskoteki. Huczy muzyka w stylu electro latino. Z każdym taktem światła zmieniają kolor i dziewczyny pod nimi też. Dziewczyn jest pełno. Kelnerka ma wielkie cyce i miesza nimi w moim pijanym łbie.

Czego się napiję?

– Martini! – wrzeszczę.

Przynosi margaritę.

Niech będzie margarita. Parkiet jest zapchany. Klientela – amerykańscy żołnierze, meksykańscy sutenerzy, utlenione prostytutki, dilerzy narkotykowi i takie łajzy jak ja. Podczas gdy normalni ludzie na północ od granicy odpoczywają przed jutrzejszym dniem pracy, Tijuana nie śpi. Mniej więcej godzinę później dociera do mnie, że jeśli w ogóle w trakcie tej nocy popełniłem jakiś błąd, to nazywa się on margarita. Kręci mi się w głowie przez te światła, ciała, lustra, cyce, pot, kieliszki, stoły, krzesła.

W toalecie dziadek z cienkimi wąsikami i pod muchą rozdaje papierowe serwetki i czeka na pieniądze. Grzebię po kieszeniach, wyciągam pogniecione dolary, rzucam mu je na talerzyk, chwieję się, podpieram, znajduję umywalkę, ochlapuję twarz wodą. Z zaplutego lustra patrzy na mnie nieznajomy typ ze zmiętą twarzą. Krzywi się. Ja też się krzywię.

Że żona go rzuciła.

– Ha! Też coś! Gdybym był na jej miejscu – powiadam – też bym cię rzucił.

Wychodzę z toalety i kelnerka z cycami wita mnie nową margaritą.

– Ale ja nie zamawiałem margarity. No margarita.

– Sí! – dobiega znad cyców.

– Sí, aleno.

– Sí, sí, sí, señor! – nie ustępują cyce.

– Nic nie zamawiałem.

Cyce są wściekłe i robią w tył zwrot. Patrzcie tylko – wzywają ochronę!

Wyjmuję pieniądze, doganiam ją. Meksykanie rozumieją po angielsku, kiedy im to odpowiada. Płacę bez dyskusji. Wypijam duszkiem mdłą margaritę i wsuwam kieliszek do kieszeni – zabiorę na pamiątkę, skoro mnie naciągają. Traktują mnie jak najzwyklejszego gringo. Może i jestem borracho4, ale mam swój rozum. I nie jestem żaden gringo. Nagle wszystko zaczyna jeszcze bardziej po wariacku wirować mi przed oczyma, rety, zaraz umrę. Omal nie spadam ze schodów, chwytam obydwiema rękami za balustradę, zatrzymuję się przed wytatuowanym karkiem. Masz ci los, pewnie przyjdzie mi tu umrzeć. Próbuję objąć goryla i mamrocę:

– Panocha.

Muszę dostać panochę, zanim umrę. Chcę panochę.

Kark rechocze.

– Panocha, sí, sí. – Wykonuje ten gest, który robimy jak wszyscy idioci. – Fucky, fucky, tak, señor?

– Fucky, fucky, tak.

– Fucky, fucky?

No, dawaj mi wreszcie tę panochę, nim sczeznę.

Pokazuje mi jakiegoś typa na przeciwległym chodniku. Nie udaje mi się go dokładnie namierzyć. Pędzę w tym kierunku, ale chodnik kończy się bez żadnego ostrzeżenia, omal się nie przewracam, ledwie udaje mi się utrzymać równowagę. Nie wiadomo skąd wyskakuje niski garbaty człowieczek w ogromnym białym kapeluszu i ciągnie mnie na bok.

– Donkey show, donkey show, donkey show, donkey show…

Nie rozumiem, co jest grane. Na lewo ode mnie jakiś marynarz obłapia prostytutkę, grzebie jej w majtkach, a ona uśmiecha się do mnie znad jego ramienia.

Na prawo oparty o liszajowatą ścianę beznogi człowiek wyciąga plastikowy kubek – daj dola5.

Rozczochrana pięcioletnia dziewczynka zlizuje sobie wiszący z nosa smark, wyciąga plastikowy kubek – dola.

Indianka z niemowlęciem przyssanym do obwisłej piersi wyciąga plastikowy kubek – dola.

Jednooka staruszka wyciąga plastikowy kubek – dola. Dola-dola-dola-dola – każdemu dola.

– Donkey show, donkey show, donkey show, donkey show. – Garbus w białym kapeluszu kręci tyłkiem. – Fucky, fucky.

Nic nie rozumiem.

– Donkey fucky señorita.

Aha – spektakl z gołą kobietą i osłem nagle wydaje mi się czymś odpowiednim. Ruszam za garbuskiem.

– Donkey show, donkey show, donkey show…

Przecinamy Avenida Revolución i schodzimy po schodkach z boku hali targowej. Karzełek w białym kapeluszu zatrzymuje się przed odrapanymi drzwiami zwieńczonymi brudną nieosłoniętą żarówką i naciska dzwonek. Drzwi się otwierają, wygląda zza nich ogolona głowa. Karzełek wyciąga do mnie rękę – dola. Daję mu dolara i kapelusz znika na górze schodów. Płacę też za wstęp łysemu i schodzę jeszcze kilka schodków.

Mroczny bar z wiśniowymi boksami, brunatna lamperia i pomalowane czarną farbą olejną kolumny owinięte girlandami lampek choinkowych. W jednym końcu wznosi się zbite z desek niewielkie podium, przed którym stoi kilka okrągłych stolików ze zgniecionymi puszkami po piwie i przepełnionymi popielniczkami, naokoło roi się od marynarskich mundurów, skórzanych kurtek i hawajskich koszul. Ściany obwieszone spłowiałymi plakatami z reklamami meksykańskiego piwa – Corona, Dos Equis, Tecate. Wchodzę dokładnie w momencie, w którym muzyka przestaje grać, i zajmuję miejsce z tyłu, obok baru, za kilkoma rzędami męskich pleców. Staję na palcach. Wszyscy patrzą na czerwone pluszowe kotary, które nagle się rozchylają, a dwóch mężczyzn wywleka zza nich szarego osła i znika.

Okrzyki aprobaty. Do barmana wyciągają się ręce z dolarami, w drugą stronę wędrują puszki piwa.

Kotary ponownie się rozsuwają i wychodzi goła brązowoskóra kobieta w średnim wieku; ma krótkie nogi, zwiędłe piersi i obwisły brzuch. Wyobrażam ją sobie, jak z klamerkami w ustach rozwiesza pranie. Obute w białe lakierowane sandały na obcasie nogi schodzą się na górze w krzaczastej gęstwie. Włosy ma farbowane, makijaż tandetny, brwi wyskubane i uczernione. Z widowni dobiegają okrzyki dezaprobaty.

Co za pretensje – czego byście chcieli za pięć dolarów?! Shakiry?!

Po krótkim preludium Meksykanka zaczyna wpychać się pod osła. Ten się szarpie. Kobieta łapie go za organ i zaczyna energicznie masturbować zwierzę. Osioł trzęsie łbem, obnaża wielkie zęby. Kobieta robi swoje, osioł przez pewien czas nie reaguje. Kobieta zwiększa tempo.

Nagle osioł zaczyna rżeć i wykręca szyję, żeby ją ugryźć, ale ledwie udaje mu się skubnąć jej włosy. Kobieta klnie, wyrywa się i krzyczy coś wściekle w kierunku kotary. Wyskakuje dwóch Meksykanów, jeden łapie mordę zwierzęcia i drugą ręką uderza go w zęby.

– Oooo!!! – boleśnie jęczy tłum.

Osioł prycha i odskakuje, ale skądś pojawiają się dwaj inni wąsaci Meksykanie w strojach muzyków i zręcznie go przewracają. Jeden, przesunąwszy gitarę na plecy i mocno chwyciwszy pod zadartymi ku sufitowi przednimi kopytami, unieruchamia zwierzęciu głowę między swoimi krzywymi nogami. Jego kolega z przerzuconym na plecy akordeonem łapie zaś osła za tylne nogi.

Mulatka teraz już obydwiema rękami trudzi się nad oślą erekcją.

Widownia, jeszcze przed chwilą zaniepokojona, że straciła pieniądze (jak to zwykle bywa w Tijuanie), teraz wydaje okrzyki pełne aprobaty.

Ośli organ stopniowo przybiera imponujące rozmiary. Ktoś klaszcze.

Rozlega się histeryczny śmiech jakiejś pijanej turystki. W chwili kiedy kobieta na scenie zmierza ustami do oślej armaty, odwracam się na pięcie, rozsuwam stojących za mną ludzi i idę schodami na górę, by wyrzygać margaritę i wszystko, co jestem w stanie. Wychodzę, chwieję się, kręci mi się w głowie. Skręcam za róg, w wąską uliczkę, i opieram się o mur. Oddycham głęboko, staram się wyrzucić truciznę z organizmu.

I wtedy ich zauważam. Ruszam, podpierając się o mur.

Rozciągnięte na chodniku ciało. Dwóch facetów kopie je w beznamiętnym milczeniu. Wzdrygam się. Przystaję. Jak przez sen słyszę głuche odgłosy kopniaków. Widzę, jak głowa leżącego podskakuje przy każdym uderzeniu.

– Ej! – wołam. Nie cierpię przemocy. A to tutaj nawet nie przypomina przemocy: nikt nie krzyczy, nikt się nie złości. Dwóch mężczyzn kopie trzeciego, bez emocji, jakby otrząsali pył z butów. Podchodzę, ciągle opierając się o mur.

Jeden z nich odwraca się i patrzy na mnie nieruchomo. Drugi dalej robi swoje. Obaj są tężsi ode mnie, mają krótkie czarne wiatrówki i krótkie czarne włosy. W pewnym momencie ten drugi też nieruchomieje. Czekają, aż podejdę bliżej. Ciało na chodniku się rusza, chwalić Boga.

Uśmiecham się, unoszę dłoń w pozdrowieniu.

– Hola, amigos. – To ostatnia rzecz, jaką udaje mi się powiedzieć.

Dostałem cios pięścią w czoło, nim zdążyłem się zorientować, skąd padł. Chodnik twardo reaguje na kontakt z moją twarzą. Kopniak w żebra odrywa mnie od ziemi. Udaje mi się trochę wyprostować i przyjąć jeszcze jeden prosty na głowę. Dostrzegam prowadzące w dół schodki i balustradę. Łapię ją, spadam, potykam się, gubię, koziołkuję… Są kilka metrów za mną. Pędzę po schodach. Próbuję znów złapać balustradę, nie udaje mi się jednak utrzymać. Tracę równowagę, turlam się w dół. Trwa to bardzo długo. Zatrzymuję się, kiedy w głowę walą mnie blaszane drzwi. Tamci z tupotem zmierzają w dół schodów. Widzę coraz bliższy błysk butów. Kopią mnie kilka razy. Szarpią za kołnierz. Jeden wyciąga zapalniczkę i przygląda mi się w świetle płomyka. Prowadzą mnie do góry. Próbuję coś powiedzieć, ale potężny cios w podbródek odbiera mi dech. Ciągną mnie po schodach. Jestem na chodniku, pod nogami plącze mi się czyjś but, to chyba tu przed chwilą ktoś leżał, teraz nie ma jednak nikogo… Docieramy do jakiejś przyczepy, obok zaparkowane samochody, chrzęszczący żwir pod nogami, ogrodzenie z drutu kolczastego, żółte jak siuśki światło latarni. Popychają mnie do vana na kalifornijskich numerach. Jeden otwiera drzwiczki, samochód się odzywa: piu-piu-piu-piu. Ten drugi próbuje wepchnąć mnie do środka. Co to, to nie – na zewnątrz mogą mnie bić, ile chcą, ale do cudzego vana nie wsiądę! Rozkładam ręce, żeby nie mogli mnie wrzucić do środka jak zwierzęcia prowadzonego na rzeź. Któremuś znowu udaje się kopnąć mnie w brzuch.

Kieliszek od margarity telepie mi się w kieszeni. Obejmuję brzuch rękami i stoję zgięty wpół. Dwie ręce łapią mnie za włosy, ciągnąc mi głowę do dołu. Czekam na kolejnego kopniaka w brzuch. Dobrze wymierzonego, mocnego kopniaka, który pozbawi mnie tchu i po którym sflaczeję jak worek fasoli. Naprężam w miarę możliwości mięśnie. Kopniak nie nadchodzi. Sekundy rozciągają się w nieskończoność. To oczekiwanie jest straszliwsze niż kopniak. Niech się dzieje, co chce – zbieram siły i w desperackim porywie uwalniam głowę, wbijając jednocześnie rozbity kieliszek w twarz przytrzymującego mnie typa.

Wrzask.

Ten drugi jest zajęty szukaniem końca taśmy samoprzylepnej, którą chce mnie obwiązać.

Trafiam go w gardło, coś ciemnego tryska jak gejzer co najmniej na półtora metra w górę. Odwracam się znów do pierwszego, który krzyczy, patrząc z przerażeniem na swoje czarne od krwi ręce.

Walę go pięścią w głowę, przegub przeszywa mi ból.

Gdzieś blisko zatrzaskuje się okno.

Z otwartego vana dobiega nieustający dźwięk alarmu. Wskakuję do środka, zatrzaskuję drzwiczki, kluczyki są w stacyjce. Odpalam, wciskam pedał gazu do dechy. W lusterku wstecznym widzę, że jeden z napastników leży w pyle ulicy, a drugi się nad nim pochyla.

Po chwili skręcam w jakąś nieoświetloną wąską uliczkę. Rozlega się szczekanie psa.

Zdaję sobie sprawę, że jadę bez świateł, i zwalniam, by poszukać włącznika.

W kilka minut i jakieś pięć, sześć zakrętów później jestem na Avenida Constitución. Dojeżdżam do skrzyżowania ze światłami, skręcam w prawo, docieram do Revolución. Widząc dobrze oświetlony, wciąż jeszcze pełen ludzi bulwar, rozsiadam się wygodnie i nabieram głęboko powietrza.

Zaczynam w myślach odtwarzać kadry z ostatnich kwadransów. W co ja się wpakowałem?! Nie zauważam, kiedy docieram do granicy ze Stanami. Ustawiam się w kolejce samochodów. O tej zakazanej porze jest ich najwyżej dziesięć, ale kontrola trwa długo. Zrzucam kurtkę, zdejmuję koszulkę, jest cała we krwi, wycieram nią jako tako twarz i wpycham pod siedzenie. Wkładam z powrotem kurtkę, zaciągam zamek błyskawiczny pod samą szyję, poprawiam włosy. Ledwie trzymam prosto głowę, chce mi się jednocześnie spać i wymiotować. Zapadam w rodzaj drzemki.

***

Wracam do cukierni. Serce mało mi nie eksploduje! Ale co takie serce wie? Staję w ogonku i czekam. Będąc niemal przy ladzie, odwracam się i wychodzę. Czemu to przeklęte serce ucieka? Czemu przynosi mi wstyd? Zbieram się na odwagę, znów wchodzę, przede mną jest kilka osób. Zaczynam robić ćwiczenia oddechowe. Do wszystkich diabłów, przecież muszę się zachowywać normalnie! Nic z tego. Gdybym tylko wiedział, że po tylu latach nawet sama myśl o niej będzie mnie doprowadzała do takiego stanu!

Co podać? Jej głos. Jej usta. Podnosi na mnie wzrok. Błękit jej oczu migocze, lśni i mieni się jak obraz namalowany akwarelą.

I – o dziwo – udaje mi się wyartykułować kilka słów. Po raz pierwszy rozmawiam z dziewczyną, nie siląc się na jakieś superoryginalne odzywki. Nic nie odpowiada, ale w jej spojrzeniu nie dostrzegam rozdrażnienia czy znudzenia, jakie spotykam w oczach większości dziewczyn, z którymi w tamtym okresie próbuję nawiązać rozmowę. Jest w nich raczej zakłopotanie. Podczas gdy główkuje, jak się mnie pozbyć, pytam, kiedy kończy pracę. Odpowiada mi spokojnie, a ja natychmiast znikam, zanim zacznie żałować, że w ogóle ze mną rozmawiała.

***

– Ciężka noc? – budzi mnie czyjś głos.

– Yhm.

– Czy jest pan w stanie kierować pojazdem samochodowym, sir? – Z trudem się orientuję, skąd dociera do mnie głos: kabinka celników, US, młody funkcjonariusz, przyjazny wzrok.

– Hm, tak. – Staram się, by to zabrzmiało rześko i rzeczowo, jednocześnie podaję dokumenty. – Po prostu czekając, trochę się zdrzemnąłem.

Spogląda na mnie, sprawdzając fotografię.

– O, ma pan dzisiaj urodziny? Wszystkiego najlepszego! – mówi. – Jest pan sam?

Nie odpowiadam. Patrzę przed siebie.

– Coś do zadeklarowania? – Celnik przygląda się wnętrzu samochodu.

– Nic.

– Czemuś, człowieku, nie wziął taksówki?

– Pieniądze mi się skończyły.

– Puszczam cię, ale uważaj – mówi ciszej i wręcza mi czerwoną książeczkę. Wciskam pedał gazu, znów znajduję się w cywilizowanym świecie. Kalifornia! Jestem uratowany! A oto parking, na którym zostawiłem samochód, jadąc w tamtą stronę. Mam ochotę się zatrzymać i ucałować asfalt.

Zatrzymuję się, całuję asfalt. Zamykam vana. Wsiadam do swojego samochodu i uruchamiam silnik. Wtedy przychodzi mi do głowy, że być może przed godziną zabiłem w Meksyku człowieka, ukradłem vana i zostawiłem odciski palców. O takich rzeczach trzeba pomyśleć zawczasu. Otwieram bagażnik, szukając czegoś, czym mógłbym zetrzeć ślady. Nic.

Ponownie otwieram vana. Przy przednich siedzeniach nie widzę nic, czego można by użyć. Zaglądam do tyłu. Omal nie mdleję, gdy zauważam ludzkie ciało. Szybko zamykam drzwiczki. Serce skacze mi w piersi. Co jeszcze czeka mnie tej nocy?

Czy to aby na pewno było ciało? Co właściwie zobaczyłem?! Ostrożnie otwieram znowu. Chyba jednak nie. Oddycham z ulgą. Ogromny podłużny worek, lekko zgięty w środku. Rzeczywiście podobny do trupa, cholera! Miękki, ale sprężysty, jakby wypchany słomą. Rozglądam się. Rozwiązuję worek, ostrożnie wkładam rękę do środka, moje palce trafiają na coś, co nos już rozpoznał.

I wtedy zamiast powycierać odciski palców i zwiać, przerzucam ładunek z cudzego vana do bagażnika własnego samochodu.

Odpalam wóz, robię znak krzyża i ruszam na północ w niebieskawym brzasku, z workiem marihuany w bagażniku.

***

Wyszła z pracy ubrana w wytarte dżinsy i obciskającą piersi jasnoniebieską koszulkę. Na nogach miała skórzane letnie buty na obcasie, na które w latach siedemdziesiątych mówiono u nas saboty, teraz platformy, a wtedy – nie pamiętam jak. Przez ramię przerzuciła torebkę. Łatwo się zakochać w dziewczynie, która nosi wszystko, co ma na sobie, z taką lekkością.

Ja pewnie miałem ręce wsunięte do kieszeni.

Wokół nas kipiał normalny letni ruch. Pamiętam, że szliśmy w stronę parku Morskiego. Gdzieś w okolicach Muzeum Sztuk Pięknych moje wspomnienia się rwą. Nie pamiętam, co robiliśmy między szóstą, kiedy skończyła pracę, a zmierzchem. Usiedliśmy gdzieś? Czy po prostu spacerowaliśmy? W końcu weszliśmy do knajpy na rogu bulwaru Pierwszego Pułku Nadmorskiego i uliczki, przy której mieszkała, małego i ciemnego baru, nazywał się Impuls. Siedliśmy przy jednym z tych okrągłych stolików z przykrytymi szkłem czarnymi obrusikami. Piliśmy dżin z tonikiem, jedliśmy fistaszki. I zaczęliśmy rozmawiać. Mówiliśmy jedno przez drugie. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy tylko udawali, że dotychczas się nie znaliśmy. Kończyliśmy nawzajem swoje zdania, uzupełnialiśmy się, przypominaliśmy sobie początek rozmowy. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy jutro mieli się rozstać na zawsze.

***

„…postanowić, co zrobisz ze swoim życiem”.

Za kilka minut będzie zjazd do domu. Najbardziej ze wszystkiego chcę teraz spać, spać, spać, spać do syta. Otwieram okno, żeby świeże powietrze pomogło mi nie zasnąć przez te ostatnie minuty. Poranny chłód uderza mnie w twarz. Wraz z nim uderza mnie nieznośna myśl, że wracam do pustego domu.

Kogo ja oszukuję? Co będę tam robić bez niej? Spać? Próbowałem już kilka godzin temu i proszę, co z tego wynikło. Żadnego spania! Trzeba postanowić, co dalej z życiem.

W bagażniku wiozę co najmniej trzydzieści kilo marihuany. Nie mam najmniejszego pojęcia, ile to dżointów, a podejrzewam, że gdybym zaczął teraz liczyć, to zakręciłoby mi się w głowie i zwymiotowałbym za kierownicą. To przez tę margaritę. Jeden dżoint kosztuje jakieś pięć dolarów. Dziesięć – około pięćdziesięciu. Sto dżointów to pięć stów. A w jednym funcie trawy jest… Proszę, już mnie mdli, tylko bić w ten pijany łeb! Bziuuut… – już jestem na pasie dojazdowym i zwolniwszy, wymiotuję przez okno. Wymiotuję długo, żmudnie, nie zatrzymując się. Staję, wysiadam z samochodu, opieram się o barierkę. I znów wymiotuję na myśl o tym, że przed chwilą wymiotowałem. Żołądek kurczy mi się w bolesnych kwaśno-gorzkich spazmach.

Co za noc, rety! Co za noc!

Znów w samochodzie. Już jestem przy zjeździe do domu. Oto znana do bólu tablica, dalej – znane światła. Co ja robię? Co ja robię, co ja robię, co ja robię…

Mijam znaną do bólu tablicę, wciskam mocniej pedał gazu.

Żegnaj, znana tablico!

Żegnajcie, znane światła!

Żegnajcie, palmy i drzewa liściaste!

Żegnaj, senne osiedle!

Żegnaj i ty, pusty domu!

***

Przez ostatnie kilka miesięcy wojska myślę o niej bez przerwy. Spotykamy się przed moim wyjściem jeszcze parę razy. Kiedy wysiadam z pociągu z zielonym brezentowym workiem na ramieniu, biorę taksówkę i zamiast pojechać do domu, gdzie czekają na mnie mama i młodsza siostra, podaję kierowcy jej adres. W zaplutej windzie naciskam numer siedem i w myślipowtarzam sobie pierwsze słowa, jakie powiem. Dzwonię. Otwiera, uśmiecha się. Nie wiem, czy mam ją objąć, czy podać rękę. Zapominam, co miałem powiedzieć. Całuje mnie w policzek i zaprasza do środka. Jej pokój jest biały, schludny i ascetyczny. Wieża z głośnikami stoi na podłodze, regał z mnóstwem książek, kilka obrazów na ścianach, niski tapczan, niski szklany stolik, wazonik z frezjami. Siedzimy, pijemy dżin z tonikiem. Słuchamy muzyki do rana. Świta, kiedy robimy to pierwszy raz, na wykładzinie dywanowej w jej pokoju. Właściwie nic nie robimy. Jestem tak podniecony, zmęczony i spragniony, że nie mogę wytrzymać ani sekundy. Rozumie to. Wszystko rozumie. Podaje mi do wytarcia zrzucony przed chwilą podkoszulek i zmusza, bym się na chwilę położył. Potem widzę, że otwiera okno i zwinnie jak kotka wdrapuje się na parapet. Przechodzi mnie dreszcz, podnoszę się. Ona odwraca się do mnie, uśmiecha i spokojnie siada, jakby z drugiej strony rozciągała się piękna i bezpieczna kraina. Jest chłodno. Wrzesień. Ostatnią rzeczą, którą widzę przed zaśnięciem, jest jej sylwetka na tle bladoniebieskawego świtu. Sterczące sutki, błysk zapalniczki, papieros. Czemu ta śliczna dziewczyna jest ze mną? Nie boi się wysokości?

***

Zatrzymuję się w opanowanym przez surferów miasteczku między San Clemente a Los Angeles. Znajduję hotel przy plaży, melduję się, idę spać.

Budzi mnie hałas odkurzacza dochodzący z sąsiedniego pokoju. Patrzę na zegarek – spałem całe cztery godziny. Głowa mi pęka. Biorę prysznic. Zmywam tijuański brud, ale kac mi nie mija. Patrzę w lustro – pod oczyma zaczynają mi się rysować błękitne sińce. Skóra głowy mnie boli, brakuje tam całych pęków włosów, ale tak jest lepiej, można być łysym, byle żywym.

Postanawiam wyjść na powietrze i pomyśleć. Od dawna nie zdarzało mi się myśleć jak należy. A jak należy? Schodzę, pytam dziewczynę z recepcji, gdzie najbliżej można napić się kawy. Jest Starbucks trzy przecznice stąd, w dół bulwaru.

Znajduję, wchodzę, ustawiam się w kilkuosobowym ogonku. Przychodzi moja kolej. Przy kasie ruda dziewczyna z kolczykiem w języku pyta, czego sobie życzę.

Czego sobie życzę? Odwracam się, patrzę na drzwi. Czemu po prostu nie zjawi się właśnie tutaj i właśnie teraz? Czemu nie zjawi się w tym miasteczku, żeby jak dawniej napić się ze mną kawy i porozmawiać podczas…

– Czeka pan na kogoś? – cierpliwie pyta ruda dziewczyna z kolczykiem w języku.

– Proszę? – Czemu jej nie ma?

– Życzy pan sobie czegoś?

Nie odpowiadam. Za mną zaczyna formować się zgrabny ogonek składający się z mężczyzn i kobiet. Patrzę na dziewczynę z rudymi loczkami, ale nie jestem w stanie wypowiedzieć żadnego słowa.

– Sir?

Stella, Stella, Stella, jeśli się teraz pojawisz w drzwiach, to obiecuję:

będę wyrzucał śmieci bez przypominania,

będę unikał trzaskania drzwiami,

będę ci masował plecy, nawet kiedy nie będziesz przeziębiona,

będę ci kupował kwiaty, całe łąki z kwiatami,

będę zachowywał się cicho podczas wstawania w nocy,

będę trzepał w niedzielę koce,

będę podlewał jukę,

będę odkurzał,

będę podnosił deskę sedesową przed siusianiem (a potem ją znowu opuszczał),

będę sukcesywnie zwiększał obwód klatki piersiowej,

będę sukcesywnie zmniejszał obwód bioder,

będę zachowywał się grzecznie, nie jak bydlak, w stosunku do twojej mamy,

będę cię woził rowerem wodnym,

nauczę cię trzech chwytów na gitarze,

zabiorę cię do Indii,

wytłumaczę ci bez podnoszenia głosu funkcję f-stopu w nikonie,

przestanę być płotką,

przestanę wypijać co wieczór dwa piwa,

sprzedamy wreszcie ten dom,

rzucę tę swoją przeklętą pracę i mimo to będziemy mieć pieniądze, pieniądze, pieniądze, te przeklęte pieniądze…

Stella! Obiecuję ci jeszcze:

nie będę cię poprawiał, kiedy opowiadasz kawały,

nie będę ci przerywał, kiedy jesteś podniecona,

nie będę ci wtórował drugim głosem, kiedy śpiewasz swoje ulubione piosenki,

nie będę dowcipkował podczas sentymentalnych filmów,

nie będę się wypowiadał na absolutnie wszystkie tematy,

nie będę marudził, dąsał się, margał, pytał, kiedy pójdziemy do domu,

nie będę się kłócił o głupoty,

nie będę zapraszał Iwana i Katii na kolację,

nie będziemy już nigdy, ale to nigdy jeździć do Las Vegas,

nie będę kupował filmów Hitchcocka,

nie będę zamawiał chińskiego żarcia,

nie będę wychodził z pokoju, jeśli się pokłócimy (co ja mówię – nie będziemy się kłócić!),

nie będę przy tobie dłubał w nosie,

nie będę głośno bekał (i starał się umyślnie puszczać bąki),

nigdy już nie będę z tobą tak długo milczał, nigdy!,

nigdy nie będę włączał CNN,

nigdy nie będę dla ciebie ściągał gwiazd z nieba!

Ty sama jesteś gwiazdą, Stello!

– Ciężka noc? – ruda dziewczyna podejmuje jeszcze jedną, ostatnią litościwą próbę przyjęcia ode mnie zamówienia, nim zwróci się do następnej osoby.

Pocieram powieki, kulę ramiona, nabieram powietrza, próbuję się przepraszająco uśmiechnąć – potrójne espresso. Właściwie, dodaję, dwa potrójne.

Siadam na dworze, wypijam je duszkiem. Kofeina daje mi kopa prosto w serce. Co mi tam.

Podsumowuję sytuację – znajduję się półtorej godziny drogi od domu. Wciąż jeszcze jest czwartek. Wciąż jeszcze jest rano. Jeśli zaraz ruszę autostradą na południe do San Diego, to zdołam się pojawić w pracy pod koniec przerwy obiadowej i sklecić jakieś usprawiedliwienie. Ponieważ taka sytuacja nigdy się nie zdarzyła, mój szef Scott nie będzie robił problemów. Poczekam, aż zapadnie ciemność, i pozbędę się trefnego towaru z bagażnika. Potem pojadę do domu. Odpowiem na wszystkie nagrane na sekretarce wiadomości, poczytam książkę i zasnę. Następnego dnia pojadę wcześniej do pracy, potem wrócę do domu, odsłonię wreszcie rolety, spróbuję żyć dalej bez niej.

Wychodzę z kawiarni w nieco lepszym nastroju, wsiadam do samochodu i ruszam na północ.

***

Od pierwszych wspólnych dni zrozumieliśmy, że możemy bez znudzenia godzinami rozmawiać albo tak samo długo milczeć. Mieliśmy te same zainteresowania: muzyka, książki, filmy. Obydwoje byliśmy zafascynowani obserwowaniem, jak nasze drogi stopniowo się do siebie zbliżają, zlewają i stają jednością. Odwieczna magia miłości była całkowicie nowa i dla mnie, i dla niej. Licealne nieskonsumowane zakochania nie miały nic wspólnego z tym, czego doznawaliśmy – z namiętnym, pięknym, inteligentnym, niezmordowanym, barwnym przeżyciem. W pierwszych miesiącach nie przepuszczałem okazji do kochania się z nią, gdy tylko nikogo nie było w pobliżu, gdziekolwiek byśmy się znajdowali: na jednej z niezliczonych imprez, w zimnych i ciemnych sypialniach, podczas gdy pozostali tańczyli i wydzierali się w dużym pokoju, u niej w domu, w hotelu, w pociągu, w samochodzie, w morzu… Nie wiem, czy doznawała wtedy jakiejkolwiek przyjemności – byłem tak impulsywny i nieposkromiony, tak stale jej głodny. Przypuszczam, że istniał jakiś sposób, by mnie złagodzić. A może nie istniał. Może go nie szukała.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz ze mną doszła – sprężysta, słodka, jędrna, niczym muszla przy pełni księżyca. Pamiętam sposób, w jaki zaczęła pulsować, potem jej przyspieszony oddech, pytające spojrzenie (Co się dzieje? To właśnie to?), jęki, krótki okrzyk, potem ciszę.

Było popołudnie. Z jednego z sąsiednich balkonów rozchodził się zapach pieczonej papryki.

***

W ostatniej chwili dostrzegam znak skrętu do Venice Beach i wjeżdżam na pas prowadzący na zachód. W dzień powszedni, jak dzisiaj, w listopadzie nie ma większych problemów z parkowaniem. Na stoisku przy promenadzie kupuję pomarańczowe szorty i ręcznik, wchodzę na ciepły piasek. Silny wiatr unosi długie, wysokie fale, surferzy wspinają się na ich szczyty. Zaraz się rozpędzę i cisnę wszystkie swoje smutki w słone wody Oceanu Spokojnego – praaaassss! Biegnę, rozpryskuję wodę, fale spychają mnie do brzegu, nabieram głęboko powietrza, nurkuję i długo pod nimi płynę. Wyskakuję. Jestem nisko, z mojego punktu widzenia wygląda to tak, jakby ocean połykał surferów i potem ich wypluwał. Jeden z nich się odłącza, łapiąc swoją falę, wyprostowuje się na desce, balansuje i daje się nieść w moim kierunku. Mija mnie – młody, długowłosy, spokojny, z uduchowioną twarzą człowieka stąpającego po wodzie. Nasze spojrzenia na moment się spotykają, po czym znika. Ja dalej młócę fale, dopóki w głowie nie czuję absolutnej pustki. Wtedy przestaję, kładę się na plecach, zamykam oczy, próbuję na trochę uwolnić ciało od zmęczenia, ale nie udaje mi się to tak jak w morzu, nad którym wyrosłem. Odwracam się i płynę z powrotem do odległego już brzegu. Okazuje się, że dotrzeć do niego jest o wiele trudniej, niż mi się wydawało. Te same potężne fale, które popychały mnie przedtem w głąb oceanu, teraz nie pozwalają mi dotrzeć na brzeg. Długo walczę z każdą z nich, nim uświadamiam sobie prostą prawdę: jestem jedynym człowiekiem w tych wodach, który – gdy popatrzeć na niego z zewnątrz – zachowuje się jak wariat. Dociera do mnie daremność moich wysiłków, rozluźniam na moment zmęczone mięśnie, obserwuję surferów, próbuję zrozumieć, jak działa ocean.

Podejmuję kilka nieudanych prób wykorzystania rozbijających się fal, podczas których turbulencje wpychają mnie głęboko pod wodę i obracają tak, że tracę orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół, gdzie dno, a gdzie powierzchnia. Wreszcie, już niemal bez tchu, jakoś wydobywam się spod wody i widzę moją falę. Łapię ją na moment przed tym, nim się rozbije. Opuszczam się na jej grzebień, wyciągam przed siebie ręce, zlewam się z nią i mnóstwo małych niewidzialnych turbin niesie mnie radośnie w stronę lądu.

Wycieram się, drżę i pociągam nosem, czekając, aż wyschnę. Wychodzę na aleję, którą spacerują ludzie. Zbliża się do mnie grupa japońskich turystów. Zatrzymują mnie i uprzejmie proszą, by sfotografować ich na tle oceanu. Podają mi pierwszy aparat. Przed zrobieniem zdjęcia trochę ich ustawiam, żeby było dobrze widać uśmiechnięte główki, podnoszę lewą rękę – one, two, three, cheese, pstryk – gotowe. Natychmiast kolejne ręce podają aparaty. Proszę bardzo, jeszcze raz. Tym razem ustawiam ich staranniej – czworo przykucniętych, nad nimi sześcioro stojących, i znowu – one, two, three, cheeeeese – robię pstryk. Po chwili mam w rękach cały zestaw: canon, dwa cyfrowe sony, mała yashica, panasonic, jeszcze coś. Zastanawiam się, co by było, gdybym zwiał z tą zdobyczą. Rzuciliby się za mną? A gdyby mnie dogonili, to co? Czy mają w grupie karatekę? Zwracam aparaty i przyjmuję podziękowania z lekkim ukłonem. Ostatnim aparatem, który ktoś mi podaje, jest nikon F3. Ujmuję w ręce znany kształt i po plecach przebiega mi dreszcz. Lubię ten model. Po kilku kadrach niechętnie go zwracam. Jego waga, niezawodność, wygląd…

Moje myśli znów opanowuje Stella.

***

– proszę cię, nie fotografuj moich nóg

– one są częścią twojej topografii, podnieś lekko kolano

– topografia w siniakach, dość mi czegoś dotknąć i siniak gotowy

– masz delikatną skórę

– i jestem delikatna?

– najbardziej na świecie

– mmm…

– najnajnajnajdelikatniejsza…

– ty psie oko… rozpraszasz się…

***

Już wcześniej przyjęto mnie na anglistykę i zaraz po wojsku zacząłem studia. Stella była w ostatniej klasie liceum plastycznego, ale myśl o zdawaniu na Akademię Sztuk Pięknych jakby nie przychodziła jej do głowy. Jej koledzy brali dodatkowe lekcje rysunków. Ona – angielskiego.

W następnym roku zdała egzamin wstępny i została przyjęta na mój kierunek. Nie żeby rzuciła malowanie, po prostu stwierdziła, że ma po dziurki w nosie malowania tego, co jej każą.

Mieszkaliśmy już razem. Ponieważ byłem rok wyżej, mówiłem jej, które wykłady są ważne, a które stanowią tylko stratę czasu, dawałem jej do czytania swoje notatki, podsuwałem „odpowiednie” książki. Zapoznawałem ją z interesującymi ludźmi, jej przyszłymi wykładowcami; z częścią byłem już zaprzyjaźniony. Filtrowałem kształcenie Stelli – tak teraz myślę – kierowany szlachetnym pragnieniem, by ulżyć jej w trudzie. Niezliczenie wiele ciemnych ranków spędzaliśmy w ciepłym łóżku tylko dlatego, że nie puszczałem jej na kolejny wczesny wykład lub nudne ćwiczenia. Poddawała się sennie, spaliśmy do późna, potem piliśmy kawę, słuchaliśmy muzyki, czytaliśmy powieści, leniuchowaliśmy, traciliśmy czas, Boże, ileż myśmy wtedy mieli czasu…

***

Zatrzymuję się przed sklepem z alkoholem kilka przecznic od domu, w którym mieszka mój kumpel Makya. Znamy się z kursu pisania scenariuszy. Potem utrzymywaliśmy kontakt, zaprzyjaźniliśmy się. Dzwonię z automatu na parkingu. Makya McBee jest wielki, rudy i piegowaty. Ma dwadzieścia dziewięć lat, wynajmuje przybudówkę przy domu Steve’a i Sary. Nie pije, nie pali i nie jada mięsa. Dniami i nocami pisze scenariusze, ale nic z tego nie wychodzi. Marzy, by napisać scenariusz romantycznej komedii w rodzaju Kiedy Harry poznał Sally, Pretty Woman, Bezsenność w Seattle… Trudno stwierdzić, czy ma talent, czy nie. Z całą pewnością nadal ma wytrwałość. Gdybym umiał, tobym mu zazdrościł.

Jedno z ostatnich naszych spotkań odbyło się ze dwa lata temu. Nie miałem pracy, byłem zdeterminowany, podekscytowany, doprowadzony do jednego z tych momentów szaleństwa (czy natchnienia?), kiedy człowiekowi się zdaje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Pisałem wtedy scenariusz. Zadzwoniłem do niego i spotkaliśmy się, żeby go omówić.

– Pomysł jest fantastyczny – powiedział – ale trudno się zorientować, czy to komedia czy tragedia, czy w ogóle co? Powinieneś to sprecyzować.

– Czekaj, Makya, ale jakie to ma znaczenie: komedia czy dramat?

– Duże.

– Łatwo ci mówić, skoro umiesz tak wszystko zaszufladkować: to jest komiczne, to dramatyczne, a tutaj mamy tragedię, tyle że tragedię zostawię na potem. U mnie, stary, wszystko jest jak chińska przyprawa. I słone, i słodkie, i kwaśne, a na końcu ostre jak diabli!

– Zack, chyba masz naprawdę wysokie aspiracje.

Trudno odpowiedzieć na coś takiego.

– Ja tam nie mam aż takich aspiracji, ale mam siedem gotowych pełnometrażowych komedii romantycznych i z tuzin krótkich scenariuszy, nie mówiąc o opowiadaniach i jednej powieści. Lepszy zrealizowany pomysł, nawet przeciętny, niż same tylko aspiracje, choćby największe!

Czasem mam ochotę go zamordować.

Parkuję na ulicy pod kwitnącą magnolią. Pies Pacino zaczyna szczekać i Sara wychodzi mi otworzyć.

– Zack, wskakuj. Co tam słychać? – Widzę, że zauważyła moje spuchnięte oko, ale nic nie mówi. Podaję jej papierową torbę z winem, ona i Steve lubią dobre wino, i wchodzę. Drugi pies, nigdy nie pamiętam jego imienia, liże mi but.

– Cześć, Sara! Co u was? Steve w domu? A gdzie Makya?

Sara mówi bardzo szybko i bardzo dużo. Właściwie mówi szybko dlatego, że mówi dużo.

– Makya