Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 274 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 15 dni bez głowy - Dave Cousins

Wzruszająca książka, która zaskakuje na każdej stronie!

Oto Laurence, który ma piętnaście lat i metr osiemdziesiąt wzrostu. Lada chwila przebierze się za swoją mamę i będzie udawał w radiu kogoś, kto nie żyje.

A oto Jay, jego sześcioletni brat. Wygląda jak aniołek, ale myśli, że jest psem. Pogryzie każdego, kto stanie mu na drodze.

Jak daleko można się posunąć, żeby uratować swoją rodzinę?

Dziś jest wtorek, a następne piętnaście dni na zawsze zmieni życie chłopców…

Wspaniały debiut. To burzliwa historia o trudnym dojrzewaniu, przejmująca i autentyczna. Już nie mogę się doczekać następnej książki tego autora.

Keith Gray, autor Ostrich Boys

Opinie o ebooku 15 dni bez głowy - Dave Cousins

Fragment ebooka 15 dni bez głowy - Dave Cousins

Dave Co­usins

15 DNI BEZ GŁOWY

przełożyła Do­mi­ni­ka Cieśla-Szy­mańska

Tytuł ory­gi­nału: 15 Days Wi­tho­ut a Head

Co­py­ri­ght © Dave Co­usins 2012

15 Days Wi­tho­ut a Head was ori­gi­nal­ly pu­bli­shed in En­glish in 2012. This trans­la­tion is pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Oxford Uni­ver­si­ty Press.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Do­mi­ni­ka Cieśla-Szy­mańska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Jane, Pto­le­my’ego, Hoc­kleya i Dy­la­na z wy­ra­za­mi miłości

Wto­rek

Trzaśnięcie drzwi wejścio­wych. Mama wróciła.

Z łomo­tem rzu­ca w ko­ry­ta­rzu swo­je rze­czy jak jakiś zezwłok i idzie pro­sto do kuch­ni. Słyszę głuche stuk­nięcie bu­tel­ki sta­wia­nej na sto­le, trzask zakrętki, a po­tem po­wol­ny bul­got, kie­dy płyn leje się do kie­lisz­ka.

Mama kasz­le, przy­su­wa so­bie krzesło i sia­da.

Za­pach dymu pa­pie­ro­so­we­go napływa do dużego po­ko­ju, gdzie ja i Jay sie­dzi­my ci­cho. Scho­dzi­my jej z dro­gi, dopóki nie na­dej­dzie Wesoła Go­dzi­na – czas, kie­dy za­działa ma­gia pierw­sze­go drin­ka i mama znów się uśmiech­nie.

– Gdzie moi cu­dow­ni chłopcy? Gdzie się scho­wa­li?

To jest sy­gnał, że można bez­piecz­nie wyjść. Zaczęła się Wesoła Go­dzi­na.

Idzie­my do kuch­ni. Jay bie­gnie pro­sto w jej objęcia, a ona jest cała w skow­ron­kach, uśmie­cha się i całuje go. Ja stoję przy drzwiach, aż przy­wołuje mnie ge­stem i też przy­tu­la. Od za­pa­chu pa­pie­rosów i tłuszczu z fry­tek aż kręci w no­sie.

Jay opo­wia­da jej, jak było w szko­le. Ona słucha, uśmie­cha się i do­le­wa so­bie. Płyn w kie­lisz­ku jest gęsty i czer­wo­ny.

Po ja­kimś cza­sie prze­sta­je słuchać. Wzrok robi jej się szkli­sty, a uśmiech gaśnie. Jay wciąż mówi, jego wy­so­ki głosik sześcio­lat­ka jest zbyt hałaśliwy. Na sto­le leży nóż, którym Jay kręci, pa­plając. „A po­tem na prze­rwie Matt po­wie­dział… świst… ale my nie chcie­liśmy się w to bawić… świst, klink… więc ja po­wie­działem, żebyśmy le­piej… klink, świst, klink”. Kie­dy nóż potrąca bu­telkę, ma­mie drgają po­wie­ki.

Biorę Jaya za rękę i mówię mu, że czas do łóżka.

Krzy­wi się.

– Nie idę spać.

– Owszem, idziesz. Naj­wyższa pora.

– Nie.

– No już, Jay.

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić.

Spogląda na mamę. Mama z tru­dem sku­pia spoj­rze­nie.

– O co cho­dzi, ko­cha­nie?

– Nie muszę jesz­cze iść spać, praw­da?

– Oczy­wiście, że nie, słonko. Chodź tu i przy­tul się do ma­mu­si.

Mój bra­ci­szek spogląda na mnie trium­fal­nie i włazi jej na ko­la­na. Wzru­szam ra­mio­na­mi i daję im spokój. Ale nie od­chodzę za da­le­ko.

Wesoła Go­dzi­na rze­czy­wiście trwa mniej więcej go­dzinę. Cza­sem mniej. Go­rzej jest, kie­dy mama nie pije, bo nie mamy pie­niędzy. Ci­ska się wte­dy po miesz­ka­niu, krzycząc na mnie i na Jaya, że wszędzie jest bałagan. Albo nie wsta­je z łóżka przez cały dzień, albo za­my­ka się w łazien­ce i przez drzwi słychać, jak płacze. Cza­sem sie­dzi tam bez końca, więc muszę za­bie­rać Jaya na dwór, żeby wy­si­kał się za kubłami na śmie­ci.

O ósmej uda­je mi się za­pa­ko­wać Jaya w piżamę. Wle­cze się na czwo­ra­kach do łazien­ki, ogląda się na mnie i szcze­ka. To zupełnie nor­mal­ne za­cho­wa­nie – w każdym ra­zie dla Jaya. Nie pamiętam, kie­dy zaczął mieć kręćka na punk­cie czwo­ro­nogów, ale uda­je psa, odkąd się tu prze­pro­wa­dzi­liśmy. Nie robi tego cały czas, tyl­ko wte­dy, kie­dy wie, że się wkurzę. Tak jak te­raz.

– No już, Jay, umyj zęby.

Wy­ci­skam pastę i po­daję mu szczo­teczkę.

Potrząsa głową.

– Jak nie będziesz mył zębów, to ci wy­padną.

Jay uja­da i szcze­rzy się na mnie.

Nie mamy na to cza­su. Jeśli mama się zo­rien­tu­je, że Jay jesz­cze nie jest w łóżku, zro­bi nam piekło.

– Wsta­waj! – Chwy­tam go za ramię i próbuję zmu­sić, żeby pod­niósł się z podłogi.

Jay war­czy i gry­zie mnie w nad­gar­stek.

Za­sko­czo­ny upusz­czam szczo­teczkę.

– Ugryzłeś mnie! – Nie bolało, ale na skórze zo­stał mi wyraźny od­cisk jego zębów.

Pa­trzy na mnie z wesołym błyskiem w oku.

Te­raz już je­stem na­prawdę wku­rzo­ny.

– Do­brze!

Biorę go pod pa­chy i sta­wiam na no­gach. Jay wije się i wykręca, usiłując znów mnie ugryźć, ale je­stem od nie­go sil­niej­szy i on o tym wie. Pod­noszę szczo­teczkę i przy­ci­skam mu do buzi. Cały czer­wo­ny, pa­trzy na mnie wście­kle, za­ci­skając usta. A po­tem na­gle bu­zia mu się kur­czy i za­czy­na płakać.

W pa­ni­ce próbuję go objąć, zro­bić co­kol­wiek, żeby tyl­ko go uci­szyć.

Ten dźwięk to jed­na z nie­wie­lu rze­czy, które są w sta­nie prze­niknąć Chmurę. Chmu­ra to coś, co następuje po Wesołej Go­dzi­nie i trwa dużo dłużej. Pole siłowe dymu ze szlugów i oparów wina z naszą mamą w środ­ku. Przy­po­mi­na mi to ten sta­ry pro­gram te­le­wi­zyj­ny Gwiaz­dy w ich oczach, gdzie uczest­nik wcho­dzi do stu­dia jako jed­na oso­ba, a po­tem wyłania się z kłębów dymu jako ktoś zupełnie inny. Ale z mamą jest tak, że ciągle wygląda tak samo – to tyl­ko jej oso­bo­wość się zmie­nia. No i to chy­ba nie nada­wałoby się do te­le­wi­zji.

Słyszę, jak idzie ko­ry­ta­rzem, hałasując ni­czym King Kong i klnąc, kie­dy obi­ja się o ścia­ny.

– Co tu się, u diabła, dzie­je?

Jay na se­kundę prze­sta­je płakać. Pa­trzy na nią wiel­ki­mi ocza­mi, ale jest jesz­cze za mały, żeby wy­czuć ostrzeżenie w jej głosie. Znów za­czy­na chli­pać i po­ka­zu­je na mnie.

– Lau…ren­ce… złapał mnie… za rękę.

Mama wy­ry­wa mi szczo­teczkę Jaya i rzu­ca mi ją w twarz.

– Na miłość boską! Ni­czym nie umiesz się zająć, nie robiąc przy tym zamętu? – Język ma czar­ny, a od za­pa­chu z jej ust aż skręca mi się żołądek.

Cze­ka na od­po­wiedź, ale czy to jest py­ta­nie, na które da się od­po­wiedzieć? Więc wzru­szam ra­mio­na­mi. Zła de­cy­zja. Mama nie zno­si, kie­dy to robię. No­tuję so­bie w pamięci, żeby pil­no­wać tego na przyszłość, tuż przed tym, jak ude­rza mnie moc­no w twarz.

– Nie od­po­wia­daj mi wzru­sze­niem ra­mion.

– Prze­pra­szam.

Pod­ty­ka Jay­owi szczo­teczkę.

– Myj­cie zęby i do łóżek. Nie­do­brze mi się robi na wasz wi­dok.

Jest pięć po ósmej. Mam piętnaście lat i muszę iść spać pięć po ósmej.

Jay bie­rze się do szczot­ko­wa­nia. Nie pa­trzy w moją stronę.

Twarz mnie pie­cze i czuję, że puch­nie mi skóra pod okiem. To moja wina, po­wi­nie­nem był prze­wi­dzieć, co się sta­nie.

Kładę się na łóżku Jaya i czy­tam mu bajkę. Już mi prze­ba­czył wielką aferę z my­ciem zębów. Chy­ba ma wy­rzu­ty su­mie­nia, że mama mnie ude­rzyła.

– Płakałeś – mówi.

– Nie płakałem. Tyl­ko trochę mnie za­piekło. Cza­sem łzawią człowie­ko­wi oczy, ale to nie to samo co płacz.

– Nie bolało cię?

– Nie, nie bar­dzo – kłamię.

Na su­fi­cie w na­szym po­ko­ju są gwiazd­ki. Kie­dyś błysz­czały w ciem­ności. Mama ułożyła je na wzór praw­dzi­wych kon­ste­la­cji, sko­pio­wa­nych z książki z bi­blio­te­ki. Gdy się tu wpro­wa­dzi­liśmy, urządziła całe miesz­ka­nie, każde po­miesz­cze­nie po­ma­lo­wała na inny ko­lor. W dużym po­ko­ju była taka strasz­na brązowa ta­pe­ta w kwiat­ki i pew­ne­go wie­czo­ru mama po pro­stu zaczęła zry­wać ją ze ścia­ny wiel­ki­mi pa­sa­mi. Myślałem, że zwa­rio­wała. A po­tem ra­zem z Jay­em przyłączy­liśmy się do niej. Wszy­scy tro­je ska­ka­liśmy po po­ko­ju w rytm pusz­czo­nych na cały re­gu­la­tor pio­se­nek Qu­eenów, ulu­bio­ne­go ze­społu mamy, i rzu­ca­liśmy w po­wie­trze kawałki pa­pie­ru, aż fru­wały wokół nas jak śnieżyca.

Ale to było wie­ki temu. Kie­dy mama jesz­cze próbowała.

Po prze­pro­wadz­ce tu­taj mie­liśmy zacząć wszyst­ko od początku – w miej­scu, gdzie nikt nas nie znał, miej­scu bez hi­sto­rii.

Miesz­ka­my na ostat­nim piętrze bu­dyn­ku o na­zwie Par­kview He­ights. Blok ma trzy piętra: na par­te­rze jest ciąg sklepów, czy­li Par­kview Pa­ra­de, a po­tem są trzy po­zio­my miesz­kań. Nie­da­le­ko znaj­du­je się park, ale stąd go nie widać. Nie­ste­ty wśród miesz­kańców funk­cjo­nu­je ta­kie po­wie­dze­nie: „Kie­dy wia­do­mo, że ktoś zna­lazł się na dnie? Gdy bu­dzi się w He­ights!”. Mamy ka­ra­lu­chy w kuch­ni i cieknący se­des, a jeśli otwo­rzy się okno cho­ciaż na chwilę, smród ze smażalni w Pa­ra­de od razu prze­ni­ka całe miesz­kanie.

Nie stać nas na nic lep­sze­go. Mama boi się złożyć po­da­nie o zasiłek, bo wte­dy mo­gli­by spraw­dzić, jak było w Brid­ge­well, i zaczęliby za­da­wać py­ta­nia. A kie­dy lu­dzie za­czy­nają za­da­wać py­ta­nia, nie za­wsze po­do­bają im się two­je od­po­wie­dzi i wte­dy właśnie robi się strasz­nie.

Tak jak ostat­nim ra­zem. Ko­bie­ta z podkładką do no­to­wa­nia przyszła wte­dy do nas i po­wie­działa, że naj­le­piej byłoby, gdy­byśmy z Jay­em za­miesz­ka­li u kogoś in­ne­go, dopóki mama nie sta­nie na nogi. To było ja­kieś dzie­sięć se­kund przed tym, za­nim mama wy­rzu­ciła ją za drzwi. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru wsie­dliśmy w pociąg, który przy­wiózł nas tu­taj. Nie­sa­mo­wi­ta Zni­kająca Ro­dzi­na. Za­sta­na­wiałem się, co pomyślą so­bie lu­dzie w szko­le, kie­dy tak po pro­stu wy­pa­ruję, a po­tem uświa­do­miłem so­bie, że połowa z nich pew­nie wca­le tego nie za­uważy. Wyjeżdżasz dokądś, a inni na­wet nie zdają so­bie z tego spra­wy, bo w ogóle nie wie­dzie­li o two­im ist­nie­niu. To nie jest faj­ne.

Na stojącym przy łóżku bu­dzi­ku ze Sco­obym jest dwu­dzie­sta pięćdzie­siąt pięć. Już czas.

Spraw­dzam, czy Jay śpi, po czym wsu­wam rękę pod ma­te­rac i wyciągam ko­pertę z kar­ta­mi te­le­fo­nicz­ny­mi. Mama ukradła je z kio­sku, w którym kie­dyś pra­co­wała. Chy­ba­by mnie udu­siła, gdy­by się do­wie­działa, że podwędziłem jej łup. Mama cie­szyła się, że będzie­my mo­gli dzwo­nić za dar­mo, ale nig­dy nie sko­rzy­stała z tych kart, bo nie chciało jej się pójść do au­to­ma­tu. Zresztą wte­dy obo­je mie­liśmy już komórki, dopóki mama swo­jej nie zgu­biła i nie buchnęła mi mo­jej. To było wie­le mie­sięcy temu. Od bar­dzo daw­na nie wi­działem jej z komórką, więc pew­nie tę też zgu­biła. Obie­cała, że kupi mi nową, jak do­sta­nie lepszą pracę, ale nie liczę na to. Do­brze, że mam przy­najm­niej te kar­ty.

Wsu­wam je do tyl­nej kie­sze­ni spodni i otwie­ram okno. Po­wie­trze jest gęste jak ma­jo­nez i śmier­dzi smażoną rybą. Sia­dam na pa­ra­pe­cie, po czym przekładam nogi na drugą stronę. Cze­kam chwilę, po­zwa­lając, aby objął mnie upał, a po­tem się ześli­zguję.

Tuż pod oknem na­sze­go po­ko­ju dach piętra poniżej two­rzy dwu­me­tro­wy gzyms, biegnący przez całą długość blo­ku. Jego po­wierzch­nia wygląda jak sto­pio­ny ser, roz­grza­na pach­nie ele­ky­rycz­nością. Ze szpar przy brze­gu wy­cie­ka coś lep­kie­go i czar­ne­go, jeśli przy­le­pi się do rąk, na wie­le dni zo­stają brązowe pla­my.

Idę na ko­niec da­chu i skręcam. Tego kawałka nie znoszę – mu-szę opuścić się z krawędzi. Szu­kam sto­pa­mi wątłej dra­bin­ki przy­mo­co­wa­nej z boku bu­dyn­ku, sta­rając się nie myśleć o twar­dym be­to­nie trzy piętra niżej. Dra­bin­ka pro­wa­dzi do schodów ewa­ku­acyj­nych, chwiej­nych i za­rdze­wiałych, które dud­nią i kle­koczą pod moim ciężarem. Stop­nie na sa­mym dole są od­gro­dzo­ne łańcu­chem, więc skaczę w bok, na je­den z wiel­kich po­jem­ników na śmie­ci stojących przy dro­dze do­jaz­do­wej na tyłach sklepów. Rozglądam się, czy ni­ko­go nie ma, i daję susa na zie­mię.

Jak na ra­zie miałem szczęście. Nie myślę o tym, co będzie, kie­dy go za­brak­nie. Może na­wet dziś wie­czo­rem. Mówię so­bie, że to nie­ważne. Wy­star­czy się za­nad­to nie przej­mo­wać, a wszyst­ko będzie OK. Ale przede wszyst­kim nie za­sta­na­wiam się nad tym, co po­wie­działaby mama, gdy­by wie­działa, co robię. Zo­sta­wia­nie Jaya sa­me­go z nią to ry­zy­ko, zwłasz­cza gdy jest w ta­kim na­stro­ju jak te­raz, ale muszę to zro­bić dla do­bra nas wszyst­kich.

Większość sklepów w Pa­ra­de ma zasłonięte wi­try­ny, je­dy­nie spożyw­czak Sa­va­Shop­pa, pral­nia sa­mo­obsługo­wa i mo­no­po­lo­wy są wciąż czyn­ne. Idę przez par­king do bud­ki te­le­fo­nicz­nej. Gdy otwie­ram drzwi, wita mnie smród sików i petów. Trzęsę się, ale to nor­mal­ne. Cho­dzi o to, żeby nie myśleć o tym, co się robi, tyl­ko to zro­bić.

Pod­noszę ciężką słuchawkę i spraw­dzam, czy nie jest ob­le­pio­na gumą albo oplu­ta, po czym wy­do­by­wam z kie­sze­ni jedną z kart po­de­bra­nych ma­mie i wstu­kuję nu­mer. Znam go na pamięć. Słucham sy­gnału i cze­kam, aż ktoś od­bie­rze.

Szkla­ne ścia­ny bud­ki są za­sma­ro­wa­ne graf­fi­ti, ale przez szpa­ry widzę okna na­sze­go miesz­ka­nia. Gdy­by mama wyj­rzała na zewnątrz, mogłaby mnie zo­ba­czyć, ale nie wyj­rzy. Myśli, że je­stem w swo­im łóżku. Nie ru­szy się, dopóki nie skończy jej się al­ko­hol, a ja wrócę dużo wcześniej. Chy­ba że Jay się obu­dzi… Nie, nie mogę się te­raz roz­pra­szać.

Wresz­cie w słuchaw­ce od­zy­wa się ra­do­sny ko­bie­cy głos i po chwi­li je­stem na an­te­nie.

Jeśli nie myślę o tym, że występuję w ra­diu, jest OK. Po pro­stu ga­dam so­bie z pro­wadzącym, który ma na imię Baz. Za­da­je mi różne py­ta­nia, to wszyst­ko. Wca­le nie je­stem na an­te­nie, udając swo­je­go ojca i próbując wy­grać luk­su­so­we wa­ka­cje.

Muszę tyl­ko pamiętać o głosie. Żeby brać udział w grze, trze­ba mieć osiem­naście lat, dla­te­go po­daję się za swo­je­go tatę. Nie ma stra­chu, nie do­wie się o tym, bo nie żyje. Miał na imię Da­niel i fak­tycz­nie miał szkoc­ki ak­cent, ale chciałem za­ma­sko­wać swój głos, więc pa­ro­diuję pana Bu­cha­na, opie­ku­na na­sze­go roku. Jak na ra­zie lu­dzie w stu­diu chy­ba mi wierzą, a to mój trze­ci dzień.

Baz mówi do słucha­czy, za­raz będzie mnie za­po­wia­dał. Wolałbym, żeby się po­spie­szył. Naj­gor­sze do znie­sie­nia jest cze­ka­nie.

– Wi­ta­my po­now­nie na­sze­go obec­ne­go mi­strza Da­nie­la Ro­acha! Jak tam, Dan? Czu­jesz, że szczęście ci sprzy­ja? Za­wsze na początku trze­ba zadać so­bie to py­ta­nie: CZY MAM DZIŚ SZCZĘŚCIE?

Tak właśnie to mówi – wiel­ki­mi li­te­ra­mi. Wca­le nie czuję, że mam szczęście. Nogi mi się trzęsą i chce mi się siku.

– Chy­ba tak. – Wzru­szam ra­mio­na­mi, choć to nie ma zna­cze­nia, gdy jest się w ra­diu.

– CHY­BA? – po­wta­rza Baz. – W ta­kim ra­zie zo­bacz­my, czy to wy­star­czy, żeby Da­niel po­zo­stał w grze. Pamiętaj­cie, musi tyl­ko od­po­wie­dzieć po­praw­nie na TRZY PY­TA­NIA i będzie o krok bliżej do ro­dzin­nych wa­ka­cji all in­c­lu­si­ve. A wszyst­ko dzięki uprzej­mości na­szych przy­ja­ciół z Har­da­cre Ho­li­da­ze. – W słuchaw­ce roz­le­ga się dżin­giel biu­ra podróży. „Nie zwy­czaj­ne wa­ka­cje, tyl­ko wa­ka­cje two­je­go życia”.

– Więc, dro­gi Dan­ny, wszyst­ko w TWO­ICH RĘKACH, bez pośpie­chu! – Baz robi pauzę dla efek­tu, a może cze­ka na moją od­po­wiedź.

Za­sy­cha mi w ustach.

– Da­nie­lu – mówi Baz – je­steś gotów?

Ob­li­zuję war­gi.

– Tak.

– Pierw­sze py­ta­nie.

Na zewnątrz prze­jeżdża sa­mochód z dud­niącą mu­zyką.

– Pierw­sza woj­na świa­to­wa zakończyła się w roku: A: 1945, B: 1918 czy C: 1939? Czy­tam jesz­cze raz. W KTÓRYM roku na­szej ery zakończyła się pierw­sza woj­na świa­to­wa? A: 1945, B: 1918 czy C: 1939?

Od­dy­cham z ulgą. Pew­nie na an­te­nie brzmi to jak hu­ra­gan.

– B: 1918.

Baz mil­czy.

– To PIERW­SZA woj­na świa­to­wa, Dan­ny. Mówisz, że się skończyła, za­brała za­baw­ki i poszła do domu w 1918 roku?

– Tak. – Wiem, że mam rację. Oma­wia­liśmy pierwszą wojnę w dzie­wiątej kla­sie. A może to była dru­ga woj­na? Robi mi się zim­no. Na­gle nie je­stem pe­wien.

– To PO­PRAW­NA od­po­wiedź! – oznaj­mia Baz i nie­mal słyszę, jak się uśmie­cha. – Łatwi­zna na początek. Kręci cię hi­sto­ria, Dan?

– Nie­spe­cjal­nie. Mie­liśmy o tym na lek­cjach – od­po­wia­dam bez za­sta­no­wie­nia.

Baz się śmie­je.

– Ja pew­nie też się o tym uczyłem w szko­le, ale ja mam pro­blem, żeby przy­po­mnieć so­bie, co robiłem wczo­raj. Gdy­by ktoś mógł mi po­wie­dzieć, co się ze mną działo wczo­raj, niech za­dzwo­ni.

Mam ochotę kopnąć się w kostkę za taką bez­myślność. Prze­cież udaję czter­dzie­sto­lat­ka, który nie cho­dzi już do szkoły.

– Nasz mistrz na­prawdę do­brze dziś zaczął – ciągnie Baz. – Naj­wy­raźniej wiesz co nie­co o hi­sto­rii, ale czy znasz się na spo­rcie?

– Nieźle – od­po­wia­dam, ale to bzdu­ra, nie mam bla­de­go pojęcia o spo­rcie.

– Szko­da – mówi on – bo na­sze następne py­ta­nie do­ty­czy… MU­ZY­KI. – Śmie­je się i włącza je­den ze swo­ich efektów dźwięko­wych. – Sor­ry, nie próbuję cię zniechęcić? – Wciąż chi­chocząc, czy­ta: – Da­niel, który z tej trójki NIE należał do le­gen­dar­ne­go ze­społu The Be­atles? Czy był to A: Ri­chard Star­key, B: Pete Best czy C: Ju­lian Len­non? Je­steś FA­NEM Be­atlesów, Dan?

– Są w porządku! – Znów zaschło mi w gar­dle. Nie znam od­po­wie­dzi, domyślam się jed­nak, że to pod­chwy­tli­we py­ta­nie. Nie ko­jarzę żad­ne­go z tych na­zwisk, ale je­dy­ne, które wygląda mi na Be­atle­sa, to C. Tyl­ko że to był John Len­non, nie Ju­lian. Tak mi się przy­najm­niej wy­da­je.

– Je­steś wciąż z nami, mi­strzu?

– Tak.

– Muszę ci przy­po­mnieć, że czas mija.

Przełykam ślinę.

– C: Ju­lian Len­non. – Już kie­dy wy­ma­wiam te słowa, wiem, że się po­my­liłem.

Baz wzdy­cha.

– Żeby wszyst­ko było ja­sne, Dan. Mówisz, że C: Ju­lian Len­non NIE grał ze słyn­ny­mi chłopa­ka­mi z Li­ver­po­olu?

– Zga­dza się. – I tak nie mogę zmie­nić zda­nia, taki jest re­gu­la­min. Muszą wziąć pierwszą od­po­wiedź. Je­stem kre­ty­nem.

– Masz AB­SO­LUTNĄ rację! – wy­krzy­ku­je Baz, pod­czas gdy w stu­diu roz­le­ga się na­gra­ny aplauz. – Ri­chard Star­key, le­piej zna­ny jako Rin­go Starr, oraz Pete Best byli per­ku­si­sta­mi w słyn­nej czwórce. Ju­lian, jak wie Dan­ny, to syn Joh­na Len­no­na, ale NIG­DY NIE GRAŁ z ze­społem. Świet­nie, Dan! Wi­dzisz, mówiłem ci, że to łatwe!

– Tak – przy­znaję, ocie­rając pot z czoła.

– Jesz­cze tyl­ko jed­no i ko­niec. – Baz zniża głos. – Da­niel, je­steś gotów?

– Je­stem.

– Py­ta­nie nu­mer trzy.

W miesz­ka­niu nad smażalnią za­pa­la się światło i widzę mi­go­ta­nie te­le­wi­zo­ra w oknie na­sze­go dużego po­ko­ju.

– Jak na­zy­wa się kawałki ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru, które rzu­ca się w po­wie­trze na we­se­lach? Czy to A: con­fet­ti, B: pa­pi­rus czy C: pa­pry­ka?

– Con­fet­ti, od­po­wiedź A.

– Łał! Szyb­ko się z tym upo­rałeś, Da­niel! Coś mi POD­PO­WIA­DA, że nie­daw­no byłeś na we­se­lu.

– Nie.

– Ale je­steś żona­ty?

Wy­ka­zuję się re­flek­sem, żeby po­wie­dzieć „tak”, i zdaję so­bie sprawę, że właśnie wy­znałem tysiącowi słucha­czy, że poślubiłem własną matkę.

– Jak długo?

– Co?

Baz śmie­je się.

– Jak długo ty i piękna pani Ro­ach je­steście małżeństwem? Tyl­ko mi nie wma­wiaj, że ZA­PO­MNIAŁEŚ. Mam na­dzieję, że ona tego nie słucha, bo in­a­czej będziesz miał KŁOPO­TY, przy­ja­cie­lu!

Na­wet nie wie, jak bli­ski jest praw­dy.

– Nie, nie słucha… mam na­dzieję. – Po raz pierw­szy tego wie­czo­ru nie skłamałem.

– Miałeś SZCZĘŚCIE, Dan, bo to bar­dzo do­bra od­po­wiedź! Lu­dzie nie ob­rzu­cają się na we­se­lach pa­pryką ani pa­pi­ru­sem, przy­najm­niej nie tam, skąd po­chodzę. Zda­rzają się ka­mie­nie i bu­tel­ki, ale nig­dy PA­PRY­KA! Tego do­pie­ro trud­no byłoby się po­zbyć z fra­ka. Kie­dy lu­dzie idą na we­se­le, rzu­cają con­fet­ti. CO OZNA­CZA, mój dro­gi Da­nie­lu, że grasz da­lej! – W tle roz­le­ga się me­lo­dia kończąca pro­gram. – A więc do zo­ba­cze­nia JU­TRO WIE­CZO­REM! O tej sa­mej po­rze, w tym sa­mym miej­scu, Ra­dio Ham na fa­lach śred­nich…

Otwie­ram drzwi bud­ki i biorę głęboki od­dech. Je­stem spo­co­ny jak mysz, ale uśmie­cham się od ucha do ucha. Udało mi się. Trzy wie­czo­ry już za mną, jesz­cze tyl­ko sie­dem. Jeżeli utrzy­mam się przez dzie­sięć dni, wy­gram wa­ka­cje. A jeśli jest coś, co ucie­szy mamę na tyle, żeby prze­stała pić, to tyl­ko dwu­ty­go­dnio­we wa­ka­cje all in­c­lu­si­ve w ciepłych kra­jach.

Śred­nio faj­na środa

Ryk fałszującej mu­zy­ki wy­ry­wa mnie ze snu. Wyciągam rękę i ude­rzam w stojący przy łóżku bu­dzik ze Sco­obym, po czym na­pa­wam się spo­ko­jem…

Mi­goczące czer­wo­ne cy­fry po­ka­zują mi­nutę po piątej. Po dru­giej stro­nie po­ko­ju Jay coś mam­ro­cze, ale się nie bu­dzi. W miesz­ka­niu pa­nu­je ci­sza. Za­my­kam oczy naj­wyżej na se­kundę, ale gdy je otwie­ram, ja­kimś spo­so­bem jest już piąta sie­dem. Zsu­wam nogi na podłogę i wstaję. Je­stem całkiem nie­przy­tom­ny.

Za­pa­lam światło w kuch­ni i ka­ra­lu­chy roz­bie­gają się w po­szu­ki­wa­niu kryjówki. Ka­ra­lu­chy pod po­du­chy! – ma­wia mama, co wca­le nie jest śmiesz­ne w miesz­ka­niu ta­kim jak na­sze.

Ze sto­su brud­nych na­czyń w zle­wie wyciągam ku­bek, opłukuję go pod kra­nem, a po­tem cze­kam, aż za­go­tu­je się woda w czaj­ni­ku.

Oprócz tego, że mama pra­cu­je w smażalni w Pa­ra­de, ran­ka­mi sprząta też biu­ra w dziel­ni­cy prze­mysłowej na dru­gim końcu mia­sta. Za­czy­na o wpół do siódmej, ale jeśli piła po­przed­nie­go wie­czo­ru – czy­li pra­wie za­wsze – nie daje rady wstać. Mama musi pra­co­wać w obu miej­scach, żeby za­ro­bić na czynsz, i dla­te­go co rano je­stem na no­gach o piątej i pil­nuję, żeby zwlokła się z łóżka.

Cza­sem jed­nak to się w ogóle nie uda­je i wte­dy ja muszę je­chać za­miast niej. Nie ma zna­cze­nia, które z nas się tam zja­wi, dopóki ktoś prze­ciągnie pla­sti­kową prze­pustkę przez czyt­nik, żeby był dowód, że tam była. Jeśli biu­ra są po­sprzątane, mama do­sta­je wypłatę. A dopóki za­ra­bia, mamy co jeść i dach nad głową. Wszy­scy tu miesz­ka­my, dla­cze­go więc wszy­scy nie mie­li­byśmy się do tego dokładać? – mówi mama i trud­no się z tym nie zgo­dzić. Właści­wie dys­ku­to­wa­nie z mamą na ja­ki­kol­wiek te­mat to nie­zbyt do­bry po­mysł.

Wsy­puję do kub­ka dwie łyżecz­ki kawy roz­pusz­czal­nej i mie­szam. Mama lubi mocną kawę. Nie ma mle­ka, więc do­daję więcej cu­kru, a po­tem idę ko­ry­ta­rzem, niosąc ku­bek.

Drzwi do sy­pial­ni mamy są za­mknięte. Pu­kam i ob­ra­cam gałkę.

Woń al­ko­ho­lu ude­rza we mnie, jak­by ktoś beknął mi pro­sto w twarz.

– Mamo?

Śpi z otwar­ty­mi usta­mi, wciąż ma na so­bie większość ciuchów z wczo­raj.

Pod­chodzę, omi­jając rze­czy po­roz­rzu­ca­ne na podłodze, i sta­wiam ku­bek przy łóżku.

– Mamo? Mamo!

To stra­ta cza­su. Wiem, że nie od­po­wie – na sto­le w kuch­ni stały dwie pu­ste bu­tel­ki po wi­nie.

Mam ochotę wylać jej kawę na głowę, ale to chy­ba też by jej nie obu­dziło. Za­miast tego włączam ra­dio, podkręcam głośność i wy­chodzę.

Wpełzam z po­wro­tem do łóżka i nasłuchuję, co się dzie­je za ścianą. Ra­dio na­gle cich­nie, mama coś krzy­czy. Nie mogę zro­zu­mieć, co dokład­nie, ale sens jest wy­star­czająco ja­sny. Leżę w ciem­ności, cze­kając, aż prze­sta­nie się mio­tać po miesz­ka­niu.

Wresz­cie roz­le­ga się trzask drzwi wejścio­wych i znów mogę od­dy­chać. Wróci do­pie­ro, kie­dy Jay i ja będzie­my już w szko­le.

Nie ma sen­su, żebym próbował te­raz zasnąć, choć je­stem tak zmęczo­ny, że czuję się cho­ry. Idę więc do kuch­ni, zdra­puję pleśń z ko­lej­ne­go kub­ka i robię so­bie kawę z do­dat­kową porcją cu­kru. A po­tem wy­my­kam się na dach, żeby po­pa­trzeć na wschód słońca.

Mama zwy­mio­to­wała do wan­ny. Muszę spłukać ciem­nobrązową maź, za­nim będę mógł wziąć prysz­nic. Od za­pa­chu aż skręca mi żołądek, a słodko-gorz­ka kawa pod­cho­dzi do gardła. Nie ma mydła, więc myję się szam­po­nem. Stoję pod stru­mie­niem wody, aż robi się zim­na.

Kie­dy zakręcam ku­rek, słyszę te­le­wi­zor, co ozna­cza, że Jay już wstał. Owi­jam się w pa­sie ręczni­kiem i idę za dźwiękiem do dużego po­ko­ju. Leci od­ci­nek Sco­oby-Doo. Ludożercy ga­niają Kudłate­go i Sco­oby’ego po wy­spie, a Jay re­cho­cze tak strasz­nie, że pra­wie spa­da z ka­na­py. Każę mu zmy­kać do po­ko­ju i się ubie­rać.

Mu­si­my od­wie­dzić pral­nię. Obwąchuję trzy szkol­ne ko­szul­ki wa­lające się po podłodze i wy­bie­ram tę, która nie pach­nie aż tak źle jak po­zo­stałe, a po­tem psi­kam się pod pa­cha­mi do­dat­kową porcją dez­odo­ran­tu.

Nie ma nic na śnia­da­nie, więc biorę dwa fun­ty z mo­net roz­sy­pa­nych na to­a­let­ce mamy. Po dro­dze do szkoły możemy wstąpić do skle­pu.

Wścib­ska Wen­dy cze­ka na nas, kie­dy idzie­my ko­ry­ta­rzem na par­te­rze, cho­ciaż uda­je, że to czy­sty przy­pa­dek. Wciąż ma na so­bie szla­frok, a śmiesz­ne, far­bo­wa­ne na czar­no włosy upchnięte pod siatką. Na­prawdę na­zy­wa się El­li­son i miesz­ka pod je­dynką przy drzwiach wejścio­wych. Czy ktoś wcho­dzi, czy wy­cho­dzi, za­wsze jest na po­ste­run­ku i wie wszyst­ko o wszyst­kich.

– Dzień do­bry, chłopcy! – Szcze­rzy się jak pies, po­ka­zując żółte zęby i dziąsła.

Ki­wam głową, a Jay tyl­ko się na nią gapi. Ale Wen­dy lubi Jaya – jak wszy­scy. To je­den z tych blond aniołków, którymi za­chwy­cają się obcy na uli­cy. Jest taki ślicz­ny, że mnóstwo lu­dzi bie­rze go za dziew­czynkę. Jaya to wku­rza, ja się z tego śmieję.

Wen­dy schy­la się, przy­su­wając twarz do jego twa­rzy.

– Ale szczęściarz z cie­bie, że star­szy brat od­pro­wa­dza cię do szkoły!

Jay wzru­sza ra­mio­na­mi.

– To nie jest mój brat, tyl­ko brat przy­rod­ni, bo on ma in­ne­go tatę niż ja.

Mru­gam. Wen­dy tra­fił się sma­ko­wi­ty kąsek. Mama do­sta­nie szału, jeśli się do­wie, że Jay jej o tym po­wie­dział, choć równie do­brze mogłaby się sama domyślić. Jay i ja nie je­steśmy ani trochę po­dob­ni. O ile Jay to dzie­ciak, do którego lu­dzie na uli­cy się uśmie­chają, o tyle na mój wi­dok ra­czej prze­chodzą na drugą stronę. Przede wszyst­kim mam po­nad metr osiem­dzie­siąt i w twa­rzy coś ta­kie­go, że lu­dziom robi się nie­swo­jo. Tak jak­by moje rysy nie pa­so­wały do sie­bie, jak źle do­bra­ne ciu­chy. Wy­obraźcie so­bie je­den z tych por­tretów pamięcio­wych, które po­li­cja po­ka­zu­je cza­sem w te­le­wi­zji, i do­daj­cie do tego brązowe jak błoto kręcone włosy, a będzie­cie wie­dzieć, jak wyglądam.

– Ma­mu­sia po­sta­no­wiła po­spać dziś dłużej? – pyta Wen­dy głosem słod­kim jak sy­rop, ale wiem, do cze­go zmie­rza.

– Jest w pra­cy – od­po­wia­da Jay. Oczy­wiście Wen­dy już to wie, w końcu od świtu wa­ru­je przy drzwiach wejścio­wych.

– Mam na­dzieję, że byliście grzecz­ni sami w miesz­ka­niu? – mówi, patrząc na mnie.

Uni­kając jej wzro­ku, łapię Jaya za rękę i ciągnę go do drzwi.

– Chodź, Jay, bo się spóźnimy!

– Nie szarp mnie tak!

– No to chodź.

Na dwo­rze wy­ry­wa mi się.

– Nie mu­sisz wykręcać mi ręki!

Nie od­po­wia­dam, ale kie­dy wcho­dzi­my do skle­pu, po­zwa­lam mu w ra­mach re­kom­pen­sa­ty wy­brać na śnia­da­nie to, na co ma ochotę. Uśmie­cha się sze­ro­ko i po­da­je mi paczkę chrupków Mon­ster Munch.

Sia­da­my na mur­ku na końcu Pa­ra­de i wy­pi­ja­my na spółkę puszkę le­mo­nia­dy. Ciągle jest wcześnie, ale czuję, jak upał na­ra­sta, a mnie szczy­pie pod pa­cha­mi.

Mija nas au­to­bus z dzie­cia­ka­mi z mo­jej szkoły, co zna­czy, że pora się zbie­rać.

Sztur­cham Jaya.

– Gotów, chrup­ko­wy po­two­rze?

Krzy­wi się.

– Nie je­stem po­two­rem.

– Je­steś.

– Nie! Gdy­bym był, to­bym tego nie jadł. – Ma­cha mi przed no­sem paczką Mon­ster Munch.

– Dla­cze­go?

– Bo to małe po­twor­ki! Byłbym ka­ni­ba­lem!

Śmieję się, cho­ciaż on mówi śmier­tel­nie poważnie.

– Jeśli dziś wie­czo­rem znów okaże się, że nie ma nic do je­dze­nia, czy będzie­my mu­sie­li stać się ka­ni­ba­la­mi i kogoś pożreć? – pyta rze­czo­wo, kie­dy scho­dzi­my w dół do szkoły.

– Może.

Za­sta­na­wia się nad tym.

– Nie chciałbym zjeść Wścib­skiej Wen­dy.

Śmieję się, ja też bym nie chciał, choć nie miałbym nic prze­ciw­ko temu, żeby zo­stała zje­dzo­na przez kogoś in­ne­go.

Szkoła Jaya jest nie­da­le­ko. Do­chodzę z nim do furt­ki, cze­kam, aż znik­nie w środ­ku, po czym ru­szam bie­giem. Szkoła śred­nia Har­da­cre znaj­du­je się na dru­gim końcu mia­sta. Jeśli będę miał szczęście, dotrę tam równo z dzwon­kiem. Dwa­dzieścia mi­nut bie­giem z torbą książek na ple­cach jest wy­star­czająco okrop­ne przy nor­mal­nej po­go­dzie, a co do­pie­ro w tym upa­le!

Kie­dy do­cie­ram na miej­sce, na dzie­dzińcu już ni­ko­go nie ma. Prze­ga­piłem spraw­dza­nie obec­ności i zaczął się apel, więc muszę iść do se­kre­ta­ria­tu i wpi­sać się do książki spóźnień. Zdążam aku­rat, żeby usta­wić się ze wszyst­ki­mi w ocze­ki­wa­niu na pierwszą lekcję – dyszący i spo­co­ny jak ke­bab.

Okrop­nie tu gorąco. Bolą mnie nogi. Nie mogę usie­dzieć w miej­scu. Do­brze, że zo­stało już tyl­ko pół go­dzi­ny do końca. Próbuję się sku­pić na tym, co mówi pan Bu­chan, wodząc pal­cem po tekście na stro­nie, ale ro­zu­miem z nie­go tyle, że równie do­brze mogłyby to być hie­ro­gli­fy.

Głos na­uczy­cie­la jest ciepły i ryt­micz­ny, kart­ka miękka pod mo­imi pal­ca­mi. Prze­staję wal­czyć i po­wie­ki opa­dają mi na mo­ment. Tak jest le­piej, prze­cież bez pro­ble­mu mogę słuchać z za­mkniętymi ocza­mi.

Budzę się, kie­dy pan Bu­chan rzu­ca mi na ławkę dzieła ze­bra­ne Szek­spi­ra. Przez kil­ka se­kund nie wiem, gdzie je­stem.

– Cieszę się, że do nas wróciłeś, Lau­ren­ce! – Drgają mu brwi.

Nie od­zy­wam się, ście­ram tyl­ko ślinę z kącika ust, licząc na to, że nikt nie za­uważył.

– Może mógłbyś nam wyjaśnić, dla­cze­go Mak­bet mówi: „Na nic zasłony, bal­da­chi­my – śpiących / Nękają złe sny”? A może chciałbyś nam opo­wie­dzieć jakiś swój sen?

Ktoś pry­cha.

– Nie, proszę pana.

Czuję na so­bie wzrok całej kla­sy.

Bu­chan wzdy­cha i potrząsa głową.

– Spróbuj zo­stać z nami, Lau­ren­ce, przy­najm­niej do końca lek­cji.

Przy­ta­kuję i z płonącymi po­licz­ka­mi znów wpa­truję się w książkę, ale słowa nadal nie mają dla mnie sen­su, bo te­raz myślę o moim śnie. Kosz­ma­rze, w którym ko­bie­ta z teczką przy­cho­dzi za­brać Jaya.

Za­wsze jest tak samo: ktoś nie­sie ko­ry­ta­rzem Jaya w piżamce ze Sco­obym. Jay krzy­czy moje imię, wyciąga do mnie ręce, ale ja nie mogę się ru­szyć. Po­tem za­uważam, że na podłodze jest pełno pu­stych fla­szek, i próbuję je ominąć, ale sto­py śli­zgają mi się na szkle. Zdaję so­bie sprawę, że podłoga nie jest już twar­da, to oce­an kołyszących się i obi­jających się o sie­bie z brzękiem bu­te­lek. Tonę w nim. Gęste czer­wo­ne mo­rze wpływa mi do ust i do nosa, wciąga mnie w głąb, aż grzęznę – i nic nie mogę zro­bić, kie­dy ko­bie­ta z teczką za­bie­ra Jaya.

Wte­dy się budzę.

Zla­ny po­tem.

W ciem­ności.

Roz­le­ga się dzwo­nek na ko­niec lek­cji, ale pan Bu­chan pro­si, żebym zo­stał. Wiem, na co się za­no­si. Mam tyl­ko na­dzieję, że nie po­trwa to długo, bo muszę ode­brać Jaya.

– Wyglądasz, jak­byś wrócił z woj­ny, chłopcze. – Na­uczy­ciel sia­da na ławce na­prze­ciw­ko i zer­ka na mnie. – Niezłą masz śliwę pod okiem.

Za­po­mniałem o tym.

– Biłem się z bra­tem. – Łatwo jest kłamać, kie­dy robi się to nie­ustan­nie.

– To chy­ba duży chłopak, sko­ro tak ci przyłożył.

To za­baw­ne, więc się śmieję, roz­luźniam – i popełniam błąd.

– Ma sześć lat – mówię.

Ale Bu­chan się śmie­je, więc może wszyst­ko jest OK.

– Ba­wi­liśmy się. Cza­sem trochę za bar­dzo się rozkręca.

Na­uczy­ciel kiwa głową i krzyżuje ręce.

– Ro­zu­miem, że nie je­steś fa­nem Szek­spi­ra?

Wzru­szam ra­mio­na­mi. W za­sa­dzie to nie ob­cho­dzi mnie Szek­spir.

– Wiem, że ucznio­wie cza­sem się nudzą, ale chy­ba je­steś pierw­szy, który zasnął na mo­jej lek­cji.

– Prze­pra­szam pana, na­prawdę nie chciałem.

– Właści­wie mnie to nie dzi­wi – stwier­dza Bu­chan, marszcząc brwi. – Wyglądasz okrop­nie. Kie­dy ostat­nio porządnie się wy­spałeś?

Czuję, jak jego spoj­rze­nie prze­ni­ka moją skórę i kości czasz­ki, tak jak­by mógł zaj­rzeć mi pro­sto do głowy. Nie mogę prze­stać mówić, muszę odwrócić jego uwagę, żeby nie zo­ba­czył, co jest w środ­ku.

– Fa­cet w miesz­ka­niu obok ciągle na­sta­wia te­le­wi­zor na pełen re­gu­la­tor. Chy­ba jest głuchy albo coś. – Wzru­szam ra­mio­na­mi. – Cza­sem ciężko jest zasnąć.

– Wy­obrażam so­bie. – Bu­chan gładzi się po podbródku. – Może two­ja mama mogłaby z nim po­ga­dać? Wyjaśnić, że przez ten hałas nie możesz spać.

Ki­wam głową.

– Może. – Pie­cze mnie pod pa­cha­mi. Czuję kwaśny za­pach potu zmie­sza­ny z dez­odo­ran­tem, którym spry­skałem się rano.

– Ro­zu­miem, że to dla­te­go opusz­czasz spraw­dza­nie obec­ności? Masz kłopo­ty ze wsta­wa­niem? – Bu­chan zer­ka na kartkę, którą trzy­ma w rękach. Nie za­uważyłem jej wcześniej. – Do­stałem tę no­tatkę od two­jej wy­cho­waw­czy­ni, pani Con­nol­ly. Po­wie­działa, że w tym ty­go­dniu trzy razy nie było cię przy spraw­dza­niu obec­ności i że dziś też się spóźniłeś.

– Prze­pra­szam. – Nie mogę mu po­wie­dzieć, że nie zdążam, bo muszę od­pro­wa­dzić do szkoły młod­sze­go bra­ta.

– Oba­wiam się, że „prze­pra­szam” nie wy­star­czy, Lau­ren­ce. Dzie­siąta kla­sa ma duży wpływ na to, jak ci pójdzie na małej ma­tu­rze, i le­piej, żebyś nie na­brał zwy­cza­ju spóźnia­nia się, kie­dy będą się zbliżać ważne eg­za­mi­ny. Miło mi stwier­dzić, że nie mam skarg do­tyczących pra­cy na lek­cji, naj­wy­raźniej od­ra­biasz też za­da­nia do­mo­we, ale punk­tu­al­ność to ważna część szkol­ne­go życia, Lau­ren­ce. – Bu­chan wzdy­cha. – A jeśli cho­dzi o przy­sy­pia­nie na lek­cjach, nie wszy­scy moi ko­le­dzy będą tak wy­ro­zu­mia­li jak ja.

Ki­wam głową. Bu­chan jest w porządku. Jest opie­ku­nem na­sze­go roku i za­cho­wu­je się tak, jak­by na­prawdę mu zależało. Pro­blem w tym, że przez to robi się nie­bez­piecz­ny – sta­je się jed­nym z tych lu­dzi, którzy myślą, że po­ma­gają, a tym­cza­sem tyl­ko po­gar­szają sprawę. Le­piej będzie, jeśli nikt nie będzie zwra­cał na mnie uwa­gi. Mam w no­sie, że będę nie­wi­dzial­ny dla większości z nich. Nie­wi­dzial­ność jest su­per, to su­perzdolność, którą za­wsze wy­bie­ram. Większość lu­dzi chce mieć siłę, możliwość wi­dze­nia przez ścia­ny albo umiejętność la­ta­nia. Nie ja. Gdy­by tyl­ko można było zniknąć.

– Po­sta­ram się wsta­wać wcześniej – mówię, przy­po­mi­nając so­bie, jak dziś rano oglądałem wschód słońca.

Bu­chan uśmie­cha się i ma­cha swoją kartką.

– Do­bry po­mysł. Jeśli na­wa­lisz jesz­cze trzy razy, oba­wiam się, że będziesz mu­siał się co dzień mel­do­wać. To ozna­cza zdo­by­cie pod­pi­su pani Con­nol­ly przy spraw­dza­niu obec­ności, a po­tem od każdego na­uczy­cie­la przez cały dzień. Poza tym co­dzien­nie po lek­cjach przy­cho­dzi się do mnie z ra­por­tem, a two­ja mama co wieczór musi go pod­pi­sy­wać. – Krzyżuje ra­mio­na. – Myślę, że nie­po­trzeb­ne ci te kłopo­ty. Zo­bacz­my więc, czy da się tego uniknąć, co?

Ki­wam głową. To by było na tyle, jeśli cho­dzi o nie­wi­dzial­ność. Poza tym, jeśli będę mu­siał przycho­dzić do Bu­cha­na przed wyjściem, będę się spóźniał po Jaya – co mi przy­po­mi­na, że po­wi­nie­nem się po­spie­szyć.

– Czy mogę już iść?

– Tak, oczy­wiście. Wra­caj do domu. I może połóż się dziś wcześniej?

– Tak.

– Sen jest ważny, Lau­ren­ce. To wiel­ki uzdro­wi­ciel. Jak mówi Mak­bet, „po­tra­fi roz­wikłać splątaną nić każdej tro­ski” i jest „naj­po­sil­niej­szym skład­ni­kiem uczty życia”. – Bu­chan uśmie­cha się i wsta­je. – Wie­działeś, że po­zba­wie­nie snu sto­su­je się jako tor­turę?

Potrząsam głową. Nie wie­działem.

Czuję na so­bie wzrok Bu­cha­na, kie­dy pa­kuję książki. Jego spoj­rze­nie mówi: „Jest coś, co przede mną ukry­wasz”, a uśmiech jest pro­po­zycją: „Możesz ze mną po­roz­ma­wiać. Po­mogę ci”. Jakaś część mnie chce mu po­wie­dzieć. Może zna­lazłby ja­kieś roz­wiąza­nie, może wszyst­ko byłoby le­piej? Wy­star­czy, że otworzę usta…

Wy­chodzę na ko­ry­tarz. Moje ta­jem­ni­ce po­zo­stały nie­tknięte. Ko­szul­ka przy­kle­ja mi się do pleców i mam wrażenie, że ser­ce za­raz wy­sko­czy mi z pier­si. Kil­ka razy od­dy­cham głęboko i ru­szam do wyjścia. Będę mu­siał biec całą drogę, żeby ode­brać Jaya.

Skręcam za róg i wpa­dam na Ha­ni­fa z mo­jej gru­py an­giel­skie­go.

– Hej, Ro­ach. W porządku? Bu­chan cię prze­czołgał?

Wzru­szam ra­mio­na­mi, a po­tem ściągam brwi, tak żeby spo­tkały się pośrod­ku jak u Bu­cha­na.

– Wiem, że ucznio­wie cza­sem się nudzą – pa­ro­diuję na­uczy­cie­la naj­le­piej jak po­tra­fię – ale chy­ba nikt wcześniej nie zasnął na mo­jej lek­cji!

Śmiech Hana roz­brzmie­wa w pu­stym ko­ry­ta­rzu. Kle­pie mnie po ra­mie­niu i potrząsa głową.

– Je­steś nie­sa­mo­wi­ty, sta­ry! Po­wi­nie­neś występować w te­le­wi­zji!

Albo w ra­diu, myślę so­bie.

Głupio mi, że się wyśmie­wam z Bu­cha­na, ale co mam zro­bić? Za dużo razy byłem nowy w szko­le. Cza­sem po­ma­ga, kie­dy umiesz rozśmie­szyć lu­dzi. Z twarzą taką jak moja człowiek ma do wy­bo­ru dwie rze­czy: albo być Ram­bo, albo błaznem. Je­den twar­dziel w ro­dzi­nie wy­star­czy.

Han za­my­ka szafkę i idzie obok mnie.

– Nie ogar­niam tego całego Szek­spi­ra. O czym w ogóle ten fa­cet gada?

– Nie mam pojęcia! – Otwie­ra­my gwałtow­nie drzwi i upał wali w nas jak rozpędzo­ny au­to­bus.

– Człowie­ku! Ale gorąco! – Han szarp­nięciem zdej­mu­je kra­wat i wpy­cha go do kie­sze­ni. – Idziesz po­grać?

– Nie mogę.

Wzru­sza ra­mio­na­mi.

– No to do zo­ba­cze­nia, sta­ry.

Patrzę, jak od­cho­dzi, a po­tem od­wra­cam się i ru­szam bie­giem pod górę, czując, jak fru­stra­cja i gniew sta­piają mi się w brzu­chu w żelazną bryłę.

Słychać je już w połowie pod­jaz­du – dzie­cia­ki w klu­bie ma­lu­cha wrzeszczą, jak­by je za­rzy­na­li. Roz­po­znaję głos Jaya wśród in­nych. Szko­da mi go stąd za­bie­rać, ale mamę stać, żeby zapłacić opie­kun­ce tyl­ko za go­dzinę.

Wci­skam dzwo­nek i widzę przez ma­tową szybę, jak An­gie pod­cho­dzi do drzwi: ka­lej­do­skop pod­sta­wo­wych ko­lorów.

– Cześć, Lau­ren­ce, ko­cha­ny! – Roz­pro­mie­nia się na mój wi­dok, tak jak­by ze wszyst­kich lu­dzi na całym świe­cie miała na­dzieję zo­ba­czyć właśnie mnie. – Wejdź, wejdź! – Marsz­czy brwi. – Co ci się stało? – Ma na myśli moje oko.

– Grałem w rug­by w szko­le. – Ale ze mnie do­bry kłamca.

– Rug­by? W let­nim se­me­strze? – No może nie aż taki do­bry.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

– Taki to­wa­rzy­ski me­czyk dla tre­nin­gu.

– No to mam na­dzieję, że wy­gra­liście. Za­wsze uważałam rug­by za bar­ba­rzyński sport. – An­gie potrząsa głową. – Może się cze­goś na­pi­jesz? Pew­nie zaschło ci w gar­dle od tego upału.

– Nie, dzięki.