1312. Incognito wśród najbardziej fanatycznych kibiców na świecie - James Montague - ebook
NOWOŚĆ

1312. Incognito wśród najbardziej fanatycznych kibiców na świecie ebook

James Montague

3,3

44 osoby interesują się tą książką

Opis

Kibole, chuligani, ultrasi. Między futbolem a polityką

Piłkarscy fanatycy stanowią niezwykle widoczną, kontrowersyjną część futbolowego widowiska. Ich hasła i charakterystyczne oprawy widoczne są na trybunach w niemal każdej lidze. Stali się potężną antyestablishmentową siłą. Mają wpływ nie tylko sport, ale też na całe społeczeństwa i politykę. Pomimo tego wciąż pozostają nieznani. James Montague zszedł do piłkarskiego podziemia, by po raz pierwszy odkryć ich prawdziwe oblicze.

Znakomity brytyjski dziennikarz przemierzył świat, by dowiedzieć się, co kieruje ludźmi, którzy podporządkowali swoje życie kibicowskim zasadom. W Urugwaju przekonał się, na czym polega odwieczny konflikt Nacionalu z Peñarolem, w Szwecji znalazł się w samym centrum chuligańskiego starcia, a w Indonezji drżał o swoje życie, gdy stanął naprzeciw uzbrojonej w maczety bojówki.

1312. Incognito wśród najbardziej fanatycznych kibiców na świecie opowiada o początkach ruchu ultras i o tym, jak zdominował on trybuny na całym świecie – od Buenos Aires, przez Bałkany, po Dżakartę. Mówi o radykalizacji piłkarskich fanatyków na Półwyspie Apenińskim, walce z komercjalizacją piłki nożnej w Niemczech oraz starciach z policją czy próbach kontrolowania przez rządzących, które potrafią zjednoczyć najbardziej wrogo nastawione do siebie grupy na Ukrainie czy w Turcji.

To książka wykraczająca daleko poza świat sportu. Reportaż, który rzuca nowe światło na jedną z największych subkultur na świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
pinguman

Nie polecam

"a koalicja polskich grup kibicowskich organizowała brutalne kontrdemonstracje." - za takie bezpodstawne oszczerstwa zdewalowales sie "pseudoautorze"
00

Popularność




W rozszerzającym się wszechświecie czas jest po stronie wyrzutka. Ci, którzy zasiedlili przedmieścia ludzkiej pogardy, odkrywają nagle, że żyją w metropolii, choć nie zmienili adresu.

Quentin Crisp, The Naked Civil Servant

Dla Mili i Mitry, zawsze

Przedmowa do polskiego wydania

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałem klatkę na własne oczy. Było to w maju 2018 roku. Tego samego dnia wylądowałem w Krakowie w związku z premierą Klubu miliarderów, mojej pierwszej książki przetłumaczonej na język polski.Kultura kibicowska i środowisko ultrasów z całego świata zawsze mnie fascynowały, ale pomysł na 1312 ciągle jeszcze nie był w mojej głowie w pełni ukształtowany. Na miejscu usłyszałem od mojego przewodnika, że idziemy na mecz polskiej trzeciej ligi, który tego niedzielnego popołudnia miały rozegrać Garbarnia Kraków i ŁKS Łódź.

ŁKS Łódź przechodził głęboki kryzys. Nie tak dawno temu został mistrzem Polski i mierzył się w eliminacjach do Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Wyglądało jednak na to, że jego kibice nadal tłumnie jeździli na mecze wyjazdowe. Garbarnia od dłuższego czasu była trzecim pod względem popularności krakowskim klubem, występowała za to na niezwykle malowniczym stadionie. Była tam tylko jedna, ustawiona blisko boiska trybuna i mężczyzna w budce sprzedający papierowe bilety. Wtedy zwróciłem uwagę na klatkę. Tak ją przynajmniej zapamiętałem. Było to spotkanie trzeciej klasy rozgrywkowej, a mimo to wszędzie było pełno policji. Funkcjonariusze otaczali ultrasów ŁKS-u w ich sektorze. Kilkaset osób zostało de facto zamkniętych na odkrytej, otoczonej drucianą siatką trybunie. Wyglądali jak więźniowie trzymani pod kluczem dla dobra społeczeństwa. Słońce paliło niemiłosiernie. Kibice Garbarni podawali sobie piwo, wodę i kiełbaski.

Mecz zakończył się wynikiem 2:1 dla gospodarzy. W górze cały czas krążył policyjny śmigłowiec, choć nie latał tam z naszego powodu. Tego samego popołudnia miała grać Wisła. Do Krakowa przyjeżdżał Lech Poznań, więc spodziewano się kłopotów. Później natknąłem się na całą społeczność ludzi, którzy kolekcjonują zdjęcia polskich zamkniętych sektorów dla ultrasów. Były przerażająco smutne, a jednocześnie jakoś dziwnie ciekawe artystycznie. Przypominały trochę opuszczone przystanki autobusowe w strefach wojennych. Czasami były to wolno stojące, zadaszone klatki, jak gdyby wypożyczone z zoo. Ustawiano je przy nawet najmniejszych wiejskich boiskach. Wskazywało to według mnie na dwa fakty, które choć wydawały się wzajemnie sprzeczne, w rzeczywistości mogły być prawdziwe: że polskie władze postanowiły na poważnie rozprawić się z subkulturą kibicowską i że polskiego ruchu ultras nie można lekceważyć. Po tamtych doświadczeniach postanowiłem napisać o tym, skąd wzięli się fanatycy piłkarscy.

Po upadku komunizmu kibice z krajów Europy Wschodniej zainteresowali się kulturą ultrasów. Początkowo największy wpływ wywarł na nich punkrockowy nihilizm angielskich chuliganów, z czasem zaczął się on jednak mieszać z barwnym i widowiskowym światem fanatyków włoskich. Te nowe wzorce zostały przyjęte z największą gorliwością właśnie w Polsce. To tutaj przygotowuje się jedne z najlepszych opraw na świecie i najefektowniejszych racowisk, czego dowodzi choćby słynna akcja fanów Legii Warszawa, w której w odpowiedzi na wlepioną klubowi karę w wysokości 35 tysięcy euro kibice pokazali wielki transparent świni na tle logotypu UEFA i odpalili race. Jeśli chodzi o ustawki, czyli umawiane bijatyki między kibicami, polskie ekipy cieszą się powszechną sławą. Ich pomysły i rozwiązania popularyzują się na całym świecie. Pewnego razu widziałem, jak cała trybuna fanów indonezyjskiego klubu PSS Sleman „robiła Poznań”. Rok po tamtym meczu w Krakowie w samym środku zimy ponownie się tam zjawiłem, by napisać o powrocie Kuby Błaszczykowskiego do Wisły. Zaniosło mnie jednak na obrzeża miasta, dokładnie w miejsce, w którym lider ultrasów Cracovii został w biały dzień zmasakrowany maczetami. Natknąłem się na graffiti o wydźwięku rasistowskim i antysemickim, na zdjęcia i cyfry promujące neonazizm, a później także na związki ze zorganizowaną przestępczością. Była to Polska, jakiej dotąd nie znałem i jakiej nie umiałem zrozumieć.

Moja matka, Polka, przyjechała do Anglii w 1978 roku. Miała wtedy 27 lat. Mieszkaliśmy w hrabstwie Essex, najbardziej białym i jednolitym kulturowo skrawku Europy, jaki można sobie wyobrazić. Byliśmy obcokrajowcami. Wtedy żyło tam bardzo niewielu Polaków w wieku mojej mamy. W latach 80. reżim komunistyczny miał się jeszcze dobrze, a podróże zagraniczne były kosztowne i trudne ze względów biurokratycznych. Choć nam się nie przelewało, chadzaliśmy na kiermasze staroci i kupowaliśmy ubrania, które następnie wysyłaliśmy babci i wujkowi Jackowi na warszawską Pragę (Jacek kibicował Legii). Oni sprzedawali je potem na czarnym rynku, by mieć na jedzenie. Co tydzień w naszej skrzynce pojawiały się czarno-białe egzemplarze „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza”. Co dwa tygodnie chodziliśmy na odprawianą po polsku mszę do kościoła pw. Maryi Zawsze Dziewicy, prowadzonego przez kilka polskich rodzin z okolicy. Były to głównie dzieci i wnuki weteranów Armii Krajowej, którym Churchill pozwolił zostać po wojnie w Anglii. Nigdy nie zapomnę spotkań w barze po mszy (mama od czasu do czasu ubierała mnie i moją siostrę w polskie stroje ludowe, a potem kazała nam w nich tańczyć). Nie zapomnę tamtych dumnych, elegancko ubranych starszych mężczyzn z licznymi orderami, którzy śpiewali ze łzami w oczach i tęsknili za ojczyzną z pełną świadomością, że już nigdy jej nie zobaczą. Każdy z nich miał do opowiedzenia niesamowite historie. Pani Helena, przyjaciółka mojej mamy, była miłą starszą wdową. Nie miała dzieci. Dopiero później dowiedziałem się, że walczyła w ruchu oporu i pewnego razu przez niemal dwa dni leżała w śniegu na skraju lasu, a naziści polowali na nią za próbę wysadzenia w powietrze pociągu z dostawami.

Moje polskie życie toczyło się równolegle do życia angielskiego, za to oba te nurty krzyżowały się w kontekście piłkarskim. Jak się później okazało, krzyżowały się z zaskakującą regularnością. Reprezentacje Polski i Anglii jakoś nieustannie na siebie trafiały. Dla większości kolegów ze szkoły byłem Anglikiem, ale postrzeganie mojej osoby zmieniało się na tydzień przed ważnym meczem. Wtedy stawałem się jednym z „tamtych”. Zwykle udawało mi się uniknąć poważnego lania, bo Anglia najczęściej wygrywała. Kiedy jednak w maju 1993 roku na stadionie w Chorzowie padł remis 1:1 (w końcówce spotkania wyrównał Ian Wright), a było to w ramach przegranych przez Anglię eliminacji do mistrzostw świata w 1994 roku, musiałem przez tydzień kryć się przed pewnym szkolnym zabijaką.

Wychowałem się z silną polską tożsamością opartą na wierze i olbrzymiej nieufności mojej rodziny do Związku Radzieckiego i komunizmu. Gdy runął mur berliński, przyglądaliśmy się, jak Polska przyjmuje demokrację i odnosi na tym polu prawdopodobnie większe sukcesy niż jakikolwiek inny kraj podnoszący się po dyktaturze lub wojnie. Kiedy jednak pojechałem tam po latach, historie zasłyszane od matki okazały się tylko pojedynczymi obrazkami z tego jakże skomplikowanego miejsca. No bo jak wyjaśnić, że w państwie z dynamicznie rozwijającą się gospodarką, w którym nastały pokój i demokracja (oczywiście z kilkoma zastrzeżeniami), podczas meczu setki członków grupy Sharks, ultrasów Wisły Kraków, unoszą dłoń w nazistowskim salucie? Kultura kibicowska stanowi swego rodzaju okno dające nam wgląd w genezę tych procesów, i to nie tylko w Polsce, ale też w otaczającym ją regionie i na całym świecie.

Dzisiejszy świat to zupełnie inne miejsce niż ten, który istniał, gdy 1312 po raz pierwszy ukazała się w Wielkiej Brytanii. Na początku 2020 roku przez całą planetę przetoczył się koronawirus. Wystarczyło kilka tygodni, by piłka nożna zamarła. Niemal wszędzie zawieszono rozgrywki ligowe. Kiedy po kilku miesiącach w końcu je wznowiono, mecze były rozgrywane przy pustych trybunach. Oczywiście i w tej kwestii znajdzie się trochę wyjątków. Na Białorusi życie piłkarskie toczyło się zupełnie normalnie. Ultrasi wrócili na stadiony w Bułgarii. W czerwcu Serbia wpuściła 16 tysięcy kibiców na półfinałowy mecz pucharowy Crvenej zvezdy z Partizanem, choć potem stadiony znowu tam zamknięto, gdy liczba zakażeń poszybowała w górę. Także w Polsce część fanów mogła wrócić na trybuny. Ogólnie jednak pozostawały one raczej puste. Ultrasi i inne zorganizowane grupy kibicowskie jak mantrę powtarzają słowa przypisywane Jockowi Steinowi, legendarnemu trenerowi Celticu: „Bez kibiców nie ma piłki”. Rok 2020 miał się okazać ostatecznym sprawdzianem tej tezy. Tak naprawdę nie był to sprawdzian, tylko prawdziwy kryzys egzystencjalny. Czy te słowa są prawdziwe? Czy piłka nożna bez kibiców naprawdę nie istnieje? A jeżeli futbol może bez nich funkcjonować, to czy cała subkultura kibicowska zostanie prawnie zlikwidowana, jak stało się to w Anglii w latach 90.? Przecież fani kiedyś wrócą na stadiony.

Najpierw trzeba się było jednak zająć ważniejszymi kwestiami. Kultura ultrasów nie dotyczy tylko samych stadionów. Gdy trzeba, fanatycy okazują daleko idące wsparcie społecznościom lokalnym. Gdy w Zagrzebiu zatrzęsła się ziemia, kilkuset kibicujących Dinamu członków grupy Bad Blue Boys brało udział w akcji ewakuowania szpitala dziecięcego. W związku z trzęsieniem ziemi w Turcji tamtejsi ultrasi zjednoczyli się i organizowali dostawy żywności dla mieszkańców Izmiru. The Unity, grupa kibiców Borussii Dortmund, zbierała żywność i dostarczała ją potrzebującym. Ekipa Suptras (zbitek słów „Supporters” i „Ultras”), kibicująca Hansie Rostock, organizowała zbiórkę krwi. Okazywano również solidarność międzyklubową. Ultras Nürnberg przekazali niemal 16 tysięcy euro na rzecz Curva Nord Brescia z Lombardii, europejskiego epicentrum choroby. Fanatycy Atalanty Bergamo, największego rywala Brescii, zrobili chyba największe wrażenie, pomagając w budowie szpitala polowego dla przytłaczającej liczby chorych w tym mieście.

Niezliczone podobne akcje podejmowano w Maroku, Hiszpanii, Francji, Izraelu, Polsce i innych krajach. Gdy piłkarze wrócili do gry, mecze były do tego stopnia pozbawione emocji, że podjęto decyzję o odtwarzaniu dopingu z głośników, by stworzyć choć namiastkę atmosfery kreowanej przez ultrasów. Niektóre kluby umieszczały na krzesełkach kartonowe postaci mające imitować kibiców. Nadawcy telewizyjni stwierdzili, że bez fanów na trybunach pokazują w telewizji produkt gorszej jakości, więc renegocjowali niższe umowy z europejskimi ligami. Covid-19 nie zabił kultury kibicowskiej, a wręcz przeciwnie – udowodnił, jak ważnym elementem tego sportu są ultrasi i jak duże znaczenie potrafią mieć dla społeczności lokalnych. Oczywiście zdarzały się także mniej altruistyczne sytuacje. W rzeczywistości ustawek niemal nic się nie zmieniło. W sierpniu 2020 roku odbyła się słynna już dzisiaj nocna bitwa 100 na 120 między ultrasami SV Darmstadt i Eintrachtu Frankfurt (2,5 minuty, wygrał Frankfurt). To nie koniec przykładów. Grupy kibicowskie często stawały na czele protestów przeciwko lockdownowi, w szczególności w Niemczech i Polsce. Kiedy polskie władze niemalże całkowicie zdelegalizowały aborcję, na ulicach wybuchły masowe protesty, a koalicja polskich grup kibicowskich organizowała brutalne kontrdemonstracje. Gdy w ramach niepokojów zapoczątkowanych morderstwem George’a Floyda na całym świecie zaczęto obalać pomniki, w Holandii ultrasi Feyenoordu zaprzysięgli chronić popiersie Pima Fortuyna, populistycznego polityka antyislamskiego, który zginął w zamachu w 2002 roku i którego posąg stoi pod stadionem De Kuip. Po wprowadzeniu lockdownu w Holandii ultrasi zaczęli protestować – doszło nawet do walk z policją. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli i zaczęto szabrować siedziby firm, fanatycy stworzyli obywatelskie bojówki milicyjne, patrolujące ulice pod hasłami ochrony firm, które wcześniej były atakowane. Grupy kibicowskie stały się tak ważnym ogniwem protestów i kontrdemonstracji w Europie, że przedstawiciele GruppaOF – zbioru kont i profili w mediach społecznościowych prowadzonych przez grupy ultrasów i chuliganów – postanowili ustosunkować się na swoim kanale w serwisie Telegram do formułowanych wobec nich zarzutów, że zanadto angażują się w politykę:

W minionych kilku tygodniach w Europie rozgrywały się wydarzenia relancjonowane [sic!] przez GruppaOF. Chodzi o zamachy terrorystyczne w Austrii, protesty przeciwko Cowid-19 [sic!] w Czechach, Hiszpanii, Niemczech i Polsce. Wiele osób pisze nam w komentarzach, że staliśmy się narzędziem w rękach polityków. To nieprawda. Tak się po prostu składa, że dużą część uczestników wszystkich tych protestów stanowią piłkarscy chuligani, ultrasi i kibice. Co oczywiste, GruppaOF nie mogła tych wydarzeń zignorować i ich nie opisywać.

James Montague

Luty 2021

Przedmowa autora

Zawsze najbardziej interesowała mnie ta część świata piłki nożnej, którą zwykli ludzie rozumieją najmniej: kibice, zwłaszcza ultrasi, chuligani, barras bravas, torcidas, fanatycy – najbardziej zaangażowani i skrajni fani futbolu, niezależnie od tego, jak nazywa się ich w ojczystych językach. Od najmłodszych lat pociągały mnie bowiem niebezpieczeństwo i tajemnica. Patrzyłem na trybunę za bramką i ten widok nieubłaganie mnie pociągał – przypominało to przyglądanie się jakimś fantastycznym obrazom. Albo się to dostrzegało, albo nie.

Był to jednak świat, w którym nigdy tak naprawdę mnie nie zaakceptowano. Dla tych fanów dziennikarze są dokładnie takimi samymi wrogami jak policja. Zorganizowane grupy kibiców traktują podejrzliwie tych, którzy chcą o nich pisać. W pewnym stopniu zadecydowało to, o kim i o jakich miejscach pisałem. Jeśli więc nie udało mi się dostać do jakiegoś kręgu kibiców, nie poświęcam mu całego rozdziału książki. Z tego powodu nie zajmuję się dłużej światem kibicowskim w Rosji, Polsce i Egipcie. Gdy zdobywałem więcej informacji, tak jak w Maroku, to je uwzględniałem.

Z wolna jednak pojedyncze osoby i całe grupy zaczęły mnie dopuszczać do swojego świata. A to wiązało się z licznymi dylematami etycznymi. Często miałem kontakt z ludźmi, z których punktem widzenia się nie zgadzałem i którzy mówili rzeczy mogące się wielu osobom nie spodobać. Nasłuchałem się mnóstwa rasistowskich, pełnych przemocy historii. Nieraz zdarzało mi się być świadkiem takich sytuacji. Czy w ten sposób nie oddawałem głosu ludziom związanym z radykalną prawicą albo przestępczością zorganizowaną? Czy nie usprawiedliwiałem ich przekonań, przekazując to, co mi mówili? Ale żeby pojąć świat, musimy wiedzieć, jaki on naprawdę jest, a nie widzieć go takim, jakim byśmy chcieli, żeby był – niezależnie od tego, jak wielki dyskomfort możemy sprawić innym. Wierzę, że tylko w ten sposób naprawdę zrozumiemy, jak powstała ta rozległa subkultura i dlaczego działa tak, a nie inaczej.

Inną kwestią etyczną, którą należało rozważyć, była sprawa identyfikacji ludzi, z którymi się kontaktowałem. Większość chciała wypowiadać się pod pseudonimem – i na to się zgodziłem – ponieważ rozmowa ze mną wystawiała ich na niebezpieczeństwo. Wyjątek stanowili ci, którzy cieszą się takim statusem, że w swoich ojczyznach są uznawani za celebrytów. Pytania o etyczną stronę pisania tej książki nie opuszczały mnie ani przez chwilę. Mam nadzieję, że ten głos w mojej głowie pozwolił mi wiernie przywołać to, co widziałem i słyszałem, a także umieścić wszystko w odpowiednim kontekście społecznym i politycznym. Ostatecznie zawsze mi się wydawało, że to ty, czytelniku, powinieneś wyciągnąć własne wnioski z tego, co widziałem i o czym pisałem.

Wprowadzenie

Nie winię cię za to, jak mnie opisałeś. Musiałeś uwierzyć w to, co mówili o mnie inni, ale tak czy siak nie wiem, czy ktokolwiek uwierzyłby w coś dobrego na mój temat.

Billy Kid

Chorwacja

SPLIT

Najpierw pojawił się ogień, a potem wściekłość. Spowił nas gęsty, trujący czerwony dym, szczypiąc nas w oczy i paląc usta swym charakterystycznym metalicznym posmakiem. Przez chwilę można było dojrzeć co najwyżej rękę przed twarzą, a przez dym przebiła się ogłuszająca pieśń. Tysiące ludzi z zapalonymi czerwonymi racami i świecami dymnymi śpiewało i skakało jak jeden mąż. Północna trybuna stadionu Poljud, na której zasiada Torcida, jak zwą się ultrasi Hajduka Split, cała się trzęsła – pod naszymi stopami, w wąskiej szczelinie pomiędzy dwiema ogromnymi płytami, betonowe schody kołysały się do przodu i do tyłu, jakby drgały na skutek trzęsienia ziemi.

Gdy chmura dymu spłynęła z północnej trybuny na boisko, młodzi mężczyźni w kominiarkach usiedli okrakiem na metalowym ogrodzeniu i zaczęli rzucać race, które zataczały łuk na tle ciemniejącego nieba, pozostawiając za sobą nikły ślad, i lądowały na skraju murawy. Wszystko to działo się w Splicie podczas meczu tamtejszego Hajduka z Dinamem Zagrzeb, „wiecznych derbów”, najbardziej zażartej rywalizacji klubowej w chorwackim futbolu. Inne flary wykorzystano do podpalenia krzesełek i na północnej trybunie rozgorzał ogień. Nie było jednak paniki – tłum po prostu przesunął się o kilka metrów, ignorując rozszerzający się pożar i topiące siedzenia. Wóz strażacki objechał boisko, a dwóch strażaków wspięło się na trybuny z wężem, by zlikwidować zagrożenie.

Sędzia uznał, że spotkanie trzeba przerwać. Ale sam mecz tak czy siak nie miał już znaczenia, i to nie tylko dlatego, że Dinamo zdążyło sobie zapewnić mistrzowski tytuł w sezonie 2018/19. Drużyna z Zagrzebia wygrała zresztą ligę dziesięć razy w ostatnich 11 sezonach, a Hajduk nie dokonał tej sztuki od 15 lat. Tak naprawdę liczył się tylko show i związany z nim przekaz. Torcida to najstarsza zorganizowana grupa kibicowska, powstała w roku 1950. Jej członkowie mają w Splicie posłuch. Nawet gdy gracze czekali, aż rozwieje się sztuczna mgła, zajmujący północną trybunę fani z Torcidy prowadzili doping na stadionie: wykonywali salut prawymi rękami, wznosili okrzyk i czekali na odpowiedź kibiców ze wschodniej trybuny, śpiewając na melodię Marcia trionfale (Marsz triumfalny) z opery Verdiego Aida. Na czele, zwróceni twarzami do trybuny, a plecami do boiska, z megafonami w dłoniach, stali capos, dyrygując tysiącami kibiców, którzy wznosili pieśni – większość z nich stanowiły wściekłe wyzwiska na rywali ze stolicy.

„Zabić, zabić, zabić purgera” – śpiewała Torcida, używając popularnej w Dalmacji obelgi stosowanej wobec zagrzebian.

Dinamo – i Zagrzeb – to główny wróg Torcidy z wielu złożonych historycznych powodów. Gdy Jugosławia jeszcze istniała, rywalizacja miała swojski i w głównej mierze łagodny charakter, a jej źródłem była zazdrość ludzi żyjących z dala od Zagrzebia i poczucie, że stolica odnosi się do nich z lekceważeniem. Ale po wojnie o niepodległość (jak w Chorwacji nazywa się konflikt na Bałkanach), która zakończyła się w 1995 roku, w następstwie czego doszło do rozpadu Jugosławii, Dinamo i Hajduk zostały największymi rywalami w nowo powstałej lidze niepodległego państwa. Skończyły się mecze ze starymi wrogami z Belgradu – Crveną zvezdą i Partizanem – więc chorwaccy potentaci zwrócili się przeciw sobie.

Niewielka, licząca najwyżej kilkaset osób grupa ubranych na czarno ultrasów Dinama Zagrzeb, nazywanych Bad Blue Boys, została umieszczona na opustoszałej części zachodniej trybuny stadionu Poljud, oddzielonej od reszty fanów szerokim pasmem niezajętych krzesełek. Ale to show Torcidy. Kibice przekazywali flagi z góry na dół trybuny. Na wszystkich siedzeniach rozłożono kawałki czerwonego i niebieskiego plastiku, by stworzyć zaplanowaną dużo wcześniej oprawę meczową. Nikt nie wiedział, co na niej będzie, ale obecność w tym miejscu oznaczała milczącą zgodę z jej przesłaniem. Rozwinięto ogromny plastikowy transparent – od razu zrobiło się pod nim gorąco i duszno. Każdy, kto się tam znalazł, miał do odegrania rolę we wspólnym przedstawieniu. Dopiero później, już po meczu, zobaczyłem zdjęcie oprawy i dowiedziałem się, jak wyglądała: był to olbrzymi obraz kibica z rozłożonymi ramionami, który trzymał szalik w czerwono-ciemnoniebieskich barwach Torcidy. Na dole, rozciągnięte wzdłuż całej północnej trybuny, ułożono z wielkich liter słowo ULTRAS.

Co widzicie, oglądając mecz piłkarski? Rozgrywający się przed waszymi oczami dramat z udziałem dwóch drużyn? Indywidualne popisy poszczególnych zawodników? Partię szachów, w której liczą się liczby, taktyka i schematy? Nie ma tu złej czy dobrej odpowiedzi, ale na całym świecie są miliony ludzi, którzy patrzą na piłkę nożną w zupełnie inny sposób. Tuż obok murawy, na trybunach znajdujących się za bramkami, traktuje się futbol całkiem inaczej; to tam rozwinęła się subkultura, która w dużym stopniu zadecydowała o tym, jak wygląda i czym jest piłka nożna od połowy XX wieku – ruch ultrasów.

Mimo to nie wiemy niemal nic na temat grupy piłkarskich fanów, którzy zadymiają stadiony racami. Stworzyli oni coś w rodzaju własnej kultury, rządzącej się swoistymi zasadami i normami. Żyją poza prawem lub co najmniej ustawicznie się z nim ścierają. Komunikują się za pomocą publicznych pokazów przepełnionych emocjami: wielkie transparenty, kolorowe oprawy z odpowiednim przekazem, polityczne deklaracje, dym, race, wyrazy wdzięczności oraz pamięci, oskarżenia i przemoc. Wyrażają sprzeciw wobec władzy i zjadliwą nieufność w stosunku tak do mediów, jak i policji. Są przeciwko komercjalizacji futbolu oraz uznawaniu swych towarzyszy za kryminalistów. Ten ruch rozwinął się w międzynarodową sieć przyjaźni i wrogości; ultrasi mają własny kodeks honorowy i głębokie poczucie solidarności.

Piłka nożna i piłkarski biznes są wszechobecne. Futbol oglądają i śledzą miliardy ludzi, którzy łykną wszystko, co będzie choćby minimalnie z nim związane. Najdrobniejsze szczegóły wszystkich boiskowych wydarzeń są rejestrowane w obsesyjny sposób, podobnie jak życie piłkarzy, których uważa się za największe gwiazdy tego przemysłu rozrywkowego o globalnym zasięgu. Każde działanie właścicieli i szefów klubów, trenerów oraz menedżerów ogląda się pod mikroskopem. A co z fanami? Co z ultrasami? W dyscyplinie sportu, w której wiemy wszystko o wszystkich, pozostają w dużym stopniu tajemnicą, z jednej strony poddawani ostrej krytyce jako przerażający Inni, z drugiej zaś sami agresywnie chroniący swą ciężko wywalczoną anonimowość i status autsajderów. Ich grupy rozlały się po wszystkich kontynentach, prezentują różne światopoglądy i ideologie. Czy da się w ogóle stworzyć definicję, która opisywałaby, czym lub kim są ultrasi? Byli zawsze skrytą na widoku tajemnicą.

Split to starożytne miasto położone na dzikim wybrzeżu Dalmacji, 400 kilometrów i pięć godzin jazdy autem od Zagrzebia. Przez stulecia tereny te graniczyły z wieloma imperiami (lub stanowiły ich część): Rzymian, Greków, Bizantyjczyków, Osmanów; byli tu Włosi, faszyści i komuniści. W Splicie rozwinęła się dalmacka i chorwacka tożsamość, jego mieszkańcy gwałtownie występowali też przeciwko wszelkim obcym. Używa się tam nawet słowa dišpet – opór – które z grubsza oznacza postawienie się czemuś bez względu na konsekwencje. „Dišpet to znaczy być przeciwko wszystkiemu” – wytłumaczył mi przy jakiejś okazji pewien członek Torcidy. Split ma w sobie dišpet. Dalmacja ma w sobie dišpet. Torcida – i ultrasi – także mają w sobie dišpet.

Gdy w 1911 roku założono Hajduka, uznano, że klub zostanie nazwany na cześć pewnego chrześcijańskiego wojownika, który niczym Robin Hood prowadził walkę podjazdową w kontrolowanej przez Osmanów części Europy[1]. Kiedy Jugosławia została najechana w 1941 roku, podczas drugiej wojny światowej, a Split włączony do Włoch, Hajduk odrzucił lukratywną ofertę występów we włoskiej Serie A, założonej w 1929 roku przez rząd faszystowskiego dyktatora Benito Mussoliniego. Split szybko przejęła komunistyczna partyzantka, ale później miasto odbili Niemcy – również wtedy Hajduk nie przystąpił do krajowych rozgrywek zorganizowanych przez pronazistowskich ustaszy, którzy przez moment rządzili „niepodległą” Chorwacją pod niemiecką protekcją.

Członkowie klubu przystąpili jednak do zwalczającej ustaszy komunistycznej partyzantki Josipa Broza-Tity. Zespół został propagandową wersją Harlem Globetrotters, rozgrywając towarzyskie mecze przeciwko drużynom z krajów alianckich w Chorwacji, we Włoszech i na Bliskim Wschodzie, by w ten sposób krzewić świadomość niedoli Chorwatów. Tito był pod takim wrażeniem działalności drużyny, że zaoferował jej przenosiny do Belgradu i status oficjalnego zespołu jugosłowiańskiej armii. Ale Hajduk odmówił i jemu[2].

Po wojnie Tito ostatecznie stworzył w Belgradzie drużynę reprezentującą armię – w ten sposób powstał Partizan. Hajduk tymczasem powrócił do Splitu i stał się ważnym symbolem chorwackiej tożsamości, choć samo pojęcie tożsamości narodowej wzbudzało kontrowersje. Tito wskrzesił Jugosławię jako federację sześciu socjalistycznych republik, usiłując wtłoczyć regionalne różnice w komunistyczną całość. Mimo to gdy zwolennicy Hajduka chcieli założyć nowy rodzaj kibicowskiej organizacji, starając się przy tym naśladować pieśni i zaangażowanie brazylijskich fanów w trakcie finałów mistrzostw świata w 1950 roku, w których występowała też Jugosławia, władza uznała, że kibice piłkarscy mogą ponownie rozbudzić uśpiony – i groźny – nacjonalizm. Według apokryficznej opowieści o początkach Torcidy Hajduka marynarze z chorwackiej wyspy Korčula, którzy byli na mistrzostwach, wrócili do Splitu z niewiarygodnymi historiami na temat brazylijskich fanów: że korzystają z instrumentów, rac i zmyślnych sztuczek, by podkręcić atmosferę i zapewnić swej drużynie przewagę. Znacznie bardziej jednak prawdopodobne, że chodziło nie o marynarzy, lecz o samych piłkarzy reprezentacji Jugosławii.

W kadrze Jugosławii – a była to drużyna, która na igrzyskach olimpijskich w 1948 roku zdobyła srebrny medal – na turnieju w Brazylii znalazło się pięciu zawodników Hajduka, w tym młody bramkarz Vladimir Beara. Gdy w 1963 roku Lew Jaszyn przemawiał na uroczystości, podczas której wręczono mu Złotą Piłkę, powiedział publicznie, że nie jest najlepszym golkiperem w historii, ponieważ tytuł ten należy się właśnie Bearze[3]. Na mistrzostwach świata w 1950 roku Jugosławia niestety została wyeliminowana przez gospodarzy. Ale ponad 142-tysięczny tłum, który oglądał rozgrywany na Maracanie mecz, zrobił na piłkarzach z Bałkanów duże wrażenie. Do tamtego momentu europejscy fani futbolu kibicowali zazwyczaj statecznie i w sposób niezorganizowany. Ale Beara i jego kolega z Hajduka Bernard Vukas po powrocie z mistrzostw opowiedzieli grupie studiujących w Zagrzebiu kibiców Hajduka niesamowite rzeczy o tym, co widzieli – i co słyszeli – na Maracanie. Bramkarz wspominał dziwny dźwięk wydawany przez ludzi tworzących torcida: „Byli jak jakaś maszyna, która ciężko tupie za ojczyznę i drużynę narodową”[4].

W rezultacie przysłuchujący się tym opowieściom fani uznali, że postarają się przygotować coś podobnego. „Z pewnością to z powodu snutych przez nas historii. Nie może być inaczej, ponieważ nawet nie wiedzieli o istnieniu czegoś takiego jak torcida”[5].

Torcida Hajduka Split powstała cztery miesiące po tym, jak reprezentacja Jugosławii przegrała z Brazylią po drugiej stronie globu, akurat wtedy, gdy na stadionie potrzeba było wyjątkowej atmosfery związanej z wyjątkowym meczem. W przedostatniej kolejce pierwszej ligi jugosłowiańskiej Hajduk spotkał się z Crveną zvezdą Belgrad. Drużyna ze Splitu potrzebowała zwycięstwa, by zagwarantować sobie pierwszy tytuł mistrzowski w historii. Przywódcy Torcidy zadbali, by jej członkowie zostali uzbrojeni „w szkolne dzwonki, trąbki, grzechotki i gwizdki, i zapakowali ich do pociągu jadącego do Splitu”[6]. Torcidę oficjalnie założono 28 października 1950 roku. Dzięki pomocy miejscowych aparatczyków partii komunistycznej licząca setki osób grupa kibiców złożyła wizytę w hotelu, gdzie zatrzymała się drużyna Crvenej zvezdy, i urządziła tam „jazgotliwy koncert, używając instrumentów, by przeszkadzać rywalom i zakłócić ich przygotowania do meczu”[7]. Na położonym w centrum Splitu stadionie Stari plac 29 października pojawiło się 20 tysięcy fanów, by obejrzeć starcie rozgrywane na żużlowym boisku. Członkowie Torcidy i ich instrumenty zostali wpuszczeni na obiekt dopiero po interwencji prezesa Hajduka (będącego także ważnym członkiem partii komunistycznej). Pewna komunistyczna gazeta napisała, że na stadionie było „jak w kotle. Bitwie na boisku towarzyszył szalony doping kibiców […], wszyscy – tak piłkarze, jak i widzowie na trybunach – dokładali wspólnie wysiłków”[8].

Torcida z powodzeniem odtworzyła gorączkową atmosferę brazylijskich stadionów. Ale sytuacja wymknęła się spod kontroli. Kapitan Crvenej zvezdy został uderzony w twarz przez rywala, a gdy Hajduk pod koniec meczu strzelił gola na 2:1 – co dawało mu tytuł w jedynym w historii ligi jugosłowiańskiej sezonie, gdy mistrz kraju nie przegrał ani jednego meczu w całych rozgrywkach – kibice wbiegli na boisko. Tej nocy członkowie Torcidy świętowali na starym mieście, a jeden z nich przeczytał przed zgromadzonym tłumem nekrolog Crvenej zvezdy. W Belgradzie potępiono ten spektakl, tamtejsza gazeta narzekała na „piekielną wrzawę” powodowaną przez Torcidę i udział jej członków w „niekulturalnych i nieprzyzwoitych incydentach”[9]. Otwarte wspieranie chorwackości przez kibiców Hajduka wstrząsnęło partią komunistyczną, obawiano się bowiem, że wznieci to nacjonalistyczne tendencje, tym bardziej że profaszystowskich ustaszy pokonano zaledwie pięć lat wcześniej. Dlatego odpowiedź była brutalna. Z partii wydalono trzech założycieli Torcidy. Jeden z jej liderów, studiujący na wydziale żeglugi Vjenceslav Žuvela z wyspy Korčula, został skazany na trzy lata więzienia (później wyrok skrócono do trzech miesięcy). Czerwono-biała chorwacka szachownica zniknęła z herbu Hajduka na 50 lat. Sama Torcida zaś istniała jeden mecz, bo zakazano jej działalności. Mimo to nawet jeśli jej żywot był krótki, miała wywrzeć głęboki wpływ jako pierwsza zorganizowana grupa kibiców w Europie. Hajduk potwierdził zaś, że jest dišpet. Był zbuntowanym klubem dla mieszkańców zbuntowanego miasta.

Gdy po śmierci Tity w 1980 roku Jugosławia zaczęła się rozpadać, co ostatecznie trwało dziesięć lat i zakończyło się krwawą wojną o podłożu etniczno-nacjonalistycznym, Torcida wyłoniła się w Splicie ponownie – jako głos nacjonalistów. Podobnie działo się w innych jugosłowiańskich republikach, gdzie także pojawiły się grupy kibicowskie, w dużym stopniu naśladujące włoskich ultrasów, którzy zdobyli rozgłos nad Adriatykiem. Każda z nich stanowiła ostrzeżenie przed destrukcyjnym nacjonalizmem mającym wkrótce dojść do głosu. Mecze Dinama czy Hajduka z belgradzką Crveną zvezdą regularnie kończyły się zamieszkami, w których pierwsze skrzypce odgrywały grupy piłkarskich fanatyków.

Po wojnie o niepodległość Dinamo Zagrzeb zastąpiło Crvenę zvezdę w roli największego rywala Hajduka. Franjo Tuđman – nowy, nastawiony nacjonalistycznie prezydent Chorwacji – usiłował uczynić ze stołecznego Dinama klub całego narodu. Nienawidził jednak nazwy „Dinamo”, bo była według niego zbyt komunistyczna, więc wkrótce klub został przemianowany na Croatię Zagrzeb[10]. Trzy miesiące po śmierci Tuđmana, w lutym 2000 roku, przywrócono dawną nazwę. W pierwszej dekadzie XXI wieku Dinamem rządził Zdravko Mamić, skorumpowany działacz, który rozdawał karty w chorwackim futbolu; obecnie, zaocznie skazany za oszustwa, przebywa gdzieś w Bośni[11]. Ultrasi Hajduka protestowali przeciwko niemu i ludziom, którzy działali z nim w świecie chorwackiej piłki. To właśnie członkowie Torcidy w ramach protestu przeciwko Chorwackiemu Związkowi Piłki Nożnej (Hrvatski nogometni savez, HNS) rzucali race na boisko w Saint-Étienne podczas meczu Chorwacji na mistrzostwach Europy w roku 2016, mimo że ich drużyna wygrywała. A potem na trybunach doszło do bójek między chorwackimi kibicami[12]. W 2015 roku przed meczem eliminacyjnym do Euro 2016 z Włochami (rozgrywanym bez publiczności z powodu rasistowskich pieśni chorwackich fanów w poprzednim spotkaniu) na murawie stadionu Poljud wymalowano wielką swastykę[13]. Przypuszczalnie była to kolejna próba zawstydzenia związku piłkarskiego z siedzibą w Zagrzebiu. Gdy Mamić pojawił się w luksusowej restauracji na pobliskiej wyspie Brač, wylądował nawet w Adriatyku. Nigdy nie potwierdzono, że sprawcą tego incydentu był członek Torcidy, ale wkrótce potem działacz zaatakował tę grupę w mediach społecznościowych: „Potraficie jedynie kryć się za słowem »Torcida« i udawać bohaterów, ale nie powiedzieliście ani słówka, gdy obrabowywano Hajduka”[14].

Wpis odnosił się do wydarzeń z 2011 roku, gdy Hajduk niemal przestał istnieć z powodu lat fatalnego zarządzania i korupcji. Autor zapomniał jednak wspomnieć, że to Torcida pomogła uratować klub, działając w zupełnie inny sposób, niż zakładała to kontrolowana przez Mamicia maszynka do zarabiania pieniędzy. Nowe stowarzyszenie nazywało się Naš Hajduk (Nasz Hajduk) i miało na celu prowadzenie klubu według surowo przestrzeganych demokratycznych zasad. Jego członkowie zaczęli skupywać akcje drużyny i ostatecznie zgromadzili ich 25 procent, co dało im pakiet kontrolny.

„Skupiono się na jednym celu: zagwarantowaniu istnienia modelu, który zapewni demokratyczne i transparentne rządzenie klubem. Demokratyczne wybory do rady nadzorczej, której członkowie wybierają prezesa, ten zaś sprawuje władzę” – wyjaśnił mi Ivan Rilov, fan Hajduka i człowiek, który rządzi w stowarzyszeniu Naš Hajduk. Torcidy nie interesuje zarządzanie klubem, ale chce mieć pewność, że to do kibiców będzie należało ostatnie słowo w kwestii tego, kto będzie to robił. Dodaje, że fani działają honorowo. „Wiesz, kto pomagał ludziom, gdy ostatniego lata w pobliżu Splitu wybuchły pożary? Torcida. A kiedy kilka lat temu w północnej Chorwacji była wielka powódź, od razu pojawili się tam nasi członkowie. Gdy w szpitalu w Splicie potrzeba krwi, ludzie z Torcidy są pierwsi do jej oddawania”.

Nowy sposób funkcjonowania się sprawdził. Obecnie stowarzyszenie liczy sobie 40 tysięcy ludzi opłacających składki. Rilov otrzymuje e-maile i listy z całego świata, pisane nie tylko przez kibiców piłkarskich, lecz także aktywistów walczących o prawa człowieka i prawników wierzących w to, że Naš Hajduk promuje rzadki – i skuteczny – model zarządzania, który mogą naśladować inni, nawet jeśli nie doprowadziło to na razie drużyny do zdobycia mistrzowskiego tytułu. Działalność stowarzyszenia pokazuje też dwa kompletnie różne oblicza ruchu ultrasów. Rilov powiedział mi: „Wiesz, w Splicie zawsze jesteśmy przeciwko czemuś. To niezbyt zdrowe, ale czasami taka postawa może okazać się naprawdę użyteczna”.

Przed wspomnianymi powyżej derbami Chorwacji członkowie Torcidy spotkali się na placu w pobliżu starego miasta, by napić się piwa i pośpiewać. Wcześniej mieli do wykonania pewną ważną robotę: sprawdzali dowody pasażerów autobusów i pociągów, by się upewnić, że wśród nowo przybyłych nie ma kogoś z zagrzebskiej grupy Bad Blue Boys. Droga na położony nad Adriatykiem wspaniały stadion Poljud wiedzie na północ; przechodzi się obok stadionu Stari plac, obok siedziby Torcidy, mija się stragany z grillowanym ćevapi i dociera do małego parku, z którego widać cel wędrówki. Nad trybunami stadionu rozciąga się dwuczęściowy dach, który przypomina muszlę – zaprojektował go Boris Magaš, a obiekt uznaje się za jedną z ostatnich architektonicznych perełek powstałych w dawnej Jugosławii. Całkiem niedawno projekt ten pokazano na wystawie w nowojorskim Museum of Modern Art, na której prezentowano jugosłowiańską sztukę utopijną sprzed śmierci Tity[15].

W drodze na stadion widzi się pomalowane mury domów, apartamentowców, sklepów i centrów handlowych – są na nich graffiti poświęcone Hajdukowi, ale także symbole kojarzone ze skrajną prawicą: swastyki, krzyże celtyckie, liczby o faszystowskiej symbolice. Na jednej ze ścian widnieje namazany sprejem napis „Nazi Ragazzi” (Nazistowscy chłopcy). Hajduk założono jako klub antyfaszystowski, ale w XXI wieku sprawy się mocno pokomplikowały. Poważna część członków Torcidy pragnie przywrócić dobre imię związanym z nazistami ustaszom, podobnie zresztą jest w całym chorwackim społeczeństwie. To nic niezwykłego usłyszeć salut ustaszy „Za dom spremni!” (Gotowi dla ojczyzny) – chorwacki odpowiednik „Sieg Heil!”. Szczególnie zauważalne było to podczas uroczystości upamiętniającej operację „Burza”, ostatnią i decydującą ofensywę chorwackiej wojny o niepodległość, w wyniku której zginęły setki cywilów, a przynajmniej 200 tysięcy Serbów zostało zmuszonych do ucieczki, by ratować życie[16]. W Chorwacji powszechnie świętuje się tę operację, ale w Serbii większość ludzi uważa ją za nigdy nieukaraną zbrodnię wojenną. Ante Gotovina, który dowodził tą kampanią, został skazany na 24 lata więzienia, lecz później Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii (MTKJ) go uniewinnił. Pewien były członek Torcidy powiedział mi, że nawet pieśń na melodię Marcia trionfale Verdiego, podczas której kibice na północnej i zachodniej trybunie przekazują sobie salut, daje im okazję, by wykonać faszystowskie pozdrowienie, a jednocześnie temu zaprzeczyć.

Przy przejściu przez stadionowe bramki policja pobieżnie wszystkich sprawdza. Na schodach wiodących na główną trybunę członkowie Torcidy zbierają pieniądze do puszek. Zwykle wykorzystuje się je na oprawy. Dziś jednak gromadzone są fundusze dla klubowej legendy, obecnie chorej i spłukanej. Torcida zamierza więc zebrać dla tego człowieka w prezencie 1000 euro, by także on mógł posiadać akcje klubu. Mimo przeszukiwań policji na trybunach płoną setki rac. Po zaprezentowaniu oprawy, po dymie i ogniu, trzeba jeszcze rozegrać mecz. Skończyło się na bezbarwnym zwycięstwie 1:0 Dinama Zagrzeb. Najbardziej pamiętnym momentem, przynajmniej jeśli chodzi o wydarzenia na boisku, była czerwona kartka dla zawodnika gospodarzy Mijo Caktaša za uderzenie rywala łokciem, co wywołało bijatykę z udziałem 22 graczy. Śpiewy nie umilkły po końcowym gwizdku: pieśni kibiców wymierzone były w Mamicia, Zagrzeb, Chorwacki Związek Piłki Nożnej i Serbów. We wszystko. Północna trybuna to dla Torcidy strefa wolności, gdzie reguły ustanawiają kibice. Ale było w tym doświadczeniu też coś ulotnego. Wszystko było prawdziwe, od oprawy przez pieśni, transparenty aż po pretensje do stolicy i apele o sprawiedliwość. Ale miało zostać zastąpione czymś nowym niemal równie szybko, jak szybko kibice sięgnęli nieba – sezon po sezonie, mecz po meczu. Każde takie przedstawienie rozwiewało się prawie tak samo prędko, jak prędko się zaczynało. Wciąż jednak pozostawiało po sobie ślad, zmieniało się w szkic zapisywany na zawsze w pamięci zbiorowej. Przypomina to skamielinę jakiegoś zwierzęcia, którego szczątki dawno zniknęły, a mimo to jego kształt został na wieki odciśnięty w skale.

Część pierwszaLos Primeros Hinchas

Byłeś kiedyś na pustym stadionie? Spróbuj. Stań na środku boiska i wsłuchaj się w ciszę. Nie ma nic bardziej pustego niż pusty stadion. Nie ma nic bardziej cichego niż trybuny pozbawione widzów.

Eduardo Galeano, Blaski i cienie futbolu

1Urugwaj

MONTEVIDEO

Na zewnątrz Estadio Centenario nie było żywej duszy, ale Museo del Fútbol tak czy siak otworzyło swe podwoje dokładnie o 10.00. Stadion przeżywał już lepsze dni, od kiedy w 1930 roku otwarto go na pierwsze finały mistrzostw świata, lecz z bliska nadal sprawiał wrażenie architektonicznego cudu, z La Torre de los Homenajes – wiszącą nad boiskiem stumetrową dwuskrzydłą wieżą w stylu art déco – i wklęsłą betonową misą. Oddanie obiektu do użytku opóźniło się z powodu ulewnych deszczów, co oznaczało, że pierwsze mecze turnieju musiały odbyć się gdzie indziej. Centenario był gotowy trochę później, rozegrano na nim kilka spotkań grupowych, oba półfinały i pierwszy w historii finał mistrzostw świata, w którym Urugwaj zmierzył się z Argentyną. Ponad 60 tysięcy kibiców – w tym 20 tysięcy Argentyńczyków, którzy przepłynęli La Platę – zobaczyło, jak gospodarze wygrywają 4:2, mimo że do przerwy przegrywali 1:2.

Normalnie, gdyby po mistrzostwo świata sięgnął kraj z 1,75 miliona mieszkańców (jak to było w przypadku Urugwaju w 1930 roku), uznano by to za coś nie do pomyślenia. Ale nie w tym przypadku. Przez dobre 80 lat piłkarska reprezentacja Urugwaju notowała wyniki wyraźnie przekraczające jej teoretyczny potencjał, a historię tę pokazuje wystawa w Museo del Fútbol, znajdująca się na dwóch piętrach w obrębie stadionu. Pełno tam gablot ze zdjęciami i z eksponatami: to opowieść o tym, w jaki sposób maleńki naród wywarł tak ogromny wpływ na światową piłkę nożną. Na parterze, w płaskiej szklanej gablocie blisko wejścia, wisi wyświechtana, podarta urugwajska flaga w niebiesko-białe pasy – z charakterystycznym Słońcem Majowym w lewym górnym rogu, przypominającym wizerunek boga słońca Inków – która powiewała w 1924 roku na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, gdzie Urugwajczycy zdobyli złoty medal. Piętro wyżej znajdują się buty, w których Roberto Figueroa zdobył bramkę w powtórzonym meczu finałowym podczas igrzysk w Amsterdamie w 1928 roku, kiedy to Urusi pokonali Argentynę 2:1.

W głównej części muzeum umieszczono duży współczesny obraz, który łączy przeszłość i teraźniejszość drużyny La Celeste. Los 23 Orientales (Wschodni 23) to dzieło miejscowego artysty Santiago Vecino, który namalował je przed finałami mistrzostw świata w Rosji w 2018 roku. Długie na dwa metry i wysokie na metr płótno przypomina komiksową wersję Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci, tyle że na zakurzonym polu bitwy. Egidio Arévalo Ríos unosi na nim puchar za 15. triumf w Copa América – co jest rekordem kontynentu. Po prawej klęka postać przypominająca Edinsona Cavaniego – dzierży w dłoniach Puchar Rimeta, który Urugwaj zdobył w 1930 i ponownie podczas pamiętnych mistrzostw w 1950 roku, kiedy Urusi pokonali na Maracanie Brazylijczyków na oczach 200 tysięcy kibiców. Trzech kolegów z drużyny podtrzymuje nieprzytomnego Álvaro Pereirę, co upamiętnia fragment meczu z Anglią na mistrzostwach świata w 2014 roku, kiedy to Urugwajczyk został znokautowany uderzeniem kolanem przez Raheema Sterlinga. Drużyna z Ameryki Południowej wygrała tamten mecz, a oba gole strzelił dla niej Luis Suárez. Ten napastnik to bez wątpienia gwiazda współczesnej piłki urugwajskiej i rzecz jasna znajduje się na samym środku obrazu, wymachując niebieską flagą. Kapitana drużyny, Diego Godína, artysta umieścił w tle, z jakiegoś powodu sadzając go na białym rumaku – obrońca trzyma średniowieczny niebieski proporzec z czterema gwiazdami, które symbolizują dwa tytuły mistrzów świata i dwa złote medale olimpijskie. Na horyzoncie widać wieżę Eiffla, pomnik Chrystusa Odkupiciela z Rio de Janeiro, Estadio Centenario i moskiewski sobór Wasyla Błogosławionego.

Za obrazem, na końcu sąsiedniego korytarza, złożono hołd mężczyźnie, który odegrał inną, choć równie doniosłą rolę w historii futbolu. To nieco odbarwiona na zielono ze starości fotografia w ramce przedstawiająca przysadzistego mężczyznę w średnim wieku, ubranego w trzyczęściowy garnitur i pod krawatem. Ma długie, zawinięte w dół wąsy i posiwiałą kozią bródkę. Łatwo przeoczyć ten wykonany w 1905 roku portret Prudencio Miguela Reyesa. Nie był piłkarzem, nie pełnił też żadnej ważnej funkcji w którymś z klubów czy w urugwajskim związku piłkarskim. Pracował jako rymarz, wyprawiał skórę i został zatrudniony w Club Nacional de Football, świeżo powołanym do życia przez criollo[1] z Montevideo pierwszym klubie, w którym nie rządzili Anglicy, lecz Urugwajczycy. W trakcie meczów Reyes odgrywał praktyczną, acz bardzo istotną rolę – był hinchador, człowiekiem, który przed spotkaniami i w ich trakcie ręcznie nadmuchiwał ciężkie skórzane piłki. W pierwszej dekadzie XX wieku został stałym bywalcem Estadio Gran Parque Central, gdzie grał Nacional, ale różnił się od wszystkich innych ludzi na stadionie.

W owym czasie piłka nożna była rodzajem sztuki, którą można było się delektować tak jak pójściem do opery czy przedstawieniem teatralnym. Otoczka meczów piłkarskich, tenisowych, polo, a nawet krykieta wyglądała w dużej mierze podobnie. Kibice wkładali najlepsze odzienie i śledzili spotkania w „klasycznym anglosaskim stylu”, jak to określa Comisión del Club Nacional de Football. Na drewnianych trybunach Parque Central futbol postrzegano przede wszystkim jako grę, w której chodzi o postawę i konwenanse, a publika uczęszczająca na mecze „zachowywała niejaką powagę”[17]. Wyjątkiem były momenty, gdy padała bramka, lecz „reakcja nie wykraczała poza oklaski czy wyrazy radości lub rozczarowania”[18].

Reyes był kompletnie inny. Mówi się, że poza Parque Central był cichym i nierzucającym się w oczy człowiekiem. Ale gdy tylko pojawiał się na stadionie i stawał obok boiska, a sędzia odgwizdał początek spotkania, przechodził przemianę. W trakcie meczu, gdy nie nadmuchiwał piłek, biegał wzdłuż linii bocznej tam i z powrotem, dodając piłkarzom otuchy okrzykami. A później odwracał się do tłumu i z dołu zachęcał ludzi, by mu odkrzykiwali, ponaglał zebranych na trybunach do reakcji i dyrygował śpiewem: „Nacional, Nacional, Nacional, naprzód, Nacional!”, próbując w ten sposób zapewnić swojemu zespołowi przewagę. W trakcie kilku pierwszych meczów wywoływał zdziwienie. Dziennikarze pisali, że El Hincha Pelotas (czyli nadmuchiwacz piłek) Nacionalu jest taką samą częścią widowiska jak sam mecz. Reyes nie przestawał krzyczeć i biegać, dopóki tłum mu nie odpowiedział. W każdym spotkaniu u siebie coraz więcej kibiców dawało posłuch „grubemu Reyesowi” z „palcami jak salami”, jak opisał go później sławny urugwajski dziennikarz Diego Lucero. Nikt nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Reyesa oglądały też drużyny przyjezdne i ich zwolennicy, przenosząc tę nową formę zagrzewania zespołu na swoje stadiony. „Kibiców Nacionalu zaczęto określać słowem hinchas, ponieważ krzyczeli na meczach najgłośniej – brzmi oficjalna klubowa wersja historii Reyesa. – Zwyczaj ten rozpowszechnił się w innych klubach, a także na drugim brzegu La Platy, a następnie pojawił się na całym świecie”.

Dzisiaj w całym hispanojęzycznym świecie słowem hinchas określa się zwariowanych fanów piłki nożnej. Prudencio Miguel Reyes nigdy nie zdobył mistrzostwa świata czy medalu olimpijskiego. Zmarł w zapomnieniu w 1948 roku. Nie wiadomo nawet dokładnie, gdzie został pochowany. Ale dziwaczny sposób, w jaki wspierał swój zespół, okazał się rewolucyjny. Pomogło to przekroczyć barierę oddzielającą piłkarzy od widzów na meczu i było zarzewiem nowego rodzaju relacji między jednymi a drugimi. Kibice piłkarscy przestali być bierni. Oswobodzili się, by szerzyć swój zaraźliwy entuzjazm, a Prudencio Miguel Reyes okazał się pacjentem zero: pierwszym barra brava, pierwszym torcedore, pierwszym ultrasem, pierwszym fanem, El Primer Hincha.

Myślałem, że Mikael będzie wyższy. Przez kilka poprzednich tygodni rozmawialiśmy przez WhatsAppa na temat zbliżającej się wspólnej podróży. Mieliśmy się spotkać 12 tysięcy kilometrów dalej, w Montevideo, by obejrzeć urugwajskie clásico – starcie Nacionalu z Peñarolem. Mikael to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci wśród europejskich ultrasów. Jest Szwedem, kibicuje Hammarby i na początku lat 90. założył pierwszą grupę ultras w ojczyźnie. Żyje i oddycha swoim klubem, ale zawsze miał też świadomość, że gdzieś tam jest inny świat. Opowiedział mi, jak w wieku dziewięciu lat oglądał finał mistrzostw świata w 1978 roku, w którym spotkały się Argentyna i Holandia, oczarowany nie tyle samym meczem, ile niebiesko-białym deszczem serpentyn rzucanych z trybun Estadio Monumental w Buenos Aires. Chciał w jakiś sposób odtworzyć to wrażenie w Hammarby. Podróżował po całym świecie, by móc obcować z odmiennymi piłkarskimi kulturami, i przenosił do Szwecji kibicowskie zwyczaje, które widział na obcych stadionach. Zadzierzgnął mocne więzi między innymi z ultrasami Romy, austriackiego Rapidu Wiedeń oraz greckiego Panathinaikosu. Ale nawiązałem z nim kontakt, ponieważ przez rok żył wśród argentyńskich barras bravas, głównie z barra Boca Juniors, nazywaną La Doce bądź The 12 (Dwunastka – nazwa sugerująca, że kibice to 12. zawodnik Boca), grupą kibicowską mającą prawdopodobnie najgorszą opinię na świecie.

Globalny ruch ultrasów został zbudowany tyleż na zaufaniu, ile podejrzliwości. Kibice nie wierzyli dziennikarzom, ale wśród grup na całym świecie funkcjonował nieformalny kodeks honorowy. Jeśli ktoś mógł za człowieka poręczyć, otwierało to przed nim wszystkie drzwi. Bez tego jednak nie sposób było nigdzie dotrzeć. Podobnie jak w przypadku ultrasów i chuliganki z Europy, miałem notoryczne problemy, by porozmawiać z kimś z barras bravas. To zorganizowane grupy fanów, często uznawane za południowoamerykańskie odpowiedniki ultrasów. Najpierw pojawiły się w Argentynie, ich pierwsze wcielenia powstały tam w latach 20. XX wieku, wkrótce jednak rozprzestrzeniły się po całej hispanojęzycznej Ameryce Południowej. Barras należeli do najżarliwszych fanów wśród klubowych hinchas, to oni tworzyli stadionową atmosferę, która uczyniła z południowoamerykańskiej piłki unikalne zjawisko, a z tamtejszego kibicowania jedno z najatrakcyjniejszych doświadczeń tego typu na świecie. Przerodziła się jednak w coś znacznie bardziej mrocznego i brutalnego, tak że dawna plemienna przemoc towarzysząca futbolowi została zastąpiona przez zorganizowaną przestępczość. Argentyńskie i urugwajskie barras zdobyły olbrzymią władzę, kontrolując cały handel odbywający się na stadionach i wokół nich, od sprzedaży biletów parkingowych i klubowych pamiątek przez rozprowadzanie narkotyków po stragany z jedzeniem. Starcia Nacionalu z Peñarolem stały się jednym z najważniejszych clásicos w Ameryce Południowej, a jednocześnie towarzyszyła im wielka agresja. Ale w Urugwaju – nie tak jak w Argentynie, gdzie przemoc rozgorzała do tego stopnia, że sześć lat temu zakazano wstępu na stadiony kibicom drużyn gości – barra Nacionalu, La Banda del Parque, mogła wejść na mecz. Mikael był moim przewodnikiem, kimś, kto mnie uwiarygodniał i – jak przypuszczałem – ochraniał.

Mikael miał koło pięćdziesiątki i był ode mnie dobre 30 centymetrów niższy, miał długie włosy związane w kucyk i długą brodę. Nosił jasnoniebieską koszulkę West Hamu z napisem „Cockney Rejects”, która ledwie skrywała jego tatuaże. Kilka miał na szyi, w tym wielki różowy odcisk ust, jakby po pocałunku, i znacznie więcej na całym ciele, poświęconych zespołom, z którymi zadzierzgnął więź przez wszystkie te lata – oczywiście Hammarby, ale też klubom, które zrobiły na nim największe wrażenie: Romie, Rapidowi Wiedeń i rzecz jasna Boca Juniors. Na jego nodze widniał wielki tatuaż Andy’ego Cappa. Ten bohater niepoprawnego politycznie komiksu stworzonego przez Anglika Rega Smythe’a stał się symbolem światowego ruchu ultrasów. Mikael miał też wielki napis ULTRAS na brzuchu.

„Cześć, kolego” – powiedział serdecznie po angielsku, lekko zaciągając cockneyem. Pewien mój przyjaciel ręczył mi za to, że facet nie jest szaleńcem. W rzeczy samej Mikael to ultras z pacyfistycznym nastawieniem, który słucha metalu i nie ma czasu na udział w rozróbach. Były jednak i złe wieści – powiedział, że urugwajskie clásico zostało odwołane z dnia na dzień. La Banda del Parque miała pilniejsze sprawy do załatwienia. „Jeden z liderów barra siedzi w więzieniu, jest oskarżony o morderstwo – powiadomił mnie rzeczowo Mikael. Był jednak sceptyczny co do wiarygodności oskarżenia. – Pewnie chodzi o władzę i pieniądze, jak zwykle w Ameryce Południowej”.

To była przerażająca sprawa. Sześć tygodni wcześniej na przedmieściach Tres Ombúes znaleziono w spalonej półciężarówce Volkswagena ciała dwóch mężczyzn należących do La Banda del Parque. Miesiąc później aresztowano trzech członków tej samej barra, jednego z nich na lotnisku w Montevideo, gdy wracał z meczu Nacionalu w Copa Libertadores, południowoamerykańskiego odpowiednika Ligi Mistrzów, w którym urugwajska drużyna mierzyła się z brazylijskim Atlético Mineiro. We wcześniejszej sprawie sądowej jeden z adwokatów oskarżonych wyjawił, że jego klient dostawał od Nacionalu 40 tysięcy urugwajskich peso (około czterech tysięcy złotych) za mecz, żeby organizował doping, a także trzymał w ryzach resztę hinchas[19]. Mimo że klub zaprzeczył tym rewelacjom, informacja wywołała skandal i wydobyła na światło dzienne to, co wielu Urugwajczyków podejrzewało od dłuższego czasu: kluby ciągle starały się dogadzać barras, zapewniając im pracę i bilety. Urugwaj to najbogatszy i najbezpieczniejszy kraj Ameryki Południowej, ale na tamtejszych stadionach i wokół nich zginęły dziesiątki ludzi.

Przełomem było postrzelenie przed clásico dwóch fanów Peñarolu. Jeden stracił nerkę, a drugi zmarł miesiąc później. Zawieszono rozgrywki ligowe i aresztowano sporo członków La Banda del Parque. Kolejne clásico na Centenario odwołano po zamieszkach z udziałem kibiców Peñarolu z grupy Barra Amsterdam, którzy rzucali w policję butelkami z benzyną. Po awanturach zatrzymano 150 osób. Rząd ogłosił, że rozprawi się z klubami, jeśli nie zerwą bliskich relacji z barras. Policja tymczasem stwierdziła, że nie będzie posyłać funkcjonariuszy na stadiony, zapewniając, że kluby same zaczną płacić za ochronę meczów. Ale znalezienie martwych mężczyzn w spalonej półciężarówce dowodziło, że związki między fanami a klubem pozostały mocne. W zeznaniu złożonym przed urugwajskim parlamentem w 2017 roku Rafael Peña, szef do spraw bezpieczeństwa w urugwajskim związku piłkarskim, otwarcie ostrzegał, że barras „przekształciły się w prawdziwe kartele, które nawet walczą o kontrolę nad pewnymi obszarami i odbywającą się na nich działalnością przestępczą”. Stwierdził też, że wszystkie osoby, które próbują dobrać im się do skóry, „zawsze, bez wyjątku, są szantażowane”[20].

Wśród fanów Nacionalu – jak zwykle w takich przypadkach – zaczęły się szerzyć teorie spiskowe. Jako oficjalną (i śmiechu wartą) przyczynę przełożenia meczu federacja piłkarska podała protest czterech kibiców Nacionalu, w tym dziesięcioletniej dziewczynki, którzy pojawili się w siedzibie związku, by wyrazić krytyczny stosunek do poziomu sędziowania w poprzednim spotkaniu. Fani jednak uważali, że działacze potrzebowali jakiegokolwiek pretekstu, by uniknąć rozegrania clásico w ten weekend, głównie dlatego, że miało się odbyć tuż przed niezwykle ważnym ostatnim grupowym spotkaniem Peñarolu w Copa Libertadores, w którym urugwajski zespół miał się zmierzyć z brazylijskim Flamengo. Zamiast clásico Peñarol zagrał więc na w połowie pustym Estadio Centenario z River Plate Montevideo, a później tego samego wieczoru Nacional spotkał się z Progreso na Parque Central. Gdy z Mikaelem pojawiliśmy się na stadionie, było ciemno i lało. To właśnie na tym obiekcie rozegrano pierwszy mecz w historii mistrzostw świata: spotkanie USA – Belgia rozpoczęło się w tym samym czasie co starcie Francji z Meksykiem, które odbyło się na nieistniejącym już Estadio Pocitos, dawnym obiekcie Peñarolu. Mikael miał ze sobą niewyczerpany, jak się wydawało, zapas wlepek Hammarby – z hasłami „Barra Brava Hammarby”, „Love Football, Hate Cops” (Kochaj futbol, nienawidź glin) i ubranym w zielono-białe barwy szwedzkiego klubu Andym Cappem – które zostawiał na latarniach i znakach drogowych. Samotny puzonista rozgrzewał się przy zachodniej trybunie, gdzie gromadzi się La Banda del Parque. Jej członkowie pojawili się na trybunie z instrumentami perkusyjnymi i bębnami. Zapełniła się tylko odkryta dolna trybuna, na której znalazło się kilkadziesiąt niebieskich, białych i czerwonych transparentów oraz flag: na jednej z nich napisano „Nacional We Will Die for You” (Zginiemy za Nacional), na innej znajdował się wielki liść marihuany i „Piedras Blanco” (Białe kamienie) – nazwa dzielnicy na obrzeżach Montevideo, a na samym środku przez całą długość trybuny rozpięto transparent, który głosił: „La Primer Hinchada del Mundo” (Pierwsi fani na świecie). Kibice nie przestali śpiewać i podskakiwać nawet w czasie przerwy, na którą ich zespół schodził, prowadząc 3:0. Sędziowie poczekali w kole środkowym, aż dwóch funkcjonariuszy prewencji w pełnym ekwipunku szturmowym, w hełmach i z tarczami, sprowadzi zawodników i działaczy z boiska, mimo że absolutnie nic złego się nie działo. Pablo, dziennikarz klubowej telewizji Nacionalu, powiedział mi, że od miesięcy wśród fanów panuje duże napięcie, więc lepiej nie ryzykować.

Mecz skończył się wynikiem 4:0, a niewielka grupa członków La Banda del Parque nie przestawała śpiewać nawet po ostatnim gwizdku sędziego.

Naprzód, trójkolorowi,

Dziś musimy wygrać.

El Primer Hincha

Jest tu po to, by dodać wam odwagi.

Nieważne jest dla mnie,

Gdzie gracie,

Ponieważ wszędzie

Będę was wspierał.

Nacionalu, zawsze będę z tobą.

Nacionalu, chcę zobaczyć cię w mistrzowskiej koronie.

Poza tym, że na Estadio Gran Parque Central pojawił się pierwszy hincha, to właśnie tutaj dochodziło też do ważnych w dziejach Urugwaju, a niekiedy makabrycznych wydarzeń. „Duch Miguela Reyesa wciąż tu przebywa – stwierdził Ignacio Pou, szef muzeum Nacionalu, gdy staliśmy obok murawy pustego już stadionu. – Jest tu zresztą wiele duchów”. Wyjaśnił mi, że obiekt wzniesiono w miejscu, gdzie José Gervasio Artigas, bohater niepodległościowego zrywu Urugwajczyków, człowiek, który całe życie walczył z kolonialnymi ambicjami Hiszpanów, Portugalczyków i Brytyjczyków, został obwołany w 1811 roku przywódcą narodu. Gdy w 1899 roku założono Nacional, co dało początek odwiecznej rywalizacji z Peñarolem, barwami klubowymi stały się te same kolory – niebieski, czerwony i biały – które rozpropagował Artigas.

Urugwajski pisarz Andreas Campomar napisał w książce zatytułowanej Golazo!: „Mój ojciec kibicował Nacionalowi, którego gracze paradowali w czerwono-biało-niebieskich barwach José Artigasa, największego oswobodziciela narodu. Ja z kolei zostałem fanem Peñarolu, klubu klasy pracującej, który założono w ostatniej dekadzie XIX wieku jako Central Uruguay Railway Cricket Club”. Campomar napisał też, że to fani Nacionalu opatulili się w poczucie swej wyjątkowej urugwajskości, jednocześnie odnosząc się pogardliwie do Peñarolu, klubu przeznaczonego dla imigrantów i z nich złożonego. „Stąd też wziął się włoski przydomek Peñarolu – mangare merda, gównojady”. Bo to właśnie fani tego klubu wykonywali prace, których nikt inny by się nie podjął. Zdecydowali się z podniesionym czołem przyjąć klasistowskie docinki, które rzucano pod ich adresem.

W kwietniu 1920 roku na stadionie odbył się pojedynek na pistolety między byłym urugwajskim prezydentem José Batlle y Ordóñezem a dziennikarzem i politykiem Washingtonem Beltránem. Batlle pełnił urząd dwukrotnie i odegrał znaczącą rolę w powstaniu urugwajskiego państwa opiekuńczego, a szczególne zasługi położył zwłaszcza w kwestii ochrony praw pracowniczych. Beltrán napisał jednak zjadliwy artykuł, w którym określił Batlle’a mianem „czempiona defraudacji”. Były prezydent zażądał, by rozstrzygnąć tę sprawę za pomocą pojedynku, i jego oskarżyciel zgodził się zmierzyć z nim w Parque Central. „Oponenci spotkali się na boisku piłkarskim w środku ulewy – opisał to wydarzenie »New York Times«. – Ze względu na deszcz przeciwnicy zdecydowali, że zostaną w kapeluszach, ale Beltrán zmienił swoje słomiane nakrycie głowy na filcowe, by obaj mieli równe szanse”. Zmiana mu jednak nie pomogła. Obaj strzelający spudłowali, lecz „nim Beltrán miał okazję wystrzelić po raz drugi, trafiła go kula z pistoletu Batlle’a i śmiertelnie ranny padł na ziemię”[21].

Być może najbardziej niezwykła sytuacja zdarzyła się jednak dwa lata wcześniej – w wydarzeniu tym brał udział jeden z największych piłkarzy Nacionalu. Abdón Porte, który w latach 1911–1918 pełnił funkcję kapitana drużyny, był środkowym pomocnikiem grającym ostro, lecz kulturalnie. Nazywano go El Indio, a to ze względu na tubylcze pochodzenie – w czasach gdy w brazylijskiej i argentyńskiej piłce wciąż dominowała skomplikowana hierarchia rasowa, Porte wspiął się na szczyty urugwajskiego futbolu, rozgrywając w barwach Nacionalu ponad 200 meczów i zdobywając cztery mistrzowskie tytuły. W 1918 roku podczas clásico z Peñarolem odniósł poważną kontuzję kolana, a ponieważ nie było wówczas zmian, został ustawiony w ataku. Nacional wygrał wprawdzie tamten mecz 4:2, ale Porte nigdy w pełni nie wydobrzał i klub musiał szukać dla niego zastępstwa. Ostatni mecz, wygrany 3:1, pomocnik rozegrał przeciwko drużynie Charley. Zaliczył dobre zawody, a później tego wieczoru, już na cichym i ciemnym Parque Central, Abdón Porte wyszedł na boisko po raz ostatni. Z rewolwerem w ręce stanął w kole środkowym i strzelił sobie prosto w serce. Znaleziono go następnego ranka – w kapeluszu zostawił dwa pożegnalne listy. W jednym napisał:

Nacionalu,

Choć w proch obrócony

I w prochu zakochany,

Przenigdy nie zapomnę,

Jak bardzo cię kochałem

Żegnaj![22]

Na pogrzebie Porte pojawili się wszyscy urugwajscy piłkarze zawodowi. Mówi się, że kondukt żałobny miał 15 kilometrów. Ponad 100 lat później jego twarz przyozdabia transparent wiszący na zachodniej trybunie Parque Central, nazywanej ku jego pamięci „Por la Sangre de Abdón” (W imię krwi Abdóna). Porte stał się symbolem poświęcenia, którego oczekują kibice.

Futbol odegrał kluczową rolę w rozwoju urugwajskiej tożsamości; w Urugwaju jako pierwszym państwie w Ameryce Południowej naprawdę „pozwolono czarnym zawodnikom grać w piłkę”, jak wyjaśnił mi Pou. Był to malutki, wielorasowy kraj, który wyłonił się po napływie niewolników i europejskich imigrantów, zmagającym się z potężniejszymi sąsiadami o kolonialnych ambicjach. „To futbol spoił kraj. Byliśmy młodym narodem żyjącym między Brazylią a Argentyną. Piłka nożna okazała się pierwszą rzeczą w naszej historii, co do której czuliśmy, że należy do nas… Futbol przekształcił społeczeństwo urugwajskie”.

Większość historii na temat urugwajskiej piłki koncentruje się – i słusznie – na wykraczających ponad miarę tej nacji boiskowych sukcesach. I na gwiazdach, które się tam pojawiły. Mniej miejsca poświęca się wyjaśnieniu fenomenu tamtejszych widzów i temu, dlaczego Urugwajczycy przejawiają tak niewątpliwe zamiłowanie do futbolu. Gdy Pou wraz z resztą ludzi zajmujących się historią Nacionalu kilka lat temu zaczęli badać zapomniane dzieje klubu, znaleźli wycinki prasowe, zdjęcia i notatki na temat zachowania Miguela Reyesa przy linii bocznej. Na słynnym zdjęciu reprezentacji narodowej Urugwaju z 1914 roku znajduje się 11 piłkarzy i jedna dodatkowa osoba – Miguel Reyes, dosłownie 12. zawodnik drużyny. W wydanej w 1921 roku pracy Psychologia zbiorowości i analiza „ja” Sigmund Freud dowodził, że tłum pozwala ludziom o podobnych zainteresowaniach, którzy tworzą grupy na bazie wspólnej miłości do czegoś, uwolnić nieświadome pragnienia. Często charyzmatyczny przywódca odbiera ludziom umiejętność kierowania własnym id, czyli podstawę, instynktowny element swej tożsamości. A Reyes był kolektywnym id Nacionalu. Jego zachowanie, twierdził Pou, było zaraźliwe. „Jesteśmy dumni, że był pierwszym fanem futbolu, który odczuwał piłkę w ten sposób, którego ponosił fanatyzm. Który ożywiał futbol”. Pou dodał, że „istnieje olbrzymia różnica między oglądaniem filmu a byciem w środku filmu”.

W odległości pół godziny drogi Ernesto Reyes rozkłada na pokrytym zielonym filcem zabytkowym stoliku do kart kilka fotografii w sepii, które dostał od pradziadka. „To Miguel z moją prababcią, mieli piątkę dzieci” – wyjaśnia mi. Zdjęcie niemal całkowicie już wyblakło. Ernesto kładzie następne – Miguel Reyes jest na nim z żoną w dniu ich ślubu. „Był wdowcem i właśnie dlatego prababcia jest ubrana na czarno” – wyjaśnia mi wnuk. W małej bawialni znajduje się wszystko, co zostało i co wiadomo o Prudencio Miguelu Reyesie. Jest tu też fotografia, która wisi w Museo de Fútbol. Są także rachunki związane z jego skórzanym biznesem. Do tego kilka listów. Odcinki kontrolne biletów z meczów Nacionalu. Rejestr wszystkich wyników spotkań Nacionalu z Peñarolem (pierwsze starcie między tymi drużynami odbyło się 15 lipca 1900 roku, Peñarol wygrał wtedy 2:0). Ozdobiona monogramem tykwa do mate. I to by było na tyle. Wszystko, co zostało z życia Prudencio Miguela Reyesa, zmieściłoby się w pudełku po butach.

Ernesto powiedział mi, że historia jego pradziadka to zanikająca legenda. Zmarł stosunkowo młodo, pozostawiając wdowę z pięciorgiem dzieci. Nikt jednak nie wie, jak i gdzie umarł. Prawnuk Reyesa zapytał mnie: „Ale ile sam wiesz o własnym pradziadku? Znamy losy prababki, jako wdowie z pięcioma dziećmi jakoś udało jej się przeżyć”. Ernesto i dwóch jego braci dorastali, mając fanatyka w rodzinie – ich zmarły już ojciec miał obsesję na punkcie Nacionalu. „Był skończonym ultrasem”. Do tego stopnia, że jego synowie musieli przestać chodzić z nim na mecze, bo wdawał się w kłótnie z innymi kibicami. Kolorowe zdjęcie ojca Ernesto wisi obok fotografii Miguela Reyesa – na fotce uśmiechnięty mężczyzna z rozpostartymi ramionami stoi w pomieszczeniu z trofeami Nacionalu. Ernesto opowiedział mi, że pewnego razu ojciec zabrał go na mecz, a potem wdał się we wściekłą awanturę z kilkoma innymi hinchas. Zrobiło się tak gorąco, że zdjął zegarek, co oznaczało, że szykuje się bójka. Ernesto wyjaśnia ze śmiechem: „Chodziło o sparing między pierwszą a drugą drużyną Nacionalu, a i tak skończyło się na bitce ojca z innymi fanami tej drużyny”.

Rodzina uważała, że to, co opętało Prudencio Miguela Reyesa – czymkolwiek to było – dotknęło także jego wnuka, że mieli to „we krwi”. „To się ujawnia co drugie pokolenie” – powiedział mi Ernesto. Jego dziadek był cichym człowiekiem, który lubił grać na klarnecie i w niewielkim stopniu interesował się futbolem. Ale już ojciec Ernesto był pełnokrwistym, stuprocentowym hincha. Sam Ernesto lubi piłkę nożną i wspiera Nacional, lecz tak jak dwaj jego bracia, mógłby bez tego żyć. Ich dzieci jednak mają hopla na punkcie klubu. „Mój syn należy do barra, na meczach trzyma flagę. Chodzi nawet na mecze koszykówki. Trochę mu odbiło”. Dopadło to też starszą córkę Ernesto. „Ma to we krwi, ale uznaliśmy, że ją przystopujemy, bo jest kobietą”. Nie chodzi o dyskryminację – dodał szybko – lecz o świadomość, jak niebezpieczna potrafi być barra. „Wiem, że to dyskryminacja, wtedy jednak krzywo patrzono na to, że kobiety należały do barra. Ale to się zmieniło”.

W rodzinie Reyesów zawsze zastanawiano się, dlaczego niepohamowane uwielbienie Nacionalu dotyka jej członków co drugie pokolenie. Prudencio Miguel Reyes udzielił im na to pytanie odpowiedzi. Wciąż w zasadzie nic nie wiadomo o jego życiu. Stał się miejską legendą, bohaterem apokryfu opisującego początki kibicowania. „Słowo hincha znaczy dla nas coś specjalnego” – powiedział mi Ernesto. Słyszał nawet, że dwa argentyńskie kluby – Huracán i Racing – kłócą się o to, który z nich jako pierwszy sprowadził to określenie z Urugwaju. „Czujemy się dumni z tego powodu”. Współcześni potomkowie Prudencio Miguela Reyesa uznali jego legendę za część rodzinnej historii, podobnie jak zrobiła to La Banda del Parque.

Następnego dnia Mikael i ja wreszcie zobaczyliśmy się z członkami La Banda del Parque. Mój przewodnik dostał wiadomość, że mamy się spotkać z Santino. Powiedziano nam, że to wielki, łysy facet, który mówi głośno i szybko. Jak na razie La Banda del Parque wydawała mi się nieco iluzoryczna. Jej członków spłoszyło aresztowanie lidera grupy, lecz Mikael zadzwonił do kilku osób. Tego wieczoru Nacional grał mecz, wprawdzie nie piłkarski, a w koszykówkę – rywalem była Aguada, a spotkanie miało się odbyć w świeżo oddanej do użytku Antel Arena. Tak jak jednak w przypadku ultrasów z Europy, dla fanatyków z Urugwaju nie liczyło się, czy drużyna gra w futbol, kosza, piłkę wodną, czy chodzi o żeńską siatkówkę. Barwy są te same, więc i mecze traktowali tak samo. Odbyła się entrada – pochód barra z transparentami, a często i fajerwerkami, racami, świecami dymnymi i bębnami. O zmierzchu Santino, ubrany w niebieską bluzę z kapturem Nacionalu, podjechał po nas samochodem. Donośnym głosem wyjaśnił, że jest prawnikiem – wypowiadał tysiąc słów na minutę, jednocześnie z piskiem opon i nieco za szybko mijając kolejne skrzyżowania. Od bardzo dawna należał do La Banda del Parque, choć nie było do końca jasne, jaką rolę tam odgrywa. „Sporo tego, sporo tamtego” – wyjaśnił. Poruszał się swobodnie po siedzibie klubu i stadionie, lecz obecnie miał zakaz stadionowy i nie mógł pojawić się na żadnym meczu Nacionalu, niezależnie od dyscypliny. Dzięki praktyce zawodowej uniknął większości prawnych problemów, ale niewiele mógł zrobić, gdy został przeszukany i aresztowany za posiadanie broni. Zawiózł nas do pełnego graffiti Nacionalu skate parku w pobliżu Parque Central. Zgromadziło się tam około 50 członków barra, głównie młodych mężczyzn, którzy przygotowywali się do entrada. Mnóstwo twarzy i imion. Wciśnięto mi w dłoń kulkę marihuany – była to jedyna rzecz, którą oferowano tam za darmo i ile dusza zapragnie. W 2013 roku w Urugwaju zalegalizowano zioło i wprowadzono cenę maksymalną za gram, co niemal z dnia na dzień zlikwidowało czarny rynek.

„To barra i nie ma nic poza nią” – wyjaśnił mi Matteo, przysadzisty facet w czapce z daszkiem, na której znajdował się napis „Zwycięzca”. Dodał, że jest znanym członkiem Banda del Parque i właśnie wyszedł z więzienia. „Za co siedziałeś?” – spytałem. „Zastrzeliłem dwóch fanów Peñarolu” – odrzekł, układając dłonie w pistolety. Wyciągnął telefon, żeby pokazać mi zdjęcia z więziennej celi; na większości się uśmiechał i pokazywał palcami znak V, symbol zwycięstwa.

Także jego przyjaciel Martin właśnie skończył odsiadkę. Za napad z bronią w ręku spędził za kratkami dziewięć lat i wyszedł z pudła ze sztywną nogą. Wszyscy byli na haju, po cracku. Jakiś członek barra, z szeroko otwartymi oczami, którymi w ogóle nie mrugał, zaoferował mi plastikową torebkę z kilkoma skrawkami papieru w środku – LSD. Prawdopodobnie nie było gorszego miejsca na świecie, żeby je wziąć, więc grzecznie odmówiłem.

„Bierzemy broń?” – zapytał ten koleś. Santino trzepnął go w głowę, jakby karcił szczeniaka.

Podczas gdy Mikael łamanym hiszpańskim, który podłapał w trakcie pobytu w Argentynie, opowiadał o szwedzkich ultrasach, na miejsce dotarły setki innych fanów. Członkowie barra pili, palili i wznosili pieśni poświęcone Nacionalowi, hinchas i znienawidzonemu Peñarolowi, a w tym czasie w tłumie rozchodziły się race. Bez żadnej zapowiedzi wszyscy ruszyli na środek drogi. Ruch został wstrzymany, gdy w kilka dziesiątek ludzi, którzy sformowali entrada, a później w kilkaset osób pomaszerowaliśmy naprzód. Hałaśliwy pochód podążał drogą, blokując sunące za nami pojazdy, rozpostarto flagi i transparenty. Przez świece dymne i race nie sposób było dojrzeć czegokolwiek przed nami. Co kilka sekund rozbrzmiewała potężna eksplozja. Santino biegał w pobliżu, wszystko nadzorując. Było jasne, że miał za zadanie sprawić, by La Banda del Parque odleciała, ale nie wymknęła mu się spod kontroli.

Dotarliśmy do celu, pod Antel Arena, nowiutką, jarzącą się światłami modernistyczną bryłę. Grupa rozpadła się na dwie części. Większość kibiców ruszyła do hali, by zająć miejsca wokół boiska i narobić takiego hałasu, jaki zwykle towarzyszy meczom piłkarskim u siebie. Pozostali, około 50 osób, zatrzymali się w parku przy drodze. „Nazywamy naszą grupę »The Blacklist« [Czarna lista]” – wyjaśnił mi Mateo. Wszyscy tutaj mieli zakaz stadionowy. Spadkobiercy Prudencio Miguela Reyesa musieli zadowolić się oglądaniem poświaty Antel Arena z daleka.

Przypisy końcowe

WPROWADZENIE

[1]Encyclopedia of the Ottoman Empire, red. G. Ágoston, B.A. Masters, s. 252.

[2] Na stronie internetowej Hajduka Split znajduje się świetny dział opisujący losy klubu w czasie wojny. Wersja angielska: https://hajduk.hr/eng/history/1941-1950.

[3] J. Wilson, Meet Yugoslavia’s ballerina Beara, once the best keeper in the world, „The Guardian”, 5.08.2008, https://www.theguardian.com/football/2008/aug/05/europeanfootball.

[4] Beara i inni wciąż żyjący członkowie jugosłowiańskiej ekipy wypowiadali się w nakręconym w 2012 roku chorwackim dokumencie 1950: Hajduk and Torcida. Beara zmarł w 2014 roku.

[5] Tamże.

[6] R. Mills, The Politics of Football in Yugoslavia: Sport, Nationalism and the State, rozdział 4. Książka Millsa to jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza pozycja na temat piłki nożnej na Bałkanach, prawdziwa kopalnia wiedzy na temat związków między futbolem a polityką w byłej Jugosławii.

[7] Tamże.

[8] Tamże.

[9] Tamże.

[10] Ch. Stephen, Dinamo’s glory made into a political football, 24.10.1999, https://www.theguardian.com/world/1999/oct/24/theobserver1.

[11] A. Vladisavljevic, Dinamo Zagreb football supremo convicted of fraud, Balkan Insight, 6.06.2018, https://balkaninsight.com/2018/06/06/croatian-football-supremo-sentenced-for-moneyembezzelment-06–06-2018/.

[12] A. Holgar, Why did Croatia fans disrupt their Euro 2016 match against Czech Republic, „The Guardian”, 18.06.2016, https://www.theguardian.com/football/2016/jun/18/why-croatia-fans-disrupt-euro-2016-match-czech-republic.

[13] P. Gittings, Euro 2016: Croatia apologizes over Nazi swastika on its home pitch, CNN International, 13.06.2015, https://edition.cnn.com/2015/06/13/football/nazi-swastika-croatia-football/index.html.

[14]Zdravko Mamić Objavio Otvoreno Pismo Torcidi Pred Cijelom Hrvatskom, 21.06.2017, https://sportske.jutarnji.hr/nogomet/nogomet-mix/zdravko-mamic-objavio-otvoreno-pismotorcidi-pred-cijelom-hrvatskom-sjecate-li-se-sanadera-vidosevica-rozica-svaguse-pokrovca-fiorentinija/6286661/.

[15] Wystawa nosiła tytuł Toward a Concrete Utopia: Architecture in Yugoslavia 1948–1980, https://www.moma.org/calendar/exhibitions/393116.

[16] S. Milekić, M. Ristić, I. Nikolić, Operation Storm: Croatia’s Triumph, Serbia’s Grief, Balkan Insight, 3.08.2015, https://balkaninsight.com/2015/08/03/operation-storm-croatia-s-triumph-serbia-s-grief-07–31-2015/.

CZĘŚĆ PIERWSZA. LOS PRIMEROS HINCHAS

URUGWAJ

[17] Większość znanych informacji na temat Prudencio Miguela Reyesa można znaleźć w wydanej przez Comisión de Historia y Estadística del Club Nacional broszurze El Primer Hincha.

[18] Tamże.

[19]Pargarles a barras bravas: el arma de doble filo que vuelve a apuntar contra Nacional, „El Observador”, 30.04.2019, https://www.elobservador.com.uy/nota/pagarle-a-barras-bravas-el-arma-de-doble-filoque-vuelve-a-apuntar-contra-nacional-201942921267.

[20] D. Gagne, Uruguay’s ‘Barras Bravas’ have become cartels: Soccer official, InSight Crime, 24.04.2017. https://www.insightcrime.org/news/brief/uruguay-barras-bravas-havebecome-cartels-soccer-official/. Jeśli ktoś szuka więcej informacji na temat związków między futbolem a przestępczością zorganizowaną, InSight Crime ma obszerną bazę danych po angielsku.

[21]Slayer of Beltan [sic] Prisoner After Duel. Victim’s Body Lies in State – Uruguayan Politics in Ferment, „New York Times”, 2.04.1920.

[22]Abdón porte & Nacional: An eternal declaration of love, In Bed With Maradona, http://inbedwithmaradona.com/journal/2017/4/29/abdonporte-nacional-an-eternal-declaration-of-love.

[1] Pochodzące od nazwy rasy koni określenie urugwajskich i argentyńskich odpowiedników kowbojów (wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumacza).

1312: Among The Ultras. A Journey With The World’s Most Extreme Fans

Copyright © by James Montague 2020

First published as 13:12: AMONG THE ULTRAS by Ebury Press, an imprint of Ebury Publishing. Ebury Publishing is part of the Penguin Random House group of companies.

Copyright © for the translation by Grzegorz Krzymianowski 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2021

Redakcja – Adrian Kyć

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – Sven Simon Fotoagentur GmbH & Co. Pressefoto KG

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2021

ISBN EPUB: 9788382100396ISBN MOBI: 9788382100389

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Aldona Liszka, Szymon Gagatek, Aleksandra Parzyszek

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Karolina Żak

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Łukasz Szreniawa, Marta Tabiś, Paweł Kasprowicz

Administracja i finanse: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Honorata Nicpoń

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Przedmowa do polskiego wydania
Przedmowa autora
Wprowadzenie
Część pierwsza. Los Primeros Hinchas
1. Urugwaj
2. Argentyna
3. Brazylia
Część druga. Bez twarzy, bez imion
4. Włochy
5. Serbia
6. Grecja i Macedonia
7. Albania i Kosowo