Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 407 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 49 min Lektor: Marcin Popczyński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 49 min Lektor: Marcin Popczyński

Opis ebooka 13 minut - Sarah Pinborough

Byłam martwa przez 13 minut… teraz chcę wiedzieć, dlaczego.

Nie pamiętam, jak trafiłam do lodowatej rzeki, ale wiem jedno: to nie był wypadek.

Podobno przyjaciół trzeba mieć blisko siebie, a wrogów jeszcze bliżej, ale czasem trudno ich rozróżnić. Moje przyjaciółki mnie kochają. Wiem to.

Co nie znaczy, że nie chciały mnie zabić.

"13 minut" to wciągający kryminał o ludzkich tajemnicach, lękach, manipulacji i potędze prawdy.

Podważa to wszystko, co myślimy o swoich relacjach z innymi i budzi wątpliwości, czy naprawdę znamy naszych bliskich…

"Wredne dziewczyny" ery Instagrama.

"The Times"

Tytuł najbardziej emocjonującej fabuły roku z pewnością należy do "13 minut" Sarah Pinborough.

"The Express"

Ta książka to stworzone na miarę czasów Instagrama połączenie "Wrednych dziewczyn" i "Tajemnej historii Donny Tartt".

"The Times"

Mroczny thriller psychologiczny, zgłębiający świat, w którym popularność i atrakcyjność to kwestia życia i śmierci.

"Book Trust"

Pozycja obowiązkowa dla fanów Megan Abbott oraz seriali w rodzaju "Broadchurch". Obsypana pochwałami, uzależniająca, wciągająca. Wyśmienita. Nie mogę się doczekać następnej powieści Pinborough.

"Civilian Reader"

"13 minut" to kolejny dowód na wybitny talent Pinborough do tworzenia fascynujących historii.

"Sci-Fi Bulletin"

Typowe dla autorki upiorne zakończenie, a całość, powiedzmy to wprost, świetna jak cholera. Jedna z moich ulubionych książek tego roku.

"Liz Loves Books"

Jeśli szukacie wspaniałego, wciągającego thrillera, osadzonego w lubującym się w dramatach i groźbach środowisku nastolatek, to właśnie go znaleźliście.

"Words and Wormholes"

To wyjątkowy, pobudzający do myślenia współczesny thriller autorstwa uznanej i nagradzanej pisarki.

"Rising Shadow"

"13 minut" to misternie skonstruowany thriller, od którego nie sposób się oderwać i który sprawi, że zobaczycie wasze znajome nastolatki w zupełnie innym świetle.

"Books by Proxy"

"13 minut" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników mrocznych thrillerów dla młodzieży.

"Jess Loves Books"

Sarah Pinborough – angielska pisarka, autorka bestsellerowych horrorów i thrillerów, m.in. książek z serii „Torchwood”, scenarzystka. Pod pseudonimem Sarah Silverwood pisze powieści dla młodzieży.

Opinie o ebooku 13 minut - Sarah Pinborough

Fragment ebooka 13 minut - Sarah Pinborough

Tytuł oryginału

13 MINUTES

Copyright © Sarah Pinborough 2016

All rights reserved

First published by Gollancz, London

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce

© Andy & Michelle Kerry/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978–83–8123–594–5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Barii,

która jest jak Gonzo dla Duke'a

i Patsy dla Ediny, a Edina dla Patsy

– z wyrazami miłości

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Ofelia.

Była młoda. Mniej więcej osiemnaście lat. Raczej mniej. Włosy mogła mieć jasne albo brązowe, przemoczone i w mroku wyglądały myląco. Była ubrana na biało, jasna plama na tle ciemnej rzeki, niemal jak gdyby chciała nawiązać do świeżego śniegu, który zaspami przygniótł ziemię. Jej jasna twarz o lekko rozchylonych sinych wargach spoglądała w atramentowe niebo. Dziewczyna uwięzła w gałązkach, jakby pochylone konary, ogołocone z liści i przygięte przez zimowe wichry, chciały ją uratować, utrzymać na powierzchni wody.

Oddech unosił się mu przed twarzą jak mgła.

Słyszał własne sapanie, choć szczekanie Biscuita, zapamiętały jazgot, którym pies zwabił go ze ścieżki, zdawało się dochodzić z jakiegoś odległego miejsca. Nie mógł się ruszyć. Była za kwadrans szósta rano, a w rzece unosiła się martwa dziewczyna.

Stałem się szablonową postacią, oto jego następna spójna myśl. Jestem tym człowiekiem, który w kryminałach na spacerze z psem znajduje zwłoki.

Biscuit miotał się tam i z powrotem wzdłuż brzegu, wściekły, przejęty, zaniepokojony zmianą w ich codziennym rytuale. Tą nieprawidłowością. Obejrzał się i zaskomlał do swojego właściciela, który nadal stał jak skamieniały, ściskając komórkę, leżącą głęboko w kieszeni jego grubego płaszcza.

I nagle to zobaczył: ledwie dostrzegalne drgnienie jej dłoni.

A po chwili następne.

Wyszedł z Biscuitem wcześnie nie z konieczności, ale z powodu ciszy. W tych godzinach przed przebudzeniem świata czas płynął wolniej, a wokół panował idealny spokój. Zresztą sen nigdy nie był jego przyjacielem.

Późniejsze spacery wypełniały mu uprzejme pogawędki z innymi właścicielami psów, które biegały wśród drzew. Poranki należały wyłącznie do niego. To był jego rytuał, nieodmienny, od którego nigdy nie odstępował z powodu złej pogody i tylko czasami z powodu choroby. Wstawał o piątej, nawet jeśli skończył nagrywać o drugiej. Jedna kawa. Wyjście – punktualnie piąta dwadzieścia. Ale dziś wyjątkowo spóźnił się pięć minut. Biscuit ukrył gdzieś swoją obrożę. W końcu znalazła się pod sofą. Potem przez łąkę, na drugi brzeg krętej rzeki i godzinka wędrówek po lesie. W drodze powrotnej Jamie kupował gazety, które czytał przy śniadaniu. Jeśli w piekarni mieli ciepłe croissanty, brał jeden. Był to święty czas, należący tylko do niego i psa, dodatkowe godziny bezcennego życia. Czasami dzwonił do Nowego Jorku do swojej młodszej siostry – zanim położyła się spać. Sprawdzał, czy jej świat nadal obraca się we właściwym kierunku, i razem przeżywali gorzko-słodką chwilę, po czym rzeka jej życia zabierała mu ją i niosła dalej. Czasem siostra zaskakiwała go i dzwoniła pierwsza. To były najlepsze poranki.

Marmurowa dłoń drgnęła jeszcze raz i nagle poczuł zimno swojej skóry, bicie swojego serca i głośne, wyraźne szczekanie Biscuita. Komórka znalazła się raptem przy jego uchu, a jego głos dołączył się do hałasu. Potem Jamie rzucił telefon i zdjął płaszcz. Rzeka nie zabierze tej dziewczyny, zanim wybije jej godzina.

*

Reszta mu się zamazała. Wejście do wody, której zimno odebrało mu dech. Potknięcie. Prawie upadek. Chwytanie powietrza. Drętwota palców, gdy ciągnął ją na brzeg. Ciężar jej przemoczonego ubrania, niespodziewany ciężar jego rzeczy. Otulenie jej bezwładnego ciała jego płaszczem. Szorstkość jej przemoczonych włosów. Jej usta, na których nie wyczuwał ciepłego oddechu. Mówienie do niej poprzez szczękanie zębów. Biscuit, liżący jej zlodowaciałą twarz. Syreny. Koc, którym go okryto. „Proszę ze mną, panie McMahon, tak, pomogę panu. Już dobrze, zajmiemy się resztą”. Postawienie go na nogi, które nie chciały się ruszać, zaprowadzenie do ambulansu. Ale najpierw dostrzegł ponure miny. Kręcenie głową. Defibrylator. „Odsunąć się!”.

Przerażająca cisza. On, świat, natura: wszystko zamarło. Ale nie czas. Zegar tykał dalej. Ile minut? Jak długo nie oddychała, gdy tkwili na tym brzegu rzeki? Jak długo czekali na ambulans? Dziesięć minut? Więcej? Mniej?

„Jest puls! Jest puls!”.

A potem jego łzy, gorące i nagłe, płynące gdzieś z głębi.

Uświadomił sobie, że Biscuit wtulił się w niego śmierdzącą sierścią, trąca jego twarz łapą, liże jego policzki, skomle, więc przygarnął go do siebie, wciągnął pod koc, a potem spojrzał na zimowe niebo, ani nocne, ani poranne, i pomyślał, że nigdy nie zachwycało go bardziej.

2

Sobota, 09.03

Jenny

Jesteś? Odbierz! OMFG.

09.08

Jenny

Wyciszyłaś telefon! WSTAWAJ!

09.13

Jenny

Zaraz zeświruję. Mama płacze.

Chyba nadal jest pijana. Chce jechać

do szpitala. WTF??

09.15

Jenny

KURWA ODBIERZ!!!!

Co się dziejeeeeeee?

09.17

Hayley

Sorki tata tu był! Obudził mnie.

Normalnie cała się trzęsę. WTFWTFWTF???

Zadzwonię spod prysznica. Skasuj SMS-y.

Wczorajsze też. KURWA CO JEST??

09.18

Jenny

OK

9.19

Hayley

I ANI SŁOWA

3

Głos mamy, donośny i kategoryczny, był jak kolec wbity w mózg; Becca nakryła głowę kołdrą i znowu zapadła w półsen. Była sobota. Zbyt wcześnie. Bez względu na porę – za wcześnie. I za zimno. Palce u stóp jej zlodowaciały, a przez każdą szczelinę w pościeli wdzierał się chłód. Becca chwyciła kołdrę palcami u stopy i okręciła się nią jak kokonem.

– Rebecca, zejdź! To ważne!

Nawet nie drgnęła. Niech poczekają. Jeszcze pięć minut. Oddychała płytko, żeby nie wynurzać się na zewnątrz, na świeże powietrze. Włosy jej śmierdziały dymem, głowa trochę bolała – wspomnienie po wczorajszej trawie i papierosach. Jeśli jeszcze nie wybiła dwunasta, zabije mamę. Soboty należały do niej. Tak się umówiły.

– Natychmiast! Mówię serio!

Becca odrzuciła kołdrę i usiadła, wściekła. Co może być tak pilnego? Wytężyła otępiały umysł. Nie zostawiła w kuchni pustych pudełek po pizzy ani puszek po coli. Nie zapomniała wyłączyć telewizora. Zamknęła drzwi na dwa zamki. Przyszła do domu, poszła po cichu do siebie i zapaliła ostatniego jointa, wydmuchując dym przez okno, po czym zasnęła, oglądając jakąś durną komedię na Netfliksie. Nawet nie wróciła jakoś strasznie późno! Zerknęła w otwarte okno i westchnęła. Bex, ty geniuszu. Nic dziwnego, że zimno tu jak w psiarni. Ale przynajmniej nie pozostał nawet ślad po dymie.

– Becca! – Chwila ciszy. – Kochanie, proszę!

– Idę! – krzyknęła ochryple. Głowa zapulsowała bólem. Koniec normalnych papierosów, zdecydowała, wkładając dresy i wczorajszą bluzę. Płuca jej wysiadały. W pokoju było jak w lodówce, aż dostała gęsiej skórki. Sok. Musi się napić soku. I herbaty. I zjeść kanapkę z bekonem. Może warto zejść na dół. Przynajmniej się ogrzeje. Ale rozmowa z matką z samego rana nigdy nie była dobrym pomysłem. Becca wolała wstawać, kiedy wszyscy wyszli. Mieć dla siebie trochę spokoju bez barykadowania się w pokoju. Jeszcze dwa lata i ucieknie na uniwersytet. Ucieknie z tego domu, z tego klaustrofobicznego miasteczka, na wolność. Może do Londynu. Na pewno do dużego miasta. Aiden pojedzie z nią i zacznie pracować jako muzyk.

Będą żyć jak bohema i pewnego dnia gazety opiszą historię pary, która odniosła sukces, a kiedyś żywiła się błyskawicznymi zupkami w zrujnowanej (ale stylowej) norze gdzieś, gdzie mogła podążać za swoimi marzeniami. Tak to będzie. Ale zanim ten plan stanie się czymś więcej niż fantazją po trawie, muszą upłynąć jeszcze dwa długie lata.

Zgarnęła włosy w coś w rodzaju końskiego ogona, spryskała je dezodorantem i wyłoniła się ze swojej kryjówki, po drodze zabierając komórkę z łóżka. Sprawdziła godzinę. Dziesiąta trzydzieści cztery.

Czternaście SMS-ów, sześć wiadomości na komunikatorze, dwa nieodebrane połączenia. Zmarszczyła brwi, zaskoczona długą listą nazwisk. Nie była aż tak popularna. Jeszcze nigdy nie dostała czternastu SMS-ów, chyba że od Aidena, kiedy był ujarany i napalony na nią. Przejrzała je, schodząc po schodach. Głównie konwersacje grupowe. No jasne. Była tylko dodatkiem. Nie pozwoliła sobie na zawód. Akurat ją to obchodzi.

Słyszeliście?

Czytaliście o Tashy Howland?

Musicie to obczaić!

Zanim przeczytała wszystkie i dotarła do kuchni, była już całkowicie przytomna. W ustach jej wyschło.

Matka stała przy kuchennej wyspie, wpatrzona w mały telewizor w kącie – ten, przeciwko któremu tak gwałtownie protestował tata – „Za dużo odbiorników, za dużo komputerów, za dużo komórek, wszędzie maszyny, nikt już z nikim nie rozmawia” – ale przegrał, sam przeciwko nim dwóm. Na blacie leżał nietknięty tost. Mama go nie jadła, nawet się nie rozglądała, wpatrywała się tylko, bardzo blada, w ekran.

Becca poczuła, że cierpnie jej skóra – częściowo ze strachu, częściowo z dziwnego podniecenia.

– Co się stało z Tashą? – spytała. – Moja komórka szaleje.

Mama odwróciła się i objęła jej sztywne ciało, otaczając ją ciepłym zapachem podkładu i cytrusowych perfum. Julia Crisp starała się nawet w sobotę. Patrząc na jej okryte kaszmirem szczupłe ramiona, całe z twardych mięśni i ścięgien, Becca natychmiast poczuła się znowu tamtą pulchną dziewczynką, którą niegdyś była. Przysłowie „Jaka matka, taka córka” w ich przypadku się nie sprawdziło.

– Coś strasznego. Tasha leży w śpiączce. Mówią o tym we wszystkich wiadomościach. – Matka pogładziła ją po plecach, ale Becca cofnęła się – udała, że chce spojrzeć na ekran. Przy mamie czuła się skrępowana. W czasach, kiedy była nastolatką, wyrósł między nimi mur, którego Becca nie potrafiła zburzyć. – Na pewno z tego wyjdzie, kochanie. Na pewno.

– Wypadek samochodowy? – Natasha leży w śpiączce? To nie może być prawda. Takie rzeczy nie przydarzają się dziewczynom takim jak Natasha. Spotykają dziewczyny takie jak Becca.

Usiadła na taborecie, nie zwracając uwagi na wibracje swojej komórki ani matkę, krzątającą się wokół niej jak trzepoczący ptak. Na ekranie Hayley i Jenny, zapłakane, a jednak nadal idealne, biegły do szpitala, ciągnąc za sobą rodziców, wczepionych w nich jak suche listki w wełnę. Dwie Barbie. No tak, naturalnie. Pędzą do swojej ukochanej królowej.

– Wiem, że byłyście ze sobą blisko, kochanie, czy chcesz…

– Ćśśś – Becca uciszyła matkę. Dziennikarka z nosem zaczerwienionym od lodowatego powietrza odgarnęła włosy z twarzy i zaczęła mówić do mikrofonu z tą nieszczerą szczerością, do jakiej zdolne są tylko telewizyjne dziennikarki.

*

Godzinę później Becca stała na balkoniku w mieszkaniu Aidena, dygocząc razem z nim, gdy zapalał marlboro lighta. Podał jej paczkę, a ona się poczęstowała, dawno zapomniawszy o porannym postanowieniu. Walić to. Poza tym było za wcześnie na jointa, a nawet w liberalnym, niechlujnym gospodarstwie mamy Aidena narkotyki były ewidentnie źle widziane. Matka mogła podejrzewać, że Aiden jara – na pewno czuła zapach z jego pokoju – ale nie zamierzała tego oficjalnie aprobować.

– Słyszałam, że nie żyła przez trzynaście minut. – Becca przestąpiła z nogi na nogę, by jakoś ochronić się przed lodowatym zimnem. – Cud, że odzyskała przytomność.

– Miała szczęście, bo jest zimno. – Aiden wpatrywał się w śnieg, który padał gęsto od świtu. Becca pomyślała, że na tle tej bieli i szarości, które okryły świat, wygląda prawie jak anioł. Może nie taki anioł, jak je sobie wyobrażają inni, ale jej anioł. Jasna twarz, ostre rysy, gęste ciemne włosy i te przejrzyste oczy, które lśniły intensywnym błękitem spod długiej grzywki. Anioł albo wampir. W każdym razie i tak nie wierzyła, że należy do niej.

– Prawdopodobnie to ją uratowało – dodał. – Woda była lodowata, więc obniżyła temperaturę jej ciała tak bardzo, że serce zwolniło i wprowadziło ją w stan hibernacji.

– Skąd ty wiesz takie rzeczy? – spytała Becca.

Aiden uśmiechnął się z zażenowaniem.

– Widziałem w jakimś starym filmie o podwodnych kosmitach.

– No, ale to dziwne, co? Nie żyć, a potem ożyć. Trzynaście minut to długo.

– Ciekawe, czy coś widziała. No wiesz, jakieś światła czy coś.

– Nawet jeśli nie widziała, to znając Natashę, powie, że widziała, jak tylko się obudzi. – Zjadliwa uwaga, ale nie potrafiła się powstrzymać. Jej uczucia do Natashy przypominały kłębek drutu, którego nie potrafiła rozplątać. Tęskniła za przyjaciółką z dzieciństwa, ale nie znała tej nowej Natashy-Barbie. Jej Natasha nosiła aparat ortodontyczny i lubiła grać w szachy. Jej Natasha była jej najlepszą przyjaciółką na zawsze. Wtedy Becca nie zdawała sobie sprawy, że „na zawsze” się skończy, kiedy Natashy urosną cycki i pozbędzie się aparatu, bo wtedy nagle stała się laską, a Becca – grubą kujonką, która szybko została odstawiona na boczny tor.

– Jeśli się obudzi – poprawił ją Aiden, wydmuchując chmurę dymu. – W wiadomościach mówili, że nie odzyskała przytomności. Może ma uszkodzony mózg albo coś w tym stylu.

Becca usiłowała to sobie wyobrazić. Widywała w telewizji ludzi z uszkodzeniem mózgu – nigdy nie doszli do siebie. Martwa Natasha byłaby przynajmniej tragicznie piękna. Natasha z uszkodzonym mózgiem i podłączona do aparatury, odprowadzającej z niej siki i odchody i wtłaczającej w nią zupę do końca życia, była przerażająca.

– Właściwie co tam robiła? – spytał Aiden. – Nocą w lesie? Myślisz, że ktoś ją uprowadził?

– A skąd mam wiedzieć? – Becca wzruszyła ramionami. – Nikt nie wie. Ludzie świrują, nie mówią nic konkretnego.

Ul, jak czasem myślała o szkole, cały szumiał. SMS-y, wiadomości na czacie, tweety o tym, jak to wszyscy są wstrząśnięci i zrozpaczeni, cała szkoła deklarująca wielką miłość do Natashy, jakby to, co ją spotkało, w jakimś sensie dotyczyło także innych. Pewnie już się pojawiły hashtagi #TashaPamiętamy. Ten szum był jak bzyczenie prądu. Szczypał ją pod skórą.

Becca nie wrzuciła na Instagram, Facebook czy Twittera żadnych dawnych zdjęć. Częściowo dlatego, że nie miała czasu. Szczerze: bo nie obserwowało jej aż tyle osób, a najszczerzej – bo gdyby to zrobiła, niewątpliwie zaczęłyby się szepty: „Widzieliście, co wrzuciła Becca Crisp? Nie może zapomnieć o starych dobrych czasach!”.

A choć przez jakiś czas nienawidziła Tashy, gdy porzuciła ją tak bezceremonialnie i zastąpiła Jenny, nową dziewczyną w trójce Barbie, wszystkie te bzdury wydarzyły się dawno temu, a Tasha niczego bardziej się nie bała jak tego, że świat przypomni sobie o jej niegdyś brzydkich włosach i zębach. Nawet w tej chwili Becca by jej tego nie zrobiła.

– Parę miesięcy temu w Maypoole zaginęła dziewczyna – powiedział Aiden. – Może to ten sam porywacz.

– A może tylko uciekła. – Becca wrzuciła niedopałek do kubka na stole, między inne, gnijące w gęstej brązowej wodzie na dnie. W ustach jej wyschło, stopy zlodowaciały. Pociągnęła nosem.

– Wracamy do pokoju? Pooglądamy film?

Aiden zmierzył ją zamyślonym wzrokiem, od tego uważnego spojrzenia jeżyły się jej włosy na karku.

– Wybierasz się do szpitala?

– Po co? – Zabolało ją to. – A ty chcesz? Zapragnąłeś zaopiekować się księżniczką w potrzebie?

Parsknął śmiechem i przytulił ją do siebie.

– Boże, ale z ciebie menda. Byłem z nią na jednej randce. Dwa lata temu. Zanim wyrobił mi się gust.

Odetchnęła zapachem jego skórzanej kurtki. Należał do niej. Wiedziała o tym. Nie ma nic gorszego, niż wydawać się namolną. Nie ma nic gorszego, niż być namolną. Dlaczego nie potrafi się zamknąć?

– Wiem. – Jej gorący oddech otoczył jej schowaną twarz. Aiden cofnął się od niej.

– A ona zachowała się jak suka. Mam w dupie Natashę Howland. Ale przez wiele lat była twoją przyjaciółką. Powinnaś jechać. Dla jej rodziców, jeśli nie dla niej.

Niemal to samo usłyszała od matki, zanim złapała kurtkę i rzuciła, że wychodzi. W ustach Aidena zabrzmiało to jakoś rozsądniej.

– Dobrze – powiedziała w końcu niechętnie. – Może powinniśmy pojechać. – Pocałowała jego pachnące papierosami usta. – Ale po drodze wstąpimy do McDonalda? Umieram z głodu.

Aiden uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Dlatego jesteś moją dziewczyną. Wcielenie klasy. – Zabrzęczała jego komórka; spojrzał na nią i odczytał wiadomość, marszcząc brwi. – A to dziwne.

– Co?

– Ja także muszę jechać do szpitala. Ale najpierw coś zabiorę. Chodzi o Jamiego. On też tam jest.

4

Dziwnie było zobaczyć matkę Natashy, Alison Howland, bezradną i zapłakaną. Becca jakoś też się rozpłakała, gorącym, obfitym szlochem, który wyrwał się nie wiadomo skąd, raniąc jej serce. Gary Howland stał między nimi, ze skrępowaniem trzymając ręce na ich plecach, niepewny swojego miejsca w tej zawierusze kobiecych emocji. Miał zaciśnięte zęby i trochę zbyt szeroko otwarte oczy, lecz oprócz tego – oraz sztywno wyprostowanych pleców – nic nie wskazywało na to, że w ogóle coś czuje. No, ale przecież Becca słabo go znała. Zawsze w drodze do biura albo na kort uśmiechał się do nich, kiedy się bawiły, ale myślami był gdzie indziej. Becca podejrzewała, że w ten sposób człowiek staje się bogaczem. Nie należał do tatusiów, którzy angażują się w życie dziecka, za co Natasha była mu niewątpliwie wdzięczna.

– Rebecco… Miło, że przyszłaś – wykrztusiła Alison, wycierając oczy i nos. Dla pani Howland zawsze była Rebeccą, nigdy Beccą czy Bex, tak jak Tasha zawsze była Natashą. – Jesteś dobrą dziewczynką. Byłaś dobrą przyjaciółką dla Natashy.

Byłaś. Becca nie wiedziała, co odpowiedzieć, kiwnęła tylko głową. Alison wiedziała lepiej niż ktokolwiek, że Becca już nie była blisko z Tashą. Jej bliskie przyjaciółki stały z boku. Miały lekko zaczerwienione, idealnie umalowane oczy i zerkały na komórki. Hayley i Jenny. Niemal identyczne, a jednak tak odmienne. Jenny zmysłowo delikatna i arystokratycznie szykowna, Hayley po mieszczańsku sprawna. Twarde ciało. Nie wchodziła już na drzewa, ale choć przestała się zachowywać jak chłopak, nie zrezygnowała ze sportu. Miała najlepsze w całej szkole wyniki w biegu. Nigdy nie widywano jej bez błyszczyka na ustach. I zawsze chodziła w możliwie najkrótszych szortach, choć nieustannie kazano jej się przebierać. Dziewczyny nie patrzyły na Beccę, a ona znowu odwróciła się do Alison Howland.

– Chciałam… chciałabym tylko okazać wsparcie – powiedziała w końcu. – Mama także przesyła wyrazy współczucia. – To wystarczy. – Jestem pewna, że Tasha z tego wyjdzie. Na pewno.

– Nie rozumiem, skąd się tam wzięła. – Alison spojrzała gdzieś za Beccę, we własny koszmar, ale ściskała dziewczynę jak koło ratunkowe, ratujące ją przed pójściem na dno. Dłonie miała suche i szorstkie, jakby wypłakała całą wilgoć. – Co tam robiła o tej porze? W taką pogodę? – Jej ton i kompletny brak reakcji Hayley, Jenny i Gary’ego świadczyły, że powtarzała te pytania od wielu godzin.

Becca zaczęła się dusić w klaustrofobicznej atmosferze małego szpitalnego pokoiku. Światło nagle stało się zbyt rażące, powietrze zbyt gorące i rozrzedzone. Spływała potem pod ciężką puchówką. Czuła się tu nie na swoim miejscu.

I akurat w chwili, gdy pomyślała, że zdoła się wyrwać z chwytu Alison Howland i na chwilę usiąść, drzwi się otworzyły. Alison obejrzała się szybko i znowu się zgarbiła. To nie był doktor.

– Pani inspektor, czy może… – zaczął Gary, ale policjantka pokręciła głową.

– Nie – powiedziała. – Przyszłam porozmawiać z dziewczynkami.

Inspektor wydziału śledczego Bennett była nieumalowana. Włosy zebrała w surowy kucyk. Uśmiechnęła się do Alison łagodnie i ze zmęczeniem. – Muszę poskładać w całość wszystko, co tego dnia zrobiła Natasha. Lekarze mówią, że możecie przy niej chwilę posiedzieć.

– Dziękujemy. – Gary wziął żonę pod rękę. Policjantka otworzyła drzwi i rodzice Natashy pospiesznie wyszli, Alison znowu tonęła we łzach. Horror, pomyślała Becca. Wszystko jest klinicznie chłodne i realne, a jednak nieprawdziwe. Natasha walczy o życie. Natasha. Ta niezniszczalna, idealna Natasha.

– Mam zaczekać na zewnątrz? – spytała.

– Jesteś przyjaciółką Natashy?

Becca nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Mniej więcej. Kiedyś byłam. Chodzimy do tej samej szkoły, ale od lat nie jesteśmy ze sobą blisko. – Zerknęła na dwie blondynki. – Jej przyjaciółkami są Hayley i Jenny.

Hayley spuściła wzrok. Ta Hayley, która skakała z gałęzi na gałąź, aż Tasha i Becca piszczały ze strachu, chichotały i krzyczały, że spadnie. Hayley, która wahała się przez jakiś czas, gdy Natasha odwróciła się od Bekki. Parę razy potajemnie zajrzała do niej na herbatkę, ale szybko podjęła decyzję i opowiedziała się po jednej stronie. Po stronie zwycięzcy. Po stronie fajnych dziewczyn. Po stronie Natashy. Tak, Hayley mogła ją teraz pocałować w dupę.

Policjantka spojrzała na dwie Barbie, a potem na Beccę i z powrotem, odgadując ich historię. Jedną z wielu podobnych. Nudne koleżanki zawsze zostają porzucone na rzecz tych bardziej popularnych i ładniejszych. Biorąc pod uwagę zaniedbany wygląd inspektor Bennett – ile miała lat? Trzydzieści? Mniej? W każdym razie dużo – może w szkole przydarzyło się jej to samo.

– Zostań – powiedziała. – To nie jest formalne przesłuchanie. I możesz przedstawić historię z innej perspektywy.

Jasne, pomyślała Becca. To na pewno.

– Co się jej stało? – spytała Jenny.

– Nie wiemy. Może to tylko wypadek. Kawał, który wymknął się spod kontroli.

– Czy ktoś ją skrzywdził? – Hayley miała ogromne oczy. – Gary powiedział, że nie była… że nikt jej…

– Nie została zgwałcona. – Bezpośrednia odpowiedź policjantki sprawiła, że Becca przestała się śmiać w duchu z tego, że Hayley powiedziała „Gary” jak jakaś dorosła. Do tej pory nawet nie pomyślała o gwałcie. A to głupio, bo przecież często tylko o tym się mówi, nawet jeśli nie wprost. Uważaj z alkoholem, bo coś się wydarzy. Nie wkładaj tego, wysyłasz niewłaściwe sygnały. Zawsze wracaj do domu w towarzystwie albo taksówką. Nikogo nie prowokuj. I tak dalej. Przynajmniej odkąd zaczęła być z Aidenem, matka dała sobie spokój z tymi komentarzami. Jakby teraz to on powinien bronić Bekki. Ciekawe, czy mama zdaje sobie sprawę, że to głupie.

– Musimy się dowiedzieć, co Natasha robiła wczoraj w nocy i wczesnym rankiem. – Policjantka usiadła, a one, jak owce, poszły za jej przykładem. – Nikt nie będzie nikogo oceniać, nikt nie będzie miał kłopotów, ale jeśli została napadnięta, musimy zgromadzić jak najwięcej informacji.

– Więc coś się jej stało? – spytała Becca. – To znaczy, oprócz…

Oprócz tego, że była martwa przez trzynaście minut.

– Ma parę ran i siniaków, ale mogły powstać, kiedy niosła ją woda. Jak powiedziałam, ustalamy, czy to wypadek, czy zamierzone działanie, albo wypadek z udziałem osób trzecich.

Zamierzone działanie. Te dwa słowa, niepasujące tutaj, tłukły się Becce po głowie, gdy usiłowała znaleźć sens. O dziwo, pierwsza na metę dotarła Jenny, która parsknęła głośnym śmiechem, rażącym w powadze tego pokoju.

– Myśli pani, że Tash próbowała się zabić?

– Sprawdzamy wszystkie możliwości.

– Nie. – Jenny pokręciła głową z niezłomną pewnością. Nie miała tak długich ani idealnie prostych włosów jak Hayley; założyła jedno ich pasemko za ucho z delikatnym kolczykiem. Tanim, ze szkiełkiem, nie brylantem. Barbie-Kopciuszek z biednej dzielnicy. – Nie, Natasha by tego nie zrobiła. I nie tak. Nigdy by nie skoczyła do lodowatej rzeki.

– Nie – dodała Hayley, jakby te dwa „nie” brzmiały za słabo.

Inspektor Bennett spojrzała na Beccę, która z wahaniem wzruszyła ramionami. Dla niej było to coś więcej niż przesłuchanie. Musiała ostrożnie dobierać słowa. Nie chciała wkurzyć dwóch Barbie ani sprawiać wrażenia, jakby się im podlizywała. Zwłaszcza Hayley. Hayley była kiedyś jej przyjaciółką – umiałaby jej zaleźć za skórę lepiej od Jenny. Jenny była nikim. Ale to, co Becca teraz powie, może się na niej odbić w złośliwych tweetach, wpisach na Facebooku i znaczących spojrzeniach. Słowa w społeczności nastolatków tego małego miasta były jak drut kolczasty, gotów skaleczyć, rozedrzeć, wbić się w ciało.

– Nie sądzę. – To była prawda. Gdyby Tasha chciała się zabić, wybrałaby bardziej romantyczny sposób. Poza tym by się nie zabiła. – Ciało topielca się rozdyma, prawda? Gdyby jej szybko nie znaleziono, wyglądałaby ohydnie. A tego by nie chciała.

Twarz Hayley stwardniała. Suka. Głupia suka. Becca widziała te myśli jasno i wyraźnie w zielonym kamieniu jej tęczówek. Odpowiedziała nieruchomym spojrzeniem. No więc? Dokładnie to miała na myśli Jenny. Dokładnie to myślała Hayley. Becca miała ochotę się roześmiać. Złego słowa nie odważyły się powiedzieć o swojej królowej, chociaż była nieprzytomna. Żałosne.

– Kiedy ostatnio widziałyście się z Natashą? – Po tym pytaniu policjantka nie spojrzała na Beccę.

– W szkole – odparła Hayley, a Jenny przytaknęła. – Chciałyśmy się spotkać dziś wieczorem, ale dziś miała jakieś święto rodzinne – urodziny babci czy coś – więc wszystko zależało od tego, kiedy skończą.

– Nie pisałyście do niej? Nie dzwoniłyście? – Policjantka uśmiechnęła się lekko. – Myślałam, że w tych czasach wszystkie jesteście przyklejone do komórek. – Zabrzmiało to rozbrajająco, ale wymagało odpowiedzi.

Jenny pokręciła głową.

– Nie.

– A wy? Wyszłyście wczoraj?

Znowu zaprzeczenie.

– Była brzydka pogoda. I obie miałyśmy pracę domową. – Hayley przejęła dowodzenie – zastępca szeryfa wkraczający do akcji. – Czasem trzeba zrobić przyjemność rodzicom. – Uśmiechnęła się jak kot. – I musiałyśmy – my dwie i Natasha – przygotować się do przesłuchania do szkolnej sztuki. Wystawiamy Czarownice z Salem. Będzie super.

– Więc Natasha się do was nie odzywała?

– Nie.

Becca, niemal zapomniana, zauważyła, że policjantka powtórzyła pytanie.

– Nie macie jej telefonu? – spytała. – Chyba wiecie, do kogo dzwoniła?

Inspektor Bennett przyjrzała jej się badawczo.

– Woda go uszkodziła. Był w jej kieszeni. Czekamy na bilingi. Rozumiem, że ty nie widziałaś Natashy? Też zostałaś w domu? – dodała po chwili.

Becca pokręciła głową. Policjantka mówiła lekkim tonem, ale ona oblała się rumieńcem, jakby była winna, jakby to ona wepchnęła Natashę do lodowatej rzeki i zostawiła ją na pewną śmierć.

– Odwiedziłam mojego chłopaka. Wróciłam koło północy. Odwiózł mnie, a ja poszłam prosto do łóżka. Możecie go spytać, jeśli chcecie, gdzieś tu jest. Musieliśmy przywieźć panu McMahonowi ubrania.

Policjantka zmrużyła oczy.

– Jamiemu McMahonowi?

Becca skinęła głową.

– Aiden z nim pracuje. Gra trochę na gitarze i basie, więc nagrywa z nim ścieżki dźwiękowe.

– Kto to? – spytała Hayley. Becca poczuła dreszcz uniesienia. Miała coś, czego te Barbie nie miały. Związek, o którym one mogły tylko pomarzyć.

– Mężczyzna, który wyciągnął Natashę z rzeki – wyjaśniła inspektor Bennett, nie patrząc na Hayley. – Jak to możliwe, że pan McMahon zna się z uczniem?

– Aiden już nie chodzi do szkoły – powiedziała Becca. – Ma dziewiętnaście lat. Pan McMahon był kiedyś jego prywatnym nauczycielem muzyki.

– To małe miasto – zauważyła policjantka, ciągle z tym półuśmiechem.

– Zbyt małe – odparła Becca, też starając się uśmiechnąć. Znowu poczuła się skrępowana, choć przecież nie zrobiła nic złego.

– Więc, o ile wiecie, Natasha była szczęśliwa?

Wszystkie pokiwały głowami.

– Miała chłopaka?

– Nikogo na stałe – wyjaśniła Hayley. – Podobała się chłopcom, ale żaden jej nie interesował. I nikt jej nie prześladował ani nic. Powiedziałaby nam.

– Często wymykała się z domu? – Tu policjantka spojrzała na nie wszystkie, jakby poprzednie pytania były tylko wstępem do tego. Zapadła znacząca cisza. Hayley i Jenny zastanawiały się, na ile szczerości mogą sobie pozwolić.

– Czasem. Niezbyt często – oznajmiła Hayley. – Rodzice dają jej dużo luzu. Mogła robić, co chciała, ale jeśli wykradała się z domu, to przez okno w sypialni po drzewie rosnącym na podwórzu. Nadal wisi na nim sznurowa drabinka z czasów jej dzieciństwa.

– Być może teraz rodzice ją zdejmą – zauważyła sucho Bennett.

Zadała jeszcze kilka pytań na bezpieczne tematy, o szkołę i znajomych, którzy mogliby udzielić jakichś informacji, a potem odeszła, najwyraźniej zadowolona.

Choć z pokoju ubyła jedna osoba, nagle wydał się Becce ciaśniejszy, gdy zostały w nim tylko one, skrępowane swoją obecnością. Właściwie to ona była skrępowana. Tamte dwie pewnie nie aż tak; stały lekko odwrócone do siebie, odgradzając się od niej jako od obcej.

– Może przynieśmy jej rzeczy – odezwała się cicho Jenny. Spoglądała pytająco na Hayley i, cała spięta, skubała zębami idealnie umalowany paznokieć. – Muzykę i takie tam z jej pokoju. Może to pomoże ją obudzić.

Hayley skinęła głową.

– Poproszę Gary’ego o klucze od domu. Dobrze będzie wyrwać się stąd na godzinkę, chyba zaczynamy śmierdzieć środkiem dezynfekującym.

– Najpierw spytaj o pozwolenie policjantkę – odezwała się Becca. – Czy można dotykać rzeczy Tashy.

Hayley zerknęła na nią, zirytowana, że Becca nadal tu jest.

– Wiesz, Bex, twoje włosy wyglądają, jakby trzeba je było umyć leczniczym szamponem. Poproś pielęgniarki, pewnie mają.

– A ty poproś o coś na ból dupy – warknęła Becca. Zmierzyły się wrogim spojrzeniem, rozdzielone pogardą i tysiącem różnic społecznych. Teraz, gdy policjantka odeszła, nie musiały silić się na uprzejmość.

– Boże, jesteś obrzydliwa – powiedziała Jenny.

– Tak jak jej chłopak. – Hayley ruszyła do drzwi, nawet nie patrząc na Beccę. – Dno dna.

– Byle się tylko nie rozmnożyli.

Becca spojrzała na komórkę, udając, że przegląda wiadomości. Nie podniosła głowy, dopóki dziewczyny nie wyszły. Trochę ściskało ją w żołądku. Przecież tak długo nie obchodziło jej ich zdanie – dlaczego teraz miałaby się nimi przejmować? Pretensjonalne, zarozumiałe suki i tyle. Natasha też. Po co w ogóle tu przyszła? I gdzie Aiden? Jakby w odpowiedzi rozległ się sygnał komórki. Zabieram Jamiego do domu. Wrócę po ciebie. Za ok. godzinę. Przepraszam :*

No kurwa, świetnie. Dobrze chociaż, że Barbie sobie poszły.

Odpisała „OK”, starając się, żeby nie zabrzmiało to, jakby była zirytowana, choć była, a potem poszła poszukać automatu z napojami. Po wczorajszej nocy czuła suchość w ustach, a w poczekalni było za ciepło.

*

Gary Howland stanął obok niej, gdy szukała drobniaków w kieszeniach.

– Rebecca! Pozwól. I tak chciałem kupić kawę.

– Dzięki. – Ojciec Natashy był zmęczony. Sweter miał wymięty, pewnie włożył go w pośpiechu o świcie, gdy świat mu się zawalił. Becca mu współczuła. Z jej punktu widzenia wszyscy Howlandowie, od Natashy po doro­s­łych, wiedli urocze życie. W każdym razie aż do teraz. To, co się stało, musiało być szokiem.

– Na co masz ochotę? – spytał ojciec Natashy.

– Colę light proszę.

Gary Howland wcisnął odpowiednie guziki i butelka głośno wylądowała w podajniku.

– Jak się czuje pani Howland? – spytała Becca. Głupio, ale co innego mogła powiedzieć? Przez te wszystkie lata, gdy była najlepszą przyjaciółką Tashy, chyba po raz pierwszy znalazła się sam na sam z jej ojcem. To Alison karmiła je, odbierała ze szkoły i przynosiła sok i ciasteczka. Gary był tylko… tatą.

– Poczuje się lepiej, kiedy Natasha się obudzi.

Automat z rzężeniem napełniał kubek wodnistą kawą i mlekiem w proszku. Gary Howland najwyraźniej nie wziął pod uwagę, że jego córka mogłaby się nie obudzić. – Ale nie sądzę, żeby jej pomagała tym ciągłym szlochaniem. – Ojciec Natashy spojrzał na Beccę, która po raz pierwszy uświadomiła sobie, że to całkiem przystojny mężczyzna. Jak dla niej – za bardzo wymuskany, no i oczywiście o wiele za stary, ale przystojny. Zresztą wyglądał jakoś młodziej, ubrany w zwyczajne ciuchy, bez garnituru i krawata.

– Chce pan, żebym tam poszła i mówiła do niej? – Te słowa padły z jej ust, zanim zdołała je powstrzymać, wyssane z jej mózgu w reakcji na nagłą falę litości. – Mam trochę czasu.

– Zechciałabyś? – Jego wdzięczność legła jej ciężarem na barkach. Becca przeklęła swoją głupotę. Mogła napisać do mamy, żeby po nią przyjechała. Mogła zejść na dół i zaczekać na Aidena na tym lodowatym zimnie. O czym, do cholery, mogłaby mówić do swojej byłej przyjaciółki?

– Oczywiście – powiedziała. – Ja też kocham Tashę.

Od tego kłamstwa aż ją zamrowiła skóra na twarzy.

5

Jest strasznie zimno, tak zimno, że nie mogę odetchnąć i ogarnia mnie panika. Ta woda rani mnie jak tłuczone szkło. Po raz pierwszy przychodzi mi do głowy, że wpadłam w poważne kłopoty. Że tu skończę. Moje białe spodnie i bluza stają się okropnie ciężkie w tej lodowatej rzece. Płuca mnie palą, gdy usiłuję oddychać płytko, desperacko unosząc brodę nad powierzchnię wody, ale wszystko przestało działać, moje płuca, kończyny, mózg. To zimno jest obezwładniające. Przepala mi żyły jak ogień. Gdybym mogła dosięgnąć tych gałęzi, może zdołałabym się wyczołgać na brzeg, gdybym mogła nie iść na dno – o kurwa, nie czuję dłoni. Te cienkie gałązki tną jak skalpele moją umierającą siną skórę, popełniłam straszny błąd, która to godzina i…

…wsysam powietrze w płuca, znowu czuję rozdzierający ból, ale powietrze jest ciepłe i cudowne, a lodowata woda już mnie nie dusi.

– Natasha?

– O Boże, Natasha!

– Tasha?

– Zawołajcie doktora!

Twarz mojej matki wisi nade mną; chcę ją odruchowo odpędzić. Jest za blisko. Nic nie rozumiem. Nadal skupiam się na oddychaniu. Serce mi łomocze. Gdzie jestem? Mrugam raz po raz. Jest gorąco, jasno i sucho. Widzę Hayley i Jenny. Słyszę ich piski, gdy pielęgniarka je odsuwa, żeby do mnie podejść.

Ja żyję, myślę, a potem zalewa mnie fala ulgi. Ja żyję! Jestem w szpitalu.

Poruszam wargami, ale nie wydaję żadnego dźwięku. Gardło mam suche i spieczone. W mojej ręce tkwi kroplówka. Jak długo tak leżę? Co to za dzień? Głowa pulsowała jej bólem.

Za dużo zamieszania wokół mnie. Usiłuję odwrócić głowę w bok, by spojrzeć na drzwi, przez które wpadają kolejni ludzie. Kości i mięśnie mojego karku protestują. Widzę na poduszce jasne włosy i mój umysł nie może tego ogarnąć. Moje włosy są ciemne. To nie są moje włosy. Nie, moje włosy były ciemne. Ufarbowałam je, żeby wyglądać jak moje przyjaciółki. Blondynki trzymają się razem. Nierozłączne.

Wszyscy mówią jednocześnie albo tak mi się wydaje. Nieustanny hałas. Uświadamiam sobie, że słyszę też znajomą muzykę, iPod podłączony do jakiegoś głośnika. Mój? Kto go tu przyniósł? Jak długo tu jestem? Rozmowy i hałas. Rozmowy i hałas. Za dużo. Trudno się skupić. Nagle myślę o Becce.

– Becca tu była? – pytam. Ten głos, szorstki jak papier ścierny, w ogóle nie przypomina mojego. Tak mogłaby mówić jakaś nawiedzona dziewczyna z horroru. W pokoju zapada dziwna cisza, cudownie kojąca. Wszyscy gapią się na mnie. – Becca tu była? – powtarzam.

– Tak – mówi moja matka. Mocno, desperacko ściska moją dłoń. Skórę ma szorstką. – Tak, przyszła wczoraj i mówiła do ciebie.

– Tak myślałam. – Uśmiecham się i zamykam oczy.

6

FRAGMENT SESJI DR ANNABEL HARVEY

Z PACJENTKĄ NATASHĄ HOWLAND,

PONIEDZIAŁEK 11 STYCZNIA, GODZ. 9.00

NATASHA: To jakieś dziwne. Człowiek musi się czuć dziwnie, nie? Tak umrzeć. No jasne, że nie umarłam tak na serio, boby mnie tu nie było (cichy śmiech). Ale kiedy pomyślę, że moje serce nie biło przez prawie jedną czwartą lekcji, kiedy się nad tym zastanowię… no, to zaczynam świrować. Wie pani, gdyby tamten facet z psem spóźnił się dwie, trzy minuty, albo coś, co by się stało? Strach pomyśleć. Ale teraz czuję się dobrze. Przecież nie widziałam światełka na końcu tunelu ani nic w tym stylu. Przynajmniej nie pamiętam. (cichy śmiech) No, ale pamięć mi nawala, prawda?

DR HARVEY: Jak bardzo cię to niepokoi? Ta utrata pamięci?

NATASHA: To dziwniejsze niż fakt, że byłam martwa. Pamiętam, że w czwartek poszłam na obiad. To wszystko. Nie wiem, co robiłam wieczorem. Nie pamiętam piątku ani piątkowej nocy. Jakby ten czas nie istniał. Kiedy wczoraj się ocknęłam, mgliście przypomniałam sobie, że byłam w lodowatej wodzie i bałam się, że umieram. Poza tym – pustka.

DR HARVEY: Ten przebłysk wspomnień z rzeki… co możesz powiedzieć o swoich uczuciach? Oprócz strachu przed wodą. Miałaś świadomość czyjejś obecności?

NATASHA: Na przykład napastnika?

DR HARVEY: Staraj się unikać etykietek. Po prostu myśl o wspomnieniach.

NATASHA: Pamiętam, że unosiłam się w wodzie i próbowałam dotrzeć na brzeg. Nie wiem, czy ktoś był w pobliżu. To tylko ułamek sekundy… jak na końcu snu, kiedy się budzimy. Wie pani? Człowiek go pamięta, ale to tylko urywek. Nie wiem, czy przypominam sobie wspomnienie ani co zapamiętałam ze wspomnienia. (cichy śmiech) Mówię jak wariatka, ale rozumie mnie pani?

DR HARVEY: Dlaczego sądzisz, że utraciłaś te godziny wspomnień?

NATASHA: Nie wiem. Jesteśmy tylko maszynami, nie? Nie żyłam przez trzynaście minut. Coś mi się przepaliło w obwodach.

DR HARVEY: Więc nie było tam nic, co cię dotyczy? W tym wspomnieniu?

NATASHA: Mówi pani jak inspektor Bennett. Te same pytania. Nie pokazała pani swojego raportu?

DR HARVEY: Pokazała, ale wolałabym usłyszeć to od ciebie, żebym mogła lepiej zrozumieć, jak ci pomóc. Przepraszam, jeśli każę ci powtarzać to samo. (pauza)

NATASHA: Przepraszam. Wiem, że pani stara się mi pomóc. Ale… No, więc czułam się dobrze. Byłam wkurzona, że muszę wracać do szkoły po świętach, ale to nawet nie było aż takie złe, serio. Towarzystwo mojej mamy w nadmiarze może się znudzić. Ona chce, żebyśmy robiły wszystko razem, co jest nawet urocze, ale męczące. Nie jestem już dzieckiem.

DR HARVEY: Dlatego wymknęłaś się przez okno?

NATASHA: Nie wiem, czy się wymknęłam. Skoro rodzice twierdzą, że poszłam spać, to pewnie się wymknęłam.

DR HARVEY: Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz i zaryglowane od środka.

NATASHA: W takim razie wymknęłam się przez okno. (cichy, nerwowy śmiech) Wie pani więcej ode mnie. Nie mam pojęcia, dlaczego wyszłam. Chciałabym, ale nie pamiętam.

DR HARVEY: A co z SMS-em, którego dostałaś w nocy?

NATASHA: Nic nie wiem. Nie znam tego numeru. Policjanci na niego dzwonili, pisali wiadomości, ale bez skutku. Od razu przełącza ich na pocztę głosową. Zdaje się, że to był telefon na kartę. Większość moich znajomych ma komórki na abonament, za który płacą nasi rodzice. Nikt od dawna nie używa telefonu na kartę.

DR HARVEY: Czy to cię niepokoi?

NATASHA: Co mnie niepokoi?

DR HARVEY: Że nie wiesz, kto przysłał ci SMS-a. Że policja tego nie wie.

NATASHA: A powinno? No, nie wiem. To pewnie jakiś przypadkowy gostek, któremu po pijaku dałam mój numer.

DR HARVEY: Często ci się to zdarza?

NATASHA: Upijanie się czy dawanie numeru? (pauza) Zresztą co znaczy „często”? Czasem daję komuś mój numer. Czasem dla żartu robią to moje koleżanki.

DR HARVEY: Autor SMS-a poprosił cię o spotkanie o trzeciej w nocy „tam, gdzie zawsze”. A potem wymknęłaś się z domu.

NATASHA: Wiem, ale te dwie sprawy pewnie nie mają ze sobą związku. Nie odpowiedziałam na SMS-a, prawda? Przynajmniej tak twierdzi inspektor Bennett. Założę się, że to pomyłka. Ktoś źle wybrał numer. Jak mogę mieć zwykłe miejsce spotkań z kimś, kogo nie znam? Nie spotykam się „tam, gdzie zawsze” z nieznajomymi. Nawet… (pauza i ciche zająknięcie) Nawet z najbliższymi przyjaciółmi.

DR HARVEY: Wszystko w porządku? Coś sobie przypomniałaś?

NATASHA: Tak. To znaczy: tak, wszystko w porządku. Nic sobie nie przypomniałam. Przykro mi. Jestem tylko zmęczona. (szurnięcie krzesła) Wszystko na pewno mi się przypomni i okaże się, że to nic takiego. Pewnie po prostu zachowałam się jak idiotka, wyszłam z domu, bo się nudziłam, i po ciemku wpadłam do rzeki. Może ten SMS zapadł mi w podświadomość i dlatego ciągle myślałam, żeby wyjść. Nawet nie wiemy, o której opuściłam dom. Pewnie po godzinie wyznaczonej w wiadomości. Nie wiem. Może sobie przypomnę, ale teraz nie wiem.

DR HARVEY: Mam coś dla ciebie. (pauza)

NATASHA: Na co mi to?

DR HARVEY: Chciałabym, żebyś zaczęła prowadzić dziennik. Spisuj swoje myśli, problemy. Nie musisz mi go pokazywać.

NATASHA: A to znaczy, że nie muszę go pisać. Chcę tylko wrócić do domu. Naprawdę, czuję się dobrze. Tu strasznie śmierdzi środkiem dezynfekującym. Będę musiała wziąć trzy prysznice, żeby się pozbyć tego zapachu. (cichy śmiech) Ale lepsze prysznice niż lodowata woda w rzece. Mogę wrócić do domu?

DR HARVEY: Niestety, nie ja decyduję o twoim wypisie, ale lekarze na pewno nie zatrzymają cię dłużej niż to konieczne.

NATASHA: Obiecuję, że w przyszłości nigdy nie wyjdę z domu bez nadmuchiwanych rękawków. Na wszelki wypadek. (cichy śmiech)

FRAGMENT RAPORTU

INSPEKTOR WYDZIAŁU ŚLEDCZEGO BENNETT –

PONIEDZIAŁEK 11 STYCZNIA

Natasha Howland ma siniaki i zadrapania na ciele, ale brak rozstrzygających fizycznych dowodów napaści. Szpitalna psycholog, doktor Annabel Harvey, uważa, że gdyby Howland została zaatakowana, nim znalazła się w rzece, objawy zespołu szoku pourazowego byłyby widoczne w jej reakcjach i zachowaniu, a utrata pamięci nie ma tu znaczenia. Obecnie Natasha Howland robi wrażenie spokojnej i zdrowej.

W bilingach Howland brak nietypowej aktywności przed zajściem, z wyjątkiem jednej wiadomości tekstowej nadanej z nieznanego numeru trzydzieści trzy minuty po północy: „Spotkajmy się dziś o trzeciej tam, gdzie zawsze”. Howland twierdzi, że nie zna numeru i nie ma go na jej liście kontaktów. Wiadomość tekstową wysłano z telefonu na kartę, kupionego w Brackston Shopping Centre. Ten aparat oraz drugi, identyczny, zostały kupione za gotówkę czternastego października. Centrum handlowe oraz sklep One Cell Stop mają nam udostępnić nagrania z kamer monitoringu.

Howland sugeruje, że ktoś wysłał do niej wiadomość przez pomyłkę. Niepokoi mnie jej brak reakcji. Ponad dwadzieścia nastolatek z jej szkoły przyznało, że w podobnej sytuacji byłyby ciekawe, kto wysłał do nich wiadomość. Howland o to nie pytała. To jednakże niczego nie dowodzi; mogła postanowić ignorować wiadomości od nieznanych osób. Brak śladów walki na brzegu rzeki i w okolicy, choć należy zauważyć, że śnieg, który padał w nocy i rano, utrudnił poszukiwania. Dopóki Natasha Howland nie odzyska pamięci, a dyrekcja centrum hand­lowego i sklepu nie udostępni nam nagrań z kamer monitoringu, nie możemy zrobić nic ponad przesłuchanie jej znajomych w celu ustalenia nadawcy wiadomości tekstowej. Obecnie nie mamy podstaw przypuszczać, że jest to sprawa kryminalna.

7

W poniedziałek w ulu oczywiście huczało. Becca czuła na sobie dziesiątki spojrzeń. Wszyscy wiedzieli o jej wizycie u Tashy. Wiedzieli – dzięki fotografowi z miejscowej gazety, który zaczaił się pod szpitalem – że Aiden pracował dla człowieka, który wyłowił Natashę z rzeki. Wiedzieli, że kiedyś, dawno temu, Tasha przyjaźniła się z Beccą i że to o nią spytała od razu po przebudzeniu. Dziś wszyscy mówili tylko o tym.

A tak, chyba pamiętam. Kurde, Tasha nosiła wtedy aparat na zębach, nie? A ta Becca Crisp była gruba? Normalnie spasiona jak świnia?

Szepty. Mamrotanie. Spojrzenia. Becca modliła się, żeby to wszystko ustało. Nie potrzebowała tego, ani ona, ani Tasha. Czasem ktoś usiłował do niej zagadać, ale go wymijała. Niech gadają z którąś Barbie, skoro tak bardzo są sprag­nieni wiadomości o Tashy. Barbie lubią taką popularność.

Przez pierwszą połowę dnia udało jej się omijać Hayley i Jenny, otoczone na przerwach głodnym plotek tłumem, i miała nadzieję, że tak będzie do ostatniej lekcji. Powinno się udać. Przez całe popołudnie miała dwie lekcje plastyki, na które nie chodziły inne dziewczyny.

– Wszystko gra? – spytała Hannah. Była tak jakby jej przyjaciółką, najbliższą ze wszystkich oprócz Aidena. Siedziały – jak przez większość zimnych dni podczas przerwy obiadowej – na grzejniku w korytarzu przy sali biologii, dzieląc się resztkami chipsów. Hannah przez cały dzień nie wspomniała o Tashy, może dlatego, że poprzedniego dnia Becca napisała do niej ze zniecierpliwieniem, że nie chce o tym gadać – ale temat wisiał w powietrzu jak ciemniejszy kłąb sinej chmury, która nadciągnęła nad szkołę. Becca prawie żałowała, że Hannah nie zadała jej tego pytania. Przynajmniej okazałaby trochę charakteru. Hannah była urocza, a w przyjaznej atmosferze potrafiła stać się zabawna, no i umiała uważnie słuchać, kiedy Becca wściekała się lub rozpływała na temat Aidena, ale nie ulegało wątpliwości, że brakuje jej kręgosłupa. To Becca rządziła w tej relacji. Becca przyjaźniła się też z innymi – Casey z kółka teatralnego, Emily, z którą siedziała na angielskim, no i oczywiście z Aidenem. Czasami wydawało jej się, że Hannah ma tylko ją. Zawsze była dostępna. Nie miewała innych planów. Nieodmiennie cieszyła się na jej widok.

Becca zdawała sobie sprawę, że stała się najlepszą przyjaciółką nudziary, której imienia za pięć lat nikt nie będzie mógł sobie przypomnieć. Nisko upadła, odkąd utraciła pozycję dozgonnej przyjaciółki Natashy Howland. Dziś martwiło ją to bardziej niż zwykle. Ale Hannah jakby tego nie zauważała.

– Tak, wszystko gra. Przed plastyką skoczę na dymka. Idziesz?

– Nie, zostanę w cieple. – Hannah zawsze mówiła, że jej mama kota by dostała, gdyby wyczuła od niej papierosy, ale Becca wiedziała, że to Hannah nie znosi tego zapachu. Kiedy gdzieś wychodziły i Becca paliła, Hannah zawsze stała parę kroków od niej i nie potrafiła ukryć, że trochę się brzydzi. I miała rację. Ale palenie było dekadenckie i wyzywające, no i Becca się przyzwyczaiła. Lubiła ten gorący dym w płucach. Ten smak, który niósł w sobie tysiąckrotne „wal się” pod adresem matki i ula.

– Super – powiedziała, wstając. – Napiszę. Baw się dobrze na geografii.

– O, tak. – Hannah uśmiechnęła się i przewróciła oczami. – Ale będzie beka.

*

Po przytulnej bliskości grzejnika dojmujący ziąb powietrza na zewnątrz przenikał do szpiku kości. W drodze na zaplecze sali gimnastycznej Becca pociągnęła nosem, ukrywając twarz w kołnierzu grubej kurtki. Zanim przecisnęła się przez otwór w ośnieżonym żywopłocie, za którym znajdował się mały bezpański placyk na obrzeżu boiska, już miała papierosa w ustach i grzebała w wypchanej kieszeni w poszukiwaniu zapalniczki. Przynajmniej na razie przestało padać. Stopy w przemoczonych converse’ach drętwiały jej z zimna, a gładkie podeszwy groziły pośliźnięciem na rozmiękłej ziemi. Musiała przyznać z bólem, że mama miała rację. To naprawdę nie były odpowiednie buty na tę pogodę.

– To już nawet zapalić w spokoju nie mogę?

Becca podniosła głowę i prawie jęknęła. Tyle na temat unikania Barbie do końca dnia. Hayley patrzyła na nią przez dym cienkiego vouge’a z takim samym niezadowoleniem jak Becca na nią. Odchyliła głowę i wydmuchnęła kolejną chmurę, jakby chciała nią przepędzić natręta.

– Nie wiedziałam, że biegacze palą.

Hayley wzruszyła ramionami.

– Palą, jeśli są tak dobrzy jak ja.

Becca też zapaliła. Serce waliło jej nerwowo, właściwie nie wiadomo dlaczego. Przecież to tylko Hayley. Co ją ona obchodzi.

– Pewnie to pomaga ci nie przytyć. Wiem, jakie to dla ciebie ważne.

Hayley zerknęła na nią spod idealnie umalowanych rzęs.

– To nie ja miałam problemy z wagą. – Oparła się o ścianę, nonszalancka i pełna wdzięku. Jej jasne włosy spiętrzyły się nad obszytym futerkiem kapturem. Była piękna, Becca musiała to przyznać. Może nawet piękniejsza od Natashy. Mama powiedziałaby „uderzająca”. Elegancka. Nawet gdy w poprzednim semestrze spadła ze schodów i nosiła gips przez wiele tygodni, niemal do Bożego Narodzenia, wciąż wyglądała stylowo. Becca usiłowała sobie wyobrazić Hayley wchodzącą na drzewo, ale przypomniała sobie, jak bliskie były kiedyś. Nagłe zmęczenie odebrało jej chęć do złośliwości. W sumie po co? Gdy Natasha wyjdzie ze szpitala, Becca pójdzie w zapomnienie i znowu znajdą się na przeciwległych krańcach towarzyskiej skali.

– Trzymasz się? – spytała w końcu. Ze wstrętem pomyślała, że mówi jak Hannah. Pokornie. Łagodnie. Bezkręgowiec.

– Akurat cię to obchodzi – warknęła Hayley.

Becca była gotowa przyznać jej rację. Chciała powiedzieć cokolwiek, żeby zagłuszyć niezręczną ciszę. Zaciąg­nęła się gwałtownie papierosem, chcąc go szybciej wypalić.

– Tylko pytam. Nie musisz się zachowywać jak suka.

Hayley zerknęła na swoje buty. Oczywiście uggi. Becca widziała logo nad obcasem. Jenny nosiła podróbki – jej mama wychowywała ją samotnie i nie miała pieniędzy – ale Hayley miała na stopach równowartość dwustu funtów. Potarła czubek buta ośnieżonym obcasem, jakby demonstrowała, że pieniądze ma gdzieś. Becca zauważyła, że uggi przemakają. Choć tyle kosztowały, Hayley pewnie marzła w nich tak samo jak ona w swoich.

– Tasha odezwała się do ciebie? – spytała Hayley, nie podnosząc wzroku. Te słowa padły lekko jak płatki śniegu, ale Becca zesztywniała.

– A powinna?

– Tylko pytam, Bex – Hayley powtórzyła słowa Bekki, ale ze zmęczeniem. Blask nonszalancji, drogich ciuchów i makijażu na chwilę przygasł. – Nieważne.

– Nie, nie odzywała się. – Becca zamilkła z papierosem przy ustach i spojrzała na Hayley, w końcu odgadując przyczynę pytania. – A co? Do ciebie też nie?

Hayley wzruszyła ramionami, niby obojętnie, ale odpowiedź była jasna: wielkie, krzyczące „nie”.

– Po prostu się o nią martwię, wiesz.

– Nie możesz do niej zadzwonić?

– Jej komórka nie działa. Próbowałam na domowy. Alison powiedziała, że dała Tashy swojego iPhone’a, a sobie kupiła jakiś tani badziew, z którego można tylko wysyłać SMS-y i dzwonić. Mówi, że w końcu ma komórkę, której potrafi używać. – Hayley uśmiechnęła się blado. – Wiesz, jak Alison radzi sobie z techniką. – Nie, Becca nie wiedziała. Kiedy po raz ostatni była w domu Howlandów, pochłaniało je budowanie fortów i zabawa w piratów, a nie telefony czy komputery. – No, więc zadzwoniłam i wysłałam SMS-a, ale nie odpisała – skończyła Hayley.

– Może średnio się czuje. Pewnie nadal jest na prochach.

Becca nie wiedziała, dlaczego stara się pocieszyć Hayley. Przecież Natasha leży w szpitalu. Czy to ważne, że przez jeden dzień nie odezwała się do swoich Barbie? Aż tak potrzebują uwagi?

Hayley rzuciła niedopałek na ziemię i wgniotła go w śnieg. Becca zaciągnęła się głęboko. Wypaliła papierosa prawie do filtra, ale chciała uniknąć krępującego powrotu do szkoły z Hayley.

– Tak, pewnie o to chodzi. – Hayley oderwała się od ściany. – I ograniczają im tam korzystanie z komórek. Dziś wieczorem idziemy do niej z Jenny.

– Super. – Becca nie wiedziała, co jeszcze mogłaby powiedzieć. Ból dawnego odtrącenia nadal jej dokuczał. Hayley minęła ją i z wdziękiem przeszła przez żywopłot. Zniknęła, nawet się nie obejrzawszy.

Suka, pomyślała Becca. Głupia suka. Zgniotła niedopałek z większą siłą, niż było trzeba.

*

Po uspokajającym wpływie podwójnej lekcji plastyki z panną Borders, wprowadzającą po hippisowsku luźną atmosferę, zajęcia w końcu dobiegły końca i Becca przedarła się przez hałaśliwy tłum uczniów pędzących na autobus, do samochodu i generalnie – byle dalej od szkoły, a potem – na korytarz z szafkami. Zmarszczyła brwi, widząc zgromadzoną tam niewielką grupkę. Coś takiego zdarzało się rzadko. Uczniowie z dwóch ostatnich lat nie musieli mieć stuprocentowej frekwencji i jeśli na ostatniej godzinie nie przewidziano żadnego zebrania, nikogo nie obchodziło, jeśli wychodzili wcześniej. To samo dotyczyło spóźnień. Normalnie pod koniec dnia przy szafkach snuło się tylko parę osób; wszyscy trzymali swoje torby w świetlicy, o ile nie chodzili z nimi na lekcje.

– Rebecca! – Męski głos dobiegał z rzednącej chmary, która powoli przekształcała się w mniejsze roje. Becca podniosła głowę, usiłując dostrzec osobę, która ją zawołała. Jasnobrązowe włosy. Przyjazny uśmiech. Zmarszczki, które pewnego dnia się utrwalą, ale na razie tylko dodawały mu charakteru. Starszy. Atrakcyjny.

– A… dzień dobry – powiedziała, niepewnie unosząc rękę. Nagle zrozumiała, skąd ten tłum. Pan Jones prowadził zajęcia teatralne i dziś zaczynały się przesłuchania do szkolnej sztuki. Nauczyciel utorował sobie drogę wśród dziewcząt, starających się zwrócić jego uwagę.

– Dobrze, że cię złapałem – rzucił.

Becca pomyślała, że tu, na tym korytarzu, to on był tym złapanym, jak delfin podczas połowu na tuńczyki. Zastanawiała się, czy on to czuje – ten żar, bijący od szesnasto- i siedemnastolatek. Czy zauważa ich zainteresowanie.

– Zrobisz w tym roku dekoracje i światła? Byłoby świetnie. Jesteś najlepsza. W tym roku mogłabyś odpowiadać za wszystko. Zgadzasz się?

Za jego plecami zauważyła Hayley i Jenny. Zignorowała je.

– Myślałam, że dziś jest przesłuchanie? – spytała wymijająco. – Odwołał je pan?

– Nie – odparł nauczyciel, wkładając rękę do kieszeni dżinsów. – Przełożyłem na piątek. Jenny zaproponowała, żebyśmy zaczekali na wyjście Natashy ze szpitala, bo podobno jej zależy. Nie mogłem odmówić, a parę dni przecież nie robi różnicy.

– O ile wróci do piątku. – Becca nieustannie zerkała na Hayley i Jenny. Dlaczego nie odejdą? Czają się, żeby poflirtować z panem Jonesem? Pewnie tak. Żałosne.

– O, wróci. Zadzwoniłem do szpitala, aby spytać o jej stan. Wygląda na to, że rano wyślą ją do domu. Miała wielkie szczęście.

– Nie żyła przez trzynaście minut. Upiorne, co?

– Nie powinnaś myśleć o takich sprawach. – Spojrzał ciepło brązowymi oczami. – Wierz mi, jeśli wciągną cię takie sprawy, trochę ci odbije. Natasha będzie zdrowa i tylko to się liczy.

Becca uśmiechnęła się mimowolnie. Nie lubiła pana Jonesa w ten sposób co reszta dziewczyn, ale go lubiła.

– No to jak? – powiedział nauczyciel, unosząc wymięty scenariusz. – Mogę liczyć, że zadbasz o całokształt, poruczniku? Zwłaszcza że awansuję cię na pułkownika?

Becca spojrzała na scenariusz, potem na znikające jasne głowy dwóch Barbie i ich przybocznych, którym znudziło się czekać na nauczyciela tutaj i bez wątpienia przeniosły się pod jego gabinet, a potem zasalutowała ze zmęczeniem. – Niech będzie. Według rozkazu.

– Doskonale! – Pan Jones mrugnął do niej z uśmiechem. – Od razu mi lepiej. Przejrzyj i powiedz, co sądzisz. Zrób parę szkiców, a potem spotkamy się i je przedyskutujemy. To nie musi być nic genialnego. Wystarczy, żeby było efektowne.

– Oby dobrze wyglądało w moich rekomendacjach na studia.

– I tak byś się zgodziła. – Pan Jones uścisnął jej ramię. – Znam cię.

– E tam. – Wzruszyła ramionami, częściowo żeby ukryć rumieniec, który ku jej przerażeniu pojawił się nie wiadomo skąd, i podeszła do swojej szafki.

– Przyjdź na przesłuchania w piątek! – zawołał nauczyciel, odchodząc. – Pomożesz mi zadbać o kruche ego tych artystek!

Prychnęła śmiechem. Pan Jones poznał się na Barbie. Mógł je zwodzić, troszkę z nimi flirtując, ale to tyle.

Rozległ się sygnał komórki. Hannah.

Wracasz do domu? Czy dasz się wyciągnąć na gorącą czekoladę w Starbucksie?

Miała nadzieję, że to Aiden, ale on nie znosił pisać SMS-ów, chyba że miał coś do powiedzenia. Pewnie nie odezwie się aż do wieczora, a spotka się z nią dopiero jutro, i to tylko na parę godzin. To jedyny minus w posiadaniu chłopaka, który nie chodzi do szkoły. Nie można nawet udawać, że się razem uczycie.

Przy bramie za 5 min.

Gorąca czekolada to dobre zakończenie tego dnia.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents
CZĘŚĆ PIERWSZA
1
2
3
4
5
6
7